WYWAR. Z czasów i przestrzeni. Ostatnie 100 lat w regionie radomskim i nie tylko - Pierzchalska Maria - ebook

WYWAR. Z czasów i przestrzeni. Ostatnie 100 lat w regionie radomskim i nie tylko ebook

Pierzchalska Maria

0,0

Opis

Zamiarem autorki było przedstawienie losów rodziny na przestrzeni stulecia. To miała być podróż w czasie, a wyszła opowieść o losach, karze i odkupieniu. Ta podróż przez życie splątała się z fantazją, a wspomnienia nabrały nowego, nieoczekiwanego kształtu. Potwierdziło się, że wspomnienia mogą być czymś więcej niż tylko zapisem przeszłości – mogą być furtką do świata, którego się nie spodziewamy, a w którym wszystko jest możliwe. Pamięć narratorki jest popędzana fantazją, a ona sama uświadamia sobie, że śmierć nie jest końcem, a jedynie przejściem do innej rzeczywistości. Czy to, co widziała i przeżyła, to jedynie wytwór jej bólu? Czy też tęsknota za czymś niezwykłym, co otwiera wejście do innego wymiaru i do duchów, które nie zawsze chcą odejść. Ale dzięki nim poznała sekrety, których nigdy nie miała poznać.
Granice między prawdą a wyobraźnią się zatarły, choć autorka za wszelką cenę chciała dotrzymać rzetelności wydarzeń dziejących się nie tylko w Radomiu i okolicy, ale też w dawnym województwie poznańskim, obecnej ziemi kujawsko-bydgoskiej i w Gdańsku. Wszyscy przodkowie autorki urodzeni przed drugą wojną światową nie żyją, ale ich dorobek w tych i innych miejscach na ziemi kontynuują następcy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 673

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Koniec? Początek?

Dziwne towarzystwo wesoło bawiło się w Trupku, znanej w mieście przycmentarnej knajpce, kiedyś mającej złą opinię. Muzyka z automatu im nie przeszkadzała, mimo że właśnie zakończyli obrzęd pogrzebania swego przyjaciela Witka. Znaleźli się tu już po wszystkim, to jest po głównym akcie uroczystości, czyli po umieszczeniu urny w niszy kolumbarium, choć lepiej by brzmiało „po złożeniu ciała do grobu”, lecz nie życzył sobie tego główny bohater wydarzenia.

Udział w rytuale oznaczał dla nich wyrażenie szacunku dla ducha zmarłego Witka, co według nich miało mu ułatwić funkcjonowanie w tamtym świecie i być jednocześnie pociechą dla pozostałych przy życiu krewnych. Sam wielokrotnie powtarzał: „jestem tylko zbiorem atomów i bakterii”, dlatego na jego życzenie odstąpili od tradycji – a pogrzeb stał się osobliwym widowiskiem na miejskim, starym, dostojnym cmentarzu.

Pożegnanie odbywało się zgodnie z wolą zmarłego, który wprawdzie wolał być rozsypany nad Himalajami albo nad Atlantykiem, a w każdym razie w tamtych rejonach świata, które były mu dość dobrze znane, ale aktualne okoliczności na to nie pozwalały. Witek wielokrotnie ubolewał, że miał pecha, bo mógł pozostać w skałach i gruzach Nepalu, ale trzęsienie ziemi miało miejsce w 2015 roku, tuż po jego wyjeździe, a on chciałby być wśród prawie dziewięciu tysięcy ofiar, podobnie jak i w okolicznościach innych kataklizmów, pożarów i powodzi w Brazylii czy erupcji wulkanu na Islandii. W kraju prawo zabraniało rozsypywania prochów, a stan zdrowia Witka w ostatnich miesiącach przed śmiercią wykluczał dalekie podróże.

Zanim Alicja zaprosiła ich na stypę, grupa około czterdziestu kilku osób, w mieszanym składzie pokoleniowym: pokolenie X, millenialsi, i ci Z, choć boomersi liczebnie prawie im dorównywali (swoją drogą wkurzał ją nonsens prawie psychicznego nakazu dzielenia ludzi według jakichś kategorii – ale, cholera jasna, widać sama temu uległa), szła na czele z drewnianą urną polakierowaną na brązowo, którą trzymał długowłosy, łysiejący facet w średnim wieku. Obok na gitarze przygrywał i coś wesołego śpiewał Sasza – młodzik w czerwonym sweterku.

Kilka kobiet całkiem młodych i w średnim wieku w eleganckich pantoflach na wysokich obcasach, w kapeluszach z szerokimi rondami przybranych kwiatami, z długimi kolczykami w uszach i różnymi naszyjnikami, ubranych w kolorowe, luźne i dopasowane długie stroje i minisukienki z jedwabiu, satyny, jerseyu, wiskozy i innych lekkich tkanin, wesoło kręciło spódnicami. Trzy studentki z gołymi brzuchami świeciły błyszczącymi legginsami, które wprawdzie nadmiernie opinały ich pośladki, wpinając się w biodra, lecz rekompensowała im to widoczna satysfakcja z wrażenia, jakie robiły na płci męskiej. Bez względu na wiek wszystkie panie były w makijażu, bardziej lub mniej wyrazistym, ale czerwonej i błyszczącej pomadki nie żałowały. Na szczęście młodzieżówki nie miały nadmuchanych ust i smolistych brwi, bo Witek tego nie lubił, choć rzęsy, szczególnie jedna, nosiły sztuczne albo mocno wytuszowane.

Fryzury zarówno kobiet, jak i mężczyzn można uznać za oryginalne, bo albo ich włosy były długie, u panów niekiedy związane w kucyk, albo bardzo krótkie. Kilku panów było ogolonych na łyso, choć modny zarost pozostawał dość liczny. Jedna dziewczyna dumnie nosiła warkocz zapleciony na czubku głowy z wygolonymi bokami, druga potrząsała złotymi dredami, a korpulentna pani w średnim wieku była obcięta na jeża, co przy jej pełnej twarzy dawało efekt pyzy, ale okazało się to bardzo efektowne.

A Paulina, która parała się fotografią artystyczną i zawsze była oryginalnie wystylizowana, w końcu studia w Akademii Sztuk Pięknych do czegoś zobowiązują, prezentowała kolorowy turban, co jeszcze bardziej ją podwyższało, choć i bez niego była najwyższa z całego towarzystwa; rozcięta do połowy uda dopasowana spódnica przyciągała wzrok wszystkich mężczyzn, a i panie patrzyły na nią z przyjemnością, ale i trochę z zazdrością.

Mężczyźni w różnym wieku mieli jasne, letnie garnitury z lnu i bawełny, choć kilku było nawet w T-shirtach, a kilku w cienkich swetrach. Wyjątek stanowili starsi sąsiedzi ubrani tradycyjnie, jak na pogrzeb wypadało, w ciemne marynarki i żakiety.

Tu Alicji przypomniał się– choć odsuwała od siebie to wspomnienie, bo siłą rzeczy to były nieporównywalne inscenizacje pogrzebów– niedawno widziany przez nią pogrzeb Romów. Kobietę, która była chowana wbiałej trumnie, wieziono zkościoła na cmentarz białą karocą. Tak, karocą jak zbajki, bo nie była to kareta czy karawan. Był to piękny, oszklony biały powóz na wielkich, cienkich, metalowych kołach, ciągniony przez dwa cudnej urody białe konie, wrównie pięknej uprzęży. Alicji skojarzyła się zmłodą księżniczką, zmarłą przedwcześnie, jednak okazało się, że bohaterką wydarzenia była starsza kobieta. Bezpośrednio za trumną szedł proboszcz, adalej potężny tłum pogrzebowników od stóp do głów ubranych na czarno. Karoca ztrumną, prowadzona pewnie przez dwóch woźniców, wjechała dostojnie na bardzo ruchliwą jezdnię, całkowicie ją blokując na odcinku około kilometra, od kościoła do cmentarza. Nikt nie śmiał protestować, aobserwujący wydarzenie stali wpodziwie zprawie otwartymi gębami. Tak jak iAlicja. Uczestnicy pogrzebu ignorowali ludzi otaczających kondukt. Teraz świat należał do nich, zdawało się, że mówili: „Patrzcie, jak należy szanować swoich zmarłych”.

W porównaniu z tym pogrzeb Witka to kolorowy, prawie swawolny korowód, choć żałobnicy nie nieśli kwiatów i wieńców z szarfami. Wszyscy podśpiewywali i wesoło podrygiwali, wyraźnie ucieszeni tym wydarzeniem, bo takiej ceremonii oczekiwał zmarły. Zgodnie z wolą Witka czuli ulgę, że przeszedł do lepszego bytu.

Nie byli bohemą, elitą czy śmietanką towarzyską, choć może dla miasta średniej wielkości – tak. Większość (oprócz paru starszych sąsiadów, którzy niewyraźnie czuli się w tym towarzystwie i zachowywali lekki dystans do tej formy pogrzebu) to byli plastycy z agencji artystycznych i reklamowych, malarze znani lokalnie, kilku fotografów, fotografików, wykładowców akademickich i pedagogów, był nawet poeta. Przyszli też miejscowi urzędnicy średniego szczebla i szefowie kilku instytucji państwowych. No i paru żyjących kolegów zmarłego z dawnej firmy, kiedyś produkującej grzejniki i wentylatory. Ci patrzyli nieco podejrzliwie na innych uczestników, zastanawiając się, co się stało z ich kolegą, inżynierem, który miał zdolności innowacyjne, a wpadł w takie dziwne towarzystwo. W uroczystości nie uczestniczyła rodzina bliższa i dalsza – ci pierwsi podróżowali po innych kontynentach, a drudzy wzięli odwet za nieobecność Witka na pogrzebach kuzynów i dalszych krewnych.

Wreszcie wśród „gości” Witka znaleźli się ateiści lub agnostycy, wywodzący się z miejscowych katolików, co dodawało im kolorytu „odważnych” i „niezależnych”, choć dla większości miejscowego środowiska wyróżniających się negatywnie, bo przecież w coś trzeba wierzyć. Część z nich, choć nie demonstrowali zaniku wiary, Alicja uważała za niby-chrześcijan, którzy praktykowali „od niechcenia” i z nawyków, bo tak robiło się w ich środowiskach, rodzinach i u sąsiadów.

Ogarnęła spojrzeniem grupę, która znalazła czas, aby w ten ciepły, majowy dzień odprawić obrzęd pożegnania Witka. Wśród pogrzebowników większość wykonywała wolne zawody, choć trudno było uważać ich za intelektualistów, bo raczej nie sprostaliby wymaganiom stawianym takim osobom. Łączyli swoje pasje z pracą na etacie, chociażby Arek, nauczyciel. Niespełniony poeta, często odwiedzał różne instytucje, licząc na dofinansowanie kolejnych zbiorów wierszy. Alicja w przypływie współczucia zadeklarowała, że sfinansuje mu kolejny tomik poezji.

Kornelia, aktorka miejscowego teatru, która przeważnie grywała główne role, chociaż czasami i ogony, w zależności od potrzeb małego teatru. Jak wieść niesie, zrobiła sobie nowy biust, ale właściwie, dlaczego miałyby sobie nie zrobić. Toż to lepsze niż silikonowe usta czy naciągnięta skóra za uszy, bo mniej wstydu i można się swobodnie uśmiechać. W środowisku zbliżonym do teatru była znana i lubiana. Do jej twarzy radomianie się przyzwyczaili, wiedzieli, czego mogą oczekiwać po jej grze.

