Wydawca: W Punkt Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2017

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 310 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Wybrany - Urszula Sowińska

Polska B z nieproszoną wizytą w Polsce A. Młody pracownik supermarketu z dyplomem w kieszeni chce wyrwać się z małomiasteczkowej biedy i zarobić wielkie pieniądze w dużym mieście. Za wszelką cenę. W desperacji posuwa się do czynu ostatecznego.

Wybrany” to trzymająca w napięciu opowieść, która prowadzi czytelnika tropem skrywanych namiętności aż na samo dno ludzkiej natury. Bezwzględność, męczące ambicje i fatalnie pojęta sprawiedliwość pomagają bohaterowi ignorować uniwersalne wartości. Ale co, gdy na jego drodze stanie przeznaczenie? Zaskakujące zakończenie książki nikogo nie pozostawia obojętnym.

***

Książka – nawrócenie, przypomnienie, drogowskaz.
blog: clevera

Autorka pisze nie tylko dobrze – pisze wściekle dobrze, a tu należy dodać, że pisze o mężczyźnie.
blog: Coacha zapiski

Powieść tajemnicza, trzymająca w napięciu […] do granic wytrzymałości.
blog: Zaczytana Majka

Ku przestrodze. Zachęcam.
blog: Moje książki

Opinie o ebooku Wybrany - Urszula Sowińska

Fragment ebooka Wybrany - Urszula Sowińska

Fotografia na okładce: aleramo/Shutterstock.com
Projekt graficzny okładki i skład: ŁUKASZ SULIMOWSKI
Korekta: BEATA GORGOŃ-BOREK, GRAŻYNA KWIEK
Copyright © Urszula Sowińska 2017
All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej publikacji nie może być wykorzystana w jakikolwiek sposób bez pisemnego zezwolenia właścicieli praw.
Warszawa 2017 Wydanie I
ISBN 978-83-947053-1-2
Wydawnictwo W punkt e-mail:halo@wybrany.plwww.wybrany.pl
Konwersja:eLitera s.c.

Część pierwsza

1.

Całkowita, ciasna ciemność bolała go tak samo jak skrępowane ręce i nogi. Mięśnie miał zesztywniałe. Początkowo szarpał sznury w przekonaniu, że je poluzuje i się oswobodzi. Krótkie, fachowo założone więzy nie ustępowały nawet na milimetr. W końcu się poddał, gdy pod pętami poczuł krew, a ból zdartych paznokci stawał się trudny do zniesienia. Dyszał niczym po walce z prawdziwym przeciwnikiem. Czas i przestrzeń przestały istnieć. Czy leżał tu kilka godzin, czy dni? Nie miał żadnego punktu odniesienia, w tle nie było słychać tykania zegara, nie ujadał pies, nie dochodził do niego świergot ptaków. Unosił się w gęstej mieszance myśli, wspomnień, majaków i strachu. Nasłuchiwał, czy ktoś już po niego idzie. Nie wychwytując żadnego dźwięku uchem wyczulonym na najmniejszy szmer, czuł jednocześnie ulgę i niepokój. Dopadająca go znienacka panika ściskała mu od czasu do czasu gardło. Uspokajał się nadludzkim wysiłkiem, oddychając z trudem poprzez brudną szmatę.

Wydarzenia, które go tutaj doprowadziły, jak w kalejdoskopie układały mu się w głowie w przeróżne konfiguracje. Wracał myślami do tego wieczora, gdy na chwilę stracił czujność. Ta jedna chwila nieuwagi, ten błysk triumfu zaprowadził go w tę ciemność, która teraz dławiła go strachem.

***

Smród zapomnianego podziemnego przejścia dla pieszych zaatakował go jak zwykle bez ostrzeżenia. Obiecywał sobie co dzień, że jednak nadłoży tych parę metrów i przejdzie górą, przez skrzyżowanie. Ale nie mógł znieść kilku dodatkowych chwil, w czasie których musiałby stać tuż przy krawężniku w pokornym oczekiwaniu, patrząc na pędzące ulicą, pewne siebie samochody, rozbijające na boki zimne, pełne porannej mgły powietrze. Był pewien, że widzi oczy kierowców patrzących na niego z namacalną niemal pogardą. Czuł ich niechęć, gdy w końcu musieli oddać mu ten pomalowany w białe pasy kawałek jezdni, zatrzymani przez czerwone światło.

Źle znosił tę ustaloną drogową hierarchię, bo kłóciła się z jego wewnętrznym przekonaniem, które nosił w sobie od lat, a które stało w kontrze do codzienności. Był pewien, że należało mu się inne niż dotychczas miejsce w ludzkiej hierarchii, że to on powinien znajdować się po drugiej stronie, pewny siebie, zadowolony, syty brakiem przyziemnych niepokojów i strachu o następny dzień.

Nie był pewien, kiedy i skąd wzięło się to uczucie, które tak łatwo zagnieździło się w jego głowie. Być może zawdzięczał to matce, która pokornie zrezygnowała ze swojego życia, zastępując je dumą z każdego, najbardziej błahego osiągnięcia syna. A może nauczycielom, którzy z lekkim strachem i zazdrością obserwowali, jak ich małomiasteczkowe umiejętności nie dorównują możliwościom ich ucznia. A może w końcu samotności, którą lubił najbardziej i która pomagała mu układać w głowie dowolne scenariusze na przyszłość, nierealne, wyczytane w książkach, inne niż innych.

Codziennie budził się więc zdziwiony w tej nieznośnej, ciężkiej rzeczywistości. „Jeszcze chwilę, jeszcze trochę” – przekonywał sam siebie, choć ostatnio te mizerne zapewnienia odnosiły coraz mniejszy skutek.

Szedł więc znów z zaciśniętymi ustami, wstrzymując równocześnie oddech na tak długo, jak się tylko dało, żeby nawet mikron smrodu nie wdarł mu się w nozdrza. Odetchnął, najpierw ostrożnie, a potem pełną piersią, dopiero po drugiej stronie, akceptując już bez emocji wilgotnawe, pachnące spalinami, zwykłe wielkomiejskie powietrze ledwo budzącego się dnia.

Szedł do pracy, której nie znosił od pierwszego wejrzenia; miejsca, ludzi, „obowiązków”. To wszystko nie było tak, jak zaplanował. Przyjechał tu przecież wygrać swój los, wskoczyć na swoje prawowite miejsce, pokazać, na co go stać, odciąć się od dotychczasowego życia. Ale wciąż mu nie wychodziło, tkwił w tym zaklętym punkcie wyjścia i z obrzydzeniem trzymał się znienawidzonej roboty, która pozwalała mu z rozpaczą unosić się na powierzchni życia. „Trzeba od czegoś zacząć” – myślał. „Nie mam wyjścia”. I ta ostatnia oczywistość najbardziej go przerażała. „Nie mam wyjścia”. Ciarki przebiegły mu znów po plecach.

