Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Jedyna książka, w której Święci Piotr i Paweł spotykają się z Victorem Frankensteinem, a Adam i Ewa z Wilhelmem z Baskerville. Literacka podróż od stalinowskiej Moskwy po amerykańskie Południe czasów Wielkiego Kryzysu, od płonącego Rzymu i prześladowań chrześcijan po ogarnięty dżumą Oran. Klasyka literatury na nowo odczytana w rozmowach profesora Ryszarda Koziołka i dominikanina Romana Bieleckiego, którzy w znanych historiach szukają nieoczywistych inspiracji teologicznych i pokazują, że literatura może być narzędziem do obsługi duszy.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 166
Data ważności licencji: 2/11/2031
© Copyright for the text by Ryszard Koziołek & Roman Bielecki OP, 2026
© Copyright for this edition by Wydawnictwo W drodze, 2026
Redaktor inicjujący – Paweł Dąbrowski OP
Redaktorka prowadząca – Justyna Olszewska
Redakcja – Katarzyna Kolska
Korekta – MagdaLENA Ciszewska, Lidia Kozłowska, PaulinA Jeske-Choińska, Magdalena Wojtaś
Skład i łamanie wersji do druku– Bartłomiej Bączkowski | Pilcrow studio
Redakcja techniczna – Józefa Kurpisz
Projekt okładki i layoutu – Krzysztof Lorczyk OP
Grafiki – Odilon Redon | metmuseum.org (domena publiczna) oraz commons.wikimedia.org
Niniejsza książka jest zredagowanym zapisem rozmów publikowanych w 2025 roku na łamach miesięcznika „W drodze”. W wersji podcastowej są one dostępne pod tytułem Dobrze się wierzy literaturą. Kody QR na początku każdego rozdziału prowadzą do kolejnych odcinków opublikowanych w serwisie Spotify.
Partnerem wydania jest
ISBN 978-83-7906-954-5 (wersja drukowana)
ISBN 978-83-7906-955-2 (wersja elektroniczna)
Wydawnictwo Polskiej Prowincji Dominikanów W drodze sp. z o.o.
Wydanie I
ul. Kościuszki 99
61-716 Poznań
tel. 61 852 39 62
www.wdrodze.pl
Przygotowanie wersji elektronicznej
„Czytając tekst literacki, jesteśmy w stanie »widzieć oczami innych«, uzyskując szeroką perspektywę, która poszerza nasze człowieczeństwo. Uaktywnia to w nas empatyczną moc wyobraźni, która jest podstawowym nośnikiem zdolności utożsamiania się z punktem widzenia i uczuciami innych”. Tak w lipcu 2024 roku napisał papież Franciszek w liście o roli literatury w formacji. Jak zaznaczył, słowa te odnoszą się nie tylko do księży, ale do wszystkich chrześcijan.
Pomysł na rozmowy zebrane w tej książce zrodził się niezależnie od tego, co napisał papież, ale podobnie jak on chcieliśmy, odnosząc się do literatury, opowiedzieć o tym, co fundamentalne i uniwersalne. Towarzyszyło nam przekonanie, że autentyczna sztuka, a taką z pewnością są przywołane w tej książce tytuły, nie musi wyrażać się w formach wyłącznie religijnych, ale łączy element pokrewieństwa ze światem wiary, również w sytuacjach głębokiego rozłamu między codziennym doświadczeniem a prawdą teologii. Stawia pytania o to, do jakiego stopnia można żyć w pokoju ze sobą po popełnieniu pewnych czynów, a także jaki jest motyw naszego zachowania – czy wybierając zło lub dobro, kierujemy się zimną kalkulacją, szukając rachunku zysków i strat, czy może strachem przed konsekwencjami czynów, które nie pozwolą nam żyć z poczuciem podłości wychodzącej z nas samych.
Roman Bielecki OP: Usłyszałem kiedyś zdanie, że dla chrześcijan Biblia jest wszystkim. Nie potrzebują czytać nic więcej, bo to, co najistotniejsze, znajduje się w tej księdze.
