Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
31 osób interesuje się tą książką
Młody oficer służb specjalnych próbuje odnaleźć zaginioną w Neapolu Polkę…
Po nieudanej akcji w Warszawie funkcjonariusz ABW Borys Nowak zostaje zawieszony w obowiązkach. Chcąc się odciąć od zawodowych problemów, wyjeżdża do Włoch. Tam angażuje się w poszukiwania zaginionej Polki, Alicji, archeolożki pracującej przy wykopaliskach rzymskiej willi zasypanej podczas erupcji Wezuwiusza w 79 roku n.e.
W nieformalnym dochodzeniu pomaga mu mąż kobiety, Mauro. Razem odkrywają, że zaginięcie Alicji może mieć związek z sensacyjnym znaleziskiem dokonanym podczas wykopalisk — bezcennym archeologicznym skarbem. W miarę jak Borys zagłębia się w sprawę, dociera do kolejnych warstw niebezpiecznej intrygi. Coraz więcej wskazuje na to, że Mauro niekoniecznie musi zależeć na odnalezieniu żony.
„Włoskie śledztwo” to wciągający thriller rozgrywający się w malowniczych sceneriach południa Włoch. Akcja mknie przez zakątki Zatoki Neapolitańskiej i Wybrzeża Amalfi. To również rasowy kryminał, w którym bohater, prowadząc śledztwo na własną rękę, musi się zmierzyć z mrocznymi siłami i sięgającą dwóch tysięcy lat wstecz tajemnicą.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 391
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Lira Publishing Sp. z o.o.
Wydanie pierwsze
Warszawa 2026
ISBN 978-83-68817-38-6
Okolice Podkowy LeśnejHotel Almagest
To miał być tylko rekonesans, nawet nie wzięliśmy ze sobą broni. Myślami byłem już w samolocie lecącym jutro do Neapolu.
— Nowak. Borys Nowak — rzuciłem, poprawiając węzeł błękitnego krawata Profumo, jedynego zagranicznego elementu mojej garderoby.
Miałem na sobie czarny garnitur i białą koszulę jednej z polskich marek. Zmieniał się klimat, również ten polityczny. Media odmieniały przez wszystkie przypadki patriotyzm gospodarczy, więc i ja postanowiłem wspierać rodzimych przedsiębiorców.
Jeszcze moje bokserki nie były polskie, pewnie zostały uszyte w Chinach, ale nosiły metkę włoskiego producenta. Przymknąłem oczy, bo zalała mnie fala miłych wspomnień, które już jutro miały znów się urzeczywistnić.
Hostessa długo szukała mojego nazwiska na liście. Aż tylu Nowaków zostało zaproszonych? Jej uśmiech był jak światło księżyca, przy którym nie sposób się ogrzać. Posągowa, zimna piękność w białej bluzce i skromnym, ciemnogranatowym kostiumie. W końcu mnie odhaczyła, a następnie wskazała ruchome schody na antresolę.
— Zapraszam państwa i życzę udanego wieczoru.
— Będą same blondynki, zakład? — szepnęła mi do ucha Karolina.
— To chyba niezgodne z tym, no… parytetem.
— W dupie to mają. Myślą, że jak srają milionami, to wszystko im wolno. Średniowiecze w dwudziestym pierwszym wieku…
Minęliśmy ściankę z napisem „Polsko-saudyjskie forum gospodarcze” oraz logami organizatorów i sponsorów. Z góry dobiegał bezbarwny muzak. Karolina ostrożnie stanęła na ruchomych schodach, żeby nie ugrzęznąć obcasem. Choć znamy się prawie od roku, pierwszy raz widziałem ją w szpilkach.
Pracujemy w Departamencie II ABW, czyli w kontrwywiadzie, i nawet się lubimy. Karolina jest starsza ode mnie, również stopniem. Sama wychowuje syna, Nikodema. Pomagam mu czasem z matematyki, poziom czwartej klasy podstawówki, i zabieram na ściankę wspinaczkową. Podskórnie czuję, że to ważne. Jego ojciec żyje, ale wyprowadził się z nową partnerką do Trójmiasta i jakoś przestał się interesować.
Nigdy nie pytałem Karoliny, co im się tam posypało. To atrakcyjna kobieta, choć typ łobuziary, więc może niezgodność charakterów? Pali i przeklina, ale dziś przeistoczyła się w damę. Na bankiet założyła czarną suknię wieczorową i szpilki, do tego torebka w kolorze zakrzepłej krwi. Włosy upięła, makijażem podkreśliła ciemne, sarnie oczy. Natomiast usta zostawiła niepomalowane, jak sama wyjaśniła — starła szminkę, bo wyglądała „już całkiem jak tirówka”.
— Żeby nie było… Nie jestem uprzedzona do Arabów — tłumaczyła się, podczas gdy ja, z zawodowego obowiązku, jeszcze raz omiotłem wzrokiem hotelowe lobby, kodując sobie na wszelki wypadek drogę odejścia.
— Dobra, dobra…
— Przecież mnie znasz. Ale od kiedy zaciukali tego biedaka w ambasadzie i wynieśli go w częściach w walizce… Noż kurwa mać!
Karolina przywołała zabójstwo dziennikarza Dżamala Chaszodżdżiego, do którego doszło w 2018 roku w saudyjskim konsulacie w Stambule. Wstrząsające morderstwo, dokonane z zimną krwią. Nasi koledzy z CIA odpowiedzialnością za nie obarczyli księcia koronnego Arabii Saudyjskiej, który ponoć zlecił je osobiście.
Raut otwierający forum gospodarcze urządzono w luksusowym hotelu niedaleko Podkowy Leśnej. Wjechaliśmy na antresolę, mijając po drodze wiszącą instalację z wypolerowanych metalowych kul, rodzaj fontanny, z której skapywała woda, szemrząc cicho i skrząc się w promieniach ledowych lamp.
Na górze z trzymanej przez kelnera tacy wziąłem flet, czyli podłużny kieliszek do szampana — zawierał jednak lemoniadę na bazie soku z cytrusów, z dodatkiem ziół, zero procentów. Alkoholu nie podawano, przynajmniej nie oficjalnie.
Odnotowałem obecność ochroniarza. Miał śniadą karnację, krótkie, ciemne włosy. Mocno i nisko zarysowane brwi sprawiały wrażenie, jakby był wkurzony.
W hotelu wybudowanym przez inwestorów z Arabii Saudyjskiej spodziewałem się bijącego po oczach przepychu, tymczasem wnętrza urządzono z klasą, elegancko, lecz skromnie. Podobały mi się zwłaszcza delikatne ornamenty w stylu mashrabiya w oknach i szklanych barierkach wokół antresoli. Budynek znajdował się na terenie porośniętego starodrzewem parku, kupionego od jakiejś państwowej agencji rolniczej.
— Grube, grube miliony — powiedziała Karolina, rozglądając się. — A gdzie ta stadnina?
— Nie odrobiłaś lekcji.
— Weź mnie nie wkurzaj.
— No gdzieś tam jest. — Pokazałem kierunek. — Za stawem i za driving range…
— Za czym?
— Teren do golfa. Może popykamy? Na pewno mają oświetlenie.
W odpowiedzi wybuchnęła śmiechem, jaki nie przystoi damie, i w dodatku szturchnęła mnie łokciem.
— Już to widzę, Nowak, jak grasz w golfa.
— Pewnie, że tak. Jak każdy fan Bonda.
Karolina pokręciła głową z udawaną dezaprobatą.
— Co ty masz z tym Bondem? Dorośnij, chłopie.
— Z Goldfingerem na przykład, legendarna scena — mówiłem, ignorując jej przytyk. — Podobno Sean Connery tak się wkręcił, że potem do końca życia był zapalonym golfistą. Ja zacząłem latem, bo wiesz… Związek na odległość… Człowiek ma dużo wolnego czasu…
— I lepiej się pobawić kijkiem i piłeczkami, niż zrobić jakąś głupotę? — zaśmiała się dwuznacznie.
Rozdzieliliśmy się. Karolina chciała zapalić, więc poszła na ogromny taras, wchodzący między drzewa. Ja zacząłem przepychać się do sali bankietowej, z której dochodziła muzyka. Odbywał się w niej pokaz mody. Historia stara jak świat. Panowie ślinili się na widok atrakcyjnych modelek, maszerujących po wybiegu. Czerwone reflektory ślizgały się po ich długich, zgrabnych nogach. Wytwornice dymu pracowały na pełnych obrotach, współtworząc atmosferę zmysłowości.
Okrążyłem salę, ale nigdzie nie dostrzegłem obiektu naszych zainteresowań, więc wróciłem na antresolę, bo tam serwowano poczęstunek. Prawie cały dzień nic nie jadłem — rano dwa batoniki proteinowe, a potem tylko kawa za kawą.
