Tytuł dostępny bezpłatnie w ofercie wypożyczalni Depozytu Bibliotecznego.
Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej!
Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.
Książka dostępna w zasobach:
Miejska Biblioteka Publiczna w Oświęcimiu
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 318
Rok wydania: 1969
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
JAN GWIAZDOMORSKI
WSPOMNIENIAZSACHSENHAUSEN
DZIEJE UWIĘZIENIAPROFESORÓWUNIWERSYTETUJAGIELLOŃSKIEGO
6 XI 1939
9 II 1940
WYDAWNICTWO LITERACKIE KRAKÓW
Już podczas pobytu w Sachsenhausen my siałem o tym, by natychmiast po powrocie do domu spisać moje przeżycia w możliwie wiernym wspomnieniu. Postanowiłem sobie przedstawić nie tylko nasz pobyt w obozie, ale także sięgnąć wstecz i opowiedzieć genezę naszego aresztowania, sam fakt podstępnego zastawienia na nas pułapki i poszczególne etapy naszej drogi do obozu. Prawie bezpośrednio po powrocie do domu przystępuję do realizacji mego zamiaru.
Przy spisywaniu wspomnień natrafię z pewnością na pewne trudności, które wynikną z dwóch przyczyn. Naprzód, w pierwszym rozdziale pisać będę częściowo o wypadkach, które znam tylko z opowiadań, a nie z własnego przeświadczenia. Po wtóre, pisać muszę w całości z pamięci. Tymczasem, aby przedstawienie naszego pobytu w obozie koncentracyjnym dawało wyobrażenie o tym, jak nam tam było, powinno ono zawierać szereg szczegółów, bo wszakże z tych szczegółów składało się nasze życie, ich podanie zatem jest konieczną przesłanką stworzenia prawdziwego obrazu naszego bytowania w obozie. Otóż obawiam się, że wskutek zapomnienia szereg szczegółów pominę, przez co obraz straci na wyrazistości, a może nawet na wierności. Na to już jednak nie ma rady. Jedynym środkiem, zmierzającym do ograniczenia takich niepożądanych luk, jest możliwie rychłe spisanie wspomnień. Mam nadzieję, że nie zabierze mi ono zbyt dużo czasu.
W tym, co napisałem dotychczas, mieści się też usprawiedliwienie, dlaczego wspomnienia te spisuję. Nasze przejścia w Sachsenhausen opisze z pewnością szereg starszych i młodszych kolegów, ale w poszczególnych opisach znajdą się niewątpliwie braki, których przyczyny podałem w poprzednim ustępie. Im więcej ludzi spisze zatem swoje wspomnienia, tym pełniejszy obraz całości da się potem na podstawie poszczególnych opisów odtworzyć. Poza tym wchodzi w grę jeszcze czynnik osobisty. Wszakże moje przeżycia ja sam najlepiej dla siebie potrafię spisać. Pobyt w Sachsenhausen — jak zresztą i cały okres naszego pozbawienia wolności — jest zaś przeżyciem tak swoistym i tak szczególnym, tak ważnym i tak doniosłym, że trudno nie pomyśleć o utrwaleniu odniesionych wrażeń, zapisaniu przebiegu wypadków, zapewnieniu sobie możliwości zapamiętania tych chwil do końca życia.
***
Powyższe słowa skreśliłem w lutym 1940 roku.
Nie zawsze udaje się człowiekowi realizacja jego planów. Wspomnienia pisałem w 1940 r. do połowy maja i doszedłem w nich do strony 230. Potem różne wypadki i zajęcia oderwały mnie od nich. Z powodu coraz silniejszego terroru i coraz większej obawy rewizji musiałem później rękopis ukryć, tak że nie miałem do niego dostępu. Wydobyłem go z ukrycia dopiero po wypędzeniu Niemców z Krakowa, zaraz też zabrałem się do pisania.
Od maja 1940 r., kiedy spisałem przeważającą część wspomnień, do chwili obecnej upłynęło sporo czasu. Przeżycia nasze w tym okresie były niezmiernie bogate. Nic dziwnego, że pozostawiły one na naszej psychice bardzo silne ślady, które powodują, że nasz punkt widzenia na szereg spraw, nasz stosunek do różnych zjawisk, nasza reakcja na pewne fakty i przejścia są dzisiaj inne, niż byłyby przed 1 września 1939, czy w pierwszych miesiącach obecnej wojny. Z tego powodu pragnę tu podkreślić — oczywisty zresztą — fakt, że wspomnienia moje zamknięte są dwiema datami: 6 listopad 1939 — 9 luty 1940, odnoszą się zatem do okresu, w którym Niemcy zaczęli dopiero zaprawiać się w tych okrucieństwach, jakich przedmiotem byli Polacy w latach późniejszych w obozach koncentracyjnych w Oświęcimiu i w Majdanku. Z drugiej strony zwracam uwagę, że aresztowanie nasze było pierwszym masowym pozbawieniem wolności większej grupy Polaków, przeciwko którym nie usiłowano formułować jakiegokolwiek oskarżenia, było pierwszym zetknięciem się Polaków z niemieckim obozem koncentracyjnym. W związku z tym odczuwaliśmy nasz los osobiście, subiektywnie, szczególnie boleśnie i ciężko, bo raptowny skok od normalnych warunków życiowych sprzed wojny aż do wegetacji w Sachsenhausen był zbyt wielki i wskutek tego tym trudniejszy do zniesienia. Zresztą z pewnego punktu widzenia był nasz pobyt w Sachsenhausen cięższy nawet od pobytu w Oświęcimiu. Nie mogliśmy mianowicie dostawać paczek, wskutek czego tym silniej dawał się nam we znaki głód i chłód. To zaś, co wycierpieli na naszych oczach Ci, którzy w Sachsenhausen odeszli od nas na zawsze, przechodzi wszelką miarę i wszelkie wyobrażenie. Mam wrażenie, że pozbawienie ich życia przez rozstrzelanie musiałoby być uznane w ich cierpieniach za akt łaski.
We wspomnieniach moich starałem się przede wszystkim o ścisłość, wierność i dokładność. Nie siliłem się na tworzenie czy wywoływanie nastroju. Chodziło mi o rejestrację możliwie największej ilości faktów i przeżyć, o to, aby niczego nie ująć ani nie dodać, o stworzenie fotografii naszego pobytu w obozie. Pragnąłem być w moim opowiadaniu jak najbardziej obiektywny. Nie znaczy to jednak, abym chciał, czy choćby mógł, z wspomnień usunąć wszelką nutę osobistą. Było to dla mnie po prostu niemożliwe, bo nie potrafiłem oderwać się od własnych wrażeń i przeżyć, spojrzeć na nie z zewnątrz. Usunięcie nuty osobistej z mego opowiadania byłoby jednak, zdaje mi się, także i niepożądane, bo odebrałoby przedstawieniu naszych przejść wszelką bezpośredniość, uczyniłoby je bezbarwnymi, martwymi i nużącymi. Może też moi najbliżsi Koledzy wybaczą mi, że niejednokrotnie piszę o nich tak swobodnie i poufale, jak się do nich od lat w życiu codziennym przyzwyczaiłem zwracać, to jest po imieniu. Trudno mi jednak pisać o nich inaczej we wspomnieniach, w których pamięć naszego wzajemnego, tak bardzo serdecznego i przyjacielskiego stosunku jest mi tym bardziej droga. Czytelnik zaś, dla którego to lub inne określenie, czy samo wymienienie nazwiska, nie będzie dość jasne, zorientuje się łatwo na podstawie załączonego na końcu spisu aresztowanych, o kogo mi w danym ustępie chodzi.
