Wotum nieufności - Remigiusz Mróz - ebook + audiobook + książka

Wotum nieufności ebook i audiobook

Remigiusz Mróz

4,4

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

16 osób interesuje się tą książką

Opis

Pierwsza polska seria political fiction!

Marszałek sejmu, Daria Seyda, budzi się w pokoju hotelowym, nie pamiętając, jak się w nim znalazła ani co się z nią działo przez ostatnich dziesięć godzin. Jest przekonana, że stała się ofiarą manipulacji, ale nie wie, kto ani dlaczego może za nią stać. Tymczasem Patryk Hauer, wschodząca gwiazda prawicy, podczas prac komisji śledczej odkrywa polityczny spisek sięgający najistotniejszych osób w kręgach władzy.

Seyda i Hauer znajdują się po przeciwnych stronach sceny politycznej. Dzieli ich wszystko, ale połączy jedna sprawa…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 642

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 17 godz. 39 min

Lektor: Remigiusz Mróz
Oceny
4,4 (1042 oceny)
576
310
118
31
7
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Agnieszka110289

Nie oderwiesz się od lektury

Generalnie nie lubię polityki, nie oglądam nawet wiadomości. Książka jest na prawdę wciągająca. Gdyby nie to, że napisał ją Mróz i wspomniał o tej serii w historii Tesy, pewnie nawet bym się do niej nie zabrała. Na pewno kolejne pozycje też przesłucham.
00
xkusiu

Dobrze spędzony czas

Nie sądziłam, że powieść polityczna może mnie tak wciągnąć. Od razu zabieram się za kolejną część.
00
Jola41

Nie oderwiesz się od lektury

Genialna seria
00
lukateli

Nie oderwiesz się od lektury

ok
00
Albatros1

Nie oderwiesz się od lektury

Super ksiażka.
00

Popularność




Pamięci Bartosza Kranciocha (1987–2002),

przyjaciela i najzdolniejszego gościa, jakiego znałem.

Nie polityka powinna rządzić

ludźmi, lecz ludzie polityką.

Napoleon Bonaparte

CZĘŚĆ 1

Rozdział 1

Otworzyła oczy, ale ujrzała tylko ciemność. Nie obawiała się jej. Niepokoiło ją to, co zobaczy, kiedy mrok zniknie. Daria Seyda od razu zrozumiała, że nie obudziła się w hotelu sejmowym ani w wynajmowanym warszawskim mieszkaniu. Zapach był obcy, przesiąknięty stęchlizną i kurzem.

Przesunęła dłonią po łóżku, szukając komórki. Zawsze miała ją pod ręką, bo nieraz zdarzało się, że kryzysy wybuchały w środku nocy, a ona musiała być pod telefonem. Tym razem jednak nigdzie jej nie znalazła.

Usiadła na łóżku i cicho kaszlnęła, słysząc, jak coś zarzęziło jej w płucach. Wytężyła wzrok, przekonana, że oczy zaraz przywykną do ciemności. Nocna czerń wciąż jednak była nieprzenikniona.

Seyda podniosła się, ale natychmiast zakręciło jej się w głowie i opadła z powrotem na łóżko. Po omacku zlokalizowała lampkę nocną, nieomal ją przewracając, a potem powiodła ręką po kablu i zapaliła światło.

W pierwszej chwili miała ochotę krzyknąć. Zmysł wzroku zdawał się sparaliżowany nagłą jasnością, ale nawet przez wpółzamknięte oczy mogła się przekonać, że znajduje się w zupełnie obcym miejscu.

Dopiero teraz dotarło do niej, że nie tylko nie wie, gdzie jest, ale także nie ma pojęcia, co działo się z nią w ostatnim

czasie. Z trudem przełknęła ślinę, odnosząc wrażenie, jakby przez zaschnięte gardło przepychała kłębki waty.

Rozejrzała się. W niewielkim pokoju znajdowały się jedynie stolik, stare krzesło i łóżko. Okno było zasłonięte grubą kotarą, a komórka Darii leżała na parapecie.

Seyda podniosła się, tym razem powoli. Podeszła do okna, odsunęła zasłonę i spojrzała na niewielki parking, który kojarzył się raczej ze stacją benzynową niż z hotelem. Zrozumiała, że musi znajdować się w jednym z tych przydrożnych moteli, które na wypłowiałych billboardach kuszą kierowców niepoważnie niskimi cenami noclegu.

Drżącą ręką sięgnęła po telefon. Włączyła go, a potem przez moment czekała w bezruchu.

Po chwili rozbrzmiała kanonada dźwięków, zwiastująca nadejście przynajmniej kilkunastu SMS-ów. Parę informowało o tym, że próbowano się z nią skontaktować, dwa były od męża. Daria szybko je przejrzała, po czym wybrała numer jedynej osoby, do której mogła się zwrócić w każdej sprawie.

