Współczesna rodzina - Helga Flatland - ebook
Opis

Helga Flatland udowadnia, że jest jednym z najsilniejszych głosów nowego pokolenia norweskich pisarzy.

 

Ta kolacja przypominała scenę z klasycznego, mrocznego skandynawskiego dramatu. Tyle tylko, że nikt nie wyjawił skrywanej przez lata rodzinnej tajemnicy.

 

To miał być spokojny urlop z okazji siedemdziesiątych urodzin Sverrego. Gdy Liv, Ellen i Håkon słyszą, że ich rodzice rozwodzą się po czterdziestu latach małżeństwa, wydają się zupełnie zdezorientowani. Choć od dawna są już dorośli, mają własne rodziny i problemy, ta wiadomość destabilizuje ich życie. Czy wszystko, w co do tej pory wierzyli, jest fikcją?

 

Helga Flatland buduje znakomite portrety psychologiczne swoich bohaterów i pokazuje, że jest świetnym obserwatorem współczesności. W świeżym, bezpretensjonalnym stylu odsłania najgłębiej ukryte w nas obawy i traumy.

 

W tym portrecie zwyczajnej rodziny drzemie szczypta Ingmara Bergmana. Wnika pod skórę i rozdziera serce.

„Adresseavisen”

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 381

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału: En moderne familie

Copyright © by Wydawnictwo Poznańskie Sp. z o.o., 2019

Copyright © for the Polish translation by Wydawnictwo Poznańskie, 2019

Copyright © Helga Flatland

First published by H. Aschehoun and Co. (W. Nygaard) AS, 2017

Published in agreement with Oslo Literary Agency, Norway and Book/lab Literary Agency, Poland.

This translation has been published with the financial support of NORLA

Redaktor prowadząca: Adriana Biernacka

Redakcja: Anna Mackiewicz

Korekta: Magdalena Wójcik, Barbara Kaszubowska

Pro­jekt okład­ki: Ula Pągowska

Grafika na okładce: © Curly Roo / Shutterstock

ISBN 978-83-66278-36-3

Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o.

ul. Fre­dry 8, 61-701 Po­znań

tel.: 61 853-99-10

fax: 61 853-80-75

[email protected]

www.wydawnictwopoznanskie.com

Liv

Alpejskie szczyty są jak kły rekina, najeżona nimi paszcza przebija się przez pokrywę chmur nad Europą. Kły zmieniają gwałtownie kierunek wiatru, pęd powietrza brutalnie potrząsa samolotem, a my w jego trzewiach jesteśmy tacy mali, potylice w rzędach przede mną podskakują w rytm turbulencji. Uświadamiam sobie, że połacie lądu gdzieś daleko pod nami zamieszkuje ludność w większości przekonana, że można bić swoje potomstwo, i przez chwilę rozglądam się za własnymi dziećmi, ale ich nie widzę, siedzą cztery rzędy przede mną, ukryte za oparciami foteli. Usadowiony obok nich Olaf opiera głowę o ścianę kabiny. Przed nim dostrzegam czubek jasnej fryzury Ellen, między fotelami widzę także mamę, śpiącą z głową na jej ramieniu. Tata staje w przejściu, na szyi ma nowe słuchawki Bose, czyżby był z nimi w toalecie? Przepełnia mnie nagła czułość i posyłam mu uśmiech, ale on mnie nie widzi. Siada obok Håkona, dostrzegam tylko fragment jego twarzy, wysokie kości policzkowe i koniuszek nosa, oświetlony słabą błękitną poświatą bijącą od trzymanego na kolanach laptopa.

Każde z nich mogłoby być kimkolwiek innym. Każde z nas mogłoby być kimkolwiek innym.

W Rzymie pada. Wszyscy są na to przygotowani, od trzech tygodni sprawdzaliśmy codziennie prognozy, dyskutowaliśmy o tym przez telefon, w esemesach oraz w naszej grupie na Facebooku, dochodząc do wniosku, że to nie ma znaczenia, jest kwiecień i pogoda może się okazać nieprzewidywalna, tak czy inaczej, będzie cieplej niż w Norwegii, przecież to nie dla pogody tam lecimy — lecz mimo to atmosfera na Gardermoen, w promieniach wiosennego słońca i przy niemal dwudziestu stopniach Celsjusza, była odczuwalnie lepsza niż na Fiumicino, gdzie powitał nas deszcz i zaledwie trzynaście stopni. Może to też przez to, że nastąpiło coś w rodzaju falstartu, że ekscytacja i entuzjazm towarzyszące nam na Gardermoen wyczerpały się w czasie lotu, pierwszy etap był już za nami i wszyscy trochę sobie odpuścili.

Mam wrażenie, że przywiozłam ze sobą intruzów, nawet tu, na lotnisku, próbuję uchwycić wzrok Olafa i znaleźć w nim potwierdzenie, że on czuje to samo. Rzym i cała okolica, wszystko, co z nim związane, jest nasze. Maszerując przez halę przylotów, rejestruję, że jest inaczej, nie oddycham już pełną piersią tak jak wtedy, gdy jestem tu sama z Olafem, nie czuję tego samego radosnego podniecenia. Olaf jest zajęty, kupuje nam wszystkim bilety na pociąg, a ja gromię się w duchu za swoją niewdzięczność, swój egoizm. W ramach pokuty biorę Heddę na ręce, całuję ją w nosek i pytam, czy się nie bała, kiedy tak trzęsło w samolocie. Mała mi się wyrywa, jest pewnie na cukrowym haju po ciastkach i batonie, które przed podróżą dostał Olaf, z przykazaniem, by sięgnąć po nie tylko w sytuacji kryzysowej.

Mamy spędzić dwa dni w Rzymie, a potem jechać do domu udostępnionego nam przez brata Olafa, gdzieś w jakiejś wiosce na wybrzeżu. Dwa dni to jednocześnie krótko i za długo, myślę teraz, patrząc innymi oczami na moje dwie rodziny: tę, którą stworzyliśmy razem z Olafem, i tę, z której sama pochodzę.

Za cztery dni wypadają siedemdziesiąte urodziny taty. Rok temu zastukał w kieliszek na swoim własnym przyjęciu i obwieścił, że na siedemdziesiątkę sprawi prezent sobie i całej rodzinie, fundując nam wszystkim wycieczkę. Dokąd tylko zechcemy, dodał głośno. Odwrócił się do Heddy, wtedy czteroletniej, po czym oświadczył: Może pojedziemy aż do Afryki!

Zarówno sam pomysł, sposób, w jaki go nam obwieścił, jak i niezwykłe pobudzenie i doskonały nastrój w kolejnych miesiącach po sześćdziesiątych dziewiątych urodzinach taty były tak nie w jego stylu, że Ellen przez jakiś czas przesyłała mi codziennie listy objawów guza mózgu. To pewnie przez to, że wkrótce kończy siedemdziesiątkę, mówił Olaf, ale Ellen i ja protestowałyśmy: Tata nie jest z tych, co się przejmują swoim wiekiem, zawsze nabijał się z ludzi wpadających w urodzinową depresję i wynagradzających ją sobie nieodpowiedzialnym zachowaniem, mawiał, że to tylko wymówka usprawiedliwiająca jakieś ich inne potrzeby. Ale nasz ojciec nie wyglądał na człowieka chorego ani przechodzącego kryzys, poza tym chętka na darmowy wyjazd w ciekawe miejsce zwyciężyła nad naszą troską o niego i w końcu przestałyśmy się z Ellen przejmować.

Nie byliśmy na wspólnym wyjeździe ze dwadzieścia lat, od czasów, kiedy pojęcie „rodzina” obejmowało tylko Ellen, Håkona, mnie i rodziców. Zdarzało się co prawda, że korzystaliśmy wspólnie z domku wakacyjnego, czasem rodzice i Håkon, albo może Ellen, zostawali w nim jeszcze parę dni po tym, jak Olaf i ja przyjeżdżaliśmy z dziećmi, ale taki planowany wyjazd, wycieczka w rodzaju „jedziemy razem na wakacje” nie miała miejsca od czasów, gdy jako dwudziestolatka tłoczyłam się z Ellen i Håkonem na tylnym siedzeniu wypożyczonego auta, którym podróżowaliśmy po Prowansji.

