Wszystko na sprzedaż - Agata Bizuk - ebook
NOWOŚĆ

Wszystko na sprzedaż ebook

Agata Bizuk

0,0

28 osób interesuje się tą książką

Opis

Po urodzeniu bliźniaków Karolina wie, że nie wróci już do pracy zawodowej. Zamiast jednak bezczynnie siedzieć w domu, postanawia zostać influencerką religijną. Jej konto @mama_z_misja_nieba, na którym opowiada o Bogu i modli się razem ze swoimi obserwatorami, szybko staje się popularne, a prowadzone przez nią transmisje na żywo przynoszą jej coraz większe dochody. Jednak czy Karolina jest do końca szczera ze swoimi fanami? I jak wiele jest w stanie pokazać dla zdobycia zasięgów?

Internet kłamie i tylko od nas zależy, w jak wiele jesteśmy gotowi uwierzyć.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 222

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Lost70

Dobrze spędzony czas

Świetna książka
00



Copyright © Agata Bizuk, 2026

WSZYSTKO NA SPRZEDAŻ (DUŻE LITERY)

Projekt okładki

Justyna Knapik

Zdjęcie na okładce

Remi Winiarski

Redakcja

Karolina Tuszyńska

Korekta

Barbara Sacka

Łamanie i skład

Beata Kostrzewska

Opracowanie wersji elektronicznej

Karol Bociek

ISBN 978-83-68946-17-8

Kraków 2026

Wydawnictwo BOOKEND

[email protected]

www.bookend.pl

Capital Village Sp. z o.o.

ul. Gęsia 8/202, 31-535 Kraków

Tel: 663 041 041

Z ogromną wdzięcznością dedykuję tę historię Kasi Piwońskiej. Kasiu, dziękuję Ci za to, że dzięki Tobie dowiaduję się o sobie rzeczy, których sama nigdy bym nie odkryła i że w każdym człowieku zawsze widzisz człowieka. Dobrze, że jesteś! ♥

1.

– Kochani moi i pamiętajcie, że tylko wdzięczność, wiara i nadzieja mogą przynieść nam prawdziwe szczęście. Bo bez Boga nie ma niczego. Dbajcie o siebie i zapraszam was na moje kolejne lajwy. I oczywiście na @mama_z_misja_nieba na Instagramie. Z Bogiem, kochani.

Karolina wyłączyła nagrywanie i odetchnęła głęboko. Te transmisje na żywo wykańczały ją najbardziej. Nienawidziła się uśmiechać na zawołanie i udawać, że się cieszy z komentarzy fanów. Nie cieszyła się, ale dopóki płacili, nie zamierzała przestać się w to bawić. Zdecydowanie wolała wcześniej nagrywane filmiki, do których mogła się przygotować, przemyśleć i w razie czego nie dać się zaskoczyć żadnym pytaniem. Miała zasięgi, współprace i monetyzowała swoje filmy, ale i tak największe dochody przynosiło jej szczerzenie się do telefonu na żywo i interaktywny kontakt z ludźmi. Nigdy nie pomyślałaby, że właśnie w taki sposób będzie zarabiać na życie. To wszystko było banalnie proste – wystarczyło siedzieć przed włączonym telefonem i opowiadać jakieś pierdoły. Zanim sama zaczęła, oglądała podobne konta i zastanawiała się, jak to właściwie działa. Każda relacja gromadziła setki, jak nie tysiące oglądających, wystarczyło tylko mówić, co ślina na język przyniesie. Spróbowała i zadziałało, więc teraz nie zamierzała odpuszczać.

Dzisiaj jednak, wyjątkowo, nie miała ochoty na jakąkolwiek interakcję. Jej transmisję obejrzało trzydzieści pięć tysięcy ludzi, więc to wystarczy, żeby zarobiła swoje.

Usiadła na sofie i oparła głowę o poduszkę. Zamknęła oczy i westchnęła ciężko. Nikt nie powie, że praca influencera jest łatwa. O, przepraszam, to się teraz nazywa „content creator”. Chyba taką nazwę wolała bardziej. „Influencer” kojarzył się jej z jakimś kompletnym przegrywem, który nic nie potrafi. Jak w tych memach, gdzie chłopak pyta dziewczynę, kim jest. Na jej odpowiedź: „influencerką”, stwierdza tylko, że on też jest bezrobotny.

