Wspomnienia z Prus Wschodnich - Hans von Lehndorff - ebook
NOWOŚĆ

Wspomnienia z Prus Wschodnich ebook

Hans von Lehndorff

0,0

24 osoby interesują się tą książką

Opis

Spojrzenie w przeszłość członka konserwatywnego arystokratycznego niemiec­kiego rodu związanego od wieków z Prusami Wschodnimi, sięgające czasów między I wojną światową a połową lat 30. XX wieku. Mitologizująca dzieciństwo, młodość i rodzinę opowieść o codzienności ludzi przywiązanych do natury i za­fascynowanych końmi, o życiu prowadzonym w wiejskiej rzeczywistości usytu­owanej jakby na marginesie nowoczesności, gdzie pod powierzchnią działają siły, które wkrótce mają wynieść nazistów do władzy i przynieść rozpad pozornie sie­lankowego świata.

Ponieważ brat mojego ojca nie założył rodziny, a czterej moi bracia nie przeżyli wojny, nadeszłaby moja kolej, aby przejąć Steinort – bezprzedmiotowe, a zatem zbyteczne rozważanie po utracie Prus Wschodnich. Nadaje ono jednak dzisiejszym odwiedzinom tych starych miejsc dodatkowy urok. Przechodząc z moimi synami przez park, który jest całkowicie zdziczały i zarośnięty, ale w którym wciąż istnieją dębowe aleje, zasadzone prawie 400 lat temu, przeżywam w sobie koncentrację wszystkiego, co wypełnia treścią określenia Prusy, ojczyzna, rodzina.

Hans von Lehndorff, „Wspomnienia z Prus Wschodnich”

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 463

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Hans Graf von Lehndorff, Menschen, Pferde, weites Land. Kindheits- und Jugenderinnerungen (Ludzie, konie, rozległa kraina. Wspomnienia z dzieciństwa i młodości)

© Verlag C.H.Beck oHG, München 2021

© Copyright for this edition by Fundacja Ośrodka KARTA, 2025

© Copyright for the Polish translation by Magdalena Lobert, 2025

TŁUMACZENIE Z NIEMIECKIEGO Magdalena Lobert

REDAKCJA Hanna Antos

WSPÓŁPRACA REDAKCYJNA Filip Lorent

KWERENDY IKONOGRAFICZNE Ewa Kwiecińska

OPRACOWANIE GRAFICZNE SERII

Zdjęcie Na okładce Trakehnen (Trakeny). Wyprawa na polowanie. Fot. Walter Raschdorff / z książki Im Land der Pferde Trakehnen, 1942 / Bildarchiv Ostpreußen

DOFINANSOWANO ZE ŚRODKÓW

Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury

WYDANO Z FINANSOWYM WSPARCIEM

Fundacji Współpracy Polsko-Niemieckiej

HERAUSGEGEBEN MIT FINANZIELLER UNTERSTÜTZUNG

der Stiftung für deutsch-polnische Zusammenarbeit

PARTNER WYDANIALehndorff-Gesellschaft Steinort e.V.

Wydanie I

Warszawa 2025

ISBN 978-83-67820-49-3

WYDAWCAFundacja Ośrodka KARTA ul. Narbutta 29, 02-536 Warszawatel. (48) 22 848-07-12kontakt do wydawnictwa: [email protected] dystrybucja: [email protected] ksiegarnia.karta.org.pl karta.org.pl

Fragment

Graditz

Trakehnen I

Trakehnen II

Januschau

Steinort

Czas studiów

Poznałem Hansa von Lehndorffa, czyli o tym, że historia nie ma końca - Robert Traba

Przypisy

Ilustracje

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

GRADITZ

Nim wody Łaby wpłyną do starego ufortyfikowanego miasta Torgau, z którego centrum wyrastają widoczne już z daleka wieże zamku Hartenfels, przenikają łagodnymi zakolami rozległe łąki. Pojedyncze prastare topole stoją tu niczym symbole ubiegłego czasu. Tutaj, niedaleko wschodniego brzegu rzeki, po drugiej stronie zapory na Łabie, leży Graditz, miejsce mojego urodzenia. To tu spędziłem pierwsze dwanaście lat życia, ponieważ ojciec mój był wówczas kierownikiem Stadniny Głównej Królestwa Prus w Graditzu1. On sam również przyszedł na świat w tym miejscu, gdyż jego ojciec, którego później został następcą, przejął kierownictwo nad stadniną w 1866 roku.

Mieszkaliśmy w barokowym pałacu, wzniesionym przez Augusta II Mocnego, elektora Saksonii i króla Polski, który stanowił centrum miejscowości. Zbiegały się tam trzy szerokie aleje lipowe, środkowa z nich o długości 500 metrów. Na jej końcu można było dostrzec w oddali wieże Torgau. Pomiędzy alejami rozciągał się przestronny park, a za nim liczne wybiegi, zacienione przez kasztanowce. Nawet dziś wiele klaczy pełnej krwi angielskiej i ich źrebiąt spędza tam znaczną część życia.

Po drugiej stronie pałacu rozległe stodoły otaczają duży prostokątny dziedziniec. Wjeżdża się na niego przez położoną naprzeciwko pałacu bramę, okoloną ciosanymi kamieniami i wbudowaną w spichlerz. Atmosfera tego dziedzińca, jego dźwięki i zapachy, bicie zegara wieżowego, sporadyczne rżenie koni, brzęk łańcuchów, tętent końskich kopyt przy wjeździe powozu – tworzą fundament moich dziecięcych wspomnień.

Miejsce to, jak wspomniałem, zamieszkiwały trzy pokolenia mojej rodziny, a my, dzieci, uważaliśmy je w mniejszym lub większym stopniu za własną, prywatną posiadłość. Wyobrażenie to było żywe, a wzmacniał je sposób życia z ludźmi, którzy związani byli ze stadniną. Relacje z nimi nie odróżniały się zasadniczo od tych, jakie powszechne są na wielkich dworach. Wzajemne zaufanie, szacunek i uznanie wobec ludzi na różnych stanowiskach, którzy służą wspólnej sprawie, były oczywistościami, z jakimi dorastałem. W stadninie rasowej, takiej jak w Graditzu, miejsce znajdą jedynie ci, którzy w pracę z końmi wkładają całe swoje serce, towarzysząc ich karierom z sympatią, od końskich narodzin aż do próby wytrzymałości na hipodromie, a później w drodze przez lata, gdy służą hodowli. Poczucie wspólnoty jest szczególnie silne, gdy nikt z zainteresowanych nie może domagać się znaczącego prawa własności do koni. Jednak każdy ma ten sam, bezpośredni, a zarazem odległy z nimi związek. Stadnina należała bowiem, jak już wspomniałem, do Królestwa Prus i miała za zadanie osiągnąć jak największy sukces w ulepszaniu krajowej hodowli koni. Wówczas, przed I wojną światową, gdy rolnictwo i wojsko dopiero zaczęły wprowadzać motoryzację, koń odgrywał znaczącą rolę, dlatego też podejmowano wszelkie działania, by jego jakość stale rosła.

Moje rodzeństwo i ja od samego początku uczestniczyliśmy w procesie hodowli i śledziliśmy go z zainteresowaniem. Było nas sześcioro – pięciu braci i siostra – a my, czterej najstarsi bracia, w tym ja jako drugi, przyszliśmy na świat w ciągu czterech lat, więc w dorosłości niewiele się od siebie różniliśmy. Fakt ten stworzył podstawę do konkurencji i rywalizacji między nami w sprawach związanych z końmi.

Największym zainteresowaniem cieszyły się przede wszystkim zwierzęta rozpłodowe. W Graditzu znajdowały się ogiery, niektóre bardzo wysokiej klasy, które zakupiono w Anglii i Francji, przede wszystkim Ard Patrick, jeden z najlepszych koni wyścigowych tamtych czasów. Wkrótce po przełomie wieków kosztował on już zawrotną sumę 20 tysięcy gwinei, a więc 420 tysięcy marek, dlatego zarówno my, jak i wszyscy mieszkańcy Graditzu patrzyliśmy na niego z ogromnym podziwem. Przed wejściem do jego stajni zawsze panowało niecierpliwe oczekiwanie, zwłaszcza jeśli towarzyszyli nam goście, którzy jeszcze go nie znali. Jak on się zaprezentuje? Niepokój ten w rzeczywistości był bezpodstawny, gdyż nigdy nie pokazano go inaczej niż z najstaranniej wyszczotkowaną, lśniącą jak lustro sierścią. Wyglądał jak koń kary, ale ponieważ miał brązowawy punkt na pysku, określano go ciemnogniadym. Obok niego stał niemal równie wysokiej klasy Braune Nuage o jasnogniadym umaszczeniu, kupiony przez mojego ojca dla Graditzu w 1910 roku, w roku mojego urodzenia, we Francji, po zwycięstwie Grand Prix w Paryżu. Oba ogiery były wnukami niepokonanego konia o imieniu St. Simon, jednego z potężniejszych reproduktorów hodowli rasowej na świecie.

Jako trzeci dołączył do nich, kupiony w Anglii, ciemnogniady Dark Ronald, który cieszył się tak wielkim poważaniem stajennych, jakiego Graditz jeszcze nigdy nie widział. Udowodnił on nawet, że przeważał nad pierwszymi dwoma w kwestii dziedziczenia zdolności wyścigowych. Poprzez swoich synów wyraźnie zdominował późniejszą niemiecką hodowlę koni rasowych. Nie łączono tych cennych ogierów jedynie z klaczami z naszej stajni, lecz także z tymi najlepszymi i najbardziej sprawdzonymi z hodowli prywatnych. Wobec tych okoliczności klacze pozostawały w Graditzu najczęściej na kilka miesięcy, poznawaliśmy je więc i w ten sposób mogliśmy obserwować przebieg hodowli w całych Niemczech.