Ryszard Koziołek: Takie postawienie sprawy przypomina słynne stwierdzenie Alfreda Whiteheada, który powiedział, że cała filozofia to właściwie przypisy do Platona. Co mogłoby oznaczać, że wystarczy czytać Platona, a z resztą opracowań dać sobie spokój. Platon przedstawił szereg fundamentalnych problemów filozofii, z którymi borykamy się po dziś dzień. A borykamy się, bo ich nie rozwiązał. W tym sensie można powiedzieć, że cała literatura europejska to przypisy do Biblii, gdyż ogromna jej część podejmuje tematy biblijne, a jeszcze częściej wadzi się z Biblią, kontestuje ją, pisze alternatywne historie odkupienia czy zbawienia człowieka. Boska Komedia Dantego, Raj utracony Miltona, Moby Dick Melville’a, Treny Kochanowskiego, Dziady Mickiewicza, poezje Miłosza są nie do pomyślenia bez Biblii.
Dla mnie jako nauczyciela czytania literatury Biblia jest ważnym podręcznikiem wielorakich stylów, gatunków i form języka literackiego. Odczytywana wiernym czy też przyswajana samodzielnie dawała odbiorcom przez wieki możliwość nabywania kompetencji w tym zakresie.
Choć sama Księga Święta jest potężna i przebogata w treści i formy, to nie wyczerpuje opisu ludzkiego doświadczenia, zwłaszcza ludzi żyjących wiele wieków po Chrystusie. Między innymi z tego poczucia niewystarczalności zrodziła się literatura świecka, która zwraca się przede wszystkim ku człowiekowi i jego ziemskiej kondycji, relację z Bogiem zostawiając coraz częściej religii.
Zestaw skojarzeń, jakie uruchamia Biblia, wydaje się dziś tyleż inspirujący, co zniechęcający. W tym sensie, że wieloletnie osłuchanie się z tekstami biblijnymi – czy to w lekturze szkolnej, czy katechetycznej – powoduje, że nauczyliśmy się interpretować je w jeden określony sposób.
Stąd pewnie pomysł na te rozmowy, które mają pokazać tradycję i nowe możliwości „rewitalizacji Biblii”, jakiej przez wieki dokonywała literatura, i będzie dokonywała dalej, choć pewnie nie tak gruntownie, jak zrobili to Dante albo Dostojewski.
Biblia – z perspektywy spójności gatunkowej – jest niebywale eklektyczna, jak również bardzo bogata treściowo. Z punktu widzenia literaturoznawstwa jest to jej ogromny walor, który pokazuje szerokie możliwości językowego wyrazu, jakimi dysponowali ludzie dwa tysiące i wiele więcej lat temu. Zarazem jest to księga święta dwóch religii, a przez to poddana doktrynalnej wykładni strzeżonej przez instytucje. To sprawia, że ta bogata forma i treść bywają tłumione i kanalizowane w doktrynie. I w tym miejscu literatura oddaje przysługę duchowości, przekładając treść doktrynalną na doświadczenie współczesnego człowieka, przekraczając niejednokrotnie granice doktryny, których nie może przekroczyć ksiądz wygłaszający kazania. Ale może zacytować fragment literatury. Weźmy wspaniały wiersz Janusza Pasierba na motywach znanej sceny z Ewangelii Świętego Jana. Odpowiedź udzielona przez Chrystusa Marii Magdalenie zostaje rozpisana na szereg sugestywnych obrazów, które ukazują wartość ludzkiego doświadczenia.
Noli me tangere
powiedzieć łące idąc po niej lekko jak w tańcu nie zatrzymuj mnie
podnosząc ramię pozłocone słońcem nie zatrzymuj mnie
powiedzieć wiośnie ze szczęścia kwitnącej nie zatrzymuj mnie
z czerwoną różą przypiętą na sercu nie zatrzymuj mnie
powiedzieć Magdalenie wiernej aż do końca nie zatrzymuj mnie
każdemu kto gorąco pragnie byś nie odszedł nie zatrzymuj mnie
powiedzieć ziemi bez żalu jak w tańcu nie zatrzymuj nie zatrzymuj mnie
Potrzebujemy odnawiać nasz język?