Szef Kancelarii Sejmu odebrał już po pierwszym sygnale.

– Wreszcie – rzucił z wyraźną ulgą. – Wszyscy pani szukają.

Seyda pomyślała, że w pewnym sensie ona także niebawem zacznie to robić.

– Pani marszałek?

Mimo że znali się jak łyse konie i pracowali ze sobą od lat, Hubert Korodecki stanowczo oponował, ilekroć proponowała, by mówił jej na „ty”. Twierdził, że dopóki będzie jego bezpośrednią przełożoną, on będzie trzymał się zasad.

Daria milczała, tocząc wzrokiem po parkingu. Nigdzie nie dostrzegła swojego samochodu ani auta Biura Ochrony Rządu. Jak się tu dostała? I gdzie było „tu”?

– Słyszy mnie pani?

Potrząsnęła głową.

– Tak, słyszę.

– Gdzie pani jest?

Każda odpowiedź, jaka przyszła jej na myśl, brzmiała wręcz niepoważnie. Postanowiła więc zrobić to, co politycy potrafią robić najlepiej. Zignorowała pytanie.

– Mamy problem… – powiedziała cicho.

– Poważny?

Cały Korodecki. Nigdy nie dopytywał, nie drążył, nie wyrażał zaniepokojenia i nie pozwalał sobie na niedowierzanie. Zamiast tego od razu przechodził do rzeczy.

– Trudno powiedzieć – odparła Seyda, otwierając okno.

Podmuch mroźnego powietrza wpadł do pokoju i rozwiał stęchliznę. Zima w tym roku była ostra, chłód ściągał skórę i zdawał się przeszywać na wylot, ale wciąż nie spadł jeszcze pierwszy śnieg. Warszawa przywodziła na myśl jedno z miast na dalekiej Północy, gdzie jest zbyt zimno i zbyt sucho, by wystąpiły opady.

Seyda otworzyła okno nieco szerzej. Przemknęło jej przez głowę, że nie może być pewna nawet tego, czy wciąż jest w Warszawie. Spojrzała na tablice rejestracyjne samochodów na parkingu, część kojarzyła. EL – Łódź, WA – Białołęka, TK – Kielce, WK – Ursus. Powtarzało się kilka ze stolicy, ale o niczym to nie świadczyło.

– Pani marszałek, co to za problem?

Zastanawiała się, jak wytłumaczyć szefowi kancelarii to, co właśnie przeżywała. W końcu uznała, że najlepiej będzie, jeśli powie prosto z mostu.

– Obudziłam się właśnie w jakimś przydrożnym motelu i… Hubert, nie pamiętam, jak się tu znalazłam. Ani tym bardziej, co robiłam przez ostatnich dziesięć godzin.

Każdy inny rozmówca upewniłby się, czy dobrze usłyszał. W najlepszym wypadku prychnąłby i uznał, że to jakiś żart. Mózg Korodeckiego był jednak stale ustawiony na myślenie zadaniowe.

– Co pani pamięta jako ostatnie?

– Że wróciłam wieczorem do siebie.

– Do mieszkania przy Sarmackiej?

– Tak.

Pytanie było całkiem zasadne, „do siebie” bowiem w przypadku Darii mogło równie dobrze dotyczyć pokoju w hotelusejmowym. Nieraz zostawała po nocach w gabinecie przy Wiejskiej i decydowała się nie wracać do mieszkania. Nie było sensu jechać na Wilanów tylko po to, by się przespać, szczególnie że w mieszkaniu nikt na nią nie czekał.

Kiedy została wybrana na posłankę z trzydziestego trzeciego okręgu, wraz z mężem postanowili, że przeniesie się do Warszawy sama. On został w Kielcach z ich córką, która miała wówczas iść do podstawówki. Początkowo Seyda przyjeżdżała często, ale od kiedy wybrano ją na marszałka sejmu, zdecydowaną większość czasu spędzała w Warszawie.

Rozbite rodziny. Była to jedna z rzeczy, o których w polityce się nie mówiło. Daria miała nadzieję, że podobna dyskrecja będzie dotyczyć rozbitych jednostek. Przynajmniej w jej przypadku.

– I co było potem? – zapytał Hubert.

– Zjadłam kolację, nalałam sobie lampkę wina i oglądałam mecz Flyersów.

– Z kim grali?

– Z Detroit Red Wings.

– Oglądała pani na GameCentre?

– Nie, była retransmisja w TVP.

– O której?

– Jakoś koło dwudziestej.

– Jaki był wynik?

– Przesłuchujesz mnie, Hubert?

– Tak – przyznał Korodecki. – Muszę wiedzieć, czy pani alibi trzyma się kupy.

– Alibi?

– Cokolwiek się wydarzyło, będzie go pani potrzebowała.

– Nie uprawiaj czarnowidztwa.