Najbardziej interesujący czas pod względem hodowlanym przypada na pierwsze cztery miesiące roku, gdyż to właśnie wtedy na świat przychodzą źrebięta. Zaglądaliśmy często do wydłużonej stajni, gdzie przebywały źrebne klacze, i jeśli przed drzwiami boksu z żelaznymi kratami leżała wełniana kołdra, chroniąca przed przeciągiem, wiedzieliśmy już, że narodziło się tam źrebię. Napięcie rosło aż do momentu jego fachowej oceny. Mianowicie, jeśli chodzi o budowę ciała, nowo narodzone konie najłatwiej ocenić, ponieważ ich wady czy słabe punkty w tym stadium wpadają w oko najbardziej. Z czasem wiele rzeczy zrasta się tak, że jedynie doświadczony fachowiec jest w stanie wydać właściwy osąd.

Na końcu stajni dla klaczy można było odczytać powiedzenie, które powstało po sparafrazowaniu przez mojego dziadka jednego ze znanych cytatów Goethego. Kazał je namalować na białej ścianie tak, aby było widoczne z daleka. „Krew to posoka, która czyni okaz”2, mogliśmy przeczytać. I podobnie jak dziadek do dziś jestem przekonany, że koń pełnej krwi angielskiej jest najszlachetniejszym i najpiękniejszym zwierzęciem, jakie zostało stworzone.

Najważniejszą klaczą każdego roku była córka Arda Patricka, Antwort, właściwie kara klacz o niezwykłej krzywiźnie żeber. Alveole, matki jej i dużej części niemieckiej hodowli rasowej, nigdy nie poznałem. Antwort, będąca również dobrym koniem wyścigowym, wraz z Nuage dała życie wielu koniom pierwszej klasy, takim jak Anschluss, Adresse, Aversion, Alpenrose. Ich córki oraz wnuczki stały się matkami dalszych wybitnych koni wyścigowych. Oprócz niej Ard Patrick spłodził jeszcze dwie córki o szczególnej wartości, Granadę i Hornisse, matki zwycięzców derbów. Później pojawiły się jeszcze cztery kasztanowe klacze – Glosse, Grita, Leda i Fama – ostatnia to siostra Antwort. Nosiły niemieckie imiona, ponieważ wszystkie urodziły się już w Niemczech. Ich matki pochodziły jednak po części z Anglii, zostały zakupione przez mojego dziadka w ojczyźnie wyścigów konnych. Ich niezrozumiałe dla nas imiona bardzo nas fascynowały. Oburzaliśmy się, gdy odwiedzający, naszym zdaniem, źle je wymawiali. Były to imiona tajemnicze – jak Lady Gay Spanker, Girton Girl, Costly Lady, Stubhampton – które sugerowały szczególnie znamienne pochodzenie. Wyjątkowo wyraźnie w pamięci mam dwie ostatnie z wymienionych. Wśród zagranicznych klaczy, które przez cały rok przysyłano do Graditzu, znajdowało się niezrównanie więcej tych z zagranicy, których imiona również wydawały nam się szczególnie atrakcyjne. Do tych, które powtarzały się każdego roku, zaliczały się Our Favorite, Lady Dundas, Per Adventure, Fastrada i tym podobne. Ich źrebięta zawsze budziły duże zainteresowanie i porównywano je do miejscowych.

Klacze, które nie spodziewały się źrebiąt w danym roku, umieszczano w stajni letniej, stojącej pośrodku wybiegów po drugiej stronie tamy na Łabie. Tam wydawały się czuć wyjątkowo swobodnie. Gdy ktoś je odwiedzał, zaczynały rżeć i galopować wokół, nawet najstarsze z nich potrafiły wtedy brykać, choć nikt by się tego po nich już nie spodziewał. To właśnie tam mogły rozwijać swoje osobowości, cieszyliśmy się więc razem z nimi, że nie zawsze musiały przebywać w stajni, gdzie rodziły źrebięta.

To, co prowadzi do powstania tej zachwycającej istoty, dzieje się w stadninie i jest naturalnie najbardziej zagadkowe i tajemnicze. Gdy ogiery były już gotowe do krycia, prezentowały się nad wyraz okazale. Zachowywały się tak dziko, że całe otoczenie było pod wpływem ich energii. Zawsze dziwiliśmy się, że prowadzący je mogli obok nich chodzić tak spokojnie, trzymając je na lonży. Z głośnym rżeniem znikały w kierunku zamkniętych ze wszystkich stron torów wyścigowych, gdzie czekały na nie klacze. Nie pozwalano nam patrzeć na to, co się tam działo. Gdy tylko tor wyścigowy był zajęty, a w na wpół zamkniętym pomieszczeniu nazywanym „Grzybkiem” odbywało się już krycie, młodzież z okolicznych wiosek zbierała się na ziemi w sąsiadującej stajni i z szacunkiem z odległości brała udział w tym gwałtownym widowisku. Z tamtego czasu w szczególności zapisał się w mojej pamięci bardzo elegancki francuski kasztanowy ogier Caius ze smukłą strzałką i białymi nogami. Gdy go prowadzono, można było pomyśleć, że bóg słońca Apollo odwiązał jednego ze swoich koni i zesłał go na Ziemię. Jego widok do dziś pozostaje dla mnie symbolem piękna stworzenia. Inna sprawa, że Caius nie przekazał zdolności wyścigowych swojemu potomstwu tak, jak się tego po nim spodziewano.

W Graditzu hodowano nie tylko konie wyścigowe, lecz także ogiery półkrwi dla państwowej hodowli. Działo się to kilka kilometrów na północ od Torgau, w położonej na lewym brzegu Łaby stadninie Repitz, o której będzie jeszcze mowa. Nim przychodzące tam na świat ogiery skończyły trzy lata, sprowadzano je do stadniny głównej w celu ujeżdżenia. Odbywało się to na rozległym dziedzińcu pałacu, przez który środkiem biegła od bramy do pałacu lipowa aleja. Po jednej stronie znajdowały się konie pełnej krwi, po drugiej – półkrwi. Te drugie umieszczano w długim budynku stajennym, który odgradzał południową stronę dziedzińca. Ujeżdżanie młodych ogierów było sprawą bardzo ciekawą, toteż śledziliśmy wszystko przez okno. Na początku prowadzono je tylko na lonży, a gdy poprzez ruch i lepsze karmienie nabrały sił, siodłano je i wreszcie mogli ich dosiąść jeźdźcy – najczęściej młodzi stajenni. Doprowadzało to konie do szaleństwa, ogiery opierały się i szarpały, słychać było krzyki ludzi i odgłosy zwierząt, a często jeden czy drugi jeździec przelatywał w powietrzu szerokim łukiem, lądując w piasku ujeżdżalni. Gdy ten burzliwy pierwszy etap ujeżdżania został pokonany, wyjeżdżano na nich, a następnie młode ogiery uzupełniały swoją edukację na rozległym terenie stadniny. Za każdym razem niesamowite było obserwować, jak w ciągu kilku miesięcy rozwijały swoją osobowość, przez co wiele z nich do dziś pozostało mi w pamięci. Wreszcie stawały przed komisją, a najlepsze z nich przejmowała stadnina państwowa, aby dalej je tam rozmnażać. Te, które nie spełniały wysokich wymagań, sprzedawano później osobom prywatnym na aukcji.

Po opuszczeniu stajni przez młode ogiery do środka wprowadzano klacze w tym samym wieku. Je również ujeżdżano i niewiele odstawały od ogierów pod względem żywiołowości. Od dziewiątego czy dziesiątego roku życia my, dzieci, mogliśmy już uczestniczyć w tym sporcie, dość wcześnie więc pozwalano nam dosiąść niejednego wspaniałego konia. Zaprzęgaliśmy też pojedynczo młode klacze do sulek3, co prezentowało się wspaniale i dostarczało nam świetnej zabawy.

Miejsce to należało naturalnie do takich, gdzie wszystko obracało się wokół koni, dlatego też konieczna była umiejętność jazdy konnej. A że mój ojciec i dziadek należeli do jeźdźców wyścigowych, posiadających na swoim koncie wiele sukcesów, wraz z braćmi ambitnie chcieliśmy ich naśladować. Po ukończeniu szóstego roku życia zaczynaliśmy poważne już lekcje jazdy, co wiązało się z obawami i bólem. Ale ponieważ nie mieliśmy wyboru, bez dwóch zdań zaakceptowaliśmy towarzyszące temu skutki. Nie jeździliśmy na kucykach, lecz na koniach ze stadniny, które były za małe do hodowli.

Mój pierwszy koń o kasztanowym umaszczeniu nazywał się Heliotrop. Miał za uszami coś grubego jak pięść – anatomiczną cechę, która zwracała uwagę u konia w podobny sposób jak u człowieka. Kiedy jechaliśmy w teren, zrzucał mnie zawsze w tym samym miejscu, by natychmiast wrócić do domu. Czułem ulgę za każdym razem, gdy spadłem w miarę łagodnie, co nie zawsze się zdarzało. Pewnego razu tak uderzyłem brzuchem w pochylone drzewo, że przez jakiś czas nie mogłem złapać tchu. Ta niepewność, która towarzyszyła mi, gdy siedziałem na Heliotropie, w połączeniu z widokiem jego uszu zdradzających każdy ruch, do dziś przenika mnie do szpiku kości. Czułem, że jestem całkowicie zdany na jego łaskę. Dopiero gdy zacząłem jeździć na innym koniu, który postępował zgodnie z moją wolą, podniosło mnie to na duchu i coraz intensywniej, bardziej świadomie doznawałem radości z jazdy. Okazało się, że mam tak zwaną miękką rękę. Dlatego później zawsze przydzielano mi porywcze konie lub to one wybierały mnie, bo stawały się przy mnie o wiele spokojniejsze. W rezultacie, gdy już przez jakiś czas jeździłem na tych z natury flegmatycznych, niemal niemożliwe było skłonienie ich do ruchu naprzód.