Tak! Literatura to nieustanny ruch mówiącej myśli, ponieważ jako taka usiłuje nadążyć za kolejnymi pokoleniami, ich wrażliwością, problemami i kryzysami. Dlatego okazuje się niezwykle pomocna, ponieważ pozwala nam na nowo postawić pytania człowieka wierzącego, czy poszukującego, w sposób twórczy, a nie odtwórczy.
Wielki pisarz Teodor Parnicki nieustannie badał głębię i możliwości wyrazu tkwiące w Biblii. W wielu jego powieściach powraca motyw „umowy cezarejskiej” – jak nazywał scenę, która rozegrała się w Cezarei Filipowej między Jezusem a Piotrem. Przypomnijmy: w odpowiedzi na pytanie „Za kogo Mnie uważacie?”, Piotr wyznaje wiarę w Mesjasza i słyszy następujące słowa: „Tobie dam klucze królestwa niebieskiego; cokolwiek zwiążesz na ziemi, będzie związane w niebie, a co rozwiążesz na ziemi, będzie rozwiązane w niebie”. Zdaniem Parnickiego odpowiedź Chrystusa jest kluczowa dla dziejów chrześcijaństwa, ponieważ oznacza zgodę na podporządkowanie nieba ziemi. Chrystus, przekazując część władzy Boga człowiekowi, daje mu prawo do decydowania o tym, co będzie się działo w zaświatach. Innym wspaniałym przykładem ożywienia tekstu biblijnego jest rozwinięcie zdania z Ewangelii Świętego Mateusza: „Proście, a będzie wam dane; szukajcie, a znajdziecie; kołaczcie, a otworzą wam”. Czy tym, którzy będą pukali bez nadziei, też będzie otworzone? – pyta jedna z postaci powieści Słowo i ciało Teodora Parnickiego.
O ten rodzaj odnowy języka religijnego za pomocą literatury będzie chodzić w naszych rozmowach.
Wynika z tego, że uważna lektura Biblii powinna prowokować nas do stawiania nieoczywistych i odważnych pytań. W powyższym kontekście przyszła mi na myśl klasyczna opowieść o Abrahamie i Izaaku. Czyli o ojcu, który miał zamiar złożyć w ofierze Bogu swojego jedynego syna, co ostatecznie zostało udaremnione cudowną ingerencją z nieba. Wyobraźmy sobie tę scenę. O co pyta ich Sara, matka Izaaka, żona Abrahama, gdy wracają do domu? Jak oni reagują? Kłamią czy mówią prawdę?
W tym miejscu zaczyna się literatura, ponieważ tekst biblijny milczy na temat tego, jak wyglądał ich powrót do domu. Autora księgi interesuje zupełnie coś innego, natomiast dla kogoś, kto jest rodzicem, jest to pytanie fundamentalne i prowokujące do refleksji, jak sam by się zachował w sytuacji, w której między nim a jego dzieckiem wydarzyłoby się coś, co nie mieści się w typowych schematach.
Takich pytań jest mnóstwo, bo przecież większość historii biblijnych jest naszkicowana grubą kreską, z ledwie zarysowanymi postaciami i dialogami, które domagają się rozwinięcia. Co przeżywali Maryja z Józefem, kiedy ich dwunastoletni syn na trzy dni zgubił się podczas pielgrzymki do Jerozolimy? Jak wyglądało życie Jezusa w Nazarecie? Kiedy zrozumiał, że jest Bogiem? Czy rozmawiał o tym z rodzicami? Czy śmiał się czasami? Bo że płakał, to wiemy. Co robił w otchłani?
Okazuje się, że pewien rodzaj fikcji jest bardzo pożyteczny.
