Wschody i zachody słońca - Aleksandra Tyl - ebook

45 osób właśnie czyta

Opis

Do domu bogatej staruszki przyjeżdża nowa opiekunka, zatrudniona przez rodzinę. Do obowiązków dziewczyny należy nie tylko dotrzymywanie towarzystwa, lecz także pilnowanie, by w otoczeniu starszej pani nie znalazły się niewłaściwe osoby czyhające na spadek. Zadanie wydaje się proste, ale wychodzi na to, że staruszka ma własny plan dotyczący wykorzystania pieniędzy i prowadzi osobliwą grę, by go zrealizować.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 524

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Copyright © by Aleksandra Tyl

Copyright © by Grupa Wydawnicza Literatura Inspiruje Sp. z o.o., 2019

Wszelkie prawa zastrzeżone

All rights reserved

Książka ani żadna jej część nie mogą być publikowane ani w jakikolwiek inny sposób powielane

w formie elektronicznej oraz mechanicznej bez zgody wydawcy.

Redakcja: Beata Mazur

Korekta: Justyna Jakubczyk

Projekt graficzny okładki: Marek Kuźnicki, Studio 1

Zdjęcia wykorzystane na okładce:

Copyright © by Subbotina (Stock.chroma.pl);

Copyright © by massonforstock (Stock.chroma.pl)

Fotografia autorki: Sebastian Wolny

Skład i łamanie: Justyna Jakubczyk

Słupsk/Warszawa 2019

ISBN: 978-83-65897-59-6

Wydawnictwo Prozami

zamowienia@literaturainspiruje.pl

www.prozami.pl

www.literaturainspiruje.pl

Skład wersji elektronicznej: Kamil Raczyński

konwersja.virtualo.pl

Hance, która zainspirowała mnie do napisania tej powieści.

Rozdział 1

Starłam z ust czerwoną szminkę. Nie wiem, co przyszło mi do głowy, żeby się tak umalować. Chciałam wyglądać elegancko, ale ta czerwień okazała się wyzywająca. W pośpiechu przetrząsałam bordową kosmetyczkę. Wreszcie na dnie znalazłam pomadkę w odcieniu zbliżonym do różu. Ta wydała mi się idealna na taką okazję.

Przejrzałam się w lustrze. Czas naglił. W brzuchu czułam nieprzyjemny ucisk. Stres. Ostatni raz byłam na rozmowie kwalifikacyjnej jakieś dziewięć lat temu. Była to wówczas moja pierwsza, a zarazem ostatnia rozmowa. Nawet nie musiałam się starać, bo wiedziałam, że jeśli tam nie zostanę zatrudniona, to bez trudu znajdę pracę w jakiejś innej szkole.

Wtedy byłam młoda, może zbyt młoda, żeby czymkolwiek się przejmować. Ale przychodzi w życiu taki czas, gdy rzeczy wydarzają się poza wszelką kontrolą, ludzie zachowują się inaczej, niż byśmy chcieli, a sprawy toczą się szybciej i nie zawsze w dobrym kierunku.

I dla mnie właśnie przyszedł ten czas. Kiedy zostałam dyscyplinarnie zwolniona i na trzy lata otrzymałam zakaz wykonywania zawodu nauczyciela, okazało się, że jestem w tym wszystkim sama. Nagle odwróciły się wszystkie koleżanki. Czekała mnie jeszcze cywilna sprawa sądowa, o której wolałam na razie nie myśleć. Teraz najważniejsze było, by przeżyć.

Brak środków do życia to nie jedyny problem, który się pojawił. Razem z nim przyszła wizja utraty dachu nad głową. Wprawdzie mieszkanie, które wynajmowałam, było dość tanie jak na Warszawę, ale nawet na tanie rzeczy trzeba mieć pieniądze. Powrót do rodzinnego domu nie wchodził w grę. Nie byłabym w stanie mieszkać z matką, która od czasu rozwodu z ojcem wpadła w wir romansów, do czego i mnie namawiała. O dziwo, nie zmartwił jej mój los, kiedy płakałam w słuchawkę, usiłując się wyżalić. Nie zaproponowała pożyczki, nie powiedziała, że jej przykro. Myślami była już chyba przy Haszimie, który ciągnął z niej ostatni grosz, obiecując w zamian miłosne złote góry.

Przyjęłam, że w ostateczności podejmę się jakiejkolwiek pracy, byle cokolwiek zarobić. Byle przetrwać. Byle złapać dystans.

To ogłoszenie jawiło mi się jako szansa. Nie tylko na pieniądze, lecz także na oddech, którego tak bardzo mi brakowało. Opieka nad starszą panią. W Sopocie. Z zamieszkaniem i utrzymaniem. Cztery tysiące miesięcznie. Brzmiało jak bajka. Nawet w szkole tyle nie zarabiałam, nie mówiąc o tym, że sama dotychczas musiałam się utrzymać.

Kiedy dojechałam do biura, w którym wyznaczono miejsce spotkania, brzuch rozbolał mnie jeszcze mocniej. To był wyraźny sygnał, że bardzo mi zależy.

Okazało się, że jestem piętnaście minut przed czasem, dlatego pierwsze kroki skierowałam do łazienki. Poprawiłam makijaż i przeczesałam włosy. Pod czapką straciły fason, i choć rano je myłam, nie prezentowały się najlepiej. W ostatniej chwili zdecydowałam się spiąć je w koński ogon. Jeszcze raz musnęłam usta szminką i wróciłam do recepcji.

Z pokoju wyszła właśnie moja konkurentka – kobieta w średnim wieku, średniej budowy ciała, niewysoka, o jasnym ciepłym spojrzeniu. Osoba, która zapewne wszędzie, gdzie się pojawiła, wzbudzała sympatię i zaufanie. Teraz była uśmiechnięta, co mogło oznaczać, że rozmowa dobrze jej poszła. To dodatkowo mnie zestresowało. Przez chwilę się zastanawiałam, czy nie uciec, nagle ta sytuacja wydała mi się niedorzeczna. Nigdy nie pracowałam jako opiekunka starszych osób, nie miałam w tym zakresie żadnego doświadczenia, wszystko, co wypisałam w podaniu, było kłamstwem motywowanym chęcią zdobycia tej pracy. Nabrałam przekonania, że już za chwilę zostanę odarta z tej maski, wypunktowana z kłamstw i wyśmiana.

A jednak nie uciekłam. Zaproszona do gabinetu, weszłam tam z przyklejonym do twarzy uśmiechem. Wizja zarabiania czterech tysięcy miesięcznie i możliwość wyrwania się z Warszawy była zbyt kusząca, by byle wątpliwości zdołały ją rozproszyć.

W pokoju były dwie osoby. Szpakowaty mężczyzna od razu przykuł moją uwagę. Nie był przystojny, ale w spojrzeniu miał coś takiego, co powodowało, że początkowy stres nieco mi odpuścił. Inaczej było z kobietą. Miałam wrażenie, że jej przenikliwy wzrok przewierca mi się przez trzewia.

– Wacław Babiński. To moja żona, Katarzyna – dokonał prezentacji mężczyzna.

– Małgorzata Kunc, bardzo mi miło. – Uścisnęłam ich dłonie chyba za mocno, nie miałam jeszcze wyczucia. Babiński wskazał mi miejsce przy mahoniowym stole. Oni usiedli naprzeciwko.

–  Pani Małgosiu… – zaczął mężczyzna, kładąc przed sobą moje curriculum vitae. – Jest pani taka młoda, mam nadzieję, że nie ma pani nic przeciwko zdrobnieniu imienia? – upewnił się, uśmiechając do mnie serdecznie.

– Oczywiście, że nie.

– Jest pani nauczycielką…

– Byłam. Musiałam zrezygnować z pracy. Zalecenie lekarskie. Hałas.

Mówiłam szybko, krótkimi zdaniami, starając się, aby mój głos brzmiał naturalnie, a wyjaśnienia były konkretne i niewymuszone. Oczywiście same kłamstwa. Nie mogłam się przyznać, że straciłam pracę z dnia na dzień i za chwilę rozpocznie się przeciwko mnie sprawa w sądzie.

– Hałas – przytaknął uprzejmie Babiński.

– I teraz postanowiła pani zajmować się osobami starszymi? – spytała Katarzyna.

– Robiłam to już wcześniej, dorywczo. Jak wspomniałam w liście motywacyjnym, to było moje dodatkowe zajęcie, wieczorami. Jestem osobą samotną, więc to było dla mnie idealne rozwiązanie.

– Nie ma pani rodziny?

– Nie mam dzieci. Jestem w trakcie rozwodu.

Kolejne kłamstwo, bo przecież byłam rozwódką od czterech lat, uznałam jednak, że Babińskim mój stan cywilny nie robi różnicy, a w razie czego będę miała czym uzasadnić wezwania do sądu, które przyjdą na nowy adres, jeśli zostanę tam zatrudniona.

– Kiedy byłaby pani gotowa podjąć pracę?

– Od zaraz. Państwa ogłoszenie wydało mi się skrojone pode mnie. Lubię się opiekować osobami starszymi, mam doświadczenie, bo przecież do staruszków, tak jak do dzieci, trzeba mieć cierpliwość, odpowiednie podejście…

– Też tak pomyślałam, czytając pani podanie – podchwyciła nieoczekiwanie Katarzyna. Nagle zdobyłam w niej sprzymierzeńca. Poczułam, że mamy ten sam tok myślenia.

– Poza tym potrafię świetnie organizować czas – rozkręcałam się. – Jestem nie tylko opiekunką, lecz także towarzyszem. Dotychczasowi podopieczni byli bardzo zadowoleni.

– Czy ma pani doświadczenie z podawaniem leków? To ważne, żeby pilnować rozpiski sporządzonej przez lekarza – spytał Wacław.

– Oczywiście, żaden problem – przytaknęłam skwapliwie. – Poza tym szybko się uczę, nie przerażają mnie proste zabiegi, mogę w razie potrzeby zmienić pieluchę, umyć pacjenta, wbić igłę…

Tu się zagalopowałam, ale słowa płynęły z moich ust, jakby nie było granic.

– Ciocia nie potrzebuje aż takiej opieki medycznej – wtrącił Wacław z uśmiechem. – Ale dobrze, że jest pani otwarta, kto wie, co czas przyniesie… Na razie tylko zestaw lekarstw na serce, ciśnienie, wie pani, jak to w tym wieku. Trochę ma problemów z chodzeniem, porusza się o balkoniku. Poza tym drobiazgiem nie jest niedołężna.