Mój starszy o rok brat Heinfried, najstarszy z pięciu braci, wiedział wcześniej niż ja, jak obchodzić się z koniem, i dlatego traktowano go poważnie. Dozorcy stadniny i jeźdźcy na jego dziesiąte urodziny sprawili mu radość wierszem o tytule Konie winszują4, który prawdopodobnie spisał nasz specjalny instruktor jazdy, Bruno Pie: Graf Heinfried ma dziś urodziny, / i w stajni wszyscy tak mówimy. / Ociągać się dłużej nie będziemy / i ci z serca winszujemy. / Wszystkie konie, duże, małe, / chcą ci oddać dzisiaj chwałę. / Wszystkie chcą przez łąki, pola / przewozić ciebie dookoła, / z tobą pędzić przez lasy, przez wał. / Tak świętuje z tobą / „der Lange Stall”5.

Pierwszy wyścig Heinfried wygrał już w wieku dwunastu lat. Oficerowie regimentu jeździeckiego Torgau wyjechali na polowanie na łabskie łąki należące do Graditzu, a ponieważ był to dzień hubertowin6, na koniec urządzono małą gonitwę na 500 metrów. Brat wziął udział w polowaniu, jadąc na wierzchowcu pełnej krwi ojca, Feuerländerze. Przy jego niewielkiej wadze koń znacznie wyróżniał się na tle innych konkurentów na wybiegu – z jednym wyjątkiem, a było to prawdziwe kuriozum tego wydarzenia: mój młodszy brat Georg również uczestniczył w tym polowaniu na małej klaczy pełnej krwi o imieniu Prosa. Szedł z Heinfriedem łeb w łeb. Ja sam po raz kolejny byłem przeziębiony, dlatego nie mogłem z nimi rywalizować, ale matka przyjechała ze mną zamkniętym wozem, mogłem więc zobaczyć, jak moi bracia przegalopowali przez metę, zostawiając daleko w tyle pozostałych czterdziestu uczestników. Nie zdążyli jednak przyjąć gratulacji, ponieważ nie zdołano utrzymać ich koni, które uciekły przez tamę na Łabie do swojej stajni.

Park, z alejami, kwitnącymi krzewami i rzadkimi drzewami, stanowił idealne miejsce do naszych zabaw z dziećmi pracowników stadniny. Bawiliśmy się w chowanego, graliśmy w piłkę i oczywiście urządzaliśmy wyścigi – usilnie starając się dorównać koniom – raz z przeszkodami, a raz bez, za których wygraną od czasu do czasu wyznaczaliśmy nagrodę. Mieliśmy do dyspozycji wspaniały plac zabaw z piaskownicą, huśtawką z deski, drążkiem i przede wszystkim z długą, zawieszoną na czterech żelaznych prętach huśtawką, osadzoną na bardzo stabilnej ramie. Siadywaliśmy nierzadko na jej długiej desce, a chcąc wprawić ją w ruch, stawaliśmy na jej krawędzi. Gdy nikt nie siedział na desce, kusiło, by obijać ją o górną część ramy. Zimą, gdy tylko spadło wystarczająco dużo śniegu, młodzież wiejska gromadziła się na tamie Łaby, gdyż w niektórych miejscach można było osiągnąć z niej ślizg o długości nawet stu metrów. Także tam, rzecz jasna, urządzaliśmy zawsze wyścigi.

Bardzo popularne było świętowanie urodzin, które obchodzono kolejno w domach naszych kolegów, o ile ich rodzice mogli sobie na to pozwolić. Śmiechu i szaleństw było co niemiara, ale wielu wracało do domu z mieszanymi uczuciami, ponieważ toalety na ogół nie były w stanie sprostać szturmowi gości.

Każdego lata w Graditzu organizowano festyn dla dzieci, na który z radością czekaliśmy i do którego długo się przygotowywaliśmy. Gdy miałem dziesięć lat, mogłem wziąć udział w zawodach w strzelaniu z kuszy. Potajemnie zleciłem jej wykonanie stolarzowi z sąsiedniej wsi kościelnej Zschackau. Po trzech godzinach strzelania na palu wisiał już tylko korpus ptaka, a mnie zrobiło się ciemno przed oczyma ze szczęścia, gdy nastąpiła moja kolej i po moim strzale ptak nieoczekiwanie spadł. Następnie miałem zaszczyt przemaszerować przez wieś – razem ze zwyciężczynią wyścigu w workach i triumfatorem w kategorii najlepszej przekąski z kiełbasy – pod łukiem triumfalnym, który nad nami niesiono. W końcu zatrzymaliśmy się u matki zwyciężczyni wyścigu w workach, żeby coś wypić. Unikaliśmy zazwyczaj tego domu, mimo że stał w pobliżu naszego, bo przebywał tam kozioł, któremu swe istnienie zawdzięczały wszystkie młode kozy z sąsiedztwa. Zapach, który wydzielał, był tak przenikający, że czuło się go jeszcze pół godziny po tym, jak jego właścicielka – sama – przeszła przez próg naszego domu. Jednak w obliczu mego ostatniego zwycięstwa bariera ta przestała mieć znaczenie, a podany mi napój z mięty pieprzowej przyczynił się do zneutralizowania tychże zapachowych wrażeń. Oczywiście jedynie moich osobistych, bo gdy wróciłem do domu, matka nalegała, bym się natychmiast przebrał.

Pewnego razu, jeszcze przed moją wygraną, ów kozioł wskoczył do naszego domu przez okno. Gdy zwierzę zobaczyło siebie w szybie niczym w lustrze, rzuciło się na rzekomego rywala. Jego właścicielka, prowadząc go niezbyt uważnie, nie zdołała temu zapobiec. W pomieszczeniu tym mieszkał wówczas wraz z żoną hrabia Sponeck, kierownik stadniny koni rasy trakeńskiej, gdyż w pierwszym roku wojny konie z Trakehnen7 ewakuowano częściowo do Graditzu. Przybyły do nas stamtąd bardzo przerażone.

Ogromną rolę w naszym życiu odgrywało bydło prywatne. Jako kierownik stadniny ojciec mógł trzymać od sześciu do ośmiu krów, do tego świnie i dowolną liczbę drobiu. My, dzieci, hodowaliśmy niebieskie króliki wiedeńskie, którymi z zapałem handlowaliśmy. Wymagały one wiele pracy, wytrwałości i sumienności. Jednak najwspanialszym przeżyciem było zobaczyć w rogu stajni kłębek niebieskiej wełny, w którym roiło się od nowo narodzonych królików. Zimą spędzaliśmy wiele godzin u krów, bo było tam ciepło, a ze sznurków do wiązania słomy kręciliśmy wymyślne baty. Zwężały się one coraz bardziej ku końcowi, gdzie przymocowywało się wąski pasek skóry węgorza, który – umiejętnie użyty – wydawał głośny huk. (Dopiero kilka lat temu dowiedziałem się, że ten trudny do wydobycia odgłos powstaje w wyniku przekroczenia bariery dźwiękowej!)

Gdy przychodziła odwilż i Łaba występowała z brzegów, łabskie łąki stawały się jeszcze bardziej fascynujące. Wtedy chłostane przez wiosenną burzę fale uderzały w tamę, my zaś staliśmy nierzadko przed niezmierzoną masą wody, z której czasem wystawały jedynie korony drzew. Dzikie gęsi i kaczki unosiły się wysoko na niebie lub na spienionych grzywach fal, a wielkie ptaki drapieżne, których na co dzień nie można było dostrzec, polowały na zdobycze. Fragment pradawnego świata wdzierał się w naszą bezpieczną egzystencję. Wielokrotnie stawałem w jakimś osłoniętym od wiatru miejscu, głęboko poruszony i wewnętrznie wzburzony, by wchłonąć jak najwięcej owej dzikiej muzyki i zabrać ją ze sobą do snów. Także dziś sny te czasem do mnie powracają. Widzę krajobraz, który rozciąga się w nieskończoność. Uporządkowane na kształt klina klucze dzikich gęsi suną wysoko nade mną w różnych kierunkach. Słyszę ich gorliwe odgłosy i czuję z nimi tęskną więź.

Kiedy poziom wody zaczynał wzrastać, lecz nie przykrył jeszcze całkowicie łąk, pływaliśmy czasem łodzią do nieco wyżej położonych miejsc, by ratować zające, które nie mogły się stamtąd wydostać. Często można było znaleźć jednego lub nawet więcej w pniu drzewa, otoczone zewsząd wodą. Zwykle łatwo się je odnajdywało, gdyż dostrzegały już beznadziejność swojej sytuacji. Kiedy później wypuszczaliśmy je gdzieś w bezpiecznym miejscu, zające najpierw się przeciągały, stawały na dwóch łapkach, trzęsły się, a następnie, z uszami postawionymi na baczność, kicały jeszcze niepewnie tam i z powrotem, zanim obrały określony kierunek. Potem coraz szybciej podążały swoimi drogami.