– Nie uprawiam – odparł ze spokojem. – Obudziła się pani w obcym miejscu, nie pamiętając, co się stało. Zakładam, że nic dobrego.

– Zakładasz więc najgorsze.

– A pani nie?

Odpowiedziała milczeniem. Przez moment rozglądała się po parkingu, szukając kogoś, kto by się jej przypatrywał. Kogoś, kto był za to odpowiedzialny. Kogoś, kto w jakiś sposób sprawił, że się tutaj znalazła.

Nikogo nie dostrzegła.

Może znalazła się tu z własnej woli? Może zanik pamięci spowodowało coś prozaicznego?

Mogła mnożyć pytania i łudzić się, że odpowiedzi nie okażą się niepokojące. Ostatecznie jednak musiała przyznać Hubertowi rację. Powinni założyć najgorszy możliwy scenariusz.

– Pięć do dwóch dla Flyersów.

– Kto strzelił?

– Dwa razy Wayne Simmonds, potem Giroux i… cholera, nie pamiętam.

– Nie szkodzi, zaraz to sprawdzę.

Zaaferowanie w jego głosie wzbudziło w niej jeszcze większy niepokój. Wciągnęła głęboko chłodne powietrze, a potem usiadła na łóżku.

– Naprawdę myślisz, że to konieczne? – zapytała. – Może to chwilowa przypadłość, może…

Urwała, uznając, że nie ma sensu dalej się oszukiwać.

– Wie pani, co zawsze powtarzam – odparł pod nosem Hubert. – Nie przygotowując się na najgorsze, przygotowujemy się na porażkę.

– Nie ty to powiedziałeś, a Benjamin Franklin.

– Być może – przyznał. – W każdym razie obaj mamy rację.

Daria przesunęła dłonią po udzie, a potem podciągnęła lekko bluzkę. Wzbraniała się przed pierwszym logicznym wnioskiem, jaki przychodził jej na myśl. Pigułka gwałtu i porwanie.

Odciągnęła pasek spodni. Bielizna była na miejscu, a ubranie nie było uszkodzone. Odetchnęła, choć zdawała sobie sprawę, że prawdziwą ulgę poczuje dopiero po wizycie u ginekologa. W tej sytuacji wydawało się to obowiązkowym punktem programu.

– Potrzebuję transportu, Hubert.

– Przyjadę. Proszę tylko powiedzieć gdzie.

– Zaraz się dowiem – odparła, podnosząc się. – Weź jakiś nierzucający się w oczy samochód. Media nie mogą tego zwęszyć pod żadnym pozorem.

– Oczywiście.

Seyda podeszła do okna i wystawiła komórkę na zewnątrz. Włączyła odbiornik GPS, a potem Mapy Google. Chwilę trwało, nim urządzenie pokazało jej aktualną lokalizację. Daria przez chwilę wbijała pusty wzrok w ekran.

– Jestem w Jankach – powiedziała. – Kawałek od krajowej siódemki. Przy Godebskiego.

Nic dziwnego, że było tutaj tak pusto. Od kiedy otwarto obwodnicę Raszyna, większość kierowców wjeżdżających do Warszawy wybierała trasę S8. Miejsca takie jak te chyliły się ku upadkowi. I były wprost idealne, by umieścić w nich porwaną, odurzoną osobę.

Seyda poczuła mrowienie na karku, kiedy wyobraziła sobie, jak ktoś wprowadza ją wpółprzytomną do przydrożnego motelu.

Dlaczego ktokolwiek miałby to robić? Owszem, przez wszystkie te lata spędzone w polityce narobiła sobie wrogów, ale żaden z nich nie porwałby się na coś takiego.

– Wychodzę z sejmu – rzucił Korodecki. – Widzimy się za pół godziny.

Daria podziękowała mu i się rozłączyła. Kusiło ją, by jak najszybciej opuścić motel i poczekać na podwładnego na ulicy, ale obawiała się, że ktoś ją dostrzeże. Niedawne badania opinii publicznej potwierdzały, że była jednym z najlepiej rozpoznawalnych polityków w kraju.

W odróżnieniu od większości kobiet w polityce stroniła od maskulinizmu. Przeciwnie, chętnie akcentowała swoją kobiecość. Nie nosiła krótkich włosów jak Angela Merkel, Hillary Clinton czy Theresa May. Jasną grzywkę zaczesywała na bok, a długi warkocz plotła w tradycyjnym, nierzucającym się w oczy stylu. Ubierała się tak, by podkreślić figurę, a nie ją maskować. Od czasu do czasu narażała się przez to na przytyki i krytykę, ale była na to przygotowana. Dobrze znała przypadek argentyńskiej prezydent, która przez swoją urodę długo musiała znosić ocenianie jej jedynie przez pryzmat powierzchowności.

