Wyrok - Remigiusz Mróz - ebook

270 osób właśnie czyta

Opis

Dziesiąty tom bestsellerowego cyklu z Chyłką!

 

Po zdanym egzaminie adwokackim, świeżo upieczony mecenas Oryński ma zastąpić Chyłkę jako główna siła napędowa kancelarii Żelazny & McVay. Pierwsza sprawa, jaką poprowadzi, niechybnie zaważy na całej jego przyszłości zawodowej. Kordian nie ma jednak żadnego wyboru – zostaje zmuszony przez Piotra Langera, by podjąć się obrony pewnego chłopaka w Poznaniu.

Co ich łączy? I dlaczego Langerowi tak zależy na jego obronie?

Siedemnastolatek oskarżony jest o wyjątkowo krwawe zabójstwo dwóch kolegów ze szkoły, które łudząco przypomina sposób działania Sadysty z Mokotowa. Nie ma alibi, plącze się w zeznaniach, a dowody przemawiają przeciwko niemu. Nawet Chyłka jest przekonana, że tej sprawy nie da się wygrać…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 524

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,4 (1751 ocen)
1079
384
215
59
14

Popularność


Copyright © Remigiusz Mróz, 2019

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2019

Redaktor prowadzący: Adrian Tomczyk

Redakcja: Karolina Borowiec

Korekta: Joanna Jeziorna-Kramarz, Magdalena Owczarzak

Projekt okładki: Mariusz Banachowicz

Projekt typograficzny, skład i łamanie: Stanisław Tuchołka / panbook.pl

Fotografie na okładce:

© Kamenetskiy Konstantin / Shutterstock

© NejroN / iStock by Getty Images

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

eISBN 978-83-66381-94-0

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

[email protected]

www.czwartastrona.pl

Dla przyjaciół z Fredry 8 w Poznaniu

Satius enim esse impunitum relinqui facinus nocentis

quam innocentem damnari.

Lepiej pozostawić bezkarnym występek złoczyńcy,

niż skazać niewinnego.

Rozdział 1

1

XXI piętro Skylight, Śródmieście

Przekonała się, jak szybko upływa czas, dopiero gdy ten zaczął jej się kończyć. Ostatnio wszystko działo się w przyspieszonym tempie – jej stan zdrowia zdawał się pogarszać z minuty na minutę, Zordon w okamgnieniu zdał egzamin i po ślubowaniu dostał wpis na listę adwokatów, a w kancelarii wszyscy przygotowywali się na jej odejście.

Przynajmniej takie wrażenie odnosiła, idąc do nowego gabinetu Oryńskiego, kiedy każdy ustępował jej miejsca na zatłoczonym korytarzu. Zatrzymała się przed drzwiami, spojrzała na plakietkę, a potem uśmiechnęła się i bez pukania weszła do środka.

Z pewnością wypadałoby odpowiednio powitać Kordiana. Był to pierwszy dzień, kiedy stawił się w pracy jako pełnoprawny obrońca. „Dzień dobry, mecenasie Oryński” byłoby bardzo na miejscu. „Moje uszanowanie, panie adwokacie” też okazałoby się niczego sobie.

– Czołem, pokrako umysłowa – rzuciła Chyłka, zamykając za sobą drzwi.

Kordian stał przy oknie, wyglądając na Pałac Kultury i Nauki. Obejrzał się przez ramię i uniósł lekko kąciki ust.

– Co tak stoisz jak Sims czekający na polecenia? – dodała.

– Zastanawiam się.

– Nad czym?

Oryński westchnął i znów wyjrzał za okno.

– Mam nieodparte wrażenie, że dzisiaj świat się skończy – powiedział.

– To dobrze. Znaczy, że jutro zacznie się na nowo.

Zwiesił głowę, a potem nią pokręcił. Kiedy się odwrócił, zobaczyła na jego twarzy wyraźne zadowolenie. Podszedł do niej, objął ją w pasie i przyciągnął do siebie. Widzieli się rankiem, kiedy wychodził do pracy nieco wcześniej niż ona – mimo to patrzył teraz na nią, jakby od tamtej pory minął miesiąc.

– Wybrałeś pierwszą sprawę, brzydalu? – zapytała, splatając ręce na jego karku.

– Tak.

– To na wszelki wypadek zastanów się jeszcze jakieś dwanaście razy. Wszyscy poprzedni klienci idą w zapomnienie, twoje konto się zeruje. Ta sprawa ustawi całą twoją przyszłość zawodową.

– Zastanowiłem się.

– I? Będziesz potrzebował pomocy swojej byłej patronki?

– Będę potrzebował pomocy mojej Chyłci.

Joanna zamarła.

– Mojej Chyłeczki.

Przesunęła dłonie z jego karku na szyję i delikatnie je zacisnęła.

– Ja ci, kurwa, dam Chyłcię, Chyłeczkę…

Zanim zdążyła dokończyć, pocałował ją, a potem wywinął się z uścisku i sięgnął po jedną z teczek leżących na biurku. Widać było, że jeszcze się nie zadomowił w nowym biurze. Entuzjaści minimalnego designu czuliby się tutaj jak w niebie.

Joanna otworzyła teczkę i rzuciła okiem na zdjęcie niewinnie wyglądającego chłopaka. Miał cerę nadto zadbaną jak na siedemnastolatka, brwi jakby wyregulowane, a przydługie włosy sugerowały, że lubi renesans mody z lat osiemdziesiątych.

Chyłka doskonale znała zarówno te akta, jak i wszystkie inne, które Żelazny udostępnił Zordonowi. Przeglądała je równie często jak Oryński – i właśnie dlatego spodziewała się, że weźmie jakąkolwiek sprawę, tylko nie tę.

Właściwie nie rozumiała nawet, dlaczego Artur w ogóle podsunął ją Kordianowi. Było oczywiste, że kancelaria nie podejmie się obrony. Nawet gdyby w grę wchodziły duże pieniądze, i tak byłoby to nieopłacalne.

– Chyba sobie żartujesz – rzuciła.

– Nie.

– Bierzesz tego gościa ze Stranger Things?

– On chyba…

– Wygląda jak jeden z tych gówniarzy – ucięła. – Mike czy jak mu tam.

Oryński zerknął na trzymaną przez nią dokumentację i podrapał się po głowie.

– Może coś w tym jest – zauważył. – W sumie to chyba nawet ten sam rocznik.

– Mniejsza z tym – odparła i trzasnęła teczką o blat biurka. – Zwariowałeś?

– Na twoim punkcie?

Posłała mu ostrzegawcze spojrzenie, z którego korzystała, ilekroć zbliżał się do mniej lub bardziej udanych romantycznych umizgów.

– Zordon – powiedziała z naciskiem. – Ta sprawa powinna trafić do kosza. Nie na twoje biurko.

– Ale skoro już tu jest, to może powinienem…

– W Jemenie jest wojna, a mimo to nie palisz się, żeby tam popierdzielać i zażegnać konflikt.

– Bo nijak nie mogę pomóc – odparł Kordian i usiadł na biurku. – Ale temu chłopakowi…

– Też nie pomożesz – rzuciła, a potem znów podniosła teczkę. Szybko przesunęła wzrokiem po najważniejszych punktach podsumowania. – Grzesiek Benzowicz. Miejsce urodzenia: Poznań. Lat: siedemnaście. Ofiar: dwie. Liczba adwokatów idiotów, którzy chcieliby go bronić: jeden.

Oryński wzruszył ramionami.

– Okej – dodała Joanna. – Spójrzmy, co zrobił. Dwa ciała kumpli z klasy znalezione w jakimś porzuconym forcie na rubieżach Poznania. Rany cięte i tłuczone, rąbane, miażdżone i szarpane… krótko mówiąc, cały wachlarz, jak zwykle gdy typowy psychol znęca się nad swoimi ofiarami.

– Ehe.

– Jest motyw, bo ci dwaj najwyraźniej ostatnimi czasy kpili sobie z tego twojego Benzopirena. Są dowody, bo zarówno w okolicy, jak i na ciałach znaleziono DNA sprawcy. Są też świadkowie, którzy widzieli go z ofiarami. A jako wisienkę na ten tort z gówna dorzucę fakt, że chłopak w końcu pękł i przyznał się do winy.

– Wiem.

– Łebski jesteś. A wiesz też, co twoja Chyłeczka na to powie?

– Że mnie popierdoliło?

– I to srogo, Zordon – dodała nieco poważniejszym tonem, nie odrywając wzroku od zdjęcia chłopaka.

Gdyby nie to, że w głosie Oryńskiego nie wychwyciła nawet nuty żartu, byłaby gotowa przysiąc, że sobie z niej dworuje. To jednak ewidentnie nie wchodziło w grę. Ale dlaczego w takim razie zdecydował się bronić właśnie tego chłopaka?

– To nie do wygrania – odezwała się.

– Dlatego potrzebuję twojej pomocy.

– W popełnieniu zawodowego samobójstwa? Nie, dziękuję. Mam na sumieniu twoje dziewictwo, nie chcę do tego dokładać kariery zawodowej.

– Chyłka…

– Ubzdurałeś sobie, że młody jest niewinny, tak? – Nie dała mu dojść do słowa. – Jakiś idealizm ci się włączył? Jakaś wzniosła myśl zakołatała się w tym pustym łbie? Uznałeś, że nie każdy musi stawać się więźniem własnej przeszłości i że czasem błędy mają być lekcją na przyszłość, a nie wyrokiem?

– Cóż…

– O takie banialuki mogłabym podejrzewać cię dwa, trzy lata temu, kiedy nie miałeś jeszcze zrytej psychy – ucięła. – Teraz mam pewność, że dobrze cię wyszkoliłam. Jak widzisz bagno, to w nie nie wchodzisz.

Zgodził się, kiwając głową.

– A jak już w nie wejdę?

– To nie zwalniasz, bo inaczej zostaniesz w nim na dobre – odparła niemal bezwiednie, bo powtarzała mu to już kilkakrotnie.

Wydawało się to dość dobrą taktyką, a przynajmniej tak kazało jej sądzić wszystko, czego się w życiu podjęła. W tym wypadku jednak maksyma zdawała się nie przystawać do sytuacji. Chyba że…

– Wpadłeś w jakieś bagno, Zordon? – spytała Joanna.

– Trochę.