Zdolność kreacji to zadziwiająca dyspozycja człowieka, zwłaszcza kiedy się odnosimy do tego zagadkowego składnika ludzkiej istoty, jakim jest wiara. Mówimy o rzeczywistościach niematerialnych, jak łaska, zbawienie czy miłosierdzie, które nie są namacalne w tym sensie, jak namacalny jest stół, przy którym siedzimy, czy leżące na nim książki. I żeby je zrozumieć, nie wystarczy wiedza, potrzebujemy czegoś, co ożywia tradycję i doktrynę, a przede wszystkim porusza wyobraźnię. A to daje nam literatura, która czasem wywraca zastane schematy, dodaje odwagi w myśleniu nieszablonowym, a także pokazuje, jak bardzo bywamy śmieszni w sprawach poważnych i poważni w sprawach śmiesznych.
Jako pretekst do naszych rozmów wybraliśmy dwanaście tytułów autorstwa różnych pisarzy, zarówno tych, którzy wywodzą się wprost z tradycji chrześcijańskiej, jak i takich, którzy nawet nominalnie nie byli osobami wierzącymi.
Świadomie podjęliśmy decyzję, by nie sięgać wprost po literaturę konfesyjną spod znaku Dzienniczka siostry Faustyny czy Autobiografii Świętej Teresy z Ávili, nie dlatego, że nie dostrzegamy ich wartości. Chcemy pokazać teksty, które nie należą do obszaru literatury religijnej, ale w różny sposób dotykają religijności.
Są to przykłady, które w naszej ocenie dobrze obrazują kwestie teologiczne, między innymi: raj, grzech Adama i Ewy, wolność, miłosierdzie, sens wiary.
Czytanie jest wspaniałą lekcją wolności i pobudzania umysłu za pomocą drobnych znaków zapisanych na papierze, które niejednokrotnie wbrew naszej woli kreują obrazy i skojarzenia oraz sprawiają, że zaczynamy się zastanawiać, bać, śmiać lub płakać.
Mickiewicz w IV części Dziadów mówił o książkach zbójeckich, mających „zabójczy” wpływ na osobowość czytelnika, wprowadzając go w świat wyobrażeń boleśnie weryfikowanych przez rzeczywistość. Jako przykłady podaje Cierpienia młodego Wertera Goethego oraz Nową Heloizę Jeana-Jacques’a Rousseau. Nie można wykluczyć, że niektóre z zaproponowanych przez nas tytułów staną się dla naszych czytelników takimi książkami, których lektura odmieni ich rozumienie lub przeżywanie własnej religijności.
Niczym bohaterowie Ferdydurke Gombrowicza zachęcamy do przewrotnego zastanawiania się nad tym, dlaczego Słowacki wielkim poetą był, czyli chwilowego wzięcia w nawias tego, co uznajemy za oczywiste.
Czytanie jest wspaniałą lekcją wolności i pobudzania umysłu za pomocą drobnych znaków zapisanych na papierze, które niejednokrotnie wbrew naszej woli kreują obrazy i skojarzenia oraz sprawiają, że zaczynamy się zastanawiać, bać, śmiać lub płakać.
Przypomnijmy sobie Przygody dobrego wojaka Szwejka i słynną scenę kazania kapelana Ottona Katza, który zgodnie z polskim znaczeniem jego nazwiska jest nietrzeźwy i w takim stanie jedzie wspierać wychodzących na front żołnierzy. Jest to fantastycznie napisane i nie da się z tego nie śmiać. Tyle że z jednej strony Hašek dokonuje druzgocącej krytyki Kościoła uwikłanego w militarne machinacje propagandowe po to, aby skłonić ludzi do tego, żeby się zabijali w imię do końca nie wiadomo jakich interesów, a z drugiej strony stawia nam pytania o to, jak traktujemy to, co uznajemy za święte.
Trochę tak jak w biblijnej Księdze Liczb, gdzie Bóg wypowiada swoje przesłanie do proroka Balaama za pomocą oślicy.