Kiedy masy wody dochodziły do tamy i na poziom wału, uwielbialiśmy jeździć wzdłuż brzegu tam i z powrotem, aby zbierać wyrzucone na brzeg krety, których niebieskoczarne miękkie futro zdejmowano, rozciągano, suszono i sprzedawano po cenach, które stanowiły, jak na dziecięce warunki, dość znaczne kieszonkowe. Czasem woda podchodziła tak wysoko, że mój ojciec, sprawujący kontrolę nad wałem przeciwpowodziowym, musiał zacząć działać. Przypominam sobie jedną noc, kiedy wszyscy się martwiliśmy, ponieważ tama osłabiła się w jednym miejscu i groziło jej przerwanie. Co to oznaczało, przypominał nam napis w korytarzu pałacu na wysokości jednego metra. Tak wysoko stała woda, gdy pod koniec ubiegłego wieku wpadła do domu po przerwaniu tamy, a ludzie musieli poruszać się po podwórku na prowizorycznych tratwach i baliach do mycia, by zaopatrywać się w żywność i przeprowadzać akcje ratownicze. O dziwo, powódź ta nie zdarzyła się na wiosnę, podczas roztopów, lecz we wrześniu po intensywnych opadach deszczu w strefie zalewowej Łaby.

Pływanie w baliach ma oczywiście dla dzieci swój szczególny urok. Dlatego, gdy tylko woda znów opadła, a spod jej powierzchni zaczęły wyłaniać się pojedyncze wyspy, próbowaliśmy uzyskać od naszej matki zgodę na taką wyprawę. Pozostawała ona jednak nieugięta, a zabawa ta rzeczywiście nie była całkowicie niegroźna. Bowiem nawet jeśli się nie wywrócono, to i tak przemakało się do suchej nitki. Zdarzało się również, że deski balii ulegały zewnętrznemu naporowi, w wyniku czego się rozpadała. Jednak raz udało mi się odbyć taką wyprawę. Matka poprowadziła mnie przez szereg rozłożystych starych drzew, a podczas tej wycieczki najbardziej zafascynował mnie szczur, który, przykryty srebrnoszarymi pęcherzykami powietrza, płynął pod moją balią, by zdobyć daleki brzeg.

Tysiące myszy, zagrożonych przez wodę, zbierały się razem i płynęły blisko siebie w kierunku brzegu. Wyglądało to tak, jak gdyby sunął szary koc. Nie można było uwierzyć własnym oczom, gdy ów koc przecisnął się przez tamę i zniknął w krzakach po suchej stronie.

O każdej porze roku tama była idealną trasą do spacerowania. Wystarczyło nią podążać, pieszo czy rowerem, by najszybciej dotrzeć do miasta powiatowego Torgau. W wielu miejscach przecinały ją ogrodzenia wybiegów. Na wysokości tamy przerywały je bramki obrotowe, dzięki którym można było przejechać odcinek na rowerze bez zsiadania. Nocą najpewniej zdarzało się też, że pijani powracający z miasta przekręcali ramię bramki zbyt mocno i po długim czasie, zamiast do domu, ponownie trafiali do Torgau.

Po drugiej stronie tamy należało iść około dwudziestu minut, aby dotrzeć do Łaby, która latem płynęła tam spokojnie i sennie między wierzbami porastającymi brzegi. Od czasu do czasu jej spokój mącił parowy holownik, który sapał z trzema czy czterema barkami pod prąd lub, o wiele zręczniej, dryfował wraz z biegiem rzeki. W latach kryzysu po I wojnie światowej na jednym z zakoli rzeki, nie do końca nieumyślnie, osiadała czasem łódź załadowana artykułami spożywczymi, a cała ludność z bliska i z daleka płynęła tam, by za niewielką opłatą dla eskorty zgarnąć dla siebie mokry cukier i podobne skarby pochodzące z południowo-wschodnich równin.

Łaba była też naszym ulubionym celem, gdy jako małe dzieci wychodziliśmy na dwór z matką. Godzinami przesiadywaliśmy na jednym z falochronów sięgających do koryta rzeki, bawiąc się w piasku, puszczając kaczki na wodzie, słuchając jastrzębi, które gniazdowały w pobliskich topolach, i wpatrywaliśmy się w spokojny krajobraz na przeciwległym brzegu, skąd, niczym symbol niedostępności, biła czerwień dachów wsi Weesnig.

Mój pierwszy samotny pobyt nad Łabą wiąże się ze szczególnym przeżyciem. Było to mgliste, późnojesienne popołudnie. Wiejskie dzieci, z którymi zwykliśmy się bawić, biegały niespokojnie między stajniami i gromadziły się w większe grupy. Nie znając powodu poruszenia, dołączyłem do nich. Pędziliśmy niczym długi łańcuch przez park i zaporę w stronę Łaby. Zmierzchało już, gdy dotarliśmy na ustalone miejsce, zaledwie sto metrów w górę rzeki, do wcześniej obranego celu. Im bardziej zbliżaliśmy się do brzegu, tym wolniej się poruszaliśmy. Coraz więcej dzieci pozostawało w tyle. Nad brzegiem, porośniętym wierzbami, stanął obok mnie jeszcze jeden chłopiec i wskazywał palcem koniec falochronu wystającego z wody. Nie rozumiałem, co to wszystko oznacza, i nie widziałem tam nic szczególnego, podszedłem więc spokojnie dalej. Chłopiec podążał za mną w pewnej odległości. Gdy dotarłem na koniec falochronu, odwróciłem się i zobaczyłem, że podekscytowany wskazuje na coś obok moich nóg. Spojrzałem w dół i nagle ujrzałem przed sobą okrytą włosami twarz człowieka. Leżały tam do połowy obmywane przez wodę ludzkie zwłoki. Na piersi zmarłego przymocowana była mała lampa. Zaniemówiłem na chwilę. Jednak odruch ucieczki uniemożliwiła mi obecność dzieci, które najwyraźniej były bardziej świadome sytuacji. Stałem tam tak długo, aż część z nich zaczęła się z wolna oddalać. Potem wszyscy wycofaliśmy się stamtąd bez słowa. W drodze powrotnej przez coraz ciemniejsze łąki czułem coś w rodzaju nowej, bardzo osobistej więzi z tym krajobrazem. Kiedy później zadałem sobie pytanie, dlaczego właściwie, gdy zastanawiam się, czym jest życie, to właśnie to miejsce nad Łabą tak często wyłania się z mojej podświadomości, nagle przed oczyma pojawił mi się ów martwy człowiek. Zdałem sobie wówczas sprawę, że tamto doświadczenie na brzegu rzeki stało się przełomowym punktem mojej egzystencji.

Drogę do Łaby przecinało stare, wtedy już tylko częściowo zachowane koryto rzeczne, w którym płynęło czasem więcej, czasem mniej wody. Pływały w nim okazałe ryby. Raz w roku łowiono tu ryby i zawsze było to ekscytujące doświadczenie, zwłaszcza gdy też mogliśmy brać w tym udział. W czasie wojny pewnego razu obecny był przy tym austriacki oficer, który dochodził u nas do siebie po odniesionej ranie. Kiedy zobaczył, jak po zakończeniu połowu moja matka przydzieliła największego szczupaka rybakowi, ku naszemu przerażeniu powiedział: „Jak może pani być tak głupia, że nie oddała pani tego szczupaka mężowi!”. Ale matka zaśmiała się tylko i pouczyła go, że to nie jego sprawa.

Od najwcześniejszego dzieciństwa łabskie łąki miały dla mnie tak wielką siłę przyciągania, że z trudem znosiłem fakt, iż ktokolwiek się tam wybierał beze mnie. Pewnego popołudnia rodzice pojechali tam z nami. Gdy zaczął zapadać zmierzch, odstawiono nas do domu, a oni wrócili, żeby obserwować sarny. Nie mogłem pogodzić się z tym, że mam zostać w domu, wybiegłem więc bez namysłu przez korytarz od strony parku i popędziłem wzdłuż jednej z trzech alei, równolegle za oddalającym się powozem. Ponieważ byłem jeszcze za mały, by dotrzymać tempa, zobaczyłem ich po raz pierwszy dopiero na wysokości tamy. Jechali w pobliżu starego koryta rzeki. Biegłem więc dalej i w końcu dogoniłem ich, gdy ojciec wysiadł niedaleko starych topól, aby obejrzeć przez lornetkę kilka saren. Rodzice dosłownie zaniemówili, wstrząśnięci, gdy mnie zobaczyli. Sprawiło mi to ogromną satysfakcję. Przygotowałem się bowiem na srogie kazanie ze strony mej surowej matki. Wzięli mnie między siebie, dostałem koc do otulenia i, cały spocony, ale bardzo szczęśliwy, wróciłem z nimi do domu.

Gdy musieliśmy już rozpocząć obowiązkową edukację, uczyliśmy się w domu pod opieką nauczyciela i nauczycielki. Oszczędzało nam to drogę do szkoły w Torgau, dlatego z jednej strony było to bardzo wygodne; z drugiej zaś wymagano od nas znacznie więcej niż od innych dzieci w tym wieku. Musieliśmy kuć i kuć. Gdy mieliśmy osiem lat, zaczęliśmy uczyć się łaciny oraz języka francuskiego, a kiedy nie działała już na nas żadna siła, pomagała nam matka, sama przerabiając materiał, również nas uczyła. Każdego roku wysyłano nas na sprawdzian kontrolny do Halle, gdzie w Fundacjach Franckego8 brano nas w obroty. Wynik był najczęściej pozytywny – ku naszemu wielkiemu zdziwieniu, gdyż od zawsze utwierdzano nas w przekonaniu, że jesteśmy nieudacznikami i że przez nasze lenistwo nauczyciele będą musieli poświęcić przynajmniej dziesięć lat swojego życia, by czegokolwiek nas nauczyć.