Wspaniale! Ucieszyłam się w myślach, a to zadowolenie chyba dało się zauważyć, ponieważ Babiński odchylił się na krześle i powiedział:

– Podoba mi się ten błysk w pani oczach. Ma pani bystre spojrzenie.

Katarzyna pokiwała głową, przyznając mu rację.

– Chyba właśnie takiej osoby szukamy – powiedziała.

Nie wiedziałam, jak zareagować. Przypomniał mi się uśmiech kobiety, która odbyła spotkanie przede mną. Być może usłyszała dokładnie to samo zdanie.

–  Praca jest wymagająca – podjął Babiński. Chyba jednak traktowali mnie poważnie, skoro przeszedł do konkretów. – Oczekujemy, że będzie pani dyspozycyjna dwadzieścia cztery godziny na dobę.

– Oczywiście – przytaknęłam spontanicznie.

– To ważne. Dotychczas ciocia nie miała szczęścia do opiekunek. Lubiły w wolnej chwili jeździć do własnych domów, własnych rodzin. Dlatego szukamy osoby wolnej, spoza Sopotu.

– Rozumiem, że praca obejmowałaby siedem dni w tygodniu?

– To problem?

– Absolutnie nie. Ale za jakiś czas mogę dostać wezwanie do sądu w Warszawie. Wspominałam, że jestem w trakcie rozwodu, dopiero wyznaczą termin kolejnej rozprawy.

– Wystarczy, że poinformuje nas pani odpowiednio wcześniej.

– Jeśli dojdziemy do porozumienia, zaczęłaby pani pracę od pierwszego marca – wtrąciła Katarzyna. – Niestety, nie przewidujemy urlopu na Wielkanoc, mam nadzieję, że to pani nie przeszkadza.

– Moja mama na święta wyjeżdża, nie mam z kim ich spędzić.

– W takim razie dobrze się składa – ucieszyła się Babińska. – Oczywiście może mieć pani od czasu do czasu wychodne, ale musielibyśmy…

– …wiedzieć o tym wcześniej.

– Wspaniale się rozumiemy – zauważył Babiński.

Wszystko szło dobrze, aż nabrałam podejrzeń, że to jakiś żart albo ukryta kamera. Pomyślałam, że teraz ja powinnam o coś zapytać.

– Czy przewidują państwo umowę o pracę?

– Zlecenie. Z tygodniowym okresem wypowiedzenia. Będziemy ją przedłużać w razie konieczności co trzy miesiące – wyjaśnił Babiński.

– Uczciwie panią uprzedzę – dodała Babińska – że ciocia jest… dość specyficzną osobą. Proszę się raczej nie nastawiać na długoterminowe zatrudnienie. W ubiegłym roku były aż trzy opiekunki.

– Czy państwa ciocia ma jakieś specjalne wymagania? – spytałam, zaciekawiona. Chciałabym zagrzać miejsce na dłużej. Wyliczyłam, że po jakichś pięciu latach udałoby mi się odłożyć na własne mieszkanie.

– Potrafi mieć swoje fanaberie. – Katarzyna wzruszyła ramionami.

– Jak większość starszych osób – zauważyłam, pragnąc wykazać się empatią. Zależało mi, by w ich oczach wyjść na profesjonalistkę.

– W zamian za dyspozycyjność oferujemy zamieszkanie i pełne utrzymanie oraz cztery tysiące złotych wynagrodzenia netto – ciągnął Babiński, przytaczając warunki podane w ogłoszeniu. – Dostanie pani też kartę kredytową z limitem trzy tysiące miesięcznie na zakupy oraz wydatki związane z towarzyszeniem cioci. Rachunki będzie pani zbierała i przesyłała do mnie po zakończeniu każdego miesiąca.

Kiwałam głową, zachowując powagę, ale czułam się oszołomiona. Z tego, co mówił Babiński, wynikało, że nie będę musiała wydawać grosza z własnej pensji. Gdzie jest haczyk? – zastanawiałam się gorączkowo.

– Czyli konkretnie co będzie wchodziło w zakres moich obowiązków? Oprócz opieki i towarzystwa? Gotowanie, sprzątanie?

– Doraźnie. Na miejscu jest gosposia, która zajmuje się domem, gotuje. Przychodzi pięć dni w tygodniu. Pewnie czasem i ona o coś poprosi, w grę wchodzą zakupy. Ma pani prawo jazdy?

– Tak.

– Poza tym ciocia ma psy…

– Rozumiem. – Przytaknęłam skwapliwie. Psy to nie problem. Najważniejsze, że nie trzeba codziennie gotować ani sprzątać. Wspaniale. A więc gdzie jest ten cholerny haczyk?

– Czy ma pani jakieś pytania? – zagadnęła Katarzyna.

– Na razie wszystko jest dla mnie jasne.

– Dobrze. A zatem przejdźmy do najważniejszego. – Babiński odchylił się nieco na krześle. – Będzie miała pani też inne zadanie.

Nie wiem, czy bardziej się przestraszyłam tego, co usłyszę, czy raczej ucieszyłam, że haczyk wyczekiwany przeze mnie wreszcie się pojawił. Do tej pory wszystko brzmiało zbyt idealnie, a to wprowadzało niepokój. Nie lubię, kiedy świat wygląda zbyt różowo. Dawno już wyrosłam z bajek.

– Powiem wprost. – Babiński zdjął okulary i przetarł oczy. – Jesteśmy jedynymi spadkobiercami. Ciocia nie ma dzieci, nie ma innej rodziny oprócz nas. Jest majętną osobą, jej mąż, świętej pamięci wujek Ruben, był kompozytorem, na pewno obiło się pani o uszy nazwisko Knopt. Oprócz zgromadzonego majątku na konto cioci regularnie spływają pokaźne tantiemy…

Zamilkł, żeby napić się wody, a ja zastanawiałam się, po co mi to wszystko mówi. Chwali się bogactwem krewnej czy może ma inny motyw? Dostrzegłam, że Katarzyna dyskretnie mi się przygląda. Prawdopodobnie sprawdzała moją reakcję na to, co usłyszałam. Stała przy uchylonym oknie i paliła cienkiego papierosa. Dym, którego smuga zamiast wylatywać na zewnątrz, rozpierzchła się po gabinecie, dotarł do moich nozdrzy. Rzuciłam palenie kilka lat temu, nie znosiłam smrodu fajek, a mimo to bywały chwile, że odczuwałam tęsknotę za dymkiem. Szybko odwróciłam uwagę od Babińskiej. Jej mąż kontynuował monolog, z którego wynikało, że jest pełnomocnikiem ciotki, dysponuje jej pieniędzmi, ma dostęp do konta. Dom, który odziedziczy, jest wart bardzo wiele, nie licząc kosztowności, które się w nim znajdują. Wspomniał, że namawiali ciocię do sprzedaży nieruchomości i przeprowadzki do nich, do Warszawy, ale nie chciała o tym słyszeć. Wciąż, między słowami, podkreślał wartość majątku, aż miałam ochotę spytać, czy przypadkiem nie pragnie zlecić mi morderstwa staruszki i zaproponować udziału w spadku. Przez chwilę nawet odpłynęłam w fantazjach, zastanawiając się, czy byłabym w stanie dodać do zupy trującego grzyba lub posypać placuszki arszenikiem…

– Do rzeczy, Wacławie – ponagliła męża Katarzyna, co spowodowało, że otrząsnęłam się z rozmyślań i w napięciu wyczekiwałam na ich propozycję. To absurd, ale w tamtej chwili naprawdę zastanawiałam się, ile zarabiają płatni mordercy.

– Od jakiegoś czasu Hanka, znaczy się, ciocia Hania, gości u siebie mężczyznę – wyjawił Babiński.

– Dużo młodszego od siebie – doprecyzowała Katarzyna.

– Dużo młodszego, tak. – Babiński pokiwał głową. – Człowiek ten podaje się za pisarza, ciocia jest nim zauroczona…

– Zauroczona to mało powiedziane! – krzyknęła Katarzyna. – Zachowuje się jak nastolatka! Ten facet zupełnie zawrócił jej w głowie. To młody mężczyzna, ledwie po czterdziestce, bardzo przystojny, typ amanta.

– A ciocia… – Wacław uniósł wymownie brwi i rozpostarł dłonie – no cóż… w tym roku kończy dziewięćdziesiąt dwa lata i trudno o niej powiedzieć, żeby była klasyczną pięknością… Ma, oczywiście, inne walory…

– Ma pieniądze – wtrąciła Katarzyna. – Podejrzewamy, że to żaden pisarz, ale zwykły casanova. Wie pani, co mam na myśli?

Przełknęłam ślinę. Nie bardzo rozumiałam, do czego zmierzają. Czyżbym to jego miała zamordować?

– Sprawdziłem nazwisko. Nikt taki nie napisał żadnej książki. Ciocia zbywa temat, obraża się na wszelkie sugestie co do uczciwości tego mężczyzny. Dla nas jest jasne, że ją omotał i liczy na to, że zakochana do obłędu staruszka właśnie jemu przepisze majątek.

– Czy to możliwe? – spytałam. Nie miałam rozeznania w tych sprawach. Myślałam, że skoro Babiński jest pełnomocnikiem, ma wszelką władzę nad finansami swojej cioci, także nad spadkiem.

– Oczywiście. Nie daj Bóg, gdyby wzięli ślub… – Katarzyna aż się wzdrygnęła. – Zresztą, co tam ślub. Wystarczy, jeśli ciocia sporządzi nowy testament. Nawet nie należałby się nam zachowek, Wacław jest tylko bratankiem…

– Aha… – przytaknęłam odruchowo.

– Uprzedzę pani pytanie – powiedziała Babińska, przeszywając mnie wzrokiem. Nie miałam zamiaru zadawać żadnego pytania. – Pani nie ma co liczyć na przychylność cioci, nie ma co nawet walczyć o jej uwagę i liczyć na spadek. Ciocia nie zaprzyjaźnia się z opiekunkami. Przynajmniej tu możemy być spokojni.

Przełknęłam ślinę. Zaschło mi w gardle.

– Czego państwo ode mnie oczekują? – spytałam.

– Chcemy, żeby trzymała pani rękę na pulsie i informowała nas o wszystkim, co dzieje się w domu cioci – wyjaśnił Babiński.

– Przede wszystkim chodzi o relację z tym całym Robertem – wtrąciła Katarzyna. – Dobrze by było, gdyby dowiedziała się pani, kim on tak naprawdę jest. Wtedy mielibyśmy jakieś argumenty. W tej chwili do cioci nic nie dociera. Zachowuje się, jakby była totalnie zakochana.