Na tym polega geniusz autora, który za całym tym sztafażem wstawionego kapelana i jego nieskładnych myśli zostawia nam, czytelnikom, szalenie poważne pytania. Wielka literatura często jest ambiwalentna – poważna i śmieszna równocześnie. Ale dzięki temu odsłania i oswaja naszą własną ambiwalencję – bycie tragicznym i komicznym, wierzącym i niewierzącym, współczującym i szyderczym w tej samej chwili i w jednej osobie.
Ta powieść na stałe weszła do kanonu kultury popularnej, tworząc swoje własne uniwersum. Mowa o Frankensteinie autorstwa Mary Shelley. Napisany niemal dwieście lat temu przez osiemnastolatkę zdobył niebywały rozgłos i popularność. Opowieść o wynalazcy, który zafascynowany możliwościami nauki chce odkryć tajemnicę istnienia, od swojego początku inspirowała filmowców. W swoich wizjach skupiali się oni przede wszystkim na przerażającym „dziele”, które wyszło spod ręki głównego bohatera. Dość przypomnieć pamiętne kreacje Borisa Karloffa ze zdrutowanym czołem i kwadratową czaszką, znakomitego Roberta De Niro w filmie Kennetha Branagha czy też ostatnio Jacoba Elordiego w wersji Guillerma del Toro.
To zaskakujące, że niezwykła wizja brytyjskiej autorki stanowi do dziś pretekst do rozmowy o Bogu Stworzycielu, motywach stworzenia i boskiej odpowiedzialności za stworzenie. To także okazja do stawiania pytań o to, czy za precyzyjną konstrukcją wszechświata stoi inteligentny projekt, czy może mamy do czynienia z genialnie samoregulującym się mechanizmem, który wypracował swoje prawa na drodze ewolucji. W końcu co myśleć o konsekwencjach badań naukowych na czele z klonowaniem oraz o możliwościach i zagrożeniach, jakie daje nam do ręki sztuczna inteligencja.
Gdyby dziś osiemnastolatka napisała taką powieść, niektórzy załamywaliby ręce, ubolewając nad tym, co ona ma w głowie. Chwilami okrutna i przerażająca, ponura i dramatyczna, mieszająca grozę i tragizm z elementami horroru. A jednocześnie dzieło ponadczasowe, które od przeszło dwustu lat zachwyca kolejne pokolenia czytelników i inspiruje kulturę popularną.
To niewątpliwie jeden z cudów w historii literatury, którego okoliczności powstania same w sobie są literaturą. Wszystko wydarzyło się 16 czerwca 1816 roku w willi lorda Byrona nad Jeziorem Genewskim. W grupie osób, które się tam znalazły, była między innymi Mary Shelley, a właściwie Mary Godwin, bo tak brzmiało jej panieńskie nazwisko. Było ciemno, padało rzęsiście i znudzone towarzystwo zabawiało się, opowiadając sobie straszne historie na dobranoc. Jedną z nich była opowieść o przygodach Victora Frankensteina. To o tyle istotne, że liczne ekranizacje filmowe tej książki, które mamy w pamięci, położyły nacisk na monstrum, które wyszło spod jego ręki, a które w rzeczywistości jest tworem bezimiennym. Twórca nie nadał albo nie zdążył nadać mu imienia, co okazuje się decyzją brzemienną w skutki.
Jest to powieść epistolarna, a jej narratorem jest Robert Walton – podróżnik i żeglarz, który podczas jednej z wypraw spotyka będącego na granicy śmierci tytułowego bohatera.
Shelley wprowadza do swojej relacji pośrednika, osobę trzecią, która nie jest ani szalonym wynalazcą, ani fantastycznym stworem, tylko człowiekiem takim jak my. Ten zabieg sprawia, że mamy w powieści swojego reprezentanta, który dziwi się naszym zdziwieniem, jest wstrząśnięty naszym wstrząsem i który na naszych oczach przechodzi ewolucję pod wpływem tego, co słyszy. Poza tym świadek uwiarygadnia tę przerażającą historię.