Seyda uznała, że jeśli ma za pół godziny opuścić motel, najwyższa pora doprowadzić się do stanu używalności. A właściwie sprawdzić, w jakim w ogóle stanie się znajduje.

Podeszła do drzwi i przez moment nasłuchiwała. Kiedy uznała, że na korytarzu nikogo nie ma, uchyliła je lekko i wyjrzała na zewnątrz. Szybko przeszła do łazienki, zamknęła się w środku i spojrzała w lustro.

Wyglądała jak siedem nieszczęść. Włosy miała w nieładzie, pod oczami widać było głębokie cienie, a sucha skóra miejscami była niemal biała. Na Boga, co się z nią działo przez te dziesięć godzin?

Opłukała twarz zimną wodą, a potem zrobiła, co mogła, żeby wyglądem nie budzić podejrzeń. Efekt nie był najlepszy. Jeśli ktokolwiek ją zobaczy i będzie miał przy sobie komórkę, po kwadransie serwisy plotkarskie będą pisać o tym, że marszałek sejmu ostro zabalowała w nocy.

Może nie mijało się to z prawdą? Może zaczęła od lampki wina przy meczu uwielbianego przez nią hokeja, a potem straciła kontrolę? Nigdy jej się to nie przydarzyło, nigdy też nie sięgała po nic mocniejszego od alkoholu, ale czy naprawdę mogła wykluczyć, że sama wprowadziła się w taki stan?

Wszystko sprowadzało się do tego, czy sobie ufała. A doskonale wiedziała, że polityk nigdy nie powinien ufać drugiemu politykowi.

Hubert zjawił się po dwudziestu minutach. Zaparkował tuż pod motelem, sprawdził okolicę i nie dostrzegł nikogo, kto mógłby zrobić użytek z tej sytuacji.

Kiedy Daria chwilę później wsiadła do samochodu, w końcu odetchnęła.

– Nikt cię nie widział? – zapytała.

Pokręcił głową, wbijając wzrok przed siebie. Potem nerwowo przygładził zarost wokół ust i przesunął ręką po łysej głowie.

– Więc o co chodzi?

– Słucham?

– Wyglądasz, jakby od naszej ostatniej rozmowy świat zawalił się jeszcze bardziej. A takie reakcje są do ciebie niepodobne, Hubert.

W końcu na nią spojrzał. Zobaczyła w jego oczach coś, co widywała bardzo rzadko. Niepewność.

– Przed wyjściem z kancelarii rozmawiałem z szefem pani gabinetu.

– I?

– Twierdzi, że premier szuka pani od samego rana.

– Nie pierwszy i nie ostatni raz.

– Nie była z nim pani na dziś umówiona.

– Nie, nie byłam.

– Dzwoniłem do KPRM-u. Tam też nic nie wiedzą o żadnym planowanym spotkaniu.

– Nie musimy się specjalnie umawiać, Hubert. Znamy się dość dobrze.

– Tyle że wszyscy zaprzeczają, by chciał się z panią skontaktować.

Uniosła brwi.

– Jedyną osobą, która twierdzi, że premier pani szukał, jest szef gabinetu. Skądinąd jego stary znajomy, zaufana osoba. I przypuszczam, że premier do pani nie dzwonił, bo wspomniałaby pani o tym.

– Nie, nie dzwonił.

– Tym bardziej niepokoi mnie ta sytuacja.

Intuicja rzadko go myliła. A jeszcze rzadziej wywoływała w nim niepokój. Darii przeszło przez myśl, że dziura w pamięci to dopiero początek jej problemów.

Rozdział 2

Jeśli przed południem ktoś chciał znaleźć Patryka Hauera, zazwyczaj mógł to zrobić na placu Trzech Krzyży. Poseł konserwatywnej Unii Republikańskiej spędzał w tamtejszym Starbucksie sporo czasu, zazwyczaj czytując „Rzeczpospolitą”, „Do Rzeczy” lub „wSieci”. Niektórzy twierdzili, że w okolicy spędza właściwie cały dzień. Zaczyna od oddalonego o kilka minut na piechotę budynku sejmu, potem przenosi się do Starbucksa na kawę, na obiad idzie do zainspirowanej Młodą Polską restauracji AleGloria Magdy Gessler, a na koniec dnia do teatru Studio Buffo na wieczorną sztukę. Jeśli dodać do tego fakt, że na placu znajdował się także sklep z garniturami Ermenegilda Zegny, a tuż obok salon Burberry, wychodziło na to, że Hauer rzeczywiście wszystko tam załatwia.

I miał nadzieję, że tak pozostanie. Jedyna zmiana, jaką w przyszłości dopuszczał, była związana z miejscem pracy. Nie zamierzał zostawać przy Wiejskiej przesadnie długo. Planował przenieść się na Aleje Ujazdowskie, prosto do Kancelarii Premiera. I zająć tam najważniejszy gabinet.