– Mam być państwa kretem, wtyką?

– Nieładnie to brzmi – zauważył, krzywiąc się, Wacław.

– Informatorką. – Jego żona przechyliła głowę, uśmiechnęła się, po czym sięgnęła po kolejnego papierosa i odeszła w stronę okna.

Westchnęłam w myślach. Tak bardzo miałam ochotę zapalić. Tylko jednego. Pół. Ćwiartkę. Nie odważyłam się jednak poprosić.

– Jutro wyjeżdżam w interesach – powiedział Wacław. – Ma pani trzy dni na zastanowienie się. Jeśli przyjmie pani naszą propozycję, spotkamy się w czwartek o jedenastej i podpiszemy umowę.

– Państwo są już na mnie zdecydowani? – To pytanie zadałam spontanicznie.

Wacław wymienił z żoną spojrzenia. Niemal niezauważalnie kiwnęła głową.

– Tak – potwierdził. – Z naszej strony to już wszystko.

Czekamy na pani decyzję.

Patrzyłam to na Wacława, to na Katarzynę, nie potrafiąc zebrać myśli. Oferta pracy nadal jawiła mi się jako bajeczna wręcz atrakcyjna, ale brzydziłam się donosicielstwem.

To zdumiewające, jak zawiłe są meandry umysłu. Dopiero co rozważałam, czy byłabym w stanie dokonać morderstwa, a teraz wzdrygałam się na myśl o tym, że mogłabym zostać czyimś szpiegiem.

–  Czyli te panie, które też ubiegają się o tę pracę… – podjęłam, właściwie nie wiem po co, chyba tylko dlatego, żeby cokolwiek powiedzieć. – Rozumiem, że to ja zostałam wybrana, tak? Czy jeszcze będą państwo rozważać inne kandydatury?

– Nie ma co rozważać. – Babiński wstał. – Jesteśmy zdecydowani.

Katarzyna zgasiła papierosa i także podeszła. Uśmiechała się znacząco, choć nie wiem, co ten uśmiech mógł znaczyć. Podniosłam się i skinęłam im głową.

– W takim razie ja też jestem zdecydowana – powiedziałam trochę wbrew sobie, bo jednak wciąż czułam dyskomfort z powodu zadania, którym mnie obarczyli.

Babiński uścisnął mi dłoń.

– Na czwartek będzie gotowa umowa. Gdyby zmieniła pani zdanie, proszę mnie powiadomić. – To mówiąc, podał mi wizytówkę. Podziękowałam i schowałam kartonik do torebki.

– Miło było panią poznać. – Babiński uścisnął mi dłoń. Chwilę później zrobiła to jego żona.

– Wzajemnie – odparłam, uśmiechając się do nich szeroko.

– Ma pani piękny uśmiech – niespodziewanie skomplementowała mnie Katarzyna. – Myślę, że pasowałaby pani czerwona szminka.

Rozdział 2

Pakowałam rzeczy do kartonów. To zdumiewające, jak niewiele zgromadziłam podczas kilku lat samodzielnego mieszkania. Kawalerka, którą wynajmowałam, była umeblowana, dlatego teraz nie musiałam przewozić żadnych większych sprzętów. A jednak kiedy patrzyłam na zawartość pudeł, robiło mi się smutno. Małymi kroplami spływało na mnie poczucie porażki. Miałam trzydzieści cztery lata i nie dorobiłam się niczego. Inni w moim wieku mieli już własne domy lub mieszkania, dzieci, koty, psy, wspomnienia z atrakcyjnych wakacji, grono znajomych i przyjaciół, sukcesy na różnych polach, nie tylko zawodowych.

Ja nie miałam nic.

W te jedenaście pudeł zmieściłam niemal całe dotychczasowe życie, na które składały się głównie książki, zdjęcia, kilka ozdobnych filiżanek, poduszka i miękki koc oraz bibeloty będące pamiątkami lub prezentami od znajomych. Nie licząc ubrań, które planowałam spakować oddzielnie, pudła z rzeczami prezentowały się przygnębiająco. Nie było w nich właściwie niczego, co mogłoby opowiedzieć jakąkolwiek ciekawą historię. Byłam człowiekiem bez historii. Bez niczego wartego zapamiętania. Naszła mnie myśl, że gdybym wystawiła te pudła przed śmietnik, nikt nie zainteresowałby się ich zawartością. To smutne, że przez tyle lat, oprócz pracy w szkole, nie zdołałam znaleźć sobie jakiejś pasji czy choćby małego hobby. Czegokolwiek, co pozwoliłoby mi się jakoś określić, umiejscowić w przestrzeni świata. Jeszcze niedawno byłam nauczycielką, mogłam tak o sobie mówić, i to wystarczało, by ludzie mieli z czego zbudować jakiś wątły obraz. Nie tak dawno byłam też żoną. Zawsze coś. Przynajmniej jakaś iluzja, że obok mnie jest ktoś, dla kogo jestem ważna.

Teraz nie byłam ani żoną, ani nauczycielką. Córką nie byłam już od dawna. Rodzice od czasu rozwodu rozpierzchli się każde w swoją stronę, jakby rodzina nigdy nie miała dla nich znaczenia. Ja, jako jeden z jej elementów, okazałam się na tyle nieistotna, że matka traktowała mnie teraz jak koleżankę, a ojciec zupełnie przestał zauważać.

Życie bywa dziwne, ale kiedy masz kotwicę, którą możesz gdzieś zarzucić, przynajmniej masz się czego przytrzymać, żeby nie zatonąć w chaosie.

Ja tę kotwicę straciłam. Miałam do siebie żal, że życie zbudowałam, opierając się na pracy. A teraz, kiedy ją straciłam, nie było już nic, co mogłoby je wypełnić. Koleżanki z pracy nie były już moimi koleżankami, a na próbę kontaktu odpowiadały jednym głosem, że po tym, co się wydarzyło, trochę im nie wypada rozmawiać ze mną, nie chcą zajmować stanowiska. Rozumiem, że dbały o własny interes, ale zabolało.

Patrzyłam na te pudła i chciało mi się płakać. Ale się nie rozpłakałam. Wbrew pozorom w trudnych chwilach zazwyczaj zachowywałam zimną krew i spokój. Może właśnie dzięki temu byłam w stanie podnieść się teraz i iść dalej. Jakiekolwiek działanie dawało mi poczucie sprawczości. Byłam dumna, że mimo nie najlepszego samopoczucia potrafiłam wydobyć z siebie resztki energii i zaprezentować się na rozmowie kwalifikacyjnej na tyle dobrze, że od razu mnie zatrudniono. To raczej rzadkość, żeby z miejsca, bez referencji i udokumentowanego doświadczenia zdobyć tak dobrze płatną pracę. Pieniądze może nie są w życiu najważniejsze, ale mówią to zazwyczaj ci, którzy mają co włożyć do garnka, albo ci, którzy mają wokół siebie bliskich. Ja nie miałam ani jednego, ani drugiego. Perspektywa zarobku była wystarczającą motywacją, by przymknąć oko na moralne aspekty tej propozycji.

Przyznaję jednak, że długo nie dawało mi spokoju, dlaczego to właśnie mnie wybrali. Dlaczego nie dali sobie czasu do namysłu, dlaczego podjęli decyzję od razu. I jeszcze ta uwaga Katarzyny, na koniec: „Myślę, że dobrze by było pani w czerwonej szmince”. Im dłużej o tym myślałam, tym częściej pojawiał mi się obraz mnie w czerwonej szmince. I wtedy zrozumiałam, jaki był ich tok myślenia. Nie dbali o referencje, doświadczenie czy witalność. Ważniejsza była uroda i stan cywilny. Byłam wolna, najmłodsza i prawdopodobnie najładniejsza z kandydatek. Babińscy mieli swój plan. Nie o opiekę nad ciocią im chodziło, lecz o to, bym przyciągnęła sobą uwagę ciocinego amanta. Zapewne mieli nadzieję, że pisarz zacznie mnie uwodzić (lub może ja jego) i wówczas oczy cioci otworzą się na tyle szeroko, by nie stwarzał już zagrożenia w drodze do spadku.

Poczułam się o wiele spokojniejsza, kiedy ich przejrzałam. Na podpisanie umowy przyjechałam ubrana odważniej, a makijaż dopełniała czerwona szminka. Uznanie, które dostrzegłam w ich oczach, potwierdziło moje podejrzenia. Ja jednak miałam własny plan. Żadnych flirtów i zaprzyjaźniania się z amantem cioci. Postanowiłam zostać opiekunką idealną i całkowicie podporządkować się wymaganiom starszej pani. Cokolwiek mnie czekało, byłam na to gotowa. Byle pracować tam jak najdłużej i odłożyć jak najwięcej kasy. Gdyby przy okazji udało się pozbyć z domu pisarza, moja droga do serca staruszki byłaby z pewnością prostsza.

Rozdział 3

Było zimno, ale nawet przez chwilę nie pomyślałam o tym, żeby w Gdańsku skorzystać z taksówki. Szkoda mi było pieniędzy. I tak wyrzucałam sobie rozrzutność po tym, gdy zjadłam w pociągu obiad i wypiłam kawę. Jeszcze nie docierało do mnie, że już za chwilę zacznę zarabiać. Czułam irracjonalny lęk, że kiedy dotrę do Sopotu, wszystko okaże się żartem lub pomyłką. Nie wiem, skąd wzięły się we mnie takie myśli. Może w ten sposób ujawniał się mój podskórny strach przed nowym. Nie wiedziałam, co mnie czeka. Z opowieści Babińskich wynikało, że pani Hania jest specyficzną, kapryśną i bardzo wymagającą kobietą. Wyobrażałam sobie ją jako szczupłą staruszkę o wąskich zaciętych ustach i srogim spojrzeniu. W amerykańskich dreszczowcach kobiety o takiej aparycji grają zazwyczaj role psychopatycznych babć, zamykających na strychu biedne wnuki. Byłam ciekawa, czy rotacja opiekunek wynika z kaprysów pani Hani, czy może kobiety same uciekają przed starą czarownicą.

Ja nie zamierzałam uciekać.

A mimo to kiedy już wysiadłam z kolejki w Sopocie, ogarnęła mnie przemożna chęć ucieczki. Im byłam bliżej celu podróży, tym większy odczuwałam strach. Nie przed panią Hanią, bynajmniej, lecz przed zmianami, które mnie czekały, a które sama przecież zaczęłam wprowadzać.