Nieledwie dokładnie w pięć lat od naszego zwolnienia napisałem w tych wspomnieniach dzisiaj ostatnich słów kilka. Kończę je w chwili, kiedy Uniwersytet Jagielloński podjął prace około swej reorganizacji, a w niedługim czasie rozpocznie w pełni swą działalność naukową i dydaktyczną.
Kraków, dnia 7 lutego 1945
JAN GWIAZDOMORSKI
Pierwsze wydanie Wspomnień znikło z półek księgarskich w przeciągu kilku tygodni. Z różnych powodów dopiero teraz można je będzie oddać ponownie do rąk Czytelnika.
Wspomnienia spotkały się w 1945 r. — tu i ówdzie — z zarzutami, że podają za dużo szczegółów, są zanadto drobiazgowe, natomiast nie zawierają rysów syntetycznych, refleksji i ocen. Na to mogę tylko odpowiedzieć, że ten sposób ujęcia Wspomnień wybrałem świadomie i celowo. Były one — o ile się nie mylę — pierwszą próbą przedstawienia społeczeństwu polskiemu, czym był hitlerowski obóz koncentracyjny. Stąd moje staranie przede wszystkim o ścisłość, wierność i dokładność, o — powtarzam raz jeszcze — stworzenie fotografii naszego pobytu w obozie.
Można by może sądzić, że tak spisane wspomnienia są dzisiaj — kiedy literatura wspomnieniowa o obozach koncentracyjnych jest wcale bogata — zbędne. Nie wydaje mi się, aby tak było, i to z dwóch powodów.
Naprzód każdy obóz miał własny regulamin, w każdym inne panowały stosunki. Także i w jednym i tym samym obozie położenie więźniów — czy to z powodu objęcia obozu przez nowego komendanta, czy nawet wskutek samego upływu czasu i rozwoju wypadków wojennych — ulegało zmianie. Niewątpliwie także każdy więzień widział to, na co patrzył, innymi oczyma. Stąd wydaje mi się, że opis szczegółowy życia w konkretnym obozie, w konkretnym okresie czasu, konkretnej grupy więźniów, także i dzisiaj nie stracił aktualności.
Po wtóre dziś, z górą w osiemnaście lat od końca wojny, nasze przeżycia okupacyjne coraz bardziej zacierają się w pamięci i — co ważniejsze — coraz bardziej rośnie krąg osób, które nie widziały na własne oczy, nie doznały same tego, co Naród Polski wycierpiał w latach 1939—1945. Chodzi o młodzież, która niejednokrotnie nie chce wierzyć relacjom tych, którzy okupację przeżyli. Niechże wspomnienia, zawierające możliwie największą ilość szczegółów, wspomnienia-dokument, będą dla niej dowodem prawdy, któremu trudno będzie nie dać wiary.
To są powody, dla których w obecnym wydaniu Wspomnień wprowadziłem w stosunku do I wydania tylko nieznaczne zmiany i skreślenia.
Kraków, dnia 10 października 1963 r.
JAN GWIAZDOMORSKI
W związku z trzydziestą rocznicą naszego aresztowania moje Wspomnienia mają się ukazać po raz trzeci. Coraz bardziej oddalają się od nas wypadki w nich opisane, coraz bardziej czas zaciera w pamięci przejścia przeżyte w krótkim, ale jakże dla nas długim okresie około trzech miesięcy. Coraz nas mniej pozostaje przy życiu, z każdym rokiem ubywa z naszego grona kilka osób starszych lub młodszych — śmierć nie wybiera!
Spośród 183 osób aresztowanych w dniu 6 listopada 1939 r. nie żyje na pewno osób 123, spośród 102 osób zwolnionych w dniu 9 lutego 1940 r. na pewno nie żyje osób 75. Wymieniam liczby na pewno zmarłych, bo co do pozostałych nie można z pewnością twierdzić, czy wszyscy pozostają przy życiu. Z kilkoma osobami, które właściwie niczym nie były związane z Uniwersytetem Jagiellońskim i tylko przypadkiem wpadły w zastawioną na nas pułapkę, straciliśmy bowiem wszelki kontakt i zupełnie nie wiemy, jakie są ich losy.
Niniejsze wydanie Wspomnień ukazuje się w postaci prawie że nie zmienionej. Tylko w kilku miejscach dodałem pewne szczegóły, które uszły mej pamięci, a które przypomnieli mi niektórzy Koledzy. Jestem im za to szczerze wdzięczny.
Kraków, dnia 8 listopada 1968 r.
JAN GWIAZDOMORSKI
Część I
Rozdział I
W dniu 19 października 1939 Senat akademicki Uniwersytetu Jagiellońskiego na swym posiedzeniu postanowił otworzyć Uniwersytet w roku akademickim 1939/40, termin wpisów oznaczyć na czas od 23 października do 4 listopada 1939, nabożeństwo inauguracyjne na dzień 4 listopada 1939, zaś rozpoczęcie wykładów na dzień 6 listopada 1939. O tej decyzji miały być zawiadomione władze niemieckie w terminie i w sposób, które pozostawiono uznaniu rektora.
Decyzję swą otwarcia Uniwersytetu powziął Senat w poczuciu swego obowiązku wobec narodu i młodzieży. Chodziło o to, aby naszym studentom zapewnić możność kształcenia się i uchronić ich od straty roku — jak się potem pokazało: pięciu lat — a zwłaszcza od skutków tak fatalnie oddziałującej na psychikę młodych ludzi przymusowej bezczynności.
Dla ewentualnego uzasadnienia swej decyzji wobec władz niemieckich zamierzał Senat powołać się przede wszystkim na rozplakatowane w mieście ogłoszenie tychże władz, w którym — wobec zakończenia działań wojennych w Polsce i dążenia władz do przywrócenia normalnych stosunków — wezwano wszystkie instytucje i przedsiębiorstwa do podjęcia normalnej działalności.
Oczywiście, z decyzji swojej rozpoczęcia wykładów, seminariów i ćwiczeń, jednym słowem rozpoczęcia roku akademickiego, Uniwersytet od samego początku nie robił wobec nikogo, a w szczególności wobec władz niemieckich, żadnej tajemnicy. Było to zresztą niemożliwe, choćby ze względu na konieczność ogłoszenia wpisów.
I tak niedługo po posiedzeniu Senatu złożył rektorowi wizytę gen. Schumann, profesor jednego z niemieckich uniwersytetów i szef oddziału nauki w komendzie armii, wraz z adiutantem, czy towarzyszem swym, mjr. Menzlem, też profesorem uniwersytetu. Rektor zawiadomił ich o decyzji otwarcia Uniwersytetu, którą oni uważali za zupełnie naturalną, a na ich zapytania udzielił im szeregu informacji, po czym ci dwaj panowie w towarzystwie kwestora dra Matusa udali się na zwiedzenie pracowni uniwersyteckich w zakresie ich specjalności (fizyka, chemia). Po drodze, w rozmowie z Matusem, wyraził Schumann wątpliwość, czy warto otwierać Uniwersytet dla przypuszczalnie małej liczby studentów, na co Matus odpowiedział, że zapewnienie Uniwersytetowi większej ilości uczniów leży wyłącznie w mocy władz niemieckich. Jeśliby bowiem władze niemieckie zwolniły studentów-jeńców, miałby Uniwersytet w roku akademickim 1939/40 z pewnością normalną ilość słuchaczy. Tę uwagę Matusa Schumann polecił zanotować Menzlowi.