Poczułem wibrację na nadgarstku. Zerknąłem na smartwatch. Dzwonił Lorenzo.
— Ciao, ciccino — odebrałem w jego ojczystym języku.
Mam nieprzerwaną serię 345 dni w aplikacji Duolingo, więc coraz śmielej poczynam sobie po włosku.
— Ciao, il mio maresciallo ordinario.
— Jaki ordinario? — poprawiłem go, bo nazwał mnie zwykłym chorążym, a jestem już młodszym chorążym sztabowym. — Mógłbyś się w końcu nauczyć.
— Co miesiąc awans! — Zaśmiał się. — Trudno nadążyć.
Byłem pewien, że specjalnie tak powiedział, żeby się ze mną podroczyć.
— Co tam? — spytałem, rozglądając się wśród półmisków i bemarów. — Bo właśnie mam zamiar rzucić się na żarcie.
— Serniczek? — zapytał po polsku. — Makowiec?
— Sì, sì i wiele, wiele innych.
— Jutro to spalisz, już ja tego dopilnuję…
— Weź, bo cię oskarżę o body shaming. Nie jestem gruby, to są mięśnie…
— Sì, sì i serniczek…
Zaśmiałem się. Słuchając Lorenza, rozglądałem się po antresoli. Pośród garniturów i sukien wieczorowych wyróżniały się czarne i ciemnobrązowe biszty Saudyjczyków, czyli ceremonialne płaszcze zdobione złotymi nićmi, oraz ghutry na ich głowach, białe albo w czerwono-białą kratę, przytrzymywane agalem — podwójnym czarnym rzemieniem.
Nagle przeszedł mnie dreszcz. Dostrzegłem wysokiego i szczupłego sześćdziesięciolatka z siwą brodą, o surowej twarzy i zimnym spojrzeniu, który zbliżał się od strony wind, eskortowany przez dwóch młodych ochroniarzy. Wszyscy trzej byli w garniturach, ale na głowach mieli ghutry.
Facet miał prawie dwa metry wzrostu, szedł prosto na mnie. Nie miałem wątpliwości, że to pułkownik Saleh, wysoki rangą oficer Ri’āsat Al-Istikhbārāt Al-’Āmah — saudyjskiego wywiadu.
Okolice Podkowy LeśnejHotel Almagest
Oficjalnie Saleh był członkiem delegacji biznesmenów, ale w ABW wiedzieliśmy, że to przykrywka.
— Jesteś? — usłyszałem w słuchawce głos Lorenza.
— Tak, dzieciaku — odpowiedziałem pospiesznie, schodząc Saudyjczykom z drogi. Udawałem, że pochłania mnie wybór jedzenia.
— To jak się umawiamy jutro?
Saleh przeszedł tuż obok mnie, kierując się w stronę przeszklonej ściany z wyjściem na taras. Stojący mu na drodze uczestnicy bankietu rozstępowali się. Wzbudzał respekt. Może to była kwestia ponadprzeciętnego wzrostu, sprężystego kroku jak po wielu latach musztry, a może towarzyszących mu ochroniarzy.
W jednej chwili zrozumiałem, że to nie przelewki. Z takim przeciwnikiem nie będzie nam łatwo wygrać.
— Carino? — ponaglił mnie Lorenzo.
— Przepraszam. Pogadamy później, OK? Jestem jeszcze w pracy…
— Dobrze, ustalmy tylko jedno. Odbiorę cię z lotniska.
— Jak? Przecież przyjedziesz Freccią…
Miałem na myśli Frecciarossę, czyli „Czerwoną Strzałę”, ekspresowy pociąg, który w Polsce nazywamy Pendolino.
— Wezmę taksówkę.
— Po co? — zaprotestowałem. — Poradzę sobie.
— Z Afragola to prawie po drodze. Odbiorę cię, zrób mi tę przyjemność. — Potrafił być stanowczy, choć w łagodny sposób. — Tylko o jedno cię proszę…
— Mhm?
— Nie spóźnij się na samolot.
— Dlaczego miałbym się spóźnić?
— Bo jest dwudziesta pierwsza, a ty nadal w pracy… — Westchnął, ale bez zniecierpliwienia, raczej z charakterystycznym dla siebie stoickim pogodzeniem z przeciwnościami losu, które miały na imię Borys, na nazwisko Nowak.
— Jak ty mnie znasz! — Roześmiałem się. — Nie spóźnię się, słowo. Zaraz tu zresztą kończymy…
— Myślisz, że nie wiem, kiedy kłamiesz?
Saleh nie wyszedł na taras. Zaczął rozmowę ze swoim rodakiem, niskim i przysadzistym, który pociągnął go do jednego z okrągłych stolików bankietowych, przy których jadło się na stojąco.
— Nie kłamię. — Westchnąłem do komórki. — Jestem tu tylko na zwiadach. Wyśpię się i widzimy się w Neapolu!
— Uważaj na siebie.
— Ty też.
Rozłączyłem się, może zbyt pospiesznie, ale wyczułem na plecach czyjeś spojrzenie. Odwróciłem się. Karolina piła sok pomarańczowy. Ruszyłem w jej kierunku, żeby wskazać jej Saleha.
— Skup się, Nowak — skarciła mnie.
— Skupiam się.
— Właśnie widziałam.
— To była służbowa rozmowa.
— Akurat! — Wydęła wargi w lekceważącym geście. — Ciebie można czytać jak książkę. Dobrze, że ci nie stanął.
— No i po co wprowadzasz nerwową atmosferę? Widziałaś Saleha?
Realizowaliśmy operację o kryptonimie Skorpion. Za trzy dni, podczas zakończenia forum gospodarczego, miało tu dojść do transakcji, którą będziemy próbowali udaremnić. Fizycznej wymiany, z ręki do ręki, jak za dawnych lat. Tylko zamiast mikrofilmów sprzedawanych za gotówkę będzie to zapewne pendrive z tajnymi informacjami kupiony za kryptowalutę.
Udało się nam namierzyć zdrajcę, który zaoferował wywiadowi saudyjskiemu informacje dotyczące samolotów F-35. Polska kupiła je od USA, dołączając do elitarnego grona. Arabia Saudyjska, choć jest sojusznikiem Amerykanów, nie dostała zgody na nabycie myśliwców piątej generacji.
Saleh umówił się ze Skorpionem na osobistą wymianę w Polsce. Żadna ze stron nie ufała drugiej. Chodziło o odprysk know-how, nie same samoloty. Jakiś patent, technologię.
Tożsamości zdrajcy nie zdołaliśmy jeszcze ustalić, choć mieliśmy podejrzanych. Wizerunek Saleha uzyskaliśmy dzięki współpracy z CSIS, naszym kanadyjskim odpowiednikiem. Mają jego dane, bo Saleh był w grupie uderzeniowej, która została wysłana w 2020 roku, żeby zlikwidować Saada al-Jabri, byłego wysokiego funkcjonariusza wywiadu Arabii Saudyjskiej, który uciekł do Kanady.
Mniej więcej po godzinie rekonesansu zaczęło mi się nudzić. Wyryłem sobie w pamięci topografię obiektu, drogi odejścia. Objadłem się, wypiłem kawę i dwa bezalkoholowe drinki. Spróbowałem też zeroprocentowego czerwonego wina, ale było niesmaczne.
Spojrzałem na smartwatch. Naprawdę zamierzałem dotrzymać słowa, porządnie się wyspać, żeby jutro na weselu w Neapolu być wypoczętym.
Nagle mnie zmroziło.
Do Saleha podszedł mężczyzna w ciemnoszarym garniturze, którego wcześniej nie spotkałem. Czterdziestolatek, średniego wzrostu, o bladej, zmęczonej twarzy. Przedstawił się, sprawiał wrażenie spiętego.
To był Skorpion.
Nie znaliśmy jego tożsamości, ale wytypowaliśmy podejrzanych: urzędników z MON i byłych wojskowych, którzy mogli wykraść know-how dla Saleha. Liczba osób, które mają dostęp do dokumentacji F-35, jest ograniczona.
Widziałem tę twarz w bazie danych, byłem pewien. Czując, jak serce przyspiesza mi w trzy sekundy do setki, rozejrzałem się w poszukiwaniu Karoliny. Wyciągnąłem komórkę i pospiesznie wybrałem numer.
— Gdzie ty jesteś?
— Pudruję nosek.
— Nie wygłupiaj się!
— A co się dzieje?
— Się odpaliło.
— To znaczy?
— Skorpion tu jest. I uderzył do Saleha. Chyba zrobią to dziś.
— Co?! Nie pierdol.