Nie przypominam sobie, bym wtedy czuła, że jesteśmy sobie obcy, tak jak teraz. Wyjazd poza Oslo i dom w Tåsen, wyjście poza zwyczajowe ramy, utarte wzorce rozmów, spotkań i stałe miejsca przy stole zmieniły dynamikę naszych relacji. Teraz nikt nie wie, jak się ma zachowywać, odnosić do innych ani też jakie odgrywać role. Może chodzi tu również o to, że jesteśmy trojgiem dorosłych dzieci na wycieczce z rodzicami.

Pomysł wyjazdu do Afryki został szybko zarzucony — przez wszystkich z wyjątkiem Heddy — i to Olaf zaproponował, byśmy pojechali do Włoch, gdzie jego brat miał dom. Olaf zawsze bardzo się starał, by nie mieć wobec nikogo żadnych długów, więc myśl, że mój tata miałby fundować wycieczkę jemu i jego dzieciom, była dla niego nie do zniesienia. Nie możesz mu dawać pieniędzy, obrazisz go, zaprotestowałam, gdy Olaf wyszedł z pomysłem, byśmy sami za siebie zapłacili. Chcielibyśmy z Liv pokazać wam takie Włochy, jakie sami znamy, oświadczył Olaf moim rodzicom. Może dałoby się to połączyć z obchodami urodzin?

Jesteśmy za duzi na Włochy. Za wysocy, bladzi i jasnowłosi, ledwie mieścimy się przy stole w restauracji. Meble i całe wyposażenie zostało stworzone dla drobnych, filigranowych Włochów, nie zaś dla taty i Håkona, mierzących po metr dziewięćdziesiąt pięć, nie dla tak długich ramion i nóg, nie dla nas. Wciskamy się na krzesła z naszymi łokciami i kolanami, mamy zbyt wiele stawów, którymi się nawzajem poszturchujemy. Ellen i Håkon kłócą się trochę o miejsce, jakby znów byli nastolatkami. Pamiętam, że na tylnym siedzeniu auta mieliśmy szwy, które wyznaczały nam granice — za część, która przypadła mi w udziale, nie mógł wystawać nawet rąbek kurtki. Te szwy zdawały się nawet oddzielać powiet­rze, które nas otaczało. Håkon miał wtedy zaledwie trzy lata, ale dorastał z dwiema siostrami, więc szwy i kreski wyznaczały mu jasne granice w samochodzie, namiocie, przy stole oraz we wszystkich innych sferach życia.

Obok nas usadowiła się włoska rodzina, są od nas liczniejsi i zajmują mniejszy stolik, jedzą danie za daniem, tak jak w czasie pierwszej wizyty w Rzymie próbowałam ja z Olafem. Oświadczyliśmy kelnerowi, że chcemy dokładnie to samo, co rodzina przy sąsiednim stoliku. Naoglądałam się już wtedy tych wielkich włoskich rodów, które co wieczór okopują się przy stole podczas kolacji i jedzą kilka godzin, z dziećmi i dziadkami, głośno gadają, gestykulując jak na filmach, i brakowało mi mojej własnej rodziny — choć już wtedy pojęłam, że u nas by to tak nie wyglądało, nawet jeśli moi bliscy byliby tam ze mną. Byli ze mną tutaj. Teraz tu są, jesteśmy tu razem, przy stole: mama, tata, Ellen, jej chłopak Simen, Agnar i Hedda, Olaf i ja — oraz Håkon.

Zerkam na tatę usadowionego u szczytu stołu i uderza mnie, że rozsiedliśmy się dokładnie tak jak w domu rodziców. Tata zawsze zajmuje miejsce u szczytu stołu, mama siada na lewo od niego, ja zaś — obok niej, Håkon — naprzeciwko mamy, a Ellen tuż przy nim. Ci, którzy dołączyli do nas z czasem, nasi życiowi partnerzy, Olaf, Agnar i Hedda, musieli się w ten system wpasować, chyba nigdy się nawet nad tym nie zastanawialiśmy. Jedyną osobą, która próbuje się buntować, jest Simen, gdy sporadycznie pojawia się na rodzinnych przyjęciach, siada obok Ellen na miejscu Håkona, otacza oparcie jej krzesła ramieniem i trzyma się go kurczowo w ostentacyjnym geście, czekając, aż wszyscy się porozsiadają.

Tata ma gęste, siwe włosy. Ledwie pamiętam jego czarną czuprynę uwiecznioną na zdjęciach z czasów mojego dzieciństwa. W większości moich wspomnień włosy taty są siwe, tak jak teraz. Ojciec napotyka moje spojrzenie i się uśmiecha, zachodzę w głowę, co też sobie myśli, czy jest zadowolony, czy tak sobie to wszystko wyobrażał. A może w ogóle sobie tego nie wyobrażał, zazwyczaj nie ma żadnych oczekiwań, nie wieszczy sukcesów ani klęsk, lubi za to komentować moje oczekiwania: Musisz spróbować pogodzić się ze stanem rzeczy, Liv, mawiał, gdy byłam mała i płakałam zrozpaczona, bo jakiś wyjazd, mecz piłki ręcznej czy szkolny sprawdzian nie poszedł po mojej myśli, a ja nie umiałam wyjaśnić tacie, jakie to ważne, by wszystko było dokładnie tak, jak sobie założyłam, by wszystkie mniejsze czy większe wydarzenia i projekty następowały i były realizowane według wcześniej obmyślonego planu, w przeciwnym razie życiem mógł zacząć rządzić chaos. Ale życia nie da się szczegółowo zaplanować, mówił mi tata, musisz zrozumieć, że nie zawsze masz nad wszystkim kontrolę.

Teraz ojciec przysuwa się do mamy, jest trochę przygłuchy na lewe ucho, to, które zawsze ma do niej zwrócone przy stole, mama zaś podnosi dłoń, żeby gwar restauracyjnej sali nie zagłuszył jej słów — albo odwrotnie. Tata na nią nie patrzy, ale kiwa głową z uśmiechem.

— To co, decyzje podjęte? — pyta, machając nieznacznie kartą dań, zwraca się do nas wszystkich, nie czeka, aż mama opuści rękę.

Minęły ledwie dwie minuty, od kiedy kelner przyniósł menu, tata nie zdążył nawet do swojego zajrzeć.

— Może na początek zamówmy wino — mówi mama.

Tata jej nie odpowiada. Dokładnie studiuje kartę dań. Mama pochyla się nad jego przygłuchym uchem i powtarza, głośniej, on zaś kiwa głową, bez słowa, nie unosząc wzroku. Mama się uśmiecha, ale nie do niego ani do nikogo z nas. Otwiera kartę win.

Nie musimy przecież spędzać całego czasu razem, powiedziała mama, gdy planowaliśmy te dwa dni w Rzymie i gdy się okazało, że nikt poza nią nie ma, jak to ujął Håkon, potrzeby pójścia do muzeum MAXXI. Potrzeby? — powtórzyła mama. To nie chodzi o potrzebę. Mówicie o tym, jakby to było coś prymitywnego, jak jedzenie, a ja mam po prostu ochotę, sądzę, że wypada tam pójść, oświadczyła, i chociaż w rozmowie brali udział zarówno Håkon, jak i Ellen, miałam jak zwykle poczucie, że jej słowa skierowane są do mnie, że zawarta w nich jest krytyka, w tym konkretnym przypadku wymierzona we mnie i Olafa, bo tyle razy byliśmy w Rzymie, a nie zajrzeliśmy nawet do jednego muzeum. W sumie zaś był to ogólny atak na sposób, w jaki spędzamy wakacje, wychowujemy dzieci i żyjemy. Ciosy tego typu trafiają zawsze w to samo miejsce, zadane tak wprawnie, że nie mam nawet czasu dokończyć konkretnej myśli, a już czuję ukłucie i uruchamiają się wypracowane przez lata odruchy obronne. Przecież cały Rzym to jedno wielkie muzeum, odparłam wtedy pospiesznie, jest tam tyle do zobaczenia, że moim zdaniem nie ma sensu specjalnie gdzieś chodzić. Mama uśmiechnęła się nieco pobłażliwie, jak zawsze, gdy widzi, że próbuję się bronić lub mówię tonem wciąż określanym przez nią jako przemądrzały. Nie bądź już taka przemądrzała, mawia czasem, a ja wtedy zapominam, że mam ponad czterdzieści lat.

