Wydawca: Wydawnictwo Klin Kategoria: Kryminał Język: polski

Wszelki wypadek ebook

Joanna Chmielewska  

3.02020202020202 (99)

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Wszelki wypadek - Joanna Chmielewska

Przygody Pawełka i Janeczki, w których, jak i w poprzednich znaczącą rolę odgrywa pies Chaber. Tym razem młodzi pogromcy przestępczości rozpoczynają walkę ze złodziejami samochodów. Ich dość niezwykły sposób sposób prewencji wzbudza duże wzburzenie u wszystkich zainteresowanych stron.

Opinie o ebooku Wszelki wypadek - Joanna Chmielewska

Fragment ebooka Wszelki wypadek - Joanna Chmielewska

Joanna Chmielewska

© Copyright by Wydawnictwo Klin

ISBN 978-83-62136-48-3

Wydawnictwo Klin Warszawa, ul. Bruzdowa 117H tel. +48 501 686 786

Agrafkę, która po trzeciej lekcji zastąpiła guzik, Janeczka nagle poczuła w sobie.

Poranek w dniu dzisiejszym był zdecydowanie pechowy. Dwie pary dżinsów po wczorajszym praniu jeszcze były wilgotne, na trzecią parę, którą miała na sobie, jej brat, Pawełek, wylał przy śniadaniu całą szklankę herbaty z mlekiem i z miodem. Postanowiła włożyć ulubioną spódniczkę i zupełnie zapomniała, że zamek błyskawiczny w tej spódniczce zaczął ostatnio grymasić. Przebierając się w pośpiechu, na ten guzik prawie nie zwróciła uwagi, przypomniała sobie o nim dopiero, kiedy odpadł i okazał się ważny, bez niego bowiem zamek błyskawiczny wcale nie chciał się trzymać. Musiała posłużyć się agrafką, która do tej pory zachowywała się przyzwoicie i dopiero teraz odmówiła usług.

Nastąpiło to na ulicy. Janeczka wracała do domu od Beatki po wspólnym odrabianiu lekcji. Beatka prezentowała doskonałą tępotę matematyczną, w zamian umiała świetnie pisać wypracowania, podział zajęć zatem polegał na tym, że Janeczka rozwiązywała zadania matematyczne, Beatka zaś pisała dwa różne wypracowania, jedno dla siebie, drugie dla niej. Dwa razy w tygodniu Janeczka prosto ze szkoły udawała się do koleżanki, razem zjadały obiad, po czym przystępowały do pracy. Tego akurat popołudnia zajęcia nieco się przeciągnęły, w pierwszej kolejności bowiem trzeba było obejrzeć film na wypożyczonej kasecie, która musiała zostać zwrócona przed osiemnastą, a potem okazało się, że Beatka dostała od swojej prababci stare rodzinne zdjęcia, szalenie śmieszne. Panie miały na nich długie suknie i kapelusze z piórami, a panowie dziwaczne, zabawnie zakręcone wąsy i nie można było na to nie popatrzeć. W rezultacie Janeczka wracała do domu znacznie później niż zwykle.

Noc to jeszcze nie była, zaledwie wieczór, wpół do ósmej, ale ciemności panowały kompletne, jak zwykle w końcu listopada. Latarnie świeciły średnio, ulice zalegało błoto, a w powietrzu czuło się jakby lodowatą mżawkę, Janeczka zatem szła szybkim krokiem do przystanku autobusowego, chcąc jak najprędzej znaleźć się w domu.

Była już blisko ulicy Ciszewskiego, kiedy zastopowała ją właśnie ta agrafka. Wbiła się w nią jakoś dziwnie, nie z boku, tylko trochę z tyłu, i z każdym krokiem wbijała się porządniej. Zgadłszy, że spódniczka przekręciła się nieco, Janeczka zatrzymała się i spróbowała dosięgnąć zamka. Okazało się to niemożliwe. Agrafka weszła nie tylko w nią, ale także w rajstopy, które ograniczały pole manewru. W dodatku obie ręce Janeczka miała zajęte, w jednej niosła tornister, w drugiej dość ciężką torbę z książkami, i musiała najpierw pozbyć się balastu, a dopiero potem uporządkować garderobę. Rozejrzała się; błoto było okropne, odrobina śniegu, która spadła przedwczoraj, właśnie stopniała i zamieniła się w rzadką breję. Za nic w świecie Janeczka nie położyłaby tornistra w czymś takim.

Uczyniła jeszcze kilka kroków z nadzieją, że to świństwo trochę się przesunie i przestanie tak mocno kłuć, całą postacią wykonała wijący ruch, podobny nieco do tańca brzucha, i rezultat był okropny. Przypomniała sobie rozmiar agrafki i z irytacją pomyślała, że lada chwila zostanie przebita na wylot, a może już ten ostry koniec wychodzi jej z przodu. Rozejrzała się ponownie, bo wyjście już było tylko jedno – znaleźć kawałek suchego miejsca, odłożyć bagaże i dostać się do tej obrzydliwości. Agrafka połączyła spódniczkę z rajstopami, prawdopodobnie trzeba będzie zsunąć z siebie wszystko razem i dopiero wtedy przekręcić. Nie będzie przecież rozbierać się na ulicy, musi wejść do jakiejś bramy. W ogóle do jakiegoś domu, na klatkę schodową…

Budynki w tej części Ursynowa zaopatrzone były w domofony i do żadnej klatki schodowej nie miała dostępu, ale przedsionki pozostawały otwarte. Wyobraziwszy sobie jeszcze jazdę autobusem z tym potwornym, ostrym kolcem, Janeczka otrząsnęła się ze zgrozą i skręciła do najbliższych drzwi. Weszła do oszklonego przedsionka. Na klatce schodowej było ciemno i światła oczywiście nie mogła zapalić, ale z ulicy padał blask latarni, nikły, wystarczający jednak, żeby trochę widzieć. Posadzka przedsionka zadeptana i zabłocona była tylko na środku, kąty wydawały się suche, Janeczka zatem odłożyła swoje ciężary i przystąpiła do manipulacji ubraniowych.

Męczyła się co najmniej pięć minut, zanim udało jej się wreszcie odwrócić odzież na sobie i dosięgnąć agrafki. Nie oznaczało to jeszcze zwycięstwa; agrafka przelazła za daleko, nie pozwalała się wyjąć, z zaczepionych rajstop wychodziły nitki, spódniczka była z nimi połączona na mur, szarpanie nie pomagało, obie rzeczy musiały być widocznie w doskonałym gatunku. Na myśl, że zostanie tu na zawsze, unieruchomiona idiotyczną agrafką, bez szans na normalne użytkowanie własnej odzieży, Janeczka przyklękła nad tornistrem i wyciągnęła z niego piórnik, w którym obok długopisu, ołówka, gumki, temperówki, kilku spinaczy, dwóch koralików i złamanego kolczyka kształtu koniczynki spoczywały malutkie nożyczki. Bez chwili namysłu posłużyła się nimi, wycięła w rajstopach dziurę dookoła agrafki i wreszcie miała te dwie sztuki garderoby oddzielnie. Dalej poszło już łatwo. Rezygnując z wyciągania agrafki, zapięła ją po prostu i przekręciła spódniczkę tak, żeby zamek znalazł się prawie z przodu. Pozostawiania go na boku wolała nie ryzykować.

Odetchnęła głęboko, poprawiła kurtkę i pochyliła się, żeby schować piórnik. W tym momencie gdzieś bardzo blisko, prawie przy samym budynku, rozległo się przeraźliwe, alarmowe wycie samochodu. Dźwięk był jej doskonale znany, ale wybuchł tak nagle i tak głośno, że poderwała się gwałtownie, a piórnik wypadł jej z ręki. Uderzył o podłogę, otworzył się i wszystko z niego wyleciało.

Zostawiając pozbieranie szkolnych skarbów na później, wyjrzała przez oszklone drzwi. Wył samochód, stojący po drugiej stronie ulicy. Właściciel akurat otwierał go i wsiadał, zapomniawszy najwidoczniej o wcześniejszym wyłączeniu alarmu.

– No! – powiedziała Janeczka szeptem pełnym irytacji. – Zamkniesz mu gębę czy nie?

Przez urywane donośne wycie przedarły się nagle jakieś inne dźwięki. Dochodziły skądś z góry i można w nich było rozróżnić szczęknięcie otwieranego okna i wrzeszczący gniewnie głos. Niepewna, czy jest w tym coś interesującego, wyłącznie na wszelki wypadek, Janeczka uchyliła swoje drzwi i popatrzyła ku górze.

Niczego nie zobaczyła, ale za to wycie właśnie umilkło i głos z góry zabrzmiał potężnie i wyraźnie.

– Won od tego wozu!!! – darł się jakiś osobnik. – Złodzieje!!! Ludzie, on to kradnie!!! Won, ty palancie, bo będę strzelał!!!

Człowiek w samochodzie nie zwracał na krzyki żadnej uwagi. Zapalił silnik i zaczął się wycofywać z parkingu. Janeczka zostawiła wszystkie swoje rzeczy w przedsionku, wyszła, oddaliła się o kilkanaście kroków i z tej odległości spojrzała na budynek.

W otwartych drzwiach balkonowych na czwartym piętrze miotał się face ze słuchawką telefoniczną przy uchu, wygrażając pięścią w kierunku odjeżdżającego samochodu. Nie zniżał głosu i można było doskonale usłyszeć, że zawiadamia policję o fakcie kradzieży.

– Odjeżdża, ścierwo, jeszcze go widzę! Panie, ja jestem na czwartym piętrze! Golf, granatowy, numer rejestracyjny…

Kradziony samochód wycofał się spomiędzy innych wozów i zaczął skręcać, bo ulica nie miała przelotu. Osobnik na czwartym piętrze rzucił słuchawkę i znikł z drzwi balkonowych. Janeczka z uwagą przyjrzała się kierowcy, określanemu mianem złodzieja. Przez chwilę padało na niego światło z jednego parterowego okna, widać go było wyraźnie i postarała się na wszelki wypadek zapamiętać jego profil. Następnie wróciła do przedsionka i śpiesznie pozbierała rozrzucone przedmioty z piórnika, co przyszło jej o tyle łatwo, że na klatce schodowej zapłonęło światło. Przez wewnętrzne drzwi, również oszklone, ujrzała owego osobnika z balkonu, jak pokonywał ostatnie stopnie schodów, zjeżdżając z nich na obcasach i chwytając za poręcz, bo odrzucała go siła odśrodkowa. Wypadł z budynku jak szaleniec, w ogóle jej nie zauważywszy. Janeczka porwała torbę i tornister i wybiegła za nim.

Granatowy golf docierał już do końca ulicy. Mamrocząc pod nosem różne niezbyt eleganckie wyrazy, osobnik z góry runął do małego fiata, zaparkowanego tuż obok pustego miejsca po golfie, wyprysnął nim do tyłu, zawrócił i pognał za ukradzionym samochodem.

* * *

– Małym fiatem pojechał ganiać volkswagena? – zdumiał się Pawełek, kiedy w trzy kwadranse później siostra złożyła mu relację z wydarzeń. – Zwariował czy co?

– No owszem – przyznała Janeczka. – Wyglądał, jakby zwariował. Ale wcale mu się nie dziwię, ten samochód był chyba zupełnie nowy.

– I jak się włamał? Widziałaś?