— Chodź tu. Szybko.
Schowałem komórkę, gorączkowo myśląc, co teraz. Po chwili Karolina weszła do sali bankietowej. Dyskretnym ruchem głowy wskazałem jej rozmawiających.
Kiwnęła, potwierdzając moje rozpoznanie, następnie podeszła do Saleha. Przerwała im rozmowę, tak po prostu. Zagadała, używając swojego czaru, jest w tym dobra.
Wiedziałem, że będzie chciała odciągnąć Saudyjczyka, żebym mógł dyskretnie zdjąć Skorpiona.
Patrzyłem, jak saudyjski pułkownik pożera ją wzrokiem. Jego zęby błysnęły w drapieżnym uśmiechu. Po chwili we dwójkę ruszyli w stronę tarasu, pewnie wyciągnęła go na papierosa. Właściwie we trójkę, bo za Salehem kroczył jeden z jego ochroniarzy. Oficer saudyjskiego wywiadu odwrócił się jeszcze i powiedział Skorpionowi coś, czego nie dosłyszałem, ale z mowy ciała odczytałem, że był to komunikat w stylu „wrócimy do tematu”.
Czekałem, aż Karolina i Saudyjczyk wyjdą na taras. Kiedy się odwróciłem, zakląłem w myślach.
Skorpion zniknął.
Okolice Podkowy LeśnejHotel Almagest
Drugi z ochroniarzy Saleha odeskortował Skorpiona do windy. Niestety, kiedy jej dopadłem, ruszyła już w górę. Obstawiałem, że nasz figurant będzie czekał na spotkanie z pułkownikiem w pokoju hotelowym. Zrobiło mi się gorąco na myśl, że w zaciszu czterech ścian dojdzie do transakcji, którą musieliśmy storpedować.
Forum nie było powiązane z żadną instytucją państwową, ale uczestniczyło w nim kilku członków rodziny królewskiej, a tak naprawdę klanu, który licznie obstawiał saudyjskie firmy. Dlatego dostaliśmy od szefostwa rozkaz, by wszystko przeprowadzić w białych rękawiczkach.
Patrzyłem, jak jedynka na wyświetlaczu zmienia się w dwójkę. I na tym się skończyło. Rzuciłem się w bok, by szturmować schody. Kiedy wypadłem na drugim piętrze na korytarz, zdążyłem dostrzec, jak zamykają się drzwi na samym jego końcu.
W głowie zamiast planu miałem pustkę. Wiedziałem tylko, że muszę zrobić wszystko, by zapobiec katastrofie. Podchodząc pod pokój 217, wybrałem numer Karoliny.
— Nie mogę teraz rozmawiać — powiedziała cicho.
— Wchodzę.
— Gdzie? — zdziwiła się.
— Pokój dwieście siedemnaście.
— Nie czekamy?
— Na co?
Cisza.
— Dobra — skończyłem tę jałową wymianę zdań. — Spróbuj dać mi czas.
— Kurwa, jak, Nowak, jak?! Mam mu pokazać cycki?
Już miałem odpowiedzieć, że nie takie rzeczy robiłem w ramach działań operacyjnych, ale ugryzłem się w język.
— Bez odbioru.
Rozłączyłem się. Wziąłem głęboki wdech i zastukałem. Nikt nie otworzył, ale usłyszałem ruch, głosy. Zastukałem ponownie.
— Chorąży Borys Nowak, Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego — powiedziałem głośno, po czym zacząłem walić w drzwi pięścią.
Mijały kolejne sekundy. Bałem się, że Skorpion będzie próbował uciec przez balkon.
Drugie piętro. Odważy się wyskoczyć?
Byłem zły na siebie, że nie odrobiłem lekcji. Powinienem był wszystko sprawdzić, co do centymetra, tymczasem hotel, w którym się znajdowaliśmy, obejrzałem tylko pobieżnie, na zdjęciach.
— ABW, otwierać! — krzyknąłem, choć już wiedziałem, że to nic nie da.
Zrobiłem krok w tył, by kopniakiem wyważyć drzwi. Nic z tego. Naparłem barkiem. Za drugim razem ościeżnica puściła.
Wpadłem do pokoju. Saudyjski ochroniarz wyglądał na zszokowanego. Białka jego szeroko otwartych oczu mocno kontrastowały ze śniadą cerą. Skorpion stał w otwartym oknie balkonowym, ale głowę miał odwróconą w moją stronę — widziałem oszołomienie na jego twarzy. Nie spodziewał się, że wejdę na chama.
Ochroniarz krzyczał coś po arabsku; ruszył na mnie, ale na szczęście nie miał broni. Z furią napędzaną adrenaliną przechwyciłem jego pięść i przerzuciłem faceta. Nie miałem przy sobie nawet jednorazowych kajdanek, żeby go unieruchomić.
— Gleba! — krzyknąłem, choć wiedziałem, że nie mówi po polsku.
Przytrzymywałem mu wykręcone ręce na plecach, przygniatałem kolanem, próbując ściągnąć ze swojej szyi krawat. Żeby facet się uspokoił, uderzyłem go w kark. Wydał z siebie jęk i znieruchomiał, choć na pewno nie stracił przytomności; był tylko oszołomiony — albo udawał, żeby uśpić moją czujność.
Krawat to za mało, pomyślałem, wiążąc mu ręce. Skorpion próbował wykorzystać chwilę i wymknąć się na korytarz, ale z półobrotu kopnąłem go prosto w brzuch. Facet poleciał na ścianę i osunął się na podłogę.
Cios w splot słoneczny to na ogół jest game changer.
— ABW! — krzyknąłem. — Gleba, Skorpion!
— Jezu! O co chodzi? — mamrotał. — Ja nic nie zrobiłem. Co pan?!
Cały czas wykręcałem ręce ochroniarza. W rogu pokoju stała lampa z abażurem w kształcie walca. Może użyć kabla?
Na szczęście Skorpion odpuścił. Urzędniczyna, brak mu było kondycji i fantazji. A odwagi miał tylko tyle, by anonimowo spiskować.
— Wstawaj! — krzyknąłem w jego stronę, kiedy chwilę później wiązałem nogi ochroniarza kablem od lampy. — Idziesz ze mną!
Okolice Podkowy LeśnejHotel Almagest
Wypchnąłem Skorpiona z pokoju, zostawiając za sobą skrępowanego i — jak sądzę — złorzeczącego ochroniarza.
Zatrzymania powinniśmy dokonać we dwójkę, ale nie mogłem czekać na Karolinę. Kiedy Saleh się zorientuje, że chcemy mu sprzątnąć kontrahenta, zrobi się nieciekawie. Traktowali ten hotel niczym obszar eksterytorialny, obstawili go swoimi ludźmi. W najlepszym wypadku dadzą mi w dziób, a potem powiedzą, że nie wiedzieli, z kim mieli do czynienia.
A w najgorszym…
Skorpion był blady jak ściana i cały dygotał. Popychałem go w stronę podświetlonej na zielono tabliczki z napisem „Wyjście ewakuacyjne”.
Autorytet służb specjalnych zadziałał, a ja starałem się emanować pewnością siebie.
— Ale ja nic nie zrobiłem. No naprawdę… — jęczał.
— Nie teraz — uciąłem.
Zeszliśmy dwie kondygnacje. Otworzyłem kolejne metalowe drzwi i zakląłem w myślach. Znaleźliśmy się na antresoli.
— Idziemy — zakomenderowałem.
U szczytu ruchomych schodów nadal stało dwóch kelnerów z powitalnymi drinkami, a za nimi saudyjski ochroniarz. W ostatniej chwili Skorpion zwrócił się właśnie do niego:
— Help me, please! Help!
Wkurzył mnie tym strasznie, ale w sumie trudno się dziwić. Tonący brzytwy się chwyta. Próbował schować się za plecami ochroniarza, ale złapałem go za kark.
— Gdzie! — ryknąłem.
— Ratunku! — wołał dalej po angielsku. — Pomóż mi!
— ABW! Internal Security Agency! — wydarłem się w stronę kelnerów i ochroniarza, okazując legitymację.
Powaliłem Skorpiona na podłogę i wepchnąłem go na jadące w dół ruchome schody. Wierzgając, potrącił jednego z kelnerów, który wywalił tacę z kieliszkami.
Kląłem w myślach. Ochroniarz już był na łączach z mankietem.
Skorpion próbował wstać. Złapałem go jedną ręką za kołnierz marynarki, drugą za krawat i ciągnąłem za sobą. Krzyczał, przerażony, ale zaraz zaczął charczeć, bo pętla krawata ścisnęła mu gardło. Jeden z butów zsunął mu się z nogi.
Akcja sypała mi się jak domek z kart, ale nie mogłem odpuścić.