No ale przecież nie musimy spędzać całego czasu razem, powiedziała wtedy, spoglądając na nas po kolei, by sprawdzić, jakie wrażenie zrobiły na nas jej słowa. A teraz, kiedy stoimy przed Koloseum w tłumie japońskich turystów, jestem pewna, że Ellen i Håkon także sobie myślą, iż lepiej byłoby pójść z mamą do muzeum sztuki.

Tata wybrał się do Watykanu, nie pytając nawet, czy ktoś chciałby mu towarzyszyć, obwieścił po prostu przy śniadaniu, że ma takie plany. Wydaje mi się to dziwne, powiedziałam Olafowi, gdy wstaliśmy od stołu, w ogóle rodzice są jacyś nieswoi. Też to widzisz, prawda? — wypytywałam, sama nie będąc pewna, co takiego właściwie dostrzegam — bo z jednej strony nie pamiętam, kiedy mama i tata ostatnio odnosili się do siebie tak serdecznie, żartowali z siebie nawzajem i śmiali się ze swoich historii, angażowali się szczerze w dyskusje inicjowane przez drugą stronę, zupełnie jakby nagle wyrobili sobie nowe poglądy i stanowiska — lub też byli gotowi rozmawiać o nich na nowe sposoby. Z drugiej zaś strony był między nimi jakiś dystans, wynikający chyba z braku poufałej bliskości.

Olaf twierdził, że nie powinnam się na nich tak skupiać, wiesz, my też jesteśmy na urlopie, powiedział, a poza tym — nie sądzę, by to cokolwiek pomogło, że tak ich obserwujesz, zastanawiając się nad każdym ich ruchem i spojrzeniem. Przecież tego nie robię, zaprotestowałam, a Olaf wybuchnął śmiechem.

Agnar upiera się, by stanąć w kolejce do wejścia do Koloseum. Nie widać jej początku ani końca, ale trzeba w niej pewnie posterczeć kilka godzin. Ellen i Håkon kręcą ze śmiechem głową, mówią, że wolą usiąść w kawiarni, którą minęliśmy po drodze. Patrzę na Olafa, mój mąż rozkłada ręce.

— Mogę iść sam — mówi Agnar.

— Chyba oszalałeś — odpowiadam automatycznie.

Agnar zerka na Olafa.

— Właściwie to nie widzę żadnych przeszkód — oświadcza Olaf.

— Ja natomiast widzę same przeszkody — kontruję.

Agnar właśnie skończył czternaście lat i jest moim zdaniem trochę niedojrzały jak na swój wiek. Zdaniem Olafa jest dojrzały w sam raz. Tak czy inaczej, nasz syn wciąż dokonuje oceny większości sytuacji z dziecięcym oczekiwaniem, że wszystko się jakoś ułoży, nie rozważając przy tym konsekwencji i kierując się własnymi zachciankami. Często potem żałuje, nie posiada się z rozpaczy, gdy dociera do niego, że odchodziliśmy z Olafem od zmysłów, bo na przykład spóźnił się o godzinę do domu i nie odbierał telefonu. Ale potem sytuacja powtarza się po kilku zaledwie dniach. Mówiliśmy mu, że takie zachowanie jest egoistyczne, że musi się ogarnąć, że chcemy móc mu ufać, ale z drugiej strony wiem, że tu nie chodzi o zaufanie — bo on to robi nieumyślnie, jak sam potem mówi, zapomina się, gdy coś go pochłonie. Potrafi zapomnieć o całym świecie, wiem o tym i to rozumiem, ale zarówno Olaf, jak i ja nie do końca wiemy, co z tą sytuacją począć. Olaf zresztą rozpoznaje w naszym synu samego siebie i jest zdania, że najlepsze, co możemy zrobić, to dać mu więcej wolności, nie zaś wolność tę ograniczać. I kiedy cztery dni przed wyjazdem siedzieliśmy w Oslo przy śniadaniu z Ogarniętym Agnarem — jak nazywał go Olaf w dniach następujących po naszych konfrontacjach, gdy chłopak dwoił się i troił, by nam dogodzić, parzył kawę, robił śniadania, zajmował się Heddą i tak dalej, zmieniając się w chodzący wzór grzeczności — byłam gotowa dać szansę takiemu podejściu.

Ale nie tutaj, nie w Rzymie. Daj spokój, Olaf, mówi moje spojrzenie.

— Przecież mam telefon — odzywa się Agnar.

— Z którego korzystasz tylko, kiedy ci to pasuje — odpowiadam. — To ja już chyba wolę pójść z tobą.

Nie mogę mu zabronić iść do Koloseum, skoro tak się tym interesuje, nasz syn w ostatnich latach zapałał zaskakującą namiętnością do historii i architektury, a na wieść, że jedziemy do Rzymu, aż zaświeciły mu się oczy.

— Wcale nie musisz, ja chcę iść sam — mówi Agnar, przebierając niecierpliwie nogami i skubiąc nerwowo lewe ucho, zupełnie jak Håkon, gdy dopada go stres.

— Tu nie chodzi o to, czy chcesz, lecz o to, że nie możesz — mówię. Hedda ciągnie mnie za rękę, chce usiąść na brudnym asfalcie, nie pozwalam jej, więc zaczyna marudzić, wisi na moim ramieniu jak mała małpka, zaczyna mnie boleć bark.

— A właśnie, że może. Słuchaj, zrobimy tak. — Olaf kładzie dłonie na ramionach syna i patrzy mu prosto w oczy. — Masz dwie godziny. Daję ci czas do trzeciej. To znaczy, że jeśli do trzeciej nie wejdziesz do środka, będziesz musiał opuścić kolejkę. O trzeciej spotkamy się w tamtej kawiarni — dodaje Olaf, wskazując lokal, do którego ruszyli już Ellen z Håkonem.

Agnar kiwa głową, nie posiada się ze zdumienia, ledwie ma odwagę na mnie patrzeć ze strachu, że wszystko popsuję swoimi sprzeciwami. Lecz mamy z Olafem pakt, którego nie łamiemy prawie nigdy, w obecności dzieci nie przeczymy sobie nawzajem, jesteśmy w procesie ich wychowania konsekwentni i skoordynowani, dotyczy to wszystkich zasad i stawianych im granic, więc mogę w tej sytuacji tylko przytaknąć. Właściwie jestem też trochę dumna z Agnara, tak żywo zainteresowanego czymś, co inni czternastoletni chłopcy mają na ogół w nosie — i żałuję, że nie widzi tego moja mama.

Olaf sprawdza, czy Agnar ma naładowany telefon, daje mu pieniądze, nakazując, by schował je do kieszeni i nie wyciągał, zanim nie dojdzie do okienka kasy biletowej, poucza, by chłopak koniecznie patrzył na zegarek co dziesięć minut, że to sprawdzian, który powinien zaliczyć, jeśli chce mieć tę wolność, której tak się od nas domaga. Na koniec pyta, czy wszystko jest jasne.

— Co dziesięć minut. O trzeciej. Pieniądze. Kawiarnia. Zrozumiano! — melduje Agnar i jego miękką, ufną twarz rozjaśnia śliczny uśmiech, uśmiech, o którym marzy każdy porywacz i pedofil, a ja czuję, że ze stresu robi mi się niedobrze. Mój syn znika w tłumie.

Olaf zabiera Heddę na pobliski plac zabaw, a ja idę w stronę kawiarni, odwracam się co dziesiąty krok, by sprawdzić, czy dostrzegę Agnara gdzieś w kolejce, nie pamiętam, jaka byłam w wieku czternastu lat, lecz jestem pewna, że nie upierałam się na samotne wyprawy po nieznanych miastach.

Håkon i Ellen siedzą na tarasie z widokiem na Koloseum. Simen wolał dłużej sobie pospać i umówił się z nami dopiero na lunch. Dla naszej rodziny takie zachowanie na urlopie jest nie do pomyślenia: jak tak można, nie wstać rano, nie wyjść na miasto, nie zrobić czegoś wartościowego ze swoim czasem? Urlop polega dla mnie na tym, że można dłużej pospać, zapowiedział Simen podczas wczorajszego obiadu. Tata uśmiechnął się z wysiłkiem. Wyobrażam sobie, że Simen należy też do ludzi, którzy potrafią spędzić pogodny, wolny dzień przed telewizorem, co Håkonowi, Ellen i mnie nie mieści się nawet w głowie. Jestem dorosła, ale mam wyrzuty sumienia, jeśli w ładny dzień nie wyjdę z domu — ojciec wbijał nam ten przymus do głów w każdą słoneczną sobotę i niedzielę od dnia naszych narodzin, aż stał się on wreszcie jedną z życiowych reguł.