Na lekcje religii w Torgau przez dłuższy czas chodziłem z dwoma braćmi, raz w tygodniu, do pastora Hahna, proboszcza pięknego, starego kościoła, w którym niegdyś kazanie wygłosił sam Luter. (Mawiano, że powiedział o tym kościele: „W takiej stodole znajduje się wielki młocarz”). Zajęcia, które się tam odbywały, ocenialiśmy bardzo pozytywnie. Pamiętam jednak tylko jego zewnętrzne okoliczności. Jedno tylko zdarzenie zapadło mi w pamięci. Pewnego razu pastor zapytał, co każdy z nas potrafi robić najlepiej. Heinfried i Georg szybko podjęli decyzję. U mnie trwało to jednak dłużej. W końcu Georg powiedział: „Ach, on potrafi wszystkiego po trochu”. Na co proboszcz rzekł: „No cóż, to niewiele”.

Pod koniec 1920 roku przyszedł do nas młody, doskonały nauczyciel, który przygotowywał nas niemal do samej matury. By pobudzić nasze ambicje, do wspólnej nauki w domu dołączył jeszcze jeden o wiele starszy chłopiec z sąsiedztwa. Ale ten w żaden sposób nie pomógł osiągnąć zamierzonego celu, bo przechodził szczenięce lata i nie do końca dawał się zastraszać na lekcjach tak jak my. Dyscyplina była więc w poważnym stopniu naruszona. Także w zadaniach robił, co mu się żywnie podobało, z łaciny i z francuskiego tłumaczył, jak mu przyszło na myśl. Ponieważ w ten sposób dochodziło do bardzo zabawnych interpretacji poważnych tekstów, postanowiliśmy podsuwać mu te fragmenty, których tłumaczenia z jego ust obiecywały nam szczególnie wiele. „Ainsi va le monde”9 tłumaczył on jako „Nareszcie idzie księżyc”10. Z kolei na lekcji łaciny, gdy powiedziano, że ktoś – wyraziwszy swój bunt – chwycił za brodę senatora Papyriusa, stwierdził, iż senator przykleił sobie brodę z papieru. Gdy czytaliśmy Pięć tygodni w balonie Juliusza Verne’a i dotarliśmy do miejsca, gdzie napisano, że krajobraz, nad którym leciał balon, sprawiał wrażenie, jak gdyby za każdym krzakiem leżał martwy człowiek, nasz nauczyciel zapytał o przyczynę tego odczucia u baloniarza, i otrzymał odpowiedź: „Oczywiście smród”. Doskonale bawiliśmy się zarówno przy tym, jak i przy podobnych salomonowych mądrościach, a surowy nauczyciel często nie miał innego wyjścia, jak tylko śmiać się beztrosko razem z nami.

Przeważnie jednak szkoła była dla nas okropieństwem, tym bardziej że w sprawach dotyczących lekcji nasza matka zawsze stawała po stronie nauczyciela. Na szczęście nie uczyła się już z nami greki.

Od najmłodszych lat jawnie uważano mnie za szczególnie trudne dziecko i zawsze otrzymywałem najwięcej kar. Gdy zrobiłem coś głupiego, pytano mnie tak długo o powód mojego postępowania, aż w akcie desperacji podawałem jakąkolwiek odpowiedź, która oczywiście nie była prawdziwa i prowadziła do kolejnej kary. Jako dziecko nigdy nie robi się niczego z konkretnego powodu, tylko dlatego, że tak po prostu wychodzi, i sądziłem, że dorośli właściwie powinni to rozumieć. Dlatego odbierałem te pytania jako wymuszone. W wieku czterech czy pięciu lat z powodu niegrzecznego zachowania wypchnięto mnie wieczorem po ciemku za drzwi z nakazem pójścia do chlewu. Bardzo szybko jednak znów wciągnięto mnie do domu, ponieważ – jak matka mi później powiedziała – naprawdę się tam udałem.

Kiedy moja bardzo porywcza matka się uspokajała, przebywanie z nią było najpiękniejszą rzeczą, jaką można sobie wyobrazić. Gdy leżało się chorym i przychodziła ona, okazywało się, że wszystko jest w porządku. Siadywała przy łóżku, czytała na głos coś ciekawego z ogromnym zaangażowaniem i dziergała przy tym w takim tempie, że strzelały jej ramiona, a krzesło całe się chwiało. I pomimo całej tej nieustannej dynamiki było się bezgranicznie szczęśliwym i miało się tylko nadzieję, że nigdy nie będzie inaczej. Kiedy już długo byłem lekarzem, przyjaciółka mojej siostry, która mieszkała z nami w domu, powiedziała mi raz: „Wiesz, gdy się choruje, a twoja matka przychodzi i siada przy łóżku, nagle okazuje się, że wszystko jest dobrze”.

Jesienią 1920 roku, nim zawitał do nas wspomniany już nowy nauczyciel, oczywiście pojawiły się jakieś problemy w związku z jego przybyciem, dlatego rodzice przy posiłku rozmawiali ze sobą po angielsku częściej niż zwykle. Nieustannie padało przy tym słowo „teacher”. Po cichu byliśmy bardzo poirytowani tą tajemniczością. Pewnego dnia dla Georga było już tego zbyt wiele, więc wyskoczył: „Ach, mamo, naprawdę nie musicie wciąż rozmawiać po angielsku. Od dawna już wiemy, że Hans na święta dostanie cieszynkę11”. Wprawdzie w ogóle o tym nie wiedzieliśmy, w każdym razie ja nie, ale sprawa wydała się wówczas i naturalnie interesowało nas to bardziej niż nowy teacher. Rozmowa po angielsku nagle się skończyła, a na bożonarodzeniowym stole faktycznie leżała spodziewana przez nas strzelba. Na ten widok dostałem niemal zawrotu głowy, nie sądziłem bowiem, że zostanie mi powierzony tak niebezpieczny skarb. Był to karabin z podwójną lufą, kalibrem 6 i 9 milimetrów, a więc przedmiot, którego naprawdę można pozazdrościć.

Odtąd, gdy tylko miałem wolne od szkoły i koni, stale przebywałem poza domem ze swoją strzelbą. Szczególnie oczarowały mnie sójki, które zastawałem prawie zawsze w określonych miejscach. Na końcu długiej alei ciągnął się daleko w środek pola gęsty kolczasty krzew, który w istocie chronił koński wybieg przed wiatrem i dawał schronienie bażantom. Tam już z daleka widziałem owe wspaniałe, kolorowe ptaki, siedzące na ogrodzeniu lub gałęziach i czekające na mnie. Gdy tylko, skradając się za grubymi lipami, zbliżałem się na odległość, z której mogłem strzelić, oddawałem strzał ostrzegawczy, a całe towarzystwo odlatywało gdzieś dalej. Niebieskie i czerwone pióra cudownie mieniły się w słońcu i wzbudzały we mnie niemal chorobliwą pasję do polowania. Śledziłem swoje potencjalne zdobycze tak długo, aż oddalały się lekko do sąsiadów za granicę terenu należącego do Graditzu. Nie mogłem liczyć na trafienie choćby jednej z nich. Aż pewnego dnia jeden z ptaków siedział na tyle długo, że mogłem oddać strzał. Właśnie miał wzlecieć w górę, gdy trafiłem go w skrzydło i spadł na ziemię. Skrzecząc, usiłował uciec. Pobiegłem za nim przez zarośla, nie do końca opanowałem podekscytowanie i wyrwałem mu pióra z ogona. Potwornie okaleczony ptak podskakiwał dalej, więc w końcu musiałem oddać drugi strzał, gdyż w gęstych krzakach po prostu nie mogłem się do niego dostać. Ten ostatecznie go wtedy rozerwał tak, że ptak w żadnym wypadku nie nadawał się do wypchania, a jedynie do ugotowania na nim zupy. Po tej walce byłem już niemal gotowy i nic nie powstrzymało mnie przed tym, by następnego dnia iść na pole w tym samym celu.

Zainteresowanie światem ptaków zaszczepił we mnie mój ojciec. Był doświadczonym ornitologiem, potrafiącym rozróżnić wszystkie miejscowe ptaki, w tym około dwudziestu różnych odmian drozdów, po odgłosie, wyglądzie i, co zawsze mnie zachwycało, po sposobie ich lotu. Jako chłopiec nauczył się sztuki preparowania, a w korytarzu stało wiele wykonanych przez niego własnoręcznie oszklonych szaf, w których można było obejrzeć wypchane ptaki, od dropi po strzyżyki, wszystkie w naturalnej postawie. Nieustannie napawaliśmy się tym widokiem. Był tam też myszołów, którego pewnego dnia młody nauczyciel ustrzelił podczas lekcji przez okno, bardzo szybko podejmując tę decyzję, gdy ptak przysiadł na chwilę na jednym z parkowych drzew.