Drugą nitką schodów, na górę, wjeżdżała elegancko ubrana para pięćdziesięciolatków. Patrzyli na nas — na twarzach obojga malował się wyraz zszokowania.
— Puszczaj — jęczał cicho Skorpion. — Kurwa, człowieku, udusisz mnie!
— Wstawaj! — rzuciłem, kiedy dotarliśmy już na sam dół.
Posłuchał, choć ze strachu ledwo trzymał się na nogach. Podbiegł następny ochroniarz, wściekle coś krzycząc w moim kierunku. Zdążyłem jeszcze złapać spojrzenie hostessy, która odhaczała wcześniej moje nazwisko na liście gości. Jej oczy nadal były zimne, ale zaiskrzyła w nich emocja. Złośliwa satysfakcja, że oto będzie świadkiem czyjegoś upadku i upokorzenia.
Byłem w matni. Nie miałem szans wyjść z tego cało.
Okolice Podkowy LeśnejHotel Almagest
Musiałem wywieźć Skorpiona z terenu hotelu, to był w tej chwili priorytet. Zdrajca miał przy sobie tajne dane. Jeśli teraz przejmie nas ochrona Saudyjczyków, będzie pozamiatane. Zanim zdołam się wyeksplikować, że jestem oficerem polskich służb, zabiorą go gdzieś na zaplecze. Zrobią mu szybką i brutalną rewizję. Jak trzeba, zastosują odpowiednie środki perswazji…
Odbiorą mu pendrive z danymi. Pułkownik Saleh zdobędzie to, po co przyjechał do Polski. Pendrive z danymi wyleci z Warszawy w jego bagażu, bo facet ma paszport dyplomatyczny. A cała wina spadnie na mnie.
Ciągnąłem Skorpiona w stronę wyjścia z hotelu. Ochroniarz próbował mnie zatrzymać, na szczęście nie był uzbrojony.
— Stop! Right here! — krzyczał, ale go zignorowałem.
Ruszył w moim kierunku i podjął próbę obezwładnienia mnie. Puściłem Skorpiona i zacząłem się bronić. Przerzuciłem go, wylądował na ziemi, ale kopniakiem zdołał mnie odepchnąć. Ruszyłem na niego. Zamachnął się. Odruchowo, lewą ręką próbowałem złapać go za nadgarstek i powstrzymać cios. Równocześnie prawą pięścią uderzyłem go w splot słoneczny. A kiedy padał, przywaliłem kolanem w podbródek. I dokończyłem kopniakiem w krocze, po którym zawył z bólu i skulił się.
— Idziemy — warknąłem do Skorpiona.
Niestety facet uznał, że będzie teraz stosował bierny opór. Udawał, że nie słyszy mojego polecenia, a może naprawdę był w szoku. Kulił się na podłodze. Wykręciłem mu rękę. Boleśnie, żeby poczuł.
— Idziemy!
Wstał, nie miał wyjścia, jeśli chciał uniknąć bólu wyrywanych ze stawów ramion.
Wszystko trwało kilkadziesiąt sekund. Na szczęście samochód zaparkowałem blisko wejścia do hotelu. Czarne służbowe Audi S5. Była szansa, że zdążę wyjechać, nim zlecą się kolejni ochroniarze.
Skorpion nie chciał wsiąść, musiałem go uderzyć.
Jakoś wepchnąłem go na tylną kanapę. Obiegając auto, kątem oka zarejestrowałem rozsuwające się drzwi hotelowego lobby. Sus za kierownicę. Odpaliłem silnik. We wstecznym lusterku widziałem dwóch typów w czarnych garniturach, którzy wybiegli z Almagest.
Zdążyłem jeszcze pstryknąć zamek centralny, dosłownie ułamek sekundy, zanim jeden z goryli szarpnął za klamkę. Mimo wszystko byłem w szoku, że tak bezczelnie sobie poczynają na terenie obcego państwa.
Martwiłem się o Karolinę, nie chciałem jej zostawiać na pastwę Saleha, ale nie miałem wyjścia.
Przecież nie mogą zrobić jej nic złego. Jesteśmy w Polsce, w środku Europy. Chociaż… Zerknąłem na swoją lewą rękę, która z każdą chwilą bolała mnie coraz mocniej. Na dłoni spostrzegłem coś, co przypominało fantazyjny tatuaż.
Ale to była krew.
W ferworze wymiany ciosów tego nie zarejestrowałem, ale ochroniarz musiał potraktować mnie ostrzem.
Wytrzymam.
Od hotelu do bramy wjazdowej było około pół kilometra. Wiedziałem, że będę musiał rozwalić szlaban. Trudno. Najważniejsze, żeby wykradzione dane nie wpadły w niepowołane ręce.
Wzdłuż drogi dojazdowej były zamontowane lampy — miałem wrażenie, jakbym jechał po pasie startowym na lotnisku. Błyskawicznie rozpędziłem się do setki, stu dwudziestu, widziałem już szlaban, ale nagle z budki strażnika wyszła postać.
Zdążyłem jeszcze pomyśleć, że facet nie będzie na tyle głupi, żeby własnym ciałem próbować mnie powstrzymać. On jednak wyciągnął broń.
Padły strzały.
Neapol, Strada Privata delle TermePalazzo Riama
— Jak często myślisz o Imperium Romanum? — Z zamyślenia wyrwała mnie Włoszka, czterdziestoletnia blondynka w turkusowej sukni, odważnie odsłaniającej opalone ramiona. — Tylko mów prawdę!
— Ja zawsze mówię prawdę — skłamałem.
Wesele błyskawicznie się rozkręciło. Siedzieliśmy w trzy pary przy okrągłym stoliku na dachu Palazzo Riama na wzgórzu okalającym Neapol. Po mojej lewej stronie Lorenzo, a po prawicy wesoła Włoszka, dalej jej mąż, od którego wiało prawniczo-księgową nudą. Trzecia para była intrygująca, choć nie do końca umiałem powiedzieć dlaczego.
Siedzący dokładnie naprzeciwko mnie mężczyzna o imieniu Mauro był świadkiem pana młodego. W moim wieku, milczący, miał piękną twarz — jak antyczny posąg, ale naznaczoną jakimś cierpieniem albo melancholią.
Jego partnerka zachowywała się, jakby była o niego zatroskana. Na jej ustach błądził łagodny uśmiech, sprawiała wrażenie delikatnej i serdecznej, takiej trochę ciepłej kluchy, ale ciemne oczy co i rusz biegły w stronę przystojniaka.
Coś wisiało między nimi, podczas gdy ogólny nastrój na tarasie był iście weselny — podniosły, choć jednocześnie beztroski i radosny. Biały obrus, białe kwiaty na stoliku, białe wino… Gwar rozmów, śmiechy i muzyka dobiegająca z dołu — DJ akurat puszczał „Italodisco” zespołu The Kolors.
— Jak często myślę o Cesarstwie Rzymskim? — powtórzyłem pytanie. — W jakim sensie?
— Nie słyszałeś o tym?
Włoszka miała na imię Sofia, co wymawia się jak „sofija”, była energiczna, głośna, jakby właśnie wypiła podwójne espresso. Buzia jej się nie zamykała, a ręce tańczyły. Już się przyzwyczaiłem, że mieszkańcy Italii gestykulują na potęgę, ale Sofia wyrabiała normę za siebie i flegmatycznego męża, który już dłuższą chwilę próbował nadziać na widelec oliwkę.
— È così virale. To taki viral. — Rozcapierzyła palce, jakby pokazywała wybuch bomby. — Jakaś blogerka o tym napisała. Podobno mężczyźni na okrągło myślą o Imperium Romanum, tylko się do tego nie przyznają. — Robiła kółka w powietrzu. — Na okrągło! Tutti i giorni!
— Może mężczyźni we Włoszech — odbiłem piłeczkę w stronę Lorenza.
— Ja ostatnio myślę głównie o Polsce — odpowiedział, rzucając mi zaczepne spojrzenie.
— Nie, nie! — upierała się Sofia. — Imperium Romanum. To podobno przejaw męskiego szowinizmu. — Ostatnie słowo wymówiła tak, jakby nie potrafiła się zdecydować, czy szowinizm należy potępiać, czy jest może czymś atrakcyjnym. — To taki wasz sposób myślenia. Żądza władzy, skłonność do łobuzerki, agresji i tak dalej… Bo przecież Imperium Romanum to co? Podboje! To było państwo militarne. Legiony, spiski, sztylety i walki gladiatorów. Nie jacyś starożytni Grecy, piszący te swoje tragedie. Albo Egipcjanie, którzy malowali sobie oczy. Czy też starożytni Persowie, którzy szaleli z modą.