Håkon zamówił butelkę czerwonego wina, proszę kelnera o dodatkowy kieliszek. Nasz brat chce nam nalać, ale Ellen zasłania swój kieliszek dłonią.

— Znów jestem na kuracji penicyliną — oświadcza. Od roku dokuczają jej nawracające infekcje dróg moczowych.

— Przez takich jak ty bakterie są coraz bardziej odporne, łykasz te antybiotyki jak cukierki. Może powinnaś lepiej spróbować soku z żurawiny — mówi Håkon.

— Ciekawe, że się z ciebie zrobił taki ekspert od infekcji dróg moczowych, czy jest w ogóle na tym świecie coś, na czym się nie znasz? Jakiś temat, na który nie masz opinii? — Ellen przewraca oczami, ale równocześnie się uśmiecha.

Ich przekomarzania trochę mnie uspokajają, ale czuję, że serce nadal mocno mi bije, a wzrok podąża ku ludzkiej ciżbie, w której zapewne błądzi teraz Agnar. Upijam duży łyk wina, przymykam oczy i przełykam. Zazdroszczę w tej chwili Ellen i Håkonowi, siedzącym obok mnie beztrosko, wolnym, ze wzrokiem podążającym najwyżej ku słońcu, które przebija się przez cienką powłokę chmur nad naszymi głowami.

Rzadko spędzamy czas tylko we troje. Odkąd Håkon dorósł i zamieszkał sam, spotykamy się czasem na piwo lub obiad, zawsze z inicjatywy mojej albo Ellen. Siostra jest młodsza ode mnie o dwa lata, Håkon zaś — młodszy od niej o osiem, kilka tygodni temu miał trzydzieste urodziny. W ciągu ostatnich lat zaczął sam się z nami kontaktować, dystans z czasów, gdy on miał dziesięć, a ja dwadzieścia lat, zmalał i poznaliśmy się na nowo jako dorośli — mimo że hierarchia nadal jest jasno ustalona. Wydaje mi się, że z Ellen łączą go inne stosunki niż ze mną, że spędza z nią więcej czasu i ma lepszy kontakt. Pewnie uważa, że ma z nią więcej wspólnego, co zresztą jest prawdą: Oboje są podobni do mamy, mają jej jasne włosy i wielkie oczy. Ellen odziedziczyła po niej również krągłości i figurę — jest czarująco pulchna i kusząco miękka, zupełnie inaczej niż ja, od zawsze chuda i niemal kanciasta.

Chętnie bym się z nią zamieniła, marzę, by mieć ciało Ellen, i pamiętam, jakie to było straszne, gdy miałam szesnaście lat, a ona, dwa lata ode mnie młodsza, szczyciła się obfitszymi niż moje krągłościami i większym biustem. Chłopcy wydzwaniali do nas do domu i prosili ją do telefonu. Byłam na nią wtedy wściekła, przeglądam po latach swoje pamiętniki, w których wypisywałam, że jej nienawidzę, wynajdując ku temu różne powody — że jest taka irytująca i nudna, że to rozpuszczona gówniara. Kiedy do tego jeszcze Ellen pierwsza znalazła sobie chłopaka, i to takiego, co wciąż do nas przyłaził, siadał z nami do obiadu i bawił się jej włosami, oświadczyłam mamie, że się wyprowadzam. Na długiej liście przyczyn, które jej podałam, nie było nic o Ellen, ale po latach jestem pewna, że mama mnie przejrzała. Zapisałam w pamiętniku, że mama często zabiera mnie na wspólne wycieczki i babskie wyjścia, że jeździmy w odwiedziny do babci i dziadka, jemy na mieście, chodzimy do kina i w ogóle spędzamy dużo czasu bez Ellen. Wspomniałam o tym mimochodem w jakimś komentarzu albo ocenie filmu, który widziałyśmy. Chyba nie zastanawiałam się nad tymi oczywistymi wysiłkami mamy ani ich nie oceniałam, lub może wstydziłam się prawdy, nawet przed swoim pamiętnikiem — bo byłam obiektem matczynego współczucia, a mojej siostrze powodziło się w różnych sferach życia znacznie lepiej niż mnie.

Wciąż zdarzają się chwile, w których ogarnia mnie ta przytłaczająca i wstydliwa zazdrość, jak na przykład wtedy, gdy widzę spojrzenia posyłane Ellen przez mężczyzn na ulicy czy w kawiarni, kiedy oglądam nasze zdjęcia z dzieciństwa lub — i wtedy jest najgorzej — gdy czasem widzę, jak ona rozmawia z Olafem. Chociaż nie, właściwie odwrotnie: gdy widzę, jak on rozmawia z nią. Nigdy go o to nie spytałam, chociaż to najbanalniejsze, najbardziej dziecinne ze wszystkich pytań ciśnie mi się na usta: Myślisz, że ona jest ode mnie ładniejsza? Wybrałbyś ją, gdybyś mógł? Te słowa nie padły nawet w naszych najgorszych kłótniach, chwilach, gdy sama właściwie nie wiedziałam, co mówię czy robię. Miałam ochotę je wywrzeszczeć, zwłaszcza na początku, ale zawsze powstrzymywałam się w ostatniej chwili, typując na zastępczą ofiarę jakąś jego znajomą czy koleżankę z pracy: Myślisz, że nie widzę, jak się na nią gapisz? — krzyczałam — jak się za nią odwracasz i ją czarujesz, ale czy ty naprawdę sądzisz, że miałbyś u niej szanse, że ona byłaby zainteresowana tobą? I było to z mojej strony haniebne i godne pożałowania, ale wciąż lepsze niż ta druga możliwość.

Zbliżyłyśmy się do siebie z Ellen w wieku dwudziestu kilku lat, gdy poznałam Olafa, a młodsza siostra weszła w moim życiu w nową rolę. Nagle stała się kimś, komu mogłam się zwierzyć, człowiekiem, przyjaciółką, kimś bliskim, nie tylko uosobieniem wszystkiego, czym bardzo chciałam być, a czym być nie mogłam. Studiowałam dziennikarstwo, dzieliłam mieszkanie na Majorstua z koleżanką, a Ellen nadal mieszkała z rodzicami. W pierwszym roku po mojej wyprowadzce spotykałyśmy się chyba tylko na różnych uroczystościach, pamiętam, jak cudownie mieszkało się samej, bez Ellen, w której przeglądałam się wcześniej każdego ranka niczym w lustrze, jak wspaniale było spotykać ludzi, którzy nie mieli pojęcia o jej istnieniu. A potem poznałam Olafa i moje ambiwalentne uczucia względem siostry wydały mi się nagle przesadzone i dziecinne, zaczęłyśmy się do siebie zbliżać i w końcu, gdy urodziłam Agnara i Heddę, uczucia te zupełnie wyblakły i tylko jakiś ich niejasny ślad przypominał mi czasem, jak to kiedyś było.

Wypiłam dwa i pół kieliszka wina, słońce opaliło mi koniuszek nosa i czuję, że jestem spokojniejsza. Cieszę się, że Olaf przejął kontrolę nad sytuacją, że Agnar zobaczy Koloseum i że ma rodziców, którzy dają mu swobodę, ucząc go jednocześnie odpowiedzialności. Cieszę się, że siedzę z moim rodzeństwem w modnej kawiarni w Rzymie, a nasza matka ogląda w tym samym czasie włoską sztukę współczesną, podczas gdy ojciec spaceruje po Watykanie.

Nie mam odwagi przyznać się do niepokoju o Agnara. Ellen i Håkon zdążyli już spojrzeć na mnie z kompletnym brakiem zrozumienia, gdy oświadczyłam, że jestem zestresowana, jeszcze zanim usiadłam. Mieliśmy na ten temat wcześniej długie dyskusje, wiem, że zdaniem Håkona jestem nadopiekuńcza, wyznaczam dzieciom zbyt wiele zasad i dlatego też przesadnie się martwię. Ellen jest zafascynowana naszym sposobem tresowania dzieci, jak kilka razy kąśliwie to określiła, a w ostatnim roku nie chciało jej się nawet tego komentować — gdy rozmowa schodziła na kwestie wychowawcze, po prostu się wycofywała. I choć rozumiem, co ona ma na myśli — że wpasowujemy się z Olafem w jakiś trend czy modę — to nie mam pojęcia, co mogłabym robić inaczej. Jeśli wypowiem wojnę wkradającemu się w każdy aspekt życia systemowi nadzoru, ucierpią na tym tylko Agnar i Hedda, będą wtedy inni od swoich rówieśników.