Karolina zdecydowanie nie narzekała na brak zajęć. Odkąd urodziły się te małe potwory, które nazywała swoimi dziećmi, nie miała ani chwili dla siebie.

Maks był złotym chłopcem i nigdy nie przysporzył jej tylu problemów, co ta dwójka z piekła rodem.

– Mamo! A Dorka mnie bije! – Rozległo się z drugiego pokoju.

Karolina wywróciła oczami i westchnęła ciężko. Ile jeszcze będzie musiała znieść, zanim w końcu będzie w stanie zająć się swoim życiem?

Spojrzała na przeciwległą ścianę. Naprzeciwko ustawionego na statywie telefonu wisiał obraz przedstawiający jakiegoś świętego. Z tego, co wyczytała kiedyś w internecie, to był święty Józef, patron rodziny. Zresztą to nie miało dla niej żadnego znaczenia, choćby to był sam papież, czy inny taki.

Nie mogła na niego patrzeć. Zdjęła obrazek ze ściany i zamaszystym ruchem położyła go na komodzie. Wizerunkiem świętego do dołu.

– Dorota, przestań bić brata! – krzyknęła, zanim jeszcze wyszła z pokoju.

W drugim pomieszczeniu rozległ się płacz. To będzie zdecydowanie długi dzień.

Eryk siedział w starym fotelu w swoim gabinecie. To było jedyne miejsce w domu, gdzie mógł naprawdę być sobą. Karolina i dzieciaki zdominowały cały jego świat i cały dom, więc kiedy tylko mógł, uciekał do siebie. Kochał stare meble, a jego żona uwielbiała nowoczesność. Dlatego tutaj jej nie wpuszczał. W pomieszczeniu panował półmrok. Dokładnie tak, jak lubił. Ciężkie zasłony nie wpuszczały zbyt wiele światła, a jedynym jego źródłem był jasny ekran telefonu, w który mężczyzna właśnie się wpatrywał. Ciemne i solidne dębowe biurko nadawało pomieszczeniu wytwornego charakteru, a obite skórą fotele sprawiały, że czuło się tu pewien rodzaj przepychu i bogactwa. Wielka biblioteka z mnóstwem książek dopełniała całości.

Na biurku stał najnowszy komputer Apple, który pozornie kontrastował ze stylem całego pomieszczenia, ale, gdyby bliżej się przyjrzeć, doskonale współgrał z meblami i resztą. Miało być na bogato i było, bo Eryk uznawał jedynie najlepsze sprzęty, najpiękniejsze meble i największy prestiż. Dlatego właśnie postawił na Apple Mac Studio M5 Ultra, żeby nigdy nie musiał się wstydzić. W rękach zaś trzymał najnowszego iPhone 17 Pro Max. Wiadomo, nie ma na rynku bardziej luksusowej marki.

Na ekranie jego żona wdzięczyła się do swoich widzów. Żałosne. W jej wieku powinna już dorosnąć, zwłaszcza jako matka trójki dzieci. Nigdy nie zrozumie tego dzisiejszego świata. I jeszcze Karolina twierdziła, że to praca. Za jego czasów na pośmiewisko wystawiało się tylko wioskowego głupka albo chodziło się do cyrku, a nie ogłaszało wszem wobec, jakim się jest ograniczonym życiowo.

Zawód: influencer. Też sobie ta dzisiejsza młodzież wymyśliła! Eryk tego zupełnie nie rozumiał i, prawdę mówiąc, nawet nie zamierzał. Miał swój kawałek świata, który przynosił mu nie tylko spore pieniądze, ale i dawał mnóstwo satysfakcji, i nie zamierzał tego zmieniać. A na pewno nie dla świecenia gołą dupą przed cudzymi mężami.

Karolina co prawda nie świeciła dupą, a wręcz przeciwnie – wykazywała daleko posuniętą ascezę, ale i tak jej mąż uważał, że robi z siebie małpę. Oglądał ją tylko dlatego, żeby w razie czego móc w porę zareagować, zanim to, czym potencjalnie może mu zaszkodzić, rozniesie się po całym internecie. A tego, żeby cokolwiek się rozniosło, Eryk nie zamierzał pochwalać. Jego życie i jego praca były zbyt cenne, żeby ktokolwiek miał im zagrozić. Poza tym to on przecież utrzymywał ich wszystkich, więc nie zamierzał tracić firmy, prestiżu i, przede wszystkim, własnej twarzy.