Historię, której osią jest pytanie dotyczące tego, jak powstaje życie i czy człowiek potrafi to odkryć dzięki nauce.
Główny bohater jest dzieckiem oświecenia, czyli epoki, która podkreśla niezwykłe możliwości ludzkiego umysłu. To czas odkryć naukowych Newtona, Leibniza, Watta, Celsjusza, które w dziewiętnastym wieku przyspieszą z nieprawdopodobną energią, znajdując wiele praktycznych zastosowań. Żeby zrozumieć filozoficzną i moralną treść Frankensteina, trzeba uchwycić zarówno motywy metafizyczne, jak i czysto materialistyczne, które kierują obsesją głównego bohatera, czyli zamierzeniem wydarcia Bogu patentu na stworzenie człowieka. Zresztą te dwie perspektywy się łączą. Inaczej mówiąc, pytania teologiczne powstają w samym środku problemów czysto naukowych.
Dzisiaj wiele mówimy o antropiczności wszechświata, o stałych fizycznych i o tym, że gdyby odrobinę tylko zmienić takie wartości jak prędkość światła czy wartość przyciągania ziemskiego, życie w ogóle nie mogłoby powstać. To każe nam na nowo zadawać sobie stare pytania, które – wydawało się – mamy już za sobą, o to, czy za tak precyzyjną konstrukcją wszechświata stoi inteligentny projekt, czy może mamy do czynienia z genialnie samoregulującym się mechanizmem, który te prawa wypracował na drodze ewolucji.
Autorka stara się nam nieco narzucić interpretację, ponieważ pełny tytuł powieści brzmi: Frankenstein, czyli współczesny Prometeusz.
To wskazuje na ten aspekt mitu o Prometeuszu, o którym często zapominamy, mianowicie że stworzył ludzi, lepiąc ich z gliny pomieszanej z łzami. To piękny obraz. I doskonale ujmuje motywacje Victora, który cierpi po śmierci matki i właśnie z niezgody na śmierć chce nauczyć się tworzyć ludzkie życie. Dlatego mu kibicujemy i współczujemy, bo zapłaci za tę próbę, tracąc kolejnych bliskich. Jak Prometeusz cierpiący na skale Kaukazu za to, że skradł ogień i podarował go ludziom, aby ulżyć ich doli.
I podobny tragiczny los jest odtwarzany w historii doktora Frankensteina.
Tak, ale właśnie dwa aspekty mitu o Prometeuszu odgrywają ważną rolę u Shelley – stworzenie człowieka i odpowiedzialność za niego. Victor Frankenstein ma obsesję stworzenia człowieka, którego zszywa z kawałków ciał, wydobytych z cmentarzy. Chce odkryć tajemnicę iskry życia, która, jak powiedziałaby mitologia, należy do bogów, czy jak uczy teologia chrześcijańska, jest prerogatywą Boga. Gorzej mu idzie z odpowiedzialnością za to, co zrobił.
Zastanawiam się nad motywacją, która mu towarzyszy. Bo z jednej strony on rzeczywiście jest zafascynowany stworzeniem czegoś, co będzie żyło samodzielnie. Ale z drugiej strony nie zadaje sobie pytania, po co to robi i czemu to ma służyć.
Jego wyłącznie napędza ambicja, którą kierują się wszyscy konkurenci Boga w historii.
Czyli ci, których współcześnie możemy odnaleźć w filmach typu Jurassic Park czy Łowca androidów.
On oczywiście ma swoich odpowiedników w kulturze masowej, podobnie jak i poprzedników, na przykład twórców Wieży Babel, ale jako taki jest nowoczesnym demiurgiem, którego wykreowała literatura.
Wydawać by się mogło, że przywołany tu prometeizm wiąże się ze szlachetnymi pobudkami.
W równym stopniu szlachetnymi, co głęboko egotystycznymi. Starożytni Grecy mieli na to dobre słowo – hybris – opisujące rodzaj ludzkiej dumy lub pychy, prowadzącej do nieodpowiedzialnego przekraczania granic. Innymi słowy, są rzeczy, które możemy uczynić, bo leżą w naszej mocy – a dzisiaj nauka podsuwa nam cały szereg takich instrumentów – ale nie powinniśmy tego robić z roztropności i ostrożności, przewidując konsekwencje.