„Andrzej, Andrzej na pewno mi pomoże, już niedługo, na pewno”. Zaprosił do głowy swój ulubiony temat, żeby szybko poczuć ulgę i spokój. Żeby rozluźnić ściskające się mimowolnie gardło i uwolnić żołądek od przykrych skurczów. Andrzej na pewno lada dzień da mu znać, żeby rzucał to wszystko w cholerę, i jego szara codzienność nareszcie zapełni się kolorami. Nie miał wątpliwości, że za kilkanaście dni, najpóźniej za miesiąc, pójdzie tą trasą po raz ostatni.

Zrobiło mu się cieplej na sercu, w żołądku, w głowie. Po chwili zdał sobie sprawę, że jego błogi, głupawy uśmiech przykuwa wzrok przechodniów. Szybko wciągnął na twarz swój normalny, zblazowany i lekko wrogi wyraz.

***

– Kaziu, no nie widzę naszego majonezu! Kaziu! Czy oni zawsze muszą wszystko przestawiać? Zawsze tu stał przecież, Kaziu! – Obfite kobiece kształty w czapce i niedookreślonym wieku szarpały za rękaw męskiego chudzielca. Ten błędnymi oczami wodził po kolorowych sklepowych półkach, desperacko wypatrując „ich” majonezu. Nagle na jego skoncentrowanej twarzy zawitał uśmiech triumfu.

– No tu stoi przecież, zobacz. – Wskazał palcem na słoiczek z czerwoną zakrętką.

Ulga pojawiła się też na twarzy kobiety. Z namaszczeniem wzięła słoik do ręki, uważnie i z pewną nutą podejrzliwości przyjrzała się etykiecie i już całkiem uspokojona włożyła słoik do koszyka.

– No ale powiedz, czemu oni ciągle przestawiają te słoiki, i to w dodatku na sam dół? – rzuciła do towarzysza, wcale nie oczekując odpowiedzi, i ruszyli powolnym krokiem między kolejne rzędy półek, zaglądając raz po raz do ściskanej w ręku gazetki z krzykliwymi promocjami.

Staszek poczuł marną satysfakcję, że jego mechaniczna praca została wykonana perfekcyjnie. Dokładnie tak, by pewnego już siebie klienta, który przez ostatnie tygodnie mozolnie układał sobie w pamięci nową, udoskonaloną przez bezimiennych speców od skomplikowanych algorytmów i pozornie irracjonalną topografię sklepowej półki, ponownie wyrwać z poczucia bezpieczeństwa. Poza tym wiadomo przecież, że tańsze zawsze musi być na dole, a droższe przed oczami, w zasięgu ręki tych otumanionych nadmiarem informacji i bodźców tłumów. Tę akurat zasadę poznał boleśnie na własnej skórze już pierwszego dnia w pracy, gdy zadowolony z siebie zakończył monotonne rozstawianie zatłuszczonych konserw, a potem wściekła przełożona kazała mu wszystko ustawiać jeszcze raz, zgodnie z zasadą „linii oczu”.

Pracował w tym sklepie kilka miesięcy, ale by nie stać się cząstką tej machiny, stawiał się w pozycji zewnętrznego obserwatora. Nie koncentrował się na pracy, której wykonywanie nie wymagało od niego żadnego umysłowego wysiłku, ale na ludziach. Podsłuchiwał ich rozmowy, zgadywał, kim są, i nigdy, przenigdy im nie pomagał. Bawiło go wprowadzanie ich w błąd, dezorientowanie, oszukiwanie. Nie czuł się częścią tego miejsca i nie chciał, by traktowali go tak nieświadomi, zmęczeni hałaśliwą muzyką i jaskrawym światłem klienci. Czasem robił wyjątek dla wyjątkowo atrakcyjnej kobiety, której urokowi nie umiał się oprzeć, choć później sam przed sobą czuł się oszukany. Oszukany, że go widziała w sklepowym stroju. Oszukany, że rozmawiał z nią o pieprzonym papierze toaletowym! Oszukany, bo wiedział, że dla niej jest tylko przedłużeniem sklepowej półki, gadającym i dość rozumnym, żeby odpowiedzieć na proste pytanie.

Jego dzień pracy powoli się kończył. Rozpakowywał właśnie ostatni karton keczupów i zastanawiał się, czym wypełnić dzisiejsze popołudnie. Nie miał pieniędzy na żadne rozrywki. Niemal połowę jego śmiesznej pensji pochłaniały koszty wynajmowanego mieszkania, resztę skrupulatnie dzielił na kolejne dni, co ledwie starczało mu na jedzenie plus maleńkie oszczędności, dzięki którym raz na jakiś czas mógł sobie kupić coś do ubrania. Wielkomiejskie przyjemności – knajpy, kino, imprezy – mógł sobie tylko wyobrażać. A tam, w jego wyobraźni, urastały do symbolu szczęścia i spełnienia. Pomyślał, że jak zwykle powłóczy się bez celu, oddając mijane obrazy na pastwę niespokojnego umysłu. Nie chciało mu się wracać do mieszkania, w którym jego bezrobotny od pewnego czasu współlokator zalewał swoje codzienne nieudane poszukiwania pracy podłym, kupowanym na bazarach alkoholem. Wieczorami stawał się już nie do zniesienia, a nie było przed nim ucieczki. Ich mikroskopijne mieszkanko składało się ze ślepej kuchni i jednego pokoju, który dzielili ze sobą – był ich jadalnią, salonem i sypialnią.

Staszek pochylał się po ostatnią butelkę sosu, gdy usłyszał zza pleców dość zniecierpliwiony głos, który ze swoim pytaniem próbował bezskutecznie jak dotąd przebić się przez pochłoniętą fantazjami głowę sklepowego pracownika działu „przetwory”. W mgnieniu oka przybrał na pół obojętny, na pół zniecierpliwiony wyraz twarzy i z zamiarem szybkiego pozbycia się natręta odwrócił się.

Głos wydobywał się z najpiękniejszych ust, jakie widział w życiu, pełnych, czerwonych, pokrytych ledwo widoczną warstewką błyszczyku. Były częścią symetrycznej, szczupłej twarzy o śmietankowej cerze, sąsiadowały z prostym, wąskim nosem i dużymi, zielonkawymi oczami o lekko wytuszowanych rzęsach. Całości dopełniały długie, brązowe, układające się w miękkie fale włosy z delikatnymi, świetlistymi refleksami. Twarz chłopaka przybrała na ten widok – zupełnie bezwiednie – wyraz zadziwionego zachwytu.

