Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
W tej przewrotnie błyskotliwej opowieści z gatunku horroru science-fiction, będącej całkowicie nową i rozszerzoną wersją cieszącej się ogromną popularnością powieści internetowej, ludzkość padła ofiarą ataku złowrogich „antymemów” – idei uderzających w pamięć, tożsamość i samą tkankę rzeczywistości. Antymemy są wszędzie wokół nas. Jeden z nich może być teraz tuż obok ciebie. Być może go widzisz, ale po sekundzie zapomnisz, że tak było. Gdyby udało ci się pospiesznie nabazgrać notatkę, papier wydałby ci się później czysty.
Te byty potrafią żywić się twoimi najcenniejszymi wspomnieniami, tym, co czyni cię tobą – a ty nawet nie będziesz wiedzieć, że cokolwiek się zmieniło. Potrafią zamienić cię w żywego ducha – sprawić, że będziesz stać obok współmałżonka, krzycząc mu do ucha, a on nie będzie miał pojęcia o twojej obecności.
To drapieżniki doskonałe, wyposażone w kamuflaż ostateczny: zdolność do wymazywania wspomnień o własnym istnieniu.
One nie tylko się nami żywią. One dokonują inwazji.
Ale jak walczyć z wrogiem, skoro nigdy się nie dowiesz, że jesteś na wojnie? Jak zabezpieczyć coś, czego nie potrafisz zarejestrować ani zapamiętać?
Witaj w Wydziale Antymemetyki. Nie, to nie jest twój pierwszy dzień.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 256
Data ważności licencji: 11/12/2030
Tytuł oryginału: There Is No Antimemetics Division
Projekt okładki: Dan Simpkins
Adaptacja projektu okładki: Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN
Redaktor inicjujący: Arkadiusz Nakoniecznik
Redaktorka prowadząca: Agata Then
Redakcja: Dorota Kielczyk
Redakcja techniczna i skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski
Korekta: Kamil Kowalski, Maria Śleszyńska
Zdjęcia na okładce:
Morze © Jonathan Bean/Unsplash
Jeleń © Shutterstock
© 2025 by Arcsecond Limited
© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2026
© for the Polish translation by Filip Sporczyk
ISBN 978-83-287-3697-9
MUZA SA
Wydanie I
Warszawa 2026
–fragment–
Ten e-book jest zgodny z wymogami Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA).
MUZA SA
ul. Sienna 73
00-833 Warszawa
tel. +4822 6211775
e-mail: [email protected]
Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl
Wersja elektroniczna: MAGRAF sp.j., Bydgoszcz
Nicoli
Nr ref.: E-0055 Kat.: ε0/–
Protokół izolacji: E-0055 znajduje się w komorze 3011A budynku 67 Głównego Archiwum OE w Black River. Komora izolacyjna o wymiarach 5,00 × 5,00 × 2,50 m jest pomieszczeniem zabezpieczonym warstwą betonu i osłoną przed promieniowaniem elektromagnetycznym. Nie rozmieszczać personelu bezpieczeństwa przed komorą izolacyjną obiektu E-0055.