– Nie mam na myśli związku z osobą, nad którą wisi wyrok śmierci.

Skrzywił się, jakby wbiła mu nóż prosto w serce. Szybko machnęła ręką, chcąc zbyć jakiekolwiek banalne uwagi, jakie trzymał w zanadrzu na podobne okazje.

– Mów, o co chodzi – poleciła, a potem obeszła biurko i przysiadłszy na skraju, skrzyżowała ręce na piersi.

– Cóż…

– No, artykułuj.

– Powiedzmy, że nie miałem dużego wyboru spraw – powiedział, wyglądając, jakby zrzucał z barków jakiś ciężar.

Znała go dostatecznie dobrze, by dostrzec, że najwyraźniej już od pewnego czasu czekał na to, żeby jej to wyznać. Zmrużyła oczy, zastanawiając się, dlaczego wcześniej tego nie wyłapała.

Chłoniak? Zaślepienie uczuciem? Właściwie jedna i druga choroba mogła za to odpowiadać.

– Ktoś postawił mi ultimatum – dodał Kordian.

– Co? – wypaliła. – Jakie ultimatum? Kto? Żelazny? Zaraz pójdę do tej spierdoliny i…

– Nie on – przerwał jej Oryński, a potem głęboko nabrał tchu. – Piotr Langer.

Joanna natychmiast zsunęła się z blatu. Nie, to mimo wszystko musiał być jeden wielki żart.

– O czym ty mówisz? – rzuciła machinalnie. – Przecież jego nawet nie ma w Warszawie.

Kordian obrócił się do niej i uniósł brwi.

– Skąd wiesz? – spytał.

– Bo Langer jest jak pieprzony robal w domu. Kiedy wiem, gdzie się znajduje, jest okej. Jak mi znika z oczu, czuję niepokój.

– Trafne.

Potrząsnęła głową, starając się stwierdzić, co i kiedy się wydarzyło. I jakim cudem uszło to jej uwagi. Wbiła wzrok w Oryńskiego, czekając, aż po pierwsze zapewni ją, że mówi poważnie, a po drugie wyjaśni, co konkretnie doprowadziło do takiej sytuacji.

– Ma coś na ciebie? – odezwała się.

Od razu po zadaniu tego pytania uświadomiła sobie, że jest absurdalne. Wiedziała o wszystkich hakach, jakie Piotr miał na Zordona. Żaden nie wyglądał groźnie, wszystkie były stępione wzajemnymi zależnościami.

– Niezupełnie…

– Więc? Wysłowisz się w końcu?

– Chciałbym, ale mamy trochę mało czasu.

– Mało czasu? Co ty pieprzysz?

Podciągnął rękaw marynarki i postukał palcem w zegarek. Dopiero teraz Chyłka zrozumiała, że nie bez powodu wybrał akurat ten konkretny moment, by wyjawić jej prawdę – czy też jakąś jej część.

– Przyjąłeś już tę sprawę, głąbie?

Pokiwał głową, a potem wskazał papiery leżące na skraju biurka. Krótkie spojrzenie wystarczyło, by Joanna zorientowała się, że rodzice Grześka Benzowicza ustanowili Oryńskiego obrońcą swojego syna.

To oznaczało także, że Żelazny wie. Prawdopodobnie również media. Ona zaś dowiadywała się jako ostatnia. I to z pewnością nie bez powodu.

– Wyjaśnię ci wszystko po drodze – powiedział.

– Czy ty mnie teraz cytujesz?

– Może – przyznał. – Ale najważniejsze pytanie brzmi: czy jedziesz ze mną?

– Dokąd?

– Do Poznania – odparł z uśmiechem Kordian. – Bronić niewinnego człowieka.

Najwyraźniej było więcej rzeczy, o których nie wiedziała.

2

Autostrada Wolności, okolice Brwinowa

Plan był całkiem prosty, choć kilkuskładnikowy. Kordian planował przekonać Chyłkę, by pomogła mu w sprawie, wytłumaczyć jej co nieco, a potem nakłonić, by zgodziła się pojechać do Poznania jako pasażer w daihatsu.

Powiodło się wszystko oprócz punktu ostatniego. Była wprawdzie gotowa zasiąść w rydwanie ognia, by udać się po zakupy do supermarketu, ale stanowczo zaoponowała przed tym, by wyprowadzić YRV na jakąkolwiek drogę szybkiego ruchu.

W efekcie Kordian musiał zająć zwyczajowe miejsce pasażera w iks piątce. I modlić się, by samochód nie przekroczył bariery dźwięku.

Chyłka zwolniła właściwie tylko raz, przed niedokończonymi bramkami poboru opłat między Pruszkowem a Grodziskiem Mazowieckim.

– Tylko w tym kraju to jest możliwe – mruknęła, szybko wracając do poprzedniej prędkości.

– No nie wiem. Wariatki za kółkiem są też za granicą.

Posłała mu krótkie spojrzenie z ukosa.

– Mam na myśli niedziałające bramki – syknęła.

– Wolałabyś, żeby pobierali opłaty?

– Wolałabym, żeby to barachło znikło. Będzie już siedem lat, jak tu stoi – skwitowała pod nosem. – Powstało w zamierzchłych czasach, kiedy jeszcze nie obciążałeś swoim bytem mojej egzystencji.

– Nie obciążyłem jej, tylko ją dopełniłem.

– Dopełnisz, jak powiesz, dlaczego wziąłeś sprawę tego chłopaka – odparła, po czym włączyła tempomat i rozsiadła się nieco wygodniej.

Kordian nabrał tchu i ściszył radio, ale Chyłka od razu podgłośniła. Najwyraźniej to, co miał jej do powiedzenia, będzie musiało konkurować z When The Wild Wind Blows Iron Maiden.

– I dlaczego twoim zdaniem jest niewinny? – dodała. – Może zacznijmy od tego, bo rozmawiać o Langerze lubię tak, jak o chorobach przenoszonych drogą płciową.

– Okej…

– No więc? – ponagliła go. – Mów, bo powoli zaczynam czuć się przy tobie jak ogórek w towarzystwie śmietany.

– Hm?

– Mizernie – wyjaśniła, podjeżdżając do zderzaka nieszczęśnika, który nie zdążył w porę usunąć się z lewego pasa.

Oryński spodziewał się, że Joanna zaraz potraktuje kierowcę lewym kierunkowskazem, długimi światłami, a ostatecznie klaksonem. Właściciel auta jednak w końcu zreflektował się, że należy się pospieszyć. I Kordian być może powinien zrobić to samo.

– Jest niewinny, bo tak twierdzą jego rodzice – oznajmił.

Chyłka milczała.

Długi brak odpowiedzi sprawił, że Oryński w końcu zerknął na nią kontrolnie.

– Nic nie mówisz – zauważył niepewnie.

– Czekam spokojnie na puentę tego żartu.

– Ale to nie…

– Słuchaj, Zordon – zaczęła i na moment zacisnęła usta. – Wiesz dobrze, że potrafię się zdrowo wkurwić za wiele rzeczy. Także tych, które jeszcze się nie wydarzyły.

– Wiem – przyznał pod nosem.

– Chyba jednak trochę o tym zapomniałeś.

– Nie, ale co to ma wspólnego…

– Tyle ma wspólnego, że jak będziesz dalej brnął w te brednie, to nie będę nawet czekała na stację benzynową i wywalę cię na najbliższym MOP-ie – odparła, a potem jednak ściszyła nieco Ironsów.

Był to ostateczny sygnał, by przejść do konkretów.

– Rodzice dali mi dostęp do jego mediów społecznościowych – odezwał się Oryński.

– A co on, jakiś niepełnosprytny? Dał im hasła?

– Mieli dostęp do jego chmury, a tam był pęk wszystkich kluczy – wyjaśnił Kordian, wodząc wzrokiem za ciężarówką, którą minęli tak szybko, że stała się tylko niewyraźnym malowidłem za oknem. – Chłopak miał do nich pełne zaufanie.

– Siedemnastolatek? Do swoich rodziców?

– Tak trudno ci uwierzyć, że nigdy nie grzebali w jego komputerze?

– No.

Oryński pokręcił głową i uznał, że nie ma sensu ciągnąć tego wątku.

– Wiesz, co byłoby naprawdę podejrzane? – spytał, ale nie czekał na odpowiedź. – Gdyby historia była wyczyszczona. Ale nie, wszystko się zachowało.

– I przejrzałeś to?

– Każdy kilobit danych – zapewnił. – I wyłania mi się z tego obraz zupełnie zwyczajnego chłopaka. Może trochę bardziej wrażliwego, nieco nieśmiałego, z pewnymi kompleksami, ale…

– Utożsamiłeś się z nim, Zordon?

Kordian nabrał tchu i zerknął na nią przelotnie. Była w formie i radziła sobie z tym, co ją spotkało, nad wyraz dobrze. Odkąd lekarka oznajmiła jej, że jest za późno na jakiekolwiek leczenie, właściwie ciążył na niej wyrok śmierci. A mimo to zdawała się zachowywać, jakby nigdy nic.

– W jego mediach społecznościowych nie ma niczego, absolutnie niczego, co sugerowałoby, że może coś takiego zrobić – dodał. – To nie było zwykłe zabójstwo, Chyłka. Te ofiary były okładane młotkiem, dźgane i…

– Tak, pamiętam, że to kopia wyczynów Langera – przerwała mu. – A skoro już o nim mowa…

Wykonała ponaglający ruch ręką, a Oryński niepewnie odchrząknął. Wolał, by przy prędkości niemal dwustu kilometrów na godzinę trzymała obie dłonie na kierownicy. Mimo to przypuszczał, że jeszcze przynajmniej raz oderwie od nich jedną po to, by mu przyłożyć.

Najwyższa pora powiedzieć jej o sprawie z Piotrem.

– Skontaktował się ze mną, jak czekałem na ciebie pod Instytutem Hematologii i Transfuzjologii.

Spodziewał się pierwszego wybuchu złości i zalewu pretensji, że dopiero teraz jej o tym mówi, ale Joanna milczała.

– Złożył mi pewną propozycję.

Wciąż nic. Żadnego dopytywania.

– Chodziło o eksperymentalne leczenie – dodał Kordian. – Słyszałaś na pewno o immunoterapii CAR-T.

Jeśli tak było, to Chyłka nie miała zamiaru tego potwierdzać.