Z racji swego udziału w miejskiej radzie przybocznej widywał się rektor często z komisarycznym burmistrzem miasta — Zörnerem. Jemu także doniósł rektor o zamiarze Uniwersytetu rozpoczęcia normalnej działalności, co i Zörner uważał za rzecz zupełnie naturalną i rozumiejącą się sama przez się, czego najlepszym dowodem było to, że swoją akcją rejestracji państwowych funkcjonariuszy polskich, którzy — ze względu na spełnianie swych funkcji — mieli otrzymywać od władz niemieckich pobory, objął także i profesorów Uniwersytetu. Rektor widział się też z oficerem ordynansowym z dowództwa armii w Krakowie, profesorem uniwersytetu wrocławskiego, drem Hansem Kochem. I jego także zawiadomił rektor o uchwale Senatu, zapytując go zarazem, kogo z władz niemieckich należałoby zawiadomić o rozpoczęciu roku akademickiego. Na to ów pan odpowiedział zupełnie szczerze, że nie wie, kto tu jest właściwą władzą, a na uwagę rektora, że on, tj. rektor, zamierza udać się do Seyss-Inquarta, odpowiedział, że tak będzie najlepiej.
Z początkiem listopada 1939 doszło do wiadomości rektora, że w pałacu Pod Baranami, zatem w zarządzie cywilnym, urzęduje jakiś p. Wollsäger (jak się potem okazało, zastępca gubernatora dystryktu krakowskiego), który prowadzi sprawy szkolne. Wobec tego zwrócił się rektor do niego dwukrotnie na piśmie z prośbą o przyjęcie. Na te pisma rektor nie otrzymał jednak aż do naszego aresztowania żadnej odpowiedzi.
Również i wobec powiernika dla spraw majątkowych, którego Uniwersytetowi narzucono z końcem października, nie robiono z decyzji otwarcia Uniwersytetu żadnej tajemnicy.
Piszę o tym wszystkim dość obszernie, aby wykazać, jak dalece postępowanie ówczesnych władz akademickich, a w szczególności rektora UJ, Lehr-Spławińskiego, było ostrożne i podejmowane z pełnym poczuciem odpowiedzialności.
Z początkiem listopada 1939 r. otrzymał Uniwersytet okrężną — ale nie wiem jaką — drogą ostrzeżenie, że jakiekolwiek demonstracje czy obchody w dniu 11 listopada spotkają się z jak najsurowszymi represjami. Na posiedzeniu Senatu, odbytym jeszcze w październiku, postanowiliśmy — oczywiście nieoficjalnie — że na dzień 11 listopada wszyscy profesorowie odwołają swoje wykłady na przedpołudnie. W związku z otrzymanym ostrzeżeniem decyzja poprzednia okazała się nietrafną: odwołanie wykładów mogło być poczytane przez władze niemieckie za chęć traktowania dnia 11 listopada jako święta; nieodwołanie wykładów mogło doprowadzić do demonstracji młodzieży, które byłyby ją naraziły na bardzo poważne i dotkliwe represje. Wobec tego Mały Senat postanowił przełożyć termin rozpoczęcia wykładów z dnia 6 na dzień 13 listopada 1939. Nabożeństwo inauguracyjne postanowiono jednak odbyć w pierwotnie oznaczonym terminie, tj. w sobotę dnia 4 listopada 1939.
W dniu tym, o godz. 9 rano odprawił nabożeństwo inauguracyjne w kościele Św. Anny ks. biskup Godlewski. Po nabożeństwie dowiedziałem się od dziekana Woltera o wykładzie, którego mieliśmy wysłuchać w poniedziałek. Mianowicie w piątek wezwał do siebie rektora Obersturmbannführer (ranga podpułkownika) Müller i prosił go o urządzenie dla profesorów Uniwersytetu jego odczytu na temat stosunku Rzeszy Niemieckiej i narodowego socjalizmu do spraw nauki i uniwersytetów (ich möchte den deutschen Standpunkt in den Wissenschafts-und Hochschul frag en erörtern). Müller traktował rektora grzecznie, pytał się, czy urządzenie takiego wykładu nie jest niezgodne z polskimi przepisami, czy też może jest nie na rękę rektorowi itd. Rektor ułożył się z nim, że wykład odbędzie się w poniedziałek, dnia 6 listopada 1939, o godz. 12, w sali nr 66.
W ów pamiętny poniedziałek wyszedłem z domu około 10 rano z zamiarem załatwienia kilku spraw, a potem udania się do Uniwersytetu na ów wykład Müllera. Prawie punktualnie o godz. 12 szedłem ulicą Gołębią od ulicy Wiślnej w kierunku Uniwersytetu. Nagle ulicą Jagiellońską (od ulicy Szewskiej) zajechały przed Uniwersytet policyjne samochody ciężarowe, z których wyskoczyła duża ilość policjantów niemieckich. Niektórzy z nich weszli w ulicę Gołębią i zawrócili wszystkich przechodniów — a między innymi i mnie — w stronę ulicy Wiślnej. W tej chwili minął nas prof. Kumaniecki, oświadczając, że on idzie do domu, ponieważ pod wrażeniem niesamowitego zjawienia się policji niemieckiej zrobiło mu się słabo. I teraz zaczęła się tragikomiczna moja walka o wejście do Uniwersytetu. Nie dałem za wygraną. Wróciłem z powrotem w stronę Uniwersytetu i razem z profesorem Lande domagałem się przepuszczenia nas do Uniwersytetu. Pokazywaliśmy nasze legitymacje, tłumaczyliśmy, że idziemy na niemiecki wykład — wszystko na próżno; nasza próba wejścia do Uniwersytetu nie udała się: nasze tłumaczenia nie zrobiły na policjantach żadnego wrażenia. Spotkaliśmy tymczasem jeszcze prof. Ważewskiego, prof. Leję i adiunkta Turskiego, którzy wyszli z seminarium matematycznego (Gołębia 20), i wszyscy razem usiłowaliśmy raz jeszcze dostać się do Uniwersytetu.
Chcę tu wyjaśnić, dlaczego tak gwałtownie starałem się wejść do gmachu uniwersyteckiego. Kiedy dowiedziałem się o tym, że sławetny wykład Müllera ma się odbyć, wyraziłem wobec rektora Zolla wątpliwość, czy nie najlepiej byłoby wykład ów zignorować. Rektor Zoll — moim zdaniem słusznie — uważał moją myśl za bardzo niewłaściwą. Uznając od razu słuszność jego stanowiska, wyraziłem zapatrywanie, że jeśli już mamy na odczyt przyjść, to powinniśmy postarać się, aby przyszli wszyscy. Taką też agitację za gremialnym zjawieniem się rozwinięto u nas na prawie. Zjawienie się policji i otoczenie przez nią Uniwersytetu uważałem za środek ostrożności, przedsięwzięty przez Müllera w obawie przed demonstracją młodzieży. Natomiast nie przyszło mi nawet na myśl, by wobec nas zastosowano tak niski podstęp. Pokazało się, że moje bardzo złe wyobrażenie o Niemczech hitlerowskich było jeszcze o wiele za dobre.