Przesunął palcem po tablecie, omijając reklamy w „Rzeczpospolitej”. Miał abonament na wydania elektroniczne, makulatury nie gromadził. Przynosiła ją za to zawsze osoba, z którą czasem spotykał się na kawie.

Osoba, która wprowadziła go w świat polityki – i jedna z niewielu, którą darzył bezgranicznym szacunkiem. Legenda opozycji z czasów PRL-u, która swego czasu miała zbyt radykalne poglądy, by po osiemdziesiątym dziewiątym znaleźć się w mainstreamowej polityce. Mimo niewątpliwych zasług musiała odczekać swoje na uboczu, zanim trafiła do głównego nurtu.

Hauer spojrzał na zegarek. Wiedział, że przewodnicząca partii zjawi się o umówionej porze, nigdy się bowiem nie spóźniała. Zdążył przeczytać jeszcze jeden artykuł, nim przyszła.

Teresa Swoboda nie musiała składać zamówienia. Bariści dobrze wiedzieli, że pija tylko jeden rodzaj kawy, Caffè Americano. Podobnie było w przypadku Patryka, choć on zawsze decydował się na podwójne espresso.

Jego przeciwnicy twierdzili, że mógłby pijać je wszędzie. I mieli rację. Tyle że nie wszędzie przychodziło tyle młodych osób, które chętnie robiły sobie „friendsie” ze znanym politykiem, a potem zamieszczały je na Facebooku, Instagramie i Twitterze. Ostatnio Hauer bił też rekordy popularności dzięki krótkim filmikom na Snapchacie. I cała ta reklama kosztowała go tylko tyle, ile wydawał na podwójne espresso.

Powitał swoją mentorkę, jak zawsze podnosząc się z krzesła. Ręka automatycznie sięgnęła do środkowego guzika marynarki. Był to wyuczony gest, ale tak naturalny, że Hauer miał wrażenie, jakby urodził się ze świadomością, że poły należy zapiąć, kiedy się stoi – i rozpiąć, kiedy się siada.

– Dzień dobry, pani premier.

Zawsze tytułował ją w ten sposób, mimo że po pierwsze nigdy nie była premierem, jedynie wice-, a po drugie minęło już wiele lat, od kiedy zajmowała to stanowisko.

Swoboda skinęła głową, postawiła kawę na stoliku i usiadła naprzeciw Patryka.

– Coś się dzieje – oznajmiła.

Usłyszał w jej głosie autentyczne napięcie, co zdarzało się coraz rzadziej. Ostatnimi czasy miał wrażenie, że nic w polityce nie jest jej w stanie zaskoczyć, a przez to nic nie sprawia jej przyjemności.

– Na Wiejskiej? – zapytał.

– Nie, w Kancelarii Premiera.

– Co konkretnie?

– Od rana panuje tam poruszenie – odparła Teresa, obracając filiżankę z kawą. – Kombinują coś. Coś dużego.

– Skąd o tym wiemy?

– Z dobrego źródła.

Hauer zmrużył oczy. Nie zamierzał dopytywać, wiedząc, że i tak nie uzyska odpowiedzi. Po dziesięcioleciach spędzonych na obrzeżach polityki Swoboda zyskała wielu przyjaciół –dawni opozycjoniści jakby czuli się winni tego, że nie znalazła się od razu w głównym nurcie. Sympatie przetrwały do dzisiaj, nawet polityczne podziały ich nie osłabiły.

– Jakiś kryzys? – zapytał.

– Wszystko wskazuje na to, że tak – odparła i upiła łyk. – Szykuje się coś dużego.

Patryk przez chwilę się zastanawiał, kątem oka dostrzegając, że grupa nastolatek ściąga go wzrokiem. Zerknął na swoje odbicie w wygaszonym ekranie tabletu. Wszystko byłojak należy. Lekko podniesiona grzywka trzymała się odpowiednio, wyraźnie odcinając się na tle mocno podgolonych boków. Ciemnoczerwony krawat dobrze komponował się z białą koszulą i szarą marynarką. Dziewczyny zaraz poproszą o zdjęcie lub krótki filmik, a on przybierze firmowy uśmiech i chętnie się zgodzi. Chwilę później ci ich znajomi, którzy jeszcze nie znali młodego polityka Unii Republikańskiej, dowiedzą się o nim i przekonają, że jest jednym z nich. Przedstawicielem nowego pokolenia.

– Nie było żadnych sygnałów o tarciach w partii – zauważył Hauer. – W koalicji też nie.

– I żadnych sygnałów nie będzie, bo najwyraźniej nie w tym rzecz.

– Możemy dowiedzieć się więcej?

– Z pewnością spróbujemy – powiedziała, wyciągając telefon. – Jeśli robią takie podchody, to coś kompromitującego musi być na rzeczy.

– Jakie podchody?