Opis: E-0055 jest „tajemnicą samozachowawczą” lub „antymemem”. Informacje o wyglądzie E-0055 oraz jego charakterze, zachowaniu i pochodzeniu stanowią dane autoutajniające. Wyjaśnienie:
sposób pozyskania E-0055 przez Organizację nieznany;
charakterystyka fizyczna E-0055 nieznana. Obiekt da się opisać i zobaczyć; personel może wchodzić do komory izolacyjnej E-0055 i obserwować obiekt, sporządzać notatki wszelkimi technikami, robić szkice, fotografie oraz nagrania audio/wideo. Archiwum zawiera długą listę tego typu obserwacji. Jednakże wszelkie informacje o wyglądzie E-0055 uciekają z pamięci na krótko po dokonaniu obserwacji. Osoby poproszone o opisanie E-0055 przestają być zainteresowane zadaniem i nie potrafią się na nim skupić. Osoby poproszone o narysowanie kopii fotografii przedstawiającej E-0055 nie potrafią przywołać w pamięci wyglądu zdjęcia – podobnie jak badacze nadzorujący testy. Personel bezpieczeństwa obserwujący E-0055 przez kamery monitoringu kończy zmianę w stanie skrajnego wycieńczenia psychicznego i zapomina o wszystkim, co wydarzyło się podczas dnia pracy;
informacje o tożsamości osoby odpowiedzialnej za zlecenie budowy komory izolacyjnej obiektu E-0055 nieznane; powód zatwierdzenia takiego, a nie innego wyglądu komory izolacyjnej nieznany; cel sporządzenia protokołu izolacji nieznany;
pomimo ogólnego dostępu do komory izolacyjnej obiektu E-0055 personel ośrodka w Black River zgodnie twierdzi, że nie ma świadomości istnienia obiektu E-0055.
[fragment ocenzurowany]
---------
E-0055.
Wszystkie powyższe informacje są cyklicznie odkrywane na nowo, zazwyczaj przez przypadkowych czytelników tego dokumentu. Za każdym razem wywołują skrajne poruszenie, które jednak trwa nie więcej niż kilka minut. Po tym okresie sprawa zostaje ponownie zapomniana.
W związku z obiektem E-0055 zarejestrowano znaczącą ilość danych naukowych. Nie ma jednak możliwości ich analizy. Niewykluczone, że obiekt E-0055 doprowadził do śmierci setek pracowników. Nie ma jednak możliwości weryfikacji tego założenia. Z całą pewnością stanowi jednak poważne zagrożenie memetyczne/psychiczne, czego efektem jest (orientacyjna) klasyfikacja w kategorii ε.
Podjęto co najmniej dwie próby utylizacji E-0055 bądź też transportu obiektu z ośrodka w Black River do innego ośrodka Archiwum OE. Wszystkie próby z nieznanych przyczyn zakończyły się niepowodzeniem.
Załącznik, 2008–11–10: Istnieje teoria, według której Organizacja nigdy drogą oficjalną nie pozyskała E-0055 oraz że obiekt jest agentem autonomicznym bądź kontrolowanym zdalnie, umieszczonym w Black River przez niezidentyfikowaną stronę trzecią celem obserwacji/ingerencji w inne enigmaty, Organizację bądź też [fragment ocenzurowany]--------------------.
Brak sugerowanych działań zaradczych. Wszelkie przedsięwzięcia nawet w teorii zdają się niemożliwe.
– Jakieś plany na święta?
Tym razem asystentka nie odpowiada wcale. Przerywa pisanie w środku słowa i patrzy na Quinn.
– Już pytałam? – dziwi się Quinn.
– Dwukrotnie – odpowiada kobieta. Irytacja i zdziwienie. – Tak, rozmawiałyśmy o tym. I czy mnie pani pytała, ja potwierdziłam, a pani przeprosiła.
– Przepraszam.
– No właśnie.
– Myśli pani, że mam dziury w głowie – stwierdza Quinn. – Że to całkowity brak pamięci długotrwałej. Że jeśli pozostaję w jednym miejscu jakiś dłuższy czas, zapominam, po co się tam znalazłam.
– Zrzuciłam to na karb stresu – przyznaje ostrożnie asystentka Rowland.
Quinn uśmiecha się z wyrozumiałością i kręci głową.
– To nie stres. Jak pani myśli: pan Mahlo długo tam jeszcze będzie siedział?
Asystentka odwraca się z powrotem do ekranu komputera.
– Spotkania kadry C trwają tyle, ile trwają. Trzeba poczekać. Pan Mahlo przyjmie panią, kiedy znajdzie chwilę. – Mówi te słowa po kilka razy dziennie.