Nigdy nie lubiłam zmian. Jedna i taka sama praca, przez wiele lat te same koleżanki, to samo miejsce zamieszkania, nawet te same ścieżki codziennych spacerów i ta sama trasa do pracy i na zakupy. Gdyby nie wydarzenia, które zadziały się poza moją kontrolą i rozpoczęły lawinę tych zmian, nigdy z własnej woli nie zdecydowałabym się na modyfikacje w życiu. Może nie było ciekawe ani emocjonujące, ale czułam się w nim dobrze i bezpiecznie. Niewykluczone, że kiedyś ta monotonia zaczęłaby mi doskwierać i wzorem mamy rzuciłabym się w wir przygód i romansów, teraz jednak uważałam, że nudne, stabilne życie ma swoje plusy. Przede wszystkim jeden – jest przewidywalne.

Ale nie mogłam już do niego wrócić. Ta świadomość jednocześnie przerażała, jak i dawała siłę. Brak możliwości odwrotu pcha do przodu, czy się tego chce, czy nie.

Zaczął prószyć śnieg. Wcześniej też musiało padać, ponieważ na chodnikach zalegała dosyć gruba warstwa, aż dziw, że nie odśnieżano tu na bieżąco. Rozejrzałam się bezradnie. Czułam się zagubiona. Jak nastolatka, która uciekła z domu i teraz nie wie, dokąd iść.

Tym razem zdecydowałam się na taksówkę. Kierowca był uprzejmy i wesoły, wciąż mnie zagadywał i opowiadał dowcipy, ale nie udzielił mi się jego nastrój. Wewnątrz czułam się spięta.

Kiedy taksówka stanęła pod domem pani Hani, moje nerwy sięgnęły zenitu. Dom, który wyobrażałam sobie jako przeciętny, okazał się dużą zabytkową willą, otoczoną pięknym żeliwnym ogrodzeniem. Po obu stronach ozdobnej bramy rosły strzeliste iglaki, na których teraz połyskiwały srebrzyste płatki śniegu.

Stanęłam przed furtką i mocno ścisnęłam rączkę od walizki. Nie dlatego, że ze strachu miałabym zemdleć i musiałabym się czegoś przytrzymać, ale dlatego, że dawała mi poczucie podparcia, bezpieczeństwa, łącznika z czymś, co jest fizycznie moje w tym obcym świecie.

Nie zdążyłam wcisnąć domofonu, ponieważ furtkę od drugiej strony otworzył młody mężczyzna. Wyszedł z posesji i nie patrząc na mnie, skierował się w stronę zaparkowanego nieopodal samochodu należącego do firmy kurierskiej DHL. Pchnęłam furtkę, nie pozwalając jej się zatrzasnąć. Niepewnym krokiem weszłam na brukowaną ścieżkę prowadzącą do domu i pociągnęłam za sobą walizkę. Przystanęłam, kiedy od drzwi wejściowych dzieliło mnie jakieś dziesięć, może piętnaście metrów. Musiałam nieco uspokoić oddech. Zależało mi, żeby zrobić dobre pierwsze wrażenie. Uśmiech, wyprostowana sylwetka, pewny siebie wzrok. Przecież mnie nie zje – powtarzałam sobie w myślach – przecież mnie nie zje. To głupie, bo jako dorosła kobieta, w dodatku nauczycielka, powinnam mieć więcej pewności siebie, tak bardzo jednak zależało mi na tej pracy, na tych pieniądzach, że bałam się najmniejszego potknięcia. Paraliżowała mnie myśl o tym, że coś mogłoby pójść nie tak i musiałabym wrócić do Warszawy. Przecież zatrudnił mnie Babiński. Co, jeśli nie spodobam się pani Hani?

Policzyłam do pięciu i wcisnęłam dzwonek. Usłyszałam, jak wewnątrz rozległ się niski gong. Już po chwili drzwi się uchyliły i ujrzałam około pięćdziesięcioletnią krótkowłosą krępą kobietę, niższą ode mnie o pół głowy.

– Tak? – spytała, zdziwiona. Wychyliła się nieco, patrząc za mnie, jakby chciała sprawdzić, czy furtka jest otwarta.

– Kurier akurat wychodził – wyjaśniłam, jakby to miało jakieś znaczenie. – Dzień dobry. – Skinęłam głową i uśmiechnęłam się. – Nazywam się Małgorzata Kunc. Do pani Hani.

– Była pani umówiona?

– Jestem opiekunką.

Kobieta skrzywiła usta w dziwnym grymasie.

– Nie potrzebujemy opiekunki. Pomyłka. Zamknęła drzwi.

O Boże – jęknęłam w myślach. Zrobiło mi się słabo, oto ziszczał się mój koszmar, sen, którego tak bardzo się bałam. Odruchowo odeszłam od drzwi i spojrzałam w okna, ale nic się nie wydarzyło. Nikt nie wyjrzał, nie sprawdzał, czy stoję. Nie bardzo wiedziałam, co robić. Dopiero po chwili natchnęło mnie, że przecież mogę zadzwonić do Babińskiego. Odebrał po pierwszym sygnale.

– Proszę się nie denerwować – poinstruował po wysłuchaniu mojej relacji. – Ciocia czeka. Być może nie poinformowała dotychczasowej opiekunki o pani przybyciu, stąd nieporozumienie. Zaraz to wyjaśnię.

Przez kilka minut stałam, przestępując z nogi na nogę, żeby choć trochę się rozgrzać. Wiatr od morza powodował, że było przenikliwie zimno, a padający śnieg przyklejał mi się do twarzy. Wreszcie drzwi się otworzyły i wyjrzała z nich ta sama kobieta co wcześniej.

– Pani Hania prosi – powiedziała oschle, mierząc mnie wzrokiem.

Szarpnęłam walizkę. Zdecydowanym krokiem weszłam do środka. Teraz było mi już wszystko jedno, jakie zrobię wrażenie. Czerwony z zimna nos, załzawione od wiatru oczy oraz skostniałe palce u nóg i rąk na tyle rozproszyły moją uwagę, że zapomniałam o przyklejeniu do twarzy uśmiechu. Myślałam tylko o tym, żeby się rozgrzać.

W wiatrołapie niewielkich rozmiarów zdjęłam kurtkę i buty, po czym zostałam wprowadzona dalej, do rozległego holu. Tu czekała na mnie pani Hania, lecz zanim ją dostrzegłam, mój wzrok pobiegł w kierunku szerokich schodów z kutą mosiężną balustradą i wyłożonych bordową wykładziną. Chwilę potem spojrzałam na olbrzymi żyrandol, którego żeliwne ramiona zdawały się panować nad całą przestrzenią. Poczułam też specyficzny, bardzo intensywny zapach. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że wydzielają go olbrzymie białe i różowe lilie stojące w wielkim wazonie na okrągłym rzeźbionym stoliku. I właśnie wtedy zobaczyłam też ją – stojącą na lewo od stolika. Niewysoką, drobną i uśmiechniętą. Z wesołymi oczami i rumieńcami na policzkach. Ubraną w kraciastą spódnicę za kolano i jasny sweterek. W pierwszej chwili, choć to niedorzeczne, pomyślałam, że stoi tam królowa angielska, tak łudząco pani Hania była do niej podobna. Ten sam typ urody, te same oczy, usta, budowa ciała, a nawet fryzura. Ukłoniłam się, a właściwie dygnęłam niczym uczennica.

– Dzień dobry – powiedziałam, starając się choć trochę uśmiechnąć.

– Dzień dobry! Jaka ładna jesteś! – krzyknęła cieniutkim głosem staruszka, klaszcząc w dłonie. Jej entuzjazm i zachwyt były nieudawane.

– Dziękuję – mruknęłam, bo wcale nie czułam się ładna, a już na pewno nie dziś.

– Odśwież się po podróży – zarekomendowała. – Jadzia zaprowadzi cię do pokoju, będziesz mieszkać w Błękitnym. Spotkamy się za godzinę w bawialni.

Wciąż się uśmiechając, skinęła głową. Oczy miała jasne, radosne. Kłóciło się to z moją wcześniejszą wizją. Była trochę przygarbiona i opierając się o balkonik do chodzenia stała w rozkroku, przez co jej sylwetka zdawała cię ciężka, a nogi poniżej kolan wyglądały jak pnie drzew. A jednak przywodziła na myśl królową. Miałam nadzieję, że nie zdarzy mi się zwrócić do niej per wasza wysokość lub pani Elżbieto.

–  Momencik – odezwała się kobieta, która otworzyła mi drzwi. – Czy mam rozumieć, że ta pani jest pomocą? Dodatkową opiekunką? – Jej głos był zdecydowany i szorstki.

– Jedyną opiekunką. – wyjaśniła pani Hania. – Ciebie odprawiam.

– Ale…

– Możesz się spakować i zamówić taksówkę. Mieszkasz niedaleko, to chyba nie problem.

– Ale…

– Jadziu – przerwała stanowczo, ale z uśmiechem pani Hania. – Nie marudź mi teraz, przecież cię zwolniłam. Ustaliłyśmy, że będziesz pracować, dopóki nie przyjedzie nowa. Właśnie przyjechała, więc…

– To było jakiś czas temu – broniła się Jadzia, jej głos miękł i zaczął lekko drgać. – Myślałam, że już się dogadałyśmy, że…

– Coś źle zrozumiałaś. – Staruszka wolnym krokiem, przesuwając przed sobą balkonik, przeszła do pokoju w głębi domu.

Zostałyśmy z Jadzią same. Nie wiedziałam, jak mam się zachować, było mi niezręcznie, a ona aż kipiała ze złości. Chyba też nie wiedziała, co robić, czy iść do pani Hani i próbować jeszcze pertraktować, czy może zakwaterować mnie w pokoju Błękitnym, a siebie pakować. Wreszcie, mrucząc coś pod nosem, ruszyła do korytarza po prawej stronie. Niewiele myśląc, podążyłam za nią. Podniosłam walizkę, żeby kółeczkami nie uszkodzić eleganckiej terakoty.

– Człowiek się stara, poświęca, robi więcej, niż trzeba, a tu taka wdzięczność – syczała coraz głośniej Jadzia.

Zwolniłam kroku, żeby zwiększyć dystans. Nie chciałam wchodzić jej teraz w drogę. Zastanawiałam się, za co została zwolniona, co takiego zrobiła, że pani Hania była aż tak stanowcza. W innej sytuacji być może zapytałabym o to wprost, ale teraz zwyczajnie się bałam. Jadzia nakręcała się coraz bardziej, wypowiadając coraz bardziej przesycone agresją słowa, a do tego złożyła dłonie w pięści. Oczyma wyobraźni zobaczyłam, jak nagle odwraca się i uderza mnie w twarz. Bokserzy chyba mówią na to „prawy sierpowy”.