– Rzekomo premier wezwał do siebie najważniejsze osoby w państwie, ale formalnie nikt nic nie wie, nikt o niczym nie słyszał.

– Może więc chodzi o sprawy państwowe, a nie partyjne?

– Są tożsame.

Hauer uśmiechnął się lekko i skinął głową. Oczywiście miała rację. W tym wypadku należało przyjąć, że problemy, które napotkał premier, nie mają nic wspólnego z sytuacją polityczną w parlamencie.

Na kryzys partyjny nie było co liczyć. Partia Dobra Publicznego, przez wszystkich zwana Pedepem, miała zbyt dużą zdolność koalicyjną, by partnerzy polityczni mogli ją szachować. Największa zaleta bycia w centrum sprowadzała się do tego, że PDP mogła dogadać się zarówno z prawicą, jak i lewicą.

UR tak szerokiego wachlarza potencjalnych sojuszników nie miała. Właściwie w tej chwili wachlarz ten w ogóle nie istniał.

Kadencje sejmu i senatu były jednak dopiero na półmetku. Partia, której przewodniczyła Swoboda, miała jeszcze sporo czasu, by znaleźć sojuszników na następną kadencję.

– Niestety osoba, którą znam w KPRM-ie, nie jest zbyt blisko premiera – dodała po chwili Teresa. – A o sprawie wie jedynie ścisłe kierownictwo.

Dopiero teraz, kiedy Swoboda wbiła w niego wzrok, na dobre zrozumiał, że w istocie chodzi o coś poważnego. Odsunął tablet i oparł łokcie na stole.

– Bladym świtem zaczęli wysyłać ludzi od instytucji do instytucji – ciągnęła Teresa. – Nawet do siebie nie dzwonią.

– Czyli nie chcą zostawiać dowodów.

– Otóż to. Wszystko załatwiają w bezpośrednich rozmowach w cztery oczy.

– Do sejmu też kogoś wysłano?

– Szef gabinetu kręcił się od rana po korytarzach, szukał kogoś.

– Więc może podejdziemy do tego od tej strony?

Swoboda zmarszczyła czoło.

– Skoro szef gabinetu jest wtajemniczony, to z pewnością także jego przełożona. A więc możemy coś zdziałać w Prezydium Sejmu – dodał Hauer.

– Niewiele. Marszałek nigdzie nie ma.

– Jak to nigdzie?

– Zapadła się pod ziemię.

– Może więc chodzi o nią?

– Nie sądzę. Nie robiliby takiego szumu.

Patryk musiał się z nią zgodzić. Seyda była istotną zawodniczką we wszelkich rozgrywkach Pedepu, ale skandal z jej udziałem spowodowałby raczej, że premier chciałby się od niej zdystansować. Z pewnością nie organizowałby narady kryzysowejw KPRM-ie, a wszystko wskazywało na to, że właśnie to robił.

– Jeśli to jest tak dobre, jak pani się wydaje, musimy dotrzeć do szczegółów, zanim sami wyjdą z newsem – odezwał się Hauer. – Choćby krótki briefing pięć minut przed ich konferencją prasową.

– Zakładasz, że to upublicznią.

– Owszem – odparł bez wahania Patryk. – Będą chcieli kontrolować przepływ informacji. Szczególnie jeśli to sprawa dużego kalibru.

Teresa skierowała wzrok na grupę nastolatek, ale te zdawały się tego nie dostrzegać. Skupiały całą uwagę na polityku, którego musiały widzieć już gdzieś w mediach społecznościowych. W końcu jedna z nich zebrała się w sobie i podeszła do stolika. Zapytała, czy mogłaby nagrać krótkiego snapa z pozdrowieniami dla klasy. Hauer uśmiechnął się i skinął głową. Dziesięć sekund później, bo tyle najdłużej mogło trwać nagranie, było po wszystkim.

Ten niewielki wysiłek przekładał się na wymierne korzyści, ale Patrykowi daleko było do popularnych snapchaterów, którzy rzeczywiście zarabiali na kręceniu podobnych filmików. Za jednego snapa firmy potrafiły płacić internetowym celebrytom niemal tysiąc złotych. Jak na zarobek w dziesięć sekund była to całkiem niezła stawka. Ale być może mniej wartościowa od tego, co osiągał Hauer.

– Wciąż nie jestem przekonana, czy powinieneś się tak angażować w sieci – odezwała się Swoboda, kiedy nastolatka wróciła do koleżanek. – Twitter to dobra platforma politycznej promocji, ale wychodzisz dalece poza to, co utarte.

– To samo zarzucali Kennedy’emu, kiedy zaczął nagminnie udzielać się w telewizji.

– Nie jesteś Kennedym.

– Mówi pani tak tylko dlatego, że był demokratą, nie republikaninem.

Uśmiechnęła się na potwierdzenie. Wiedział doskonale, że to właśnie ona odpowiadała za zainspirowanie jednej z redakcji tygodników, by jakiś czas temu napisała o nim jako o „polskim Kennedym prawicy”.