– Wcale się nie włamał. Otworzył drzwiczki zwyczajnie, kluczykami. I te kluczyki potem wetknął gdzie trzeba i odjechał. Tylko z alarmem miał kłopoty, wyło mu tak długo, że aż mnie zdenerwował.

Pawełek z niedowierzaniem przyglądał się siostrze.

– Coś chyba musiałaś przeoczyć. Skąd niby miał te kluczyki? Najpierw mu ukradł kluczyki, a potem samochód?

– Uważam, że to możliwe. Albo sobie dorobił. Ciekawa jestem, czy go dogonił.

– Mowy nie ma, ale też jestem ciekaw. I co mu zrobił, jeśli go dopadł. Ty tam jeszcze będziesz?

– No pewnie, że będę, Beata mieszka o cztery domy dalej.

– To spróbuj się dowiedzieć. Rozejrzyj się w ogóle, czy ten golf tam wrócił. Numer pamiętasz?

– Pamiętam. Zapisałam sobie w autobusie. Ale jeśli ten złodziej ma trochę oleju w głowie…

– A pewnie, zmienił od razu. Ale gdyby wrócił do właściciela, numer będzie miał ten sam.

– I złodzieja pamiętam. Był średniego wzrostu, średnio gruby, na głowie miał dożo czarnych włosów, chyba kręconych, i z profilu potrafię go rozpoznać. Z frontu nie, bo jak go zobaczyłam, już zaczynał wsiadać i gębę miał w środku.

– To skąd wiesz, że się nie włamał, tylko otworzył kluczykami?

– Tak wyglądało. Wyjrzałam prawie od razu, jak tylko zaczęło wyć i już sobie otwierał drzwiczki. I mówię przecież, że zaczynał wsiadać. Gdyby się włamywał, byłby jeszcze w trakcie i co najmniej jedna szyba byłaby nie w porządku. A tu nic. I nawet się zastanawiam, czy ten z góry się nie pomylił…

Pawełek pożałował głęboko, że sam nie był świadkiem wydarzenia, i tym bardziej zażądał dalszego ciągu. Kwestia owych kluczyków intrygowała go niezmiernie. Janeczka obiecała poczynić odpowiednie starania i z westchnieniem przystąpiła do przyszywania guzika i cerowania dziury w rajstopach. Na wszelki wypadek wolała nie zwracać się w tej sprawie do babci.

Już po dwóch dniach mogła zaspokoić wymagania brata. Zniecierpliwiony Pawełek czekał na nią w ogrodzie, bawiąc się z psem. Kazał mu warować przy drzwiach, sam biegł w najdalszy zakątek, kładł specjalnie zaznaczony patyk obok licznych, bardzo podobnych, po czym wracał i polecał szukać. Najmądrzejszy pies świata bez chwili wahania pędził ku właściwemu miejscu i przynosił w zębach patyk Pawełka, nie dostrzegając w tym zadaniu najmniejszej nawet trudności. Pawełek doskonale wiedział, że Chaber znajdzie jego patyk wśród miliona innych, absolutnie identycznych, ale, zdenerwowany oczekiwaniem na Janeczkę, nie umiał wymyślić bardziej skomplikowanej zabawy. Ruszył na drugą stronę domu, żeby schować ten patyk dwudziesty piąty raz, postanowił nawet pomacać jakiś inny, leżący obok, ciekaw, czy pies przyniesie także i ten drugi, kiedy po dwóch krokach zatrzymało go radosne piśnięcie. Chaber skoczył w kierunku furtki i Pawełek już wiedział, że Janeczka wraca. Dał sobie spokój z patykami, również popędził ku furtce.

– Ty, było gadanie, że niepotrzebnie latasz sama po ciemku! – zawołał, zaledwie Janeczka zbliżyła się na słyszalną odległość. – Babcia zaczęła! Mówią, że powinnaś zabierać ze sobą psa!

– Mój pieseczek najdroższy – powiedziała z czułością Janeczka, tuląc i głaszcząc witającego ją, uszczęśliwionego Chabra, po czym wyprostowała się.

– Gdzie niby mam go zabierać? Do szkoły?

Ruszyła ku Pawełkowi, który czekał przed furtką.

– Poza tym, do Beaty nie zabiorę go za żadne skarby świata – oznajmiła stanowczo.

– Bo co? – zainteresował się Pawełek.

Janeczka dotarła już do furtki i razem weszli do ogrodu.

– Bo tam jest małe dziecko. Beata ma siostrzyczkę, prawie dwa lata, obrzydliwy bachor. Byłam z Chabrem raz i nigdy więcej.

– Bo co?

– Bo ten bachor do niego aż kwiczał i dziwię się, że pies z tego nie wyszedł w kawałkach. Nie pozwolę wydłubywać mu oczu i wyrywać ogona i uszu, i siadać na nim, i nie wiem co tam jeszcze, a Chaber jej przecież nie ugryzie. W lecie mógłby czekać na zewnątrz, ale teraz gdzie? W tym błocie?

– Trochę przeschło…

– Głupi jesteś.

– No fakt – przyznał Pawełek bez oporu. – O głupotach tu ględzę, zamiast załatwiać poważne sprawy. I co? Czego się dowiedziałaś?

Janeczka sapnęła triumfująco i zatrzymała się przed wejściowymi schodkami.

– Wszystkiego! Rozmawiałam z tym facetem!

– Z którym? Z tym okradzionym?

– No a co? Myślałeś, że ze złodziejem?

Pawełek z pewnym trudem ukrył wybuchły w nim podziw dla siostry. Takich uczuć okazywać po prostu nie wypadało.

– Jak? – spytał krótko.

– Zwyczajnie. Wyszłam od Beaty, poszłam do tamtego domu, to jest po drodze, obliczyłam po oknach, które to może być mieszkanie, i zadzwoniłam. Na tym jego balkonie się świeciło, więc musiał być w domu i wyobraź sobie, trafiłam od razu!

– Co powiedziałaś?

– Spytałam, czy to jemu ukradli samochód dwa dni temu. Bardzo się przejął i otworzył czym prędzej, i czekał na mnie na schodach przed drzwiami. Powiedział, że jestem jedynym świadkiem, który przyznaje się, że jest świadkiem, bo cała reszta oślepła, ogłuchła i nie istnieje, a policja podobno mówi, że najszybciej z miejsca przestępstwa uciekają świadkowie.

Jedna wypowiedź Janeczki zawierała w sobie tyle atrakcyjnej treści, że Pawełek musiał to jakoś przetrawić. Milczał chwilę.

– Dobra, rozumiem. Ciekawa rzecz… I co dalej?

Janeczka nie miała wątpliwości, jakie kwestie interesują jej brata. Oddała mu swój tornister, a Pawełek odruchowo przejął ciężar. Ciągle stali na schodkach.

– On mówi, że ten złodziej rzeczywiście miał kluczyki. Mówi, że usłyszał swoje wycie, a to był pierwszy dzień, no, wieczór… kiedy postawił nowy samochód przed domem, bo przedtem trzymał go u znajomych w garażu. Więc usłyszał wycie i natychmiast wyskoczył na balkon, a telefon stoi obok, więc jednocześnie wrzeszczał na tego złodzieja i dzwonił na policję. Straszył, że będzie strzelał, chociaż nie ma z czego. Widział wszystko od pierwszej chwili, mówi, że ten złodziej musiał mieć dobre kluczyki, bo wcale nie próbował, tylko od razu wetknął jak w masło, bez żadnych trudności. Tylko alarmu nie umiał wyłączyć, a to dlatego, że alarm on sobie sam troszeczkę przerobił natychmiast po kupieniu. Dlatego wyszło tak długo. A co do reszty, to on mówi, że musi być jakaś zmowa, ludzie kupują samochody, a do każdego już są dorobione kluczyki, złodziej te kluczyki dostaje razem z adresem tego, co kupił. I tylko sprawdza, ma garaż czy nie. On mówi, że to jest mafia.

Pawełek słuchał w skupieniu, co drugie słowo ze zrozumieniem kiwając głową.

– Dogonił go?

– A skąd! Mówi, że to już było z rozpaczy. Tego starego małego fiata jeszcze nie zdążył sprzedać, więc wsiadł i pojechał, ale z góry wiedział, że nic z tego nie będzie. Widział przed sobą swojego volkswagena nawet przez duży kawał drogi, ale potem znikł mu z oczu, pojechał w ogóle gdzieś na Pragę. Trasą Łazienkowską. Za to spotkał policyjny radiowóz i okazało się, że wcale nawet nie wiedzieli, że złodziej ucieka koło nich kradzionym samochodem. Komunikat był, ale oni nie słuchali, bo byli zajęci.

– Czym?

– Czymś tam. Jakąś awanturą, do której mieli pojechać albo nie. No i ten samochód oczywiście przepadł.

Otworzyły się drzwi i wyjrzała z nich ich matka, pani Krystyna.

– Dzieci, czy to ma być wasza najnowsza przestrzeń życiowa? – spytała z wyrzutem. – Nie stójcie na tych schodkach, jest za zimno.

– No owszem, dosyć zimno – zgodziła się Janeczka i wszyscy razem weszli do domu.

– Ubezpieczony był chociaż? – zapytał Pawełek w holu, gdzie jego siostra zdejmowała kurtkę i buty.

– Ubezpieczony. Mówi, że to cud. Zwrócą mu wszystko, tylko przedtem musi być dochodzenie. Będą sprawdzać, czy mu rzeczywiście ukradli, bo mógł sam gdzieś schować, żeby dostać pieniądze, i możliwe, że ja mu się nadzwyczajnie przydam. Mogę zaświadczyć, co widziałam.

Pawełek westchnął i ponownie pożałował, że go tam, przy tej kradzieży, nie było. Nie zazdrościł Janeczce, szlachetnie przyznał, że należało się jej, ostatecznie poprzednim razem to on uczestniczył osobiście w najbardziej wstrząsających wydarzeniach, a nie ona. Odgórna sprawiedliwość obdarowała teraz osobę, wcześniej nieco pokrzywdzoną.

Cała impreza jednakże utkwiła w nim na mur. Nazajutrz w drodze powrotnej ze szkoły wszystkie samochody ciągnęły jego wzrok niczym magnes, prawie nie mógł oderwać od nich oczu. Szczególną uwagę poświęcał tym stojącym, koło których ktoś się kręcił, chociaż mało było nadziei, żeby kradzieży dokonywano w biały dzień na gęsto zaludnionej ulicy. A jednak miał szczęście! Warto było patrzeć, chociażby tylko na wszelki wypadek…

Wpadł do domu mocno spóźniony, niecierpliwie kopnął w kąt buty, byle jak powiesił kurtkę, z rozpędu wrzucił tornister do swojego pokoju i runął do Janeczki. Janeczka siedziała przy biurku, już odwrócona ku drzwiom, bo hałasy w holu brzmiały jednoznacznie.

– No? – powiedziała, zanim jej brat zdążył otworzyć usta.

– Ano właśnie! – odparł z triumfem Pawełek i rzucił się na tapczan. – Jak znalazł, trafiłem na takie coś, że kichać się można! Wcale bym nie zwrócił uwagi, żebyś mi o tamtym nie powiedziała, ale zwróciłem i specjalnie podsłuchiwałem, i nawet potem pogadałem na ten temat. Ale ubaw!