Zwolniłam jeszcze bardziej. Miałam wrażenie, że ten korytarz ciągnie się w nieskończoność, jak w koszmarze sennym. Brakowało tylko, żebym poruszała się w miejscu, albo co gorsza ugrzęzła.

– Tutaj – prychnęła ni stąd, ni zowąd Jadzia, otwierając drzwi po lewej stronie. Zrozumiałam, że to mój pokój. Odsunęła się, żeby mnie przepuścić, i wtedy niechcący uchwyciłam jej wzrok. Ciskała nim we mnie gromy. A przecież nie byłam niczemu winna.

– Przepraszam, głupia sytuacja – mruknęłam, choć właściwie nie musiałam się wcale tłumaczyć.

Jadzia prychnęła coś niezrozumiałego w odpowiedzi i poszła kilka kroków dalej. Po chwili usłyszałam trzask zamykanych drzwi. Ja również zamknęłam swoje.

Zamknęłam i oparłam się o nie. Wypuściłam powietrze z płuc, zamknęłam oczy, ścisnęłam mocno powieki, po czym znów otworzyłam. Rozbolała mnie głowa, dlatego wyszperałam w torebce blister z tabletkami i połknęłam jedną, popijając resztką niegazowanej wody.

Pokój był dość obszerny, znajdowało się w nim łóżko sporych rozmiarów, dwudrzwiowa szafa, komoda i głęboki fotel. Ściany do połowy wyłożone były jasnoszarą boazerią, a od połowy pomalowane na niebiesko. Nie bez przyczyny został nazwany Błękitnym. Nie było łazienki, co mnie nie zdziwiło, wszak wiedziałam, że nie jadę do hotelu czy pensjonatu. Bardziej zmartwił mnie brak telewizora, który w ostatnich tygodniach był moim najwierniejszym towarzyszem i rozpraszał samotność.

Usiadłam na łóżku. Okazało się cudownie miękkie. Nagle poczułam się bardzo zmęczona. Jakby wielotygodniowy stres, napięcie, dopiero teraz zaczęły się ujawniać. Jakby dopiero teraz naprawdę dotarło do mnie, co się dzieje, gdzie jestem i że naprawdę tu jestem i jutro też właśnie tutaj się obudzę. Ta myśl nie była naznaczona ani pozytywnymi, ani negatywnymi emocjami. Zdałam sobie sprawę, że przez ostatnie tygodnie działałam jakby w amoku, zupełnie instynktownie, a moim jedynym celem po tym, co się wydarzyło, było: przetrwać. Nie wiedziałam jeszcze, co mnie czeka, i bynajmniej nie patrzyłam w przyszłość z nadzieją. Dotarłszy do Sopotu, do nowej pracy, do tego błękitnego pokoju, czułam z jednej strony satysfakcję, że jednak, mimo lęku i wątpliwości, jestem tu i będę miała się z czego utrzymać, a nawet z czego odłożyć. Z drugiej strony odczuwałam przeogromny smutek, żal i głębokie poczucie życiowej porażki. Trudno mi było zaakceptować fakt, że znalazłam się w punkcie, w którym ja, nauczycielka, osoba z wykształceniem, wiedzą pedagogiczną i kompetencjami zajmować się będę usługiwaniem bogatej staruszce. W tej jednej chwili naszła mnie przerażająca myśl, że moje dalsze życie tak właśnie będzie wyglądało.

Nie zauważyłam, kiedy zaczęłam płakać. To nawet nie był płacz, ile samoistnie cieknące łzy. Półleżąc na łóżku, wpatrywałam się w jakiś punkt na ścianie, a w głowie kłębiły mi się czarne myśli. Zamiast spróbować je odegnać, nakręcałam się coraz bardziej. Użalałam się nad sobą, jakby miało to w czymkolwiek pomóc. Jakbym liczyła na to, że jakaś nieznana siła powie wreszcie: Już dobrze, wystarczy, doceniam twoje biadolenie, zostanie nagrodzone i cofnę czas.

Niestety zamiast głosu nieznanej siły usłyszałam energiczne pukanie do drzwi. Zanim zdążyłam zareagować, do pokoju wtargnęła Jadzia.

– Nie będę się z nią żegnać – rzuciła zdecydowanym tonem, podszytym złością. – Przekaż, że klucze zostawiłam u siebie na łóżku. Portfel też. W środku są dwie niezrealizowane recepty, ale to już twoja działka – prychnęła.

– Dobrze.

– O rany – westchnęła, przyglądając mi się uważniej. – Rozumiem, że się przejęłaś, ale żeby aż tak? Bez przesady. Jakoś sobie poradzę, po prostu się wkurzyłam – dodała nieco spokojniej.

Pokręciła głową, a do mnie dotarło, jak wyglądam. Nie wyprowadziłam jednak Jadzi z błędu, że moje łzy wcale nie są spowodowane jej odejściem. Odruchowo przetarłam powieki.

– Bardzo zależy mi na tej pracy – powiedziałam niespodziewanie mocnym głosem. – Potrzebuję pieniędzy, chciałabym pracować tu jak najdłużej.

– Każdy by chciał – mruknęła.

– Może dałaby mi pani jakieś wskazówki?

– Mnie nikt nie niańczył.

– Chociaż proszę powiedzieć, dlaczego została pani zwolniona.

– Bo byłam za dobra – prychnęła, a w jej oczach znów pojawił się błysk złości.

– Pani Jadziu… – próbowałam desperacko ją zatrzymać, by powiedziała cokolwiek, co mogłoby mi pomóc.

– Nie jestem żadną Jadzią! – rzuciła na odchodne. Zrobiło mi się wstyd, bo rzeczywiście używanie zdrobniałej wersji czyjegoś imienia na początku znajomości nie było kulturalne.

– Pani Jadwigo! – krzyknęłam jeszcze, zrywając się z łóżka, ale kiedy wyjrzałam na korytarz, jej już nie było, a drzwi do jej pokoju były zamknięte. – Super – mruknęłam, zrezygnowana.

Do spotkania z panią Hanią zostało jakieś dziesięć minut, lecz zupełnie nie czułam się gotowa. Mój pobyt w jej domu nie zaczął się najlepiej i dla mnie to był znak, że seria niefortunnych zdarzeń w moim życiu szybko się nie skończy.

**

Pokój zwany bawialnią był ogromny, przedziwnie jednak urządzony. Większość mebli poustawiano pod ścianami tak, że środek wydawał się dużą niezagospodarowaną przestrzenią. Wyjątek stanowiła sofa znajdująca się naprzeciw kominka. Od razu też przyciągnął moją uwagę obraz, który wisiał nad kominkiem. Był to portret młodej kobiety w eleganckim kapeluszu. Zastanawiałam się, czy przedstawia panią Hanię, kiedy była młoda, ale nie miałam śmiałości zapytać. Na innych ścianach też wisiały obrazy, na jednym z nich była baletnica, na innych jakieś widoczki.

Największe wrażenie robiła jednak biblioteczka usytuowana po prawej stronie od wejścia. Na półkach było tak wiele książek, że od samego patrzenia czułam zapach kartek. Na lewo, przy oknie, stał fortepian. Jak się później dowiedziałam, to właśnie na nim komponował mąż pani Hani. Teraz instrument był chyba nieużywany, ponieważ klapa była zamknięta i stały na niej różne bibeloty – świeczniki, zdjęcia w srebrnych ramkach, oprawione nuty.

Usiadłam na krześle wskazanym przez staruszkę. Było niewygodne. W dodatku stało pod ścianą, jak inne krzesła, co było o tyle niekomfortowe, że nie wiedziałam, co zrobić z rękoma i nogami. Czułam się jak pensjonarka, siedząc sztywno i uśmiechając się nieśmiało. Pani Hania siedziała dokładnie naprzeciw mnie, na takim samym krześle, też ustawionym pod ścianą. Nie wiem, czy było jej równie niewygodnie, zauważyłam jednak, że przybrała dość osobliwą pozę. Nogi miała rozkraczone i gdyby nie to, że spódnica sięgała trochę za kolana z pewnością dostrzegłabym majtki. Złapałam się na zawstydzającej myśli, że ciekawi mnie, jakiego rodzaju ma bieliznę. Wyobraziłam sobie, że są to raczej ciężkie barchany niż koronkowe stringi.

Plecy miała wyprostowane, a dłonie splotła, kładąc je na podołku spódnicy. Uśmiechała się, a przy każdym uśmiechu rumiane policzki unosiły się niczym poduszeczki, sprawiając, że oczy stawały się mniejsze.

– Nie mogę się na ciebie napatrzeć, taka jesteś śliczniusia! – zapiszczała radośnie niczym nastolatka oglądająca zwierzątko.

Nie widziałam, jak zareagować, dlatego skinęłam lekko głową i odwzajemniłam uśmiech.

– Pani Haniu, bardzo dziękuję za możliwość… – podjęłam, pragnąc wyrazić swoją wdzięczność za to, że będę u niej mieszkać i pracować, ale szybko mi przerwała.

– Nie pani. Hanka jestem. Nie postarzaj mnie, i tak już jestem dość stara.

Przełknęłam ślinę. Hanka. Niełatwo będzie się przestawić. Nigdy, nawet do osób w moim wieku, które nie były moimi koleżankami, nie mówiłam po imieniu. Byłam przyzwyczajona, że „pan” i „pani” są standardem, szczególnie że od zawsze pracowałam w szkole, gdzie byłam „panią od polskiego”, a do zwierzchniczki Bożeny, z którą teoretycznie byłam po imieniu, i tak mówiłam „pani dyrektor”.

– Mam nadzieję, że pokój ci się podoba? – zagadnęła pani Hania. Hanka.

– Jest piękny. Jak cały ten dom…

– Powiedz koniecznie coś o sobie, bardzo jestem ciekawa. Wacław coś tam opowiadał, ale już nie bardzo kojarzę.

– Mam na imię Małgorzata… – zaczęłam, ale znów mi przerwała.

– Nie zapamiętam. Będziesz Jadzią.

Uniosłam brwi. Bez przesady – pomyślałam – Małgorzata to przecież popularne, łatwe do zapamiętania imię.

– Ile masz lat? Wyglądasz bardzo młodziutko.

– Trzydzieści cztery… Ale pani Haniu, znaczy się Haniu… Mam na imię Małgorzata. Może pani do mnie mówić Małgosiu, Gosiu, ale przecież nie Jadziu.

– Wolę Jadziu.