Joanna, dziennikarka, która podobnie jak kilku innych lokalnych pisarzy tworzyła artykuły i dzieła literackie na bazie dawnych wydarzeń historycznych miasta, które uzupełniała fikcyjnymi wydarzeniami. Pozwalała jej na to bujna fantazja i przynosiło to niezłe rezultaty.

Mateusz, historyk i pisarz całą gębą, tworzący kryminały osadzone w międzywojennym Radomiu, podobnie jak inni pisarze opierający twórczość na przedwojennym życiu Wrocławia czy Warszawy.

Tadzio, kurator, który raczej szedł na łatwiznę, nie przejmując się podopiecznymi, choć działał zgodnie z obowiązującymi przepisami. Ale sam mówił, że to praca syzyfowa, a system nie daje rady.

Edyta, mediatorka sądowa – (Alicja nie lubiła feminatywów. Śmieszyły ją te wszystkie: gościnie, ministry, widzki i inne zawody czy funkcje wykonywane przez kobiety, bo jak przedstawić kobietę-wójta, przecież nie wójtowa. Może wójtka? Ostatnio usłyszała wójcinia, a może wójcini? Albo jak wymówić bez łamania języka adjuntka od adjunkt? No i historyk brzmi poważniej niż historyczka. Wszystko to jest znakiem czasu, a język, jak mówią językoznawcy, jest żywy) –znana z klasycznej elegancji i asertywności. Z każdym dawała sobie radę; pośredniczyła na zlecenie sądu w ugodowym załatwianiu sporów ze skłóconymi stronami.

Kilku malarzy i plastyków z agencji artystycznych i reklamowych, których twórczość od czasu do czasu można było zobaczyć na lokalnych wystawach.

Zbyszek, syndyk, dobrze się umocnił na radomskim rynku upadłości, świetnie opanował sztukę negocjacji z nabywcami składników masy upadłościowej majątku; wszyscy wiedzieli, o co chodzi, ale przecież starał się spłacać wierzycieli.

Trzech muzyków z orkiestry kameralnej, której szefostwo robiło, co mogło, aby zapełnić widownię w sali koncertowej; było to trudne w mieście bez większych tradycji muzycznych. Liczyli zwłaszcza na szefową, której gra na skrzypcach znajdowała ponoć uznanie wielkiego twórcy muzyki współczesnej.

Kilku studentów wydziału sztuki tutejszego uniwersytetu wraz z dwoma promotorami swoich prac magisterskich. Zarówno jedni, jak i drudzy – choć tematyka, nad którą pracowali, daleka była od fotografii i obrazu – czuli pociąg do klimatu paraartystycznego i próbowali swoich sił w malarstwie i fotografii. A Witek lubił fotografować dziewczyny, szczególnie młode, które zawsze dobrze wychodziły na jego zdjęciach, zresztą tak samo jak małe dzieci, kotki czy pieski.

Witold i Janusz, właściciele dobrze prosperujących wydawnictw. Jedno było literackie, promujące książki o mieście, drugie przyjmowało wszystkie zlecenia z wyjątkiem zapisków pamiętnikarskich, a tych było najwięcej.

Jerzy, pseudonim Jonasz, coach, który zarabiał na zdołowanych „korpoludkach”, jak ich nazywał, sugerując im, jak mają żyć, aby dalej wydajnie pracować na rzecz firmy.

Paru fotografów pretendujących słusznie do pozycji fotografików artystów. Wśród nich pod względem finansowym prym wiodła Paulina, do czego przyczyniła się moda na fotografie gołych brzuchów w zaawansowanej ciąży. Miała wzięcie, bo sporo kobiet chciało utrwalić gładki, napięty brzuch, zanim po porodzie będą walczyć ze zwiotczałymi mięśniami, rozstępami i nadwagą. Zgodnie z oczekiwaniem otoczenia: pełną poświęcenia rolą matki i nie mniejszą rolą żony/partnerki.

Ta ostatnia grupa, wywodząca się z radomskiego towarzystwa fotograficznego, które powstało w 1961 roku z inicjatywy grupy miłośników fotografii z Wojciechem Stanem na czele, lansuje się na wystawach, przeważnie po plenerach fotograficznych w różnych częściach kraju i podróżach po świecie. Wystawy budziły spore zainteresowanie nie tylko w ich wspólnocie; decydujący głos „kogo wystawić” albo „które zdjęcia wybrać” ma małe grono bliskich sobie osób pod egidą prezesów, wspieranych przez wiceprezeskę artystkę plastyczkę panią Barbarę Polakowską. Czuwają oni nad poziomem artystycznym prac. Niektóre zdjęcia, nie tylko pejzaże, stanowiły uzupełnienie utworów poetyckich, co potwierdzają wydane albumy. Mimo znacznego, ponad sześćdziesięcioletniego wkładu RTF w lansowanie regionu miasto nie zdobyło się na udostępnienie towarzystwu choćby minilokalu. Stąd swoje prace wieszają w różnych wynegocjowanych miejscach działalności kulturalnej, takich jak Resursa, Łaźnia, dzielnicowe i gminne domy kultury sąsiadujące z Radomiem czy ciasny korytarz w miejskiej bibliotece. Takie miejsce, według kuratorów wystaw, to dla ekspozycji prac przestrzeń trudna i wymagająca.

Swoją drogą w tym zakątku atmosfera zawsze była niepowtarzalna, choć ostatnio znany radomski architekt Bogdan B. uznał to duszne miejsce ekspozycji prac artystycznych za horror.

Uwagę zwracało kilka pań w średnim i starszym wieku, wyjątkowo na tle całej grupy starannie wystylizowanych, ubranych przeważnie w markowe garsonki, ale nie były to wyelegantowane paniusie, nie można ich też uznać, broń Boże, za feministki. A udział tych dystyngowanych pań w pogrzebie Witka wynikał z pewnej dozy wdzięczności dla głównego bohatera pogrzebu, który spotkania i zjazdy stowarzyszenia pokoleń uwieczniał na fotografiach. Zdjęcia były przeważnie udane, bo figury i twarze pań dobrze się prezentowały, a one szczególnie uważały, żeby nie wyszły „za grubo”. Choć Witek lubił fotografować znienacka, bez pozowania, co było poniekąd przemocą wobec fotografowanych osób; denerwowały się zwłaszcza starsze kobiety, bo wiedziały, że zdjęcie w ich wieku uwiecznia wszystko, co chciały ukryć: zmarszczki na twarzy i szyi, obwisłe policzki, opadające powieki, ponury wyraz twarzy – choć ta mimika nie odzwierciedlała ich samopoczucia – wtedy po prostu czuły się obnażone. Dlatego preferowały zdjęcia „z modyfikacją” – gdy mogły przybrać spokojny, z uśmiechem, wyraz twarzy, a on szedł na tę mistyfikację.

Alicja zdziwiła się, gdy zobaczyła Waldka K., stałego dostawcę środków „odżywczych”, jak mówił o amfetaminie, a kokę, która wprowadzała Witka w błogostan, nazywał „darem bożym”. Czyżby ten diler swoją obecnością usprawiedliwiał wyrzuty sumienia? A może szukał kolejnych klientów, a zdaniem Alicji – ofiar?

Byli też biznesmeni, z trudną przeszłością, dwóch ze znacznymi fortunami, którzy w wolnej Polsce zaczynali działalność od handlu pirackimi kasetami ze „szczęk” na radomskim bazarze; przeszłość poprzedzona traumą, o której woleli nie pamiętać, o ile było to możliwe.

Choć miała wątpliwości co do korzeni uczestników pogrzebu, to jednocześnie nie rozumiała, po co ten wątek ich statusu społecznego plącze się teraz w jej głowie, po co to rozkminiać, w końcu nie miało to znaczenia ani podczas tej uroczystości, ani kiedykolwiek indziej. Ale mimochodem znowu o tym pomyślała. Czyżby ta szczególna okoliczność, jaką jest pogrzeb, wyzwalała różne refleksje? Przecież wiedziała, że większość z nich ma długi inteligencki rodowód, choć jej najbliżsi byli inteligentami z pierwszego pokolenia, zresztą tak jak ona. Ale czy to wielkomiejska inteligencja? Raczej nie uważali się za elitę miasta, bo nieco wcześniej kojarzyło się to źle, prawie jak synonim wroga, żeby nie wspomnieć obrzydliwego, pejoratywnego określenia „łże-elity”.

Dzisiaj nikt już nie pyta o inteligencję i nikt za nią nie tęskni, właściwie z socjologicznego punktu widzenia ta klasa społeczna prawie zniknęła. I nic strasznego się nie dzieje. Ale ci tutaj według własnego mniemania byli klasą średnią, i to dawało im wystarczająco dobre samopoczucie. Nie wnikając w klasyfikacyjne niuanse podziału grup społecznych, czuli się też inteligentami. A inteligencja versus klasa średnia? To inna kategoria. A przecież można by ich wszystkich uznać za mieszczan, w każdym razie byli nimi, zanim stali się inteligentami pełną gębą. Na pewno nie można im zarzucić drobnomieszczańskiego zarozumialstwa. Uff, Alicja nie była pewna, czy wybrnęła z tej nurtującej ją kwestii.

A o klasie średniej – Alicji nie chciało się wgłębiać w ten temat – wiadomo, że więdnie. Może należy ją uznać za „umiarkowanych ludzi środka”? Tak, to było jakieś wyjście, żeby nie robić im przykrości. Z pewnością nie jest to klasa umarła.

Zastanowiła się nad swoją chyba pochopną oceną ich pozycji zawodowych i wzajemnych kontaktów, bo te z nią były raczej powierzchowne, więc nie mogła ocenić ich obiektywnie, ale czuła, że nie chcą, by grzebać w ich relacjach. Tolerowali się i to im wystarczało. Uświadomiła sobie, choć może to zbyt daleko idący wniosek, jak dobrze, że nie żyjemy w Wielkiej Brytanii, miejscu przez wielu pożądanym, zdominowanej przez kulturę bardzo klasistowską, nie mówiąc o seksistowskiej i ksenofobicznej, w stosunku do osób, które nie są postrzegane jako Brytyjczycy. No i według prognoz w niedługim czasie nasz poziom życia przewyższy ten w Anglii, choć zważywszy na zasoby byłego imperium kolonialnego, utrzymującego w zależności ekonomicznej pół świata – przecież słońce nad nim nigdy nie zachodziło – to raczej dzieli nas dłuższy dystans, choć ostatnio nieco zbiednieli. Ale grunt to optymizm, pozwala łatwiej żyć. Tu, wśród uczestników pogrzebu w Radomiu, różnic między nimi nie dostrzegła.