Gdy nadeszła wiosna, nagle zapomniałem o sójkach, bo moją uwagę przyciągnęło coś znacznie bardziej ekscytującego. Na łabskich łąkach osiedliły się gołębie grzywacze, które przylatywały tam, by wydziobywać trawę przykrytą jeszcze kałużami. Te nie do opisania wielkie, dzikie i zarazem wdzięczne niebieskoszare ptaki, zdobione białym pierścieniem na szyi, sfruwały jeden po drugim z odległych gałęzi topól, aby wylądować na ziemi i gęsto napierając na siebie, stworzyć wielki dywan, który powoli poruszał się naprzód. Z jego środka raz po raz wylatywał jeden lub kilka gołębi, by usiąść na czele gorliwej gromady. Próba zbliżenia się do nich na zasięg strzału była bezcelowa. Niektóre pozostawały bowiem na koronach drzew, aby mieć oko na otoczenie i ostrzegać pozostałe, gdy tylko cokolwiek podejrzanego podobnego do człowieka wynurzało się zza horyzontu. Tak działo się też zawsze na mój widok, choć starałem się wydawać tak mały i niepozorny, jak to tylko możliwe, w nadziei, że nie zostanę przez ptaki potraktowany poważnie. Ale pewnego dnia usiadłem u starego koryta rzecznego, w miejscu, które przysłonięte było krzakami, gdy nie było jeszcze widać gołębi. Nagle śmignęła nade mną ogromna chmara ptaków, by nawet nie sto metrów ode mnie wylądować na ziemi. Drżąc z podniecenia, strzeliłem ze swojej cieszynki prosto w środek niebieskoszarego dywanu. Gdy inne gołębie z potężnym trzepotem skrzydeł odleciały, jeden leżał nieruchomo na ziemi. Podbiegłem, podniosłem go i podziwiałem wspaniałe upierzenie, dumny jak paw, ale też trochę rozczarowany tym, że tak nadzwyczajnie energiczne, bez trudu pojmujące świat stworzenie dało się przechytrzyć mnie, głuptakowi przywiązanemu do ziemi.

W wieku jedenastu lat po raz pierwszy strzelałem z broni śrutowej, której nie mogłem się doczekać. Był to browning mojego ojca, używany do polowania na zające i bażanty. Ustrzeliłem nim kuropatwę, która ciekła przede mną na zaśnieżonym polu. Po tym zdarzeniu na własny użytek otrzymałem starą jednorurkę, z której można było strzelać tylko czarnym prochem, ponieważ lufa nie była dostosowana do ciśnienia prochu bezdymnego. Mój ojciec i jego brat używali jej już jako mali chłopcy. Strzelba strzelała całkiem dobrze i upolowałem nią kilka królików, sójek i kuropatw. Jednak za każdym razem miałem później poobijany policzek i spuchnięty środkowy palec, gdyż miała taki odrzut, jakiego nigdy nie doświadczyłem z innym karabinem. Pociągnięcie za spust było więc nie lada decyzją.

Ojciec, urodzony w 1869 roku, miał trzy znacznie starsze od siebie siostry, z których dwie mieszkały w Poczdamie i przyjeżdżały do nas parę razy w roku na kilka tygodni. To one w najbardziej żywy sposób przekazały nam całą zaszczytną tradycję Graditzu. Najstarsza z nich miała bowiem już dziesięć lat, gdy jej ojciec w 1866 roku przejął kierownictwo stadniny. Obie od najmłodszych lat były głuche, dlatego pozostały niezamężne. Dla mojej bardzo młodej wówczas, bardzo energicznej matki te dwie stare, dostojnie kroczące po parku szwagierki, starsze od jej własnej matki, stanowiły pewne podważenie jej autorytetu. Zauważaliśmy to jako dzieci, patrząc na to wprawdzie ze zrozumieniem, ale jednak wyraźnie to odczuwając. Owe ciotki miały bowiem wspaniałe poczucie humoru, nigdy tak naprawdę się nie obrażały i bardzo łatwo było je rozbawić. Godzinami opowiadały nam wciąż te same historie z czasów ich młodości, których nigdy nie mieliśmy dosyć – sielankowe wspomnienia, z których emanował kojący spokój minionych dni, jak gdyby nigdy nie zawisły nad nimi burzowe chmury. Dzięki ich opowieściom moje wspomnienia sięgają dalej niż sto lat wstecz. Ich pod wieloma względami zatrzymane przez głuchotę życie jawiło się nam, wdzięcznym słuchaczom, z niezrównaną jasnością. Bardzo dobrze szło nam porozumiewanie, gdyż po mistrzowsku opanowaliśmy odczytywanie słów z ruchu warg i wkrótce pojęliśmy wymyślone przez nie krótkie określenia ich typowych emocji czy nastrojów. Ciotki nie wiedziały, że często komunikowaliśmy się z nimi bezdźwięcznie. Z tego powodu czasem przerażone spoglądały na nas, gdy przy stole rozmawialiśmy z nimi na tematy, o których z pewnością inni nie powinni byli słyszeć.

Spośród ich historii stale bawił nas na przykład opis doręczycielki, która w latach 70. i 80. XIX wieku chadzała co dzień do Torgau z wypełnionym świeżymi bułkami dużym wiklinowym koszem na plecach oraz różnymi zakupami dla dworów z okolicy. W drodze powrotnej, po mniej więcej piętnastu kilometrach wędrówki, przechodziła regularnie przez Graditz i – ponieważ nie umiała za dobrze czytać – prosiła nasze ciotki o odszyfrowanie, co znajduje się w formularzu zamówienia, który ze sobą niosła. Było tam, na przykład, napisane tak: „Lehndorffowie zaproszeni na kawę, we wtorek. Jeżeli potwierdzają, niech kupią ciasto za jedną markę i trzydzieści pięć fenigów i wezmą je ze sobą”. W drodze powrotnej kobieta ta zawsze niosła w pustym wiklinowym koszu cegłę, żeby nie przewrócić się do przodu. Za każdym razem kładła ją w Torgau przed mostem nad Łabą, a utworzony w ten sposób stos od czasu do czasu musiały objeżdżać powozy.

Bardzo lubiliśmy także historie dotyczące mojej rodziny Seydewitzów, z czasów młodości ciotek w folwarku Pülswerda, miejscowości leżącej w bezpośrednim sąsiedztwie Graditzu. Na przykład: hrabina Seydewitz zaprosiła raz wszystkich proboszczów z dekanatu na kolację. Jednak całkiem o tym zapomniała, więc gdy przybyli, mogli częstować się jedynie zsiadłym mlekiem i pomarańczami.

Za naszych czasów w Pülswerdzie mieszkała pani Bake, wdowa z trójką synów i córką, najmłodszą, starszą od nas o kilka lat, którą szczególnie uwielbialiśmy. Dziewczyna czasem przychodziła do Graditzu, by pojeździć konno. Gdy nadeszła jej konfirmacja, zrobiłem akurat coś głupiego i nie pozwolono mi przyjechać na ową uroczystość. Mimo to zależało mi, aby zaskoczyć ją kunsztowną kompozycją kwiatową, którą zebraliśmy w ogrodzie i na wzór naszego ogrodnika przewiązaliśmy drucikiem. Kwiaty zaniósł jej potajemnie Georg.

Pierwsze wyprawy do Pülswerdy, które pamiętam, odbywały się nie pieszo i nie powozem, lecz na plecach mojej matki. Często tam chodziła i brała mnie czasem ze sobą. Strzelanie jej stawów kręgowych i rozkołysane ruchy jej mięśni naładowanych energią należą do moich najwcześniejszych wspomnień. Droga do Pülswerdy prowadziła niemal wyłącznie wzdłuż tamy na Łabie, więc idąc, można było podziwiać rozległe równiny.

Nieco bardziej oddalony był piękny majątek Triestewitz, który w latach młodości ciotek, a także za naszych czasów, należał do rodziny Stammerów. Ciotki opowiadały nam, że urodziny gospodarza domu obchodzono tam zawsze w ten sam sposób. Drzwi, przez które wchodziło się na końcu klatki schodowej, automatycznie zamykały się pod ciężarem cegły zawieszonej na sznurku. Panie musiały z tego powodu uważać, aby przy wejściu nie przycięła im się długa suknia. Po posiłku gospodyni znikała na dłuższy czas, ale w końcu z sąsiedniego pokoju zawsze dobiegał jej głos. „Chodź, no, tutaj – wołała swojego męża. – Nie mogę ukroić sękacza”, co wyraźnie oznaczało, że podział tradycyjnego ciasta urodzinowego sprawiał jej zbyt wiele trudności. Droga do Triestewitzu szczególnie pozostała mi w pamięci, gdyż podczas niej matka jednym tchem opowiadała mi ekscytującą i pełną napięcia historię napisaną przez Gerstäckera12, którą dopiero co przeczytała.

Kochaliśmy zwłaszcza opowieści dotyczące odwiedzin moich ciotek przez ich ciotkę Borcke, najmłodszą siostrę ich ojca mieszkającą w Stargordtcie13 na Pomorzu. Była ona, jak się wydawało, połączeniem pobożności, żądzy władzy, nieobliczalności i dobroci. Za czasów jej młodości w Steinorcie14 była wyśmienitą amazonką i często okiełznywała trudne do opanowania konie swoich braci. Kiedy jednak wyszła za mąż na Pomorzu, nie pozwalała hodować koni wyścigowych mężowi, mimo że bardzo się nimi interesował, gdyż gonitwy odbywały się w niedziele. Zabraniała także wyposażenia ważnej dla dworu gorzelni, ponieważ uważała produkcję spirytusu za grzech. Jej związek z mężem charakteryzowały między innymi dwie anegdotki. Pewnego dnia, gdy ciotki zastanawiały się nad możliwym wyjazdem do Stargordtu, zawołała do nich z wyższego piętra: „Chcecie wziąć Gustava? Akurat teraz go nie potrzebuję”. Pewnego ranka zaś przy wspólnym śniadaniu opowiadała, że poprzedniego wieczoru miała pecha. Cieknący termofor zmoczył całe jej łóżko. Na pytanie, co z tym zrobiła, odpowiedziała: „Wymieniłam się łóżkami z Gustavem”.