W jej głosie było coś, co wskazywało, że sprawa nie podlega dyskusji. Niby był miękki i wesoły, na tyle jednak stanowczy, że skapitulowałam. Nie było sensu upierać się przy imieniu. Co za różnica. Cztery tysiące miesięcznie są warte niedogodności. W końcu to tylko czasowa zmiana, a nie na zawsze – pocieszyłam się.

– Mam trzydzieści cztery lata – podjęłam po chwili – jestem z Warszawy i do tej pory pracowałam jako nauczycielka.

– Wyrzucili cię?

– Nie, nie – zaprzeczyłam szybko. – Musiałam zrezygnować z powodu nadmiernego hałasu. Mam nadwrażliwość…

– Czyli wyrzucili. Co przeskrobałaś?

Boże, czy to jakaś jasnowidzka? – przemknęło mi przez myśl. Znów się zawahałam, nie bardzo wiedząc, jak zareagować. Pani Hania miała nieprzenikniony wyraz twarzy, podczas gdy ja siedziałam zesztywniała, czując, jak pod wpływem jej wzroku robi mi się coraz bardziej gorąco.

– Zgubiłam dziecko – wymamrotałam wreszcie.

– Nie słyszę. – Nachyliła się, jeszcze bardziej rozkraczając nogi. Nie mogłam pojąć, dlaczego krzesła poustawiane są tak daleko od siebie. Czy naprawdę w ten sposób podejmuje gości?

Odchrząknęłam.

– Zgubiłam dziecko. Podczas wycieczki do muzeum.

Wymknęło się i uciekło. Nie dopilnowałam.

Nie wiem, dlaczego zdecydowałam się powiedzieć prawdę. Chyba byłam zbyt oszołomiona całym dniem i zbyt zmęczona.

– Mnie nie zgubisz – powiedziała niezrażona moim wyznaniem. – A psy chodzą na smyczy. Zresztą psy są mądrzejsze niż dzieci – dodała. – Dlatego właśnie mam psy, a nie dzieci – roześmiała się, lecz tym razem wesołość gdzieś znikła, a śmiech zdawał się przygaszony.

– Czy pory wychodzenia z psami są stałe?

Wykorzystałam sytuację, by zmienić temat. Nie chciałam rozmawiać ani o dzieciach, ani tym bardziej o szkole. Pani Hania chyba też nie, ponieważ natychmiast się ożywiła i zaczęła rozprawiać o swoich pupilach, instruując mnie, o której mam z nimi wychodzić, o jakich porach podawać im jedzenie i jak dbać o ich wygląd. Dość obrazowo opisała zabiegi, które będą mnie czekały. Mycie łapek po spacerach, czesanie, przemywanie oczek, czyszczenie uszu. Właściwie więcej mówiła o psach niż o sobie, jakbym to do opieki nad nimi została zatrudniona, a nie do opieki nad nią. Rozwodziła się nad psami tak długo i z tak dużym zaangażowaniem, że nie śmiałam jej przerywać, chociaż powoli zaczynało burczeć mi w brzuchu, a do tego odczuwałam niemiłosierne pragnienie. Wreszcie skończyła, informując mnie, że niebawem skończy się ich pora drzemki, a ponieważ śpią na posłaniach tuż przy jej sypialni, trzeba będzie je delikatnie obudzić i znieść.

– Nie schodzą po schodach? – zainteresowałam się.

– Młody schodzi, ale ten starszy ma problem ze stawami, musisz go nosić.

– Rozumiem. W takim razie idę. – Wstałam energicznie, zadowolona, że wreszcie mogę rozprostować kości.

– Ojej! – Pani Hania roześmiała się perliście. – Jakaś w gorącej wodzie kąpana! Nie tak prędko. Zostało do omówienia kilka spraw przed wieczorem.

Usiadłam zatem. W brzuchu coraz bardziej mi burczało, lecz nie na tyle głośno, by pani Hania zwróciła na to uwagę. Nie mogłam wyjść ze zdumienia, że ona wciąż siedzi na krześle niemal w tej samej pozycji i ciągle ma dość energii, by mówić.

Tym razem mówiła o sobie. Żałowałam, że nie wzięłam kartki, by spisać wszystkie informacje i instrukcje.

Wstawała o dziesiątej, lecz miałam budzić ją o ósmej, by przyjęła leki. Potem dosypiała, a ja w tym czasie miałam zajmować się psami oraz pomaganiem gosposi. Równo o dziesiątej właściwa pobudka i pomoc w toalecie, ubieraniu, schodzeniu na dół. Potem jakiś spacer, obiad, znowu psy. Po południu gry planszowe, najchętniej warcaby lub karty. Wieczorem czytanie na głos.

– Chyba że jest Robert – dodała. – Wtedy z nim spędzam czas, a ty będziesz miała wolne.

Robert. Nareszcie. Do tej pory nie było o nim słowa.

– Robert? – udałam zdziwienie.

– Mój przyjaciel. Pisarz. Jest moim gościem, pomieszkuje u mnie.

– Pisarz. – Znów udałam zdziwienie, starając się, by w moim głosie rozbrzmiała euforia. Co było o tyle trudne, że z głodu zaczynało mi brakować energii. – Nie znałam dotąd żadnego pisarza. A jakich książek jest autorem, jeśli można wiedzieć? – Mimo wszystko musiałam wykorzystać okazję, by zdobyć informacje.

– Pięknych. Najpiękniejszych. Dzisiaj go nie ma, ale za to na kolacji będzie moja koleżanka. Przyjeżdża z Gdańska i zostanie na noc, trzeba jej przygotować pokój gościnny.

– Ten, w którym mieszkała… – zatchnęłam się. Uświadomiłam sobie teraz, dlaczego Jadzia krzyknęła, że nie jest Jadzią. Prawdopodobnie i jej pani Hania zmieniła imię. – Była opiekunka?

– Och nie. To pokoje służby. Gościnne są na górze. Na wprost jest moja sypialnia, obok pokój Roberta, dalej dwie gościnne sypialnie, więc w jednej z nich ulokujesz Sylwię. Pościel jest świeża, ale warto przewietrzyć pokój przed wieczorem i sprawdzić, czy czegoś nie brakuje.

Obok pokój Roberta… – zanotowałam w pamięci. Żałowałam, że pani Hania tak szybko przeszła z tematu książek do wizyty swojej koleżanki, teraz już było za późno, by dopytywać o tytuły. Nie chciałam zwracać uwagi dociekliwością, chociaż pragnęłam jak najszybciej zdać raport Babińskim.

– Ach! I jeszcze jedno! Wacław, mój bratanek… – Wywróciła oczami. – Jest bardzo wścibski, nieznośnie aż. Prawdopodobnie będzie tu telefonował i dopytywał, kto mnie odwiedza, kto tu bywa. Nic mu nie mów – nakazała. – A już szczególnie o Robercie. Mam wrażenie, że Wacław jest nieprzychylnie nastawiony do wszystkich poza samym sobą – prychnęła. – Lepiej więc, żeby nie docierały do niego żadne informacje.

–  To chyba normalne, że pan Wacław się interesuje – zauważyłam.

– Och, aż za bardzo. Z tej troski już zawiaduje moimi pieniędzmi, szuka mi opiekunek, niebawem całkiem mnie ubezwłasnowolni. Aż taka stetryczała nie jestem. Doceniam wygodę, bo nie muszę martwić się o rachunki czy wynagrodzenia dla służby, ale bez przesady, dałam palec, a on chce rękę. Ale co to, to nie. Przyjaciół nie będzie mi dobierał.

Przytaknęłam, choć bez entuzjazmu. Nie było mi to na rękę. Już sam fakt, że podjęłam się donosić Babińskiemu na Roberta, był mało komfortowy, a teraz jeszcze pani Hania wyraźnie zabroniła mi wspominać o Robercie swojemu bratankowi. Zapewne nie miałaby dla mnie litości, dowiedziawszy się, w jakim celu zostałam tu zatrudniona.

Mimowolnie przełknęłam ślinę.

– Klucze i portfel – przypomniałam sobie, sięgając do kieszeni swetra. – Jadzia prosiła, żeby przekazać.

– Teraz są twoje – podjęła pani Hania. – Zawsze zabieraj ze sobą, wychodząc z psami, bo furtka się zatrzaskuje i bez kluczy nie wejdziesz. Tu jest zeszycik, gdzie masz spisane potrzebne informacje, kod do alarmu i takie tam.

– Czy to wszystko? – upewniłam się.

– Na razie tak. W razie czego mam dzwoneczek.

Pani Hania uśmiechnęła się szeroko, wysuwając rękę w kierunku szafki, na której dopiero teraz zauważyłam mały srebrny przedmiot. Kiedy nim potrząsnęła, zadźwięczał zdumiewająco głośno. Znów przełknęłam ślinę. Zrozumiałam, że tak właśnie zamierza mnie przywoływać.

– Mam zbyt słaby głos, by krzyczeć, a dom jest taki duży… – wyjaśniła, a ja ponownie zaczęłam się zastanawiać, czy aby nie czyta w moich myślach.

**

To nie były psy. To były diabły. Ten starszy, przypominający trochę sznaucera i rzekomo zniedołężniały, kiedy tylko zobaczył śnieg, zaczął tarzać się w nim tak, że ledwie go utrzymałam na smyczy. Ten drugi, mniejszy, w typie yorka, wyrywał się, szczekając na przechodniów. Bałam się, że nie dam rady dotrzeć z nimi do sklepu. Byłam przeraźliwie głodna, a w domu nie miałam śmiałości, by przed spacerem

zajrzeć do kuchni.

Dwie smycze złączyły się w jedną. Psy jeszcze bardziej się przez to wściekały, a ja byłam bliska płaczu. Nie wiedziałam, jak się nazywają i jak mam na nie wołać, żeby je jakoś okiełznać. Wreszcie ten starszy się zmęczył. Wykorzystałam moment i rozplątałam smycze. Odkryłam, że można je regulować. Udało mi się skrócić je na tyle, że psy szły w miarę spokojnie przy nodze. Pierwszy sukces.

Kiedy wróciłam do domu, pani Hania stała w holu, wyczekując.

– Co tak długo? – spytała, ale na szczęście nie domagała się odpowiedzi. – Figo! Fago! Nie zmarzliście za bardzo? Kto to widział taki śnieg z początkiem marca? Wytrzemy łapeńki. – Mówiła pieszczotliwie, a ja wreszcie się dowiedziałam, jakie noszą imiona. Figo i Fago. Osobliwy zestaw.