– Krótko mówiąc, polega na tym, że limfocyty T pacjenta nakierunkowuje się na walkę z komórkami nowotworowymi. Wykorzystywana jest głównie przy raku krwi, ale pojawiają się coraz to nowe zastosowania. Jest nadzieja, że terapia będzie pomagała przy różnych rodzajach chłoniaka, guzach trzustki, glejakach… i tak dalej.

Joanna nadal milczała.

– Amerykańska FDA w dwa tysiące siedemnastym dopuściła CAR-T do stosowania przy ostrej białaczce limfoblastycznej.

Od pewnego czasu Oryński miał wrażenie, że wie więcej o nowinkach medycznych niż o nowelizacjach ustaw. Kiedy tylko mógł, doczytywał, rozeznawał się i rozmawiał ze znającymi się na rzeczy osobami. A po tym, jak Langer przedstawił mu swoją propozycję, nie robił niemal nic poza czytaniem o CAR-T.

– Kite Pharma, firma ze Stanów, opracowuje odmianę tej terapii do leczenia chłoniaka – ciągnął. – Inna, z Niemiec, pracuje nad wersją, która wprost idealnie pasuje do twojego przypadku.

Kordian zdawał sobie sprawę, że milczenie może oznaczać wszystko. Chyłka mogła być tak wściekła, że nie stać jej było nawet na zwyczajowy przytyk. Mogła też się nie odzywać, bo jakimś cudem się o wszystkim dowiedziała. I w końcu mogła po prostu nie mieć siły. Mimo że przez cały dzień sprawiała wrażenie, jakby wszystko było w jak najlepszym porządku, w rzeczywistości mogła ledwo zipać.

– Odbyły się już pierwsze testy – dodał Oryński. – W osiemdziesięciu przypadkach guz zmniejszył się o połowę lub więcej. Ci pacjenci są w remisji i… Chyłka, to wygląda naprawdę obiecująco.

Joanna w końcu na niego spojrzała. Nie dostrzegł w jej oczach niczego, co pozwoliłoby sądzić, jakiej reakcji ma się spodziewać.

– Niestety dwóch pacjentów nie przeżyło – oznajmił. – Ale nie ustalono, czy był to skutek uboczny leczenia, jego nieskuteczności, czy może czegoś innego.

Na moment urwał, wciąż nadaremno czekając na odpowiedź.

– Lekarze są naprawdę dobrej myśli. Podkreślają, że to może być szansa dla tych, którzy dawno stracili nadzieję. Pod koniec tamtego roku FDA dopuściła terapię do stosowania przy B-komórkowej…

– Zordon.

Oryński poczuł się, jakby klimatyzacja w iks piątce przeszła na pełną moc. Spojrzał niepewnie na Chyłkę i przełknął ślinę.

– Przywalisz mi, nie? – spytał.

– Musiałabym zwolnić. A ja nie lubię tego robić.

– A jak już się zatrzymamy?

– To najpierw cię pocałuję – odburknęła, a potem głęboko nabrała tchu. – Sprzedałeś duszę diabłu, to trzeba docenić.

Była to ostatnia reakcja, jakiej się po niej spodziewał.

– Mhm.

– I wydaje ci się nawet, że możesz w jakiś cudowny sposób mnie uratować.

– Mogę – zapewnił, obracając się do niej. – Sprawdziłem wszystkie informacje, które przekazał mi Langer. To nie żadna ściema. Wszystko zweryfikowałem i…

– Sam? Wszystko?

Pozwolił sobie na lekki uśmiech.

– Przy niewielkiej pomocy Kormaka – przyznał, a potem prewencyjnie uniósł dłonie, jakby faktycznie spodziewał się szybkiego prawego prostego.

Przez moment jechali w milczeniu.

– I co szkieletor ustalił? – odezwała się w końcu Joanna.

– Po pierwsze, że ta terapia naprawdę jest obiecująca. Po drugie, że Langer naprawdę może ci ją załatwić. Finansuje część badań firmy, która odpowiada za leczenie.

– To samo w sobie stawia ją w nie za dobrym świetle.

– W dupie to mam – oznajmił Kordian. – I ty też powinnaś, bo to jest twój ostatni i jedyny ratunek. Rozumiesz?

Nie musiała odpowiadać. Wcześniej spodziewał się, że będzie szła w zaparte i protestowała dla samej zasady, ale najwyraźniej nie docenił, jak duży strach odczuwa Joanna. Doskonale wiedziała, że nie ma już żadnej deski ratunku – i że jej czas się kończy.

Pewnie sama byłaby gotowa zrobić nawet to, czego wymagał Langer.

I czy ktokolwiek mógłby jej się dziwić? Być może tylko ten, kto nie chciałby żyć.

Na razie nie miała jednak pojęcia, jaki warunek tak naprawdę postawił Piotr. Owszem, zapewnił, że załatwi Chyłce terapię – ale tylko jeśli Kordianowi uda się doprowadzić do uniewinnienia chłopaka.

Nie chodziło wyłącznie o podjęcie się obrony, ale o zwycięstwo na sali sądowej. Całkowite i niepodważalne, bez półśrodków.

Oryński miał świadomość, że czeka go najważniejszy proces w życiu. Przegrana będzie oznaczała brak nadziei dla Chyłki. Wygrana da jej szansę na przeżycie.

3

ul. Młyńska, Poznań

Już z daleka Chyłka dostrzegła, że pod aresztem śledczym będzie problem z parkowaniem. Jeden rząd samochodów stał pod murem zakończonym drutem kolczastym, drugi tuż za nim na chodniku, a trzeci na ulicy. Ci z pierwszego z pewnością nie wyjadą do wieczora.

Zerknęła z politowaniem na tę miejską układankę motoryzacyjną, a potem zaparkowała tuż przy schodach do budynku, blokując przejście pieszym.

Kordian rozejrzał się niepewnie, nie odpinając pasa.

– Będziemy tu stać? – odezwał się.

– A widzisz inne miejsce?

– Tu chyba nie można.

– Co nie można? – rzuciła, otwierając drzwi. – Mnie nie można?

Wyszli na zewnątrz, a Chyłka od razu sięgnęła do torebki w poszukiwaniu paczki papierosów. Odruch bezwarunkowy.

– Gdybyśmy przytelepali się tutaj daihatsu czy inną dryndą, od razu by nas odholowali. – Poklepała iks piątkę po dachu. – Ale tej czarnej bestii nikt nie ruszy.

– Zobaczymy.

Posłała mu krytyczne spojrzenie, a potem przeciągnęła się, sprawdziła godzinę i się rozejrzała.

– Do widzenia mamy jeszcze ponad godzinę – oznajmiła.

– To co robimy?

Położyła ręce na dachu i rozsunęła je lekko.

– Poznań: miasto doznań – rzuciła. – Pewnie znajdzie się parę rzeczy do roboty.

– Na przykład?

Wzruszyła ramionami, a potem odwróciła się i oparła plecami o samochód. Cholernie brakowało jej papierosa. Może cały ten pomysł z rzucaniem był o kant dupy rozbić? Jak bardzo mogła pogorszyć swój stan zdrowia?

– Trudno powiedzieć – przyznała. – Ale wiem, że na Wildzie mieszka szatan.

– Co?

– Pidżama Porno. Nic ci to nie mówi?

– To jakiś lokalny sex shop?

Chyłka jęknęła, jakby zadał jej fizyczny ból.

– Z kim ja się w ogóle zadaję? – mruknęła. – To klasyk polskiego punka.

– Aha.

Przez chwilę wodzili wzrokiem za przejeżdżającymi samochodami. Kierowcy zdawali się szukać miejsca parkingowego, a potem niepewnie patrzyli na iks piątkę blokującą przejście.

– „Chcesz ze mnie kpić? Nie poczułem nic, daj bis…” – wyrecytował półszeptem Kordian.

– Co?

– „Nie powiedziałeś tego w ryj, to nie powiedziałeś nic…”

Chyłka uniosła brwi i dała mu chwilę, by wytłumaczył, co się właśnie wydarzyło. Przez moment się wahał.

– Pięć Dwa Dębiec – wyjaśnił. – Konfrontacje.

– Zaraz się skonfrontujesz z moją pięścią.

– To porządny rap z Poznania, trochę przykurzony, ale…

– Co będzie dalej? Peja?

– SLU to szacunek.

– Dosyć tego – ucięła. – Wchodzimy.

Nie dała mu szansy ani czasu na to, by dodał cokolwiek. Podobną determinacją wykazała się, kiedy stanęła przed dyżurką oddziałowego. Przez chwilę starała się przekonać siedzącego po drugiej stronie mężczyznę, że doszło do pomyłki w umawianiu godziny widzenia.

Wystarczyło, że nie chciała ustąpić. Nikomu nie zależało na tym, by robić sobie wroga z adwokata, którego można było niewielkim kosztem zadowolić.

Z zewnątrz areszt sprawiał wrażenie całkiem nowoczesnego. W środku nie odbiegał od innych tego typu przybytków, w których – chcąc nie chcąc – Joanna bywała dość często. Ponury świat przesiąknięty zapachem moczu i potu, ze zniszczonymi posadzkami i ścianami, które dziesięć lat temu nadawały się do szpachlowania i malowania.

Chyłka i Oryński odebrali przepustki, poddali się sprawdzeniu przez klawiszy, a potem weszli do kantyny. Była zapełniona niemal po brzegi. Przed złączonymi ze sobą stolikami siedzieli tymczasowo aresztowani, a od rozmówców oddzielały ich pleksiglasowe szyby.

Joanna szybko wypatrzyła siedzącego przy wejściu samotnego chłopaka.

– Nie mieliśmy przypadkiem dostać pokoju do czynności procesowych? – mruknął Kordian.

– Mieliśmy. Ale najwyraźniej albo mają nas tu w dupie, albo nasza przedwczesna materializacja pokrzyżowała im całą rozpiskę.

– Albo prokurator chce nam dopiec.

Chyłka potoczyła krytycznym wzrokiem dokoła.

– Przynajmniej nie musimy martwić się o podsłuch – dodał Kordian. – Tu wszyscy wszystko usłyszą.