Wieczorami przeważnie grywaliśmy z ciotkami w gry towarzyskie. Szczególnie starsza z nich po mistrzowsku opanowała zgadywanki. Stawiając pytania, na które udzielano jej jedynie odpowiedzi „tak” lub „nie”, odgadywała najbardziej niemożliwe rzeczy – „plomba w zębie czasu”, „złoty środek” i tym podobne. Pewnego razu zadaliśmy jej coś nieokreślonego, a na jej pytania odpowiadaliśmy „tak” lub „nie” wedle swych kaprysów. Wyszło z tego: „Niezrealizowany pomysł Konfucjusza dotyczący architektury na Słońcu”. Napisała także kilka małych sztuk teatralnych, z których jedną wystawiliśmy na piątych urodzinach mojej siostry. Nazywała się „Wycieczka do wód”. Grałem w niej wuja, Georg siostrzenicę, a młodszy brat Elard jej adoratora. Mieliśmy wtedy jedenaście, dziewięć i osiem lat, ale czuliśmy się w tych rolach tak niesamowicie dojrzale, że odgrywaliśmy je z wielkim oddaniem. Moje ciotki do perfekcji opanowały także gry planszowe, takie jak młynek, halma, warcaby i szachy. Grały w nie z nami przede wszystkim wtedy, gdy któryś z nas leżał chory. Kiedy słyszałem później o tak zwanych starych pannach i ich problemach, a zwłaszcza ich dziwactwach w sprawach seksualnych, oraz o wszystkim, co mogłoby im przez to szkodzić w otoczeniu, myślałem o moich ciotkach, a mój podziw dla nich rósł ponad miarę. Stało się dla mnie bowiem jasne, jak po mistrzowsku poradziły sobie z tymi trudnościami, wielokrotnie starając się w swej młodości o czyjeś względy, a następnie rezygnując ze wszystkiego z powodu posuwającej się głuchoty, i jak w swojej oddanej miłości do nas, dzieci, uczyniły z niej wręcz źródło największego ludzkiego bogactwa, bogactwa, któremu do dziś zawdzięczam znaczną część mojego życia.

Kilka razy w tygodniu ojciec jeździł do Repitzu, czasem mu w tym towarzyszyliśmy. Schodząc z tamy na Łabie, przechodziło się przez niską, ciemną bramę i z zaskoczeniem wychodziło się na rozległe, przyjazne i spokojne podwórze stadniny. Za każdym razem dokonywano tam oględzin ogierów i klaczy, a czasami niektórym z nich robiono też zdjęcia. Ojciec zachowywał przy tym jak największą ostrożność.

Trzeba było jeszcze wówczas zakrywać głowę czarną płachtą, by obsłużyć aparat, który stał na statywie, a podczas długiego czasu naświetlania zarówno koń, jak i osoba go prowadząca nie mogli się poruszać. Aby przednie i tylne nogi się ze sobą nie pokrywały, koń musiał przyjąć dość szczególną pozycję: z nóg zwróconych w stronę fotografa przednia musiała iść do przodu, a tylna do tyłu. I rzeczywiście, w ten sposób uzyskiwało się dość sensowną fotografię, na której naprawdę można było rozpoznać konia. Oczywiście również słońce musiało świecić tak, by światło padało z określonego kierunku. Nie ma więc potrzeby opisywania tego, jak wielką próbą cierpliwości dla zaangażowanych było fotografowanie. Czasami nie wystarczały dwie godziny, by otrzymać satysfakcjonujący konterfekt jednego konia. Mimo to zbiór wspaniałych fotografii mojego ojca był doskonały. Jego zdjęcia są jedynymi, które naprawdę uchwyciły cechy wielu słynnych koni z tamtego okresu.

Dyrektor stadniny w Repitzu nazywał się Leidukat i był rodowitym Wschodnioprusakiem, posługującym się odpowiednim dialektem. Tak pięknie wymawiał imiona koni, że zawsze go o nie pytaliśmy, nie zdając sobie sprawy, że wkrótce wszyscy będziemy kontynuować nasze wspólne życie w sercu kraju pochodzenia tego dialektu, krainie koni Prus Wschodnich, prawdziwej ojczyźnie mojej rodziny.

Naprzeciwko Repitzu, po prawej stronie Łaby, leżały dwie należące do Graditzu miejscowości: Döhlen i Bleesern. Umieszczano tam źrebięta zaraz po separacji z ich matkami, a także roczne i dwuletnie konie półkrwi. Ponieważ często tym miejscom groziło zalanie, każde z nich miało kształt pierścienia z otaczającą je zaporą. Te dwie zapory były otoczone jeszcze jedną tamą. Gdy pewnego razu towarzyszyłem ojcu w drodze do Bleesern, musieliśmy użyć łodzi. Poziom wody był tak wysoki, że dosięgało się dna jedynie żerdzią, dlatego właściciel barki musiał się nią odpychać, by przepłynąć na drugą stronę. Barkarz przewiózł nas wzdłuż łączącej tamy po powierzchni wody.

Gdy miałem dziesięć lat, ojciec po raz pierwszy wziął mnie ze sobą na tor wyścigowy. Konie wyścigowe, pochodzące z Graditzu, trenowano w Hoppegarten pod Berlinem, gdzie znajdowały się także stajnie wyścigowe największych stadnin prywatnych. Rano, na różnych torach otoczonych lasem, najpierw odbywał się trening. Cóż to był za ruch! Ze wszystkich stron widać było konie o różnym chodzie, pozdrawiających się jeźdźców oraz krytycznych obserwatorów, czasem z lornetką, a czasem bez. Rozbrzmiewały tam także stłumione lub głośne okrzyki. Również tam można było znów usłyszeć fascynujące imiona koni. „To jest Skarabae – usłyszałem kogoś – biegnie w Grand Prix Berlina”. A więc to ten kasztan, pomyślałem. Wyobrażałem go sobie jako większego. Znałem jego matkę Shamrock, ponieważ wiele razy przebywała w Graditzu. Nie wyglądał tak, jak gdyby mógł pokonać naszego Herolda, zwycięzcę graditzowskich derbów.

Następnego popołudnia odbywały się wyścigi w Grunewaldzie. Przed Klubem Unii na Schadowstraße stanęła niewielka jednokonka, ciągnięta przez małego Clowna, karego konia, który potrafił nadzwyczajnie szybko biec kłusem. W szaleńczej jeździe przebiegł przez plac Paryski, Bramę Brandenburską, a później w prostej linii przez Berlin do Grunewaldu. Tor wyścigowy leżał tam, gdzie wzniesiono później Stadion Olimpijski. Ponieważ ojciec miał na nim sporo pracy, dalej musiałem radzić sobie sam. Nie było to jednak wcale takie trudne, gdyż naturalnie bardzo dobrze znaliśmy to miejsce ze słyszenia. Nie Skarabae, a Herold wygrał Grand Prix Berlina. Zauważyłem, jak mój ojciec bardzo się cieszył, choć pozostawał oszczędny w słowach. Był to wielki dzień dla całego Graditzu.

Rok wcześniej, a więc w 1919 roku, derby w Hamburgu wygrał Gibraltar z Graditzu. Był to właściwie najmniej obiecujący koń ze wszystkich trzech, które wspólnie reprezentowały Graditz w tym wyścigu. Nosił czerwoną czapkę, to znaczy jego jeździec, dżokej Kaiser, ją nosił. Jeden z pozostałych jeźdźców do dresu w czarno-białe paski założył czarną, a drugi białą czapkę. Gibraltar miał służyć jako koń prowadzący i zapewnić szybki wyścig na korzyść swych towarzyszy. Ale dżokej Kaiser z ogromną siłą przekonywania oznajmił, że jeśli on pojedzie na Gibraltarze, nikt nie będzie w stanie go pokonać. Cała stadnina, oprócz mojego ojca i trenera, trzymała więc za niego kciuki. I rzeczywiście: Gibraltar spełnił swoją rolę przodownika aż do mety i wygrał wyścig dla Graditzu. Potem nigdy więcej nie dokonał już równie wspaniałego wyczynu.

Pewnego razu, przed I wojną światową, derby wygrał inny koń z Graditzu o imieniu Arnfried. Po wyścigu zachwycony gość zapytał mojego ojca, czy jako dyrektor stadniny może zostać ojcem chrzestnym jego syna, który urodził się w dzień derbów i otrzymał imię Arnfried. Ojciec odpowiedział, że nie może przyjąć owej propozycji, skłoniło go to jednak, by mu pogratulować, iż to Arnfried został zwycięzcą, a nie Stoßvogel, który powinien był wygrać jako najlepszy spośród wszystkich graditzowskich koni.

Kiedy kilkoro z naszego rodzeństwa chorowało jednocześnie, co często się zdarzało, oraz gdy panował ugodowy nastrój, co nie zawsze miało miejsce, próbowaliśmy czasem wymyślać wiersze, inspirowane Schillerem, Bürgerem, Uhlandem15 i innymi, których dzieła, oficjalnie opornie, ale potajemnie ochoczo czytywaliśmy. Mieliśmy zwyczaj przytaczać nasze utwory przy każdej mniej lub bardziej stosownej okoliczności. Jako motyw tandetnych dzieł musiały nam służyć na ogół nasze zwierzęta. Tak więc Georg opiewał tragiczną śmierć kaczki w wierszu, który kończył się tymi słowami: Ona tonie przez strumyki / smutne są indyki16 – powiedzenie to na długo pozostało wśród nas niczym skrzydlate słowa. Jednak za tego typu rymy odpowiedzialna była jeszcze inna poetycka osobistość: Friederike Kempner17, której dzieła odgrywały dużą rolę w dworkach za czasów moich dziadków i która świętowała swoje artystyczne zmartwychwstanie poprzez wiersz Matka niezamierzonego humoru18. Niemal rozkoszowaliśmy się jego wersetami, gdyż zachwycająco łatwo wychodziły one z ust i wprawiały nas w dobry nastrój, jak na przykład następująca oda: Klaro Wuras, martwaś już, / jak daleko jesteś stąd? / Tyś niczym złamany pąk, ach, tyś była dźwiękiem mórz!19 Lub pieśń o zacnych damach: W niemieckich miastach każdy zna / o zacnym mężu pieśń. / Więc słusznie każdy dziwi się: / Czyż nie ma zacnych dam?20 A także gniewna pieśń o polowaniu, którą szczególnie uwielbialiśmy: Rozświetlona jasność nieba, / słońce coraz wyżej tkwi, / trawę zwilża rosa świeża, / karabinu srebro lśni. / Polowanie jest to, goniąc / krwawy łowca przez las gna, / dla zła wszystko narażając, / mordu zew roznosi w dal21.