Tak, uczestnicy pogrzebu Witka to byli mieszczanie, uważali się za inteligencję, choć przecież te pojęcia stają się przebrzmiałe, i do tego jako warstwa społeczna w mieście o tradycjach przemysłowych nie dominowali. Jako twórcy kultury, choć nie zawsze wysokiej, artyści, osoby ze świata naukowego, literackiego należeli do mniejszości, ich dorobek nie był spektakularny, raczej rzadko przekraczał granice regionu, nie mówiąc o kraju. Do nich aspirowali urzędnicy. Jednak wśród lokalnego społeczeństwa wystawali ponad przeciętny poziom intelektualny, a niekiedy i finansowy.

Niewielka część z tego grona miała miałkie pochodzenie, ale nie plebejskie, choć były tu zarówno dzieci rolników, dzisiaj powiedzielibyśmy z rodzin wiejskich, wcześniej chłopskich (inaczej, mieli pochodzenie ludowe, jak ujął to Przemysław Sadura), jak i z rodzin robotniczych, pozostali wywodzili się z tradycyjnego środowiska inteligenckiego, za które należy ich uznać, gdyż rodzice byli tak zwaną inteligencją pracującą. Jednak daleko im było do dawnych elit, nie mówiąc o arystokracji, z wyjątkiem dwóch czy trzech osób „przyznających się” do błękitnej krwi, ale i tak większość z nich czuła, że są odchodzącą grupą społeczną.

Niektórym wczesna młodość już minęła, choć nie wszyscy się usamodzielnili i nadal tkwili przy rodzicach, ale za to nie płacąc za mieszkanie i jedzenie, mogli trochę poszarżować po świecie tanimi liniami. Ci, co mieli zdolność kredytową, związali się do emerytury z bankami. Czy mieli poczucie porażki? Chyba mieli, ale tego absolutnie nie ujawniali, choć część z nich żałowała, że iks lat wcześniej nie wyjechała, jak ich koledzy, do Anglii czy Irlandii. Dodawali sobie animuszu z powodu braku decyzji w tym zakresie, sugerując, że „właściwie to nie wiadomo, jak ich kolegom żyje się za granicą, bo zrobić sobie selfie na tle okazałej willi każdy może”, przecież wielu wróciło z podkulonym ogonem.

Nic dziwnego, przemknęło Alicji, że prawdziwa klasa inteligentów zanika, skoro maleje respekt dla szkoły, nawet wyższej, w której zgodnie z narzuconymi trendami liczą się, tak jak w korporacji, przede wszystkim produkty kosztem zadań dydaktycznych i badawczych. Niektórzy wycofali się z uczelnianej działalności stricte naukowej, bo na pierwszy plan wysuwają się możliwości technologiczne i finansowe poprzez karierę w sektorze projektów unijnych, choć uprzednia blokada środków unijnych pogorszyła sytuację finansową pracowników, chyba że mieli powiązania z organizacjami katolickimi. Ale teraz po „15 października” jest wreszcie odblokowanie, odżyją, ale na to trzeba trochę czasu. No i ta „chora” punktacja publikacji naukowych odejdzie w przeszłość. Choć ta ostatnia nadzieja to raczej naiwność.

Czuło się w jej otoczeniu, że tworzy się nowa klasa – ale czy średnia? – informatyków, profesjonalistów, ekspertów, która gardzi zwykłymi zawodami, bo nie są kreatywne. A czy o nauczycielach można powiedzieć, że to grupa kreatywna, czy raczej sztampowo przekazująca wiedzę? Bo na pewno według kryteriów finansowych są nimi programiści czy spece od reklamy. No i idea AI – sztuczna inteligencja – kolejna rewolucja przemysłowa, niepokój dla wszystkich, niesiony alarmującymi przekazami medialnymi. Czy to novum wpłynie na wzrost poziomu inteligencji? Alicja zostawiła ten temat jako poboczny na tę chwilę.

Jednak barier między nimi nie było, tak w każdym razie można by uznać po ich wzajemnych relacjach. Odzwierciedlałoby to pogląd wielu badaczy socjologów i analityków życia publicznego, którzy głosili, że klasy zanikły, a szczególnie inteligencja, bo teraz prawie wszyscy mieli studia.

To stwierdzenie spotkało się ze sprzeciwem Alicji: to tak jakby człowiek bez studiów nie mógł być inteligentem. Osobiście zetknęła się w swojej pracy zawodowej z „prostymi ludźmi”, jak o rolnikach albo ludziach ze wsi mówili pracownicy, a to często były wyjątkowo inteligentne osoby bez dyplomu, bez znajomości literatury czy innej dziedziny nauki.

Tu Alicja wspomniała interesantów, starsze małżeństworolników, pięknym językiem wyrażających swoje oczekiwania od systemu ubezpieczeń społecznych, którzy mieli wrodzoną inteligencję. Widziała te twarze bystre, pojętne, rozumne izarazem budzące zaufanie. Wnikali cierpliwie wprzedstawione przeszkody natury prawnej, niepozwalające im uzyskać danego świadczenia. Pamiętała te szlachetne rysy, szczupłe twarze, wysokie czoła, choć chyba nie mieli wsobie błękitnej krwi. Alicja zganiła siebie za argument, jakoby szlacheckie pochodzenie było nośnikiem urody iinteligencji. Ileż to arystokracji czy ludzi ztytułami naukowymi ma rysy odpychające, choć inteligencji im nie brakuje. Ivice versa– piękna uroda, choć na bakier zinteligencją.

Zmusiła się, aby odgonić od siebie wątki poboczne.

A teraz pustka. Ale pustka, jaka ją chwilowo ogarnęła, musiała ustąpić aktualnemu stanowi rzeczy i ogarnąć organizacyjnie tę imprezę. Jako wdowa (znowu dziwnie to dla niej brzmiało) była wdzięczna uczestnikom pogrzebu za dostosowanie się do okoliczności i wyłączenie lub wyciszenie smartfonów. Dzwoniące komórki słychać było zarówno na pogrzebach, w kościołach czy teatrach, jak i salach koncertowych. Ten znak czasów był dołujący.

Przypomniała sobie, jak wFilharmonii Narodowej podczas bisowania znakomitego pianisty Grigorija Sokołowa, który grał Brahmsa, zaterkotała wesoło komórka. Dla publiczności wwiększości abonamentowych melomanów była to zgroza podwójna. Alicja wtedy do przerwy siedziała struchlała obok swoich przyjaciół, bo miała nowego iPhone’aiwprawdzie wydawało się jej, że wyłączyła telefon, ale nie była pewna.

A w głównej alei stał wciąż, z trumną i wieńcami, oniemiały zwyczajowy orszak, przeważnie na czarno ubranych pogrzebowników czekających na księdza, który miał poprowadzić ich ceremonię. Niektórzy, widząc dziwną grupę z urną, zapomnieli na krótką chwilę, po co tu stoją. Bo to, co widzieli, to było widowisko, teatr, którego nie mogli pojąć.

– Ale cyrk – mówili niektórzy. – To nie po chrześcijańsku, po prostu wstyd. Przecież cmentarz to miejsce poświęcone, którym rządzi parafia.

– Że też proboszcz od Świętego Wacława na to pozwala – dziwiła się siwiutka staruszka.

– Przecież on tego nie widzi… – ratowała księdza proboszcza chyba jej córka, bo znacznie młodsza, i trzymała ją pod rękę.

Urna – w porządku – to coraz częstszy widok.

– Ale bez księdza? Może to był gej? – zachodził w głowę łysy staruszek.

– I ta muzyka, i prawie tańcują… dyskotekę sobie robią, widzi pani. – Kobieta w toczku z czarną woalką na twarzy pokazała ręką.

– A ten z gitarą gra! I coś wesołego śpiewa. Tu trzeba… chyba policję wezwać. To obraza zmarłych – zauważył dość młody mężczyzna z modnie wygolonymi bokami.

– I te śmiechy! Ludzie, oni się cieszą! – Nie dowierzała ładna blondynka w średnim wieku. Bo faktycznie, kilka osób z Witkowej grupy pogrzebowej z uśmiechem na twarzy podrygiwało, a dwoje młodych, unosząc ręce w górę, ruszało się jak na dyskotece.

– A ich stroje? Te kolory! Matko Boska, do czego to dochodzi, chcą tu Holandię zrobić – powiedziała ubrana na czarno żałobniczka.

– Dlaczego Holandię? – Jej sąsiadka nie zrozumiała.

– To heretyki! – Niektóre kobiety żegnały się, jakby chciały odpędzić złego ducha.

– Pani… to lewactwo, ponoć Matkę Boską w tęczę ubrały… tfu… – włączyła się do rozmowy kolejna żałobniczka.

Mężczyźni, gdyby mogli, pewnie splunęliby z odrazą, ale cmentarz to przecież miejsce święcone.

Przyjechał ksiądz i tradycyjny kondukt ruszył ze swoim obrzędem, choć niektórzy, modląc się głośno, oglądali się za nimi, zerkając w aleję z kolumbarium, gdzie znajdowały się architektonicznie mało ciekawe, wysokie ściany z wnękami na urny.

Alicja zorganizowała uroczystość ze ściśniętym sercem. Była prawie oszołomiona antydepresantami, ale zrozumiała, że zamknęła za sobą najdłuższy odcinek życia. A teraz status wdowy – to dziwny stan. Było jej smutno aż do kości, nie mogła płakać, a tym bardziej zadać sobie pytanie: „Po co to wszystko?”. To przecież hipokryzja mówić, że życie jest piękne. Wielkie słowa, a końcówka życia podła. Ale przecież były chwile szczęścia związane z dziećmi.

Wesołe towarzystwo skierowało się w aleję, gdzie było kolumbarium. W ciągu kilku minut urnę złożono w środkowej niszy i zamknięto, umieszczając imię i nazwisko zmarłego. Mistrz ceremonii przedstawił drogę zawodową Witka, inżyniera, który realizował się jako racjonalizator, wymienił jego hobby podróżnicze i artystyczne osiągnięcia w fotografii. Odczytał jeden z wierszy Witka, a Sasza próbował na gitarze zagrać i zaśpiewać Pola zielone, ulubioną piosenkę Witka z czasów młodości. (Słychać było, że niespecjalnie znał zarówno melodię, jak i tekst). W każdym razie patosu w tej ceremonii nie było. Żałobnicy odeszli od miejsca pochówku jakoś tak mniej weseli. W pobliżu bramy cmentarnej natknęli się na trzech dość opuszczonych w wyglądzie panów. Ich wiek trudno było ocenić. Często pałętali się w tej okolicy, a teraz konwersowali z właścicielką straganu ze zniczami i kwiatami. Gdy ich mijali, jeden z meneli zwrócił się do Alicji:

– No, szefowa, ale z pani obrotna kobitka… tak szybko załatwiła sprawę – powiedział ten najmniej odpychający o wyraźnie inteligenckiej proweniencji. Był wysoki, kiedyś na pewno przystojny, teraz wychudzony. Marynarka wisiała na nim jak na wieszaku, ale nosiła ślady świetności. No i buty były we względnie dobrym stanie, a to według niej stanowiło istotny wskaźnik egzystencji.

Zaskoczona tą oceną Alicja nie wiedziała, czy to ironia, czy zaczepka, aby uzyskać jakiś datek. Ta „kobitka” jakoś nie pasowała do mężczyzny, który użył tego żartobliwego zdrobnienia. Niemiło odebrała to dość pospolite określenie, ale wpatrując się w jego zarośniętą twarz, uświadomiła sobie, że to przecież niedoszły profesor K., historyk filozofii, zajmował się szczególnie filozofią analityczną, egzystencjalną i strukturalizmem, tak niewiele brakowało mu do habilitacji. A przecież habilitacja to sens życia. Jak naukowiec ją osiągnie, to jakby pana Boga złapał za nogi. No i ta upragniona profesura!