Trudno było się z tym nie zgodzić. Zbliżyli się do Grześka Benzowicza, który jako jedyny wyglądał, jakby wybitnie nie pasował do tego miejsca. Obok któryś z osadzonych ślinił się do wybranki swojego serca, więc miejsce siedzące naprzeciw chłopaka było tylko jedno.

Chyłka usiadła, a Oryński stanął za krzesłem. Otworzyła usta, by ich przedstawić, ale szybko się zmitygowała. Wstała, a potem wskazała miejsce Kordianowi.

– Twoja sprawa, więc ty strzęp sobie ozór – szepnęła.

Zawahał się, ale ostatecznie zajął miejsce przed pleksiglasem. Wyjaśnił, kim są, i poinformował Grześka, że jego rodzice ustanowili go obrońcą.

Chłopak ani na chwilę nie podniósł wzroku.

– Jesteś tam, Benzoesan? – bąknęła Joanna.

Z trudem przełknął ślinę, a potem spojrzał na dwójkę adwokatów, jakby to ich się obawiał. Trzymał obydwie dłonie karnie na udach, a w oczach miał niemal błagalne wołanie.

Joannie przeszło przez myśl, że z tej sprawy będzie wyjątkowy gnój.

– Przyjechali państwo z Warszawy?

– Zgadza się – potwierdził Kordian.

– Dlaczego?

Dobre pytanie, uznała w duchu Chyłka. Młody w takiej sytuacji bynajmniej nie powinien myśleć trzeźwo, ale na jego miejscu też w pierwszej kolejności zastanowiłaby się właśnie nad tym.

Z punktu widzenia aresztanta wszyscy obcy byli zagrożeniem. Nieważne, jak się przedstawiali. Zazwyczaj trochę czasu mijało, zanim osoba, którą miała bronić, zaczynała ufać Joannie.

Z Oryńskim chłopak powinien jednak szybko złapać dobry kontakt.

– Moi rodzice państwa znają?

– Niezupełnie – odparł Kordian. – Ale mamy wspólnego znajomego, który poprosił nas, żebyśmy zajęli się twoją sprawą.

– Jakiego znajomego?

Chyłka nachyliła się nad blatem.

– Piotra Langera – wypaliła, przyglądając się reakcji chłopaka.

Nie rozumiała, dlaczego Piotr zmusił Oryńskiego do podjęcia się akurat tej obrony. Nie wiedziała też, czy Benzowicz ma o tym jakiekolwiek pojęcie. Mógł być zarówno rozgrywającym, jak i rozgrywanym.

Brak zdziwienia na jego twarzy kazał sądzić, że to dla niego żadna niespodzianka.

– Ach…

– Wiesz, o kim mowa? – dopytał szybko Kordian.

– Jasne – odparł chłopak i uśmiechnął się w tak ciepły sposób, że nawet siedząca obok kokota zwróciła na to uwagę. Zupełnie jakby usłyszał o dobrym wujku.

Co to miało znaczyć, do cholery?

– Piter mówił, że mi pomoże, ale… nie spodziewałem się, że załatwi mi innego obrońcę. Wcześniej miałem z urzędu.

– I dobrze, że już go nie masz – odparł Oryński. – Specjalnie się nie popisał. Złożył wprawdzie zażalenie na zastosowanie tymczasowego aresztu, ale jego argumentacja nie przekonałaby nawet mnie.

Chyłce nie umknęło, że młody mówił o Langerze per „Piter”. Ostatnią osobą, która to robiła, była Agnieszka Powirska, z którą Piotr utrzymywał co najmniej zażyłe relacje.

Ale co łączyło go z tym chłopakiem?

Grzesiek nie wyglądał na kogoś, z kim Langer mógłby znaleźć wspólny język. Był delikatny, o niemal kobiecej urodzie. Wydawało się, że nie istnieje nic, co mogłoby ich łączyć.

Z wyjątkiem oskarżenia o zabójstwo ze szczególnym okrucieństwem.

Chyłka wiedziała, że powinna dopytać o szczegóły. Związek między tymi dwoma mógł okazać się kluczowy nie tyle dla sprawy, ile dla prowadzących ją prawników. W tej chwili nie było jednak czasu na dociekania. Należało ustalić to, co istotne pod kątem obrony, zanim upłynie czas przeznaczony na widzenie.

– Co teraz będzie? – zapytał Grzesiek.

– Przede wszystkim rozmawiasz tylko ze mną – powiedział Oryński. – Choćby policja czy prokuratura pytały cię, jak oceniasz dzisiejszą pogodę, odpowiadasz, że nie będziesz rozmawiał bez swojego obrońcy. Jasne?

– Jasne.

– Powalczymy jeszcze z tym aresztowaniem – dodał ciężko Kordian. – Prokurator argumentował, że istnieje obawa ucieczki, ale niespecjalnie przyłożył się do przedstawienia dowodów na poparcie tej tezy.

W oczach młodego zakołatała się nadzieja.

– Więc jest szansa, że wyjdę?

– Zobaczymy – odparł szybko Oryński, a potem położył dłonie na stole i lekko przysunął się do pleksiglasu. – Ale nie traćmy czasu na gdybania, mamy tylko niecałą godzinę. A ja muszę dowiedzieć się o wszystkim, co się stało.

Benzowicz pokiwał głową z przejęciem, biorąc się w garść.

– Nie zrobiłem tego – powiedział cicho.

– To akurat interesuje mnie najmniej.

Chyłka uśmiechnęła się w duchu. Czuła się, jakby sama prowadziła tę rozmowę.

– Ale…

– Chcę wiedzieć, dlaczego się przyznałeś.

Grzesiek potarł nerwowo przedramię, niczym ćpun, który nie może poradzić sobie ze swędzącymi strupami po wkłuciach. Joanna skontrolowała jego ręce. Czyste, żadnych śladów iniekcji.

Chłopak uciekał wzrokiem na boki, jakby bił się z myślami.

– Benzo – odezwał się Kordian. – Tak na ciebie mówią, nie?

Skinął głową.

– Jestem tu, żeby ci pomóc – dodał Oryński, a potem obejrzał się przez ramię. – Oboje jesteśmy. I w najbliższym czasie będziemy skupiać się tylko na tym.

– Zrobimy wszystko, żeby cię wyciągnąć – dorzuciła Joanna.

Spojrzał na nią dłużej. Kordianowi w oczy patrzył tylko przelotnie, jej wprost przeciwnie.

– Warunek jest taki, że kiedy cię o coś pytamy, musisz otwierać paszczę i wyrzucać z niej wszystko, co chcemy słyszeć – oświadczyła Chyłka. – Jasne?

– Jasne.

– Więc dlaczego się przyznałeś? – powtórzył Oryński.

– Bo mi kazali.

Mówił tak cicho, że Chyłka musiała nachylić się jeszcze bardziej. Nic dziwnego. Jeśli cieszył się tutaj jakąkolwiek namiastką bezpieczeństwa, to tylko dlatego, że współosadzeni uznawali, iż naprawdę jest mordercą. W przeciwnym wypadku ktoś z taką delikatnością przechodziłby tu piekło.

– Kto ci kazał? – spytał Kordian.

– Ci, co mnie przesłuchiwali – odparł chłopak trzęsącym się głosem. – Ale mówili, że jak komuś o tym powiem…

Kiedy znów urwał, Chyłka zaklęła w duchu. Chętnie przyparłaby młodego do muru i uświadomiła mu, że nie ma innego wyjścia niż przedstawienie im całej prawdy. Nie miała jednak zamiaru odbierać Zordonowi inicjatywy.

– Nam możesz powiedzieć wszystko – przypomniał mu Oryński. – To, co od ciebie usłyszymy, jest chronione tajemnicą adwokacką. I niczego nie użyjemy bez twojej zgody.

Sama zastosowałaby metodę „pięścią w ryj”, ale może podejście Kordiana też nie było najgorsze. Młody odczekał jeszcze chwilę, a potem w końcu nabrał głęboko tchu.

– Grozili, że jak komuś o tym powiem, będzie jeszcze gorzej – odezwał się.

– Kto konkretnie ci groził?

– Dwóch policjantów, którzy mnie przesłuchiwali.

– Znasz ich nazwiska?

– Nie pamiętam… – odparł, trąc przedramię tak mocno, że na skórze pojawiły się czerwone szramy. – W ogóle niewiele z tamtego przesłuchania pamiętam. Byłem w szoku. Oni mówili, że to koniec, że mają dowody, że muszę się przyznać, bo inaczej mam przesrane… że trafię na całe życie do więzienia, że taki ktoś jak ja będzie tu codziennie gwałcony, że na pierwszym widzeniu matka mnie nie pozna, bo będę miał powybijane zęby, i…

– W porządku – uciął Kordian. – Rozumiem.

Słusznie, uznała w duchu Chyłka. Na konkrety będzie jeszcze czas, w tej chwili tyle im wystarczyło, a do końca widzenia musieli dokopać się także do innych informacji.

– Powiedzieli, że jak się przyznam, dostanę łagodniejszy wyrok – dodał Benzo. – Mówili, że moje odciski palców są na narzędziach zbrodni, że jest mój materiał DNA w forcie, gdzie znaleźli ciała, że…

– Co to za fort?

Grzesiek starał się uspokoić oddech, ale na próżno.

– Fort Czwarty. Na Karolinie. Jeden z tych, co wchodzą w skład porzuconej Twierdzy Poznań – powiedział. – Ale moje ślady tam są, bo często tam chodziliśmy.

– Po co?

– Pić piwo, gadać… nie wiem… po prostu spędzaliśmy tam czas…

Dopóki nie pojawiły się w tamtym miejscu dwa zmasakrowane trupy, dodała w duchu Joanna. Potem całe to miejsce stało się żyłą złota dla techników kryminalistyki – znaleźli tyle dowodów, że właściwie nawet bez przyznania się Grzesiek trafiłby za kratki.

– W swoich zeznaniach przedstawiłeś dosyć dużo szczegółów – podjął Kordian.

– Bo często tam bywałem. Znam Hake na wylot i…

– Mam na myśli szczegóły dotyczące zabójstw – sprostował Oryński. – W trakcie przesłuchania podałeś fakty, które mógł znać tylko morderca.

Chyłka przyglądała się reakcji młodego. Była dokładnie taka, jaka powinna wystąpić u niewinnego człowieka. Benzo skrzywił się, jakby ktoś zadał mu dotkliwy cios.