– Dobra, zaraz ci wyłożę na patelnię. Chwilowo streściłem. No więc akurat jak wracałem ze szkoły, policja złapała faceta w samochodzie, dwóch, ściśle biorąc, ojciec i syn to byli. Tak się tylko zatrzymałem, na wszelki wypadek, i od razu wyszło, że słusznie. Ten samochód był kradziony. Ojciec się strasznie złościł, a syn go uspokajał…

– Skąd wiesz, że kradziony? – przerwała Janeczka.

– Od policji. Usłyszałem. Powiedzieli to wyraźnie. Panie, mamy zgłoszenie o kradzieży tego wozu, powiedzieli, skąd pan go ma? A on na to, ten syn, że kupił. Od znajomego, ale coś mi się widzi, że kręcił, bo nazwiska znajomego nie znał, to co to za znajomy. Kupił i jeździ nim już ładne parę miesięcy, nie ukradł przecież, wszystkie papiery im pokazywał, mam na myśli dowód osobisty i tak dalej. Ale umowę kupna miał w domu i obiecywał, że też im pokaże, na tym stanęło, pojechali z nim razem. Zaglądali do silnika, numer sprawdzali, przebity, z tym że byle jak, nawet się ten złodziej nie fatygował, żeby to zrobić porządnie, i ten poprzedni odczytali. Parę osób tam się przyglądało, bo ten ojciec pomstował, ale bardzo elegancko. Tyle że dosyć głośno. A syn mówił, cicho tatusiu i daj spokój tatusiu, i wyglądał jak ogłuszony.

– Każdy na jego miejscu byłby ogłuszony – przyznała Janeczka. – I co dalej? Jaki to w ogóle był samochód?

– Ford Fiesta. Nie wiem, co dalej, wsiedli i odjechali oglądać umowę.

– I jak on się nazywa?

– Kto?

– Ten właściciel kradzionego samochodu.

– A skąd ja mam to wiedzieć?

– Jak to? Nie podejrzałeś? Nie usłyszałeś, jak mówili?

Pawełek zakłopotał się nieco.

– Usłyszeć, może i usłyszałem, ale prawdę mówiąc, nie zwróciłem uwagi. Bo co?

Janeczka odwróciła się z powrotem do biurka, ale nie podjęła odrabiania lekcji. Wsparła łokcie na blacie i brodę na dłoniach i z namysłem popatrzyła w okno.

– Na wszelki wypadek – odparła po chwili milczenia. – On zna takiego, który pewnie zna złodzieja, chyba że sam kradnie, ale to jeszcze lepiej. Coś mi się w tym wszystkim nie podoba. To, co tamten mówił… Pan Zajrzał…

– Co za pan i gdzie zajrzał? – przerwał rzeczowo Pawełek, zsuwając się nieco z tapczanu i siadając prosto.

– Nigdzie nie zajrzał, on się tak nazywa. Ten od golfa. Nazywa się pan Zajrzał.

– A… To co ten pan Zajrzał?

– Mówił, że on uważa, że policja ma to w nosie. Nawet nie próbują szukać samochodów i łapać złodziei. Kichają kompletnie.

– A to niby dlaczego? – oburzył się Pawełek i zjechał z tapczanu na dywan. Obejrzał się, sięgnął po kolorową poduszkę i podłożył ją pod siebie.

– On uważa, że machnęli ręką, bo nie dają sobie rady. Mają tego za dużo. A oprócz tego, on uważa, że może nawet biorą łapówki od złodziei, nie żeby wszyscy, ale niektórzy. I w ogóle lekceważą.

– Ejże! – zaprotestował Pawełek z wyraźną urazą. – Ci tutaj wcale sobie nie lekceważyli! Sprawdzali faceta, bo rzeczywiście na czerwonym świetle przejechał, to od ludzi słyszałem, sam przyszedłem, jak już stał, a przy okazji, z miejsca, pierwsze co obejrzeli, to ten przebity numer. Nikt ich nie zmuszał, sami z siebie. I uczepili się jak rzepy, chociaż grzeczni byli do nieprzytomności. Proszę bardzo, mówili, i dziękuję bardzo, i pan będzie łaskaw…

– No to przecież mówię, że nie wszyscy! – zirytowała się Janeczka. Porzuciła okno i znów odwróciła się do brata. – Ci może akurat nie. I wcale nie ja to mówię, tylko pan Zajrzał.

– On przesadza, bo jest poszkodowany.

– No owszem, możliwe. Ale jednak ten radiowóz, do którego dojechał, ani nie słuchał komunikatu, ani nie ruszył ganiać złodziei…

– Bo to nie tak jest! – przerwał energicznie Pawełek. – Tam ludzie mówili między sobą i każdy opowiadał, a ja tylko słuchałem. Tego jest zatrzęsienie!

– Czego jest zatrzęsienie?

– Tego złodziejstwa. Tych kradzieży samochodów. I najwięcej kradną Volkswagenów Golfów, nie było wiadomo dlaczego, ale teraz już wszyscy wiedzą. Wywożą je do Związku Radzieckiego.

– Już nie ma Związku Radzieckiego – przypomniała sucho Janeczka.

– No to co? Nazwy nie ma, ale reszta została. Bez znaczenia jak się nazywają, wszyscy tam chcą mieć golfy i podobno nie tylko u nas kradną, ale w ogóle po całej Europie. To jest szajka międzynarodowa!

– Bardzo dobrze. Jeżeli to jest szajka i wszyscy wiedzą, że to jest szajka, w dodatku międzynarodowa, to właściwie policja co?

Pawełek stropił się mocno. Pytanie Janeczki było może nieco ogólnikowe, rozumiał jednak, o co tu chodzi. Rzeczywiście, w tym całym działaniu władzy nie dostrzegało się wielkiego zapału, raczej zniechęcenie i jakby brak nadziei. Potwierdzało to przypuszczenie, że mają tego za dużo i nie dają sobie rady.

Myśl, że wobec tego powinno się im pomóc, pojawiła się od razu. Odsunął poduszkę i kiwnął głową.

– No dobrze, zgadza się. Kradną na prawo i na lewo i policja się nie rozszarpie na sztuki; zaczyna im być wszystko jedno. Kumple mówili to samo, znaczy każdy dokładał, a jeden zna takie wydarzenie, prawie był przy tym, bo obok mieszka, facet z góry wrzeszczał do swojego poloneza, tak jak ten twój, Zajrzał…

– Nie rozumiem – przerwała z niesmakiem Janeczka. Gdzie zajrzał z góry?

– O rany… Nigdzie nie zajrzał, mówię, że wrzeszczał z góry tak, jak pan Zajrzał!

– A… I co?

– I ten złodziej z dołu powiada, już już tylko sobie radyjko wezmę. Wymontował radio i zanim tamten z góry zleciał, śladu po nim nie było. Policja nawet przyjechała, owszem, bo ktoś zadzwonił, ale też nic im z tego nie przyszło…

– No dobrze – przerwała mu znów Janeczka. – Ale to tym bardziej. Mają z nimi za dużo zawracania głowy i zatrute życie. Powinni chcieć się pozbyć tego. Szajka, wszyscy wiedzą, niechby nawet dwie szajki, to ile to może być sztuk? Dywizja? Ile osób ma w sobie dywizja?

Pawełek odruchowo dokonał w myśli pośpiesznego obliczenia.

– Pi razy oko od trzech tysięcy do czterech i pół. Do czego ci ta dywizja?

– Do niczego. Niemożliwe, żeby tych złodziei była cała dywizja! A jak jest mniej, trzeba ich po prostu wyłapać wszystkich i będzie święty spokój. I najlepiej jest łapać na gorącym uczynku, bo wtedy wszystko wiadomo. I co? Dlaczego się tego nie robi?

– Nie wiem, czy się nie robi. Robi się chyba, nie?

Janeczka ponownie odwróciła się do okna.

– Ale z tego co mówisz, i co pan Zajrzał mówi, wychodzi, że idzie im to jakoś niemrawo. No nie wiem… No właśnie, nie wiem i chcę wiedzieć. Rób sobie, co chcesz, ale dowiedz się, jak oni się nazywają, ten ojciec i syn. I nie zadawaj głupich pytań, po co, bo jeszcze nie wiem, po co. Wyłącznie na wszelki wypadek…

* * *

– Słuchajcie, dzieci – powiedziała przy kolacji pani Krystyna odrobinę jakby niepewnie. – Jest taka sprawa… Dzwoniła jedna moja znajoma, pani Basia… Znacie chyba panią Basię?

– Znamy – odparł Pawełek. – Taka chuda i zawsze okropnie rozczochrana?

– Ta, której się uszy wyciągnęły na pół metra od złotych kolczyków? – upewniła się Janeczka.

– Ta – przyświadczyła z rozpędu pani Krystyna i zreflektowała się. – To znaczy…

– Znamy ją – przerwały dzieci. – I co?

– Dzwoniła i chce zaprosić Chabra. Do siebie, z wizytą. Może nawet kilka razy.

– Bo co? – zainteresował się podejrzliwie Pawełek.

– Też ma psa, Ściśle biorąc sukę. Takiej samej rasy i chce ją za Chabra wydać za mąż, bo liczy na to, że dzieci będą równie mądre. Więc właściwie on jest zaproszony z wizytą do narzeczonej. Nie macie chyba nic przeciwko temu?

– Nie – przyzwoliła Janeczka łaskawie. – Może być. Kiedy?

– Najlepiej byłoby zaraz jutro. Rafał z wami pojedzie, bo to jest w Powsinie, daleko od autobusu. Już z nim rozmawiałam, powiedział, że może. Od razu po obiedzie. W szczegóły nie musicie się wdawać, bo mąż pani Basi jest weterynarzem i zaopiekuje się psami.

– Chaber żadnej opieki nie potrzebuje, ale niech będzie – zgodził się Pawełek wyniośle.

– W takim razie sprawa załatwiona – rzekła z ulgą pani Krystyna i podniosła się od stołu. – Zaraz ndo niej zadzwonię, że jutro przyjedziecie…

O czwartej robiło się już ciemno, Rafał jednakże, ich starszy cioteczny brat, poinformowany dokładnie o sposobach dojazdu, trafił bez pudła. Wypuszczony z samochodu Chaber bez chwili namysłu skierował się za dom, gdzie czekała ruda suka, trochę mniejsza od niego, ale poza tym identyczna. Nie ulegało wątpliwości, że przypadła mu do gustu od pierwszego wejrzenia i z wzajemnością.

Pani Basia zaprosiła ich na herbatę z ciasteczkami do wielkiego, starego domu, stojącego w łysym ogrodzie. Nie było tam drzew, tylko małe krzaczki i trawnik, a nowy, świeżo posadzony sad dopiero zaczynał rosnąć. Mąż pani Basi pozostał na zewnątrz z psami, a reszta osób usiadła wokół owalnego stołu.

Już po dziesięciu minutach Janeczka wyraźnie poczuła, że długo tego podwieczorku nie wytrzyma. Dorastająca córka pani Basi, szesnastoletnia Jola, robiła z siebie coś, na co wręcz nie można było patrzeć. Wdzięczyła się do Rafała w sposób, trzeba przyznać, urozmaicony. Na zmianę, to udawała małą, kapryśną dziewczynkę, to przemieniała się w wampa, doświadczonego i zuchwałego, przy czym trudno było ocenić, które z tych wcieleń jest gorsze, bo w ogóle była wielka i gruba i żadne do niej nie pasowało. Rafał miał dziwny wyraz twarzy, nie odrywał od niej zafascynowanego spojrzenia i najwyraźniej w świecie coś w nim pęczniało. Janeczka miała obawy, że jest to zachwyt. Pawełek zajęty był ciasteczkami i na nic innego nie zwracał uwagi, ale jego siostra zaczęła się dławić.