– Pytam, czy nie wie pan, gdzie są takie małe kukurydze w słoiczku. – Piękność powtórzyła pytanie, mrużąc lekko oczy w wyrazie zniecierpliwienia.

– Eeee – wyszło z ust Staszka. – Ale jakie kukurydze? – zapytał, żeby choć trochę zyskać na czasie i spróbować się opanować. Jak na złość właśnie teraz cała jego inteligencja postanowiła go opuścić i z boku przyglądać się, jak sobie bez niej poradzi.

Piękne oczy wykonały obrót zniecierpliwienia, piękny nos wciągnął głębiej powietrze.

– Konserwowe, w słoiczku, takie miniaturki. – Dziewczyna starała się mówić wolno i wyraźnie, nie mając w tym momencie najlepszej opinii o potencjale umysłowym pracowników supermarketu. – Macie takie w sklepie czy nie? – dopytywała, przyglądając się niemiłosiernie dokładnie stojącemu naprzeciwko niej chłopakowi.

Mieli. Rozpakowywał je dwa dni temu, więc mógł precyzyjnie wskazać miejsce. „To niesamowite!” – przeleciało mu przez głowę. „One prawie w ogóle się nie sprzedają i tak rzadko je rozpakowuję”.

– Tak, tak, mamy, mamy. Są w następnej alejce, przy korniszonach – wydusił w końcu, niemal natychmiast besztając się w duchu. „Dlaczego nie powiedziałem: ogórki konserwowe? Nawet taką prostą rzecz muszę spieprzyć?” – wymyślał sobie, patrząc na śliczną dziewczynę, która znikała za rogiem.

Dusza i usta cicho jęknęły. Spojrzał na siebie jej oczami i lekko się wzdrygnął. Czy to było ostateczne upodlenie, czy tylko naturalny bieg rzeczy? Tak się po prostu złożyło, że on, tu i teraz, bezimienny fragment marketowej rzeczywistości, zderzył się ze zmaterializowanym wytworem swojej wyobraźni. Ze skupiskiem sennych fantazji zebranych w jedno doskonałe ciało. I to tu, w scenerii półek wypełnionych rzędami słoiczków, butelek, puszek, ten obraz spełnienia wyszedł mu z głowy i stanął przed nim właśnie w chwili, gdy on niezgrabnie pochylał się nad podartym kartonem i ściskał w ręku plastikową butelkę z uśmiechniętym pomidorem. W najbardziej okrutny sposób dopadła go smutna i przewrotna, jadąca swoim torem kolej rzeczy. Bez pytania zrobiła sobie przystanek w najmniej odpowiednim momencie tylko po to, żeby z niego zakpić, żeby zepsuć mu dzień, żeby...

Gdy zobaczył wbite w siebie ciekawskie spojrzenie szefowej zmiany, zdał sobie sprawę, że za bardzo się nad sobą użala, co natychmiast musiało odbić się na jego twarzy, zmieniając jej wyraz w nieobecny i trochę gapowaty.

– Staszek, ja wiem, że miałeś iść do domu, ale trzeba jeszcze rozpakować musztardy. To je szybko przed wyjściem rozstaw, dobrze? – wyrzuciła z siebie prosto w zmienioną twarz chłopaka, odczytując jego minę jako wyraz zmęczenia. Szybko odwróciła się na pięcie, nie czekając nawet na jego odpowiedź. Jego zgoda była dla niej oczywista, bo słowo „sprzeciw” nie istniało w cholernym sklepowym słowniku.

Rzucił bezgłośne przekleństwo w stronę oddalającej się kobiety i powoli powlókł się na zaplecze po kartony z musztardą. Po drodze zerknął na półkę pełną słoików z ogórkami i na chwilę przed oczami stanęła mu Śliczna Dziewczyna. Już tylko przygryzł wargi i poszedł dalej.

***

Przez kilka następnych dni monotonię codzienności przełamywał tylko coraz mniej przewidywalny i coraz rzadziej trzeźwiejący współlokator. Staszek nigdy nie mógł być pewien, w jakim stanie i w jakim humorze znajdzie go danego dnia po powrocie z pracy, ale niemal codziennie mieszkanie przypominało małe pole bitwy z pokonanymi, rozerwanymi na strzępy, darmowymi gazetami ogłoszeniowymi, poprzewracanymi meblami, butelkami, resztkami jedzenia.

Współlokator żył z pieniędzy „pożyczanych” od matki, co tylko potęgowało jego frustrację. Upijał się przerażony myślą, że jeśli szybko nie znajdzie pracy, będzie musiał TAM wrócić, a to byłoby dla niego – przekonywał – niczym pogrzebanie za życia.

Staszek znał dokładnie to spadające na człowieka nagłe uczucie strachu, paraliżujące i paniczne, po którym długo nie można dojść do siebie. Powrót do starej egzystencji był zmorą wszystkich, którzy STAMTĄD uciekli – z tych małych, dusznych, klaustrofobicznych miast, miasteczek, wiosek, gdzie horyzont kończył się najdalej po kilku kilometrach, gdzie nikt już nie snuł żadnych planów na przyszłość, bo najzwyczajniej w świecie nie było już z czego ich utkać. Ich mieszkańcy ledwo utrzymywali się na powierzchni swojego życia, kupując sobie cywilizację na kredyt i modląc się, by nie upadły ostatnie, ledwo dyszące zakłady pracy.

I właśnie ta małomiasteczkowa solidarność powstrzymywała go od wyprowadzenia się z mieszkania i pozostawienia Rafała swojemu losowi, chociaż jednocześnie sączyła mu się w duszę obawa, że chłopak może go wraz z sobą pociągnąć w otchłań. Póki co wciąż go jednak tolerował, zrzędząc pod nosem, sprzątał śmierdzące oparami alkoholu mieszkanko, wietrzył je, wysłuchiwał cierpliwie bełkotliwych historii i – w chwilach pełnej świadomości Rafała – jego bezowocnych planów na przyszłość.

Dziwił się nawet swojemu poświęceniu, bo dotąd nigdy nie musiał zajmować się nikim oprócz samego siebie, i teraz z satysfakcją podziwiał swoją bezinteresowną dobroczynność. Prawdę tego dziwacznego układu spychał w głąb podświadomości. Bo to właśnie upodlenie przyjaciela w pewnym sensie dodawało Staszkowi sił, te codziennie przegrywane zmagania Rafała z rzeczywistością wynosiły jego samego na nieznacznie, ale jednak wyższy poziom. Współlokator w swoim upokorzeniu sięgał już dna, które Staszek mógł oglądać z daleka, z obrzydzeniem, ale i fascynacją.