Quinn wygląda przez szybę. Budynek jest z epoki gregoriańskiej, z wysokimi sufitami i oknami. Na zewnątrz piękny styczniowy dzień; chłodny, lecz słoneczny. Cztery piętra niżej na ulicach jak zawsze wzmożony ruch. Trochę dalej rzeka usiana łodziami. Quinn przygląda się promowi.
W tym roku skończy pięćdziesiąt lat. Jest drobną kobietą o stalowoszarych oczach i ciemnych włosach, w których widać już nitki siwizny. Dziś spięła je w ciasny kok srebrną klamerką. Włożyła najlepszą garsonkę – tę z jednym guzikiem, ciemnoszarą. Pod spód błękitną koszulę. Wysokie buty na słupkowym obcasie, po dwa srebrne kolczyki w każdym uchu. Soczewki kontaktowe zamiast zwykłych okularów. Na szyi ma zawieszony identyfikator z ukośnym czerwono-pomarańczowym paskiem.
Nerwowo pstryka zapalniczką. Płomień pojawia się i gaśnie. Przyszła na spotkanie z Mahlo. Kadra C ją niepokoi. Ludzie z C nigdy nie wzywają pracowników na dywanik z byle powodu. Sprawa jest poważna.
Z jej torebki dochodzi sygnał dzwonka. Czas na tabletkę. Quinn wyciąga komórkę i przekłada przypomnienie na później.
Otwierają się drzwi gabinetu. Wychodzi pięć osób – dyrektorzy Organizacji, ich asystenci. Wszyscy z teczkami i laptopami. Cała grupa bez słowa mija biurko asystentki Rowland i czekającą obok Quinn. Idą do windy. Dołącza do nich pracownik ochrony, który stał przy ścianie.
Quinn rozpoznaje tylko jedną osobę – Reinhardt, dyrektor Organizacji w Niemczech. Hierarchia obejmuje różne kraje. Jest nieprzejrzysta i wiecznie zmienna, lecz Reinhardt piastuje równie wysokie stanowisko jak Mahlo. Pozostałych Quinn widzi po raz pierwszy. Nikt na nią nawet nie patrzy.
Mija kolejne pięć długich minut.
– Nie – mruczy do siebie Quinn. – Cierpliwości.
Asystentka nie słyszy.
W końcu znów otwierają się drzwi do gabinetu Mahlo. Przez szparę wysuwa się głowa mężczyzny. Facet ma na oko dwadzieścia kilka lat. Wygląda absurdalnie młodo, jak nastolatek wtłoczony w garnitur ojca. Włosy w nieładzie, wbrew zasadom firmowym. W jednej dłoni trzyma tablet. Na ekranie harmonogram spotkań szefa. Wypełniony w stu procentach. Dyrektor chyba nie sypia.
– Marie? Zapraszam.
Drzwi gabinetu zamykają się za nimi z głośnym mechanicznym szczękiem, jakby były częścią maszynerii wbudowanej w ściany. Quinn siada na wyznaczonym krześle. Młody mężczyzna odwraca się i jeszcze majstruje przy zamku, przez co ten wydaje serię dezorientujących odgłosów. Mahlo i ludzie na jego poziomie mają dość surowe wymogi w kwestii prywatności i bezpieczeństwa.
Biuro jest spore, ale pomimo dwóch dużych okien i jasnego dnia jakimś cudem wydaje się mroczne. Wzdłuż wszystkich ścian ciągną się regały z książkami i ciemna drewniana boazeria. Meble są stylowe, choć to styl z lat dziewięćdziesiątych. Lekko zużyte, nadgryzione zębem czasu, lecz nie na tyle, by sprawiały wrażenie zabytkowych.