Odczekała z grzeczności jeszcze następne dziesięć minut, po czym podniosła się od stołu.

– My się trochę przejdziemy – powiedziała do pani Basi, usiłując nie patrzeć ani na Jolę, ani na Rafała. – Nie znamy tej okolicy, więc sobie ją obejrzymy.

Pawełek chciał zaprotestować, bo pani Basia wniosła właśnie nowy półmisek, ale miał pełne usta i nie udało mu się wymówić żadnych zrozumiałych słów. Poczuł za to, że siostra znacząco puka go w plecy.

– Po ciemku? – zdziwiła się pani Basia. – Nic nie zobaczycie!

– Latarnie świecą – zauważyła Janeczka. – I tam dalej jest jakiś dom, w którym coś się działo, jak przejeżdżaliśmy obok. Pójdziemy popatrzeć.

– Jeżeli macie ochotę… Tylko nie zgińcie przypadkiem! Mam nadzieję, że nie zabłądzicie?

– Nawet gdyby, Chaber nas znajdzie. W ogóle po ciemnych wądołach chodzić nie będziemy…

– O co biega? – spytał z niezadowoleniem Pawełek, kiedy już znaleźli się poza domem. – W życiu nie jadłem takich dobrych kruchych ciastek i ciągle nie wiem, czy lepsze te z kremem, czy te z marmoladą. Po co mamy wyjść?

– Nie po co, a dlaczego – skorygowała Janeczka. – Bo na tę Jolę już patrzeć nie mogłam.

Pawełek ze zdziwienia aż się zatrzymał.

– Jak to? Niby dlaczego? Co ona takiego zrobiła? Wygląda całkiem zwyczajnie!

– Chyba ślepy byłeś – powiedziała wzgardliwie Janeczka i z energią pociągnęła go do przodu. – Podrywa cały czas Rafała, mizdrzy się, chichocze, nadyma, oczami przewraca, prawie się dziwię, że jej jeszcze do reszty nie wypadły, i do tego cmoka. A bałam się, że Rafał zaraz do niej zacznie kwiczeć i tego bym już całkiem nie zniosła! To kretynka. Patrzeć na to nie mogę i wolę wyjść, zwłaszcza że w tym domu po drodze rzeczywiście coś się działo.

Pawełek spojrzał w kierunku, gdzie blisko bocznej szosy stał dom za siatkowym ogrodzeniem, obficie oświetlony latarniami na zewnątrz i światłem z wnętrza. Nawet stąd było widać, że na wielkim dziedzińcu przed nim panuje jakieś lekkie zamieszanie. Zainteresowało go to dostatecznie, żeby kruche ciastka nieco zbladły.

– Można było załatwić jedno i drugie – mruknął, właściwie dla zasady. Dom nie zając.

– Ciastka tym bardziej – odparła zimno Janeczka.

Podeszli bliżej i rozpoznali rodzaj zamieszania. Cały dziedziniec zastawiony był i zawalony bardzo starymi i zniszczonymi meblami, które rąbał na kawałki jakiś człowiek. Dwoje młodszych od nich dzieci zbierało rozpryskujące się drewno, a starszy chłopiec układał pod ścianą budynku stos grubszych desek.

Żeby dotrzeć do samej siatki i otwartej w niej bramy, musieli przebrnąć mały kawałek dojazdowej drogi, bardzo nierównej, pełnej dołów, w dodatku zagrodzonej stojącą na środku wielką ciężarówką. Pawełek wspiął się na koło i stwierdził, że na ciężarówce leży jeszcze trochę jakichś rupieci i starych gratów. Widocznie nie została rozładowana do końca i dlatego nie odstawiono jej w jakieś rozsądniejsze miejsce. Okrążyli pojazd, żeby przejść suchą nogą, bo po ich stronie rozlewała się wielka kałuża. Po drugiej za to rosła gęsta kępa wysokich krzaków i udeptana ścieżka bez błota przechodziła tuż przy nich.

Szosą nadjechał jakiś samochód i wykazał wyraźny zamiar skręcenia w dojazdową drogę. Kierowca dostrzegł ciężarówkę, zatrzymał się, cofnął, zostawił wóz na poboczu i wysiadł. Trzasnęły dwie pary drzwiczek, co oznaczało, że wysiadły dwie osoby. Janeczka i Pawełek właśnie dotarli do suchej ścieżki, wielkimi krokami przełażąc przez błotniste doły i kałuże.

– Ty kretynko! – wysyczał strasznie jakiś głos za krzakami, na skraju szosy. – Patrz, oślico, on to rąbie…!

– Sam kretyn jesteś, baranie głupi! – odparł głos damski, okropnie zdenerwowany. – Trzeba było powiedzieć, sekretów ci się zachciało! Zaskórniaka chciałeś mieć, co?

– Głupia jesteś! Mówiłem, że schowałem chwilowo! Patrz teraz, które nasze, rozpoznawaj!

– On tu ma tego więcej! Jezus Mario…! Żebym była wiedziała, przyjechał, zapłacił, mówił, że ma okazję…!

– Jazda…!

Dwie kłócące się półgłosem i szaleńczo zdenerwowane osoby przecisnęły się ścieżką, prawie ocierając się o znieruchomiałe rodzeństwo. Obydwoje, pan i pani, tak wpatrzeni byli w zawalone drewnem podwórze, że nie dostrzegli niczego innego. Truchtem przebiegli przez bramę, a Janeczka i Pawełek po chwili ruszyli za nimi.

– Tam! – wydyszała dama w eleganckim futrze, pokazując ręką. – Poznaję! Nasza szafa!

– Dobry wieczór! – zawołał głośniej towarzyszący jej osobnik. – Panie, żona panu meble dzisiaj wydała…

– Meble? – zdziwił się człowiek z siekierą i przerwał pracę, prostując się i ocierając pot z czoła. – Nie żadne meble, tylko drewno opałowe.

– Może być drewno. Kiedyś to były meble. Pośpieszyła się, a ja szafy nie opróżniłem!

– Ale pan sprzedał. Co kupiłem, to moje.

– Pańskie – zgodził się przybyły osobnik. – A co pan kupił? Powiada pan, że drewno opałowe?

Człowiek z siekierą odrobinę jakby się zawahał.

– No drewno – przyznał. – Mówiłem panu, że na opał stare graty skupuję, nie? I zgadza się, na opał. Szklarnie mam, czymś palić muszę, nie? Co pan, sklerozę pan masz? Trzy dni temu mówiłem!

– Znaczy to, co nie jest drewnem opałowym, w skład transakcji nie wchodzi – stwierdził osobnik, nagle się uspokajając. – Mnie nie było, znienacka pan przyjechał, żona panu towar wydała, a ja książek na przykład nie zdążyłem wyjąć. Te książki to dla pana też drewno opałowe?

Człowiek na środku podwórza wsparł się na siekierzysku, podrapał po głowie i zaczął myśleć. Jego rozmówca przezornie ustawił się pomiędzy nim a szafą, żona w futrze drobnymi kroczkami przesuwała się w kierunku upragnionego mebla. Janeczka i Pawełek znajdowali się już na dziedzińcu, ukryci w cieniu za rupieciami. Cała scena zainteresowała ich nadzwyczajnie.

– Jak mu chodzi o prawdziwe książki, to ja jestem chiński mandaryn – mruknął szeptem Pawełek.

– A pewnie – odmruknęła Janeczka i przemknęła za następny grat, bliżej szafy.

Człowiek z siekierą rozważył sprawę.

– Dobra, co nie drewno, to nie moje – zgodził się. – Pośpieszyłem się, fakt, ale jak raz miałem transport i jednym ciągiem objeżdżałem tych wszystkich sprzedawców. Bierz pan swoje książki, czy co tam jest, i nie ma o czym gadać. Ja jestem człowiek uczciwy.

– Ja też – rzekł sucho były właściciel mebli. – Zaraz zobaczymy…

Jego żona już przedarła się do szafy, stała obok i trzymała ją ręką. Mąż podszedł energicznym krokiem, usuwając sobie z drogi rupiecie. Człowiek z siekierą zawahał się, po czym ruszył powoli za nim, wlokąc za sobą narzędzie pracy. Janeczka i Pawełek zbliżyli się bokiem, ciągle ukryci za zwalonymi gratami.

Przybyły osobnik otworzył drzwi wielkiej, starej szafy z ozdobnym gzymsem i wysunął jedną z dolnych szuflad. Wetknął rękę głęboko, czymś prztyknął i pomiędzy dolną półką szafy a właściwą szufladą ukazało się coś dodatkowego. Jakby jeszcze jedna, bardzo płaska szuflada. Cała wypełniona była ciasno poukładanymi paczkami pieniędzy.

– Och…! – jęknęła jego żona i usiadła na kawałku leżącego obok kredensu. Widocznie osłabła z ulgi.

Od strony człowieka z siekierą dobiegło jakby zachłyśnięcie, ale słowa żadne nie padły. Były właściciel szafy wysunął drugą szufladę i powtórzył operację z prztyknięciem. Wyciągnął rękę w kierunku żony.

– Torbę dawaj!

Małżonka odzyskała siły, zerwała się z kredensu, wyszarpnęła z torebki dwie wielkie reklamówki. Mąż, bez pośpiechu i z zimną krwią, zaczął przekładać pieniądze.

– A litr koniaku swoją drogą się panu należy – oznajmił wspaniałomyślnie.

Człowiek z siekierą robił wrażenie ogłuszonego.

– Powiem panu prawdę – wyznał, wyraźnie wstrząśnięty. – Ja wcale nie wiem, czybym się tego dokopał. Panie, ja mam duży piec, możliwe, że ten dół na połowę i poszłoby z dymem…

– To i lepiej, że zdążyłem. I dla mnie korzyść, i dla pana.

Wszyscy byli tak przejęci sytuacją przy szafie, że nikt nie zwrócił uwagi na ogromny samochód, przejeżdżający szosą. Samochód przejechał, zwolnił, zatrzymał się i cofnął. Coś zaczęło się dziać w odległości piętnastu metrów za ogrodzeniem. Na dziedzińcu pojawiła się żona człowieka z siekierą. Druga żona, poprzednia właścicielka szafy, ze łzami w oczach opowiadała jej, jak ten idiota, mąż, schował wszystkie pieniądze w skrytce, ukrył to przed nią, nic nie wiedziała, w nowym domu ustawili nowe meble, a te stare sprzedali, bardzo tanio, to każdy musi przyznać, za grosze, darmo prawie, nagle ten pan kupiec przyjechał, męża nie było, oddała mu wszystko, a mąż dziś wrócił i o mało jej nie zabił, od baranic wyzywał, gdzie sens, baranica to jest taki kożuch dla stróża. A trzeba było tajemnicy nie robić, tylko zwyczajnie powiedzieć, że w szafie jest skrytka…

– A pewnie, a pewnie – przyświadczała żona człowieka z siekierą, starając się nie ujawniać ciężkiego rozgoryczenia. – Oni wszyscy głupie. Tyle dobra by się zmarnowało, Boże ty mój…

Dzieci człowieka z siekierą poświęciły się już bez reszty penetracji rozmaitych szufladek, półeczek i innych zakamarków zwalonych na podwórzu rupieci. Janeczka i Pawełek, zachwyceni wydarzeniem, powolutku zaczęli wycofywać się w kierunku bramy. Od strony szosy dobiegał rzegot podobny do hałasu, jaki robi śmieciarka miejska, nieco tylko cichszy i mniej brzękliwy. Osobnik z dwiema torbami pieniędzy wyprostował się nad pustymi szufladami.