Jednak ta powtarzająca się codzienność coraz bardziej go męczyła, czuł narastającą frustrację i poczucie beznadziei. Potrzebował choć na chwilę zmienić otoczenie, więc postanowił w końcu ulec namowom matki i pojechać do domu w najbliższy wolny weekend.

Nie był w swoim rodzinnym mieście od bardzo dawna. Rzadko też dzwonił, a jeśli już, to wszystkie nagabywania o przyjazd ucinał zapracowaniem bądź brakiem pieniędzy. Matka chyba wierzyła w te trochę naciągane zapewnienia, którymi bronił się przed odwiedzinami, a nawet gdy jej nie przekonywały, to nigdy nie dała tego po sobie poznać.

„Jak ona nic o mnie nie wie” – myślał. „Jestem jej jedynym synem, a ona nic o mnie nie wie. Patrzy na mnie, słucha tego, co mówię, ale wnioski wyciąga, zanim otworzę usta. Jej miłość i prostoduszność chcą właśnie widzieć tylko małego, uśmiechniętego chłopczyka, obraz wypełniony jej własną, wymarzoną treścią”.

Ciasnota macierzyńskich ram dokuczała mu tym mocniej, im dłużej nie było go w domu, i tym trudniej ponownie się w nie wciskał. Myślał czasem o wyzwoleniu, o wykrzyczeniu prawdy o sobie prosto w jej rozmiłowane oczy, ale zdawał sobie sprawę, że niczego to nie zmieni, że ona i tak postara się o tym jak najszybciej zapomnieć i tylko czasem będzie to do niej wracało, pogłębiając smutek spowodowany rozłąką. „Tak będziemy trwać do cholernej śmierci. Tylko kto będzie pierwszy?” – myślał, znów pogodzony ze swoimi synowskimi obciążeniami.

A przecież wciąż jeszcze pamiętał siebie, kilkulatka, dla którego matka była początkiem i końcem, najwspanialszą istotą na ziemi, piękną, mądrą, dobrą. Gdy wtedy wyobrażał sobie świat bez niej, strach niemal go paraliżował. Najczęściej zdarzało mu się to wieczorem, w ciemnym pokoju, kiedy już zasypiał. Biegł wtedy do jej łóżka i wtulał się bez opamiętania w jej ciepłą miękkość.

A teraz? Często przyłapywał się na myśli, że jej śmierć niemal nie zrobiłaby na nim wrażenia. Tak, na pewno byłby smutny przez jakiś czas, ale zatrważająco krótki.

Od przyjazdu do domu dodatkowo powstrzymywały go kłamstwa, którymi częstował wszystkich, od rodziny po znajomych. Przecież wyjechał stamtąd z wielkimi nadziejami, pewien szybkiego sukcesu, który wieszczyli mu najbliżsi. Na początku, nie mogąc długo znaleźć tej wymarzonej, dającej nadzieję na awans pracy, skłamał, przekonany, że to oszustwo lada dzień zamieni się w prawdę. Później, choć oczekiwana przemiana omijała go z daleka, nie miał już wyjścia i brnął dalej. Kłamał o wszystkim – o pracy, mieszkaniu, świetnych perspektywach rozwoju. W wersji przeznaczonej dla bliskich pozostawionych w rodzinnej miejscowości nie pracował w sklepie przy rozstawianiu towaru na półkach, ale był przedstawicielem w firmie handlowej z tytułem młodszego menedżera. To fałszowanie tożsamości napawało go obrzydzeniem, niechętnie opowiadał więc o swoim nieistniejącym stanowisku pracy i obowiązkach, które rzekomo się z tym wiązały. Tak naprawdę nie był do końca pewien, czym ktoś taki dokładnie mógł się zajmować. Na szczęście w jego miasteczku – o ile wiedział – nie było zbyt wielu menedżerów, tym bardziej młodszych. Tam bowiem obowiązywała ustalona przez lata, nieskomplikowana i przejrzysta zawodowa nomenklatura. Mógł więc teoretycznie do swojej wyimaginowanej funkcji przypiąć, co tylko chciał, wypełnić ją wielkomiejskimi, skomplikowanymi, poważnie brzmiącymi frazesami. Mimo to kłamstwo budziło w nim wyjątkowy niesmak, starał się więc temat swojej pracy zbywać okrągłymi, pozbawionymi treści zdaniami. Bliskie prawdy były tylko podawane przez niego zarobki, które w oczach małomiasteczkowych tubylców były i tak „niezłe” i żaden z nich nie mógł sobie wyobrazić, jak radykalnie topnieją podzielone przez setki tysięcy pokus i potrzeb wielkiego miasta.

Postanowił jechać najtańszym, porannym, osobowym pociągiem już w najbliższą sobotę. „Jeśli będę miał dość, to wyjadę już rano następnego dnia” – ułożył w głowie bezpieczny scenariusz pobytu w rodzinnym domu.

Snując się kolejną godzinę po wyludnionych niemal ulicach wielkiego miasta, usiadł na chwilę na przystanku autobusowym i z dna plecaka wyciągnął rozpadający się telefon komórkowy. Zwykle był wyłączony, dzięki czemu bateria trzymała dłużej. Miał nadzieję, że ma jeszcze jakieś środki na karcie, nie pamiętał, kiedy ostatnio dzwonił lub wysyłał wiadomość. Starał się zasilać konto przynajmniej raz na dwa miesiące, ale ostatnio uznał to za zbędny wydatek. Liczba osób, z którymi chciał mieć kontakt, w ostatnich miesiącach dramatycznie się skurczyła. Coraz częściej odbierał już tylko niepotrzebne mu, formalne wiadomości od swojego operatora. Znajomi, gdy po raz kolejny nie odpowiedział na ich wypełnione uśmiechami wiadomości, w końcu po prostu dali za wygraną.

Na szczęście baterii i środków wystarczyło na krótki SMS z informacją o przyjeździe. Matka natychmiast spróbowała do niego oddzwonić, ale telefon – ku zadowoleniu jej syna – w końcu całkowicie się rozładował.

***

„Przyjedzie, przyjedzie, przyjedzie” – kobieta powtarzała sobie w duchu, niezrażona urwaną w pół zdania nieudaną rozmową, kilkaset kilometrów dalej od miejsca, w którym jej ukochane dziecko z lekko spuszczoną głową chowało telefon do kieszeni. Zerkała przy tym odruchowo w nieustannie włączony telewizor.

Była podekscytowana, bo jej monotonne życie łaknęło od dawna jakiejś realnej odmiany. W jej ulubionych serialach tyle się działo, akcja kipiała i wylewała się z ekranu, podczas gdy ona sama tkwiła bezustannie w codzienności podzielonej na identyczne dwudziestoczterogodzinne kawałki. Miała niemal pięćdziesiąt lat i generalnie świetnie sobie radziła z przewidywalnością i nudą swojego życia, nigdy zbyt wiele nie oczekując i ciesząc się przez długie tygodnie trafiającymi się z rzadka drobnymi przyjemnościami. Ta postawa pomagała jej unikać rozczarowań i huśtawek nastrojów.