Z owymi okresami choroby związane są moje bardzo wyraźne, po części kuriozalne wspomnienia. Zawsze mi coś dolegało, zwłaszcza jeżeli chodzi o skórę i układ oddechowy. Pojęcie alergii nie było wtedy jeszcze powszechnie znane. Jako małe dziecko stale drapałem się po rękach i nogach. Twarz i szyja zawsze były mniej lub bardziej pokryte wysypką. Kaszel i katar stały się dla mnie codziennością, nigdy nie mogłem swobodnie oddychać przez nos. Wciąż dopadało mnie przeziębienie z gorączką, przez co na wiele dni pozostawałem przykuty do łóżka. Wszystko to stało się przyczyną rozwinięcia się tak zwanego status asthmaticus, który towarzyszył mi aż do piętnastego roku życia. Sposoby leczenia były rozmaite i męczące. W większości przypadków najpierw podawano mi środek na przeczyszczenie, przy czym mogłem wybrać, czy wolę wziąć olej rycynowy, czy fiaker-pulver. Oba środki smakowały okropnie i za każdym razem czułem, że podjąłem niewłaściwą decyzję. Gdy nikt mnie nie pilnował, wypluwałem je. Kiedy miałem gorączkę, leczono ją lekami homeopatycznymi, przy czym aconit pozostał mi w pamięci najbardziej. Poza formamintem, który łapczywie ssaliśmy, było to jedyne chętnie przyjmowane przez nas lekarstwo. Ból gardła w miarę możliwości zachowywaliśmy w tajemnicy, gdyż w przeciwnym razie zostałby sprowadzony doktor Keil z Torgau, który przyciskał nam łyżeczką język do dolnych zębów i tym samym powodował odruch wymiotny. Gdy na początku choroby pojawiały się dreszcze, robiono wszystko, byśmy się wypocili, całe ciało wraz z rękami i nogami owijano więc wielkim mokrym prześcieradłem, z którego wystawała jedynie twarz. Przykrywano mnie też wełnianym kocem i grubą pierzyną, do tego dochodziły najczęściej trzy termofory, jeden na każdy bok oraz jeden w nogach. Dodatkowo wypijałem szklankę gorącego soku cytrynowego. Tkwiłem w tych okładach przez około godzinę, a z minuty na minutę coraz bardziej wyczekiwałem końca tejże terapii. Czułem się wspaniale, gdy wreszcie mnie uwalniano i całkowicie wyczerpany leżałem na czystym łóżku. Aby zapobiec drapaniu się, nakładano mi rękawiczki, a ręce przywiązywano do ramy dziecięcego łóżka. Aby uniemożliwić mi spanie z otwartymi ustami, zakładano mi coś w rodzaju kagańca, który miał unieść dolną szczękę za pomocą gumki. W efekcie jedynie sprzączka, na której zaciskano uprząż, ocierała mi skórę głowy. Mimo to usta pozostawały otwarte.

Mając sześć lat, oczywiście nie wiedziałem nic o planie mojej matki, która zawiozła mnie do profesora Lautenschlägera do Berlina. Jakaś kobieta chwyciła mnie tam od tyłu, usiadła ze mną na krześle, inna przytrzymała mi głowę, a później boleśnie poczułem między zębami przedmiot, który gwałtownie coraz szerzej rozdzierał moje usta do momentu, aż miałem wrażenie, że wyłamią mi żuchwę. Później straciłem na chwilę przytomność. Gdy się ocknąłem, znajdowałem się już, prowadzony przez pielęgniarkę, w drodze do swojej sali. Rozwścieczony wyrwałem się jej i uciekłem tak, że nie mogła mnie znaleźć. Zostałem wtedy przez trzy dni w szpitalu, gdzie bez przerwy odwiedzały mnie starsze krewne. Kilka dni po moim zwolnieniu razem z matką i braćmi postanowiliśmy przespacerować się nad Łabę. W drodze powrotnej nagle źle się poczułem i położono mnie do łóżka. Kiedy matka pochyliła się nade mną, dostałem ataku kaszlu i ledwie mogłem dostrzec, jak jej biała suknia od góry do dołu pokrywa się krwią. Później opuściły mnie zmysły. Gdy doszedłem do siebie, leżałem w łóżku naszej opiekunki Detty, które stało za zasłoną. Poczułem się wówczas niezwykle dobrze i miałem wrażenie, jakbym się unosił. Wolałbym pozostać w tym stanie na zawsze. Zbyt szybko zostałem sprowadzony na ziemię.

Matka, często pełna rozpaczy, walczyła z moimi atakami astmy najrozmaitszymi środkami. Lodowate kompresy stosowała na przemian z gorącymi, którymi parzyła sobie ręce, a mi plecy. Wciąż jeszcze słyszę jej gwałtowne tupanie, gdy wyjmowała chusty z gorącej wody. Kompresy były na porządku dziennym. Minął długi czas, zanim mogłem spędzać noce bez wilgotnego okładu na klatce piersiowej i ramionach. Stale robiłem inhalacje, aplikowano mi proszek na astmę, wypróbowałem kąpiele, z których ulubiona to „tatarak i słód”. Stopniowo wymyślałem też własne metody, które dawały mi trochę ukojenia. Wieczorami kładłem się więc do łóżka bardzo ostrożnie, ponieważ miałem wrażenie, że poduszki wywołują atak kaszlu, i spędzałem noce w pozycji półsiedzącej. Czasem wstawałem we śnie, wychodziłem i siadałem na schodach. Utrapienie to, jak mawiali inni, opuściło mnie dopiero, gdy miałem piętnaście lat. W końcu dostawałem ataków tylko wtedy, gdy urządzano bitwy na poduszki.

1 Königlich Preußisches Hauptgestüt Graditz (jeśli nie zaznaczono inaczej, przypisy pochodzą od Tłumaczki).

2„Blut ist der Saft, der Wunder schafft”.

3 Lekki odkryty dwukołowy pojazd, stosowany do wyścigów kłusaków w zaprzęgu (przyp. red.).

4Die Pferde gratulieren.

5Graf Heinfried hat Geburtstag heute, / im Stalle sagen’s alle Leute. / Da wollen wir uns nicht lange zieren / und dir herzlich gratulieren. / Alle Pferde groß und klein / wollen beim Gratulieren sein. / Alle wollen’s mit dir wagen, / dich über Feld und Wiesen tragen / mit dir jagen über Stock und Wall. / So freut sich mit dir / der Lange Stall (Długa Stajnia).

6 Inaczej również Hubertus, święto organizowane zwykle około 3 listopada. Nazwa pochodzi od świętego Huberta – patrona myśliwych, leśników i jeźdźców, którego wspomnienie liturgiczne w Kościele katolickim przypada właśnie tego dnia.

7 Trakenów; obecnie Jasnaja Polana w obwodzie królewieckim. W tekście pozostawiono niemieckie nazwy miejscowości, które po II wojnie światowej znalazły się w granicach Polski, Rosji i Litwy, podając ich obecnie funkcjonujące odpowiedniki w przypisach i indeksie miejscowości.

8 Instytucje edukacyjne, założone przez Augusta Hermanna Franckego (1663–1727), niemieckiego teologa ewangelickiego oraz pedagoga, jednego z czołowych przedstawicieli pietyzmu, czyli nurtu religijnego w luteranizmie, kładącego nacisk m.in. na intensywną modlitwę i studiowanie Biblii (Franckesche Stiftungen).

9 Poprawnie przetłumaczone zdanie brzmi: „Tak ten świat jest urządzony”.

10 „Księżyc” w języku niemieckim to „der Mond” – stąd skojarzenie ze słowem „monde”, które z języka francuskiego w tym przypadku tłumaczy się jako „świat”.

11 Tesching – lekka, małokalibrowa strzelba myśliwska, produkowana w Cieszynie.

12 Friedrich Gerstäcker (1816–1872) – niemiecki pisarz i podróżnik, autor powieści przygodowych (przyp. red.).

13 Starogardu.

14 Sztynorcie.

15 Friedrich Schiller (1759–1805); Gottfried August Bürger (1747–1794); Johann Ludwig Uhland (1787–1862) – niemieccy poeci (przyp. red.).

16Sie versinket in den Fluten / traurig sind die Puten.

17 Friederike Kempner (1828–1904) – niemiecka pisarka żydowskiego pochodzenia, poetka i działaczka społeczna (przyp. red.).

18Mutter des unfreiwilligen Humors.

19Klara Wuras, lebst nicht mehr, / bist so ganz der Welt entrückt? / Eine Knospe, schon geknickt, / ach, an Tönen warst ein Meer!

20Ein jeder kennt im deutschen Gau / das Lied vom braven Mann. / Mit Recht so jeder fragen kann: / Gibt’s keine brave Frau?

21Hell der Himmel ist erleuchtet, / Sonnenstrahlen hin und her, / frischer Tau den Rasen feuchtet, / silbern glänzt das Jagdgewehr. / Eine Jagd ist’s, blutig jagend / eilt der Jäger durch den Wald, / für das Böse alles wagend, / Mordruf weit und breit erschallt.