Nie wiedziała dlaczego, ale nie mógł wyjść zjej pamięci incydent wTVN: obruszenie pana profesora, doktora habilitowanego, nieomal oburzenie, które wyraził, gdy znana dziennikarka, prowadząca wtelewizji rozmowę zwróciła się do niego „panie doktorze” zamiast „panie profesorze”.

–Jestem profesorem belwederskim od dziesięciu lat– powiedział nieco podniesionym głosem.

Mina pani doktor zuniwersytetu, która była współuczestnikiem rozmowy, bezcenna. Dziennikarka, która wielokrotnie ztym mężczyzną przeprowadzała wywiady, prawidłowo go tytułując, tym razem przejęzyczyła się, będąc wdialogu zrozmówcą, rozmówczynią, jak nakazuje poprawność feministyczna, wstopniu doktora. Ale widocznie cena, którą musiał ponieść za ten tytuł, przebiła normy kulturowe, które wtym momencie powinny zagrać. Niestety, nie dał rady. Tytuł profesora belwederskiego jest ponad wszystko.

Profesor K. zniknął Alicji z oczu kilka lat temu, myślała, że wyjechał z powodów rodzinnych za granicę. Nie wiedziała, jak się zachować, wszystko (oprócz butów i zniszczonej markowej marynarki) wskazywało, że był bezdomny. Oniemiała zapytała:

– Co pan tu robi?

– Profesor nas dokształca – odpowiedziała za niego, chichocząc, cudacznie ubrana, prawie we wszystkie kolory, pani od kwiatów i zniczy. Obok jej handlowego stoiska, umownie rzecz ujmując, gdyż był to stolik z dużym parasolem, stojąca duża torba miała wszystkie kolory tęczy. Całość dopełniał czerwony kapelusik, który, choć miał chronić twarz przed słońcem, był raczej tylko ozdobą dopełniającą całość tego stylu.

Widząc zdziwione spojrzenie Alicji skierowane na torbę, powtórzyła:

– Wszystko wiem od Profesora.

Alicja zrozumiała, że ma taką ksywkę, która prawie odpowiadała stanowi rzeczywistemu.

– Dajcie państwu spokój – wtrąciła się Dzidka, bo tak miała na imię pani od kwiatów, do pozostałych dwóch, nonszalancko się kiwających, którzy wyraźnie mieli ochotę na dyskusję.

– Coś ty, to LGBT – ocenił drugi, najbardziej z nich „zmęczony” – ale my nic do was nie mamy – dodał uprzejmie. – Nawet was lubię – powiedział, spoglądając na pogrzebowników – choć jestem konserwatystą – oznajmił z dumą – ale nie jestem homofobem, a w mieście jest cicho i spokojnie – dokończył i jednocześnie wyciągnął rękę, prosząc o drobne na piwo. – Brakuje dwa złote, a pić się chce – dorzucił, jak robili to wszyscy jego kumple w takich przypadkach.

– Władziu, zapomniałeś o cytrynowym Radomiu? – wtrącił się trzeci, czyli Ziutek. – Przecież to narodowcy. Pieprzone żydowskie plemię, jebać ich – rzekł tryumfalnie, dostrzegając związek między narodowcami w mieście a Żydami. – Nie pamiętasz, jak narobili dymu, gdy przyjechał Michnik do jakiejś szkoły czy uniwersytetu? Policja nie mogła dać sobie z nimi rady. Pieprzone „prawdziwe patrioty” – dokończył Ziutek. – A należał się im wpierdol! – uzupełnił wypowiedź.

– Nie mogła dać rady albo nie chciała. Nie wiadomo, jakie miała rozkazy – ocenił Władziu. – Przecież Michnik to też Żyd – dokończył, jakby to usprawiedliwiało całe wydarzenie.

– Ale pitolisz, Władziu – włączyła się kwiaciarka. – Kogo to teraz obchodzi?

– O, Dzidziu, bardzo się mylisz… są ci, tam… – nie określił gdzie – co ich bardzo obchodzi. – Władziu miał swoje zdanie.

– A ty, Ziutek, nie słuchasz Profesora. To przecież faszyści, a dokładniej neofaszyści – stwierdził „zmęczony” Władziu. – A konkretnie, kurwa, to o co ci chodzi?

– My im przeszkadzamy – wyjaśnił Ziutek, widocznie utożsamiając się z normalnymi patriotami. – Zapomniałeś, jak pokopali na Żeromce tego z kodu? A widzisz to u mnie? – Ziutek wskazał palcem na poziomą kreskę pod lewym okiem.

– A ci to co?! To przecież była ta… Młodzież Wszechpolska – przypomniał Władziu. – Dopiero co dostali wyrok, aż tym z prawicy kopara opadła. Tak, nie spodziewali się… myśleli, że są nie do ruszenia.

Alicja miała ograniczoną wiedzę na temat więziennej grypsery, wiedziała wprawdzie, że wytatuowane kropki w kąciku oka czy na powiekach oznaczają człowieka przezornego, ale w tym przypadku miała lukę. Ziutek, widząc niepewną minę Alicji, dodał:

– Jestem pewniacha, niczego się nie boję. Niechby mnie zaatakowali, jak tych kodowców, tobym… no, ale mnie tam nie było. – Wykonał ruch, jakby walczył na ringu bokserskim, a raczej stosował ciosy i kopnięcia kick boxingu. Pamiętała te ruchy, bo kiedyś jej syn uprawiał amatorsko ten sport. Ziutek splunął i majtnął ręką. – Ja bym z nich zrobił miazgę. – Uderzył się mocno w chudą klatkę piersiową. – W każdym razie nie dam się wywieźć na „pavulon” – dodał.

Alicja dopiero po chwili „zaskoczyła”, że miał na myśli dawną aferę, w której ratownicy medyczni, zamiast ratować pacjentów, dawali im środek paraliżujący mięśnie. Na widoczne na jej twarzy zdziwienie szybko zareagowała pani od kwiatów:

– Jego siostrę tak załatwili w Łodzi.

Widać ta obawa, aby w razie czego nie stać się ofiarą, mocno w nim tkwiła.

– Daj spokój – odezwał się Władziu, który pominął ostatni wątek rozmowy.

– To narodowcy, po prostu naziorki… przecież to chuliganeria, margines. – Machnął lekceważąco dłonią, na którą otrzymał od Alicji dwudziestozłotowy banknot. Spojrzał na rękę, cmoknął z zadowoleniem i nawet się ukłonił. Prawie jednocześnie zaczepił przechodzącego mężczyznę, wyciągając rękę o datek. Ten zniecierpliwiony wysupłał złotówkę i rzucając bilon, zapytał:

– Starczy?

– Dziękuję – odpowiedział Władziu.

– No to spierdalaj – usłyszał.

Ten soczysty środek wyrazu wyraźnie nie zaskoczył obdarowanego, a na pewno nie był dla niego obraźliwy.

– Ta ich partia – jakby nie chciał wymówić słowa „PiS” – myśli, że chapnie Radom – ustosunkował się Profesor. – Ale się rozczaruje… chociaż trochę to jeszcze potrwa – dodał. – Przecież Radom zawsze był czerwony… Co się stało z wnukami…? – zastanowił się głośno, kręcąc głową.

Alicja zaskoczona poziomem ich wypowiedzi, pomiąwszy ostatni dialog Władzia i ofiarodawcy złotówki, zwróciła się do Profesora:

– Może zajrzy pan do mnie, porozmawiamy.

– Dziękuję, ale nie ma potrzeby. My nie jesteśmy bezdomni, tylko nie mamy mieszkań. Znajduję się we właściwym miejscu i jestem wolny. Wreszcie odkryłem logos, a kłamstwo jest poza mną – odpowiedział.

Czyli co, przemknęło jej przez myśl. Dopiero teraz poznał prawa rządzące rzeczywistością? I czy wcielając się w logos, miał na myśli wewnętrzną racjonalność? Nie dopytywała, o jakie kłamstwo mu chodzi. Już wcześniej jako filozof, wielbiciel greki, znany był ze swoich oryginalnych poglądów. Jednak ten small talk nurtował ją w przeszłości.

Uczestnicy pogrzebu nie zwrócili uwagi na ten incydent, dość lekceważąco ich minęli i skierowali się do parterowego budynku, wśród starych drzew i krzaków, po drugiej stronie ulicy.

Wesoły orszak został zaproszony przez Alicję do Trupka na naleśniki z jagodami. Były pyszne, zwłaszcza te polane śmietaną. Żałobnicy pałaszowali je ze smakiem, bo i pora była obiadowa, dochodziła piętnasta. Choć prawdę mówiąc, nie było żadnego wyboru, bo uczestnicy poprzedniej konsolacji, która była zamówiona z tradycyjnym menu, wszystko wymietli.

– Wszystko zeżarli – powiedział chudy kelner z czarnymi włosami.

Pomysł zaproszenia na stypę, a raczej konsolację – to słowo wydało się bardziej odpowiednie – przyszedł Alicji do głowy już po wyjściu z cmentarza, a Trupek był naprzeciwko. Pomyślała, że takie spotkanie towarzyskie przyniesie wszystkim ukojenie po odejściu Witka. A ponadto przecież nie tylko Słowianie, ale i inne nacje od wieków wierzyły, że po pogrzebie należy się cieszyć, ponieważ dusza zmarłego jest obecna na biesiadzie, wszystko słyszy i widzi. Trzeba też zjednać inne dusze, aby były łaskawe dla tej nowej. Słyszała, że wskazane są nawet toasty, a na pewno wspominanie zalet, osiągnięć i dobrych uczynków zmarłego. Dobrze, że nie było zwyczaju sięgania do wad, bo w tym przypadku byłoby co opowiadać.

Kelner wyglądał trochę jak szczurek, zwłaszcza że długie do karku ciemne, cienkie włosy przylegały do czaszki, co wydłużało mu twarz, a tyczkowata sylwetka przypominała postacie z obrazów El Greco. Gdzieś w literaturze spotkała się z tym porównaniem, które do niego szczególnie pasowało. Popijali ten właściwie deser jakimiś dziwnymi drinkami, a niektórzy winem lub czystą wódką, której nie brakowało, wspominając zalety i unikając wad Witka, choć nie chciałby, aby mieli go za ideał.

Studentki w odważnych fryzurach i ta w za ciasnych legginsach dopominały się o muzykę. Ktoś włączył płytę; usłyszała swoje dawne rockowe utwory, dla niej hity – to był David Gilmour z Pink Floyd i chyba Roger Waters. Zdziwiła się, skąd tu album, chyba z koncertu w amfiteatrze pompejańskim. Zarówno wtedy, gdy tam była, jak i teraz The Dark Sideof the Moon tworzył oniryczną, mroczną atmosferę, którą lubiła, bo była poniekąd odpowiednikiem jej życia. Dziewczyny zaczęły się kołysać i podrygiwać z kieliszkami w rękach. Mężczyźni nie byli im potrzebni.