Starał się rozumieć ten cyfrowy świat, był na bieżąco ze wszystkimi nowinkami technicznymi, ale zupełnie nie ogarniał tych całych social mediów. Nie rozumiał, dlaczego ludzie, zamiast spotykać się, jak kiedyś i komunikować werbalnie, jedyne, czym się zajmowali, było pisanie wiadomości. Przecież o wiele łatwiej jest zwyczajnie porozmawiać.

Karolina pożegnała się ze swoimi widzami i wyłączyła transmisję. Miał nadzieję, że poszła zająć się prawdziwą pracą i prawdziwym życiem. Kiedy się kłócili, mówiła, że przecież też zarabia, ale zawsze wtedy uśmiechał się pod nosem. Karolina zarabiała jakieś drobne, więc nawet nie wliczał jej dochodów do rodzinnego budżetu. Ten cały internet był jedynie niegroźną – póki co – fanaberią i przerwą w zajmowaniu się dziećmi. Tylko dlatego tolerował te wygłupy. Dopóki maluchy nie krzyczały, a obiad zawsze był na stole, nie zamierzał interweniować. I dopóki nie pokazywała w tym wszystkim jego.

– No dobra, czas do roboty, skoro już skończyła – mruknął sam do siebie.

Lubił konwersować z samym sobą. Przynajmniej czasami mógł porozmawiać z kimś na odpowiednio wysokim poziomie. Cała reszta zupełnie się do tego nie nadawała.

Otworzył plik Excela. Obiecał księgowemu, że wyśle dziś do niego zestawienie ostatnich przychodów i kosztów. Serdecznie nienawidził tej części swojej pracy. Pieniądze wolał oglądać na koncie niż w rubryczkach „przychód” i „wydatki”. Nawet nie umiał ich wszystkich nazwać – od tego miał tego młodego człowieka, którego zatrudnił w księgowości. Fabian był całkiem ogarnięty, lubił cyferki i znał wszystkie triki księgowe. Czego to oni teraz uczą tę młodzież na tych studiach! Eryk nie zamierzał się zagłębiać, najważniejsze, że strona lewa skoroszytu zgadzała się ze stroną prawą, a z konta nie trzeba było wymiatać pajęczyn. Jak to mówiła jego była żona, starczało na chlebek i na masełko do chlebka.

Swoją drogą, Ilona też korzystała z tych jego pieniędzy. Nie tylko była przecież matką jego pierworodnego syna, ale też pierwszą miłością jego życia. I choć się rozstali niemal dwie dekady temu, Eryk do dziś traktował ją z należytym szacunkiem, wysyłając co miesiąc pokaźną sumę. Uważał, że nie muszą się lubić, ale wysiłek, jaki włożyła w wychowanie Tobiasza, do końca jej życia powinien być sowicie wynagradzany.

Sam chłopak wyrósł na całkiem przyzwoitego faceta, choć ta dzisiejsza młodzież nie do końca ogarniała świat. Tobiasz dwa lata temu skończył dwadzieścia pięć lat, więc plasował się na pograniczu pokolenia Z, które, ku utrapieniu przedsiębiorców – i samego Eryka, właśnie opanowywało rynek pracy. Na szczęście, nie był jednym z tych dzieciaków, które nie potrafiły zrobić najprostszej rzeczy. Kiedy chodził do szkoły, uczył się całkiem przyzwoicie, lubił podróżować, a teraz pracował w jednej z korporacji. Można powiedzieć, że ojciec bywał z niego dumny.

Erykowi z jednej strony podobało się zacięcie syna i to, że odnajdywał się w tym brutalnym korporacyjnym świecie, a z drugiej sam gardził wyścigiem szczurów. Majątku dorobił się w czasach, kiedy wszystko było zdecydowanie łatwiejsze i, przede wszystkim, bardziej cywilizowane. Niestety, na nowe czasy nie za wiele mógł poradzić, dlatego z pewnym zainteresowaniem i swoistą ufnością obserwował je przez pryzmat własnego dziecka. Miał tylko nadzieję, że młodsza trójka też kiedyś będzie umiała odnaleźć swoje miejsce w tej przerażającej korporacyjnej dżungli.