– Mówiłeś nawet o kolejności zadanych ran, co współgrało z ustaleniami medyka sądowego.

– Oni mi to wszystko kazali…

– Policjanci?

Benzo w końcu przestał pocierać rękę, ale zrobił to tylko po to, by ukryć twarz w dłoniach.

– Powiedzieli mi, co dokładnie mam mówić.

– I tak po prostu się na to zgodziłeś?

– Byłem już gotowy zgodzić się na wszystko – odparł chłopak, spuszczając wzrok. – Doprowadzili mnie do takiego stanu, że byłem pewien, że pójdę siedzieć. Przekonali mnie, że jedynym ratunkiem, jedyną szansą na mniejszy wyrok, jest przyznanie się… więc powiedziałem im wszystko, co chcieli usłyszeć.

Kiedy opuścił dłonie, Chyłka zobaczyła w jego oczach łzy. Kurwa, niedobrze. Jeśli siedzący obok więzień na moment przestanie wzdychać do wywłoki po drugiej stronie i zainteresuje się chłopakiem, ten będzie miał przesrane.

– Jezu… – jęknął bezsilnie. – Wierzycie mi?

– Tak – zapewnił Oryński, zanim Joanna zdążyła zareagować. – Ale to nie powinno mieć dla ciebie jakiegokolwiek znaczenia.

– Ma…

– Bronilibyśmy cię tak samo i robili, co w naszej mocy, nawet gdybyśmy uważali inaczej – dodał stanowczo Kordian. – To jedno, co musisz wiedzieć. Drugie to to, że nie masz się czego obawiać. Ci ludzie nie są w stanie ci w jakikolwiek sposób zagrozić i poniosą odpowiedzialność za wszystko, co zrobili.

Grzesiek milczał.

– Słyszysz? To oni teraz mają powód do strachu, nie ty.

Chwilę trwało, nim przekonał chłopaka, że dwaj policjanci, którzy go przesłuchiwali, w istocie są ostatnimi osobami, których powinien się bać. W końcu jednak mu się udało.

– Mogę… – zaczął niepewnie Benzo. – Mogę jeszcze odwołać swoje zeznania?

– Wyjaśnienia – poprawił go machinalnie Oryński. – I nie, w polskim prawie nie ma czegoś takiego jak odwołanie zeznań świadka lub wyjaśnień oskarżonego.

– Boże…

– Źle mnie zrozumiałeś – dodał szybko Kordian. – Możesz do woli zmieniać swoje stanowisko. Nie da się po prostu niczego wymazać, wszystko zostaje w aktach, a więc będzie podlegało ocenie.

– I dobrze – włączyła się Chyłka. – Dzięki temu sąd będzie chciał ustalić, dlaczego twoje wyjaśnienia na początku były inne. To wszystko nam na rękę.

– Ale te ostatnie nie będą ważniejsze?

– Nie – odparł Oryński. – Wszystkie mają taką samą wartość dowodową.

– Tyle że jeśli są sprzeczne, sąd musi uzasadnić, dlaczego bierze pod uwagę te, a odrzuca inne.

– Więc będą musieli sprawdzić, czy te poprzednie nie zostały wymuszone?

– Ta – odburknęła Joanna.

Chłopakowi nieco wróciły kolory, ale należało uznać to za stan przejściowy. To wszystko dość dobrze brzmiało, w istocie jednak na tym etapie zmieniało niewiele. Nieszczęśnik już trafił w tryby wymiaru sprawiedliwości i nawet gdyby pojawiły się nowe, uniewinniające go dowody, nikt ot tak go nie wypuści. Prokurator tym samym by się skompromitował, a sędzia zbłaźnił. Ani jeden, ani drugi nigdy by do tego nie dopuścili.

– Jest jeszcze jedna rzecz, Benzen – dodała Chyłka.

– Jaka?

– Motyw. Podczas przesłuchania powiedziałeś, że zarżnąłeś ich jak prosiaki, bo…

– Nie powiedziałem tak.

– Mniejsza o szczegóły. Parafrazuję – mruknęła. – Powiedziałeś, że się z ciebie naśmiewali, szydzili sobie, znęcali się psychicznie i tak dalej.

Miała rację. Znów zbladł.

– Ci policjanci cały czas dopytywali… „dlaczego ich zabiłeś”, „dlaczego to zrobiłeś”, dlaczego, dlaczego… Powiedziałbym wtedy wszystko…

– Czyli nie ma w tym krzty prawdy?

Patrząc na niego, nie mogła opędzić się od poczucia, że wyglądał wprost jak modelowy cel szkolnego bullyingu. Nie był metroseksualny, ale z pewnością niewiele mu brakowało. Jeśli w jego szkole poziom testosteronu i maczyzmu był odpowiednio wysoki, z pewnością mu nie popuszczono.

– Trochę się ze mnie od jakiegoś czasu nabijali, ale…

– Ale co? Nie przeszkadzało ci to?

Chłopak spuścił wzrok.

– Prędzej zabiłbym siebie niż ich – powiedział.

Zaległa długa cisza, a Chyłka niespecjalnie wiedziała, jak ją przerwać. Miała do czynienia z wystarczającą liczbą zawodowych kłamców, by w mig rozpoznać nieszczerość klienta. W tym wypadku jej nie dostrzegła. Szczególnie jego ostatnia wypowiedź zabrzmiała, jakby pochodziła z samej głębi duszy.

Zapewnili go jeszcze raz, że zrobią wszystko, by uchylić areszt – dali mu tyle, by podnieść go na duchu, ale nie robić mu złudnej nadziei – a potem opuścili budynek w milczeniu.

Joanna odetchnęła, widząc, że koła iks piątki nie zostały wzbogacone o żółte blokady Straży Miejskiej.

Po tym, jak usiadła za kierownicą, poczuła na sobie ciężki wzrok pasażera.

– Dobrze się czujesz? – zapytał.

– Hę?

– Byłaś małomówna.

– To cnota, Zordon. Powinieneś się jej nauczyć.

– Może – przyznał. – Ale na pewno nie jedna z twoich. Wszystko okej? Wzięłaś lekarstwa?

Zacisnęła usta i posłała mu ostrzegawcze spojrzenie.

– I tak mi nie pomagają – odparła, wklepując do nawigacji adres, pod który chciała się dostać.

– Twoja lekarka mówiła, że…

– Ta krowa dała mi jasno do zrozumienia, że niedługo będę słuchać koncertów Davida Bowiego, Lemmy’ego Kilmistera i Kurta Cobaina na żywo. Tam na górze.

– Obawiam się, że oni poszli na dół.

Pewnie miał rację. Ale ona także się tam wybierała.

– Mniejsza z tym – zbyła temat, włączając się do ruchu, jakby prowadziła zdolny staranować innych czołg. – Czuję się wprost wykurwiście.

– A wyglądasz jakoś markotnie.

– Bo mam chłopaka, który nie je mięsa.

Zordon zaśmiał się cicho, a ona wcisnęła pedał gazu, widząc, że na skrzyżowaniu w oddali pali się zielone światło.

– A tak poważnie?

– Tak poważnie, to martwi mnie ten chłopak. Nie mój, Benzopiren.

– W jakim sensie?

– Po pierwsze Langer chce, żebyśmy go wybronili. To samo w sobie stawia go w niespecjalnie dobrym świetle.

– No tak – odparł Kordian i przechylił się w lewo, kiedy Chyłka szarpnęła kierownicą w przeciwnym kierunku i na żółtym świetle wjechała w Aleje Marcinkowskiego. Powiodła wzrokiem po jasnej elewacji siedziby Sądu Okręgowego i Rejonowego.

– Po drugie widziałeś, jakie zakapiory tam siedzą? – dodała. – Na sali były same kopie zasranego Gorzyma.

– Mhm.

– I powiedz mi, Zordon, zobaczyłeś choćby siniak na twarzy tego chłopaka? Jakieś zadrapanie, cokolwiek?

– Nie.

– A jest tak piękniutki, że na pewno porusza tam wszystkie fiutki.

Kordian otworzył usta, ale cokolwiek chciał powiedzieć, ostatecznie z tego zrezygnował.

– Powinni go tam równo dojechać – dodała, poważniejąc. – Nie wygląda na takiego, co umie się obronić. Tymczasem nikt go nie ruszył.

– To źle?

– Po prostu zastanawiające. I w sumie niespotykane.

– Więc ma tam jakąś protekcję?

Joanna wzruszyła ramionami, z ulgą zjeżdżając z kostki brukowej na asfalt.

– Mówię ci, Zordon – rzuciła pod nosem. – Coś tu jest nie tak. I jeśli ufasz mojej intuicji tak samo jak ja, dojdziesz tylko do jednego wniosku.

– To znaczy?

– …że władowaliśmy się w coś wyjątkowo nieciekawego.

4

Autobahn 12, węzeł Fürstenwalde-West

Czerwony ford mustang mknął po niemieckiej autostradzie z przyzwoitą, ale nie maksymalną prędkością. Piotrowi Langerowi nigdzie się nie spieszyło. Kilka oddelegowanych do sprawy osób czuwało nad jej przebiegiem, a on nieustannie trzymał rękę na pulsie.

Teraz także.

Wybrał numer kobiety, która koordynowała dla niego wszystkie działania, gdy był za granicą. Do pewnego czasu nazywał ją Księgową, choć w istocie była kimś znacznie istotniejszym, potem jednak przypomniał sobie o filmie Moonstruck. W obrazie z osiemdziesiątego siódmego roku Cher grała księgową o imieniu Loretta – i tyle wystarczyło, by Langer zaczął właśnie tak nazywać swoją współpracowniczkę.

Odebrała niemal od razu, a on ściszył None Shall Pass, jego ulubiony kawałek Aesop Rock.

– Wyjechałeś z Berlina? – spytała.

– Pół godziny temu.

– Za ile będziesz w Poznaniu?

Rzucił okiem na prędkościomierz.

– Minę go za jakieś dwie godziny.

Chwilowa cisza. Nie przedstawiał jej swoich planów, zazwyczaj nie musiał. Loretta sama potrafiła wiele sobie dopowiedzieć.

– Nie zatrzymujesz się tam?

– Nie – odparł.

Nie musiał dodawać nic więcej. Wszystko było pod kontrolą, więc nic nie wymagało jego obecności.