– Ale zajebista wiksa – powiedziała ta z ogoloną głową. – Po prostu odlotowo.

– Kumple nie uwierzą, jak im opowiem, że takie totalne balangi są przy cmentarzu. – Zaśmiała się głowa z warkoczem na czubku.

– Wiesz, tu jest pięknie i absurdalnie, wszystko pokręcone… ale ja tak lubię. Po prostu zajebiście – powtórzyła, jakby sama chciała się utwierdzić w tej ocenie.

– Mnie też to jara. Brakuje tylko zioła, byłaby prawie mela. I dymu. Po prostu odlot – mówiła, podrygując dredami.

– Tak, essa – potwierdziła trzecia, ta z bardzo długimi sztucznymi rzęsami, prawie do ramion, przez co nie mogła do końca otworzyć powiek. – Mam ciary – zapewniła.

Kołysząc się, objęły się ciasno ramionami. Czyżby to lesbijski trójkąt? Witek by się cieszył. Gejów nie znosił, ale dziewczyny o tych skłonnościach, owszem. Ten dialog wybił Alicję z roli gospodarza. Połowy slangu nie zrozumiała, oprócz „zajebiście”, ale ogólnie chyba było nieźle. Ale co z resztą gości?

Nie wiedziała, czy ta zajebistość wynikała z łączenia naleśników z drinkami, czy z atmosfery przesiąkniętej dziwnością tej sytuacji, która zmierzała w kierunku groteski, bo było i tragicznie, i komicznie. Choć tragizm według założeń Witka należało wykluczyć, trzeba było się cieszyć. I dziewczyny dostosowały się do jego oczekiwań.

Dla Edyty i Alicji naleśników zabrakło. Przyjęła to ze zrozumieniem, choć prawdę mówiąc, z chęcią by je zjadła. Poczuła głód, przez kilka ostatnich dni nie mogła nic przełknąć.

– Pani wybaczy, ale ostatnią porcję wziął ktoś z nich – powiedział do Alicji kelner i znacząco kiwnął głową w kierunku cmentarnego muru.

– Z nich, to znaczy kto? – zapytała.

– No, nie wie pani…? – zdziwił się. – Ci „niewidzialni” – odpowiedział obojętnie.

Nie zaskoczyła początkowo, kto to są ci „niewidzialni” i zapytała, czy to wypada, aby grała muzyka i były tańce. Wzruszył ramionami:

– U nas na wsi, jak Wojtek od Sadzików spadł w mieście na budowie z dachu i się zabił, to wdowa z rodziną zrobiła prawie wesele, bo firma dała odszkodowanie, a wolna teraz żona to nawet dyrektora poprosiła do oberka. No bo to młoda jeszcze kobitka, ale dyrektor nie chciał z wdową tańcować i zaraz prawie uciekł.

Ten krótki dialog nie dotarł do reszty towarzystwa. Alicja była zdezorientowana, jacy „niewidzialni”. Chciała dopytać o nich właścicieli Trupka, ale ci zaszyli się gdzieś na zapleczu. Choć czuła się dziwnie, chciała, żeby jej znajomi zapamiętali ten dzień, w którym pożegnała Witka, a tu taka wpadka gastronomiczna. Edyta, przyjaciółka Alicji, energiczna brunetka zdecydowana jak zawsze, próbowała ich odnaleźć, ale zamknęli się skutecznie w jakiejś pakamerze.

– Dzisiaj już nic nie wydajemy – burknął męski głos w odpowiedzi na jej energiczne pukanie w odrapane drzwi.

– Ale dlaczego? – Edyta była nieustępliwa.

– Nie widzi pani, kto do was dołączył? Wolę nie wchodzić im w drogę.

– Cicho bądź – powiedział kobiecy głos. – Po co z nimi zadzierać.

Zdezorientowana Edyta wróciła na salę i usiadła drętwa, co w jej przypadku było nietypowe, gdyż zwykła negocjować do skutku. Bo jak mówiła: „Nie z takimi dawałam sobie radę”. Co miało znaczyć, że była przeciwnikiem wagi ciężkiej, w końcu nie na darmo uprawiała w młodości zapasy. Wszyscy wiedzieli, że miała charakterek. Była asertywna, jasno określała swoje potrzeby i pozycję, nie przekraczając granicy innych. Zawsze zdecydowana i konkretna, teraz poczuła się niepewnie, piła coś ze szklanki, patrząc na śmieszne podrygi towarzystwa.

Ale nagle wokół tanecznego koła, który utworzyli goście u Trupka, pojawił się niewidoczny strach, trudno było go określić, to coś wisiało w powietrzu. Obok odtwarzacza przesunął się szczurowaty kelner, kliknął album i popłynęła Blackstar Davida Bowie, i SueLive. Był to prawie demoniczny śpiew, jakby z otchłani epitafium zwiastowało śmierć. Ich taniec zmienił się w chaotyczne, ale jednocześnie płynne pląsy, jakby tańczyły chochoły albo jakieś giętkie ludziki z plasteliny. Dziewczyny zostały wchłonięte do środka. Krąg tańczących falował, nikogo nie można było rozpoznać. Byli całością.

To chyba chochoły, jak w Weselu, przemknęło przez myśl Alicji, ale tam były w ogrodzie, za oknami, a nie w środku.

Przypomnij sobie, coś jej podpowiedziało, jeden wszedł do chałupy, został zaproszony. Wiadomo, że po to, aby rzucić czar. To straszydło zapowiadało przybycie „gości” z zaświatów. Czyżby przychodziły też upiory? Tych trudno będzie się pozbyć. Ale też były i inne stany i pozorna zgoda między nimi. Ale tak to przedstawił Wajda w swoim filmie, a Kleczkowska widziała większe różnice, choć w teatrze to trudniej pokazać… Polski teatr nie raz miał relacje ze zmarłymi, a Dziady to jego matecznik, na które przychodzi ten cholerny upiór. Boże, toż to niekończąca się walka.

Przecież tu, przed oknami, nie ma ani krzewów róż, ani młodych drzewek, którym trzeba było robić otulinę ze słomy przed mrozem… rosło tylko kilka potężnych drzew i jakieś krzaki…, próbowała się uspokoić.

Ale w Bronowicach chochoł wszedł i rzucił czar na gości. No i nie było Wernyhory, ta myśl wydała jej się obrazoburcza.

Jednak na tamto wesele po coś przyszedł, rzucił czar, w tym był sens, a po co tutaj…? Nie wiedziała, czy sama sobie zadaje pytanie, czy robi to ktoś. Ale kto?

Tam to przecież był narodowy dramat, a nawet arcydramat, chociaż Wajda, kręcąc Wesele, uważał raczej, że to komedia. A tu oni, wprawdzie po części artyści, ale przecież też i zwykli ludzie, prawie z jednej średniej klasy. Jakiś podział był jednak odczuwany, choć przedtem nie widziała barier klasowych, chyba że chodzi o ten z przeszłości. U Kleczkowskiej był bardziej widoczny, no bo u Smarzowskiego podziałów w narodzie już nie dało się zasypać, były za głębokie. Pomyślała, że teoretyzowanie jest bez sensu, bo przecież teraz nie ma uciśnionej klasy chłopskiej, są przedsiębiorcy wielkopowierzchniowych upraw lub hodowli przemysłowych. Ale na szczęście poeci byli i są.

A klasą albo grupą krzywdzoną, wszystko jedno, jak je zdefiniować, stały się kobiety, stanowiące chyba większość ludności świata, może z wyjątkiem Chin, a mimo to rządzą nimi mężczyźni. Nie widziała szansy, żeby Wernyhora-kobieta przy okazji pogrzebu mężczyzny mogła to zmienić.

– Brak mi wiary. – Alicja osłabła. Ta świadomość ją przygniotła.

– Na razie zapładniają je, ale gdy wymyślą bezbolesne porody, to może zastąpią kobiety w rodzeniu dzieci – pocieszyła ją Edyta.

– Czy wtedy będą mogły decydować o swoich ciałach? – Alicja miała płonną nadzieję.

– Nie łudź się, na pewno wymyślą jakąś inną formę niewolnictwa. – Edyta zbiła ją z tropu. – No i ostatnie stanowisko papieża: „Kobieta jest płodnym przyjęciem, troską, życiodajnym poświęceniem”. I to jest dramat od zarania dziejów.

Alicja podporządkowanie kobiet uważała za barierę konieczną do usunięcia. Nie czuła się feministką za sprawą kilku celebrytek, które za takowe się uważały, jednocześnie pisząc i głosząc poglądy lewicowe, choć w większości nie miały pojęcia o codziennym życiu zwykłych kobiet. Porażająca hipokryzja pań profesorek, redaktorek oderwanych od prozy życia. Tak, to cholernie przykre dla kobiet z różnych sfer, które były gotowe uwierzyć, że ktoś reprezentuje ich interesy, a tu taka chała, imitacja sufrażystek i obecnych feministek.

Gdyby tak na któryś kongres czy konferencję wparowała niezaproszona Wernyhora – ona nie on – i wyśmiała te teorie, to popieranie kół gospodyń wykorzystywanych przedmiotowo (choć kobiety ze środowisk przeważnie wiejskich i ich inicjatywę akurat bardzo ceniła, bo umiały wykorzystać okazje, nie patrząc, czy datki są z lewej, czy prawej strony) i inne pozorowane działania, które robiono pod męskie oczekiwania, szczególnie kulinarne – miała takie marzenie, aby zobaczyć miny tych feministek. Ale pożytek z tego jakże umiejętnie jest wykorzystywany politycznie, a raczej partyjnie.

Rozgoniłaby to towarzystwo – elitę wzajemnej adoracji. Te markowe kreacje, fryzury, manikiury – teraz tipsy. A paniom z obsługi, kelnerkom i sprzątaczkom uczciwie zapłaciła i podała rękę. Chciałoby się zobaczyć taką scenę – to znowu płonna nadzieja. Bo wychodziło jak zwykle: ci, którzy głoszą słowo, są lepsi niż ci, którzy obsługują stoły. A wiadomo, ci ostatni nie czytają „Wysokich Obcasów”. Tak, to taka odgórna emancypacjo-feminizacja.

Rozczarowana, oderwała się od myśli, które ją od jakiegoś czasu nurtowały. Teraz czuła, że znalazła się w tajemniczym atawistycznym świecie, a grupa tancerzy została jakby otoczona niewidzialną zasłoną, jakimś kokonem, z którego nie było wyjścia. Przemknęło jej przez myśl pytanie: „Co jest tym lepiszczem, który ich ze sobą skleiło? Czy to był skutek alkoholu, którego sobie nie żałowali, czy jakiejś nieznanej siły albo mocy z zaświatów”.

Nagle przyszła jej myśl, że tu chodzi raczej o Dziady i o trzecią ich część. Ale to nie teatr. To, co się tu działo, przypominało pogański obrzęd, wywoływanie duchów zmarłych, dla których przygotowywano posiłki. I znowu natrętna myśl: „Czy duchy mają płeć? A anioły? Czyżby to znowu byli faceci? A chochoły to niewinne chłoptasie czy raczej niedojrzałe jeszcze męskie plemię? A co z duszami? Mają swoją tożsamość, ale to one czy oni?”. Zupełnie zagubiła się w tym dociekaniu. Jak na dłoni zobaczyła zaświaty jako męski świat z Bogiem – najważniejszym mężczyzną. Więc ona, kobieta, nawet tam byłaby podporządkowana.