Trzecia nasza próba wejścia do Uniwersytetu początkowo także się nie udała. Zwykły policjant był znów głuchy na nasze tłumaczenia i absolutnie nie chciał nas puścić. Nasz spór z policjantem spostrzegł pewien esesman (SS), podszedł do nas, zapytał się, kim jesteśmy, a po naszym wyjaśnieniu, że jesteśmy profesorami i idziemy na odczyt, kazał nas przepuścić i iść za sobą. Byłem przekonany, że zostaniemy wpuszczeni do gmachu. Tymczasem ów esesman podprowadził nas pod mur Uniwersytetu od ulicy Jagiellońskiej, kazał odwrócić się twarzą do ściany, stać nieruchomo, ręce złożyć na karku, po czym zaczęto po naszych kieszeniach szukać broni. Traktowano nas przy tym cały czas przez „ty” i zagrożono, że na wypadek ruszania się czy usiłowania prowadzenia rozmowy „dostaniemy za uszy”. Staliśmy tak może z dziesięć minut, podczas których słyszałem, że nasze towarzystwo ciągle się powiększa. Wreszcie kazano nam się odwrócić i spytano, którzy z nas są profesorami. Ciągle jeszcze sądziłem, że padliśmy ofiarą nieporozumienia, zgłosiłem się natychmiast, pokazując moją legitymację. Byłem naiwnie przekonany, że teraz wreszcie puszczą nas do gmachu. Stało się coś całkiem innego. Kazano nam mianowicie wsiadać do okrytego brezentem samochodu ciężarowego, który stał na rogu ulicy Jagiellońskiej i Olszewskiego, skierowany w stronę ulicy Olszewskiego. Wsadzono nas kilku do samochodu, kilka osób puszczono wolno. Wreszcie zrozumiałem, że stało się z nami coś niedobrego, ale ciągle nie bardzo wiedziałem, co z nami zrobią, bo nie miałem pojęcia o tym, co się tymczasem działo wewnątrz gmachu.
A oto jak wyglądały wydarzenia, zaszłe w gmachu uniwersyteckim:
Kilka minut przed godziną dwunastą zjawił się na Uniwersytecie Müller w otoczeniu licznych esesmanów. Rektor Spławiński oczekiwał go u siebie w gabinecie, gdzie znajdował się także rektor Zoll i kilku profesorów, między innymi dziekan Wolter. Müller wszedł wprawdzie do kancelarii rektora, ale po bardzo szorstkim przywitaniu się z nim opuścił ją, po czym obaj szybko wyszli na drugie piętro. Przed salą 66 rektor przedstawił Müllerowi rektora Zolla, wyraźnie podkreślając, że jest on członkiem Akademii Prawa Niemieckiego, na co Müller prawie że nie zareagował i rektorowi Zollowi — o ile mi wiadomo — nawet ręki nie podał. Potem odwrócił się do otaczających esesmanów i powiedział: „Możemy zaczynać”, po czym wszedł na salę, a za nim esesmani w czapkach, z karabinami. Oczywiście, zrobiło to na zebranych w sali niesamowite wrażenie i wywołało obawy co do przebiegu i zakończenia „odczytu”. Tymczasem Müller wyszedł na katedrę i rozpoczął swe przemówienie, które brzmiało mniej więcej w ten sposób: „Moje panie i panowie! Przez to, że usiłowaliście pracować w zakładach oraz prowadzić egzaminy, nie pytając nas o pozwolenie, przez to, że usiłowaliście otworzyć Uniwersytet, nie pytając nas o zgodę, daliście dowód, że nie orientujecie się zupełnie w sytuacji, w jakiej Uniwersytet się znajduje obecnie, i to co najmniej aż do końca wojny. Wasze usiłowania prowadzenia egzaminów i otwarcia Uniwersytetu są aktem złośliwym (böswillig) i wrogim (feindlich) względem Rzeszy Niemieckiej. Zresztą Uniwersytet Jagielloński był zawsze centrum propagandy antyniemieckiej. Uważajcie się za aresztowanych. Zostaniecie przewiezieni do obozu jeńców (wyraźnie: Gefangenenlager), gdzie będziecie pouczeni o prawdziwej waszej sytuacji. Pytań nie należy stawiać żadnych. Proszę, aby panie wyszły. Odtransportowanie zaczyna się natychmiast. Sądzę, że pan rektor zechce pochód otworzyć”. Następnie wywołano Olbrychta, którego natychmiast zwolniono, ponieważ był policji niemieckiej, jako profesor medycyny sądowej, ustawicznie potrzebny do sekcji sądowych.
Müller wyszedł, a esesmani zaczęli wyprowadzać zebranych i sprowadzać ich na dół. Od razu pokazało się, jakimi ludźmi są esesmani. Traktowali wszystkich przez „ty”, potrącali ich kolbami, popychali, zrzucali ze schodów, a kilku profesorów nawet pobili. Między innymi uderzono w twarz Stanisława Estreichera, Supniewskiego, rektora Zolla pchnięto kolbą w plecy itd.
Esesmanom nie wystarczyło jednak aresztowanie wszystkich obecnych na sali wykładowej. Rozbiegli się po całym gmachu Uniwersytetu, usiłując wejść do każdej sali, otworzyć każde drzwi, łapiąc każdego, kto się pod rękę nawinął. I tak aresztowano np. mgr Zygmunta Starachowicza, który przyszedł do naszego sekretariatu podjąć dyplom magistra praw. Zabrano także sekretarza naszego wydziału, Mikulskiego, jakby miał jakikolwiek wpływ na zasadnicze nastawienie Uniwersytetu i rzekomy antyniemiecki kierunek jego prac. Wpadł też razem z nami Witold Krzyżanowski, profesor Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego i doc. USB, który przyszedł do prof. Heydla porozumieć się w sprawie przeniesienia swej habilitacji z Wilna do Krakowa. Na schodach zabrano studenta III roku prawa Janusza Borkowskiego, dwudziestoletniego chłopca, który przyszedł do Uniwersytetu zobaczyć się z kolegami. Na korytarzu pochwycono ks. Nodzyńskiego, katechetę gimnazjum żeńskiego, które — wskutek zajęcia jego gmachu przez Niemców — odbywało naukę w gmachu Collegii Novi. W sekretariacie wydziału filozoficznego przytrzymano stud. fil. Lecha Hajdukiewicza, którego prof. Konopczyński przedstawił jako swego asystenta, czym wyrządził mu najgorszą przysługę, bo ta właśnie prezentacja zadecydowała o jego uwięzieniu. W poczekalni przed kancelarią rektora aresztowano naczelnika wydziału ministerstwa oświaty Ręgorowicza, b. naczelnika wydziału szkolnego w województwie śląskim, oraz nauczycieli gimn. Majchra z Chorzowa oraz Dadaka. Przytrzymano też kleryka Czesława Piętkę. W sali posiedzeń wydziału filozoficznego aresztowano wszystkich profesorów Akademii Górniczej. Tej ostatniej grupie muszę poświęcić słów kilka, ponieważ w aresztowaniu profesorów Akademii Górniczej przejawiła się jaskrawo bezpodstawność i nieprzemyślenie decyzji naszego aresztowania.