Wprawdzie chętnie spotkałby się z Chyłką, ale to mogło poczekać. Może nawet powinno, by zdążyła wdrożyć się w sprawę z Kordianem, zamiast skupiać się na tym, jaka w istocie jest rola Piotra.

Uniósł jeden kącik ust, a potem drugi, jakby dopiero uczył się uśmiechać. Zerknął na swoje odbicie w lusterku.

– Spotkali się z Grześkiem w areszcie – odezwała się Księgowa. – Rozmawiali jakąś godzinę.

– Jakie wrażenie sprawiali?

Pytanie zaskoczyło Lorettę, dla Piotra było jednak całkowicie zasadne. Dawno nie widział jednego ani drugiego.

– Dobre.

– Oboje? Chyłka też?

– Wyglądała, jakby była w pełni sił.

– Świetnie – odparł Langer, dostrzegając w lusterku nadjeżdżający z oddali samochód.

Po światłach od razu poznał nowy model mercedesa. A klasa lub S klasa. Kiedy auto znalazło się nieco bliżej, dostrzegł, że nie ma logo firmy na grillu. Zatem S klasa.

Piotr przyspieszył, nie mając zamiaru zjeżdżać na prawy pas.

– Ile wiedzą? – spytał.

– Absolutnie nic.

– Jesteś pewna?

– Tak – potwierdziła z naciskiem Loretta. – Nie mają o niczym pojęcia.

Langer zerknął na jadącego za nim mercedesa. Wciąż się zbliżał, więc Piotr wcisnął pedał gazu jeszcze mocniej. Mustang zareagował od razu, rwąc do przodu. Dojście do dwustu kilometrów na godzinę zajmowało mu raptem chwilę.

– A jak w Niemczech? – zapytała Księgowa. – Da się załatwić, co trzeba, z leczeniem?

– Bez trudu – odparł spokojnie Langer, odstawiając jadący za nim samochód. – Jeśli tylko Chyłka i Kordian zrobią to, czego chcę.

5

ul. Fredry 8, Centrum

Mimo że przejazd przez miasto trwał niecałe dziesięć minut, Kordian miał wrażenie, że nawigacja prowadziła ich najbardziej skomplikowaną trasą. Meandrowali w labiryncie niewielkich uliczek, zanim w końcu znaleźli się na Fredry i minęli niewielki park. Zaraz za nim znajdował się dość pokaźny, klasycystyczny willowy budynek, w którym mieściła się poznańska filia kancelarii Żelazny & McVay.

Chyłka zaparkowała na bocznej ulicy, a potem wyszła z auta i przeciągnęła się.

– Znasz tu kogoś? – spytał Oryński.

– Nie bardzo. Ale ty chyba wychyliłeś z nimi kilka drinków na jakimś ogólnopolskim spędzie kancelaryjnym.

– Nie przypominam sobie.

– To może o kilka drinków za dużo.

– I ty to mówisz?

Joanna machnęła ręką, a potem ruszyła w kierunku furtki prowadzącej na teren kancelarii. Budynek wyglądał imponująco, jakby tutaj wykonywanie zawodu adwokata wiązało się ze znacznie większą estymą niż w korporacyjnym zagłębiu Warszawy.

Dwoje prawników weszło do środka, a potem stanęło przed kobietą siedzącą za ladą.

– Tej – odezwała się Chyłka. – Jak cię zwą?

– Słucham?

– Pytam, jak ci na imię, hekso.

Oryński szturchnął lekko Joannę.

– Co ty robisz? – szepnął.

– Gadam po poznańsku. Przygotowałam się.

– Chyba niespecjalnie dobrze ci to idzie.

Uniosła brwi i cofnęła się, jakby właśnie ją czymś obraził.

– Pyra, wuchta, Kolejorz, tej!

– Jezus Maria, wyjść gdzieś z tobą…

Oboje odchrząknęli, a potem utkwili wzrok w dziewczynie, która zamarła z komórką w ręce, jakby się zastanawiała, czy dzwonić na policję, czy może jednak nie.

– Jak się nazywasz? – powtórzyła Chyłka.

– Anna.

– Niemożliwe – odparła prawniczka, unosząc wzrok ku niebu. – To zbyt piękne, żeby było prawdziwe.

– A jednak – skwitował Oryński.

Joanna zrobiła krok w kierunku lady.

– W takim razie, Anno z recepcji, poinformuj szefostwo, że przyjechała wiara z Warszawy. Konkretnie mecenas Chyłka i mecenas Oryński. Z centrali.

Rozmówczyni nadal milczała.

– Pani wybaczy – odezwał się Kordian. – Moja kobieta nie jest do końca zrównoważona.

– Twoja… kobieta? – odparowała Joanna.

Obrócił się do niej i westchnął.

– A jak mam powiedzieć? – szepnął. – Kiedyś nie było problemu, wystarczyła patronka. Ale teraz co? Moja koleżanka? Moja dziewczyna?

– Właścicielka.

Pokręcił bezradnie głową, a potem na powrót przeniósł wzrok na Annę z recepcji.

– Sprawczyni mojej niedoli i ja chcielibyśmy porozmawiać z kimś z szefostwa.

– Najlepiej z Robertem, Moniką albo Adrianem – dodała Chyłka.

– Mówiłaś, że nie bardzo tu kogokolwiek znasz.

– Być może minęłam się z prawdą.

Oboje położyli dłonie na blacie, a potem spojrzeli ponaglająco na dziewczynę. Ta przełknęła ślinę i odłożyła komórkę. Przybrała poprawny uśmiech, w końcu odnajdując się w sytuacji.

– Niestety, nikogo z nich nie ma – powiedziała.

– No to z Mileną albo z Gretą – rzuciła Chyłka.

– Też nie ma.

Joanna rozłożyła ręce i powiodła wzrokiem po przestronnym korytarzu.

– Czy ktoś tu w ogóle, kurwa, pracuje? – zapytała.

– Są na urlopach i…

– I co? – przerwała Annie, wciąż się rozglądając. – Zabójcy i inni przestępcy nie robią sobie wolnego. Gdzie jest ktoś, kto wie coś o… o wszystkim, co się tutaj dzieje?

– Słucham?

– Jakiś pyrlandzki odpowiednik Kormaka.

– Przepraszam, ale…

– Zordon – rzuciła Chyłka. – Wytłumacz jej, kogo szukamy.

Kiedy Joanna zrezygnowała z udziału w dyskusji, wyjaśnienie właściwie przyszło mu bez trudu. Wystarczyło poprosić o osobę, która odebrała od wcześniejszego obrońcy Benzowicza akta sprawy – i o kogoś, kto orientuje się w tutejszym środowisku prokuratorskim i sędziowskim.

Po chwili prawnicy z Warszawy trafili do jednego z gabinetów na pierwszym piętrze. Przyjęła ich kobieta w wieku Chyłki, zajmująca podobne stanowisko – ale wyraźnie bardziej spięta niż Joanna. Przedstawiła się jako mecenas Irzemska.

– Imienia brak? – spytała Chyłka.

Kobieta poruszyła się nerwowo i stała się jeszcze bardziej niespokojna.

– Bogumiła.

– Okej – rzuciła Joanna. – Na twoim miejscu też bym z tym nie wyskakiwała.

Irzemska bez słowa otworzyła szufladę, wyjęła z niej teczkę, a potem podała ją Kordianowi. Pobieżne spojrzenie wystarczyło, by uznać, że jest tam wszystko, czego potrzebują. Cała dokumentacja Benzowicza, razem z odpisami postanowień o zastosowaniu aresztu.

Chyłka przez moment ją przeglądała, a potem podniosła wzrok na kobietę.

– Jak często bywa u was Langer?

– Kto?

– Piotr Langer. Sadysta z Mokotowa. Psychopata, zwyrodnialec i wyjątkowa kanalia.

Prawniczka trwała w bezruchu, jakby starała się ocenić, czy faktycznie ma przed sobą jedną z partnerek Żelaznego & McVaya, czy kogoś, kto zbiegł ze szpitala psychiatrycznego. Oryńskiemu przeszło przez myśl, żeby wesprzeć Joannę, ale ostatecznie uznał, że pomoc potrzebna jej tak, jak mieszkańcowi Syberii sztuczne naśnieżanie.

– Nic nie kojarzysz? – dodała. – Nie dzwoni w żadnym kościele?

– Kojarzę, ale…

– Jego pieprzony konglomerat korporacji działa też w Poznaniu, prawda? I to wy go tutaj obsługujecie?

– Ja się tym nie zajmuję – zastrzegła Irzemska, a Kordian wyczuł napięcie w jej głosie. Najwyraźniej nie tylko w stolicy Langer miał opinię kogoś, od kogo należało trzymać się z daleka.

– A kto?

– Zazwyczaj Robert.

Oczywiście. Langer był zbyt istotny, by o jego sprawy w Poznaniu dbali prawnicy niższego szczebla. Oryński pożałował, że nie rozeznał się wcześniej w temacie. Powinien ustalić, jakie konkretnie interesy Piotr tutaj prowadzi – i może dzięki temu udałoby się odkryć jakiś związek z Benzowiczem.

– To dzwoń do niego – poleciła Joanna. – Raz, raz.

– Pani chyba sobie żartuje.

– Tylko nie pani – ostrzegła Chyłka. – Jak ktoś tak mówi, czuję się jak święte drzewo figowe ze Sri Lanki.

– Co?

– Ma ponad dwa tysiące lat – odparła Joanna i machnęła ręką. – Nieważne. Zleć to komuś z noryobory.

O ile jeszcze przed momentem Irzemska wyglądała na skłonną do pomocy, o tyle teraz zdawała się już obmyślać plan, dzięki któremu szybko pozbędzie się dwójki intruzów.

– Nie macie tu noryobory?

– Przepraszam, ale…

– W to nie uwierzę. Musi być jakaś brojlernia, w której hodujecie nowy narybek prawniczy.

Irzemska podniosła się powoli z krzesła.

– Pani jest normalna?

Kordian odchrząknął cicho i położył dłoń na udzie Chyłki.

– Z całą pewnością nie – powiedział. – Ale naprawdę przydałaby nam się ta wiedza. Sądzimy, że Piotr Langer jest w jakiś sposób związany z naszym klientem.

Mecenas popatrzyła na nich z góry, namyślając się. Oryński robił wszystko, by kobieta nie dostrzegła, że Joanna stara się zrzucić jego dłoń.

