Wtargnięcie w sen - Algernon Blackwood - ebook

Wtargnięcie w sen ebook

Algernon Blackwood

0,0

Opis

Dwóch podróżnych trafia do gospody, której nie ma na żadnej mapie. Zmęczenie, chłód i niezwykła uprzejmość gospodarzy wciągają ich w sen, który zaczyna przenikać rzeczywistość. To subtelna, hipnotyczna opowieść o granicy między jawą a snem, o dziedzictwie krwi i miejsc.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 11

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Algernon Blackwood

Wtargnięcie w sen

Tytuł oryginalny: Dream Trespass

Przekład: Maciej Niewiadomski

Redakcja: Maciej Niewiadomski

Korekta: Maciej Niewiadomski

Projekt okładki: Maciej Niewiadomski

Copyright © Algernon Blackwood– utwór w domenie publicznej

Copyright © 2026 Maciej Niewiadomski – prawa do tłumaczenia zastrzeżone

Lusina 2026

Wydanie pierwsze

ISBN 978-83-983786-0-4

Spis treści

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Wtargnięcie w sen

Zmierzch sączył się lekkimi, postrzępionymi pasmami między jesienne liście, kiedy tak niespodziewanie natknęliśmy się na gospodę, której nie było na naszej dokładnej mapie. I dobrze się stało, bo Ducommun, mój przyjaciel, był wyraźnie wyczerpany. Drażliwość, tak obca jego z reguły spokojnemu usposobieniu, sprawiła, że ostatnie godziny marszu stały się udręką. Czułem, że dotarliśmy do tej cienkiej granicy, za którą zmęczenie ustępuje miejsca bezsilności.

– Do gospody, którą zaplanowaliśmy na dziś, mamy jeszcze z pięć mil – powiedziałem uspokajająco. – Ale przy stałym tempie szybko to nadrobimy.

On tylko jęknął: – Nie dam rady. Po prostu dalej nie idę.

Opadł ciężko na przęsło zniszczonego kamiennego muru. Tymczasem mrok gęstniał z każdą chwilą, a od leżących po naszej lewej stronie moczarów ciągnął wilgotny, przenikliwy chłód. Jednak pod skargami, które rodziło czyste wyczerpanie, kryło się coś głębszego – napięcie narastające od wielu dni. Nasza wędrówka od początku szła nie tak, jak trzeba: odległości okazały się nie do oszacowania, gospody odstraszały, napotykani ludzie byli ponurzy i nieżyczliwi, a nawet pogoda sprzysięgła się przeciwko nam.

Rozczarowanie Ducommuna miało zresztą podwójne dno, co budziło moje głębokie współczucie. Szliśmy wszak przez krainę, w której jego przodkowie panowali niegdyś jako wielmoże i właściciele ziemscy. Marzył o tej wyprawie od zawsze, w ukryciu budując w wyobraźni wizję powrotu na włości, gdzie jego dumna krew mogłaby upomnieć się o należne miejsce. Na co dzień skromny urzędnik ubezpieczeniowy, z pochodzenia zaś potomek dawnego, romantycznego rodu, znał historię tych ziem na wylot. Zaplanował ten urlop z pełną starannością – a chłód i niechęć tutejszych ludzi rozbiły jego sen w drobny mak. Miarka się przebrała. Czyż ta gospoda, do której mieliśmy dojść przed zmrokiem, nie była fragmentem dawnego zamku – co zresztą wywiódł z pożółkłych, stęchłych rejestrów – w którym jego rodzina pławila się kiedyś w splendorze? I czy nie karmił wyobraźni takimi właśnie sekretnymi, pięknymi wizjami?

Właśnie wtedy, wracając z krótkiego rekonesansu na własną rękę, natknęłem się na tę niespodziewaną chatę przydrożną i zastałem go pogrążonego w półśnie na kamieniach. Nie chciał wierzyć, że do celu zostało zaledwie pół mili.

– Kolejne gniazdo złodziejstwa i arogancji – rzucił kwaśno. – Zresztą nieważne, to i tak nie nasza gospoda.

Wlókł się za mną w milczeniu, rzucając spode łba podejrzliwe spojrzenia na obrośniętą bluszczem ruderę przy drodze. Poszedł jednak przodem, pragnąc jedynie ulżyć zmęczonym nogom, i nie dbał już o żadne targi, przeczuwając, że znów spotka się z wrogością.