Romantyzm, którego przedstawicielką jest Shelley, rozwija ideę hybris na wielką skalę.
Wystarczy wziąć Wielką Improwizację z III części Dziadów Mickiewicza – słynny monolog Konrada, który chce odebrać Bogu władzę, bo twierdzi, że będzie rządził światem lepiej niż On. Jest to istotne przedefiniowanie tego, kim jest człowiek, który od tej pory będzie postrzegany właśnie w perspektywie zdolności do przekraczania granic, odwagi transgresji, a nawet gotowości popełnienia bluźnierstwa, jeśli uzasadniają to szlachetne pobudki, na przykład chęć naprawy świata.
Kiedy zastanawiamy się nad fundamentalnym pytaniem tej powieści, czyli: „Co ja właściwie robię?”, przychodzi mi do głowy pewna refleksja. Jedna z ważniejszych edycji Frankensteina ukazała się nakładem Wydawnictwa MIT Press mieszczącego się w Instytucie Technologii w Massachusetts. To jedna z najważniejszych i najlepszych uczelni technicznych na świecie. W ramach studiów każe się tam przyszłym inżynierom czytać między innymi Frankensteina. A w miejscu, w którym czytelnicy dochodzą do następującego fragmentu: „Lecz teraz, gdy skończyłem to dzieło, piękny sen rozpłynął się w próżni, a zapierająca dech groza i wstręt wypełniły moje serce. Nie mogąc dłużej znieść widoku istoty, którą stworzyłem, wybiegłem z pracowni” – widnieje przypis, który brzmi: „Takie myśli nawiedzały doktora Oppenheimera, kiedy stworzył bombę atomową”. To tylko pokazuje szerokie możliwości interpretacyjne tego tekstu. My, rozmawiając, rozważamy w jego kontekście teologię stworzenia. Redaktorom MIT zależało na pobudzeniu wyobraźni inżyniera odnośnie do ewentualnych skutków jego pracy.
Według mnie powieść balansuje na granicy moralizowania. Shelley chwilami jest zbyt dosłowna. Nie trzeba wielkiego wysiłku, żeby potraktować tę historię jako przykład opowieści o naukowcu, dziś powiedzielibyśmy: technokracie, który zostaje ukarany za swą pychę i ponosi bolesne konsekwencje swojej pracy.
Gdyby rzeczywiście tak było, wystarczyłaby nam stara bajka Lukiana o uczniu czarnoksiężnika, który pod nieobecność mistrza samodzielnie zaczął używać czarów, chociaż do końca ich nie opanował i o mało co nie sprowadził potopu na pracownię. Sens opowieści Mary Shelley i jej głębia alegoryczna są dużo poważniejsze. Bo, przechodząc na stronę biblijną, one zmuszają nas do postawienia pytania: „Po co istnieję jako ludzka jednostka, która jest na świecie raz i nigdy jej już więcej nie będzie?”. To o tyle istotne, że inicjujące Biblię rozdziały, opowiadające o stworzeniu świata i człowieka, niewiele nam o tym mówią.
Wprost nie, ale możemy tę myśl zrekonstruować na podstawie reszty Pisma i powiedzieć, że Bóg tworzy świat z miłości. Swoim działaniem porządkuje pierwotny chaos. Co innego Frankenstein, który zamiast porządku tworzy chaos. W efekcie wychodzi chaos z chaosu.
Jest to powieść o porażce czynu, który miał być powtórzeniem gestu Stwórcy, a okazał się dramatyczny w skutkach. Shelley fenomenalnie rozgrywa kwestię motywu, jakim kieruje się Victor, i wyraźnie podkreśla różnicę w podejściu do własnego dzieła. Bóg biblijny stwarza człowieka i mu towarzyszy, stara się przyjąć wobec niego funkcje opiekuńcze i zbawcze, choć i On przecież rozczarował się swoim stworzeniem i zesłał na nie potop. Frankenstein od razu wyrzeka się swojego stworzenia i dalsze losy owego bezimiennego stwora są próbą zmuszenia stwórcy, aby ten przyjął odpowiedzialność za to, co zrobił.