– Ja tu jeszcze jutro wpadnę – obiecał. – Fela, idziemy!

Janeczka i Pawełek przekroczyli bramę wcześniej, nie komentując jeszcze niezwykłej sceny. Przemknęli obok ciężarówki, twardą ścieżką przedostali się za krzaki, wybiegli na szosę i stanęli jak wryci.

– Hej, a to co? – krzyknął zdumiony Pawełek.

We wnętrzu olbrzymiego TIR-a znikał właśnie samochód. Dwóch ludzi zamykało za nim wielkie wrota. Obejrzeli się, zatrzasnęli zamek i popędzili ku szoferce.

– Zapamiętaj numer! – zawołała gorączkowo Janeczka. – Nie mam na czym zapisać!

Bez namysłu Pawełek zaczął szurać obcasem, mamrocząc pod nosem i wydrapując numer TIR-a na wilgotnym poboczu. Ogromne pudło ruszyło. Osobnik z torbami pieniędzy w rękach wyszedł zza krzaków na szosę i skamieniał. TIR oddalał się, nabierając przyśpieszenia.

Osobnik z torbami wydał z siebie głos podobny do piania. Dokładnie w tym samym momencie u nóg Janeczki zmaterializował się Chaber, światła reflektorów Rafała oświetliły całą grupę, a ze ścieżki wyszła na szosę żona w futrze. Rozejrzała się.

– Gdzie samochód? – spytała z niepokojem.

Osobnik z torbami rzucił torby i dzikim pędem ruszył za widocznym jeszcze doskonale TIR-em. Po kilkunastu krokach zatrzymał się gwałtownie, zawrócił, porwał torby, znów ruszył przed siebie i znów się zatrzymał. Zamiast słów, wciąż wydawał z siebie chrapliwe pianie. Rafał zatrzymał swojego małego fiata.

– Chyba ukradli państwa samochód – powiedziała ze współczuciem Janeczka do osłupiałej żony w futrze. – Zabrali go tym wielkim potworem. Mamy jego numer.

Żona w futrze otworzyła usta, ale nie wyszedł z nich żaden dźwięk. Mąż z torbami wrócił biegiem, ujrzał Rafała, opanował pianie, z wysiłkiem przerzucił torby do jednej ręki, a drugą szarpnął drzwiczki.

– Za nimi!!! – zawył dzikim głosem. – Milion płacę!!!

Usiłował wepchnąć do samochodu swoje torby, ale ze zdenerwowania trzęsły mu się ręce i nie mógł sobie z tym dać rady, przeszkadzały mu zagłówki. Rafał najpierw zbaraniał, a potem się rozzłościł.

– Panie, co pan…?! Ja nie jestem sam! Dzieci…!

– Jedź z nim – powiedział stanowczo Pawełek, nachylając się do okienka. – Rąbnęli mu samochód, przed chwilą, na TIR-a załadowali, może go dogonisz. Numer PAW 1288. My sobie damy radę.

– Co tak wcześnie? – spytała Janeczka niespokojnie. – Chaber porzucił narzeczoną?

– Nie, ja porzuciłem tę kretynkę, Jolę. Rany boskie, co się tu dzieje…?!

– Nic, on ma rację, jedź za nimi…

Osobnik z torbami wepchnął wreszcie torby i wbił się na siedzenie pasażera, trzaskając drzwiczkami.

– Jedź pan!!! – wrzasnął strasznie. – Dwa miliony!!!

Jego żona stała na brzegu szosy z załamanymi rękami, niczym słup soli. Rafał wzdrygnął się silnie i ruszył z gwałtownym przyśpieszeniem. Janeczka i Pawełek przez chwilę patrzyli za nim.

– Na lewo skręcił – zauważył Pawełek z troską. – Nie przez miasto jedzie, tylko od razu gdzieś tam.

– Na południe – przyświadczyła Janeczka. – Ale może jeszcze skręcić byle gdzie w każdą stronę. Trzeba zadzwonić do policji.

Żonę w futrze wreszcie odblokowało.

– Policja…!!! – załkała rozpaczliwie bardzo piskliwym głosem.

Za nią wyglądała już na szosę cała rodzina człowieka z siekierą. Przybyli z lekkim opóźnieniem, zauważywszy widocznie, że coś się dzieje. Stali teraz i gapili się w kierunku głównej ulicy, gdzie znikały tylne światła Rafała.

– No, to już niefart – zawyrokował człowiek z siekierą. – Pieniądze mąż odzyskał, ale samochód stracił. Ukradli, słyszę, to jak to było?

– Co to za wóz? – spytał ciekawie jego najstarszy syn.

– Volkswagen! – wyszlochała żona w futrze. – Golf! Nowiusieńki!

– Na biednego nie trafiło – mruknęła na stronie żona człowieka z siekierą.

– Na TIR-a załadowali – objaśniał Pawełek. – Widzieliśmy sam koniec. Obejrzeli się na nas i gazu!

– Telefon…! – jęczała żona w futrze. – Policja…! Zadzwonić…!

– Tu niedaleko, u jednych znajomych państwa, jest telefon…! – zaczęła uczynnie Janeczka.

– Ja też mam telefon – przerwał człowiek z siekierą. – Dobra, pani dzwoni…

Wszyscy pośpiesznie wrócili na zagracony dziedziniec, tworząc na wąskiej ścieżce istną procesję, a następnie wbiegli do domu. Żona w futrze kurczowo trzymała się Janeczki i Pawełka, chaotycznie wykrzykując, że tylko oni są świadkami. Janeczka zauważyła nagle wyraźną rozterkę Chabra. Widać było, że chce zostać przy swojej pani, a jednocześnie miałby ochotę popędzić znów do narzeczonej. Zdenerwowała się, niecierpliwie przeczekiwała telefon do policji, syknęła, kiedy Pawełek przejął słuchawkę, dokładnie relacjonując, co widzieli.

– My już musimy iść! – ryknęła wielkim głosem, bo wszyscy mówili razem i nikogo nie było słychać. – Nasz cioteczny brat tam pojechał, za tymi złodziejami! I teraz musimy wrócić bez niego!

– No coś ty? – zdziwił się gniewnie Pawełek. – Może oni tu przyjadą! Ja chcę zobaczyć, co będą robili!

– E tam, przyjadą – powiedział człowiek z siekierą i wreszcie odstawił siekierę do kąta. – Wezwą świadków, protokół spiszą i tyle, a i to nawet nie wiem… No dobra, odwiozę was.

– Ja koszty zwrócę! – wyjęczała żona w futrze. – Do taksówki tylko, do Wilanowa…!

– Iii tam, koszty… Chodź, Wojtuś, zwalimy resztę.

Graty z ciężarówki zostały zrzucone byle gdzie, po czym od razu odjechali, Janeczka, Pawełek i Chaber w pudle, a zapłakana żona w futrze obok kierowcy, w szoferce, do której wsiadła z wielkim trudem. W Wilanowie przesiedli się do pojazdu bardziej ludzkiego.

– Ja was do samego domu zawiozę – powiedziała stanowczo żona w futrze, przestając płakać. – Dzieci kochane, tylko wyście widzieli, nikt inny, ja muszę wiedzieć, gdzie mieszkacie. Jakby co, będziecie świadczyć. To jest nieszczęście dopiero, Boże mój, gadanie będzie, że wszystko przeze mnie, po co ja mu dałam tę szafę…

* * *

Nazajutrz, kiedy wrócili ze szkoły, Rafała jeszcze nie było. Do szaleństwa zdenerwowana ciotka Monika pięć razy kazała sobie powtarzać całą historię, rwąc włosy z głowy i pchając się do telefonu, żeby zawiadomić policję nie o żadnej kradzieży samochodu, tylko o zaginięciu syna.

– Gonił bandytów! – powtarzała rozpaczliwie. – A ten człowiek miał przy sobie potworną ilość pieniędzy! Sami mówicie! Boże drogi, obaj mogą gdzieś tam leżeć, zamordowani! Katastrofa…!

– Po pierwsze, Rafał umie jeździć – powiedziała w końcu zirytowana tą histerią Janeczka. – Po drugie, co mają pieniądze do katastrofy, przecież im nie fruwały po samochodzie. A po trzecie, małym fiatem nie dogoni niczego…

– I po czwarte, harmonię forsy miał ten facet, a nie Rafał, więc chybaby Rafał napadł na niego – dołożył Pawełek.

– I jeszcze po piąte, Chaber słowa nie mówi, więc żadne nieszczęście się nie stało.

– Chaber może być w nie najlepszej formie – wtrąciła delikatnie pani Krystyna. – Jest zajęty narzeczoną.

– Narzeczoną zajęty był tam, a nie tu. Więc niech ciocia nie tego…

Jednakże pomysły ciotki Moniki ożywiły ich wyobraźnię. Sytuacja i bez nich wydawała się interesująca, na powrót Rafała czekali niecierpliwie, teraz zaś zaczęły im przychodzić do głowy rozmaite dodatkowe możliwości.

– Czekać to i tak nie było na co, bo u tych ludzi nic się nie działo – rozważała Janeczka. – A Chaber się denerwował i po co to komu.

– Nic się nie działo! – prychnął Pawełek. – Cha, cha!

– W dziedzinie kradzieży samochodu! To z tą szafą było bardzo ładne, owszem. Ale co do dalszego ciągu… może i rzeczywiście… Myślisz, że Rafał ich dogonił?

Pawełek zastanawiał się nad tym przez wszystkie lekcje w szkole.

– Powinien – rzekł bez wahania. – Znaczy, powinno być tak: policja dostała numer i puściła na cały kraj. Złapać TIR-a numer coś tam. Gdzieś go w końcu zatrzymują…

– Jak? – przerwała zimno Janeczka.

– Ciemno już było. Machają czerwoną latarką…

– A on się wcale nie zatrzymuje, tylko jedzie dalej. I co?

– No, pod koła się nie rzucą… Robią barykadę… Chociaż nie, barykadę robią, jak ucieka morderca po zbrodni. Szkoda, że nie powiedzieliśmy, że on kogoś zabił… Nie wiem… Zależy dokąd jadą…

– Wszystko niepewne – skrytykowała Janeczka. – A w ogóle może to wcale nie byli złodzieje, tylko te służby porządkowe, które usuwają źle zaparkowane samochody.

– Przecież tam nie było żadnego zakazu!

– Ale może on źle stał. Zostawił samochód na środku szosy, okropnie zdenerwowany, bo leciał po te pieniądze.

Pawełek pokręcił głową.

– Ej, chyba nie. Jakby on stał na środku, to i oni, a stali z boku, sama widziałaś. Służby porządkowe nie, odpadają. Poza tym, Rafał by już dawno wrócił. Ale czekaj, niech będzie, że ich dogonił i przegonił… No, nie podstawi pod TIR-a małego fiata, nawet by nie zauważyli, że coś przejechali… Ale gdzieś musza chyba brać benzynę, nie? Znaczy, mam na myśli, jeśli jadą daleko, bo jeśli blisko…

– W jakieś miejsce, gdzie przerabiają numery i inne takie – podjęła Janeczka. – Tam Rafał mógłby ich dogonić. I co?

