Umowa najmu - Algernon Blackwood - ebook

Umowa najmu ebook

Algernon Blackwood

0,0

Opis

„Umowa najmu” Algernona Blackwooda to błyskotliwa, pełna humoru i absurdu opowieść o roztargnionym pisarzu, który wikła się w labirynt nieporozumień związanych z dokumentem najmu. Spotkanie dwóch przyjaciół w londyńskim autobusie przeradza się w groteskową rozmowę o domach, umowach i ludzkiej skłonności do chaosu. Blackwood, mistrz nastroju i subtelnej ironii, pokazuje, że nawet najprostsze sprawy mogą stać się źródłem komicznego zamieszania i filozoficznej refleksji nad naturą ludzkiej pomocy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 8

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Algernon Blackwood

Umowa najmu

Tytuł oryginalny: The lease

Przekład: Maciej Niewiadomski

Redakcja: Maciej Niewiadomski

Korekta: Maciej Niewiadomski

Projekt okładki: Maciej Niewiadomski

Copyright © Algernon Blackwood– utwór w domenie publicznej

Copyright © 2026 Maciej Niewiadomski – prawa do tłumaczenia zastrzeżone

Diano Marina 2026

Wydanie pierwsze

ISBN 978-83-982402-7-7

Spis treści

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Umowa najmu

Krótko potem znowu natknąłem się na mojego roztargnionego przyjaciela. Ostatnim razem zdarzyło się to w herbaciarni A.B.C. Tym razem spotkaliśmy się w autobusie. Zawsze wpadamy na siebie w takich niepozornych miejscach.

Był jeszcze bardziej zagubiony niż zwykle, mętny i rozkojarzony, ale przy tym urzekająco urokliwy. Wyglądało na to, że nie jadł jeszcze obiadu, bo na ubraniu nie miał ani okruszka. Podejrzewałem jednak nie bez powodu, że pod zielonym kapeluszem alpejskim, w jego potarganych włosach, czai się źdźbło lub dwa słomy. Niespecjalnie zaskoczyłoby mnie, gdyby odwrócił się z dziecięcym uśmiechem i powiedział: „Czy miałbyś wielką ochotę mi je wyciągnąć? Wiesz, naprawdę strasznie łaskoczą!”. Mówiłby to półszeptem, półkrzykiem.

Zamiast tego spróbował podać mi rękę, a jego czarne brwi zatańczyły. Wyglądał tak, jakby został złożony niezwykle niestarannie, niczym niedbale zapakowana paczka. Oczami wyobraźni widziałem, jak wypadają z niego sporych rozmiarów kawałki.

– Dokądś chyba jedziesz, co? – spytał. To pytanie było dla niego tak charakterystyczne, że nie sposób było się nie roześmiać.

Wspomniałem o City.

– Ja też jadę w tamtą stronę – odparł wesoło. Doszedł do wniosku, że podawanie dłoni nie jest bezpieczne. Miał przy sobie zbyt wiele drobiazgów: rękawiczki, gazety, uchyloną parasolkę i paczki. Oczywiście wyszedł z domu niepewny, dokąd zmierza. Wziął to wszystko na wypadek, gdyby – niczym Biały Rycerz – znalazł dla tych rzeczy jakieś zastosowanie po drodze. Płaszcz również miał zapięty niewłaściwie. Z jednej strony kołnierz sięgał mu niemal do ucha. Z kieszeni wystawały wielkie koperty, białe i niebieskie. Po raz kolejny zadziwiło mnie, jak udaje mu się skupić myśli na tyle, by pisać sztuki i powieści. W jednych i drugich akcja była przecież szybka i dramatyczna, a dialogi cięte, dobitne i niejednokrotnie błyskotliwe.

– Do City?! – wykrzyknąłem. – Ty?