— Szaleli z modą? — zdziwiłem się.
— Wymyślili spodnie — wyjaśniła Sofia. — O nie! Rzym to surowa, męska dominacja, testosteron, adrenalina i rzucanie się na miecz w geście honorowego samobójstwa!
— Ciekawe, co by na to powiedział Freud… — wtrącił Lorenzo.
Wymieniliśmy rozbawione spojrzenia. Wszystko zaczęło się od mojej zabandażowanej dłoni i rozciętej brwi. Jak tylko Sofia je zobaczyła, kiedy usiedliśmy na wyznaczonych miejscach, zaczęła wypytywać, co mi się stało. Przyznałem się, że dzień wcześniej zostałem dźgnięty nożem (jak Juliusz Cezar, nie przymierzając) i mam założone pięć szwów.
Sofia paplała o Cesarstwie Rzymskim, a ja powoli wyłączyłem się, odpłynąłem, mój wzrok uciekł w dal.
Widok roztaczający się z dachu pałacyku uderzał do głowy mocniej niż wino. Na pierwszym planie pyszniły się pióropusze palm, dalej zielone zbocza i malownicze zabudowania, port, ruiny Castel dell’Ovo i wreszcie głęboki błękit wód Zatoki Neapolitańskiej, do której mozolnie zmierzało zachodzące słońce. Trwała magiczna godzina, wszystko skąpane było w złotawej poświacie. Jasne włosy Lorenza lśniły, jakby już tlił się w nich płomień. Jego szara marynarka wydawała się kremowa, a opalona cera miała koloryt jak z najbardziej przekłamanych reklam kosmetyków w kobiecych czasopismach.
Zupełnie jakbym znalazł się na innej planecie, gdzie niebo jest pomarańczowe, a problemy i troski nie istnieją. Nie ma głupich szefów, niepewności, jak przeżyć do pierwszego, nie ma zdrad, chorób, wojen ani nawet śmierci.
Przeżuwałem kęs grillowanej ryby. Jej nazwę wykaligrafowano w menu na czerpanym papierze, które każdy z nas zastał na swoim miejscu: triglia di scoglio. Barwena. Musiałem ją przetłumaczyć, używając komórki. Smakowała wybornie, podana z kaparami, czarnymi oliwkami i koprem włoskim, którego nuty zbliżone do anyżku nie każdy lubi, ale ja uwielbiam. Upiłem łyk białego wina i chciałem, żeby ta chwila zamieniła się w wieczność.
Ale godzina trwa tylko godzinę, ta magiczna nawet krócej. Czas ucieka nieubłaganie. Z barweny zostały ości, a na mnie spadła myśl, która brutalnie ściągnęła mnie na ziemię.
Spojrzałem na Lorenza, a on od razu odwzajemnił spojrzenie.
Od roku żyję w kolorowej bańce. Boję się, że ona nagle pęknie. I okaże się, że tak naprawdę to nie bańka, tylko balon, który unosi nas wysoko, z dala od wszystkich okropieństw na ziemi. Upadek będzie długi, a lądowanie bolesne.
Cesarstwo Rzymskie. Co ja wiem o Cesarstwie Rzymskim? Imponująca cywilizacja, która upadła, obróciła się w ruinę. Na jej gruzach właśnie ucztujemy.
My też przepadniemy. Pytanie tylko — kiedy i jak. Pomyślałem o wojnach i konfliktach zbrojnych, które w tej chwili toczą się na świecie. Ukraina, Strefa Gazy, Iran, Indie z Pakistanem, Korea Północna, Tajwan… Wyliczanka była długa.
Rzymian podobno załatwił ołów w rurach, którymi doprowadzali wodę. Czy naszą cywilizację spotka podobny los? Być może trucizna, o której jeszcze nie mamy pojęcia, już gdzieś się sączy…
Neapol, Strada Privata delle TermePalazzo Riama
— To co ci się stało w tę rękę? Może ty gangsterem jakimś jesteś? — dopytywała Sofia.
— Nie w tym życiu — odpowiedziałem pospiesznie.
— Słyszałam, że oligarchowie szukają teraz bezpiecznych przystani. Mój mąż jest specjalistą od prawa handlowego, ale oczywiście etyka zawodowa nie pozwala mu obsługiwać gangsterów…
— Nie jestem Rosjaninem — wszedłem jej w słowo.
— È un James Bond polacco — wypalił Lorenzo z szerokim uśmiechem na twarzy. — To polski James Bond.
— Wkręcasz mnie! — Sofia zrobiła wielkie oczy.
— Ani trochę. Cudem uszedł wczoraj z życiem.
Posłałem Lorenzowi karcące spojrzenie, choć wiedziałem, że w ten sposób okazuje, jak bardzo się przejął moją wczorajszą przygodą.
Pozostali goście weselni siedzący przy naszym stoliku wpatrywali się we mnie z niedowierzaniem.
Tak naprawdę Lorenzo wiedział, że może mnie wyoutować. W Neapolu przebywałem prywatnie, nie musiałem ukrywać tożsamości, nie miałem stworzonej legendy.
Oprócz Lorenza nigdy więcej nie spotkam nikogo z siedzących przy tym stoliku.
— Pracuję w ABW, to odpowiednik waszej Agenzia informazioni e sicurezza interna — powiedziałem i sięgnąłem po szklankę z wodą.
Ciekawość Sofii tylko się wzmogła. Zaczęła zasypywać mnie pytaniami, ale uciąłem temat. Szczerość agenta ma swoje granice. Nie zdradziłem żadnych szczegółów operacyjnych związanych z wczorajszą akcją w hotelu Almagest. Choć byłaby to świetna historia, by rozerwać towarzystwo przy stoliku. Sam byłem w szoku, jak bardzo zaciekli okazali się saudyjscy ochroniarze.
Strażnik przy bramie uskoczył w ostatniej chwili, a ja z przestrzeloną przednią szybą staranowałem szlaban. Potem jeszcze przez dobrych kilka kilometrów próbowali mnie dogonić i zepchnąć z drogi. Dwa czarne Land Rovery, które ruszyły w pościg. Cuda, wianki, dzikie węże i przydrożna kapliczka, którą rozwalili po ścięciu ostrego zakrętu.
Przyciskałem gaz do dechy, żeby dostać się w bezpieczne okolice. Odpuścili dopiero na obrzeżach Nadarzyna, kiedy w oddali zabłysły koguty radiowozów, wezwanych przez oficera dyżurnego z Firmy, którego z kolei zaalarmowała Karolina.
Skorpiona przejęli policjanci, a ja wylądowałem na ostrym dyżurze w szpitalu MSWiA przy Wołoskiej. Karolinie udało się bezpiecznie opuścić hotel. Saleh okazał się gentlemanem i porażkę przyjął z klasą.
Przy Skorpionie znaleziono pendrive z wykradzionymi danymi. Ale nie było mi dane cieszyć się z sukcesu, bo rozpętała się awantura. Ochroniarze z hotelu zeznali, że się nie wylegitymowałem. Rzekomo byli przekonani, że stwarzam zagrożenie dla uczestników bankietu, dlatego zdecydowali się interweniować.
Karolina i ja dostaliśmy opieprz od szefa naszej sekcji, kapitana Krzyżanowskiego. Nie mogłem w to uwierzyć. Jakbym śnił sen wariata. Wprawdzie mieliśmy przykazane, by działać w białych rękawiczkach, ale to przecież nie zawsze się udaje. Karolinie się upiekło, ale mnie Krzyżanowski zawiesił.
Zawiesił mnie!
Byłem o krok od wyrzucenia ze służby, zszokowany i rozgoryczony. Choć nie powinienem się dziwić. Szef nigdy mnie nie lubił. Każdego dnia czułem, że jestem na cenzurowanym. W Firmie wszyscy wiedzieli o mojej orientacji, co pociągało za sobą ostracyzm, rzadko kiedy otwarty, ale przez to ani trochę mniej przykry. Służby to jednak męski świat, w stereotypowym, przebrzmiałym stylu toksycznej męskości, spod znaku macho. Kolegowałem się właściwie tylko z Karoliną. Myślę, że jestem odporny psychicznie, więc jakoś sobie poradziłem. Robiłem swoje, najlepiej jak potrafię, i byłem w tym nienajgorszy.
Do mieszkania na Kabatach wróciłem o drugiej w nocy, zmęczony i zły. Adrenalina nadal przetaczała mi się przez żyły, nie zmrużyłem oka. Przewracałem się z boku na bok, rozmyślając, czy już mam sobie szukać nowej pracy.
Zasnąłem dopiero w samolocie, próbując czytać kupioną na lotnisku gazetę. Obudziłem się, kiedy personel pokładowy serwował posiłek. Lorenzo, tak jak obiecał, czekał na mnie w hali przylotów.