– Nie narzekaj – powiedziała sama do siebie. – Pierwsza kobieta, siostra zakonna Nathalie Becquart, została wpuszczona na synod biskupów, i to z prawem głosu.

– Coś dali na odczepnego albo inaczej, na pocieszenie – usłyszała od Edyty.

Próbka łagodzenia nierówności płci w religii chrześcijańskiej lub próba łagodzenia aspiracji kobiet do stanu kapłańskiego na trwającym synodzie. Doktryna pozostała nienaruszona. Powtarzany jest slogan: równość płci nie jest oczywista w Kościele, równość nie polega na tym, że wszyscy mogą to samo. Enigmatyczna synteza końcowa rozszerzonego synodu o niczym w strukturach kościelnych nie rozstrzyga, oprócz wykluczenia obu możliwości: opcjonalności celibatu i kapłaństwa kobiet. Biedni rozwiedzeni, osoby LGBTQ+ i inni marginalizowani lub wręcz wykluczeni. Nawet teolożka Zuzanna Radzik straciła nadzieję, że Watykan usłyszy kobiety.

Spuśćmy zasłonę na nauki doktora Kościoła Świętego Tomasza z Akwinu, twórcy oficjalnej doktryny Kościoła rzymskokatolickiego, według którego kobiety są błędem natury, rodzajem kalekiego mężczyzny, a wartość kobiety polega na jej wartościach rozrodczych i możliwości do prac domowych. Oczywiście już słychać te głosy: to zdania wyrwane z kontekstu, jest przecież kult Maryi, nie można tak wulgaryzować itp.

No tak, nie należy się wymądrzać, zajrzyj do Arystotelesa, usłyszała znowu swoje myśli. No i co? Znikąd ratunku, a nauki doktora Kościoła mają się całkiem dobrze. Doszły do tego „cnoty niewieście”, określone przez nowoczesnych, młodych panów z małej, ale jakże ważnej partyjki.

Kobiety, gdzie byłyście, chciałoby się zawołać. Ciekawe, że już w XIV wieku chrześcijańska mistyczka Juliana z Norwich głosiła, że Bóg jest też matką, czyli kobietą. Zadam teraz pytanie retoryczne: „Kto ją wyciszył?”.

Mogłabyś już przywyknąć do męskiego świata, powiedziała do siebie Alicja. Miałaś całe życie na przystosowanie się, na zaciskanie zębów iwykonywanie nonsensownych, niekompetentnych męskich decyzji. Na pozorne godzenie się na głupie męskie wywody, na uporczywe seksistowskie podchody, które niby miały być dowcipami. Tyle tylko, że nie dała zsiebie zrobić paprotki, ale jakim kosztem! Wreszcie kobiety dopięły swego, wkońcu pojawił się Me Too. Tylko czy to przetrwa, czy nie będzie znowu kroku wstecz?

–Aleś ty naiwna. – Edyta sprowadziła ją na ziemię. – Przecież wiesz, że feminizm dla prawicy to wróg. A jaką masz u nas perspektywę? Nawet w obecnej koalicji. Wszyscy faceci to mizogini, ale potrzebują od nas seksu, a po nim żarcia – dokończyła. I żeby ją całkiem zdołować, pokazała jej historyczne zdjęcie w „Gazecie Wyborczej” z okrągłego stołu z czasów negocjacji w 1989 roku, kilkudziesięciu mężczyzn. – Widzisz tu kobietę? Chyba na zapleczu do obsługi panów życia i śmierci. Gdzie się podziały te wszystkie działaczki z podziemia Solidarności? – Użyła argumentu młota. – Oczywiście one były. I chociaż zatrzymywały tramwaje, to nie przeskoczyły przez płot. Najwyżej ukrywały, karmiły i na sto innych sposobów działały za kulisami. Środek sceny był i jest dla facetów – kontynuowała Edyta.

Faktycznie, nawet Danucie Wałęsowej dwukrotnie odmawiano statusu działaczki antykomunistycznej – a w gremium decyzyjnym była kobieta – zrobiono to dopiero w 2024 roku.

Przypadek Okrągłego Stołu pasuje do opinii filozofa profesora Jana Hartmana, który mówił, że feministki nie pamiętają o zasługach mężczyzn i brakuje im wyczucia równowagi. Podziw, skąd u akademika taka trafna diagnoza.

Dopiero w ostatnim czasie, gdy męskie osobniki zestarzały się, kobiety doznały wątpliwej satysfakcji z ich osłabienia fizycznego, a zwłaszcza umysłowego. To z kolei skutkuje koniecznością opiekowania się nimi. Czyż to nie ironia losu? Nie, to po prostu gorzkie życie kobiet.

– Ale widzisz, co się dzieje, rosną młode dziadersy. – Edyta dobiła ją, żeby już nie miała żadnej nadziei. – Włącz telewizor albo internet; ta młoda zgraja jest bardziej dołująca. Nie gra roli wiek, tylko stan umysłu, który przejęli w genach od przodków. Najbardziej „wolnościowi” panowie uznali kobietę za część dobytku mężczyzny. Brawo dla pań w tej partii – kontynuowała gorąco. – A żenujący popis ich działaczki w trakcie debaty przed wyborem przewodniczącej Komisji Europejskiej to patologia, niestety nasza polska patologia, przecież ktoś ją wybrał. Bardzo liczę na dziewczyny z lewicy. Mam nadzieję, że nie będą się musiały „łaszczyć” przed męskimi przywódcami; przypodobywać się im, że nie ulegną kobiecej subordynacji, jak nazwała to Zuzanna Radzik. I że nie będzie to salonowa lewicowość. – Edyta miała przerobiony ten temat.

Świat i wszystkie jego urządzenia stworzył biały mężczyzna, więc Alicja zastanawiała się: „Gdzie wtedy były kobiety? Zaspały? Uwierzyły w męską dobroć? Czy patriarchat kiedyś się skończy? Czy nastąpi to wtedy, gdy ich penisy wreszcie nieodwracalnie zwiotczeją?”. Pomyślała, że skończy się – musi się skończyć – ale w następnym pokoleniu, bo wcześniej nie ma co liczyć, o czym świadczy to, że obecni, w średnim wieku lub stosunkowo młodzi dziadersi utworzyli kolejną radę szkolnictwa wyższego (bo jedna już jest), składającą się z kilkunastu członków, powołanych przez najwyższy urząd w państwie polskim, w której są wyłącznie mężczyźni. Nie znalazła się w kraju ani jedna uczona czy – jak nakazuje dyktat feministyczny – naukowczyni z tytułem doktora lub profesora.

– Dziwna jesteś – stwierdziła Edyta. – To przecież za poważne sprawy dla kobiecych umysłów.

– Ale prezydent iluś tam kobietom nadał tytuł profesora, i co? Teraz ich nie dostrzega? – pytała retorycznie Alicja.

– Twoja naiwność mnie dołuje, przecież baby są od ciężkiej roboty, a nie od reprezentacji czegoś, co jest zbędne – zakończyła dosadnie koleżanka. – Aha, i od rodzenia dzieci. Kobieta jest przecież „płodnym przyjęciem”. Tylko szczególny umysł mógł to wymyślić, bo rodzina jest najważniejsza! – podniosła głos. – Gdybyś zapomniała – dodała. – I do tego, wiesz… te naiwniaczki nabierają się na owe „partycypacje”… śmiechu warte… kto je tworzy? Mężczyźni.

Odpuściła na chwilę te pesymistyczne myśli, zdając sobie sprawę, że wszechświat, jeżeli będzie lepszy dla kobiet, to już bez jej udziału. Ze swojego mózgu mogła już tylko wydobyć wspomnienia młodości, bez możliwości skutecznego działania, zostawiając to pole młodym kobietom. W ogóle dała sobie spokój z analizą wszystkich problemów w skali makro, bo to byłaby już publicystyka.

Naszła ją reminiscencja z czasów nauki w liceum, gdzie w klasie żeńskiej wiodła prym, umiejąc interpretować Wielką Improwizację z Dziadów części III, jak i całą ideę tego romantycznego dramatu. Przed sprawdzianami ustnymi i pisemnymi otoczona była wianuszkiem koleżanek i kolegów również z innych klas, proszących o interpretację istoty tego dzieła i przełożenie poszczególnych kwestii na normalny język. Przychodziło to jej z łatwością, aż sama się dziwiła, skąd u niej takie „objawienie myśli, która kryła się w głowie wieszcza”.

Koleżeństwo wielkiego pożytku z jej wysiłku intelektualnego nie miało, bo trudno im było powtórzyć jej słowa mówione jakby w natchnieniu, jak i użyć poszczególnych zwrotów, ale polonistka wydawała się zachwycona. A była to znana w mieście pedagog pani Danuta Medyńska (mąż jej cieszył się jeszcze większym uznaniem, ale to chyba dlatego, że uczył w liceum o nieco większym prestiżu), której bardzo zależało na przekazaniu licealistkom (była to żeńska klasa) wiedzy o literaturze.

Teraz gdy stanęła przed obrzędem, który objawił się dzisiaj, na początku maja, zrozumiała, że ma tu miejsce przywołanie duchów, a nie zjaw. Właściwie one już tu są i trzeba z nimi obcować i je ugościć, żeby zdobyć ich zaufanie i przychylność. Ale czym ugościć, naleśnikami z jagodami?

Co za absurd krąży w mojej głowie. Tylko brakuje, żebym wypatrywała Wernyhory. Znowu ta postać. Boże…, pomyślała Alicja, ja mam halucynacje.

A w tanecznym kręgu nie było widać słomy ani miękkiej masy plastycznej, bo w dalszym ciągu wszyscy byli ubrani w eleganckie, kolorowe sukienki i jasne garnitury, lecz kolory zlały się w jedną szaroniebieską tonację, a ich figury wyglądały, jakby malarz od niechcenia ledwo je naszkicował. Jedynie od czasu do czasu mignął czerwony sweterek Saszy.

Muzyka przeszła jakby w cygańską czy bałkańską, ale stała się wolniejsza, nie słychać było rytmu, tylko jednolity ciąg melodyjny. Poczuła chłód i delikatne wibracje i choć nie porozumiewali się ze sobą, wszyscy czuli, że znaleźli się jakby w kokonie.

Nagle, choć tego nie było widać, co rusz ktoś z towarzystwa znikał, porwany odgórną diabelską siłą. Alicja widziała jak przez mgłę podłużne, obłe, ale nieregularne kształty unoszące się do góry. Dalej nie wiadomo, co się z nimi działo, bo był sufit. Nie wiadomo, kto to robił i dokąd się przemieszczali, ale jakaś siła porywała ich z góry, jakby znaleźli się w cugu, z którego nie sposób było się wydostać.

Mimo zniknięcia kilku osób krąg tańczących się nie zmniejszał, co oznaczało, że w miejsce porwanych ktoś wstawiał swoich. Ale nie byli to ludzie, a jakieś byty z innego świata, choć miały wygląd ludzkich postaci. I znowu naszła ją wątpliwość: czy były to dusze, czy duchy? Poczuła, jak cierpnie jej skóra.