Mężczyzna za biurkiem: drobny, niepozorny, ponury. Trudno oszacować jego wiek. W zależności od tego, z której strony akurat pada światło, wygląda na dwadzieścia dziewięć albo pięćdziesiąt osiem lat. Kiedy się porusza, na przykład sięgając po szklankę wody lub długopis, robi to powoli i ostrożnie, jak stulatek. Pasek na jego identyfikatorze jest czarny.
Quinn zmusza się, by odstawić torebkę obok krzesła. Wolałaby ją przycisnąć do piersi. Bierze głęboki wdech.
– Więc… czego dotyczy spotkanie? Dostałam zaproszenie, ale żadnych więcej informacji. Wiadomo, dyrektor krajowy chce mnie widzieć, to idę i o nic nie pytam, ale…
Spogląda w prawo i widzi młodego mężczyznę, który bez słowa i bezdźwięcznie odkłada tablet na stół, wyciąga zza pazuchy pistolet i celuje jej w głowę. Quinn milknie. Zastyga i analizuje sytuację. Bicie jej serca przyśpiesza do tempa uderzeń skrzydeł kolibra.
– Okej… – Oblizuje usta i zaciska dłonie na podłokietnikach. Nie porusza się. Czeka na dalszy ciąg. Twarz młodego mężczyzny nie wyraża absolutnie nic. Jakby wymachiwanie bronią było standardem podczas spotkań.
– Dla kogo pracujesz? – rzuca niespodziewanie Mahlo.
Quinn mruga.
– Co? Boże…
Dyrektor spuszcza wzrok na notatki. Mówi powoli, kojąco.
– Marie Quinn, lat czterdzieści dziewięć. Zamężna, bezdzietna. Lubi piesze wędrówki, wspinaczkę górską, szydełkowanie. Chętnie obserwuje ptaki. Porządna edukacja, stabilna sytuacja finansowa, brak jakichkolwiek nieścisłości w zakresie pochodzenia; przynajmniej na tyle, na ile udało nam się sięgnąć wstecz. Ma pani uprawnienia organizacyjne, których nigdy nie wydaliśmy, w tym dostęp do instalacji i pomieszczeń… cóż… Część z nich po prostu nie istnieje bądź też została wyburzona dwadzieścia lat temu. Co najmniej jedno jest jeszcze w trakcie budowy. A pani już dysponuje do niego kluczami. Nie wspominając o dostępie do enigmatów, który trudno określić inaczej niż „bezprecedensowy”.
Jest więc pani szpiegiem, a cel pani działalności nie pokrywa się z naszymi celami. Pan Levene rekomenduje, by przenieść panią do Behawiorystki i uzdatnić. Udało mi się jednak go przekonać, żeby się wstrzymał. Porozmawialiśmy w cztery oczy. Uznałem, że jeśli zamkniemy panią w ekranowanym pomieszczeniu i grzecznie poprosimy, wyjaśni nam pani wszystko i oszczędzi sobie nieprzyjemności.
Quinn bierze płytki wdech. Zerka w stronę lufy pistoletu. Levene nie drgnął ani o milimetr.
– Panie Mahlo, zna mnie pan. Spotkaliśmy się kilka razy. Jestem szefową Wydziału Antymemetyki.
– Nie mamy Wydziału Antymemetyki – wtrąca Levene.
– Pan Levene jest w błędzie – oznajmia Quinn, patrząc na Mahlo. – Organizacja ma jednostkę badawczą dla każdej kategorii enigmatów. A nawet więcej. Telepatia, Przedmioty Nieożywione, Kryptozoologia. Mój dział nie zawsze pojawia się na liście. Niestety nic na to nie możemy poradzić. Wynika to z charakteru naszej pracy.
Waha się. Dwaj mężczyźni milczą. Żaden jednak jej nie ucisza. Quinn ponownie zerka na pistolet.
Powinna zażądać podwyżki.