Mianowicie profesorowie Akademii Górniczej postanowili wprawdzie początkowo w zupełności zastosować się co do otwarcia roku akademickiego do decyzji Uniwersytetu Jagiellońskiego; potem jednak — wobec zajęcia gmachu Akademii Górniczej przez Niemców — zmienili swe zamiary, zamknęli wpisy i ogłosili, że Akademia Górnicza w bieżącym roku akademickim nie będzie otwarta. Aby nie tracić ze sobą kontaktu, profesorowie Akademii Górniczej postanowili schodzić się co pewien czas na zebrania, które miały mieć właściwie prawie wyłącznie prywatny charakter. Ponieważ zaś gmach Akademii Górniczej był zajęty przez Niemców, sprawujący funkcję rektora prof. Stella-Sawicki zwrócił się do naszego rektora o udzielenie na te zebrania lokalu w gmachu Uniwersytetu Jagiellońskiego. Nasz rektor dał im na ten cel salę posiedzeń wydziału filozoficznego. Pech chciał, że właśnie podczas naszego aresztowania przez Müllera profesorowie Akademii Górniczej odbywali swe pierwsze zebranie. Esesmani w pogoni za uniwersyteckimi „zbrodniarzami” wtargnęli także i na salę, w której siedzieli profesorowie Akademii Górniczej. Spytali się ich naprzód, kim są, a potem czy Akademia Górnicza pozostaje w jakimś związku z Uniwersytetem, czy też jest uczelnią od Uniwersytetu niezależną. Po uzyskaniu wyjaśnienia, że Akademia Górnicza jest szkołą akademicką samodzielną, już miano ich zwolnić, jednak esesman, który z nimi rozmawiał, po namyśle zatrzymał ich, a sam poszedł do Müllera, który polecił wszystkich profesorów Akademii Górniczej także aresztować.
Na ulicy zatrzymano dwóch młodych nauczycieli gimnazjalnych, Majewicza i Stępienia, oraz niejakiego J., wyraźnie niedorozwiniętego umysłowo. W sekretariacie pochwycono sekretarza Uniwersytetu, Ottmanna, natomiast puszczono kwestora dra Matusa. Nie zapomniano przy tym zabrać kasy Uniwersytetu, w której znajdowało się około 40 000 zł. W sali nr 66 aresztowano, z osób nie należących do Uniwersytetu Jagiellońskiego, prof. USB Franciszka Bossowskiego, który miał u nas wykładać zastępczo część prawa rzymskiego, dalej p. Zechentera, em. wiceprezesa sądu apelacyjnego w Katowicach, którego na „odczyt” Müllera zaciągnął prof. Chrzanowski, rektora Akademii Handlowej Żabińskiego, dalej nauczyciela gimn. Bilińskiego, inż. Pazdrę, którego na „odczyt” sprowadził rektor. Spośród profesorów, docentów, asystentów i lektorów UJ aresztowano łącznie osób 144, razem osób 183.
Aresztowanych na sali sprowadzono wśród potrąceń kolbami, kuksańców i wrzasków: Mensch schneller na dół i wpakowano do samochodów ciężarowych takich samych jak ten, w którym siedzieliśmy my, pochwyceni przed Uniwersytetem. Część z nich nawet wsadzono do tego samochodu, w którym siedzieliśmy my, tj. Jerzy Lande, Mysłakowski, Ważewski i ja. Byli to: rektor Lehr-Spławiński, prorektor Dziurzyński, dziekan Wolter, rektor Zoll i inni. Ktoś z siedzących w aucie słyszy, jak szofer rozmawia z policjantem i pyta się go, czy na wieczór zdążymy do Opawy.
Tak wyglądało nasze aresztowanie. Cała ta podstępna impreza oprócz podłości i brutalności zawierała w sobie jeszcze i sporą dozę bezsensu.
Naprzód auta policyjne zajechały przed Uniwersytet za wcześnie, za wcześnie także drogi do Uniwersytetu zostały zamknięte. W związku z tym kilku profesorów (Kumaniecki, Zakrzewski) do Uniwersytetu się nie dostało, kilku zaś — jak na przykład ja — dostało się tam tylko dzięki swojej przesadnej gorliwości. Po wtóre, policjanci nie byli pouczeni, o co właściwie chodzi, wskutek tego zatrzymywali i nie wpuszczali do Uniwersytetu tych, na których w tymże Uniwersytecie była zastawiona pułapka. W ten sposób policja niemiecka — mimo woli — oddała kilku profesorom dobrą usługę.
Trzeba wziąć pod uwagę, że zostaliśmy aresztowani — wedle słów samego Müllera — za to, że rozpoczęliśmy egzaminy i usiłowaliśmy otworzyć rok akademicki, nie pytając władz niemieckich o zezwolenie, oraz za to, że Uniwersytet Jagielloński był centrum agitacji przeciwniemieckiej. Otóż za te nasze „winy” mogli odpowiadać właściwie tylko członkowie Senatu, szerzej rzecz ujmując — wszyscy profesorowie zwyczajni i nadzwyczajni, w najszerszym ujęciu — także profesorowie honorowi i emerytowani. Jak zaś sprawa przedstawiała się w rzeczywistości, wyniknie z zestawienia kilku cyfr: aresztowano ogółem osób 183 (słownie: sto osiemdziesiąt trzy), z tego profesorów zwyczajnych i nadzwyczajnych UJ — 68, profesorów honorowych UJ — 6 i jednego profesora emerytowanego UJ. Razem aresztowano profesorów honorowych, emerytowanych, zwyczajnych i nadzwyczajnych UJ 75 na ogólną liczbę 183 aresztowanych. To znaczy: aresztowano w dniu 6 listopada 1939 razem z nami 108 (słownie: sto osiem) osób, które za nasze rzekome „winy” nie mogły ponosić w ogóle żadnej, ale to absolutnie żadnej, odpowiedzialności. Natomiast pozostawiono na wolności, i wcale się o nich nie pytano, tych profesorów, którzy na odczyt nie przyszli, jakkolwiek ci właśnie profesorowie przez swe nieprzybycie na zaproszenie rektora dali przecież wyraz swemu niechętnemu stosunkowi do władz niemieckich, podczas gdy my, którzyśmy na odczyt przybyli, zachowaliśmy się raczej „lojalnie”.
W końcu warto zaznaczyć, że tematem rzekomego odczytu Müllera miało być wyjaśnienie stosunku Rzeszy Niemieckiej i narodowego socjalizmu do spraw nauki i do uniwersytetów. Dopiero jeśli to wszystko, co się stało w dniu 6 listopada 1939, podciągnie się pod ten tytuł, staną przed nami: Rzesza Niemiecka i partia narodowosocjalistyczna we właściwym świetle.