– I rzucić się…?

– No coś ty, głupi? Rzucać to się będzie ten facet z pieniędzmi, ten właściciel. Rafał może mu trochę pomóc, bo tamtych było dwóch…

– Gdyby mieli rozum w głowie, Rafał i ten facet, obejrzeliby tylko miejsce i zapamiętali adres. Wcale im się nie pokazując na oczy.

– Nie wiem, czy mają dosyć rozumu w głowie. Mogli jeszcze poczekać, aż rozładują tego TIR-a, zdejmą z niego samochód, ten właściciel by sobie wsiadł i spokojnie odjechał…

– A Rafała złapali i udusili. Rzeczywiście! Gdyby tak było, też by już dawno wrócił!

Do kuchni, gdzie ciągle jeszcze siedzieli po obiedzie i pozmywaniu naczyń, zajrzała pani Krystyna.

– Dzwoni pani Basia – zawiadomiła z zakłopotaniem. – Ta narzeczona Chabra podobno czeka i wygląda…

Umilkli obydwoje, popatrzyli na matkę. Sytuacja zaczynała się komplikować coraz bardziej.

– Autobusem…? – zaczął niepewnie Pawełek.

– Nie, wujek Andrzej pojedzie. Już zjadł obiad.

Ciotka Monika na wieść o kolejnym wyjeździe w to samo miejsce podniosła wielki krzyk.

– Najpierw syna straciłam, a teraz męża! – wołała rozpaczliwie. – Czy wy sumienia nie macie?! Dlaczego mi nie pozwalacie zawiadomić policji?! On zniknął w okropnych okolicznościach!

– No dobrze, powiem cioci – zdecydował się nagle Pawełek. – Bo tak naprawdę, to nie oni Rafałowi mogli zrobić coś złego, tylko Rafał im. Razem z tym typem od pieniędzy, on był duży i gruby jak byk. Więc lepiej spokojnie poczekać i nie robić szumu.

– I niech ciocia popatrzy na Chabra – rozkazała Janeczka. – Pieseczku, gdzie Rafał? Co się dzieje z Rafałem?

Ciotka Monika znękany wzrok utkwiła w psie. Chaber nie okazał żadnego niepokoju ani zdenerwowania. Powęszył w kierunku drzwi wyjściowych, pomachał ogonem i pisnął radośnie.

– No proszę, wszystko w porządku – przetłumaczyła Janeczka. – Rafał już jedzie do domu.

Ciotka Monika jęknęła, ale niespokojna rozpacz w jej twarzy odrobinę zelżała. Chaber był psem niezwykłym, wiedział wszystko o wszystkich członkach rodziny, bez względu na to, gdzie się kto znajdował. Niewątpliwie obdarzony był talentem telepatycznym. Na Rafała rzeczywiście należało spokojnie poczekać.

– Chyba zaraz upiekę sernik – powiedziała z determinacją pani Krystyna, która czuła się trochę winna, chociaż racjonalnych powodów po temu nie było. – On z pewnością wróci głodny…

– A swoją drogą, co jest? – zastanawiał się szeptem Pawełek, wsiadając do samochodu wujka Andrzeja. – Dokąd ich mogło zanieść? Bo tak naprawdę, to ciotka ma rację, dawno powinien był wrócić.

– Mogło jeszcze być tak, że dogonili ich pod stacją benzynową – wysunęła przypuszczenie Janeczka. – Albo gdzieś tam, gdzie dojechali. Obaj się rzucili, ten z pieniędzmi i Rafał, zostali pokonani i zamknięci w jakiejś piwnicy. Albo coś w tym rodzaju.

– Przecież Chaber nic nie mówi? – zdziwił się Pawełek.

– Bo nic się złego nie dzieje. Siedzą w piwnicy i nic im nie grozi, i Rafał czuje się bardzo dobrze, nawet kataru nie ma. Dla Chabra piwnica czy strych to może być wszystko jedno, ważne, że nie ma niebezpieczeństwa. A kłopot mają złodzieje, bo nie wiedzą, co z nimi zrobić.

– Może być – zgodził się Pawełek. – I martwią się, bo teraz muszą zlikwidować melinę. No więc likwidują i przenoszą się gdzie indziej, i wypuszczą ich, jak już wszystko załatwią, a wtedy szukaj wiatru w polu. Ale to ja nie wiem, policja powinna do nich trafić. Rozumiesz, mieli numer, widzieli, którędy ten TIR jedzie…

– Nic nie mówię, ale bardzo żałuję, że nie pojechaliśmy razem z nim – wyznała posępnie Janeczka. Chora jestem od tego czekania i umrę, jeśli się wszystkiego natychmiast nie dowiem! Bo ja nie wiem… Sam mówiłeś, że ludzie mówili, że kradną do Związku Radzieckiego. Więc może oni pojechali prosto do tego Związku Radzieckiego, którego już nie ma. Przecież ten samochód to był golf!

– A wiesz, że to całkiem możliwe! – ucieszył się nie wiadomo, dlaczego Pawełek. To jest pomysł! Rany kota, a teraz Rafał gania ich po całym Związku Radzieckim…!

Kiedy wrócili po psiej wizycie, Rafał już był. Siedział w ich kuchni i pożerał ciepły sernik, a ciotka Monika patrzyła mu w zęby ze łzami szczęścia w oczach. Pani Krystyna, usiłując ukryć bezgraniczną ulgę, dokładała na jego talerz następne wielkie kawały.

– Ejże! – zaprotestował Pawełek, zaglądając do kuchni, jeszcze z kurtką w ręku. – A my?

– Starczy i dla was – uspokoiła go matka. – Z rozpędu zrobiłam podwójną ilość.

– I co? – zawołała zachłannie Janeczka, w pośpiechu pozbywając się butów. – Niech on nic nie mówi bez nas! Co powiedział? Musi to powtórzyć jeszcze raz!

– Nie ma co powtarzać – powiedziała ciotka Monika. – Zdążył nas zawiadomić, że był daleko, i od razu rzucił się na jedzenie. Strasznie głodny i wyczerpany. Niech się zregeneruje.

– Y umye – powiedział Rafał. – Błudny jehkem jak chwynia.

– Coś mu wysiadło i naprawiał! – zgadł Pawełek. – Od samej jazdy byłby brudny zwyczajnie, a nie jak świnia. Chyba się już nażarłeś, nie?

– Nie – odparł Rafał stanowczo i napoczął kolejny kawałek sernika.

Janeczka i Pawełek nie nalegali. Usiedli przy kuchennym stole, wpatrzeni w ciotecznego brata strasznym wzrokiem, chociaż znakomity sernik na talerzykach trochę łagodził ich uczucia. Cierpliwość jednakże stracili i było to tak wyraźnie widoczne, że Rafała zaczęło dławić.

– Dobra, już mówię – poddał się, przełknąwszy pośpiesznie. – Ale draka, niech skonam. Wróciłbym wcześniej, ale koło zmieniałem, a potem gaźnik mi się zapchał, przedmuchiwałem. Ten facet przyleciał grubo przede mną. Opłaciło mi się.

– Ile ci zapłacił w końcu? – zainteresował się Pawełek.

– Trzy miliony i pełen bak.

– O rany…!

– A co ty myślisz? Na ruskiej granicy byłem, w Medyce!

Ciotka Monika, którą na chwilę zamurowało, gwałtownie odzyskała głos.

– Na litość boską…! Rafał…! I ja się mam nie denerwować…!

– Czym? – zdziwił się Rafał. – Trzy miliony to znowu nie taki potworny majątek, żeby miał mnie od razu zdemoralizować. Ale przyda się…

– O Boże! Az do granicy, w nocy, pogoda okropna, mokro, ślisko…

– Nic podobnego, sucha szosa. Dwa razy ich prawie dogoniłem, ale też musiałem brać benzynę i uciekli mi. Okazałem się człowiekiem uczciwym, przyzwoitym i godnym zaufania…

– Jak? – przerwała Janeczka z naciskiem.

Odpowiedź na tak sformułowane pytanie nie mogła być krótka. Rafał odsunął wreszcie talerzyk i zaczął wyjaśniać. Właściciel golfa w pierwszych chwilach usiłował wyskakiwać z samochodu razem ze swoimi torbami, co uniemożliwiło kompletnie dopadnięcie tamtych z TIR-a. Potem zaryzykował, zostawił torby, przekonał się, że Rafał nie próbuje z nimi uciekać, powierzył w końcu cały majątek jego opiece i prawie przestał o nim myśleć. Majątek był imponujący. Jego posiadacz opowiadał po drodze, jak doszło do ukrycia mienia w sprzedawanej szafie. Zrobił doskonały interes, załatwił transakcję gotówkową, część pieniędzy wymienił na dolary i od razu pojawiła się kolejna korzystna sprawa, nie leciał zatem z tym do banku, tylko chwilowo schował w staroświeckich skrytkach. Wcale nie utrzymywał tego w tajemnicy przed żoną, po prostu nie zdążył jej zawiadomić i o mało trupem nie padł, kiedy okazało się, że szafę razem z zawartością oddała kupcowi. No, na szczęście zdołał to odzyskać…

– A potem, już na granicy, latał i załatwiał, a torby zostawił pod moją opieką – mówił dalej Rafał. – Uwierzył widocznie, że nie mam złodziejskich skłonności, bo nawet do nich nie zaglądał i niczego nie sprawdzał. Tyle, że z jednej wyjął forsę…

– Bo co? – spytał Pawełek, też nadając pytaniu bardzo szeroki zakres.

Rafał, który zdążył skusić się na jeszcze jeden kawałek sernika, zachichotał, zakrztusił się i dłuższa chwilę trwało walenie go w plecy. Popił herbatą i odzyskał głos.

– Nie uwierzycie, ale za swój własny samochód musiał zapłacić jakąś potworną sumę. Nie wiem ile milionów, nie przyznał się, tylko trochę zsiniał. Łapówka, czy jak to nazwać, już sam nie wiem. W każdym razie zładowali z TIR-a jego golfa i zdobył swoją własność z powrotem. Z daleka patrzyłem, więc szczegółów nie widziałem…

– Dlaczego nie podszedłeś bliżej? – przerwała Janeczka z naganą.

– Bo miałem w wózku te jego torby. Jeszcze by tylko tego brakowało, żeby mu ktoś rąbnął ten uratowany majątek. Czułem się odpowiedzialny i na wszelki wypadek wolałem pilnować. Od niego się potem dowiedziałem, co tam było, ale też ogólnie, bo z powrotem jechaliśmy oddzielnie. Nie wiem, komu dokładnie dał kilkadziesiąt balonów, możliwe, że złodziejom. Nie dam głowy, czy nie ma tam jakiegoś podziału z celnikami, była mowa, że podobno strzelają…

– Kto do kogo?

– Złodzieje do każdego. Mafia. Celnik powiedział, że ma do wyboru: wziąć łapówkę i przepuścić kradziony towar albo stracić życie. On, jego żona i dzieci. Z dwojga złego woli pieniądze niż grób.

– Każdy by wolał – przyznała Janeczka. – Mafię widziałeś?

– A skąd mam to wiedzieć? Widziałem z pewnością. Jakieś podejrzane palanty tam się plątały. Drugi samochód odjechał w siną dal…

– Jaki drugi samochód? – zainteresował się Pawełek.

