Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
"Kolekcja chochlika" to subtelna, nastrojowa opowieść Algernona Blackwooda o tym, jak niewielkie, pozornie nieistotne zdarzenia potrafią odsłonić granicę między codziennością a tym, co ukryte. To historia o ciekawości, o delikatnej grozie i o spotkaniu z istotą, która nie chce wyrządzić krzywdy.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 12
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Algernon Blackwood
Kolekcja chochlika
Tytuł oryginalny: The goblin’s collection
Przekład: Maciej Niewiadomski
Redakcja: Maciej Niewiadomski
Korekta: Maciej Niewiadomski
Projekt okładki: Maciej Niewiadomski
Copyright © Algernon Blackwood– utwór w domenie publicznej
Copyright © 2026 Maciej Niewiadomski – prawa do tłumaczenia zastrzeżone
Lusina 2026
Wydanie pierwsze
ISBN 978-83-983015-0-3
Strona tytułowa
Strona redakcyjna
Kolekcja chochlika
Dutton przyjął zaproszenie z tej błahej przyczyny, że w tamtej chwili nie potrafił dość szybko wymyślić eleganckiej wymówki. Nie miał owego błysku ani swobody w obcowaniu z ludźmi, które tak bardzo przydają się na weekendowych przyjęciach. Był postawnym, nieśmiałym i dość niezgrabnym mężczyzną. Co więcej, szczerze nie znosił wielkich rezydencji. Po prostu go przytłaczały. Posępni, budzący grozę kamerdynerzy napełniali go lękiem, dlatego przy pierwszej okazji wyjeżdżał już w niedzielny wieczór.
Tym razem przybył na godzinę przed kolacją. Udał się na piętro do ogromnego pokoju, tak wypełnionego kosztownościami, że poczuł się jak nieistotny rekwizyt w muzealnym korytarzu. Uśmiechnął się smętnie, gdy posługacz wnoszący jego torbę zaczął mocować się z zamkiem. Lecz zamiast ponurego głosu, którego tak bardzo się obawiał, od schylonej postaci dobiegł go ciepły, zwyczajny głos z nieodpartym irlandzkim akcentem. Było to niezwykle pokrzepiające.
– Zapewne zamknięta, proszę pana, ale może ma pan klucz?
I pochylili się razem nad obdartą torbą podróżną. Wyglądali niczym para mrówek stykających się czułkami na posadzce wielkiej jaskini. Olbrzymie łóżko z baldachimem obserwowało ich z góry. Szafy z mahoniu miały wyraz dostojnego zdziwienia. Ziejący, otwarty kominek sam jeden mógłby połknąć wszystkie jego sztalugi, a niemal i całą małą pracownię. Zwyczajna, irlandzka obecność chłopaka działała krzepiąco. Dutton pomyślał, że to po prostu kolejna para rąk do pomocy.
Porozmawiał chwilę z chłopakiem, a potem zapalił papierosa. Przyglądał się, jak tamten układa ubrania w pojemnych szafach. Zwrócił szczególną uwagę na to, z jak dużą dbałością chłopak obchodzi się z drobnymi przedmiotami. Nożyczki do paznokci, srebrne pudełko na spinki, metalowa łyżka do butów i maszynka do golenia, a nawet błyszczący obcinacz do cygar i temperówka zostały pozbierane luzem z dna torby. Służący ułożył to wszystko w rzędzie na toaletce ze szklanym blatem i zdawał się nie móc z tym skończyć. Wciąż wracał, by coś poprawić lub przesunąć, i przesiadywał nad nimi bez sensu.
Dutton obserwował go z rozbawieniem, potem ze zdziwieniem, a wreszcie z irytacją. Czy on nigdy nie wyjdzie?
– Dziękuję – powiedział w końcu. – To wystarczy. Teraz się ubiorę. O której jest kolacja?
Chłopak podał godzinę, lecz wciąż zwlekał. Wyraźnie pragnął powiedzieć coś więcej.
– Wszystko chyba wyjęte? – powtórzył Dutton z niecierpliwością. – Mam na myśli te wszystkie drobiazgi?
Twarz młodzieńca natychmiast zapłonęła gorliwością. Cóż za psotne, irlandzkie oczy miał ten chłopak!
– Ułożyłem je wszystkie w rzędzie, proszę pana, żeby panu nic a nic nie zginęło – odparł szybko. Wskazał na ten niedorzeczny zbiór małych przedmiotów, a nawet podbiegł, by raz jeszcze ich dotknąć. Przeliczył je jeden po drugim. A potem nagle dodał z nutą osobistego zainteresowania, która nie była jednak spoufalaniem się: – Bo widzi pan, proszę pana, tak łatwo zgubić te małe, błyszczące rzeczy w tym wielkim pokoju.
I zniknął.