– Zacznijmy od spraw prostych – podejmuje. – Enigmatów w formie zwyczajnych potworów. Niestworzone księgi, nawiedzone syberyjskie laboratoria badawcze, nastolatki z paranormalnymi mocami, magiczne miecze wywołujące obłęd. Dopiero potem robi się ciekawie. Istnieją enigmaty o niebezpiecznych właściwościach memetycznych. Istnieją zaraźliwe koncepcje, które trzeba izolować dokładnie tak samo, jak zagrożenia fizyczne. Koncepty wiralowe. Kiedy dostaną się do głowy, rozprzestrzeniają się jak wirusy do innych umysłów. Stąd Wydział Memetyki. Nadążają panowie?
– Owszem – przytakuje Mahlo. Mógłby bez trudu wymienić setkę enigmatów pasujących do jej opisu.
– Są również enigmaty o właściwościach antymemetycznych – ciągnie Quinn. – Idee nierozprzestrzenialne. Istoty i zjawiska, które żywią się informacją. W szczególności danymi o samych sobie. Jeśli ktoś zrobi takiej istocie zdjęcie Polaroidem, fotografia się nie wywoła. Jeśli ją odręcznie opisze na kartce, okaże się, że tekst to jakieś hieroglify, których nikt, włącznie z twórcą, nie rozumie. Można na taką istotę spojrzeć i, chociaż nie jest niewidzialna, to jednak jej nie widzieć. Sny, których się nie pamięta; tajemnice, którymi nie można się podzielić. Kłamstwa. Żywe teorie spiskowe. To ekosystem konceptualny, gdzie jedne idee pożerają inne, a czasami… nawet cząstki rzeczywistości. Albo ludzi.
To zaś sprawia, że stanowią zagrożenie. I tyle w temacie. Obiekty antymemetyczne są niebezpieczne i niezrozumiałe. Dlatego stanowią przedmiot zainteresowania Organizacji. A konkretniej: mojego wydziału. W tym się specjalizujemy. Potrafimy myśleć lateralnie, co jest konieczne przy zwalczaniu form, które mogą pozbawić człowieka wszelkiej wiedzy o jego zdolnościach bojowych. Ale już pan o tym wszystkim wie, panie Mahlo. Proszę sobie przypomnieć.
– To przykrywka – rzuca Levene, nie spuszczając Quinn z oczu. – Bardzo dobra, ale fałszywa.
– Levene, odłóż broń – mówi Mahlo.
Z ociąganiem, niechętnie, Levene wykonuje polecenie. Cofa się i opiera plecami o regał.
Quinn wypuszcza powietrze.
– Proszę wymienić jakiś obiekt – żąda Mahlo. – Podać nazwę jednego antymemetycznego enigmatu.
– E zero-zero-pięć-pięć – odpowiada Quinn.
– Nie istnieje żadne E zero-zero-pięć-pięć – wtrąca z rozdrażnieniem Levene.
Kobieta się krzywi.
– Istnieje. Proszę sprawdzić w bazie danych.
– Numery referencyjne są przydzielane losowo – zauważa Levene. Quinn otwiera usta, by go poprawić, ale Levene się nie zatrzymuje. – Istnieją luki w ciągłości numeracji. Ten numer nie został niczemu przydzielony. Nie ze względu na przesąd. Mamy zbyt wiele na głowie, aby przejmować się mistycyzmem numerologicznym. Jest więc E zero-sześć-sześć-sześć i E zero-zero-trzynaście. Ale nie ma E zero-zero-zero-jeden. Ani E zero-zero-pięć-pięć.
– Levene – wtrąca Mahlo – proszę na to spojrzeć. – Obraca monitor, tak żeby asystent widział folder, który się wyświetla.
Młodszy mężczyzna obchodzi biurko i zerka. Czyta. Od deski do deski. Z wyrazem oszołomienia na twarzy wraca do początku tekstu i czyta ponownie.
– Widział pan to wcześniej? – pyta Levene przełożonego.