Rozdział II
Po ulokowaniu wszystkich aresztowanych ruszyły samochody sprzed Uniwersytetu. Pojechaliśmy ulicą Olszewskiego, Wiślną w stronę kina Świt, potem Straszewskiego, Podwalem,, Karmelicką, aleją Słowackiego i ulicą Kamienną do więzienia na Montelupich. Tam, na dziedzińcu — notabene przy cudnej pogodzie — wyładowano nas z samochodów i ustawiono w piątki. Jak się przy tym z nami obchodzono, niech dowodem będzie tylko to, że traktowano nas wszystkich cały czas przez „ty”, a prof. Chrzanowskiego i prof. Smoleńskiego, którzy zdaniem esesmanów nie dość szybko się ustawiali, młody chłopak, w wieku najwyżej dwudziestu lat, uderzył z całej siły pięścią w bok. Zjawili się tłumacze, którzy jednak nie byli potrzebni, bo przecież wśród nas prawie wszyscy — z wyjątkiem kilku profesorów Akademii Górniczej — znali język niemiecki. Spisano nas partiami, po czym zaczęło się wprowadzanie nas do gmachu. Ja dostałem się do świetlicy więzienia na I piętrze, gdzie zamknięto nas ni mniej, ni więcej, tylko 70.
Świetlica ta ma wyraźnie kształt litery L. Stoją w niej stoły i ławy, na których siadają starsi. Są między nami pp. Zoll, Kutrzeba, Dziurzyński, Hoborski, Banachiewicz, Wolter itd. Za chwilę zjawia się tłumacz i zapowiada przesłuchanie, po czym prawdopodobnie nastąpi zwolnienie. Wolno palić. Powoli zaczynamy rozmawiać i snuć domysły co do naszych losów. Najbardziej pesymistycznie nastrojony jest Dziurzyński, który przeczuwa wywiezienie w głąb Niemiec na czas do końca wojny. Inni sądzą, że zostaliśmy schwytani jako zakładnicy na dzień 11 listopada, aby powstrzymać młodzież od demonstracji. Władek Wolter ciągle powtarza, że my dziś piszemy historię Uniwersytetu Jagiellońskiego i że dzień 6 listopada będzie po wieczne czasy naszym świętem. Co do naszych losów jest zdania, że wszystko zależy od tego, czy nas wywiozą, czy nie. Jeśli zostaniemy w Krakowie, będziemy siedzieć krótko, jeśli zostaniemy wywiezieni, będziemy siedzieć do końca wojny w jakimś obozie i nie wiadomo, czy stamtąd zdołamy powrócić.
Koło drugiej po południu wstawiono nam kubły, z których „więźniowie” zaczynają często korzystać. W świetlicy oglądamy wywieszone ilustracje, wycinki z gazet. Jakaż ironia losu — pełno fotografii spotkań Becka z Ribbentropem, Franka z Grabowskim i innych „flirtów” polsko-niemieckich. Panuje wśród nas atmosfera nudy i przygnębienia. Nagle sensacja: koło piątej otwierają się drzwi naszej izby i strażnik wpuszcza nam nowego towarzysza. To wiceprezydent miasta dr Klimecki. Swoim zachowaniem się w pierwszych dniach września, kiedy Niemcy zbliżali się do Krakowa, zasłużył sobie rzetelnie na uznanie i wdzięczność obywateli. W tych dniach tragicznych, gdy władze wojskowe i wojewoda kazali prezydentowi miasta opuścić Kraków, zabrać z sobą całą gotówkę z kasy miejskiej, straż pożarną, kiedy te same władze poleciły także i Klimeckiemu wyjechać, on jeden, rozumiejąc swe obowiązki wobec ludności i zdając sobie sprawę z zadań władz samorządowych — oświadczył, że nie wyjedzie, i rzeczywiście został. Niedługo po wkroczeniu wojsk niemieckich został aresztowany i był trzymany kilkanaście dni w więzieniu na Montelupich. Warto tu podać „przyczynę” jego aresztowania. Od wkroczenia wojsk niemieckich zwracał Klimecki uwagę władzom okupanta na konieczność — ze względu na bezpieczeństwo publiczne — pełnego oświetlenia miasta wieczorami. Władze wojskowe nie chciały się na to zgodzić, przeciwnie, utrzymały obowiązek zaciemniania miasta. Kiedy potem jednego dnia wieczorem został rzekomo — rzekomo, bo, tego nikt nie widział — zastrzelony żołnierz niemiecki, zjawił się u Klimeckiego oficer SS i zrobił mu awanturę, dlaczego Planty nie były oświetlone. Klimecki przedstawił wobec tego swoją bezskuteczną walkę przeciwko zaciemnieniu, w odpowiedzi na co ów oficer obsypał go stekiem wyzwisk, po czym aresztował go. Klimecki został zwolniony — zdaje mi się — z początkiem października, ale już dnia 6 listopada zjawił się u niego w mieszkaniu koło wpół do piątej po południu oficer SS, który mu oświadczył, że go potrzebują. Na zapytanie syna Klimeckiego oficer wyjaśnił, że nieobecność ojca potrwa prawdopodobnie nieco dłużej. Tym niemniej Klimecki poszedł tak, jak stał, nie biorąc ze sobą niczego. Po wejściu do naszej świetlicy udzielał nam informacji o tutejszych stosunkach, opowiadał nam swoje więzienne przeżycia, cieszył się ze znalezienia się w naszym towarzystwie (prawdziwa uprzejmość).
Koło wpół do ósmej wieczorem przyniesiono nam chleb. Byliśmy oczywiście wszyscy porządnie głodni. Po chwili wniesiono również dzban czarnej „kawy”, ale żadnych naczyń, które umożliwiłyby nam wypicie tego płynu. Pomimo to udaje nam się zorganizować rozdział kawy, na którą szereg kolegów starszych i młodszych ma wielką ochotę. Ci, co nam przynieśli chleb i kawę, wyrażają nam swe współczucie z powodu niewygody, w jakiej będziemy musieli spędzić noc, przy czym zapewniają nas, że jutro otrzymamy pomieszczenie lepsze i wygodniejsze. Oczywiście słowa te trudno nam traktować jako pociechę. Układamy się do snu, jak kto może. Kładę się z Władkiem Wolterem na ziemi. Szczęściem, że robimy to dość wcześnie, bo za chwilę brakuje miejsca na podłodze. Podkładamy na ziemi płaszcz Władka, przykrywamy się moim płaszczem i usiłujemy spać.