— Wiedziałem — skomentował mój wygląd ciężkim westchnieniem, ale nie potrafił się na mnie złościć i to było fantastyczne.
Pstryk i wszedłem w tryb la dolce vita. I amore. Ślub — w kościele Gesù Nuovo o dziwacznej fasadzie, która w ogóle nie wygląda jak fronton świątyni — brała znajoma Lorenza z Akademii Muzycznej, Nadia, z jakimś dzianym prawnikiem.
Ale podobno z miłości.
— Marco Zuckerberg! — obwieściła triumfalnie Sofia, znów wyrywając mnie z zamyślenia.
— Kto? — udałem zdziwienie.
— Ten od Facebooka!
Ze złocistej torebki wyciągnęła komórkę i coś nacisnęła.
— Czy Marco Zuckerberg ma pierdolca na punkcie Imperium Romanum? — zapytała.
— Tak — odpowiedziała beznamiętnie sztuczna inteligencja w jej telefonie. — Można powiedzieć, że Mark Zuckerberg przejawia silną fascynację Imperium Rzymskim, a w szczególności postacią Cezara Augusta. Ta fascynacja jest widoczna w wielu aspektach jego życia i publicznych wystąpień. Trójka jego dzieci nosi imiona związane ze starożytnym Rzymem: Maxima, August i Aurelia.
— Ha! — zaśmiała się triumfalnie Sofia. — A nie mówiłam?
— Oczywiście, kochanie, masz rację. — W sukurs Sofii przyszedł jej mąż. — Coś jest na rzeczy.
— A ty, Mauro? — Włoszka zwróciła się do świadka pana młodego. — Jak często myślisz o Imperium Romanum?
Wyrwany do odpowiedzi mężczyzna zastygł bez ruchu. Nie wyglądał jak biznesmen czy prawnik — z tych kręgów wywodziło się większość przyjaciół państwa młodych — raczej jak ktoś, kto pracuje fizycznie. Krzepki, twarz ogorzała, surowa, proste ciemne włosy. Rolnik? Marynarz? Może wojskowy. Nadal nie potrafiłem określić, co z nim i jego towarzyszką jest nie tak. Emanował smutkiem. Czyżby na ślubie rozgrywał się melodramat? Może coś go kiedyś łączyło z panną młodą? Podejrzewałem, że siedząca obok Mauro Vittoria nie jest jego życiową partnerką.
On miał na palcu obrączkę, a ona nie.
— O Cesarstwie Rzymskim? — mruknął, jakby od niechcenia. — W sumie… Tak, dość często o tym myślę…
— No właśnie. — Sofia aż klasnęła z zadowolenia. — Typowy facet.
— Ale to raczej dlatego, że moja żona jest archeolożką — dokończył myśl.
— O, wspaniale! — zawołała Sofia, spoglądając na jego towarzyszkę.
— Nie, nie, ja nie jestem jego żoną… Tylko znajomą — odpowiedziała speszona Vittoria. — Przyjaźnimy się praktycznie od dziecka… — dodała, jakby próbując się usprawiedliwić.
Pogratulowałem sobie w myślach spostrzegawczości.
— Moja żona… — Mauro urwał na moment. — Nie mogła tu być dzisiaj z nami.
— Tak czy siak, masz szczęście. — Sofia świdrowała Mauro ciekawskim spojrzeniem. — Będziesz dla żony z każdym rokiem coraz bardziej interesujący.
Sparafrazowała cytat z Agathy Christie, której drugi mąż był archeologiem. Uśmiechnąłem się. Pozostali siedzący przy stoliku też wyglądali na rozbawionych. Wszyscy, z wyjątkiem Mauro i Vittorii.
— Oczywiście wyglądasz wspaniale. Bardzo młodo! — Sofia nie poddawała się. — I przystojnie.
— Nie, nie o to chodzi… — Mauro odchrząknął. — Po prostu…
Urwał i wbił wzrok w talerz. Przy stoliku zapadła kłopotliwa cisza.
— Ty też jesteś archeologiem? — Sofia próbowała reanimować konwersację.
— Nie, jestem rzeźbiarzem.
— O, wow? Rzeźbiarzem… W sensie rzeźbisz… rzeźby?
— Przepraszam na chwilę. — Mauro wstał, odłożył na krzesło serwetkę i ruszył w kierunku drzwi wiodących z tarasu do wnętrza budynku.
— No co? — spytała Sofia przyciszonym głosem, kiedy zniknął nam już z oczu. — Powiedziałam coś nie tak?
— Alicja… To znaczy jego żona… Ona zaginęła — odparła scenicznym szeptem Vittoria.
— Co ty mówisz? — Sofia aż złapała się za usta. — O dio mio!
— W lutym… — Vittoria zamyśliła się na moment. — I nadal nic nie wiadomo. Policja nic nie wie. Nic, zupełnie nic! Szukają jej, oczywiście, ale… — Rozłożyła ręce w geście bezradności. — Straszna tragedia…
Neapol, Strada Privata delle TermePalazzo Riama
— To Wezuwiusz — usłyszałem za plecami.
Odwróciłem się. Podszedł do mnie Lorenzo.
— Rozmawiałem z Nadią i Brando… — Zawiesił głos, jakby nie chciał, żeby usłyszała nas para w średnim wieku, którą mijaliśmy na żwirowej ścieżce.
Miał na myśli państwa młodych. Wydawało mi się zabawne, że jego znajoma, która jest stuprocentową Włoszką, ma imię pochodzenia słowiańskiego.
— Rzeczywiście przykra sprawa z żoną Mauro. Ona jest Polką…
— Nadia? — zdziwiłem się.
— Nie, pazzo. — Lorenzo z uśmiechem pacnął mnie w czoło. — Alicja, ta zaginiona. Dlatego posadzili nas przy jednym stoliku.
— Coś ci jeszcze powiedzieli? — dociekałem.
— Szukają jej. W sensie, że policja, ale… Słyszałeś. Minęło pół roku. Więc raczej… Nie nastawiają się na dobre wieści.
— Jak to się w ogóle stało? — spytałem. Trochę z niezdrowej ciekawości, ale i w zawodowym odruchu.
— Podejrzewają, że wypadła z promu. Prowadziła wykopaliska pod Neapolem. A dom mają na Ischii. Wracała nocą i… — Zawiesił głos i przeczesał włosy.
— Wypadek? Samobójstwo? No tak… — Sam sobie odpowiedziałem. — Nie wiadomo. A ze ślubu nie zrezygnował, bo jest świadkiem?
— Tak. Brando to jego najlepszy przyjaciel.
— Przykra sprawa — skwitowałem.
Pokręciliśmy się po ogrodzie. Reflektory podświetlały drzewka oliwne i krzewy, niektóre obsypane jeszcze kwieciem. Kiedy rano wsiadałem w Warszawie do samolotu, jesień atakowała na całego rześkim, wilgotnym powietrzem, ale w Neapolu wciąż trwało lato. Wciągnąłem powietrze nosem i poczułem zapach dojrzałych ziół i miododajnych kwiatów.
Wymknęliśmy się do naszego pokoju. Bezwstydna godzina była za krótka, jak zawsze. Słodka i słona, w tajemnicy przed światem, schadzka w ziemskim ogrodzie rozkoszy.
Ubraliśmy się i porwał nas wir wesela. Miałem wrażenie, że jestem w Australii, bo co chwila tańczący, zwłaszcza młodzi, skakali jak kangury w rytm muzyki, a starsze panie trzymały w rękach chusteczki i kręciły nimi młynki nad swoimi głowami. Stroboskopowe światła tworzyły psychodeliczny efekt. Lorenzo skakał i wykrzykiwał słowa włoskich przebojów. Ja nie tańczę, więc po prostu podpierałem ścianę i czułem się szczęśliwy.
Potem pojechaliśmy windą na taras na dachu, ale nie chciało nam się już jeść. Opieraliśmy się o wibrującą w rytm głośnej muzyki barierkę, patrząc na morze. W ciemności widać było światła portu w Pozzuoli, a także pojedyncze chybotliwe punkciki oznaczające zakotwiczone jachty. Dalej jeszcze, na linii horyzontu, migotały domostwa i hotele na pobliskiej wyspie.
— To Capri? — spytałem, wskazując odległe światełka.
— Nie, to właśnie Ischia — odpowiedział Lorenzo. — Capri jest bardziej na południe.
Około północy podeszła do nas Vittoria. Wyglądała na przejętą i zawstydzoną. Powiedziała, że Mauro za dużo wypił, i poprosiła o pomoc.