– Nigdy – przyznaje Mahlo. Odchyla się w fotelu i splata dłonie. – Przynajmniej z tego, co pamiętam. Ale jeśli treść nie zawiera przekłamań, obydwaj otwieraliśmy ten folder dziesiątki razy.
– To jakieś oszustwo – stwierdza Levene.
– Folder utworzono w lipcu dwa tysiące piątego. Są tu wszystkie odpowiednie podpisy kryptograficzne. W tym mój. To nie oszustwo.
– Musiała go podstawić! Nie wiemy, od jak dawna nas szpieguje. Ukryła ten plik, a teraz udostępniła.
– Uznajmy jednak, że to prawda – proponuje Mahlo.
– Niemożliwe.
Quinn zdusza śmiech.
– Rany, Levene, jesteś tu nowy?
Młody piorunuje ją wzrokiem. Zbliża się do niej.
– Jeszcze nie – powstrzymuje go Mahlo.
Mężczyzna zwalnia. Wciąż podejrzliwie łypie na Quinn, ale wraca na swoje miejsce pod regałem.
– Uznajmy, że to prawda – powtarza Mahlo. – W takim razie: kto stworzył ten plik? I jakim cudem zachowała pani o nim wiedzę?
– Plik stworzył doktor Edward Hix – tłumaczy Quinn. – Pracował w moim dziale. Nie żyje.
– Co mu się stało?
– Nie chce pan wiedzieć.
Następuje bardzo długa pauza. Na twarzach Mahlo i Levene’a maluje się cała sekwencja ledwie dostrzegalnych reakcji na te słowa. Z początku oburzenie na pozorną arogancję Quinn, potem zdziwienie jej postawą przed przełożonymi, zaskoczenie implikacjami stwierdzenia, następnie niedowierzanie, nagłe zrozumienie, a na koniec paniczny strach.
– Co by się…? – Mahlo zawiesza głos. Pyta ostrożnie: – Co by się stało, gdybyśmy się dowiedzieli, jak skończył?
– Spotkałoby panów to samo – odpowiada Quinn ze spokojem. – Okoliczności śmierci doktora Hiksa są zaraźliwe, a śledztwo zostało umorzone. Co do drugiego pytania: stosujemy środki farmakologiczne. Zapewne nie muszę tu nikogo pouczać o trudach zachowania poufności w naszej pracy. Wiedzą panowie, że odkąd istnieje Organizacja, stosujemy środki wywołujące amnezję. Tłumimy, zmieniamy lub kasujemy problematyczne wspomnienia. W Wydziale Antymemetyki mamy problem odwrotny. Kiedy musimy zapamiętać rzeczy, których zwykle nie da się zachować w pamięci, używamy środków mnestycznych. Od greckiego „mneme”. Istnieją cztery rodzaje tych specyfików. W, X, Y oraz Z. A…
W torbie ponownie rozlega się dzwonek.
Quinn czeka na milczące skinienie głowy Mahlo, dopiero potem powoli sięga do torebki i wyłącza telefon. Tym razem kasuje przypomnienie, zamiast je odkładać. Wyciąga blister z tabletkami i wyłuskuje jedną – jest sześciokątna, jasnozielona. Podnosi ją, trzymając między kciukiem a palcem wskazującym. Z ulgą dostrzega wyraz zrozumienia na twarzy Mahlo. Wreszcie dyrektor zaczyna sobie przypominać.
– To jest mnestyk klasy W – wyjaśnia Quinn. – Najsłabszy. Można go zażywać codziennie. Jedna tabletka na dwanaście godzin. Im bardziej regularnie, tym lepiej. Można je zamówić w Wydziale Farmacji. Farmaceuta stwierdzi, że nie mają na stanie takich leków. Trzeba się uprzeć i kazać sprawdzić ponownie.
Połyka tabletkę bez popijania.
Mahlo mruczy.
– Teraz już, jak sądzę, rozumiem, dlaczego w ogóle potrzebna nam była ta rozmowa.