— Jest czternasta trzydzieści — mówi Ellen, przerywając rozważania Håkona na temat naszych wyobrażeń o wielkich włoskich rodzinach, wyobrażeń kompletnie niezgodnych z rzeczywistością, bo przecież jeden dorosły Włoch produkuje w naszych czasach statystycznie niewiele ponad jedno dziecko.

— Pomijając fakt, że świadczy to o złej sytuacji finansowej i fatalnej polityce rodzinnej, to nie jest to żadna katastrofa sama w sobie. Ludzie nie powinni stawiać sobie za cel produkowania dzieci — oświadcza nasz brat. — Świat przecież jest już i tak przeludniony.

Ellen wchodzi mu w słowo, mówi głośno i parodiuje naszą mamę, która ma w zwyczaju zerkać na zegarek i obwieszczać godzinę, niezależnie od tego, czy ktoś ją o to pytał, czy nie.

Długo się z niej z tego powodu nabijaliśmy, aż zrobił się z tego wewnętrzny żart, powtarzany pomiędzy Håkonem, Ellen a mną, a nawet Olafem, mną i Agnarem. Ale jednocześnie jest w tym jakieś poczucie bezpieczeństwa, jakaś neutralna rzeczowość. I choć zawsze parodiujemy wtedy ton głosu naszej mamy, to Håkon, Ellen i ja zaczęliśmy informować siebie nawzajem i innych o godzinie, często przerywając w ten sposób niezręczną ciszę podczas mniej udanych spotkań albo po prostu podając to do wiadomości.

Śmieję się cicho, Ellen jest najlepszą parodystką, jaką znam, potrafi obserwować ludzi, dostrzegać drobne szczegóły ich ruchów, mimiki, na przykład nieznaczne odrzucenie głowy w tył lub charakterystyczne spojrzenie, i umie się nagle zmienić na naszych oczach w mamę, babcię, jakąś wspólną koleżankę albo znaną polityczkę czy aktorkę.

— Dzięki — mówię.

— Boże drogi, wyluzuj, chłopak ma czternaście lat — odzywa się Håkon.

Wszyscy doskonale wiemy, że „czternasta trzydzieści” było w wykonaniu Ellen próbą uspokojenia mnie, przypomnienia o wspólnych skojarzeniach, wspólnych punktach odniesienia. Zastanawiam się, ile z tego to zasługa genów, czy jesteśmy zaprogramowani w ten sam sposób i dlatego intuicyjnie zawsze się rozumiemy, czy też chodzi raczej o wyuczone wzorce myślenia, mówienia, kojarzenia i wyciągania wniosków. Tak czy inaczej, mamy wszyscy troje, Ellen, Håkon i ja, ten zestaw cech wspólnych, niewypowiedzianych i stałych, niezmiennych w czasie i przestrzeni.

Gdy skończyłam studia dziennikarskie i pracowałam jako wolny strzelec w magazynie dla kobiet, napisałam artykuł o bliźniętach rozdzielonych zaraz po porodzie. W odróżnieniu od wielu innych historii tego typu chodziło tu o bliźnięta jednojajowe, które wyglądały niemal identycznie, mówiły w ten sam sposób, miały takie same gesty, lecz wiodły zupełnie inne życia, podejmując inne decyzje i wyznając inne wartości — jedno z bliźniąt głosiło poglądy radykalnie lewicowe, drugie — radykalnie prawicowe, rodzeństwo nie miało wspólnych zainteresowań, nie lubiło podobnych potraw, muzyki ani filmów. Oprócz identycznego wyglądu tych dwoje ludzi nie miało ze sobą nic wspólnego. Żadne z nich nigdy nie czuło, że czegoś mu brakuje, nie tęskniło za bratem ani siostrą, z których istnienia nie zdawali sobie sprawy (jak w wielu podobnych historiach, o których czytałam), nie mogli też w żaden sposób odgadnąć nawzajem swoich myśli ani kończyć nawzajem swoich zdań.

Naczelna nie chciała przyjąć artykułu, stwierdziła, że nie ma w nim niczego poruszającego ani fascynującego, że lepiej i ciekawiej by było na odwrót, gdyby bliźnięta dokonywały tych samych wyborów, lubiły te same potrawy oraz kończyły za siebie nawzajem zdania. Zdaje się, że naczelna była jedynaczką.

Agnar przychodzi spacerkiem dziesięć po trzeciej, muszę gryźć się w język, by nie wykrzyczeć, co działo się w mojej głowie przez ostatnie dziesięć minut, ale Olaf kładzie mu dłoń na ramieniu i chwali go, że tak świetnie się spisał. Prawda, że świetnie, Liv? Mam wrażenie, że Agnar urósł przez te dwie godziny z dwadzieścia centymetrów, jest taki dumny i dorosły, stoi wyprostowany niczym struna, więc nic nie mówię, obejmuję go tylko i całuję w czoło, ujmuję jego twarz w dłonie, policzki wciąż ma po dziecięcemu miękkie i pucołowate. Tylko kilka włosków pod nosem świadczy o tym, że ruszył już proces przepoczwarzania się w człowieka dorosłego.

— Święta prawda — mówię z uśmiechem. — Doskonale się spisałeś. Fajnie było?

Żałuję tego pytania, gdy Agnar rozpoczyna szczegółowy wykład o Koloseum, potem gada jak najęty przez całą drogę do hotelu, opieram głowę o szybę okna taksówki, czuję, jak Olaf ściska moją dłoń, gdy mijamy hotel, w którym wiele razy mieszkaliśmy, odwzajemniam uścisk, gładzę wierzch jego ręki kciukiem, ogarnia mnie nagła radość na myśl o wyjechaniu stąd, opuszczeniu Rzymu, zalegnięciu na leżaku z czytającym książkę Olafem u boku, patrzeniu na Agnara i Heddę kąpiących się w basenie — oraz na całą resztę rodziny krążącą dookoła w trybie urlopowym, dokładnie tak, jak wyobrażałam to sobie, siedząc w biurze w Oslo i tęskniąc do tych chwil. I bodajże po raz pierwszy w życiu myślę, że jeśli wszystko pójdzie choć w połowie tak dobrze, jak sobie wymarzyłam, to będę szczęśliwa.

Rozdzieliliśmy się na trzy auta i opuszczamy Rzym w kolumnie: Olaf, dzieci i ja w pierwszym samochodzie, Simen i Ellen w drugim, w trzecim zaś — mama, tata oraz Håkon. Mimo że Olaf jedzie bardzo wolno jak na roztrąbione włoskie szosy, mama i tak traci nas z oczu na rondzie, wybiera niewłaściwy zjazd i widzę, jak jej auto niknie w morzu samochodów za nami.

Mówię do Olafa, że musimy zawrócić albo się zatrzymać, ale jesteśmy na trójpasmówce, z każdej strony mamy pełno aut, więc musimy jechać przed siebie, wobec czego dzwonię do taty.

— Mówi Sverre — odzywa się tata, który zawsze odbiera telefon w ten sposób, nawet teraz, gdy ma komórkę i widzi, kto do niego dzwoni.

Wiele razy zwracałam mu uwagę, że to dziwne, skoro przecież wie, że rozmawia ze mną albo którymś z nas — a my z kolei mamy pewność, kto odbierze — lecz tata jest zdania, że przedstawienie się w rozmowie telefonicznej to wymóg dobrego wychowania. Niezależnie od wszystkiego.

— Cześć, tato, źle zjechaliście — mówię.

— To nie was widać tam z przodu? — pyta tata.

— Nie, źle zjechaliście z ronda — tłumaczę.

— Aha, a gdzie teraz jesteście? — zapytuje tata spokojnie.

— Gdziejesteśmy? Nie mam pojęcia, tato, wyjeżdżamy z Rzymu. Powiedz mamie, żeby zawróciła do ronda i wybrała na nim trzeci zjazd. A potem sami sobie radźcie, macie przecież GPS.

— Ale on nie działa — mówi tata. — Liv każe nam zawracać — odzywa się do mamy. Nie słyszę jej odpowiedzi.

— Ależ działa, Olaf go zaprogramował przed wyjazdem — odpowiadam. — Możesz poprosić Håkona, żeby go włączył?