Pamiętał, kiedy to wszystko się zaczęło. Na początku lat dziewięćdziesiątych, kiedy kapitalizm dopiero raczkował, a on sam był młodym i nieopierzonym chłopakiem, razem z kolegą kupili starą halę po dawnym PGR-ze. Budynek popadał w ruinę, więc miasto pozbyło się go za półdarmo. Planowali urządzić sobie w nim skatepark, a tak naprawdę miejsce, w którym mogliby się swobodnie spotykać, pić piwo i nie być niepokojeni przez absolutnie nikogo. I taki był plan, nie spodziewali się tylko, że komuś jeszcze spodoba się to miejsce. Inwestor znalazł się szybko i nie chciał odpuścić, wynajęli mu więc halę, mając nadzieję, że za zarobione pieniądze kupią sobie coś innego. I kupili, właściwie całkiem nieświadomie i bez większego planu, a zaraz potem okazało się, że nie tylko trafili na żyłę złota, ale i na biznes, który kręcił się sam.

A potem przyszły lepsze czasy i dopiero wtedy firma zaczęła przynosić prawdziwe dochody. Dzisiaj mieli niemal trzydzieści nieruchomości w mieście i poza nim i zatrudniali pięćdziesięciu ludzi do ich obsługi. Nie było im źle.

Eryk westchnął głęboko. Nie mógł patrzeć na te wszystkie rubryczki w arkuszu kalkulacyjnym. Potrafił zarabiać pieniądze, a nie je liczyć i przerzucać z miejsca w miejsce. Lubił, kiedy były i miał ich tyle, żeby nie musieć martwić się o jutro, pojutrze ani nawet o kolejną dekadę. Pomnażanie majątku sprawiało mu ogromną satysfakcję i przynosiło zawodowe spełnienie, ale ogarnianie tego wszystkiego zawsze powodowało zmęczenie i wstręt do jakiejkolwiek pracy. To Maurycy zajmował się rubryczkami, ale tymczasowo zaległ w szpitalu z jakimś zapaleniem wyrostka, czy innego woreczka żółciowego. Że też nie mógł sobie wybrać lepszego terminu na chorowanie.

Miał ochotę rzucić tym wszystkim i iść spać, ale wtedy na bank wspólnik by się wściekł, a księgowy dostał zapaści. Niestety żaden z tych scenariuszy nie wchodził w grę. A szkoda, bo dziś wyjątkowo miał wszystkiego po dziurki w nosie. Wyciągnął się w fotelu, odchylił zagłówek i rozsunął podnóżek. Na całe szczęście umiał nie tylko zarabiać pieniądze, ale i wydawać je w jedyny słuszny sposób – na dobra luksusowe. Wtulił się w miękką skórę fotela. Tylko pięć minut, nie więcej. I zaraz wróci do pracy, przecież nic się nie stanie…

W domu było cicho. Dziwne. O tej porze wszyscy powinni jeszcze być. Tobiasz otworzył zamek kluczem, choć zwykle po prostu pukał do drzwi. Nigdy nie traktował domu ojca jak własnego, być może dlatego, że zwykle mieszkał w nim tylko doraźnie. Dzieciństwo spędził z matką i to u niej miał prawdziwy dom. Ten ojca był jak hotel, w którym zatrzymywał się tylko na chwilę. Miał tu co prawda swoje rzeczy, pokój i szczoteczkę do zębów, ale jego miejsce było na drugim końcu miasta, w małym mieszkanku matki. Te mury nie miały dla niego rodzinnego ciepła i nie widział powodu, dla którego miałby się tu czuć jak u siebie.

Matka była artystką i miała artystyczny nieład – zarówno w głowie, jak i w życiu. U niej zawsze coś się działo – ściany malowała na jaskrawe kolory, wieszała gobeliny na ścianach, plotła makramy i kochała nietuzinkowe przedmioty, które pozornie wcale do siebie nie pasowały, ale razem nadawały mieszkaniu przytulnego charakteru. W ich mieszkaniu czuć było zapach palących się świeczek i atmosferę przytulności. Jego domem było miejsce, gdzie podłoga skrzypiała pod nogami, słońce wpadało przez zakurzone okna, a zieleń panoszyła się na wszystkich parapetach.