Żyła sama i choć dawno już przyzwyczaiła się do pustki wypełniającej jej życie, nigdy samotności nie polubiła.

Jej sporo od niej starszy mąż zmarł, kiedy ich syn miał dwanaście lat, ale jego brak – poza finansowymi problemami – tak naprawdę zaczęła odczuwać dopiero wtedy, gdy Staszek wyjechał z domu. Przez całe małżeństwo starała się być dobrą żoną. Skrupulatnie wypełniała swoje obowiązki, dom był zawsze nieskazitelnie czysty, dbała, by w małej lodówce znalazły się ulubione przysmaki jej męża. Najczęściej były to budzące odrazę w niej i Staszku, połyskujące tłuszczem mięsne podroby, uformowane przez rzeźnika w kształt grubej kiełbasy. Jej mąż kroił zawsze gruby plaster tego mięsopodobnego tworu, który lądował na posmarowanym lekko musztardą kawałku chleba. Gdy zbliżał go do ust, na jego twarzy malował się wyraz błogości. Popijał to wszystko mocną, słodką herbatą, siorbiąc bezceremonialnie. Spoglądał przy tym z niechęcią na talerze żony i syna, na których kobieta układała wyzywająco kolorowe kanapki pokryte szczelnie warzywami z ich własnej, ukochanej przez nią, maleńkiej działki pracowniczej.

Działce poświęcała cały swój wolny czas. Na kilku metrach kwadratowych tego raju na ziemi co roku sadziła warzywa i owoce i wdychała zapach groszku, który piął się po słupie telegraficznym.

Zakład pracy męża, do którego wszystko to należało, odebrał jej ten niewiele wart spłachetek ziemi kilka miesięcy po jego śmierci. Bardzo starała się wtedy, by utrata tego pachnącego i kolorowego edenu nie przysłoniła jej odejścia człowieka, z którym dzieliła życie. Nigdy do końca się jej to nie udało i nawet teraz, gdy wieczorami zaglądała czasem w głąb swojego minionego życia, zdawała sobie sprawę, że tak naprawdę chyba swego męża nie kochała.

Wyszła za niego, gdy miała dziewiętnaście lat i niewiele więcej – poza małżeństwem – perspektyw przed sobą. Głównym atutem tego milczącego mężczyzny było własne mieszkanie, które gwarantowało jej wyrwanie się z rodzinnego domu, wypełnionego sprzętami i niemal codziennymi awanturami.

Pogłaskała po głowie psa, który delikatnie otarł się o jej łydkę. Bury, mały kundelek był teraz jej ulubieńcem. Przelewała na niego swoją niepotrzebną już żadnemu człowiekowi codzienną miłość. Pies odwzajemniał jej uczucie, wlepiając w nią lekko zaropiałe ślepia i zawsze radośnie witając ją w progu jej własnego domu. Jednak kobieta dobrze wiedziała, że najważniejsze miejsce w sercu zwierzaka zajmuje jej syn. To Staszek przed laty uratował kundla od śmierci głodowej, przecinając scyzorykiem sznurek, którym ktoś przywiązał zwierzę do drzewa. Pies niezmiennie ekstatycznie reagował na zapach i dotyk swojego wybawiciela.

– Twój pan przyjedzie. Cieszysz się? – powiedziała do kundla, który niczego nie rozumiejąc, na wszelki wypadek grzecznie zamerdał ogonem.

2.

– Stachu – (nienawidził, kiedy ktoś się tak do niego zwracał) – idziesz z nami dzisiaj na piwko? – spytał Michał. Był o rok starszy od Staszka i zajmował w sklepie podobne do niego stanowisko, ale w dziale z elektroniką, co – z nieustalonych do końca przyczyn – stawiało go wyżej w marketowej hierarchii.

Przebierali się właśnie po pracy w swoje cywilne ciuchy. Staszek z ulgą zdejmował bluzę z napisem „Jestem do Twojej dyspozycji”, brudnawy symbol swego zniewolenia, którego szczerze nienawidził i który z chęcią zwinąłby w jak najmniejszą kulkę, podeptał i wcisnął z obrzydzeniem do szafki. Wiedział jednak, że następnego dnia dostałby naganę za „niechlujny wygląd”. Stłumił odrazę i złożył starannie bluzę, wygładzając nawet załamania.

– Idzie też kilka dziewczyn – mrugnął Michał, niezrażony milczeniem Stacha.

„Kilka dziewczyn” – pomyślał Staszek i przez głowę przemaszerowały mu niezbyt atrakcyjne, przemęczone, źle umalowane i uczesane najmłodsze pracownice marketu. Zlewały mu się w jedną, bezimienną, nieciekawą masę, bo chociaż pracował tu niemal pół roku, nigdy nie starał się w żaden sposób zbliżyć do swoich współpracowników lub ich poznać. „Jestem tu tylko przejazdem, jutro, pojutrze, z Andrzejem albo choćby i bez niego, znajdę coś w końcu i więcej nie spotkam tych ludzi” – nieustannie przekonywał sam siebie. Czasem w głowie projektował nawet scenkę, w której przyjeżdża do sklepu, wieczorem, w drodze z tej niedookreślonej, wymarzonej pracy, wchodzi między półki i wkłada do koszyka bezsensownie drogie rzeczy, które – choć trudno mu było w to teraz uwierzyć – ktoś przecież codziennie kupuje. W jego wyobraźni spomiędzy półek niemal niezauważalni, idealnie stopieni z otaczającą ich rzeczywistością, obserwują go jego dzisiejsi koledzy.

– Nie, dzięki – wydusił w końcu, odwracając się do Michała. Lubił go nawet i tylko jemu pozwolił nieco się do siebie zbliżyć. Doceniał, że chłopak nie zadawał zbyt wielu pytań i znosił cierpliwie jego milczące dni oraz nieufność, którą Staszek wciąż mu okazywał. Poza tym był wesoły, szczery i zawsze śmiał się z jego dowcipów, nawet tych na swój temat. Ponadto w oczach Michała często widział błysk podziwu, gdy podczas rozmów mimowolnie demonstrował swoją imponującą wiedzę z dziedzin kompletnie nieprzydatnych w tym miejscu. Zostało mu to z czasów studiów, podczas których czytał kilka książek naraz, teraz jednak – co stanowiło konsekwencję jego życia na granicy standardów akceptowalnych przez samego siebie – nie czytał niemal nic. Zapisał się co prawda do biblioteki, ale całkowicie stracił czytelniczy zapał. Za dużo było fałszu w jego osobistym życiu, by był w stanie dodatkowo znieść literacką fikcję czy nawet prawdziwe, ale skrzące się od bezkompromisowych działań historie. Właśnie dlatego podziw, którym obdarzał go kolega z pracy, był dla niego bladym co prawda, ale jednak ukojeniem, pozwalającym mu lepiej znosić codzienne upokorzenia.