— Ale on śpi — mówi tata i gdzieś w okolicach ich auta rozlega się trąbienie tak głośne, że muszę odsunąć słuchawkę od ucha, mama coś krzyczy.

— No to go obudź, rany boskie — rzucam. — Kierujcie się GPS-em, a my na was poczekamy na trasie, jak znajdziemy jakieś miejsce. Zadzwoń, kiedy zjedziecie z tego ronda.

— GPS nie działa, jak już wspominałem, ale jakoś sobie poradzę — oświadcza tata, który nie ma zamiaru budzić Håkona. Kieruje się dumą — rzadko prosi kogokolwiek o pomoc, zwłaszcza w kwestiach technicznych — lecz także troską o syna. Jeśli Håkon jest zmęczony, to musi sobie pospać.

Rodzice mają do Håkona szczególnie dużo serca, jak lubi mawiać mama, nasz brat urodził się bowiem z wadą tego organu i wszyscy byli przekonani, że umrze w pierwszych tygodniach życia. Dobrze to wszystko pamiętam, jego maleńkie ciałko w inkubatorze, wszystkie te przewody, wyglądał jak jakiś kosmita.

Leżąc na porodówce po urodzeniu Agnara, dużo myślałam o mamie, o tym, jak się wtedy czuła, nie mając swojego dziecka obok siebie, jak to było wiedzieć, że jej synek leżał gdzieś zupełnie sam, w tym wielkim labiryncie szpitala, z maleńkim serduszkiem, w którym była dziurka.

Gdy rodził się Håkon, byłyśmy z Ellen u babci, tata przyjechał tam następnego dnia, siedział przy stole w kuchni i płakał, zdając się nie dostrzegać patrzących na niego w milczeniu córek. Nie wiedziałem, co ze sobą zrobić, powiedział do babci, która trzymała go za rękę, jakby był małym dzieckiem. Nie było cię tam, więc nie zrozumiesz, całą noc biegałem między porodówką a OIOM-em.

W kolejnych miesiącach mieszkał w szpitalu na zmianę z mamą. Håkon przeszedł operację, zaróżowił się i zaczął wrzeszczeć, a wdzięczność rodziców za te wrzaski budziła bunt we mnie i Ellen. Nie możesz go jakoś uciszyć? — powiedziałam pewnego wieczora po tym, jak braciszek zamieszkał wreszcie z nami w domu. Håkon ryczał, a tata spacerował z nim na rękach po salonie na parterze, tuż pod moją sypialnią, z rozanielonym wyrazem twarzy. Oświadczył mi wtedy, że te wrzaski brzmią w jego uszach jak najpiękniejsza muzyka.

Strach przed tym, że Håkon może umrzeć, zmienił się w świadomość jego odmienności, kruchości i tego, że jest odrobinę ważniejszy od wszystkich innych ludzi. Mama i tata opiekowali się nim zupełnie inaczej niż mną czy Ellen. Lekarze powiedzieli im, że chłopiec może być trochę opóźniony w rozwoju, mieć trudności z nauką czy sprawiać problemy wychowawcze. I mimo faktu, że Håkon był o głowę wyższy i dużo postawniejszy od swoich kolegów już w pierwszych klasach podstawówki, mimo że pisać, czytać i liczyć nauczył się, jeszcze zanim poszedł do szkoły, a jego osobowość cechowała ogromna empatia, mama martwiła się o niego cały czas, jakby nie mogła wręcz przyjąć, że jej syn jest zupełnie normalnym dzieckiem.

Okazało się za to, że Ellen cierpi na dysleksję, zdiagnozowaną bardzo późno, o co siostra nadal czasami oskarżała rodziców. Bo oni widzieli tylko Håkona, tłumaczy tym, którzy mają jeszcze siłę tego słuchać. A wszyscy myśleli, że jestem po prostu głupia. Nie jest to prawda, nikt nie myślał, że Ellen jest głupia, moja siostra wyczytała gdzieś, że dyslektycy bywają tak traktowani, i wmawia sobie, że z nią też tak było. Fakt, została zdiagnozowana dość późno, ale tylko dlatego, że była na tyle cwana, by opracować własny system rozumienia słów, i przez całą wczesną podstawówkę czytała całkiem przyzwoicie, tyle że na swój sposób.

Håkon był także długo oczekiwanym beniaminkiem. Rodzice starali się o kolejne dziecko, odkąd Ellen skończyła dwa lata, i mimo że przez cały okres ciąży zapewniali mnie i siostrę, że płeć dzidziusia nie ma dla nich znaczenia, to jestem przekonana, że marzyli o chłopcu. Nie było w tym zresztą nic złego, za dziwne uznać można najwyżej to, że oboje utrzymywali — pewnie też przed sobą nawzajem — iż równie mocno marzą o kolejnej dziewczynce.

Kiedy chodziłam w ciąży z Heddą, miałam nadzieję, że urodzę dziewczynkę, i mówiłam o tym otwarcie wszystkim, którzy pytali. Nie wolno tak gadać, Liv, upominała mnie mama. Ale dlaczego, odpowiadałam, przecież tylko kompletny idiota nie pojmie, że będę kochać to dziecko tak czy inaczej. Tyle tylko, że w tej chwili bardziej chciałabym dziewczynkę. Nie widzę problemu. Dobrze, że to nie chłopak, bo potem musiałby słuchać, że go nie chciałaś, stwierdziła mama, gdy się okazało, że faktycznie urodzę istotkę płci żeńskiej. A ja jej odparłam, że nigdy nie wychowałabym mojego dziecka na niepewnego siebie, niezdolnego do refleksji człowieka. Niezależnie od płci.

Nikt nie wie, dlaczego rodzice tak długo starali się o Håkona, dlaczego jego poczęcie wymagało wielu lat i poprzedzone było kilkoma poronieniami, ale lekarze z prywatnej kliniki, do której w końcu mama zwróciła się o pomoc, byli zdania, że to przez jakieś uszkodzenie, które nastąpiło, gdy rodziła Ellen. Koszmarny poród, jak zawsze mawia mama, ku wielkiej irytacji mojej siostry. I co, mam cię teraz przepraszać? — pyta w takich chwilach Ellen i zaczynają się spierać, dokładnie tak samo za każdym razem, są identyczne, podobnie uparte i czasem wydaje mi się, że rywalizują ze sobą w jakichś niezrozumiałych dla nikogo innego zawodach.

Håkon był w każdym razie dzieckiem z całego serca chcianym i jest nim nadal. W różnych rodzinnych sytuacjach nadal zachowuje się jak maluch, odgrywa rolę najmłodszego, bezradnego, kładzie się na sofie, gdy wszys­cy inni przygotowują jedzenie, odchodzi od stołu, nie zabierając talerza, przesiaduje w słuchawkach na uszach i z macbookiem na kolanach na środku salonu i dopiero niedawno przestał przywozić brudne ubrania do prania rodzicom — po tym jak skomentowała to jego ostatnia dziewczyna. Ale gdy spotykamy się tylko we trójkę, Ellen, Håkon i ja, nasz brat staje się kimś zupełnie innym, dorosłym mężczyzną uczestniczącym w dorosłych rozmowach i borykającym się z dorosłymi problemami.

Ale skoro teraz, na urlopie we Włoszech, wyciągnął się na tylnym siedzeniu auta prowadzonego przez rodziców, to niech sobie pośpi, mówi tata i rozłącza się, nie wspominając już ani słowem o GPS-ie.

Należący do brata Olafa dom leży na niskim wzniesieniu w okolicach średniej wielości kurortu na riwierze. Część trasy wiedzie wzdłuż brzegu Morza Śródziemnego, które migocze w słońcu odcieniami turkusu, część zaś — przez górski krajobraz w kolorach brązów i oliwki, przez małe wioski, w których czas jakby się zatrzymał, choć Olaf uważa, że tego rodzaju komentarze świadczą o uprzedzeniach.

— Co ty możesz o tym wiedzieć? — mówi. — Nie masz pojęcia o niej ani o jej życiu — oświadcza, wskazując palcem starą, ubraną na czarno kobietę, która siedzi na stołku przed swoim domem, zdaje się, że zupełnie bezczynnie.

Nie odpowiadam mu. Odwracam się do Agnara i Heddy, wyglądających przez tylne okna auta.

— Pomyślcie, tu mieszkają ludzie — zwracam się do nich.