– Na tym TIR-ze były dwa wozy. Jego golf i mercedes. Golfa zabrał, a mercedes udał się w wojaż zagraniczny, bo nikt za niego nie chciał dać łapówki. I zdaje się, że oglądałem ciąg dalszy przedstawienia, dwa volkswageny przejechały, zwyczajnie, każdy z kierowcą w środku, na niemieckich numerach. Wyszło mi, że rąbnięte gdzieś na zachodzie i przez nas przejechały tylko tranzytem. Przeszły jak przez powietrze, chociaż ogólnie tłok tam panuje nieziemski, czyste piekło.

– Boże drogi! – powiedziała ze zgrozą ciotka Monika.

– Z tego, co mi zdążył powiedzieć… – kontynuował Rafał. – A mało tego było i pogmatwane, bo ciągle był zdenerwowany… W ogóle zaprosił mnie na kolację, a może to było śniadanie, do Przemyśla jechaliśmy razem, dopiero potem poleciał szybciej… Więc z jego gadania wnioskuję, że tam akcja idzie bardzo sprawnie. Celnicy tylko zęby zaciskają, a prawdę mówiąc, każdy się boi. I co właściwie mogą zrobić? Na tych złodziei nie ma paragrafu.

– Jak to nie ma? – oburzyła się pani Krystyna. – Co ty opowiadasz, kradzież to kradzież, złodzieja się łapie i karze!

– E tam. Każdy twierdzi, że wcale nie ukradł, tylko chciał się przejechać. Poza tym, ich się nie łapie, mam na myśli tych prawdziwych, tych mafiosów, którzy kradną na eksport. Łapie się tylko różnych głupków, gówniarzy i tym podobnych, w dodatku nieletnich, i zaraz po złapaniu są wypuszczani, bo nikt nie wie, co z nimi zrobić. A tamci, jak by tu powiedzieć… poważni złodzieje, mafijni, zorganizowani, podobno rzeczywiście strzelają albo dają takie łapówki, że oko bieleje. On tak mówił, ten facet, może przesadzał, ale w końcu tę polkę na granicy widziałem na własne oczy…

– Ależ to przerażające! – wykrzyknęła pani Krystyna, zdumiona i zaskoczona.

– A owszem, przerażające.

– I uciekają, tak? – odezwała się nagle milcząca od dłuższej chwili Janeczka.

– Co?

– Uciekają, mówię. Kradną samochód, wsiadają i odjeżdżają, tak? I zanim ten właściciel zawiadomi o kradzieży i zanim policja zacznie ich szukać, już są zupełnie gdzie indziej.

– W melinie – podsunął Pawełek. – Przebijają numery, zmieniają lakier cześć.

– Coś w tym rodzaju – przyświadczył Rafał, po lekkim wahaniu zgarniając na talerz ostatni kawałek sernika. – Ale to już druga sprawa…

– I te TIR-y z kradzionymi samochodami w środku jadą sobie od razu do granicy, przejeżdżają i już ich nie ma – kontynuowała w zamyśleniu Janeczka. – Byłoby może bardzo dobrze, gdyby nie mogły tak od razu sobie jechać i przejechać. Gdyby musiały się zatrzymywać, czekać… no… i tak dalej. I policja miałaby czas, żeby sprawdzić, co mają w środku. Taki kierowca TIR-a nie może być nieletni… I te inne ukradzione też… Na środku ulicy nie będą przecież zmieniać numerów i przemalowywać…

W oku Pawełka błysnęło nagłe zainteresowanie. Nic nie powiedział, bo usta miał pełne sernika, ale energicznie pokiwał głową. Rafał przełknął i popił herbatą.

– Znaczy, co właściwie masz na myśli?

– Może jakoś powinno się przeszkodzić im jechać…

Teraz przełknął już i Pawełek i gwałtownie poparł siostrę.

– A pewnie! Ten TIR w Powsinie… Zanim wsiedli i odjechali, zdążyłoby się Bóg wie co!

– Utrudnić – powiedziała zdecydowanie Janeczka i znów zamilkła, w zadumie patrząc w okno.

– I kto ma to robić? – spytał Rafał podejrzliwie.

Odpowiedzi nie usłyszał. Przy kuchennym stole zapanowała nagła cisza. Pani Krystyna poczuła w sobie wyraźny, gwałtowny niepokój.

– Och, jak ja bym chciała, żeby wasz ojciec już wrócił! – wyrwało jej się.

Janeczka porzuciła okno, Pawełek oderwał wzrok od kredensu. Obydwoje popatrzyli na matkę jakimś dziwnym wzrokiem.

– Bo co? – spytała Janeczka zimno i niemiłosiernie. – Zająłby się tym utrudnianiem?

– Nie – poprawił ją zgryźliwie Pawełek. – Wiem, o co chodzi. Trzymałby nas za rękę.

– Za rękę nas trzyma Chaber. Całkiem wystarczy. I czy my w ogóle coś robimy?

Ciotka Monika i pani Krystyna wymieniły spojrzenia. Rafał wypił do końca herbatę i podniósł się od stołu.

– Ja bym poszedł wcześnie spać – zawiadomił wszystkich. – Możliwe, że trochę jestem zmęczony. Na te tematy mogę znów porozmawiać jutro, a dzisiaj róbcie, co chcecie.

Pani Krystyna znalazła odpowiedź.

– Czy ja cokolwiek powiedziałam o was? – spytała z wyrzutem. – Wasz ojciec to jest mój mąż. Czy ja nie mogę chcieć, żeby mój mąż już wrócił?

– No dobrze, możesz chcieć – zgodziła się uprzejmie Janeczka. – Przyleci na święta. Nie mamy nic przeciwko temu. I, ostatecznie, też możemy wcześnie iść spać.

Zlazła z kuchennego stołka i z godnością skierowała się ku drzwiom. Pawełek pochylił się, zaglądając pod stół.

– Chodź, pieseczku – powiedział obrażonym tonem. – Będziesz nas trzymał za rękę…

* * *

– Dzieci, kupiłam samochód – oznajmiła z wielkim przejęciem pani Krystyna, wchodząc do kuchni, gdzie jej dzieci z własnej inicjatywy przyrządzały kolację. – O Boże, co to jest? Co wy robicie?

– Posiłek – odparł Pawełek, ujawniając przy tym lekkie rozgoryczenie. – Poświęcamy się.

– To ma być chińska potrawa – wyjaśniła Janeczka. – Próbowałam tego u Beaty i było bardzo dobre. Jeden jej wujek był w Chinach, właśnie wrócił i przywiózł przepis, ale możliwe, że coś mu się pomyliło, bo jakoś nam dziwnie wychodzi. Babcia uciekła, powiedziała, że nie będzie na to patrzeć.

– Mam nadzieje, że w skład przepisu nie wchodzą jakieś robaki? – powiedziała pani Krystyna z lekką obawą.

– Nie, chociaż powinny – uspokoił ją Pawełek. – Ale nigdzie w tym domu nie ma karaluchów, więc wzięliśmy krewetki.

– I tylko to mięso beznadziejne – uzupełniła z niezadowoleniem Janeczka. – Powinien być każdy kawałeczek oddzielnie, tymczasem zbija się w kupę i robi z siebie bałwany, chociaż smażę jak trzeba, na oliwie.

– A to…?

– To miało być ciasto. Oni robią z ryżowej mąki. Nie mamy ryżowej, wzięliśmy kukurydzianą. Możliwe, że ona jest trochę inna niż ta normalna. Ale i tak na końcu trzeba wszystko wymieszać, więc to właściwie nie ma znaczenia.

– I to chińskie rzeczywiście tak wyglądało…?

– Chińskie może trochę nie. Ale my to przerabiamy na pizzowate. Chińska potrawa w postaci pizzy, bo tego mięsa nie mogę porozdzielać i ryż się jakoś dziwnie ugotował. Więc będzie pizza po chińsku.

– A skąd w ogóle wziął się wam ten pomysł…?

Janeczka z widelcem w ręku odwróciła się od kuchni.

– Dla ojca. Wiemy doskonale, że z początku rzuci się na kotlety schabowe, na szynkę i chrzan, ale zaraz potem okaże się, że na przykład tęskni za egzotycznymi potrawami. Więc niech ma. Tobie brakuje czasu, sami coś wymyślimy i przygotujemy, i właśnie zaczęliśmy.

– Coś mu się należy za te wszystkie sirocca i trzęsienia ziemi, nie? – dodał Pawełek wspaniałomyślnie.

Pani Krystynie zdumiewająca uczynność dzieci wydała się ze wszech miar podejrzana. Trochę bezradnie rozejrzała się po licznych garnkach i talerzykach.

– Umyjemy potem wszystko – uspokoiła ją Janeczka.

Pawełek przypomniał sobie nagle, co matka powiedziała na samym wstępie. Porzucił salaterkę, w której coś mieszał, strącając trochę tego z łyżki na podłogę.

– Ejże! – zawołał z ożywieniem. – Co ty mówiłaś? Kupiłaś samochód? Czy ja się nie przesłyszałem?

– Nie przesłyszałeś się. Kupiłam. Nie nowy, dwuletni, ale bardzo mało używany. Przez znajome osoby, okazja, wyjątkowo tanio. Wprost darmo!

– Dlaczego darmo?

– Bo sprzedawała starsza pani, która sama nie umie prowadzić, jej mąż umarł, a ona wyjeżdża do rodziny w Australii. Na zawsze i w pośpiechu. Wraca do siebie, to Australijka z pochodzenia. A w dodatku zapłaci ojciec, bo tej pani pieniądze są potrzebne tam, a nie tu.

– No proszę! – wtrąciła Janeczka. – To tym bardziej temu ojcu coś trzeba…

– I co to za samochód? – przerwał jej Pawełek. – Jakiej marki?

– Volkswagen Golf! – powiedziała pani Krystyna dumnie.

Jej dzieciom zabrakło głosu. Obydwoje na moment znieruchomieli, a potem popatrzyli na siebie.

– I gdzie on jest w tej chwili? – spytała Janeczka podejrzliwie i niespokojnie.

– Stoi przed domem.

Jeszcze przez trzy sekundy w kuchni panował bezruch absolutny. Potem Pawełek zostawił salaterkę z mieszaniną, Janeczka porzuciła na kuchni garnek i patelnię, równocześnie runęli w drzwi. Chaber zerwał się, wyskoczył spod stołu, popędził za nimi. Zanim pani Krystyna zdążyła wymówić choć słowo, trzasnęły drzwi wyjściowe.

– Dzieci, buty… – powiedziała beznadziejnie.

Ruszyła ku wyjściu, zawahała się, obejrzała, wróciła i przykręciła gaz pod wszystkimi naczyniami. Znów się zawahała, po czym ostrożnie zaczęła wąchać bulgoczące na ogniu potrawy…

– Będziemy tu stali tak długo, aż ktoś się zainteresuje i przyjdzie tu jakaś inna osoba – zadecydował Pawełek z zaciętością, obchodząc w koło beżowego volkswagena. – Nawet żebym miał dostać czterech zapaleń płuc, a nie tylko jednego.

– Głupi jesteś! – rozgniewała się Janeczka. – Mogłoby zostać tylko jedno z nas, to po pierwsze, a po drugie, mógłby po nich iść Chaber. A w ogóle matka tu zaraz przyleci.

– Nie pamiętasz przypadkiem, gdzie jest klucz od bramy?

– To ty powinieneś pamiętać, sam go używałeś na Wielkanoc. Próbowałeś strzelać jakimś staroświeckim sposobem. Z klucza.