Kilka innych osób w sklepie tolerował, od czasu do czasu zamieniając z nimi parę zdań. Nie posunął się jednak dalej, bo już w chwili, kiedy zaczynał tu pracę, założył sobie, że bez względu na wszystko będzie trzymał dystans, aby – szczególnie towarzysko – nie stać się częścią tego obcego mu świata.

– Stachu, ale ty nigdy nigdzie nie chcesz z nami iść. O forsę ci chodzi? Daj spokój, idziemy tylko do Anki, każdy kupuje sobie piwo, w sumie parę złotych na głowę. No przecież trzeba się czasem wyluzować, nie? – Michał drążył dalej, niezrażony.

Ankę, kasjerkę, też chyba lubił, a może nawet mu się podobała. Zawsze uśmiechała się do niego tak inaczej niż inni i wykorzystywała każdą okazję, żeby znaleźć się w jego pobliżu. To też mu schlebiało i pomagało w potyczkach z codziennością. Pomyślał o powrocie do mieszkania, w którym znów będzie musiał wysłuchiwać przewidywalnych opowieści Rafała o kolejnym straconym dniu, i zaczął się wahać. Może warto pójść ten jeden raz, posiedzieć trochę, towarzysko się nie bratać i wrócić, gdy Rafał najprawdopodobniej już będzie spał?

– No dobra – wydusił z siebie w końcu.

Michał, który – jak dotąd bez rezultatu – składał mu tego typu propozycje niemal co tydzień, wyraźnie zaskoczony, wyszczerzył w uśmiechu swoje krzywe zęby.

– Fajnie, ucieszą się – powiedział.

– Kto się ucieszy? – zdziwił się czujnie Staszek.

Michał trochę się stropił, bo „ucieszą się” wyrwało mu się mimowolnie, tak przy okazji. Miał oczywiście na myśli koleżanki z pracy, a zwłaszcza Ankę, która rzeczywiście od pierwszego dnia spoglądała tęsknie na niebieskookiego, wysokiego, przystojnego chłopaka. Wraz z innymi pracującymi w sklepie młodymi kobietami nie dawała Michałowi spokoju, nalegając, żeby w końcu namówił Staszka na jakiekolwiek wspólne wyjście.

– No, wszyscy, chłopaki wszystkie – skłamał, leciutko się czerwieniąc, Michał. – Przecież nigdy jeszcze nie byłeś na żadnej naszej imprezce. Wiesz, stary, dla niektórych to będzie święto – dodał pewniejszym siebie głosem, puszczając przy tym oko i uśmiechając się od ucha do ucha.

Staszek przyjrzał mu się i powoli zaczynał żałować, że zgodził się pójść „do Anki”.

3.

Jechali obskurną windą na dziesiąte piętro, czuł zapach psiego moczu i stęchlizny. Znał tę mieszankę ze swojego bloku, w którym wynajmował wraz z Rafałem duszną klitkę. Tutejszy smród miał co prawda inny odcień, ale nieodmiennie kojarzył się chłopakowi z biedą i beznadzieją. W półprzezroczystej reklamówce ściskał puszki mocnego piwa.

– Szybciej kopie, no to taniej wychodzi – tłumaczył Michał, wypijając jedno po drodze. Rzeczywiście, musiało już zacząć działać, bo chłopak śmiał się zdecydowanie głośniej niż zwykle.

Winda zatrzymała się z głuchym łoskotem. Wysiedli i odrapanym korytarzem doszli do mieszkania Anki. Zza cienkich drzwi dobiegało dudnienie muzyki i nieco stłumione głosy. Obaj wylądowali tu dość późno, impreza zdążyła się już zapewne rozkręcić.

Michał nacisnął dzwonek. Po drugiej stronie usłyszeli ostry dźwięk, który wcisnął się brutalnie między muzykę i śmiechy. Po dłuższej chwili w drzwiach stanęła uśmiechnięta właścicielka. Miała rozpuszczone włosy, oczy jej błyszczały i wyglądała dużo lepiej niż na co dzień, wciśnięta między kasę a taśmę z towarem, oświetlona niemiłosierną jarzeniówką. Staszek od razu zwrócił na to uwagę i z zadowoleniem odwzajemnił uśmiech. Podał jej torbę z puszkami z piwem i przemknęło mu przez głowę, że może powinien był przynieść jej coś jeszcze – kwiaty, czekoladki? Odruchowo przegonił tę myśl jak przelatującą muchę i prowadzony przez dziewczynę do kuchni rozglądał się ciekawie po mieszkaniu.

Kuchnia, przedpokój i pokój dziewczyny były ciasne, żaden z nielicznych sprzętów nie pasował do drugiego, a ich jedyną wspólną cechą były trudne do zamaskowania ślady zniszczenia – klasyczna mieszanka nikomu niepotrzebnych rzeczy, które zamiast na śmietniku lądują w wynajmowanych, ubogich mieszkankach. Jego obecne lokum umeblowano zresztą dokładnie tym samym sposobem. Tutaj jednak nad tą niezgrabną całością unosił się duch dziewczęcej miękkości i delikatności zamknięty w firaneczkach, flakonikach, ramkach ze zdjęciami i suszonych bukietach. Widać było, że właścicielka tej graciarni włożyła wiele wysiłku, by nadać niezgrabnej i tandetnej całości pozory przytulnego domu.

– Fajne mieszkanie – skłamał Staszek, czując, że musi w jakiś sposób usprawiedliwić swoje szybkie spojrzenia, którymi omiatał wnętrze i na których przyłapała go Anka.

Dziewczyna uśmiechnęła się z satysfakcją.

– Wiesz, jeszcze się urządzamy – odpowiedziała niby od niechcenia, ale widać było, że jego słowa sprawiły jej przyjemność. Zobaczyła pytający wzrok chłopaka. – Z Edytą, moją koleżanką. – Dziewczynie przemknęło przez głowę, że być może Staszek pomyślał, że mieszka tu z chłopakiem, i poczuła ciepło satysfakcji, odbierając jego zdziwienie jako oznakę zainteresowania swoją osobą.

„Na szczęście Anka jest dużo ładniejsza niż to miejsce” – myślał tymczasem Staszek, zerkając na dziewczynę upychającą puszki z piwem w maleńkiej lodówce. Była dość wysoka i szczupła, miała lekko brązowe włosy, pokolorowane w dużo jaśniejsze pasma, ciemne oczy i dziś dość mocny makijaż. Na tle przyciemnionych szminką ust jej jakby dziecięce wciąż zęby wyglądały zdrowo, podobnie jak przyprószona pudrem twarz.