– Przegapił pan dawkę. Powinien pan zażywać te środki jak ja i wszyscy pracownicy mojego działu. To jedyny sposób, żebyśmy mogli współpracować. Zapomniał pan wziąć tabletkę, a potem wyleciały panu z głowy wszystkie informacje, o których leki pozwalają pamiętać: dlaczego pan je zażywa, kto pana zaopatruje, skąd wziąć więcej. Zapomniał pan o mnie i o całym moim dziale. A teraz ja muszę wszystko przypominać. – Podaje mu listek tabletek.
Levene robi krok naprzód.
– Panie Mahlo… – ostrzega.
Dyrektor przyjmuje opakowanie, wyciska pigułkę i się jej przygląda.
– Jeśli ją wezmę, nie zapomnę tej rozmowy i nie będziemy musieli jej ponownie przeprowadzać?
– Mam nadzieję – odpowiada Quinn, zupełnie szczerze.
Mężczyzna przełyka lek. Popija wodą.
– Panie dyrektorze! – woła z przerażeniem asystent.
Przełożony ucisza go gestem.
Quinn i Levene patrzą sobie w oczy przez krótką chwilę.
– Więc czym jest E zero-zero-pięć-pięć? – odzywa się Mahlo. – Tak naprawdę.
– E zero-zero-pięć-pięć nie jest czymś, czym powinien się pan teraz przejmować – stwierdza Quinn. – Pamięć powróci, kiedy lek zacznie działać. Jak opisano w pliku, to autosupresor informacji podstawowych. Stosunkowo słaby. Wiemy, że słaby, ponieważ to jedyny enigmat antymemetyczny, którego wpis do bazy danych jest dostępny dla osób niewtajemniczonych. Wróć. Częściowo dostępny.
– Częściowo? – Mężczyzna po raz kolejny przygląda się ekranowi. Przewija nieco w dół.
Tekstu jest teraz więcej. Przechyla głowę i czyta.
Levene klepie się dłonią po klatce piersiowej. Na jego twarzy pojawia się wyraz dezorientacji. Marszczy czoło i przygląda się Quinn, która jednak właśnie odwróciła wzrok i sprawdza coś na telefonie.
– Ile enigmatów antymemetycznych istnieje? – podejmuje Mahlo. Zamyka folder. – Ten jest słaby. O ile mocniejsze są pozostałe?
– Z dwóch tysięcy sześciuset enigmatów dokładnie pięćdziesiąt osiem przejawia właściwości antymemetyczne i podlega nadzorowi mojego działu – odpowiada Quinn. – Statystycznie prawdopodobne jest, że co najmniej dziesięć enigmatów wykazuje właściwości antymemetyczne, o których Organizacja nie ma wiedzy bądź też o których istnieniu wie wyłącznie okresowo. Te liczby oczywiście nie obejmują EE. Większość wspomnianych przeze mnie enigmatów jest bezpiecznie izolowana, ale nie wszystkie. Co najmniej dwa są teraz z nami w tym pokoju. Proszę ich nie szukać. Nie szukać, mówię! To nie ma sensu.
Mahlo unosi brew, ale nie szuka. Skupia uwagę na Quinn. Levene omiata wzrokiem całe pomieszczenie. Nawet przestrzeń za sobą.
– Istnieje niewidzialny potwór, który za mną chodzi i żywi się moimi wspomnieniami – wyjaśnia Quinn cierpliwie. – To E cztery-dziewięć-osiem-siedem. Powie pan zaraz, że E cztery-dziewięć-osiem-siedem nie istnieje, ale zapewniam, że istnieje. Nauczyłam się z nim żyć. Jest jak egzotyczne zwierzę domowe. Tworzę dla niego smakowite wspomnienia, by nie zjadł czegoś naprawdę ważnego, na przykład pamięci o hasłach do systemu albo wiedzy o tym, jak przyrządzać kawę.