Wytarłam psy i przeszłam do jadalni, by nakryć stół. Pani Hania, pchając swój balkonik, podążyła za mną, instruując, w której szafce czego mam szukać. Obrusy, zastawa, sztućce, kieliszki. Najgorzej, że nie czułam się pewnie w dziedzinie savoir vivre’u. Pomyślałam, że najbezpieczniej będzie, jeśli zacznę od talerzy, a potem jakoś pójdzie.

–  Trzy? – zdumiała się staruszka, kiedy rozłożyłam białe, zdobione złotą obwódką porcelanowe naczynia. – Kogoś się jeszcze spodziewamy?

– Pani Sylwia – przypomniałam z uśmiechem. Nie zdziwiło mnie, że zapomniała o koleżance, brałam pod uwagę, że opiekującsięstarsząosobą, muszębyćprzygotowananaoznaki demencji, Alzheimera czy innych tego typu dolegliwości.

– To dwie osoby – zauważyła, przenosząc wzrok ze stołu na mnie. – Chyba że policzyłaś też siebie?

Zmieszałam się. No tak, policzyłam też siebie. Nie przyszło mi do głowy, że miałabym z nimi nie jeść.

– A kto nas będzie obsługiwał? – zatroskała się pani Hania i nie było w tym krzty złośliwości, raczej zakłopotanie.

– Rzeczywiście, przepraszam. Zjem w kuchni.

– Która to godzina?

Nie zdążyłam sprawdzić, ponieważ w tym momencie rozbrzmiał dzwonek domofonu.

– Ojej! – krzyknęła pani Hania. – Przyjechała, a tu jeszcze niegotowe. Biegnij otworzyć bramę, to ten duży przycisk w czarnym pilocie – poinstruowała. – I szybko do góry, przewietrzyć. Sprawdź, czy aby niczego w pokoju nie brakuje. Ja tu dokończę. Sztućce! – Klasnęła, prostując się nagle i nabierając wigoru.

Użyłam pilota i przez chwilę patrzyłam przez szybkę, jak brama otwiera się i na podjazd wjeżdża piękne auto. Następnie zamknęłam bramę i pobiegłam na górę, omal nie potykając się o zbiegającego właśnie Figa.

Sypialnia, w której miała być zakwaterowana pani Sylwia, była dwa razy większa od mojej. Z zazdrością odnotowałam fakt, że ma łazienkę i balkon.

Otworzyłam okno i rozejrzałam się po wnętrzu. Moim zdaniem niczego nie brakowało. Była nawet butelka z wodą na stoliku oraz śnieżnobiały szlafrok przewieszony przez ramę łóżka. Jak w hotelu – przebiegło mi przez myśl. Odruchowo wygładziłam pościel. Z dołu dochodziły mnie głosy powitania. Nie wsłuchiwałam się. Moją uwagę przykuł obraz wiszący naprzeciw łóżka. Przedstawiał tańczącą baletnicę. Podobny, tylko nieco większy, zdobił jedną ze ścian bawialni.

Zrobiło się chłodno. Zamknęłam więc okno i zaciągnęłam zasłony. Przed wyjściem, zanim zgasiłam światło, jeszcze raz zerknęłam na obraz. Miałam wrażenie, że baletnica patrzy wprost na mnie.

Kiedy zeszłam na dół, Figo obwąchiwał małą walizkę, którą ustawiono przy schodach. Domyśliłam się, że wniesienie bagażu gościa także należy do moich obowiązków. Zostawiłam to jednak na później. Teraz wypadało się przywitać. Odruchowo spojrzałam w wielkie lustro zawieszone w holu. Przeszło mi przez myśl, że brakuje mi stroju odpowiedniego dla służby. Aż dziw, że Hanna nie wymagała

żadnych uniformów.

Zanim weszłam do jadalni, wyprostowałam się i wzięłam kilka głębokich oddechów. Byłam już zmęczona tym dniem, ale wiedziałam, że czeka mnie jeszcze podawanie do stołu i zapewne sprzątanie po kolacji. Nie chciałam dać plamy. Zmobilizowałam się resztką sił, by pracodawczyni była ze mnie zadowolona.

– Dobry wieczór – powiedziałam energicznie, podchodząc do stołu. W jadalni panował półmrok. To był pomysł Hanny, żeby zapalić kinkiety i świece.

– Dobry wieczór – odpowiedziała z uśmiechem kobieta siedząca obok Hanny. Zdziwiłam się, że jest taka młoda. Byłam przekonana, że koleżanka Hanki będzie mniej więcej w jej wieku, spodziewałam się staruszki. Tymczasem Sylwia okazała się niewiele starsza ode mnie. Była ładna i elegancka. Patrzyła na mnie z ciekawością.

– Małgorzata Kunc – przedstawiłam się, podchodząc bliżej i podając dłoń. Trochę straciłam rezon. Co innego witać się ze staruszką, a co innego przedstawiać się niemal równolatce. To upokarzające, że ona jest gościem, a ja będę ją za chwilę obsługiwać.

– Sylwia Malec. – Kobieta z uśmiechem uścisnęła moją rękę.

– Jadziu, co ty wyprawiasz? – roześmiała się Hanna, po czym zwróciła się do Sylwii: – Jest tu od niedawna, dopiero się wdraża, wybacz jej ten brak manier. To młoda osóbka. Inteligentna, ale musi się wiele nauczyć.

Spojrzałam na Hannę, nie bardzo wiedząc, o czym mówi. Jaki brak manier? Powinnam dygnąć, zanim się przedstawię? Chyba wyczuła moje skonfundowanie.

– Jadziu, trzeba przynieść dania, napoje, nalać nam wina – wyjaśniła dobrotliwie. – Czy widziałaś kiedyś kelnerkę, która przedstawia się gościom? Nie uchodzi.

– Przepraszam – bąknęłam, oszołomiona reprymendą.

– Ależ nic się nie stało, bez przesady – wtrąciła Sylwia. – Cieszę się, że się poznałyśmy. Nie dosłyszałam imienia. Pani Małgosia czy Jadzia?

Przełknęłam ślinę.

– Jadzia – odpowiedziałam, nie patrząc na Hannę. Na Sylwię właściwie też nie patrzyłam. Skierowałam wzrok na stół, na palące się na nim świece, a potem przeniosłam go na ściany, na których wisiały kinkiety.

– Zapalić paniom więcej światła? – spytałam, nie wiedząc, czemu akurat to przyszło mi do głowy.

– Dziękujemy, to wystarczy. Ale jesteśmy głodne. – W głosie Hanny tym razem rozbrzmiała stanowczość.

Skinęłam głową i w milczeniu skierowałam się do kuchni. Nie chciałam zaprzątać głowy ponurymi myślami, dlatego skoncentrowałam się na zadaniu. Dość szybko zlokalizowałam potrawy przygotowane przez gosposię i zaniosłam je na stół. Do szklanek nalałam wody, a do kieliszków białego wina. Sylwia poprosiła o kostki lodu i cytrynę. Przyniosłam. Hanna zażyczyła sobie zielonej herbaty.

Krążyłam między jadalnią a kuchnią, nie mając okazji się przysłuchać, o czym rozmawiają. Raz tylko, kiedy sprzątałam talerzyki i rozkładałam nowe, usłyszałam, jak Sylwia pyta:

– A Roberta nie będzie? Miałam nadzieję, że go wreszcie poznam.

– Niestety. Coś go zatrzymało w Gdańsku. Ale na pewno trafi się jeszcze okazja.

Może rozmawiałyby o Robercie dłużej, ale jak na złość przybiegł Figo i zaczął ocierać się o nogi pani Hani.

– Chyba chce wyjść – zauważyła.

– Już, już – powiedziałam.

– Potem będziesz wolna. Możesz iść spać – przyzwoliła Hanka. – Niczego nam nie brakuje, a Sylwia potem pomoże mi wejść na górę, prawda, Sylwuniu?

– Oczywiście. Proszę się nami już nie przejmować, pani Jadziu.

Zacisnęłam zęby. „Pani Jadziu”, dobrotliwy zwrot w ustach mojej rówieśniczki zabrzmiał mi w uszach jak kawałek ciętego styropianu.

Rozdział 4

Obudziłam się na dźwięk budzika ustawionego w telefonie. Było jeszcze ciemno. Przez moment leżałam bez ruchu, zbierając myśli wytrącone z błogiego snu. Powoli wracała świadomość tego, gdzie się znajduję. Jęknęłam. Miałam ochotę dalej spać, czułam się przeraźliwie zmęczona. To było dziwne, bo kiedy pracowałam w szkole, nie miałam problemów z wczesnym wstawaniem, nieraz budziłam się przed budzikiem, zadowolona, że mam dość czasu, by spokojnie wypić kawę i szykując się do pracy, obejrzeć urywek

porannego programu w telewizji.

Tu nie miałam telewizji. Tu też nie musiałam się szczególnie szykować.

Potarłam oczy. Niechętnie wyszłam z łóżka, zapaliłam światło i zrobiłam kilka skłonów.

Szybki prysznic postawił mnie na nogi. Dochodziła siódma.

Psy czekały pod drzwiami. Chyba były przyzwyczajone do regularnego wychodzenia. Zdziwiłam się, że tym razem Fago sam zszedł ze schodów. A może spał na dole?

Ubrałam się, wyłączyłam alarm, zapięłam smycze i otworzyłam drzwi. Prawie krzyknęłam, kiedy omal nie zderzyłam się w nich z kobietą.

– O! Dzień dobry! – powiedziała równie zdziwiona jak ja. W dłoni trzymała klucze.

– Dzień dobry – przywitałam się, nie bardzo wiedząc, czy mam ją przepuścić, czy wylegitymować.

– Pani jest…? – spytała, patrząc na mnie równie podejrzliwie.

– Opiekunką.

– A tamta gdzie?

– Nie ma.

– Uhm… – Pokiwała głową, ale nie dopytywała.

– Domyślam się, że pani jest gospodynią? Pani Grażyna? – spytałam, przypomniawszy sobie imię pracującej tu kucharki.

– No. Na siódmą przychodzę. Ale ziąb! – Minęła mnie, wchodząc do środka. Nie mówiąc nic więcej, zamknęła za sobą drzwi.

– Ziąb – przyznałam, nasuwając czapkę na czoło. Pomyślałam, że właściwie, skoro teren jest ogrodzony, nie muszę wychodzić z psami na daleki spacer, a jedynie spuścić je ze smyczy koło domu.

Ledwie to zrobiłam, a obydwa pobiegły w dwie różne strony. Zauważyłam, że Figo obsikał żywopłot, a Fago wygiął się na podjeździe, tuż przy samochodzie pani Sylwii.