– Nie rozumiem – powiedziała. – Dlaczego sądzą państwo, że Piotr Langer ma z tym cokolwiek wspólnego?

– Cóż… to on nas wynajął do obrony chłopaka.

Jeszcze jeden krótki namysł dzielił ich od połowicznego sukcesu. W końcu Irzemska skinęła głową, poleciła im chwilę poczekać, a potem przeszła do innego pokoju. Krótko po jej wyjściu zjawił się jeden z młodszych prawników z kawą i ciastkami.

– Musisz być dla wszystkich taka czarująca? – mruknął Kordian, kiedy chłopak opuścił pomieszczenie.

– Tak.

– Bo?

– Bo wychodzę z założenia, że jak masz milion przyjaciół, to nic nie znaczy. Ale jak masz milion wrogów, ale jednego przyjaciela… ooo, mój drogi, wtedy jesteś ustawiony.

Pokręcił głową i sięgnął po kawę. Upił tylko łyk, zanim dostrzegł, że chłopak, który przed momentem wyszedł, wrócił.

– Przepraszam – odezwał się niepewnie, a potem uśmiechnął, kiedy Chyłka na niego spojrzała. – Zapomniałem powiedzieć, że zarezerwowaliśmy państwu hotel. Andersia, to przy Starym Browarze.

– Przy browarze? – spytała Joanna. – Idealnie.

– To takie centrum handlowe. Bardzo…

– Nie na to liczyłam – ucięła. – Ale jeśli niedaleko jest jakaś dobra knajpa, wybaczę.

– Jest świetne sushi – zadeklarował młody.

– Sushi?

– Moim zdaniem jedno z najlepszych w Pozna…

– Wyjdź – rzuciła Chyłka, a potem wskazała mu drzwi.

Minął się w progu z nie mniej skonsternowaną Irzemską. Przepuścił ją, a następnie popędził w głąb korytarza. Biorąc pod uwagę, co mogło go spotkać, należało uznać, że to jego szczęśliwy dzień.

Kordian odsunął myśli o tym, jak wyglądałaby jego własna kariera, gdyby praktykował w normalniejszym miejscu, a potem skupił wzrok na Irzemskiej. Usiadła za biurkiem i ukradkowo westchnęła.

Sygnał był jasny – przełożony kazał jej ugłaskać dwójkę prawników z Warszawy. Napili się kawy, czekając na to, co mecenas miała im do przekazania.

– Pan Piotr nie bywa u nas w kancelarii – zaczęła.

– Błagam…

– Owszem, prowadzimy tutaj jego sprawy, ale nie mamy z nim osobistego kontaktu – kontynuowała niezrażona Irzemska. – Nie mamy więc żadnej wiedzy na temat jego związków z oskarżonym. Wiemy jednak, że nie odwiedził go w areszcie, jeśli o to państwo pytali.

– Nie o to – odparła Chyłka. – Ale mniejsza z tym. Potrzebujemy użyczyć waszego specjalisty do spraw pozyskiwania informacji.

– Obawiam się, że…

– Nie mów, że też wyjechał na wakacje. Tacy nie mają urlopów.

– Być może – przyznała. – Ale my nie mamy w kancelarii takiego stanowiska.

– To jak sobie radzicie?

Kobieta nie odpowiedziała, a Oryński doszedł do wniosku, że nadszedł moment, w którym powinien przejąć inicjatywę. Od Irzemskiej nie dowiedzą się niczego na temat związku Langera z Benzowiczem, tyle było jasne. O samym chłopaku też niewiele wiedziała.

Leżący na biurku potężny zbiór karny z pomarszczonym grzbietem dowodził jednak, że prawniczka może pomóc im w innej kwestii.

– Co może nam pani powiedzieć o prokuratorze, który wniósł akt oskarżenia? – odezwał się.

Kobieta rzuciła okiem na akta i westchnęła. Nie wyglądało to najlepiej.

– Siarka… – mruknęła.

– Siara będzie, jak nam nic nie powiesz – odparowała Joanna.

– Mam na myśli oskarżycielkę. – Mecenas wskazała nazwisko na kartce. – Karolina Siarkowska.

Chyłka nagle się ożywiła, jakby zupełnym przypadkiem trafiła na promocję w jakimś internetowym sklepie z rockowymi i metalowymi gadżetami.

– Ostra suka? – rzuciła. – Bo tak wnoszę po twoim tonie.

– Słusznie pani wnosi. Siarkowska to zasadniczo najgorsza prokurator, na jaką mogliście trafić.

Kobieta nie miała o tym pojęcia, ale tą krótką informacją sprawiła, że pewien chudzielec w lenonkach, siedzący na dwudziestym pierwszym piętrze pewnego biurowca, całą nadchodzącą noc spędzi na poznawaniu Karoliny Siarkowskiej.

– Robi się coraz lepiej – powiedziała Chyłka. – O sędziach coś wiesz?

Irzemska znów zerknęła na dokumenty, tym razem sięgając po te, na których widniały pieczęcie sądowe. Potrzebowała chwili, by przypisać nazwiska do poszczególnych osób.

– Same młodziki – poinformowała. – Przewodniczący prosto z rejonówki, towarzysząca mu sędzia prawie bez doświadczenia. Będą iść tam, dokąd Siarka ich zawiedzie. To ona będzie miała na sali sądowej autorytet. Poprowadzi to postępowanie zamiast sędziów.

– Taką ma renomę? – zapytał Kordian.

– Tak. W dodatku była wcześniej sędzią.

– Robisz sobie jaja na twardo – odparła Chyłka. – Harowała jak wół przez ileś lat, żeby potem oskarżać?

– Może miała dosyć bycia nazywaną członkinią nadzwyczajnej kasty, komunistką i nierobem?

Rzeczywiście musiał być to jeden z nielicznych przypadków, zazwyczaj przekwalifikowanie następowało w drugą stronę. Szczególnie że, o ile Kordiana nie myliła pamięć, na prokuratora nie ogłaszano konkursów – jedynie na asesorów. A to oznaczałoby, że Siarkowska musiałaby zaczynać z niższego szczebla.

– To jakaś pomylona idealistka? – spytała Joanna.

– Nie wiem, co jej siedzi w głowie. Nikt nie wie.

Mecenas zamknęła teczkę i podsunęła ją prawnikom z Warszawy.

– Powodzenia – dodała, a potem po raz pierwszy się uśmiechnęła.

Nie pozostało nic innego jak podziękować kobiecie, bo dalsza część rozmowy sprowadzałaby się do długo wyczekiwanego rewanżu z jej strony. Fakt, że mieli mierzyć się z Siarkowską, z pewnością stanowił dość dobry punkt wyjścia do kpin.

Chyłka i Oryński pojechali prosto do hotelu, a Kordian przez całą drogę obserwował Joannę. Trzymała się całkiem nieźle, na pierwszy rzut oka trudno było uznać, że w ogóle jest chora.

Ledwo jednak zamknęli za sobą drzwi hotelowego pokoju, wszystko się zmieniło. Kordian zrozumiał, ile sił kosztowało Chyłkę utrzymywanie pozorów, kiedy pomógł jej wejść do łazienki, a potem przytrzymywał jej włosy, gdy wymiotowała.

Przez moment obawiał się, że go spławi, ale nawet na to brakowało jej sił. Położył ją do łóżka, a potem usiadł przy laptopie. Zerkał na jej plecy raz po raz, nie mogąc się na niczym skupić.

Leżała bez ruchu, płytko oddychając. Kordian jeszcze przez chwilę próbował zająć się materiałami, po czym ostatecznie zrezygnował. Zabrał komórkę, wyszedł z pokoju i cicho zamknął za sobą drzwi.

Wybrał numer Kormaka.

– Dobrze, że dzwonisz – oznajmił chudzielec. – Mam coś dla ciebie.

Oryński potarł skronie, czując nagłe zmęczenie.

– Co?

– To znaczy będę miał za jakieś piętnaście, dwadzieścia minut. Na razie zbieram jeszcze wszystko do kupy.

– Ale co zbierasz?

– Okruchy z mediów społecznościowych – odparł z zadowoleniem przyjaciel. – Benzo dał hasło rodzicom, bo wcześniej wysprzątał wszystko na błysk.

– Pokasował jakieś rzeczy?

Kormak prychnął.

– Spytaj lepiej, czego nie skasował.

– Możesz to odzyskać?

– Ni cholery – odparł bez wahania rozmówca. – Gdybyś dał mi jego telefon, pewnie. Ale domyślam się, że nie ma takiej opcji.

– Nie ma – przyznał Kordian. – To materiał dowodowy.

– Laptop?

– Też poza zasięgiem – odparł Oryński i oparł się plecami o ścianę. – Mów, co znalazłeś.

Kormak na moment zamilkł, a w tle słychać było odgłosy uderzenia palcami w klawiaturę.

– Zanurkowałem w oceanie spamu w jego skrzynce mailowej – powiedział w końcu. – To w sumie dzisiejszy odpowiednik grzebania w czyichś śmieciach, nie?

– Raczej w kiblu. Co wygrzebałeś?

– Od cholery rzeczy, które usunął z mediów społecznościowych, ale zapomniał o tym, że Twitter czy Facebook przysyłają notyfikacje na maila. Najważniejsze są te z Fejsa, o tym, że ktoś go oznaczył w poście. Zestawiłem to ze wszystkim, co udało mi się znaleźć u niego na profilu. I większości tych postów już po prostu nie ma.

– Może nie są dostępne publicznie.

– Może – przyznał Kormak. – Ale sprawdzałem to z poziomu jego konta. Wszystko znikło.

Kordian potarł kark, odnosząc wrażenie, że każdy mięsień zamienił się w zbitą, twardą masę.

– Ale najciekawsze jest to, że w tych wszystkich nieistniejących już postach Benzo był oznaczany właściwie przez trzy osoby w kółko.

– Jakie?

– Dwie to jego przyszłe ofiary – odparł Kormak z zadowoleniem. – A trzecia to jakiś gość, z którym chyba powinniście pogadać. Jeśli ktoś wie, o co w tej sprawie chodzi, to właśnie on.

Brzmiało to jak dobry, konkretny trop. I gdyby nie to, że Oryński padał z nóg, z pewnością zareagowałby odpowiednio.