Podała mu puszkę z piwem, nie proponując nawet szklanki, i przeszli z kuchenki do pokoju pełnego jazgotliwej muzyki, ludzi i dymu z papierosów. Staszek wciągnął w płuca pierwszy haust gęstego niemal powietrza. Zauważył, że jego wejście lekko poruszyło stłoczonych w pokoju ludzi. „Patrzcie, kto przyszedł!”, „O rety! Jaki zaszczyt”, „No witamy, witamy!” – dobiegało z każdej części niewielkiego pomieszczenia. Tuż po okrzykach wyciągały się na powitanie męskie ręce i kokieteryjne uśmiechy dziewczyn.

Poczuł się nieswojo, bo nie lubił, gdy koncentrowała się na nim uwaga otoczenia. Anka gdzieś zniknęła. Szybko rozejrzał się za grupką ludzi, do których mógłby bezpiecznie dołączyć.

Odnalazł Michała, stanął obok niego i pociągnął długi łyk piwa. Huk muzyki i dym powoli zaczynały go męczyć, nie ochłonął jeszcze po sklepowym natłoku bodźców. „Albo się upiję, albo stąd ucieknę” – przemknęło mu przez myśl i po raz kolejny przechylił puszkę z piwem. Powoli, ignorując otaczającą go kakofonię, zaczął koncentrować się na toczącej się tuż obok rozmowie. Michał, rozradowany, słuchał opowieści stojącego tuż przy nim Krzyśka, wzorcowego niemal pracownika marketu.

Wątły, jakby nieustannie wygłodzony chłopak zaczął pracę dopiero kilkanaście dni temu, ale błyskawicznie pogodził się z jej przewidywalnością i niepodlegającą dyskusji niesprawiedliwością. Swoją edukację zakończył na zawodówce i nie ukrywał, że praca w sklepie była jego stanem docelowym. Jego ambicje sprowadzały się jedynie do ewentualnego powolnego pięcia się w górę w marketowej hierarchii. Nie negował więc panujących tam zasad, nie chciał też niczego zmieniać i w konsekwencji był idealnym materiałem na sklepowe popychadło. Mimo to, pogodzony z losem, był jedną z weselszych osób, jakie pracowały w sklepie. Teraz, dodatkowo pobudzony alkoholem, uśmiechał się od ucha do ucha. Razem z Michałem obgadywali kierowniczkę. Nic nowego, to zawsze był ulubiony temat rozmów jej podwładnych, niezależnie od tego, jak bardzo w bezpośrednim kontakcie próbowali się jej przypochlebić.

– ...i wtedy kazała mi zbierać ten groch z ziemi. A on się rozsypał, wiesz, kurwa, na pół magazynu, nie? Pod jakieś półki poleciał, skrzynki, no wszystko, co tam stało. Ja jej mówię, że miotłą zmiotę, nie że szybciej będzie, a ta się zaczęła, kurwa, wydzierać, że jak miotłą będę jechał, to jej się ten groch ze śmieciami pomiesza, nie, no i że nikt jej wtedy tego nie kupi. No i mi kazała normalnie ręcami zbierać, nie, ja pierdolę, jak temu, no, pieprzonemu Kopciuszkowi jakiemuś. Ja jej tłumaczę, że do usranej śmierci ten groch będę zbierał, bo on taki, kurwa, malutki. – Tu niemal zbliżył do siebie dwa palce o brudnych paznokciach. – A ona mi na to, że gówno ją to obchodzi i za godzinę ma być co do jednego wyzbierane, bo nowy towar ma przyjechać. Stary, żebyś ty widział, jak ja zapierdalałem, plecy to mnie do dzisiaj bolą – opowiadał w detalach historię, którą od dwóch dni żył cały sklep.

Michał i Staszek słyszeli już tę opowieść z lekko skonfabulowanych przekazów kolejnych osób, teraz w końcu mogli poznać ją w oryginale. Chłopak opowiadał ją jednak tylu chętnym uszom, że zapewne on także za każdym razem dorzucał do pierwowzoru jakiś drobiazg, tak dla urozmaicenia. A jego historia niezmiennie robiła na słuchaczach spore wrażenie. Taki kaliber mimo wszystko zdarzał się w tym sklepie dość rzadko.

– Jak się bawisz? Fajna imprezka, nie? – Michał uśmiechnął się do Staszka, gdy wycisnęli już z historii Krzyśka Kopciuszka wszystko, co się dało.

Chłopak w odpowiedzi pokiwał tylko głową i przytknął do ust niemal pustą już puszkę z piwem.

Z trudem mieszczący się w małym mieszkanku tłum nieustannie falował i zmieniał konfiguracje. Dołączyła do nich Anka z kolejnymi puszkami browaru. Staszek pił łapczywie, choć na co dzień unikał alkoholu, mając w pamięci tych kilka przypadków, kiedy pijąc drinki o przyjemnym smaku coli, tracił nagle świadomość. A ostatnio odbierały mu chęć do picia codzienne pijackie zmagania współlokatora. Ale dziś było inaczej, wlewany do wnętrza złotawy płyn powoli przykrywał otaczającą go rzeczywistość mgiełką niczym nieuzasadnionego entuzjazmu i dodawał mu towarzyskiej odwagi. Anka i Michał rozmawiali ponad nim, rozbierając na części pierwsze kolejne sklepowe historyjki i plotki. Włączał się raz po raz do ich rozmowy, dorzucając rozśmieszające ich uwagi. Piwo zaostrzało mu język i wypełniało go potrzebą ludzkiego towarzystwa. Nie miał nic przeciwko temu, że otaczająca ich grupka ludzi stopniowo się powiększała.

W pewnym momencie dołączyły też pląsające wcześniej do utraty tchu, już lekko wstawione dwie inne kasjerki. Miały spocone twarze i nieustannie potrząsały włosami dla ochłody. Unosząca się w powietrzu muzyka nie pozwalała im stać bez ruchu, więc rytmicznie kręciły biodrami i ramionami, by jak najdokładniej odwzorować ruchy podpatrzone w wyuzdanych teledyskach. Staszek nie starał się zapamiętać bardzo zresztą do siebie podobnych imion tych dwóch dziewczyn, poza tym drażnił go ich nieustanny chichot, którym – nie był tego świadom – dziewczyny próbowały ukryć onieśmielenie, jakie odczuwały w jego towarzystwie.

– Królewicz w końcu znalazł czas dla swoich poddanych – zagadnęła trochę pewniejsza siebie Irena.