– Obama zresztą zrobił to samo w 2008 roku. Bez YouTube’a nigdy nie wygrałby wyborów. Wyemitowano prawie piętnaście milionów godzin nagrań, co w telewizji kosztowałoby go…

– Nieomal pięćdziesiąt milionów dolarów – dokończyła Swoboda. – Tak, czytałam twoje publikacje.

– Więc zdaje sobie pani sprawę z tego, że kto idzie za trendami, ten dochodzi do celu.

– A jaki jest twój cel, Patryk?

Nie odpowiedział, bo właściwie nie musiała pytać. Premierostwo.

Gdyby w tej chwili odbyły się wybory, a UR wygrałaby w cuglach, nie potrzebując koalicjanta, to Swoboda zostałaby desygnowana na Prezesa Rady Ministrów. Hauer przypuszczał, że mu ufała – wiedziała, że nie zdecydowałby się na przewrót. Jednocześnie była zbyt długo w polityce, by zignorować ambicje młodych, wschodzących gwiazd.

– Doskonale go pani zna – powiedział. – Ale to plan dalekosiężny.

– Na pewno?

– Oczywiście. Przecież zdaje sobie pani sprawę…

– Zdaję sobie sprawę z tego, że za dwa lata mogę być za stara na fotel premiera – wpadła mu w słowo.

Spojrzał na nią z niepewnością. Trudno było przesądzić, czy był to zarzut, czy może raczej wstęp do złożenia propozycji. Teresa machnęła ręką, a potem rozejrzała się po Starbucksie.

– Teraz to nieistotne – rzuciła. – Najpierw musimy podreperować nieco sondaże. A żeby to zrobić, trzeba jak najszybciej dojść do tego, co dzieje się w Pedepie.

Hauer skinął głową.

– O której masz posiedzenie komisji?

– O czternastej w sali Trąmpczyńskiego.

– Jaki jest porządek obrad?

– Wybieramy prezydium i idziemy do domu.

– Świetnie – skwitowała Swoboda. – Masz więc czasu aż nadto, żeby dowiedzieć się, o co chodzi.

Patryk uniósł lekko kąciki ust. Przypuszczał, że ta rozmowa zakończy się właśnie w taki sposób. Teresa dopiła szybko kawę, wstała i uniosła rękę na pożegnanie. Hauer odprowadził ją wzrokiem, zastanawiając się, jak powinien podejść do problemu.

Nic nie przychodziło mu do głowy, wiedział jednak, że to na jego barkach spoczywa największa odpowiedzialność. Był prawą ręką Swobody, liczyła właśnie na niego.

Wykonał kilka telefonów, starając się coś ustalić. Znajomi politycy z innych partii, z którymi od czasu do czasu chodził na piwo, zarzekali się, że nie mają pojęcia, co było powodem porannego zamieszania.

Dziennikarze, którzy byli mu winni kilka przysług, również nie mieli żadnych informacji. Po niecałej godzinie spędzonej na kolejnych rozmowach Patryk doszedł do wniosku, że tym sposobem zabrnąć może jedynie w ślepą uliczkę.

Coś jednak było na rzeczy. Coś dużego. W głosie niektórych rozmówców, szczególnie tych z lewej strony sceny politycznej, słyszał realną obawę. Większość w istocie nie wiedziała, co spowodowało całe zamieszanie, ale jedno było pewne – chodziło o rzecz na tyle dużą, że obawiali się, nawet nie znając szczegółów.

Skandal z udziałem prominentnych polityków koalicji? Byłoby to najbardziej logiczne wytłumaczenie, ale Hauer miał wrażenie, że chodzi o coś poważniejszego. Sprawy obyczajowe zresztą wyciekłyby do tego czasu.

Zamówił jeszcze jedno espresso, wypił je szybko, a potem wyszedł na ziąb. Ściągnął poły długiego, grafitowego płaszcza i wciągnął nosem chłodne powietrze. Podziałało na niego orzeźwiająco.

Może była to zasługa mrozu, a może kofeiny, ale pewna myśl w końcu zakołatała w jego głowie. Była jak błyskawica podczas końcowego podejścia na wysoki szczyt. Rozświetlała wszystko wokół, ale jednocześnie powodowała przemożny strach.

Hauer nie był pewien, czy nie strzeli sobie w stopę, decydując się na zbyt ryzykowne posunięcie. Uznał jednak, że nie ma innego wyjścia.

Ruszył z powrotem do sejmu, po drodze wysyłając kilka SMS-ów do dziennikarzy. Poinformował ich, że za kwadrans urządza ważny briefing przed głównym wejściem. Informacja była lakoniczna, ale dzięki temu wzbudzała ciekawość.