– Podeślę ci wszystkie namiary, jak tylko skończę się przez to przekopywać – dodał przyjaciel. – Ale jest coś jeszcze.

– Co?

– Historia z jego konta Google. Wygląda na to, że od jakiegoś czasu interesował się kancelarią Żelazny & McVay, a konkretnie dwójką prawników.

– Żartujesz?

– Nie – odparł Kormak i westchnął. – Benzo szukał informacji na wasz temat, ale nie to jest najdziwniejsze.

– A co?

– Fakt, że zaczął to robić, jeszcze zanim doszło do tego zabójstwa w forcie.

Kordian osunął się po ścianie i usiadł na podłodze. Podciągnął nogi, a potem uniósł bezsilnie wzrok. Co to wszystko miało znaczyć?

– Nie wiem, co tam się dzieje – dodał Kormak. – Ale chyba powinniście na siebie uważać.

Akurat to nie ulegało żadnej wątpliwości.

6

IBB Andersia Hotel, pl. Andersa

Chyłka nie znała lepszego sposobu na ocenę stanu ducha i ciała niż to, co działo się z nią między momentem przebudzenia a podniesieniem się z łóżka. W tym wypadku musiała uznać, że jest z nią naprawdę źle.

Z trudem otworzyła oczy, a potem mimo usilnych prób nie była w stanie zmusić się choćby do zrzucenia kołdry.

W końcu z przeciągłym stęknięciem udało jej się usiąść na łóżku. Nabrała głęboko tchu, kaszlnęła, a zaraz potem poczuła dłoń na plecach. Obróciła się powoli, bo lekko kręciło jej się w głowie, i spojrzała na Kordiana.

Przez moment przyglądała się w milczeniu jego rozczochranym włosom i podkrążonym oczom. Najwyraźniej nie spał zbyt długo.

– Lubisz horrory, Zordon?

– No – potwierdził niepewnie.

– To musisz koniecznie zobaczyć Odbicie.

Usiadł obok niej i uśmiechnął się lekko.

– Na Netflixie?

– W lustrze.

Dopiero po chwili załapał, do czego piła. Zaśmiał się, przesunął dłonią po włosach, a potem popatrzył na nią w sposób, który dobrze znała. Żadna nacja nawet nie próbowała go nazwać – z wyjątkiem Jaganów w Chile.

– Nie pospałeś? – spytała, sięgając po telefon.

– Niespecjalnie. Chrapałaś jak traktor.

– Wal się – odparła, a potem z trudem wstała z łóżka i przeszła do przeszklonej łazienki. Unikając lustra jak ognia, wycisnęła pastę na szczoteczkę. – Słyszałam, jak kilka razy wstawałeś i szedłeś na korytarz. Wychodziłeś słuchać hip-hopu?

– Nie.

– Lepiej się przyznaj – poradziła niewyraźnie. – I tak się dowiem.

– Gadałem z Kormakiem.

– I? – mruknęła, szczotkując zęby.

– I wygląda na to, że Benzo faktycznie przyglądał się nam od jakiegoś czasu. Ale to wszystko, co wiemy, przynajmniej jeśli o to chodzi. Kormaczyko pochylił się też nad innymi kwestiami.

– Z sukcesem?

Chyłka usiadła na sedesie i posłała Oryńskiemu długie spojrzenie.

– Musisz robić wszystko na raz? – spytał.

– Jestem wielofunkcyjna. A ty mów, co konkretnie ustalił kościotrup.

Chwilę zajęło mu zrelacjonowanie ich ostatniej rozmowy. Im więcej Joanna się dowiadywała, tym bardziej była przekonana, że wzięcie tej sprawy było najgorszym błędem, jaki Kordian mógł popełnić.

Potrzebowała momentu spokoju. Zamknęła się w łazience, żeby zebrać myśli. Szybko stało się jednak jasne, że do niczego nie dojdzie.

– Tej, Zordon! – krzyknęła po chwili. – Podaj mi tampony z torby.

Drzwi powoli się otworzyły.

– Przestaniesz?

– Co? – spytała. – Wrzucać poznańskie wstawki czy straszyć cię okresem?

– Jedno i drugie.

– Nie – odparła, wychodząc z łazienki. – Chyba że przekażesz mi jakieś dobre wieści.

– Chciałbym – bąknął Oryński. – Kormak wisiał nad komputerem do piątej rano. Nie ustalił żadnego związku Benza z Langerem, kompletnie nic. I najwyraźniej nie ma też szans, żeby odzyskać te skasowane posty.

– Na pewno niejedna osoba je widziała. Musimy tylko znaleźć kogoś, kto nam powie, co w nich było.

Kordian skinął głową, kiedy ona otworzyła torbę podróżną i szybko przejrzała zawartość. W końcu wybrała T-shirt z okładką Powerslave. Wsunęła go za sprzączkę paska od spodni, narzuciła na siebie przewiewną, sportową bomberkę i oznajmiła, że jest gotowa do wyjścia.

– Ale ja…

– Ale ty i tak piękniejszy nie będziesz, Zordon. Chodź.

Pozbierał się tak szybko, jak było to możliwe, a potem wyszli na korytarz.

– Dostałeś od Kormaczyska namiar na tego… jak mu tam było, huncwota od skasowanych postów?

Wyciągnął telefon i szybko sprawdził, jak nazywała się trzecia osoba oznaczająca Benzowicza we wpisach – i jedyna, która przeżyła.

– Trolu.

Weszli do windy, a Chyłka zerknęła na niego pytająco.

– Nie szukam nowych pieszczotliwych określeń – zastrzegł. – Gość ma taką ksywkę.

– A imienia i nazwiska mu nie dali?

– Jan Tarwacki – odparł Kordian, przesuwając palcem po wyświetlaczu. – Mieszka przy Łęczyckiej. Na osiedlu Warszawskim.

– Fajna nazwa.

– Jest w wieku Grześka, zresztą chodził z nim do jednej klasy.

– A więc też z dwiema ofiarami – odparła Joanna, patrząc niecierpliwie na wyświetlacz informujący o pokonaniu kolejnego piętra. – Trzymali się razem? Ta nasza trójca i Troll?

– Trolu.

– Jeden pies.

– Nie wiem – odparł Oryński, chowając telefon. – Ale wszyscy mieszkali w tej samej części Poznania.

– Domyśliłam się, skoro chodzili do jednej szkoły. Znaczy jeden nadal chodzi.

– Właściwie to nie – powiedział Kordian, kiedy dotarli na poziom parkingu. – Trolu przeniósł się do innej jakiś czas temu. I nie pytaj mnie o nic więcej, bo tylko tyle przekazał mi Kormak.

Zawsze coś, uznała w duchu Joanna. Coś, od czego można było zacząć.

Nie wiedziała tylko, czy starczy jej sił, by zajść tą drogą tak daleko, jak będzie tego wymagała sprawa. Zeszłego wieczoru czuła się, jakby miał to być koniec. Z trudem utrzymywała pozory, a kiedy tylko znalazła się w hotelowym pokoju, nogi się pod nią ugięły.

Ten dzień z pewnością będzie wyglądał podobnie.

Na Łęczycką dotarli w niecałe piętnaście minut. Osiedle sprawiało wrażenie typowych wielkomiejskich, willowych peryferii sprzed wojny. W zamyśle miały być miastami ogrodami, w istocie okres PRL przekształcił je w szachownicę jednolitych, kanciastych domów.

Kiedy Joanna stanęła pod domem Tarwackich i wysiadła z auta, musiała przyznać, że okolica przywodzi jej na myśl Żoliborz. Koncepcje urbanistyczne z pewnością były takie same. Tylko później coś poszło nie tak.

Uniosła rękę, by zapukać do drzwi, ale w ostatniej chwili się zawahała. Trudno było odzwyczaić się od tego, że to ona prowadzi sprawę.

– Czyń honory, Zordon.

Młody chłopak otworzył im niemal od razu, jakby złapali go na moment przed tym, jak sam miał zamiar wyjść. Prezentował się zupełnie inaczej niż Benzowicz, był postawny, ogolony na kilka milimetrów, a w ręku trzymał z pewnością za dużą bejsbolówkę. Popatrzył z niesmakiem na T-shirt Joanny, a potem otaksował Oryńskiego.

– Co jest, kurwa? Jakaś geruzja?

Był wyraźnie skonsternowany. W tym względzie Chyłka mogła mu podać rękę.

– Co? – rzuciła.

– Najpierw te dwa zgredy, teraz wy? Coście za jedni?

Kordian zrobił krok naprzód, starając się wypatrzeć pozostałych domowników. Szybko przedstawił siebie i Joannę, choć reakcja Trola kazała sądzić, że lepiej byłoby, gdyby zachowali swoją tożsamość dla siebie.

– O jakich zgredach mówiłeś? – dodał od razu Oryński. – Ktoś tu był przed nami?

– Jareccy Benza. Capiący starymi skarpetami.

– Kto?

– Ja jebię. Matka i ojciec Benzowicza. To przez niego tu jesteście, nie?

– Właściwie to…

– Przyszli jakieś pół godziny temu. I ja to pierdolę, nie będę gadał ani z nimi, ani z wami. Suń się.

Ruszył przed siebie na tyle zdecydowanie, że Oryński musiał się przesunąć. Zanim jednak Trolu go minął, Kordian zdążył złapać go za rękę. Ten natychmiast ją odtrącił.

– Chcemy tylko…

– Pucuj torpedę, pedrylu – uciął chłopak.

– Chcemy tylko zapytać cię o parę rzeczy.

– Nie gadam z prawnikami.

Chyłka zbliżyła się o krok, a on znów omiótł ją wzrokiem od stóp do głów. Tym razem na jego twarzy pojawiło się uznanie.

– Wolisz pogadać z policją? – spytała. – Bo jak damy im to, co znaleźliśmy, będziesz robił kursy na komisariat i z powrotem przynajmniej dwa razy dziennie.

Zmrużył oczy i uciekł wzrokiem. Przez chwilę zawieszał spojrzenie na czarnej iks piątce stojącej obok.

– To wasze?

– Nie, moje – odpowiedziała Joanna. – Zordon jeździ rydwanem ognia.

– Zordon? – spytał Tarwacki i prychnął. – A myślałem, że Smarki Smark i HuczuHucz mają chujowe ksywy.