Na drugi dzień (tj. 7 listopada 1939) budzimy się rano i pierwszym naszym uczuciem jest ból wszystkich kości, skutek spędzenia nocy właściwie na gołej podłodze. Koło ósmej wyprowadzają nas na spacer po korytarzu, z którego okna wychodzą na ulicę Kamienną. Widzimy chodzących po ulicy ludzi, jadący tramwaj, wozy, samochody. Dziwne wrażenie ma patrzący na te rzeczy więzień. Podczas naszego spaceru trochę zamiatają świetlicę. Koło dziesiątej strażnicy więzienni zaczynają nas ponownie wyprowadzać partiami po dwudziestu. Dokąd — oczywiście nie wiemy. Nie wywołują nas po nazwisku, tylko wyliczają palcem tych, którzy w danej chwili stoją najbliżej drzwi. Wykorzystuję to i podstawiam się z Władkiem Wolterem tak, że dostajemy się do drugiej partii. Strażnik więzienny sprowadza nas na dół — na dziedziniec, gdzie odbierają nas esesmani, którzy ustawiają nas piątkami. Czekamy. Esesmani palą papierosy, śmieją się, ale ich swoboda jest nienaturalna; odnosi się wrażenie, jakby ich każdy gest, każdy krok był robiony w świadomości tego, że my na nich patrzymy. Wreszcie zajeżdża samochód ciężarowy, taki jakim jechaliśmy wczoraj, a za nim samochód osobowy, w którym siedzą esesmani z gotowymi do strzału karabinami. Wsadzają nas — oględnie się wyrażając — w mało uprzejmy sposób do samochodu ciężarowego i za chwilę jedziemy, oczywiście znowu w nieznane. Brezent zakrywa nam prawie szczelnie widok, pomimo to staramy się przez szpary zorientować, dokąd nas wiozą. Ruszamy ulicą Montelupich, Kamienną, potem wjeżdżamy w aleję Słowackiego, skręcamy w ulicę Mazowiecką. Dobrze! Prawdopodobnie nie wywożą nas. Ulica Mazowiecka nie jest arterią wylotową, a już w żadnym razie nie prowadzi na zachód. Zajeżdżamy przed koszary 20 pułku piechoty, wjeżdżamy na dziedziniec. Ale co to? Przed bramą stoją niektóre żony: p. Dąbrowska, p. Piwarska, p. Lepszyna. Widocznie w mieście już wiedzą, gdzie jesteśmy, a raczej gdzie będziemy. Potem dowiedzieliśmy się od kolegów, ulokowanych na Montelupich w innych pomieszczeniach (nawiasem wtrącę, że część z nas umieszczono w kaplicy, a innych w bóżnicy więziennej), których okna wychodziły na ulicę Kamienną, że już 6 listopada, zatem w dzień naszego aresztowania, po południu, spacerowały po ulicy Kamiennej córki rektora Kutrzeby.
Na dziedzińcu koszar wysiadamy z samochodu, esesmani przekazują nas wojsku. Oddychamy. Żołnierze (jak się potem okazało, byli to Austriacy) odnoszą się do nas bardzo uprzejmie, tytułują nas meine Herren, starają się możliwie złagodzić nasz los. Prowadzą nas na drugie piętro budynku, stojącego najbliżej toru kolejowego, wskazują nam pokoje i zapraszają do rozlokowania się w nich w ten sposób, w jaki uznamy za najprzyjemniejszy; przy tym zaznaczają, że chcą w granicach możliwości pozostawić nam swobodę. Wyraźnie w stosunku między nami a gestapo i SS stoją po naszej stronie. Gestapowców i esesmanów boją się jak ognia. Proszą nas, abyśmy im szli na rękę i stosowali się do ich zarządzeń i poleceń, zwłaszcza, abyśmy nie podchodzili do okien i nie dawali przez okna żadnych znaków i sygnałów. Dla ich nastawienia do reżimu hitlerowskiego znamienna jest następująca rozmowa: jeden z pilnujących nas żołnierzy spytał się któregoś z nas, za co zostaliśmy zamknięci. Zapytany odpowiedział na to, że właściwie nie znamy powodu naszego aresztowania. „To tak samo jak my; my też nie wiemy, za co tu siedzimy” — zakończył rozmowę żołnierz.
Lokuję się w sali 74. Jest to duża izba o osiemnastu łóżkach, do której dodatkowo wstawiamy jeszcze dla Macieja Starzewskiego łóżko dziewiętnaste. W izbie zostali pomieszczeni między innymi: Lande, Komornicki, Włodek, Różański, Marchlewski, Lehr-Spławiński, Pazdro, Maciej Starzewski, Władek Wolter, Dziurzyński, Ottmann, Zabłocki, Gaweł, Janik, Gołąb Józef. Któryś z nas pali w piecu, bo w sali jest zupełnie taka sama temperatura jak na dworze, a węgla mamy w bród.
W południe wywołują rektora Zolla — jako członek Akademii Prawa Niemieckiego — zostaje zwolniony. Dowiedziawszy się o tym, biegnę go odnaleźć. Niestety jest za późno. Przybiegam na schody w chwili, kiedy rektor Zoll w towarzystwie jakiegoś esesmana schodzi już na dół. Jak się później dowiedziałem, odwieziono go do gmachu Akademii Górniczej, gdzie przyjął go z wyszukaną grzecznością jakiś urzędnik, który rektora Zolla zna z kongresów w Niemczech, chociaż rektor go nie pamięta. Przeprasza rektora za aresztowanie, wyjaśniając, że stało się to tylko przez przeoczenie (nieprawda! wszakże rektor Zoll został Müllerowi wyraźnie przedstawiony jako członek Akademii Prawa Niemieckiego), wyraża przekonanie, że przy aresztowaniu byliśmy przyzwoicie traktowani, czemu rektor Zoll przeczy. Na to ów urzędnik, który chce być słodki, oświadcza, że ewentualne niewłaściwe zachowanie się policji trzeba złożyć na karb wojny, a przecież to każdy musi przyznać, że Niemcy wojny nie chcieli, że wojnę wywołali wyłącznie Polacy. Proponuje rektorowi wyrobienie audiencji u Franka, za co rektor Zoll „na razie” uprzejmie dziękuje. Chce rektora odesłać autem do domu, jednak i za to rektor dziękuje, wyjaśniając, że mieszka tak niedaleko, iż może zupełnie spokojnie zajść do domu piechotą (podaję wedle opowiadania, usłyszanego od rektora Zolla po powrocie).
Koło pierwszej po południu dostajemy menażki. Każdy z nas otrzymuje naczynie głębsze na płyn (kawę lub zupę) i płytkie na dokładkę, ale brak sztućców. Zaraz potem zaczynają wydawać nam obiad — żołnierski, ale smaczny i obfity. Mamy wielki kłopot z jedzeniem. Posługujemy się wystruganymi z drzewa pałeczkami, które jednak mało nam pomagają. Groch nabieramy na chleb i w ten sposób możemy go zjeść w zupełności. Mięso musimy trzymać palcami, bo porządnie twarde. Trudności maimy także z myciem menażek. Jedzenie było tłuste, a my mamy tylko zimną wodę. W dodatku moja menażka ma kształt wysokiej i wąskiej, a raczej płaskiej puszki, tak że w żaden sposób nie mogę jej dna dosięgnąć palcami.
Niepokoję się o dom. Boję się rewizji. Wprawdzie w mieszkaniu nie ma nic prawdziwie kompromitującego, ale jednak mam pewne obawy „polityczne”. Pech chce, że właśnie parę dni przed moim aresztowaniem pożyczyłem od kogoś zeszyt „Revue de deux mondes”, w którym był artykuł o współczesnych Niemczech. Zeszyt ten leży u mnie na nocnym stoliku. Dzień przed moim aresztowaniem, tj. 5 listopada, słuchałem wieczorem radia londyńskiego. Na naszym cudem uratowanym aparacie stoi wskutek tego wskazówka właśnie na Londynie. Na biurku leży zeszyt „L’Européen”, przysłany mi przez p. André Gardot, adwokata z Angers. W zeszycie tym znajduje się opis odbytego z końcem maja w Warszawie zjazdu grup francusko-polskiego porozumienia prawniczego, gdzie został odczytany mój referat o polepszeniu losu dziecka nieślubnego i jego matki. W zjeździe tym z powodu choroby nie mogłem wziąć udziału. — Marzę o tym, aby w jakiś sposób dać znać żonie, by odniosła, gdzie należy, „Revue de deux mondes”, a zwłaszcza, by przestawiła wskaźnik na aparacie radiowym.