– Cholera – jęknęłam. Nie miałam przy sobie żadnych torebek na kupy ani nawet chusteczek. Zdecydowałam, że kopnę tego balaska na zaśnieżony trawnik.

– Nie radzę – usłyszałam męski głos w chwili, kiedy ostrożnie przesuwałam kupę butem.

Spojrzałam w kierunku furtki. Mężczyzna otwierał ją własnym kluczem. Wszedł na posesję jak do siebie. Serce zabiło mi mocniej. Czyżby Robert?

Nie wyglądał na przystojniaka ani tym bardziej na amanta. Był średniego wzrostu i raczej krępej budowy ciała, a jego kurtka nie należała do wyszukanych. Twarz miał przyjemną, ale krzaczaste brwi i równie krzaczaste wąsy nadawały jej dość szczególny wyraz. I nie był młody. Raczej podstarzały, około sześćdziesięcioletni, jak na moje oko. Z pewnością nie był Robertem. Więc kim?

– Śnieg stopnieje i wszystkie gówna zostaną na trawie, Hanka tego nie lubi – wyjaśnił. – A kto będzie je zbierał? Ja?

– Skądże – zapewniłam, zauważywszy ze zgrozą, że głos mi drży. – Oczywiście ja posprzątam. Nie mam przy sobie torebek. Jestem tu nowa, dopiero się…

– A gdzie Jadzia?

– Odprawiona.

– Grażyna już jest? – spytał, nie dopytując więcej o Jadzię. Byłam zdumiona jego reakcją. Podobnie zachowała się Grażyna. Czyżby wszyscy byli już przyzwyczajeni do takiej rotacji opiekunek?

– Jest – odpowiedziałam, ale chyba już nie słyszał, ponieważ dziarskim krokiem wszedł do domu i zamknął za sobą drzwi. Gbur – przebiegło mi przez myśl. Ani się nie przedstawił, ani nie przywitał jak człowiek. Nie mówiąc o tym, że nie zainteresował się nawet, kim jestem.

Postałam jeszcze chwilę, po czym zawołałam psy. O dziwo, przybiegły natychmiast.

W domu unosił się przyjemny zapach kawy. Nabrałam ochoty na śniadanie. Najpierw jednak musiałam iść do Hanki, by podać jej leki, które przyjmowała na czczo.

W jej sypialni było ciemno. Zasłony przepuszczały niewiele światła. Nie chciałam zapalać górnej lampy, dlatego niemal na oślep dotarłam do stolika, na którym stała lampka nocna. Podążając za instrukcjami spisanymi w notesie, znalazłam odpowiednie tabletki i upewniłam się, że w dzbanku jest woda.

Staruszka była ledwie przytomna, kiedy ją obudziłam, przełknęła lekarstwa z zamkniętymi oczami i zaraz znowu usnęła. Starając się być jak najciszej, zgasiłam lampkę i wyszłam. Kolejny punkt dnia odhaczony. Teraz wreszcie był czas na kawę.

– Zapraszam! – Grażyna przywitała mnie w kuchni nader uprzejmie. – Właśnie siedliśmy do śniadania. – Skinęła głową na gbura siedzącego przy kuchennym stole, którego miałam okazję już poznać. – Kawy pani zrobić?

– Poproszę. Z mlekiem.

– Proszę siadać i zajadać – zachęciła. – Wy się jeszcze chyba nie znacie? – spytała, stawiając na stół talerzyk dla mnie. – To Tomasz. Ogrodnik i złota rączka – dokonała krótkiej prezentacji. – A to nasza nowa Jadzia.

– Małgorzata Kunc. Już się trochę poznaliśmy. – Podeszłam do Tomasza i wysunęłam dłoń. Uścisnął ją lekko, uśmiechając się do mnie pobłażliwie.

– Do Tomasza możesz zwracać się zawsze, kiedy tylko zauważysz jakąś usterkę – poinstruowała Grażyna. – Od przepalonej żarówki do cieknącego kranu. Bywa tu raz w tygodniu, ale jeśli zdarzy się coś nieprzewidzianego, to też przyjedzie, nawet w nocy – zapewniła, a Tomasz tylko przytaknął.

– A pani gotuje i sprząta? – upewniłam się, robiąc w głowie schemat służby.

– Grażyna. Mówimy sobie po imieniu.

– Wszystkie dotychczasowe opiekunki nazywano Jadziami? – zaciekawiłam się.

– Jakoś tak się przyjęło. – Grażyna usiadła. – Hanka za często je zmienia, żeby móc spamiętać. Ja tu pracuję już ósmy rok. Mnie zna doskonale – pochwaliła się, a w jej głosie dało się wyczuć niekłamaną dumę.

– To dlaczego zmienia tak często opiekunki?

– Nie zawsze tak było. Kiedyś nie potrzebowała żadnej.

Ale te ostatnie lata dały mocno w kość, co nie, Tomasz?

Tomasz wzruszył ramionami.

– Posunęła się bardzo, oj bardzo – ciągnęła Grażyna. – Jeszcze nie tak dawno mogła zrobić szpagat, zwinna była jak fryga. A teraz?

– A co się stało?

– Bo ja wiem? Starość ją chyba przygniotła. Kto wie, jak my się będziemy trzymać w tym wieku. Ona ma już chyba ze sto lat.

– Albo i dwieście – wtrącił niespodziewanie Tomasz.

– Dziewięćdziesiąt dwa – uściśliłam, przypomniawszy sobie, co mówił Babiński.

– Długo już nie pociągnie – oceniła gosposia.

– Oby jak najdłużej – westchnęłam. – Zależy mi na tej pracy.

– No tak, no tak… – Grażyna pokiwała głową, ale nie bardzo potrafiłam zinterpretować ton, w jakim wypowiedziała te słowa.

– Dlaczego tak często zmienia opiekunki? – ponowiłam pytanie. – Co jest nie tak?

– A bo to człowiek pozna prawdę? – odpowiedział Tomasz, zerknąwszy wymownie na Grażynę.

– No! – Kobieta nagle podniosła się z krzesła i zamknęła drzwi od kuchni. – Co między nami, to między nami – powiedziała konspiracyjnym szeptem, znów siadając.

Odruchowo nachyliłam się ku niej, przekonana, że zaraz wyjawi mi sekret rotacji opiekunek, ale ona spojrzała na Tomasza, po czym wyprostowała się i odchrząknęła dwa razy. Dotychczasowy uśmiech zniknął z jej oczu, a zamiast tego pojawił się przebiegły błysk.

– Skoro już się znamy i tak miło nam się rozmawia, to najwyższa pora ustalić zasady – powiedziała, patrząc na mnie wymownie. – Lepiej od razu, żeby wszystko było jasne.

– Zasady… – powtórzyłam spontanicznie.

– Musisz zdecydować. Albo jesteś z nami, albo przeciwko nam.

Milczałam, usiłując przetrawić te słowa. Zabrzmiały jak z kiepskiego filmu.

– Nie bardzo rozumiem – przyznałam po chwili.

– Nie ma co owijać w bawełnę. Hanka swoje lata ma, i wszyscy wiemy, że lada dzień jej świeczka zgaśnie.

– Już prędzej niż później – wtrącił Tomasz.

– A ty głupia też nie jesteś i widzisz, o co toczy się gra. I swoje planujesz.

– Planuję? – Nie dowierzałam uszom.

– Taka okazja to nie lada gratka. Ale to ja najdłużej tu pracuję. I najwięcej serca oddałam.

– Układ jest prosty. Działamy wspólnie, a potem dzielimy na trzy – wtrącił Tomasz. – Największą część bierze Grażyna, potem ja, na końcu ty. Tak jest sprawiedliwie.

– Ale co dzielimy?

– Spadek. – Grażyna spojrzała na mnie z wyrzutem, zdumiona, że nie od razu zrozumiałam.

Bo to prawda, nie zrozumiałam, o co chodzi z tym całym układem. Fakt, miałam swój plan i rzeczywiście nieraz przebiegło mi przez myśl, że jeśli zdołam, wbrew temu, co mówili Babińscy, zaprzyjaźnić się ze staruszką, to może uwzględni mnie w testamencie, w końcu przy łożu śmierci ważny jest ten, który jest blisko, a nie ten, który dyryguje z daleka. Ale to był mój plan. Cichy i prywatny. Co Grażynie i Tomaszowi do niego?

– Naprawdę nie bardzo rozumiem. Jaki układ? – spytałam po dłuższej chwili, kiedy wpatrywali się we mnie, wyczekując odpowiedzi.

– Co tu jest do rozumienia? – prychnęła Grażyna. Już nie była uśmiechniętą, serdeczną gospodynią.

– Hanka ma swoje odpały – wyjaśnił nieco przyjaźniej Tomasz. – Nie wiemy, co jej do głowy strzeli. Grażynka niby od wielu lat prowadzi dom, zaufanie ma, ale kto tam wie, czy nie przyjdzie chwila, że popadnie w niełaskę. Już się takie historie zdarzały. Sam słyszałem o ojcu, co wyrzekł się dzieci w ostatnim tygodniu przed śmiercią. I kto dostał majątek? No kto? Kościół. I tyle w temacie.

– Ale tu przecież jest rodzina – wtrąciłam. – Bratanek.

– A tam byli synowie.

– W głowie Hanki nikt nie siedzi – dodała Grażyna. – Nie wiesz, czy w napływie ciepłych uczuć, w jakimś amoku przed śmiercią nie zapisze ci domu albo biżuterii. Mnie przyobiecała, że coś tam dostanę, ale cholera ją wie, może zmieni zdanie.

– Wciąż nie rozumiem idei układu.

– Jeden za wszystkich. Wszyscy za jednego. Jeśli jesteś z nami, wspieramy cię. Tak samo i ty nas wspierasz. Nie zauważamy błędów, nie donosimy Hance naszych wpadek.

– Domyślam się, że jeśli nie jestem z wami, to będzie odwrotnie…?

– Nie potrzebujemy tu harpii. Jesteśmy drużyną. Tak więc zdecyduj.

– Jeśli się nie zgodzę, będziecie mi szkodzić?

– To nie będzie takie trudne – podjął Tomasz. – Wystarczy podrzucić pierścionek Hanki do twojej sypialni, można też…

– Sposobów jest bez liku – weszła mu w słowo Grażyna.

– Ale to szantaż.

– Nie bulwersuj się – zgasiła mnie Grażyna. – Jak zwał, tak zwał. Za stara już jestem, żeby się bawić w ceregiele. Układ jest sprawiedliwy i korzystny dla wszystkich.

Dla ciebie najbardziej – pomyślałam, nie patrząc jej w oczy.