U ojca było sterylnie. Karolina nie lubiła zieleni i Tobiasz miał wrażenie, że w ogóle niewiele rzeczy dawało jej radość. Minimalistyczny styl miał może swój urok, ale sprawiał wrażenie szpitalnej sterylności, i odpychał zimnem posadzek. I choć jego macocha starała się tchnąć w te pomieszczenia choć odrobinę ducha, to jednak miękkie koce i białe poduszki na idealnie szarej sofie nie były w stanie ocieplić atmosfery.

Ojciec się zmienił pod wpływem tej kobiety. Kiedyś był inny, chyba bardziej dostępny i mniej zestresowany. Kiedyś potrafił śmiać się do łez i nie zważać na nic, dzisiaj obracał się za siebie. Karola skrzywiła człowieka, którego nazywał ojcem, ale nie zamierzał mu tego uświadamiać. W końcu każdy dorosły powinien odpowiadać za siebie, a ojciec zdecydowanie nie był już dzieckiem.

Mężczyzna rozejrzał się po pomieszczeniu. Jego młodszy brat zapewne był w szkole, ojciec, jak zwykle, w pracy, a macocha pewnie zabrała maluchy na jakiś spacer. Zwykle o tej porze nagrywała te swoje durnoty i nie ruszała się z domu na krok. Właściwie to przyszedł z nią porozmawiać, ale skoro nikogo nie było w domu, to nic tu po nim.

Obrócił się na pięcie i już miał wychodzić, kiedy na śnieżnobiałej, lśniącej komodzie zobaczył zwinięty plik pieniędzy. Leżały wciśnięte między jedyne w tym pomieszczeniu zdjęcie w ramce a nowoczesną lampkę nocną, która z założenia miała oświetlać całe pomieszczenie, nadając mu przytulności, ale raczej nigdy nie została nawet włączona.

Kasa wyglądała, jakby ktoś o niej zapomniał. Dziwne. Zarówno ojciec jak i Karolina, operowali przelewami, płacili niemal wyłącznie kartą i już dawno nie widział u nich gotówki.

Szybko przeliczył pieniądze. Niemal trzy tysiące złotych. Dokładnie tyle, ile było mu potrzeba.

Czuł jak pocą mu się dłonie. Może nieobecność domowników była znakiem, że jego kłopoty właśnie teraz się kończą. Raczej nikt nie zauważy. Serce biło mu mocno, ale schował pieniądze do kieszeni. Stać ich, nie ma nad czym rozmyślać. Oni się nie domyślą, a dla niego to jak odroczenie wyroku. Co złego może się stać?

Aż podskoczył, kiedy nagle ktoś przekręcił zamek w drzwiach. Serce omal nie wyskoczyło mu z piersi, ale tylko westchnął ciężko i poczuł, jak powoli się uspokaja. Maks wcześniej wrócił ze szkoły.

– Cześć, brat. A co ty tu robisz? – Szesnastolatek z bujną czupryną stanął w drzwiach.

– Siema, młody. Wpadłem na chwilę, ale nikogo nie było.

– Matka ma jakieś nagrywki w parku, czy coś. – Młody wywrócił znacząco oczami. – Nie wiem, nie znam się na tym i tak naprawdę nie chcę się nawet znać. Trochę krindżowe to wszystko.

– Przejdzie jej niedługo, daj spokój. Ale faktycznie, odwaliło nieco twojej mamuśce.

– Trochę? Daj spokój, pastwi się nad tym TikTokiem i Instagramem, wrzuca jakieś nawiedzone filmiki, już się wszyscy z niej nabijają. Chciałbym, żeby jej przeszło.

– Spoko, zobaczysz, że za chwilę się znudzi. Starzy ludzie szybko się nudzą.

– No nie wiem, podobno całkiem niezły hajs z tego idzie wyciągnąć.

Na wzmiankę o pieniądzach Tobiasz pilniej nadstawił uszu. Pieniądze w kieszeni paliły go żywym ogniem i miał wrażenie, że za chwilę wypadną przez wypaloną dziurę. Serce biło mu jak oszalałe.