Koło trzeciej koledzy, pomieszczeni w salach, z których widać bramę koszarową, dają znać, że przed bramą zaczyna zbierać się tłum pań i dzieci: to nasze żony wraz dziećmi przyszły zobaczyć się z nami i wręczyć nam paczki. Moszew mówi mi, że mu się zdaje, iż widział moją żonę. Biegnę do okna i ze wzruszeniem widzę ją, dźwigającą ogromną pakę, zawiniętą w zielony papier. Pierwszy raz odczuwam ciężko, że jestem pozbawiony wolności. Odchodzę od okna, by zrobić miejsce innym kolegom, którzy też chcą wymienić spojrzenia ze swymi bliskimi. U nas — pomimo zakazów i ostrzeżeń — we wszystkich oknach tłoczno, wszyscy chcą się w jakiś sposób porozumieć z osobami czekającymi na dole. W pewnej chwili wartownik, chodzący pod naszymi oknami od strony toru kolejowego, strzela niby to w nasze okna, mierzy jednak wyraźnie tak wysoko, aby kula poszła ponad dach.
Koło wpół do piątej zajeżdżają esesmani. Sprowadzają nas na dół i ustawiają naprzeciwko wpuszczonych do koszar i ustawionych szeregiem naszych żon. Kolejno wywołują nas, każdy podchodzi, z drugiego szeregu podchodzi osoba, która przyniosła paczkę. Paczkę rewiduje esesman, po czym wręcza się ją „aresztantowi”. Robi się zamieszanie, nieporządek, rewizja przeprowadzana jest powierzchownie, a co najważniejsze w zamieszaniu można z żoną kilka słów swobodnie zamienić. W mojej paczce jest aparat do golenia. Ponieważ widzę, że aparaty do golenia zatrzymują, proszę żonę, by mi aparat do golenia wrzuciła do kieszeni od płaszcza. Pytam się esesmana, czy można odebrać w paczce aparat do golenia. Odpowiada, że żadnych ostrych rzeczy dostarczać nam nie wolno, a zatem i aparaty do golenia są dla nas przedmiotami zakazanymi. Tu nawiasem dodaję, że niektórym z kolegów przy rewizji aparaty do golenia milcząco przepuszczono, niektórym zaś nawet na przyjęcie żyletek w pakunkach wyraźnie zezwolono.
Tymczasem zrobiło się zupełnie ciemno — zaczynają wydawać nam kolację, którą zjadamy, po czym na ogół w optymistycznym nastroju rozmawiamy. W jednym pokoju znalazła się nawet talia kart do bridża. Koło dziewiątej wieczór kładziemy się spać na pojedynczych łóżkach na siennikach. Wydają się nam one idealnie wygodne po nocy spędzonej na podłodze w więzieniu na Montelupich.
Na drugi dzień rano budzimy się dość późno. Nikt nas nie wygania z łóżek, nikt się nami nie interesuje, trzeba jednak wstać, aby wziąć śniadanie. Zaczynamy się organizować. Każdy pokój wybiera swego komendanta. U nas zostaje nim Władek Wolter, ja mam być jego pomocnikiem. Naczelnym naszym organizatorem zostaje Frančić, lektor języka serbsko-chorwackiego i wizytator krakowskiego okręgu szkolnego. Przez niego porozumiewają się nasze „władze” z nami i my z „władzami”. Pośrednikami między nami a Frančiciem są oczywiście komendanci poszczególnych sal. Sprzątać salę mamy sami. Tylko korytarze, łazienki i klozet sprzątają żołnierze-Polacy, jeńcy. Oni także przynoszą nam węgiel do palenia w piecu. Kolejność sprzątania ustalamy w naszej sali w ten sposób, że co dzień sprząta na zmianę dwóch, po jednym z każdego szeregu łóżek spod okna i spod ściany. Wobec tego w pierwszy dzień sprzątanie wypada na Jerzego Landego i mnie. Polega ono na starciu stołów i zamieceniu sali rozlatującą się miotłą. Zaraz rano rozdają nam bardzo zgrabne miseczki na jedzenie oraz sztućce, w tym nowiuteńkie i bardzo ostre noże; tak w Niemczech hitlerowskich wygląda konsekwencja i celowość działania.
Myjemy się w dwóch łazienkach, położonych na dwóch końcach korytarza, w wodzie zimnej. Po myciu miła niespodzianka: wypuszczają nas na dół na dziedziniec koszarowy na spacer. Wolno wprawdzie chodzić tylko po tym dziedzińcu i posterunki pilnie dozorują, abyśmy się nie zbliżali do ogrodzenia i nie usiłowali porozumiewać się ze światem zewnętrznym, ale za płotem nie ma nikogo i żaden z nas nie ma wskutek tego zamiaru przekraczać granic wyznaczonego nam na spacer terenu. Dzień jest cudny, ciepły — z prawdziwą satysfakcją wygrzewamy się na słońcu.
Koło jedenastej przychodzi nas odwiedzić dr Ciećkiewicz, delegat Polskiego Czerwonego Krzyża. Wypytuje się o nasze postulaty, a przede wszystkim zamierza wszcząć starania o zwolnienie chorych i starszych profesorów. Sporządza spisy profesorów honorowych i emerytowanych, profesorów mających przeszło lat 70 oraz chorych. Przynosi nam także pewne wieści z zewnątrz. Wypytujemy go oczywiście zwłaszcza o to, kiedy zostaniemy zwolnieni. Zdaniem Ciećkiewicza zostaliśmy aresztowani jako zakładnicy na dzień 11 listopada 1939. Zwolnieni zostaniemy prawdopodobnie 12 lub 13 listopada 1939. Te wyjaśnienia dość dobrze harmonizują z tym, co powiedział nam Müller. Jesteśmy bowiem wprawdzie w koszarach, ale w tych koszarach siedzieli do niedawna polscy oficerowie jako jeńcy wojenni. Koszary te mogły tedy być zupełnie dobrze nazwane obozem jeńców. Müller podał nam wprawdzie inne powody naszego aresztowania, ale to naprzód dlatego, aby nie przyznawać się, że władze niemieckie boją się polskiej młodzieży akademickiej, po wtóre, aby nas zastraszyć. Nawet nasi pesymiści skłaniają się do przyjęcia zapatrywania, że nasza niedola wnet się skończy.
Podczas bytności Ciećkiewicza zjawił się w koszarach niejaki dr Arlt, Niemiec, aby zaproponować Stołyhwie zwolnienie i współpracę. Wraz ze Stołyhwą mieli być do współpracy wciągnięci Smoleński i Dobrowolski. Jedynym warunkiem zwolnienia było podpisanie deklaracji, zobowiązującej do nieprowadzenia działalności politycznej. Pomimo to Stołyhwo odmawia z tym uzasadnieniem, że nie może przyjąć zwolnienia, jeśli aresztowani razem z nim koledzy mają zostać uwięzieni. Nie wątpię, że szlachetną postawę Stołyhwy zachowamy na długo we wdzięcznej pamięci.