Udaliśmy się do naszego stolika. Świadek ledwo siedział, podpierając głowę rękami. Pilnowali go Sofia i jej mąż.
— Nasz polski James Bond — zawołała na mój widok. — Może masz jakiś cudowny gadżet w stylu Alka-Seltzer?
— Niestety nie. Ale wciąż nie mogę przestać myśleć o Cesarstwie Rzymskim.
W odpowiedzi uniosła kciuk w górę. Potem jednak zerknęła na Mauro i obróciła kciuk w dół, niczym imperator wydający wyrok śmierci na rannego gladiatora.
Próbowałem zagadać do zamroczonego alkoholem mężczyzny, ale opędzał się, jakbym był natrętnym owadem.
— Dobra, wezmę go — powiedziałem Vittorii. — Macie tu pokój?
Pokiwała głową i zaczęła szukać czegoś w torebce.
— Jesteś ranny, nie będziesz go dźwigał — wtrącił z troską Lorenzo. — Ja go zaprowadzę.
— Dam radę. Jestem agentem służb specjalnych. To zobowiązuje.
Vittoria wyjęła z torebki kartę magnetyczną. Złapałem Mauro pod ramię i usiłowałem podnieść, ale nagle jakby się ocknął. Poderwał się jak oparzony.
Warknął po włosku coś, czego nie zrozumiałem. Omiótł nas mętnym spojrzeniem, zachwiał się lekko.
— Chodź, przyjacielu — powiedziałem niezrażony. — Time to say goodbye.
Wyglądało to tak, jakby miał się zaraz zatoczyć i przewrócić, więc chciałem go podtrzymać.
Nagle facet zamachnął się, wyprowadzając cios, ale zrobiłem unik. Stracił równowagę i poleciał prosto na stolik. Zdrową ręką złapałem go za ramię i uchroniłem przed spektakularnym upadkiem.
— Tak się nie będziemy bawić — mruknąłem.
To go chyba zdenerwowało i próbował mnie kopnąć. Vittoria aż krzyknęła, a Lorenzo rzucił się, żeby mi pomóc.
— Dam radę — powstrzymałem go. — Odsuńcie się.
Złapałem pijanego Włocha. Chciałem chronić zranioną rękę, więc nie dałem rady go obezwładnić. Wyrwał się, ale stracił równowagę i spektakularnie przewrócił stolik. Talerze, kieliszki, karafki wina, wody mineralnej, soków oraz kompozycja kwiatowa — wszystko to wylądowało z hukiem i brzękiem na posadzce.
— Oh, James… — westchnęła Sofia.
Neapol, Strada Privata delle TermePalazzo Riama
Oprócz jednego kieliszka wina do ryby i wznoszenia toastów jakimiś bliżej niesprecyzowanymi bąbelkami, przez całe wesele nie piłem alkoholu. Miałem plan. Chciałem rano odwieźć Lorenza na lotnisko.
— A może… Polecisz ze mną? — zapytał z tym swoim uroczo nieśmiałym uśmiechem.
Prowadziłem białego Fiata 124 Spider. Ciekawe autko, kabriolet. Grzałem ostro i zerkałem na szargane przez wiatr włosy Lorenza. Kluczyki pożyczyła mi Vittoria, kiedy odstawiłem jej pijanego towarzysza do pokoju. Samochód należał do Mauro, ale było oczywiste, że facet nie będzie mógł usiąść za kółkiem, nawet kiedy już się obudzi.
Jechaliśmy właśnie długim tunelem wykutym pod wzgórzem. Zerknąłem na nawigację w komórce. Do lotniska pozostało niecałe dziesięć kilometrów.
— Mam lecieć z tobą do Tokio? — spytałem, przekrzykując hałas.
Kiwnął głową. Miał zaplanowane koncerty i nagranie płyty z orkiestrą.
— Przecież i tak jesteś zawieszony.
— Tak, ale… Jutro mam być w Warszawie. Muszę się stawić na przesłuchanie. Mam nadzieję, że mnie przywrócą. Chyba nie chcesz, żebym został bezrobotny. Będziesz mnie utrzymywał?
— Dlaczego nie?
— Poza tym… — przekonywałem bardziej siebie niż jego — …lekarz powiedział, że nie mogę siedzieć za długo w samolocie. Bo coś tam może mi się skrzepnąć. A przecież do Tokio to się leci godzinami.
— Wiem, wiem. — Westchnął z rezygnacją. — Nie chcę, żebyś umarł.
Było mi nawet przyjemnie na sercu, że Lorenzo proponuje, bym mu towarzyszył. Ale zmiana planów nie wchodziła w grę.
— Jeszcze kiedyś zrobimy coś szalonego — tłumaczyłem, gdy kwadrans później odprowadziłem go do bramki, w której należało zeskanować kartę pokładową.
— Zadzwonię z Amsterdamu.
Przez chwilę walczyłem z pokusą, żeby jednak rzucić wszystko w diabły i polecieć z nim. Oblepił mnie irracjonalny lęk, że już nigdy więcej go nie zobaczę. Coś zacisnęło mi się w gardle, ale ostatecznie wziąłem się w garść.
Pożegnania nie są łatwe, nawet jeśli tylko na chwilę.
Z uczuciem pustki w duszy zapłaciłem dwa i pół euro za parking, po czym ruszyłem w drogę powrotną do Palazzo Riama.
Ochroniarz chyba przysnął, bo stałem z dwie minuty przed wielką stalową bramą, w końcu musiałem wysiąść z auta i zadzwonić domofonem. Nie chciałem trąbić, żeby nie obudzić gości odsypiających całonocną zabawę.
Sam też byłem potwornie zmęczony. Druga zarwana noc z rzędu. Minąłem recepcję i salę bankietową, tęsknym wzrokiem omiatając milczący fortepian, na którym Lorenzo podczas wesela zagrał dla nowożeńców.
W pokoju od razu podszedłem do okna, żeby zasunąć zasłony i spróbować złapać trochę snu. Ściągnąłem buty, skarpetki, spodnie i marynarkę, rozpiąłem koszulę i w samej bieliźnie padłem na łóżko. Wsunąłem rękę pod poduszkę i wyczułem kwadratowy kształt. Zaskoczony, wyciągnąłem tabliczkę czekolady Guido Gobino.
Zaśmiałem się głośno, niespodziewanie uszczęśliwiony, i odłożyłem niespodziankę od Lorenza na nocny stolik. Zamknąłem oczy, ale świat nadal wirował. Poczułem nieprzyjemny, stęchły zapach, coś jakby fetor z kanalizacji. Uznałem, że w pałacyku są stare rury, które już dawno temu powinny zostać wymienione.
Zdążyłem jeszcze uciec myślami do Lorenza, którego porywał ode mnie samolot. Ta wielgaśna kanalia powinna właśnie wzbijać się w powietrze.
Żałując, że to wszystko zawsze musi trwać tak krótko, zasnąłem.
Oplontis, Villa Lucjusza Pizona24 października 79 roku n.e.
Eros znów przeżywa koniec świata.
Pierwszy raz wszystko się zawaliło, a jego życie zawisło na włosku, kiedy był dzieckiem. Nosił wówczas inne imię, ale go nie pamięta. Tak naprawdę większość zdarzeń odtworzył sobie dopiero później, już jako młodzieniec, bo to, co przeżył w wieku lat czterech, może pięciu, było tak straszne, że dobrotliwa bogini Mens Bona zasłaniała mu oczy, ilekroć próbował wrócić pamięcią do chwil spędzonych w rodzinnej wiosce, gdzieś bardzo daleko, na północy.
W ataku Rzymian zginęli wszyscy jego bliscy, a on stał się niewolnikiem. Szybko został sprzedany, potem kolejny raz. Trafił do Rzymu, a w końcu do nadmorskiej rezydencji swojego pana w Oplontis, na południe od stolicy. Działo się to w czwartym roku panowania Nerona.
Potem przez kilka miesięcy podobno trwała wojna domowa, następnie przez niemal dekadę imperium władał Wespazjan, a teraz cesarzem jest jego syn Tytus. Czasy wydają się spokojne, zwłaszcza na prowincji, ale Eros zdaje sobie sprawę, jak chybotliwe jest wrzeciono, na którym Nona, jedna z Parek, przędzie nić jego życia.
Wiele złego może się wydarzyć. Wypadek w jego warsztacie, choroba. Jednak Eros najbardziej obawia się wściekłości swojego pana. Gdyby Lucjusz Pizon odkrył prawdę o swoim niewolniku…
Na razie jakoś się udaje. Ale jak długo jeszcze? Dzień, miesiąc, rok?
Eros skrzętnie pilnuje swojej tajemnicy. Nigdy by nie przypuszczał, że jeśli spadnie na nich gniew, będzie to furia bogów.