– I nawet mi się udało – pochwalił się Pawełek. – Ale rzeczywiście… A, już wiem! Położyłem go w szufladce w holu… Albo może mam go u siebie w pudełku… Albo… Zaraz…

– Na gwoździu nie wisi, tego jestem pewna.

– No nie… A tam, wielkie rzeczy, otworzy się wytrychem. A garaż…

Równocześnie obejrzeli się na dom. Fiat wujka Andrzeja stał sobie zwyczajnie na ulicy, prawie przed samym wjazdem. Zaraz za nim parkował maluch Rafała. Oba samochody wyglądały bardzo zniechęcająco dla złodziei, wiek malucha był wyraźnie widoczny, a wujek Andrzej specjalnie zrobił sobie wgniecenie na błotniku i pomalował dół drzwiczek czymś, co prezentowało się zupełnie jak rdza. Żaden nie był umyty i lśniący, Golf matki kontrastował z nimi wręcz przerażająco. Mimo lekkiego zabłocenia, blask bił od niego na całą okolicę.

– Nie ma siły, garażu trzeba będzie używać już teraz – westchnął Pawełek, zakłopotany i nieco przygnębiony.

Janeczka wzruszyła ramionami i pokiwała głową. Nikomu dotychczas nie chciało się wjeżdżać do środka, garaż stał pusty, o ile pustką można nazwać olbrzymią ilość kartonowych pudeł, które go zapełniały, a bramy nie otwierano wcale. Ciągle wszyscy mówili, że garażu zacznie się używać dopiero, kiedy ojciec wróci i przywiezie jakiś nowy, porządny samochód.

– Żeby chociaż cokolwiek innego, a nie Golf! – mruknęła z troską.

– A jakby go tak zostawić na wabia? – ożywił się nagle Pawełek. – I czatować? Moglibyśmy złapać złodzieja…

– Czy dostałeś pomieszania zmysłów? – zgorszyła się jego siostra. – Sam mówiłeś, i Rafał mówił, że to jest międzynarodowa szajka. Chcesz złapać całą szajkę? Tak tu będą przychodzili po jednej sztuce, żeby ci ułatwić?

– No nie… O rany, zimno. Czy tam nikogo nie obchodzi, że nas nie ma, bez butów i bez palta?

Okazało się, że jednak obchodziło co najmniej jedną osobę. Od strony domu dobiegło wezwanie matki. Żądała ich natychmiastowego powrotu tonem, który wskazywał, że to już nie są żarty. Janeczka podjęła decyzję.

– Idź i powiedz jej co trzeba, a ja tu poczekam z Chabrem. Potem się zamienimy, albo przynieś mi kurtkę i buty. I szukaj tego klucza.

Pani Krystyna dość łatwo zrozumiała, co się do niej mówi, uległa naciskom ze strony dzieci i zgodziła się nawet do otwierania bramy używać chwilowo wytrycha, klucz bowiem znikł i Pawełek nie zdołał go odnaleźć na poczekaniu. Zobowiązał się uroczyście załatwić sprawę jutro. Kartonowe pudła usunięto pod ściany i Golf zmieścił się na środku z łatwością, garaż bowiem przewidziany był na dwa samochody.

Pizza po chińsku wyszła nieco osobliwie, przypominała raczej naleśnik, ale dała się zjeść. Matka z wyraźnym zainteresowaniem dopytywała się, co nadaje jej ten lekko słodkawy smak, w zasadzie bowiem była to potrawa ostro-kwaśno-słona, aż wreszcie Janeczka zdradziła, że do rozprażonej cebuli dodała powideł ze śliwek. W myśl przepisu miała to być marynata z pigwy, ale marynaty z pigwy nie było. Babcia obiecała zrobić w przyszłym roku, bo pigwa rośnie w ogrodzie.

Podjęte zobowiązanie przygniotło Pawełka nieznośnym ciężarem, bo klucz od bramy znikł, przepadł i nie znalazł się nigdzie, a matka stanowczo żądała unormowania sytuacji. Nie było wątpliwości, że to on sam go zgubił, czy może schował tak porządnie. Należało to teraz nadrobić.

– No dobra, niech będzie, zmienię zamek – zadecydował posępnie późnym wieczorem. – Ten parszywy klucz nóg dostał i sam gdzieś poszedł. A taki był dobry!

– Do czego dobry? – zaciekawiła się Janeczka.

– Do strzelania. Jedyny klucz z dziurką! Do strzelania musi być z dziurką.

– Jak zmienisz zamek? Przecież to wszystko jest żelazne?

Pawełek lekceważąco wzruszył ramionami.

– Małe piwo. Dawno ci przecież mówiłem, że Bartka ojciec ma warsztat ślusarski, dwieście pięćdziesiąty raz powtarzam, co żelazne, to dla nas mięta. I nawet zamek dostanę tanio, oni tam mają tego na kopy. Nie musi być fabrycznie nowy.

– Stary będzie działał?

– Jeszcze jak! Specjalnie znajdziemy taki całkiem staroświecki, one były lepsze niż te nowe. Żeby się nawet do wytrycha nie nadawał!

Kumpel imieniem Bartek zamiłowania ślusarskie odziedziczył po ojcu i bardzo się zapalił do zaplanowanej pracy. Odnaleziony wśród rozmaitych rupieci zamek był ozdobny, potężny i nad wyraz skomplikowany. Istniał nawet klucz do niego, ale tylko jeden. Pawełek postanowił dorobić jeszcze ze dwa, głównie z tego względu, że pani Krystyna odmawiała noszenia w torebce przedmiotu, który nie mieścił się w niej i ważył blisko półtora kilo. Należało pozostawić bez zmian tylko pióro, główkę klucza zaś bardzo zmniejszyć, rezygnując z wymyślnych dekoracji.

Dwa popołudnia i wieczory zostały poświęcone temu zajęciu. Pawełek w posługiwaniu się szlifierką doszedł nawet do dużej wprawy, z Bartkiem jednakże nie mógł się równać. Głównie zatem pracował Bartek, Pawełek zaś ze szczerym zachwytem oglądał wszystko, co znajdowało się w tym przepięknym warsztacie.

– Ty, co to jest? – spytał z zainteresowaniem, obracając w palcach wąski i długi szpikulec z doskonałej stali narzędziowej. – Do czego?

Bartek rzucił okiem.

– To takie coś dla jednego takiego. Okazało się za długie i za grube, więc ojciec zrobił krótsze i cieńsze, a to zostawił, bo może się przydać. Właściwie to ja wymyśliłem, że może się przydać.

– A do czego było temu jakiemuś?

– Do parasola.

– Do czego? – zdumiał się Pawełek. – Do parasola? Wszystko inne bym powiedział, tylko nie to! Na co mu to w parasolu i niby gdzie to miał?

Bartek przerwał pracę, warkot szlifierki ucichł.

– Na końcu miał. Tam, gdzie parasol ma ten swój dzióbek. Dla obrony przed bandziorami, tak mówił. Rozumiesz, niby nic, parasol, starszy pan, za pryka go będą mieli i spróbują napadać. A on tylko to nadstawi i proszę. I rączkę miał taką na byka, więc było za co trzymać i naciskać.

Sięgnął po zamek i przymierzył klucz. Pasowało doskonale.

– Proszę. Jest. Jak w masło!

Pawełek, nic nie mówiąc, wziął do ręki podawane mu przedmioty. Pomysł starszego pana napełnił go bezgranicznym podziwem. Z lekkim roztargnieniem przekręcił kolejno oba klucze i z uznaniem kiwnął głową.

– A jak on to nosił? Ten parasol? Nie dziabał wszystkiego, co się napatoczyło?

– E tam, coś ty. Podpierał się zwyczajnie.

Pawełek odłożył na stołek zamek i klucz i znów ujął szpikulec.

– No to mu się przecież tępiło – zauważył krytycznie.

– Nic podobnego – odparł Bartek, składając porządnie narzędzia i czyszcząc warsztat pracy. – Miał taką nasadkę na to, specjalnie mu ojciec zrobił. A w ogóle mógł to całkiem odkręcać i wtykać zwyczajny parasolowy prztyk, bo było na gwint.

Pawełek właśnie stwierdził, że oglądany szpikulec ma drugi koniec nagwintowany. Zachwycił się jeszcze bardziej.

– A w ogóle, to ja ci powiem, że on chyba zełgał – ciągnął Bartek tajemniczo. – Bandziory bandziorami, a tak się jakoś przymierzał… Patrzyłem za nim, jak szedł, co tam patrzyłem, nawet lazłem za nim kawałek, nie żeby specjalnie, tylko akurat miałem wracać do domu. Wywijał sobie tym parasolem, podpierał się, rozmaicie, a jak przechodził koło jakiegoś samochodu, jak Boga kocham, mówię ci, tak się jakoś przymierzał do koła. Bliziutko podłaził, po samym krawężniku, spacerkiem, a parasolem, niech pieprzem porosnę, p każde koło próbował się podpierać!

Pawełek znieruchomiał.

– I co? – spytał z szalonym napięciem.

– I nic. Ale jakby nie miał nasadki i podpierał się gołym dziobem, to już by chyba te koła były z głowy. Ja tam nie wiem, ale coś mi się to wydało podejrzane…

Pawełkowi nagle roziskrzyły się oczy. W głowie zaświtał mu pomysł. Niejasny, mglisty, niesprecyzowany, właściwie był to tylko rozmazany zarys pomysłu, ale jednak zaświtał. Milczał jeszcze przez chwilę.

– I kto to był, ten gość z parasolem?

– Jeden taki wczesny emeryt. Nie wiem. Dużo do nas przychodzi, ojciec go zna.

Pawełek uczuł nagle gwałtowną potrzebę pogawędki z Janeczką. Znów zamilkł, pieczołowicie schował do torby zamek z trzema kluczami i przypomniało mu się, że to nie koniec roboty. Trzeba teraz ten zamek wmontować w bramę ogrodzenia. Nie uczynili tego wcześniej, bo łatwiej było próbować dorabianych kluczy, mając zamek pod ręką niż z każdą próbą latać do ich domu, a przez te dwa dni matka wolała wytrych niż olbrzymie i ciężkie żelastwo.

– Kiedy robimy? – spytał rzeczowo, potrząsając torbą.

– Bym wolał po dniu – odparł Bartek, z góry nastawiony na rzetelną pomoc do końca. – Jutro sobota. Możemy zaraz jutro.

Pawełek znów wziął do ręki odłożony na chwilę szpikulec.

– Dasz mi to? Albo mogę od was odkupić. Albo zamienić na co. Albo jeszcze nie tak, bo chyba trzeba będzie coś tam do tego dorobić, ale potrzebne mi to, rany boskie, jak wszystkie szatany świata!

Bartek nie wnikał w przyczyny, dla których komukolwiek mogłyby być potrzebne szatany w obojętnej ilości, nie przypuszczał też, że Pawełek ma na myśli trujący gatunek grzyba albo mocną kawę, porównanie rozumiał doskonale, zainteresowało go natomiast, do czego narzędzie mogłoby Pawełkowi służyć.

– Na co ci? – spytał podejrzliwie.

Pawełek już się nie zastanawiał.

– Jutro się dowiesz. Jak bym to wziął ze sobą, bo muszę pokazać jednej osobie, a jak szafa zagra, wszystko ci wytruję co trzeba.

– Dobra, bierz. O której się umawiamy?

– Jak najwcześniej. O dziesiątej na przykład. Na wszelki wypadek…

* * *