Tak zwykła mówić moja mama podczas przejażdżek po Norwegii lub innych krajach, gdy mijaliśmy miejsca wyglądające na opuszczone albo niezamieszkane. Pamiętam zwłaszcza jedno takie miejsce w Portugalii, wypożyczyliśmy samochód i jeździliśmy po górach na wybrzeżu Algarve. Miałam wtedy jakieś czternaście lat. Wydawało mi się, że całą wieczność błądzimy po wąskich, krętych dróżkach, było tak gorąco, że powietrze nad asfaltem drgało, tata powiedział, że na szosie dałoby się usmażyć jajko, i zrobiło to na mnie i Ellen ogromne wrażenie. Przejechaliśmy przez małą wioskę, na którą składało się jakieś dziesięć czy dwanaście domów, mały ryneczek i stacja benzynowa, gdzie tata postanowił zatankować. Sam budynek stacji właściwie przypominał bardziej szopę, zarówno tabliczki, jak i pompy były rude od rdzy. Pod drzwiami do szopy, w cieniu niewielkiego parasola, siedział mężczyzna, który podniósł się na nasz widok. Uśmiechnął się, Ellen powiedziała mi potem, że miał tylko jeden ząb, nalał benzyny do baku, mimo że tata chciał zrobić to sam, a gdy odjeżdżaliśmy, długo jeszcze za nami spoglądał. Odwróciłyśmy się z Ellen i patrzyłyśmy przez tylną szybę, jak jego sylwetka maleje w oddali. Pomyślcie, tu mieszkają ludzie, powiedziała mama jak zawsze, a ja nagle zrozumiałam, o co jej z tym chodziło. Ogarnęło mnie ogromne współczucie dla tego człowieka, który musiał tu zostać, na tej portugalskiej ziemi niczyjej, na tej stacji, bo tak właśnie wyglądało jego życie. Prawie się rozpłakałam. Nie byłam w stanie go zapomnieć przez całe wakacje, dręczyły mnie straszne wyrzuty sumienia. Gdy kilka dni później wróciliśmy do naszego hotelu, spytałam mamę, czy według niej ten człowiek ma rodzinę. Ale ona nawet go nie pamiętała, zaczęłam płakać, tłumacząc, o kogo mi chodzi, o tego samotnego, bezzębnego pana na stacji benzynowej, siedzącego tam pewnie dzień w dzień, bez rodziny, przyjaciół ani pieniędzy, w ogóle bez żadnego życia. Ach, on! Ależ, Liv, kochanie, powiedziała mama z uśmiechem, on by sobie pewnie pomyślał, że nasze życie w Oslo jest nie do wytrzymania, takie zabiegane i stresujące. To nie tak, że musimy żałować wszystkich, którzy się od nas różnią.

Powtórzona przeze mnie matczyna fraza zdaje się nie robić większego wrażenia na Agnarze i Heddzie. Agnar zaczyna opowiadać nam o algach, przez które Morze Śródziemne ma ten lazurowy odcień, a Hedda ma oczy jak szparki, zaraz zaśnie, zastanawiam się, czy mam siłę ją przekonywać, by teraz nie spała i położyła się o swojej zwyczajowej porze wieczorem, dając nam kilka chwil wymarzonego spokoju, czy też sobie odpuścić. Mała zasypia, zanim jestem w stanie podjąć decyzję, a ja nie mówię o tym Olafowi, który pilnuje higieny snu dzieci dużo bardziej niż ja.

Po czterech godzinach w aucie Olaf skręca na wybrukowane miejsce parkingowe na wzgórzu, słońce wisi nisko nad powierzchnią morza. Nie widzę domu, zasłaniają mi go drzewa i krzewy zasadzone wokół parkingu, w końcu dostrzegam ukryte w całej tej zieleni wąskie schodki, Hedda i Agnar zaczynają biegać i szaleć po długiej podróży, dopadają do schodków i znikają mi z oczu. Ruszam za nimi i wychodzę prosto na południowy taras z widokiem na całe miasteczko i rozległy morski horyzont. Agnar i Hedda wrzeszczą z radości na widok basenu zbudowanego tuż pod tarasem, błękitna, chlorowana woda budzi też mój dziecięcy zachwyt, mimo że tuż u mych stóp rozciąga się spokojne, kuszące Morze Śródziemne.

Reszta rodziny dołącza do nas na tarasie. Olaf otwiera prowadzące do domu podwójne szklane drzwi, wkraczamy do przestronnej kuchni wyłożonej czerwonymi kaflami, jest tam mnóstwo otwartych szafek, każdy rozchodzi się stamtąd w swoim kierunku, zaczynamy eksplorować ogromną willę, o której Olaf mówił jak o zwykłym domku letniskowym, odstąpionym bratu kilka lat temu po śmierci rodziców. Słyszę piski zachwytu Ellen oraz pełne uznania mamrotanie taty. Mama wchodzi za mną do największej sypialni, roztacza się stąd widok na południowy zachód, sufit ozdabiają freski, pachnie płynem do płukania tkanin i morzem. Mama staje przy oknie, jej włosy zdają się pałać w blasku czerwonego, zachodzącego słońca, milczy, a ja przez chwilę myślę ze strachem, że może jej się tu nie spodoba, powie, że dom jest kiczowaty, nowobogacki i wulgarny, lecz ona się tylko uśmiecha.

— No proszę, co za miejsce — mówi i jest to w jej ustach pochwała, pociera dłonią szeroki parapet okna.

— Nie miałam pojęcia, że ten dom jest taki wielki — odzywam się. — Trochę mi teraz smutno na myśl, że Olaf go tak po prostu oddał.

— Dom pewnie wyglądał inaczej, gdy przejął go jego brat, z tego, co zrozumiałam, rozbudowa i remont zajęły kilka dobrych lat — odpowiada mama.

Zastanawiam się, czy rozmawiała o tym z Olafem, który nigdy nie opowiadał mi o tym miejscu zbyt wiele.

— No tak, ale mimo wszystko — mówię.

— Moim zdaniem powinnaś się cieszyć, że nie jesteś właścicielką tego domu, pomyśl, ile musi kosztować jego utrzymanie — rzuca mama, która zawsze dostrzega wysokie koszty utrzymania we wszystkich większych nieruchomościach czy domkach letniskowych, które podobają się mnie i Ellen. Pomyśl o utrzymaniu! — wzdycha zawsze, męczona wyrzutami sumienia związanymi z tym wszystkim, co sama powinna zrobić w odziedziczonej przez siebie chacie w Lillesand.

— Właściwie to się cieszę, że Olaf pozwolił swojemu bratu wziąć ten dom i nie doszło do żadnej paskudnej wojny o spadek — stwierdzam, bo naprawdę tak uważam.

— No tak, takie historie są całkiem niepojęte — mówi mama, ta odpowiedź odsyła do innej rozmowy, którą odbyłyśmy już kilka razy wcześniej, ona i ja, i cała nasza rodzina, dyskutujemy czasem o kompletnym bezsensie konfliktów o spadek, często prowadzących do tego, że ludzie przestają ze sobą rozmawiać, dyskutujemy o tym, jak dobra materialne mogą być przyczyną zerwania emocjonalnych więzów, wygrywając ze wspólnymi wspomnieniami, genami i poczuciem przynależności do grupy.

Olaf, który w czasie, gdy toczyła się jedna z tych dyskusji, rozliczał się właśnie z bratem po śmierci rodziców, zaczął argumentować, że to wcale nie jest takie proste, że dobra materialne mogą być symbolem dławionych przez lata emocji, niesprawiedliwości i nierównego traktowania, kwestii, które dochodzą do głosu dopiero w momencie, kiedy trzeba podzielić spadek. Nie wiem, czy tak było w przypadku mojego męża i jego młodszego brata, ale nie sądzę, moim zdaniem Olaf zrezygnował z domu we Włoszech, bo po pierwsze, go nie chciał, po drugie, zawsze, nawet trochę przesadnie, się o swojego brata troszczył i wreszcie po trzecie — nie chciał być mu nic dłużny, nawet na dłuższą metę. Mamy poza tym dość pieniędzy, powiedział mi wtedy. Owszem, mamy dość pieniędzy, ale jego brat najwyraźniej też, myślę sobie teraz i natychmiast się zawstydzam, czując ukłucie zazdrości, jak mam to zresztą w zwyczaju — w naszej rodzinie nie skupiamy się na sprawach materialnych, a w każdym razie nie na pieniądzach.