Kiedy jeden z reporterów zadzwonił, by dopytać o szczegóły, Patryk powiedział jedynie, że musi podzielić się czymś istotnym z opinią publiczną. Nie czekał na dalsze pytania, od razu się rozłączył.

Wiedział, że staną się dwie rzeczy. Po pierwsze, dziennikarz połączy jego enigmatyczne oświadczenie z zamieszaniem w kuluarach. Po drugie, zaraz dowiedzą się o tym pozostałe redakcje.

Hauer przypuszczał, że będzie mógł liczyć na przyzwoitą frekwencję.

I nie pomylił się. Już dziesięć minut później przed budynkiem sejmu czekało na niego kilka kamer i kilkanaście mikrofonów. Wyjął telefon i napisał kolejny SMS, tym razem do jednego ze swoich współpracowników.

Potem podszedł do przedstawicieli mediów, nie chowając komórki. Przywitał się z nimi bez uśmiechu, co zdarzyło się chyba po raz pierwszy. Podobnie niespotykane było to, że nie rzucał anegdotami, nie żartował i nie wdawał się w rozmowy.

Co rusz zerkał nerwowo na telefon, jakby czekał na ważną wiadomość. Miał nadzieję, że wygląda na odpowiednio zaaferowanego. W końcu odchrząknął, przeciągnął dłonią po czerwonym krawacie i wyprostował się.

– Możemy zaczynać – powiedział.

Kilku operatorów skinęło głowami, reporterzy mrużyli oczy. Na kamerach zaświeciły się czerwone lampki, paru radiowców wyciągnęło mikrofony bliżej polityka. Patryk znalazł się w swoim żywiole.

– Jak państwo być może zauważyli, od rana w sejmie trwa wzmożony ruch. Politycy rządzącej partii przemykają korytarzami, szepcząc między sobą i szukając tej czy innej osoby. Przekazują sobie informacje z ust do ust, nie wtajemniczając nikogo spoza kręgów władzy w to, co się dzieje.

Hauer nabrał tchu, zerkając to w jedną, to w drugą kamerę. Na dłużej zatrzymał wzrok na obiektywie NSI. Jego elektorat oglądał tę stację informacyjną znacznie chętniej niż TVN24.

– Od samego rana przedstawiciele mediów, ale także politycy partii opozycyjnych starali się dowiedzieć, co się dzieje. Niestety mimo tego, że działalność organów państwa podlega zasadzie transparentności, politycy Pedepu po raz kolejny odbierają obywatelom prawo do informacji.

Kątem oka Patryk dostrzegł swojego współpracownika, któremu wysłał przed momentem wiadomość. Chłopak czekał na sygnał.

– Udało mi się jednak dotrzeć do informacji, które… – Urwał i pokręcił głową. – Cóż, starczy powiedzieć, że nie powinny dłużej być utrzymywane w tajemnicy. A skoro rząd i jego zaplecze polityczne nie mają zamiaru…

– Przepraszam! – rozległ się głos współpracownika Hauera. –Przepraszam!

Chłopak torował sobie drogę między przedstawicielami mediów, sprawiając wrażenie, jakby wyłącznym celem jego egzystencji było przebicie się do szefa. Dopadł do niego, złapał go za ramię, a potem wyszeptał mu coś do ucha.

Hauer zawczasu zasłonił najbliższy mikrofon, uznając, że dzięki temu efekt będzie jeszcze lepszy.

Kiedy współpracownik odstąpił o krok, Patryk powiódł wzrokiem po zebranych. Otworzył usta, ale przez moment się nie odzywał. Wśród reporterów przeszedł cichy szmer.

– Najmocniej państwa przepraszam, muszę przerwać konferencję – rzucił, a potem czym prędzej oddalił się w kierunku parlamentu.

Miał nadzieję, że wypadło to dokładnie tak, jak planował. I że przyniesie zamierzony efekt.

Nie pomylił się. Jeszcze w korytarzu sejmowym odezwała się jego komórka. Dzwonił ktoś z Kancelarii Prezydenta RP.

Ciąg dalszy w wersji pełnej

Copyright © by Remigiusz Mróz, 2016

Copyright © by Wydawnictwo FILIA, 2017

Wszelkie prawa zastrzeżone

Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek

formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwem nośników elektronicznych.

Wydanie I, Poznań 2017

Projekt okładki: © Mariusz Banachowicz

Zdjęcie na okładce: © KieferPix/Shutterstock

Adiustacja, korekta oraz skład i łamanie:

MELES-DESIGN

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej:

„DARKHART”

Dariusz Nowacki

[email protected]

eISBN: 978-83-8075-208-5

Wydawnictwo Filia

ul. Kleeberga 2

61-615 Poznań

wydawnictwofilia.pl

[email protected]

Seria: FILIA Mroczna Strona

mrocznastrona.pl

Redaktor prowadzący serii: Adrian Tomczyk