Ilona zachichotała i pociągnęła temat.

– No właśnie, właśnie. Bo my już wszyscy myśleliśmy, że normalnie nigdy na żadną naszą imprezę nie przyjdziesz – przytaknęła gorliwie, wachlując sobie dłonią twarz i kołysząc się w dudniący takt.

– Tak wyszło, czasu nie mam po prostu. – Staszek nie zamierzał się przed nimi tłumaczyć, choć czuł, że dziewczynom ta odpowiedź nie wystarcza.

– A co robisz wieczorami, że taki ciągle zajęty jesteś? – drążyła Irena, wywołując kolejną falę chichotu u swojej koleżanki.

– Oj, Irena, no pewnie ma dziewczynę, to normalne, że jest wieczorami zajęty – wtrącił Krzysiek, rozochocony piwem i zainteresowaniem swoją osobą.

Cała grupka, oprócz Staszka, zaniosła się śmiechem, który zwabił do ich gromadki kolejne osoby.

– Co wam tak wesoło? – zapytał łysiejący już facet ze sporym brzuchem, zupełnie niepasujący do grupy dwudziestokilkulatków, których twarze rozświetlał niemal niezauważalny blask dzieciństwa.

Staszek zdziwił się, gdy go tu zobaczył, bo ten mrukliwy gość łatwo wchodził w konflikty i chętnie donosił szefom na każdego, kto mu podpadł.

– Nie, nic, tak się głupio śmiejemy – ruszył na pomoc Staszkowi Michał, który jako jedyny znał ciasne granice jego tolerancji.

– Próbujemy ustalić, co Staszek robi wieczorami, skoro nie ma czasu, żeby się z nami napić i pogadać – streściła, dolewając oliwy do ognia, brzydsza z kasjerek.

Staszek poczuł, że wreszcie go dopadli, zamknęli w kręgu przenikliwych spojrzeń, z którego nie było ucieczki. Tygodniami karmiona niechęć do jego ostentacyjnej niezależności, do wiecznego trzymania się z boku, nareszcie mogła znaleźć ujście. Powinien się tego zresztą spodziewać. Jego nieskrywana obojętność wobec pozostałych współpracowników wielu osobom dawała się we znaki. Nie podobało im się, że nie przyłączał się do stadnych narzekań na szefów i zasady panujące w sklepie, że nie szeptał wraz z nimi, nie spiskował. Grupa nie znosi samowykluczenia, to ona przecież wyklucza. W pracy za jego plecami wymieniali na jego temat złośliwe komentarze, ale nie mieli odwagi powiedzieć mu niczego w twarz. Podświadomie czuli, że za jego wyobcowaniem kryje się – niczym przecież nieuzasadnione – poczucie wyższości. Teraz więc przyglądali się z satysfakcją i ciekawością chłopakowi, przez którego beznamiętną zwykle twarz przetaczały się tłumione niezręcznie chmury niezadowolenia i bezsilności.

– Może się z panią kierowniczką umawia? Ona lubi takich młodych chłopaczków. – Brzuchaty Jarek zaśmiał się brzydko, zadowolony z wybuchu głośnego śmiechu, który rozległ się, ledwie zakończył swoją kwestię.

– No jakoś sobie trzeba w życiu radzić, co nie? – dorzucił, przyłączając się do towarzyskiego linczu, drugi magazynier, barczysty, niemal dwumetrowy osiłek, którego największym życiowym osiągnięciem był – nieudany co prawda, ale jednak – udział w turniejach dla siłaczy.

Ta uwaga zdecydowanie osłabiła obojętność – tajną broń Staszka. Za wszelką cenę starał się zachować resztki ulatniającego się spokoju i nie dać po sobie poznać, jak bardzo ta grupa zwykle nic nieznaczących dla niego ludzi działa mu teraz na nerwy.

– Naprawdę tacy jesteście ciekawi, co robię? – zapytał spokojnym, lekko drwiącym głosem. Widział wokół siebie błyszczące oczy i kpiące, ironiczne uśmieszki. Przez moment przeszło mu przez głowę, że powinien po prostu roześmiać im się w twarz, zbyć to wszystko jakimś grubszym żartem z kierowniczki, sklepu, ich wszystkich. Już niemal otwierał usta, niemal uwalniał z gardła mocny śmiech, gdy jednak spora dawka alkoholu wlana w krótkim czasie na pusty żołądek wzięła niespodziewanie górę i nakazała mu powiedzieć szczerze, co naprawdę myśli o przypadkowych, nielubianych współbraciach swojego poniżenia. – Powiem wam – powiedział w końcu lekkim tonem, uśmiechając się przy tym. – Ja po prostu nieustannie myślę, jak się uwolnić od tego cholernego sklepu i – zawahał się na chwilę – od wszystkiego, co jest z nim związane. Bez przerwy kombinuję, jak się stamtąd wyrwać, bo wydaje mi się, że chyba nie przetrwam tam kolejnego dnia. Niedobrze mi się robi, gdy już z daleka widzę ten tandetny, blaszany moloch. Ale najgorszy jest ten smród strachu i poniżenia wymieszany z tym cholernym, rozpylanym wszędzie zapachem świeżo upieczonego chleba. Na samą myśl o tym chce mi się rzygać, wiecie, codziennie, w każdej sekundzie pobytu w tym zasranym sklepie, chce mi się rzygać! – Na koniec jego opanowany głos w końcu się załamał i wszedł w zdecydowanie wyższe tony.

Kiedy zakończył swoją tyradę, wciąż się uśmiechał, ale jednocześnie natychmiast pożałował swojej szczerości. Wokół widział zdziwione i niepewne twarze, kilka z nich przybrało kpiarski wyraz, na innych, do których dotarł sens tej wypowiedzi, powoli wykwitało niezadowolenie. Staszek dyszał lekko, w ręce ściskał zgiętą puszkę po piwie. Chciałby tak zgiąć otaczającą go rzeczywistość, by nikogo nie widzieć, nie czuć na sobie tego potępiającego lub rozbawionego wzroku. Głośna muzyka grała, ale jakby w tle, gdzieś z boku ktoś rozmawiał i śmiał się.

– No popatrz, kurwa, a pewnie myślisz, że my wszyscy chodzimy do tej roboty w podskokach, tak? – Adam, wielki magazynier, przełamał ciszę jako pierwszy.

– Właśnie – przytaknął Jarek.

Obaj byli sklepowymi weteranami, którzy początkowo oficjalnie – jak większość – traktowali pracę w markecie jako zajęcie tymczasowe w drodze do bycia „kimś”, ale po kilku latach coraz silniej odczuwali sklepową grawitację. Wyjątkowo źle znosili więc tych, którzy jeszcze walczyli, jeszcze się nie poddali.