Potrzebował tej kasy, a skoro jego macocha coś tam jednak zarabiała na tym wydurnianiu się do telefonu, to tym bardziej nikt nie zauważy gotówki, która leżała na komodzie.

Szczerze mówiąc nie lubił Karoliny i nie miał względem niej najmniejszych wyrzutów sumienia. Zresztą względem ojca również. Maks i dzieciaki na co dzień mieli tyle, ile on nigdy nie dostał. Nie zazdrościł im jakoś szczególnie, bo przecież sam już na siebie zarabiał, ale jakaś sprawiedliwość musi być. Należała mu się jedna piąta wszystkiego, co zarabiał ojciec, a skoro teraz wiedział, że macocha też ma swoje pieniądze, tym bardziej zamierzał odebrać swoją dolę. Nie da się przecież oszukać, bo to byłoby zwyczajnie głupie.

Pieniądze w kieszeni jakby przestały mu ciążyć. I bardzo dobrze, należały mu się jak psu buda, zwłaszcza że nikt z tego powodu nie będzie głodował. Zresztą nawet gdyby, to z pewnością nie będzie to on, a tylko to się liczyło.

– Dobra, młody, ja spadam, bo robota czeka – zwrócił się do młodszego brata. Maks skrzywił się nieco.

– Już idziesz? Myślałem, że zostaniesz przynajmniej na obiad. Czy coś. Matka powinna za chwilę wrócić.

– Nie, nie będę wam przeszkadzał w rodzinnym ucztowaniu. – Potargał młodemu włosy. – Poza tym serio, muszę już spadać. Jak dorośniesz, to sam zobaczysz, że obowiązki to nie w kij dmuchał.

– Ale ty jesteś bumer, bez kitu! – Maks pokiwał głową z dezaprobatą.

Tobiasz wyciągnął rękę, przybili sobie żółwika i po chwili już go nie było. Dopiero za bramą odetchnął z ulgą. Szlag by to trafił. Mało brakowało, a młody przyłapałby go na kradzieży. Przecież gdyby ojciec się dowiedział, to skończyłoby się rumakowanie. Odciąłby go od wszystkich możliwych pieniędzy, pewnie nawet przyszłego spadku i tego, co należało mu się od Karoliny. Nie było opcji, żeby ktokolwiek się dowiedział.

W domu Maks przeszukiwał wszystkie kąty. Nie ufał bratu, zwłaszcza wtedy, kiedy ten wchodził do domu pod nieobecność domowników. Nie zdarzało się to często, ale za każdym razem coś wtedy ginęło. Tym razem niczego nie zauważył. Na szczęście, inaczej matka znów marudziłaby przez tydzień.

Ogólnie nie była zła, ale odkąd prowadziła to konto, zmieniła się nie do poznania. Uważała na wszystko, co mówiła i jak się zachowywała, zwłaszcza kiedy byli poza domem. W domu była tą samą mamą, co kiedyś, choć teraz z większą niż zawsze paranoją. Zresztą starał się nie myśleć o działalności matki. Nie oglądał jej filmików, nie komentował. W sieci dla niego nie istniała. I dopóki jego znajomi jeszcze nie odkryli jej obecności, nie zamierzał niczego zmieniać. Ciotki już co prawda miały niezłą bekę z mamuśki, ale na szczęście algorytmy internetu póki co postanowiły oszczędzić jego i jego otoczenie. Cała reszta zupełnie go nie interesowała.

Podszedł do lodówki i wyciągnął z niej butelkę soku pomarańczowego. Odkręcił i natychmiast wypił połowę prosto z opakowania. Ojciec by się wściekł, gdyby to widział. Maks uśmiechnął się pod nosem – na szczęście ojczulek niewiele widzi.

Postawił butelkę z sokiem na kuchennej wyspie, trzasnął drzwiami od lodówki i poszedł do siebie. Nie zauważył ani tego, że urządzenie nie do końca się zamknęło, ani śladów butów na podłodze, prowadzących dokładnie do miejsca, na którym kilka chwil wcześniej leżał zwitek stuzłotowych banknotów.

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Dedykacja

1.

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Prawa autorskie

Dedykacja