*
Kiedy ziemia zadrżała po raz pierwszy, był to nieśmiały wstrząs, jakby budziła się z długiego snu.
Teraz wstrząs powraca, silniejszy, gwałtowniejszy, aż tynk zaczyna sypać się ze ścian willi.
— Co to? Co się dzieje? — pyta niewolnica Eirene, kucharka.
— Zaraz minie — odpowiada Eros.
Po chwili z oddali dobiega głuchy, przerażający huk, jakiego ludzkie ucho nigdy wcześniej nie słyszało.
— To Wezuwiusz! — krzyczy cienkim głosikiem stajenny chłopak, który dopiero przechodzi mutację. — Wezuwiusz przebudził się w gniewie!
Eros nie wierzy, ale wybiega z warsztatu. Niebo na wschodzie jest ciemne, zasnute chmurą czarnego dymu i popiołu, rozświetlaną upiornymi błyskawicami.
Wybucha chaos. Krzyki przerażenia mieszają się z modlitwami i płaczem. Domownicy biegają bezładnie, próbując zrozumieć, co się dzieje, szukając schronienia.
W tym pandemonium Eros wsłuchuje się w swój wewnętrzny głos. Instynkt podpowiada mu, że trzeba uciekać. Żadne schronienie na terenie willi nie będzie godne zaufania.
W pierwszej kolejności niewolnik chce wrócić do warsztatu.
Jego skarb!
Musi go zabezpieczyć, a potem ukryć. Dopiero po chwili dociera do niego groza sytuacji. To nie jest czas na sprawy ważne, tylko na tę jedną — najważniejszą. Zagrożone jest życie.
Jego i jej.
Bez słowa rzuca się w stronę willi. Przebiega westybul i atrium.
— Atia! — krzyczy. — Gdzie jest Atia?!
Musi ją znaleźć. Jako pani domu powinna być otoczona przez troskliwą służbę, ale w tej chwili każdy myśli już tylko o sobie.
W powietrzu unosi się coraz gęstszy pył, ciemna mgła, która utrudnia oddychanie. Ostry, duszący zapach siarki szczypie w oczy i gardło. Obok niego Eirene upada na kolana, wznosząc ręce ku ciemniejącemu niebu.
— O bogowie! Zmiłujcie się!
Eros znajduje Atię w jej sypialni, sąsiadującej z tablinum. Młoda Rzymianka jest blada jak ściana, w jej oczach widać strach. Trzyma kurczowo za rękę płaczącego synka, sześcioletniego Lucjusza.
— Erosie! Co się dzieje?
— Musimy uciekać! Do przystani! Szybko!
Nie ma czasu na myślenie. Eros chwyta Lucjusza i sadza go sobie na ramionach. Wybiegają z willi. Widzą zlęknione twarze, słyszą wycie przerażenia. Eros chciałby zasięgnąć rady swojego przyjaciela, starego niewolnika Tymona, ale nagle uginają się pod nim nogi. Widzi jego ciało, leżące na ziemi, przeraźliwie wykrzywioną twarz. Z nieba spadają kamienie. Bogowie urządzają sobie polowanie na śmiertelników.
— Wóz! Musimy wziąć wóz! — krzyczy Atia.
— Nie ma czasu!
Przystań w Oplontis znajduje się niecałą milę od domu. Eros łapie za rękę Atię i ciągnie ją za sobą, nie bacząc na to, że ktoś może zobaczyć ten gest, którego niewolnikowi w żadnym wypadku nie wypada wykonać wobec wolnej obywatelki Rzymu.
Z naprzeciwka nadjeżdża dwóch jeźdźców na koniu. Eros ich nie zna, ale uznaje, że to może być ktoś wysłany przez męża Atii. Na pewno będą mogli szybciej przewieźć ją i jej synka do portu.
— Pomóżcie nam! — woła.
Jeden z mężczyzn zsiada z konia. Eros stawia chlipiącego Lucjusza na ziemi i rusza jeźdźcowi na spotkanie.
W dłoni nieznajomego pojawia się sztylet.
— Nox nostra est — mówi patetycznym tonem przybysz i zadaje cios. — Noc jest nasza.
Neapol, Strada Privata delle TermePalazzo Riama
Spałem krótko, może godzinę. Obudził mnie smród z rur, który stał się nie do zniesienia.
Zraniona ręka bolała, więc otworzyłem walizkę w poszukiwaniu blistra z lekiem przeciwbólowym. Łyknąłem tabletkę i poszedłem popić ją wodą z kranu. Byłem zdziwiony, że w łazience nieprzyjemny zapach był — wbrew temu, czego się spodziewałem — mniej dotkliwy niż w pokoju. Ściągnąłem bokserki i wszedłem pod prysznic, uważając, żeby nie zamoczyć zabandażowanej ręki.
Oczywiście zamoczyłem. Na szczęście zabrałem z Polski jałową gazę i bandaż elastyczny.
Zszyta rana wyglądała paskudnie. Brutalna, nowa linia życia, którą los wyciął mi na dłoni.
Wyjąłem z walizki czystą koszulę. Była wygnieciona, ale założyłem na nią marynarkę i sprawdziłem efekt w wielkim lustrze w pozłacanych ramach, które wisiało w przedpokoju. Z oparcia krzesła zdjąłem spodnie — udało mi się je dopiąć, dopiero kiedy wciągnąłem brzuch.
Czy tych serniczków i makowców, z których naśmiewał się Lorenzo, nie było ostatnio za dużo? Przedwczoraj wyżerka w Hotelu Almagest, wczoraj na weselu… Przy wzroście metr osiemdziesiąt pięć ważę dziewięćdziesiąt kilo… No może ostatnio dziewięćdziesiąt dwa, ale przecież regularnie chodzę na siłownię, więc to mięśnie mi przyrastają.
Popatrzyłem na swoje odbicie w lustrze i nabierając powietrza, wypiąłem klatkę piersiową.
Tak lepiej.
Wyszedłem z pokoju i pojechałem windą na górną kondygnację.
Nieliczni goście weselni jedli na tarasie śniadanie. W kącie dostrzegłem Mauro. Wyglądał na skacowanego, oczy chował za przeciwsłonecznymi okularami. Siedział sam, jakby dotknięty ostracyzmem. Miał na sobie jasnoniebieski lniany garnitur, inny niż wczoraj na ślubie, a zamiast koszuli — cienki czarny golf.
Zerkałem na niego, nakładając sobie jedzenie. Weselne resztki serwowano w formie szwedzkiego stołu. Obok stał ekspres. Naciskając opcję „lungo”, pomyślałem z rozrzewnieniem, że nigdy we Włoszech nie zdarzyło mi się, żebym pił niedobrą kawę. Jak oni to robią? Na najpodlejszej stacji benzynowej na największym zadupiu kawa smakuje wyśmienicie.
Znów zerknąłem na Mauro i zrobiło mi się go żal. Musiał czuć na sobie te wszystkie ukradkowe spojrzenia, słyszeć szepty. Na pewno plotkowali nie tylko o wczorajszym incydencie, ale i o jego zaginionej żonie.
Nawet nie próbowałem sobie wyobrazić, jakie to musi być uczucie — nagle stracić ukochaną osobę. I nie wiedzieć, co się z nią stało. Rozpacz, a jednocześnie udręka niepewności. Wyciągnąłem komórkę, żeby zadzwonić do Lorenza, podziękować za czekoladę i powiedzieć coś… Coś miłego. Albo pośmiać się ze swojej wagi. Ale było już za późno. No jasne, przecież wyłączył komórkę. Usłyszałem tylko zimny komunikat operatora: Il cliente non è raggiungibile.
Z jedzeniem i kawą ruszyłem do stolika, przy którym siedział Mauro.
— Można?
— Oczywiście — odpowiedział zapraszającym tonem, ale jednocześnie się usztywnił. Pewnie myślał, że czeka go opieprz.
Usiadłem, stawiając na blacie swoje śniadanie i kładąc kluczyki samochodowe. Podsunąłem je w stronę Włocha.
— Dzięki — rzuciłem. — Pewnie nie wiesz, ale mi go pożyczyłeś.
Zrobił zdziwioną minę.
— Słuchaj… — Po chwili skrępowanym gestem potarł nieogolony podbródek. — Strasznie cię przepraszam.
— Za co?
— Vicky już mnie zjebała. Na ogół mi się to nie zdarza. Ja w ogóle nie chciałem przychodzić na ten ślub, ale…
Urwał, skrzywił się i sięgnął po filiżankę z kawą.
— Wiem…
Zapadła niezręczna cisza. Gorączkowo szukałem jakiegoś tematu, który mógłby rozładować atmosferę.