Kelner czuł się normalnie, dla niego, widać, nie była to dziwota, choć na czole pojawił mu się pot. Chyba z gorąca, bo teraz temperatura w restauracji wyraźnie wzrosła. Nie takie sztuczki tu widział, bo był dobrze zaznajomiony z sąsiadami zza muru. W każdym razie nie szkodzili sobie wzajemnie. Zwykle ruchliwa o tej porze ulica przycmentarna stała się pusta, nie widać było żadnych przechodniów ani żadnego samochodu, dzień jakby zamierał, za oknami zrobiło się szaro…

A było około piętnastej…

A przecież była to pora nasilonego ruchu, powrotu z pracy i ze szkół.

Zadrżała, pomyślała, że przesadziła, chcąc udowodnić wszystkim dookoła, że niewiara Witka i jej wiara w życie po drugiej stronie są namacalne tylko dla nich, choć jednocześnie niedostępne dla znanych im ludzi. Bo nie każdy może znaleźć się w drugim kręgu i widzieć krąg pierwszy – czyli świat rzeczywisty. Wydawało się jej, że jej dusza może po tamtej stronie wesprzeć Witka, choć dla niego było to naiwnością.

Zarówno ona, jak i większość towarzystwa wierzyła w tego Boga, ale tak jakoś nie bardzo. Witek miał plan, że na razie on tam… przejdzie, umości się i będzie na nią czekać. Trudno było się jej połapać w tym planie, skoro Witek wszystkie nadzieje na drugie życie negował. A jednak krótko przed śmiercią doszedł do przekonania, że tam… coś istnieje.

Dla niej było to oczywiste, ale przebywanie z nim po tamtej stronie to, jakby powiedziała Edyta, masochizm. Nie traktowała tych ustaleń poważnie, ale werbalnie nie sprzeciwiała się, bo brakowało jej sił. Zresztą w tej niewyobrażalnie wielkiej przestrzeni wszechświata, który do tego jeszcze stale się powiększa, odnalezienie się ziemskich istot jest niemożliwe. Nie widziała więc sensu kwestionować jego planów.

Dodatkowo ogarnął ją strach, a raczej niepokój, którego dotychczas nie doznała; zastanawiała się, czy pozostaniemy sami w tej niewyobrażalnej czarnej przestrzeni kosmosu? Czy to będzie piekło? Czy znajduje się w naszej galaktyce, bo przecież jest ona jedną z wielu? A może będzie można wyjść poza wszechświat? Ale to możliwość raczej dla fizyków. Zostawiła te pytania na później. O niebie jakoś nie pomyślała.

A oni nie chcieli z nikim dzielić się tym olśnieniem, bo większość jego znajomych to ateiści albo agnostycy, a w najlepszym wypadku stojący z boku, obok Kościoła. Mieliby powód do żartów: co stało się z ateizmem Witka, bo nie pojęliby jego wizji odnowienia ciała w nowej rzeczywistości; bo przecież nie przyjmował wizji „zmartwychwstania” według wiary chrześcijańskiej. No i czułaby się niezręcznie wobec znajomych, którzy trochę znali historię przeżyć, które zgotował jej przez większość życia, zwłaszcza że znaczyłoby to, iż aprobuje jego poglądy, od których zawsze się odcinała lub były jej obojętne.

Wcześniej, gdy jeszcze kontaktował, przyjęli oboje, że jest tam ten lepszy byt, choć dla niego nie było w nim Boga. Naigrywał się z „oświeconych” duchownych, którzy przez wieki kwestionowali odkrycie, że ziemia jest kulista, choć tak uważali już 300 lat przed naszą erą Grecy, Rzymianie i inni. Często mówił: „Dlaczego, jeżeli Pan Bóg istnieje, nie oświecił ich, jaka jest prawda?”. Alicja starała się zachować obojętną twarz, aby nie wdawać się z nim w dyskusję, choć w myślach musiała mu przyznać rację.

Poniekąd rozumiała źródło jego ateizmu, do którego przyczyniła się matka, zagorzała katoliczka, gdy maszynką do strzyżenia włosów przejechała mu za karę przez środek gęstej czupryny. Powodem było wprowadzenie kozy na ołtarz w pobliskim kościele – jeszcze w trakcie budowy. Wraz z bratem traktowali budowę jak miejsce zabaw, a kozy i krowy pasły się w pobliżu. Czyn matki dla chłopaka w wieku szkolnym było wielkim upokorzeniem. Podobny „wkład” w jego sceptycyzm boskiego stworzenia świata wniósł katecheta, gdy Witek na lekcji religii próbował dociekać jakiejś prawdy wiary. Usłyszał wtedy: „nie mędrkuj” i ksiądz powiadomił matkę.

Witek kilka lat wcześniej próbował dokonać apostazji, ale wymagani przez proboszcza jako świadkowie dwaj koledzy w ostatniej chwili zrejterowali, mimo że byli umówieni rano przed kancelarią kościelną. W końcu praktykująca rodzina i otoczenie zaakceptowało biernie tę decyzję, bo byli już zmęczeni wałkowaniem tematu, który Witek nieustannie prowokował.

Jednak ich zniecierpliwienie było spowodowane głównie jego uporczywym kwestionowaniem zasad wiary, które wyznawali z pokolenia na pokolenie, nie wgryzając się w poszczególne dogmaty. Po prostu katolikami stali się w chwili urodzenia. Chodzili od czasu do czasu do kościoła, szczególnie dwa razy w roku, na Boże Narodzenie i w Wielkanoc, brali śluby kościelne, chrzcili dzieci, posyłali je do pierwszej komunii oraz bierzmowania, bo bez tych obrzędów dziadkowie czuliby się nieszczęśliwi, i organizowali tradycyjne pochówki z mszą w kościele i księdzem na pogrzebie.

Byli trochę praktykującymi, ale nie za bardzo wierzącymi katolikami, stąd w zasadzie nie mieli przygotowania do dyskusji z Witkiem. Wierzyli jak ich dziadkowie i rodzice, zgodnie z powiedzeniem: katolikiem się rodzisz. Wierzyli z przyzwyczajenia, jak określił to ksiądz Twardowski. Typowa polska przykościelna mentalność. I większości jest z tym dobrze. Nie musieli podejmować świadomego wyboru, tak jak dzieje się to obecnie wśród młodzieży.

Gdy zdarzało się, że nocowali w amerykańskich hotelach, nie rozumieli, po co w pokojach znajdowała się Biblia, a niektórzy mieli w pamięci fakt, że za posiadanie Biblii w Korei Północnej i w niektórych krajach islamskich grozi śmierć. Przecież oprócz oczywistej oczywistości, że są katolikami, wystarczała wiedza zdobyta na nudnych lekcjach religii, Ewangelia czytana na niedzielnych mszach oraz Pismo Święte leżące na stole, gdy ksiądz przychodził po kolędzie. Dlatego Pismo Święte Nowego Testamentu jest w większości polskich rodzin przechowywane zazwyczaj tylko na tę okazję, rzadko czytane, żeby pogłębić wiarę.

W końcu Witek odpuścił formalne wystąpienie z Kościoła, bo uznał, że papier nie ma znaczenia. Studiował wielką historię ziemi i czasu, zmian wszechświata, a „Bóg i nowa fizyka” pogłębiały jego wiedzę o kosmosie, wielkim wybuchu niewyobrażalnej energii. Widział to jako rzeczywistą opowieść o wychładzaniu, analizował tajne kody przestrzeni. W miarę poszerzania tych studiów kwestionował wszystkie dogmaty wiary, a tematy religii i Kościoła wywoływały u niego agresję.

Jego pryncypialność w kwestii ateizmu w dyskusjach miała charakter nadrzędny. Stał się trudny dla otoczenia, głównie dla rodziny i znajomych. Nie umiał dyskutować, a wszelkie choćby drobne nawiązania w mediach do religii czy tragiczne wypadki losowe uznawał za dowody na nieistnienie Boga.

Alicja zrezygnowała z prób rozmowy o życiu po tamtej stronie i jego ewentualnym spotkaniu w ostatnich godzinach życia z księdzem, bo to go tylko rozdrażniało i przypominało mu próbę kontaktu homoseksualnego, która przed laty wyszła od znajomego księdza Wacława, nieszczęśliwego człowieka „zmuszonego” przez rodziców do wstąpienia do seminarium duchownego. Niestety brak powołania sprowadził księdza na manowce w stanie kapłańskim, odosobnienie i szybką śmierć.

Zrezygnowana, umęczona Alicja bez trwogi czekała na moment jego fizycznego odejścia. Śmierć Witka nie była dla niej traumą. Gehenna, jaką jej zgotował przez prawie całe życie, stosując przemoc jawną i utajoną, fizyczną i psychiczną – czas przeszły dokonany – spowodowała, że poczuła ulgę. To było dla niej wyzwolenie, i dla niego też, bo przestał cierpieć. Tak się umówili.

Kiedy już ostatecznie nie było dla niego żadnego medycznego ratunku, przewidzianego w chorobie nowotworowej, i nie pomagały żadne opiaty przepisywane na recepty, poszedł na całość. Stosował wymyślne kombinacje narkotyków: początkowo były to skręty marihuany, potem amfa, potem metamfetamina i kokaina, która najbardziej go pobudzała, bo jak mówił: „otwiera umysł”.

Wdychał, brał donosowo kreski od 15 do 35 miligramów, aż do zniszczenia przegrody nosowej. Potem wciągał herę i gdy zabrakło zdrowych żył, aby wstrzykiwać białko – jak mówił – a nos już nie mógł wciągać kresek, przestał walczyć. Dopalaczy nie chciał, mówił, że są dla smarkaczy.

Początkowo odstawił papierosy i alkohol, a na końcu chciał zaprzestać hery, wolał morfinę jako MST Continus w dawce nawet 200 miligramów. Jednak to właśnie heroina dawała mu błogostan, ale jednocześnie wyniszczyła wszystkie organy. Miał światłowstręt, cały czas nosił okulary przeciwsłoneczne, spał w nich, majaczył, drzemał albo szalał, gdy nie mógł doczekać się dawki. Po wstrzykniętej dożylnie dawce 60 miligramów hery ostatecznie ustała praca serca. Tak skończył życie upojony narkotykami. Po ludzku odezwał się do niej dwa dni przed śmiercią, gdy ni z tego, ni z owego, wspomniał dzieciństwo:

– Wiesz, chodziliśmy z chłopakami na „śmietki”, to było koło młyna, tam nad rzekę, gdzie teraz zalew, a tu, gdzie teraz wieżowce, pasło się krowy.

Wtedy zrozumiała, że koniec jest bliski.

Nie lubiła go, ale pielęgnowała, choć niechętnie, a bycie dobrym dla niego było wyczerpujące. Dziwiła się, jaki układ utworzył się w jej głowie po tym wszystkim, co jej w życiu „zafundował”, i dziwiła się, jakim cudem przeżyła ostatnie pięć miesięcy, gdy stała się jego całodobową pielęgniarką, która musiała opanować umiejętność wstrzyknięć domięśniowych, a potem w popękane żyły. Opanowała robienie zastrzyków w duże mięśnie, przeważnie pośladkowe, bo słabo unerwione, a w innych miał już zrosty.