Zawsze sobie wyobrażam, że gdy będziemy musieli rozliczyć spadek po mamie i tacie, to Ellen, Håkon i ja jednogłośnie uznamy, że należy podzielić wszystko na trzy równe części, a to, czego podzielić się nie da, jakoś sprawiedliwie rozdysponować, że będziemy dla siebie nawzajem bardzo szczodrzy. Olaf zapytał mnie kiedyś: Co, jeśli Håkon zechce przejąć chatę w Lillesand? On na pewno nie będzie chciał tej chaty, odpowiedziałam wtedy i wiem, że to prawda, mój brat wolałby raczej domek wakacyjny w Vindeggen po babci i dziadku. Ale co jeśli? — nalegał Olaf, na co odrzekłam, że znajdziemy w takiej sytuacji jakieś rozwiązanie, lecz w głębi duszy żywię przekonanie, że chata w Lillesand powinna przypaść mnie, nie mieści mi się w głowie, że miałabym ją oddać Håkonowi czy Ellen. Teraz, gdy mama i tata zaczęli się starzeć, w ogóle sobie nie wyobrażam, by moje rodzeństwo miało dostać choć odrobinę więcej niż ja, by któreś z nich było przy takim podziale uprzywilejowane.

— Tak się cieszę, że tu przyjechaliśmy — mówi nagle mama i rusza do wyjścia z pokoju, ale zatrzymuje się w pół kroku, odwraca i patrzy na mnie z powagą.

Uśmiecham się do niej.

— To świetnie — mówię. — Ja też się cieszę.

Mama otacza mnie ramionami i przytula, dorównuje mi wzrostem, ale jest ode mnie dużo bardziej miękka, pełna i ciepła, dlatego nic nie przynosi mi takiej pociechy i ukojenia jak przytulenie się do niej.

— Nie masz chyba zamiaru umierać? — pytam z ustami w jej włosach, jak zawsze w chwilach, gdy jedna z nas robi się sentymentalna, trochę żartobliwie, a trochę z powagą.

Mama wybucha śmiechem i uwalnia mnie z uścisku.

— Nie, nie mam zamiaru umierać.

Agnar i Hedda dostają pozwolenie, by przed snem wykąpać się w basenie. Idzie z nimi mój tata. Siedzę na tarasie i patrzę, jak się wygłupiają, tata bawi się co najmniej tak dobrze jak moje dzieci, a ja przypominam sobie, jak spędzał czas z nami, gdy byliśmy mali. Przykładał się, poważnie podchodził do zabawy. Gdy jeździliśmy do gospodarstwa babci i dziadka, zawsze budowaliśmy małe osiedla chatek ze słomy pozostałej na polu po młócce. Schodziły się wszystkie dzieciaki z wioski, a my mieliśmy jasne ustalenia co do przebiegu zabawy — umawialiśmy się, gdzie będzie kuchnia, salon, sofa, kto zostanie wodzem, a kto niewolnikiem, komu przypadnie rola bandytów. Pewnego wieczora przyszedł do nas na pole tata, byliśmy pewni, że zagoni nas do domu, ale on zapytał, czy może się do nas przyłączyć. Czułam jednocześnie wstyd i radość, ale szybko zapomniałam, że to nasz ojciec, bo on się bardzo wczuł w tę zabawę — i w żadnym razie nie dawał dzieciakom forów, nie podkładał im się w grach i konkursach, które sobie urządzaliśmy.

Przychodzi Håkon i siada obok mnie. Śmiejemy się trochę z taty i moich dzieci. Często myślę o tym, jak różnie byliśmy wychowywani, i zastanawiam się, jaki to na nas wywarło wpływ. Ellen i ja mamy te same wspomnienia, te same punkty odniesienia i zasady. Håkon dorastał w zupełnie innych warunkach, w inny sposób, był niemal sam w tej swojej innej dekadzie.

Mama, Ellen, Simen i Olaf rozmawiają w kuchni, nie słyszę, o czym mówią, ale dobiega do mnie głośny śmiech mojej siostry. Ellen wychodzi do nas za chwilę, niosąc duży półmisek oliwek, szynki i sera oraz kilka butelek wina, ustawia to wszystko na stole i siada obok nas. Dołącza do niej Simen, przytula ją od tyłu i całuje kilka razy w kark, wydając przy tym dziwne powarkiwania, zazwyczaj czuję się trochę zażenowana tą ich manifestacyjną czułością w naszej obecności, ale w tej chwili zupełnie mi to nie przeszkadza.

Olaf woła dzieci. Wskazuje ostentacyjnym gestem na swój zegarek.

— Agnar, mieliśmy umowę — krzyczy.

— Nie słuchajcie go — mówi mój tata, ku ogromnemu zachwytowi swoich wnuków.

Odwracam się i rozglądam za mamą, nie ma jej już w kuchni.

— Gdzie mama? — pytam.

— Chciała chwilę odpocząć — odpowiada Olaf.

— Nie, chyba poszła na spacer — poprawia go Håkon.

— Sama? — pytam, niepotrzebnie, bo wszyscy inni są na tarasie, zaczynam się niepokoić i trochę złościć, to w stylu mamy demonstrować swoją niezależność w chwili, gdy chcemy zrobić coś razem.

Nikt mi nie odpowiada i nikt inny się chyba nie przejmuje, więc postanawiam nie zaprzątać sobie tym głowy. Staram się pójść za radą Olafa, by nie oglądać się na innych, nie przejmować przesadnie ich humorami, nie myśleć wciąż o tym, kto co czuje, bo nie wynika z tego nigdy nic dobrego. Olaf ma rzecz jasna rację. Ale ciężko mi ten nawyk w sobie pokonać, bo zawsze oglądam się na mamę, znam doskonale każdy najdrobniejszy grymas jej twarzy, już drgnięcie kącika ust wystarcza mi, by stwierdzić, że jest sfrustrowana albo zrezygnowana, mała zmarszczka na czole mówi mi, że mamie jest przykro, a błysk w oczach — że coś ją cieszy. Często sobie myślę, że gdyby dostała wylewu i nie mogła mówić, byłabym jedyną osobą potrafiącą się z nią komunikować i ją rozumieć, bo opanowałam wyłapywanie jej nastrojów do perfekcji, robię to niemal automatycznie, nie muszę prawie na nią patrzeć, by wiedzieć, jak się czuje, wystarczy, że przebywamy w tym samym pokoju.

Mama wraca po półgodzinie, kiedy kładę Heddę spać, zagląda do niej, by życzyć jej dobrej nocy. Wygląda, jakby płakała, i muszę się naprawdę mocno powstrzymywać, by o to nie spytać, nie zacząć się nad tym zastanawiać, więc skupiam całą uwagę na Pettsonie i Findusie, książeczce, którą wybrała na ten wyjazd Hedda.

Cykady budzą mnie następnego ranka swoim głośnym śpiewem, przypomina mi się tłumaczenie Agnara, że to wcale nie jest śpiew, że ten charakterystyczny odgłos powstaje, kiedy samce pocierają się skrzydełkami, próbując zwabić w ten sposób samice, by się z nimi parzyć. Zerkam na Olafa, który leży na plecach z dłońmi splecionymi na potylicy, zupełnie jakby komuś pozował. Odwracam się do niego i kładę dłoń na jego piersi, koniuszki moich palców muskają cienką skórę w zagłębieniu jego szyi, gdzie tętni miarowo puls, rytm jego serca i oddechu zawsze mnie uspokaja.

Olaf śpi dalej, mój dotyk nie robi na nim wrażenia. Zastanawiam się, czy go nie zbudzić, żebyśmy mogli się pokochać, zanim wstanie Hedda, tak jak to sobie wyobrażałam w Oslo: długie poranki, bryza od morza i promienie słoneczne na jasnych zasłonach, ale potem przypominam sobie o moich rodzicach, przecież dziś jest dzień siedemdziesiątych urodzin taty. Więc tylko całuję Olafa w szyję, mój mąż budzi się i potrząsa lekko ramieniem, które musiało mu zdrętwieć przez noc, a potem mnie nim obejmuje i przyciąga do siebie.

— Myślałam, żeby cię obudzić i się z tobą kochać — powiedziałam. — Ale przypomniało mi się, że dziś urodziny taty.

Olaf otwiera oczy, patrzy na mnie i wybucha śmiechem.

— I obudziłaś mnie, żeby mi o tym powiedzieć?

Uśmiecham się i