– A co z tym drugim? – wtrąca się Levene.
Mahlo kiwa głową, a Quinn gmera w torebce. Tym razem wyciąga z niej pistolet i oddaje dwa strzały. Prosto w serce asystenta.
Mężczyzna osuwa się na ziemię w osłupieniu. Obraca głowę i patrzy na zabójczynię.
– S-skąd… wie…?
Quinn wstaje, podchodzi bliżej, celuje i strzela po raz trzeci. Tym razem w głowę.
Mahlo nie reaguje.
– To pistolet Levene’a – zauważa jedynie. – Kiedy go zabrałaś?
– Niełatwo odebrać komuś broń tak, by tego nie dostrzegł. – Quinn wyjmuje magazynek i ostrożnie kładzie narzędzie zbrodni na biurku dyrektora. – Ale odebranie pistoletu, a potem wspomnienia kradzieży jest łatwiejsze. Jak nadmieniłam: egzotyczny zwierzak. Niektóre zwierzęta są na tyle inteligentne, że można je wytresować.
– Fascynujące – przyznaje Mahlo. – Przydatna umiejętność. Mogę jednak spytać… dlaczego?
– Ponieważ miał pan zażywać mnestyki klasy W. Nie da się zapomnieć dawki leku klasy W. Próbowano. Można opóźnić przyjęcie środka, ale nie da się zapomnieć, chyba że ktoś aktywnie uniemożliwia pacjentowi wzięcie leku przez dłuższy czas. Istnieje tylko jedna osoba, która mogła zbliżyć się do pana wystarczająco, by to zrobić. I jest nią pański asystent. Był. Pamięta pan, kiedy spytałam Levene’a, czy jest tu nowy?
– Nie odpowiedział. Myślałem, że to pytanie retoryczne.
– On tu nie pracuje – oznajmia Quinn. – Jest enigmatem. Humanoidalnym antymemem. Sprawdziłam listę płac, panie Mahlo. Nie ma pan asystenta. Ma pan recepcjonistkę nazwiskiem Rowland. Siedzi przed wejściem. To ona odbiera w pańskim imieniu telefony i umawia spotkania. Levene nie pasuje. Nie nosił identyfikatora. Proszę się rozejrzeć. Gdzie jego biurko? Nie ma stanowiska pracy. Ani tutaj, ani przed wejściem.
Mahlo się zastanawia. Wygląda na odrobinę zdenerwowanego.
Quinn ciągnie:
– Proszę się nie stresować. Jest pan człowiekiem, a istoty pokroju Levene’a są mistrzami manipulacji. Żeby sobie z nimi radzić, trzeba myśleć jak kosmita.
– Wygląda na to, że… powstała luka w zabezpieczeniach.
– Nie. Mamy od tego zespół.
Mahlo unosi się i przygląda temu, co zostało z Levene’a. Zadaje pytanie, które w każdych innych okolicznościach byłoby absurdalne.
– Czy on nie żyje?
– Być może. Dodam zwłoki do kolejki; w swoim czasie pokroimy go i zobaczymy. Dostrzegam jednak pewną dwoistość. Te dwa wszechświaty powinny być oddzielne: konceptualny i konkretny, figuratywny i fizyczny. Bardzo rzadko zdarza się przekroczenie ich granic. Nie wiem, czym był Levene, ale miał ludzkie ciało, co samo w sobie sprawia, że jest dziwny. Nawet jak na nasze standardy. Cóż, poszukiwanie równowagi trwa. Dam panu znać, jeśli uda nam się przybliżyć do celu.
– Czy te tabletki wywołują jakieś skutki uboczne? – pyta Mahlo.
– Zawroty głowy, znacząco podwyższone ryzyko raka trzustki – odpowiada Quinn. – I koszmary senne.
koniec darmowego fragmentu zapraszamy do zakupu pełnej wersji