Robiła to machinalnie, co osiem godzin albo i częściej, podobnie jak wszystkie inne zabiegi pielęgnacyjne. Pomagała przy czynnościach fizjologicznych, bo stracił na nimi kontrolę, myła, smarowała stopy i opukiwała plecy. Znosiła jego napady agresji, wyzwiska, urojenia i omamy, gdy nie mógł doczekać się dawki. Musiała nawiązać kontakty z dilerami, choć najpewniejszy był Waldek K., żeby dostawy były w miarę regularne. Przywykła do ciągłego chemicznego zapachu w domu, którego początkowo nie mogła znieść.

Nie życzyła mu niczego złego. Stał się jej obojętny, traktowała go jak każdego innego człowieka, któremu też by pomogła, gdyby była taka potrzeba, a nawet momentami cierpiała razem z nim. Nie szukała opieki w hospicjum, choć początkowo przychodziła raz na dobę na dwie godziny prywatnie opłacana pielęgniarka. Od niej nauczyła się iniekcji.

Przestała żalić się na swój los rodzinie i znajomym. Pamiętała, co powiedziała jej kiedyś Edyta, gdy w przypływie szczerości i żalu nad sobą ujawniła jej trzymane w tajemnicy przed wszystkimi sposoby wyrafinowanej przemocy fizycznej i psychicznej Witka nad nią.

– Nie rób z siebie ofiary. – Padało stwierdzenie koleżanki, a raczej przyjaciółki, której zdaniem już dawno powinna rzucić ten związek – Ty go chyba kochasz. – Edyta raczej stwierdzała, niż pytała, bo trudno było jej zrozumieć brak decyzji o wyprowadzeniu się od toksycznego przemocowca, który wielokroć znęcał się nad nią w wymyślny sposób. Powtarzała to wielokroć, czym wyprowadzała Alicję z równowagi. Mówiła to, mimo znanych jej przeszkód, głównie natury finansowej, od których Alicja była uzależniona, i poczucia jej odpowiedzialności, szczególnie wobec rodziców. – Ja bym tego nie wytrzymała, wystawiłabym mu walizki – mówiła zdecydowanie Edyta – i krzyż na drogę.

Podobnie widziała to Martyna – siostra Alicji:

– U mnie by nie podskoczył, za to skur… postępowanie jebutnęłabym go w łeb, albo ja bym przeżyła, albo on.

No tak, jakie to proste, przecież Alicja podejmowała próby uwolnienia się, wiedzą to dwie walizki, do których spakowała niezbędną odzież i trochę książek. Zrobiła to podczas nieobecności męża, i powtórzyła to trzy razy, wracając na jego usilne błagania i obietnice poprawy… Przecież rozwodem nie mogła zmarnować finansowego wkładu rodziny do budowy domu, który w takim przypadku byłby nie do odzyskania. Justyna Decowa, mama Alicji, powtarzała:

– U nas w rodzinie nie ma rozwodów… Co ludzie powiedzą?

To była zasadnicza postawa Deców, choć tak drastycznych zachowań i fatalnych nawyków zięcia wyniesionych z domu się nie spodziewali. Początkowo liczyli, że będzie go można przystosować do norm życia istniejących w ich rodzinie.

A ona naiwna wierzyła, że jej uczucie zmieni jego usposobienie nasiąknięte od dzieciństwa inną kulturą, sposobem bycia wyrobi w nim empatię (o naiwności), usunie egoizm i prostactwo, którego wcześniej nie zauważyła, ochroni przed nałogiem, który nasilił się dopiero kilka lat po ślubie. Ten jej „kurs” doszkalający spalił na panewce, bo dopiero psycholog po iluś latach uświadomił jej cechy psychopatyczne Witka, więc ten zamiar nie mógł zakończyć się sukcesem.

Decyzja o rozwodzie w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku byłaby dramatem i odarciem porządnej, katolickiej, choć nie kościółkowej rodziny z dobrej opinii. Żyli godziwie, na ile pozwalały warunki w Polsce Ludowej, bez żadnych ekscesów i wydarzeń, uznawanych przez środowisko za haniebne czy nieuczciwe, choć sam ślub z Witkiem był poniekąd obniżeniem ich statusu. Czuła się w potrzasku z dwóch stron: poglądów rodziny i mężowskiej przemocy.

Alicja pozazdrościła obecnym rozwodnikom, dla których rozwiązanie małżeństwa jest znacznie łatwiejsze, choć też niepozbawione stresu i przede wszystkim cierpienia dzieci. Ale czy to nie jest dla wszystkich lepsze wyjście niż wychowywanie dzieci w zatrutej atmosferze, między nienawidzącymi się rodzicami? Ale teraz w Polsce można raz w roku pobić żonę bez ponoszenia konsekwencji, i to nie będzie już przestępstwem, lecz wykroczeniem. No tak, rodzina jest najważniejsza, zazwyczaj nie rozpada się od pierwszego pobicia.

Odrzuciła na boczne tory pamięci swoje obdukcje, gdy pan doktor w milczeniu skrupulatnie mierzył linijką siniaki i krwiaki na jej ciele. Witek stale jej zarzucał, że ma słabe ciało, na którym tak łatwo robią się krwiaki. Dostawała papierek, ale nic z nim nie robiła, podobnie jak lekarz, do którego obowiązków nie należało zgłaszanie takich spraw do organów ścigania.

A ona sama? Miała wewnętrzną satysfakcję, że podjęła jakieś kroki i że przyda się taki dokument, gdy sytuacja przybierze bardziej dramatyczny charakter.

Ale uznała, że to jeszcze nie pora, bo widać za mało jej było, gdy podpity włączał na cały regulator płytę z Les Champs-Elysees Joego Dassina, a ją dręczył na różne sposoby, psychicznie i fizycznie, aby tłumaczyła się z niczego. I to pytanie z jego czerwonej, przepitej, śmierdzącej niestrawionym alkoholem gęby, w oparach papierosów: „Coś ci się nie podoba?”. Dzisiaj, gdy usłyszy tę piosenkę, sztywnieje, a ścisk w gardle nie pozwala na przełknięcie śliny. Albo gdy poczuła potrzebę położenia się na torach kolejowych. Był to przymus, jak głód narkotykowy. Przeszła, nie pamiętała jak, trzy kilometry w ciemnej listopadowej nocy, czuła „cug”, który jak magnes ciągnął ją do torów, zwłaszcza gdy słychać było turkot zbliżającego się pociągu; tak bardzo chciała poczuć zimno szynowej stali. Gdy wyzwoliła się z tej matni i nieludzkim wysiłkiem odeszła od torów, prawie wpadła pod samochód, wracając w deszczowo-śniegowej zawierusze. Kierowca wyskoczył z pojazdu, szarpnął ją za ramię i krzyknął: „Kobieto, co z tobą? Chcesz się zabić? Nie szkoda ci dzieci?”. Otrzeźwiała, z wielkim wysiłkiem przeprosiła go i dodała: „Wszystko w porządku”. Przyglądał się jej podejrzliwie i bezosobowo zaproponował, że może podwieźć. Podziękowała i powiedziała, że ma niedaleko do domu, a on z ociąganiem odjechał.

Dlaczego wtedy nie podjęła decyzji o zakończeniu swojej udręki? Po prostu zabrakło jej sił.

Tak więc stwierdzenie Edyty odbierała jako spojrzenie obcej osoby i stale jej to pamiętała, dziwiąc się powierzchownej ocenie sytuacji. Ale czy to nie sarkazm? Czy chciała w niej wzbudzić siłę do walki? To niby proste rozwiązanie miało w sobie coś siłowego, było stwierdzeniem osoby asertywnej, pewnej siebie, która bezpośrednio wyraziła swoją postawę wobec sytuacji Alicji.

Rozumiała, że Edyta ma prawo być zmęczoną jej małżeńską sytuacją, bo ile można udzielać wsparcia, które nie jest przyjmowane. W desperacji nie umiała obronić swoich praw i pozycji, bo tak wiele miała przed sobą blokujących uwarunkowań.

Czyżby tkwiła w syndromie sztokholmskim? Nie, nie była współuzależniona, lecz tkwiła na uwięzi stereotypowych oczekiwań z okresu swojej młodości i wieku średniego. Przez lata żałowała, że zgodnie z sugestią znanej psycholog Ewy W. z Instytutu Psychiatrii i Uzależnień w Warszawie po pobycie tam Witka nie podjęła razem z dziećmi terapii dla DDA. Psycholog mocno podkreślała, że oprócz nałogu Witek jest psychopatą i że ona razem z dziećmi tkwią w toksycznym związku.

Skutkiem czego w ich mózgach nastąpiły zmiany i traumę przeżywają dzieci, które były nie tylko świadkami jego przemocy, ale aktywnie uczestniczyły w niej, ratując ją przed razami ojca. I choć doświadczenia traumatyczne są stare jak świat, to krzywda na skutek długotrwałej przemocy fizycznej i psychicznej tkwiła i tkwi w ich jestestwach na stałe. Chyba że zostanie przepracowana na terapiach. To była jedyna rada psychologa.

Dotarło wreszcie do niej, że popełniła błąd, nie uwalniając dzieci i siebie od toksycznego ojca i męża. Żyli, prowadząc podwójne życie – jedno oficjalne, zgodne ze sposobem bycia i regułami narzuconymi przez Witka, i drugie, w którym porozumiewała się z dziećmi bez słów.

Jedynym sposobem ratunku była ucieczka, ale trzeba mieć gdzie uciekać. Nie jest nadmiernie surowa wobec siebie i nie chce się usprawiedliwiać, ale w pewnym stopniu uległa mylnej opinii środowiska, że szczególnie synowie powinni mieć ojca. Przecież rodzina – i to rodzina nierozbita – to prawie rzecz święta.

Do tego dochodzą: postawa Kościoła – dostałaś taki krzyż i musisz go nieść – i żałosne „prawdy”, człowiek nie dostaje ani za dużego, ani za ciężkiego krzyża, tylko taki, który potrafi unieść; albo: cierpienie czyni człowieka doskonalszym, uszlachetnia…

Nie chciała się samobiczować, nie odwróci losu, ale nurtowało ją pytanie, dlaczego nie miała siły przełamać tych oporów rodzinnych i społecznych. Jednak to przepadło i nie da się już naprawić. Czy dzieci jej to wybaczą? Czy będą mieć siłę pozbyć się traumy? Dlaczego zgotowała im taki los? Przecież na niego nie zasługiwali. Nie może zapomnieć pytania pięcioletniego dziecka, gdy wracając z nim z przedszkola do domu, do którego nie chciało się im wejść, bo od progu Witek atakował – trzeźwy albo podpity, to zależało od pory dnia albo okoliczności w pracy – jakimiś wymyślonymi, agresywnymi zarzutami, usłyszała:

– Mamusiu, dlaczego nie weźmiesz z tatusiem rozwodu?

Nie pamięta, co odpowiedziała dziecku. I nie pocieszała ją kolejna mądrość: ludzie nie dostają tego, na co zasługują. Czuła się uwikłana w przemoc, bezradna i zła, że przypadł jej w udziale taki los.