To rzeczywiście interesujące, bo w pierwszej chwili monstrum, choć odrażające z wyglądu, jest w jakiś sposób niewinne. Nie wie, kim jest, nie mówi, jest zagubione, samotne i rzucone w świat. Nie ma żadnej przeszłości. Nie wie, jak się nazywa, skąd się wzięło. Odkrywa wszystko jako nowe, dotyka i próbuje nazywać. Dopiero potem, w miarę dojrzewania świadomości rodzą się w nim gniew i nienawiść.
Dlatego niezwykle ważne jest to, żeby przeczytać tę powieść od początku do końca, bo ona jest zupełnie inna niż ekranizacje filmowe. Zwłaszcza ta z lat trzydziestych ubiegłego wieku, nieśmiertelna i ikoniczna, z Borisem Karloffem, redukująca całość do sztafażu horroru.
Narracje filmowe z oczywistych powodów przyspieszają i upraszczają akcję. Natomiast w powieści czas dojrzewania monstrum rozkłada się na kilka lat. To w gruncie rzeczy kolejne pytanie, które się w niej pojawia, dotyczące tego, w jaki sposób uzyskujemy świadomość moralną. Autorka skłania się ku tezie, że na początku stworzenie jest dobre, a dopiero potem, w wyniku kontaktu ze społeczeństwem nabiera cech negatywnych. W jakimś sensie dzieje się to pod wpływem odrzucenia ze strony ludzi, którzy są przerażeni wyglądem potwora, czego on na początku nie rozumie. Gdy jednak w końcu ogląda swoje odbicie w wodzie, zaczyna sobie uświadamiać, jak bardzo różni się od istot, wśród których żyje.
Mary Shelley narusza wzór estetyki, która ciągnie się od starożytności przez średniowiecze, gdzie to, co brzydkie, jest złe, a to, co ładne, jest dobre. Romantyzm zerwał z takim myśleniem w sposób zdecydowany. Mamy piękne postaci, które są złe do szpiku kości, i odwrotnie. W przypadku tej powieści jest jeszcze ciekawiej, ponieważ w tej samej postaci ewoluują uczucia, czego przykładem są wspaniałe dialogi między bohaterami i długie monologi, które śmiało możemy nazwać egzystencjalnymi.
Natomiast jeszcze raz wrócę do kontekstów historycznego i filozoficznego. Oświecenie na fali racjonalizmu i eksperymentowania postawiło na nowo pytanie o rolę Boga w stworzonym bardzo precyzyjnie świecie. Inaczej mówiąc: „Co dalej?”. „Co Bóg ma do roboty w świecie najlepszym z możliwych?”, jak mówił Leibniz. Pascal kpił z deistów, twierdząc, że wyznaczyli Bogu rolę zegarmistrza, który skonstruował doskonały mechanizm, uruchomił wahadło i zasiadł jako widz, bo już nie ma nic do roboty.
Tak moglibyśmy pomyśleć o doktorze Frankensteinie, który tworzy, a potem ucieka ze swojej pracowni.
W istocie o to chodzi Shelley, o wystawienie Bogu rachunku za potworny wymiar człowieka – zwłaszcza w sytuacji, kiedy staje się mordercą na masową skalę. Przeto monstrum w powieści idzie w ślad za swoim stwórcą i dąży do przywrócenia z nim relacji. I skoro nie może być to relacja miłości, będzie to relacja nienawiści: „A przecież ty, mój stwórca, gardzisz mną i odpychasz ze wstrętem od siebie swoje własne stworzenie, z którym łączą cię więzy niedające się rozwiązać inaczej, jak tylko przez to, że jeden z nas zginie. Dążysz do tego, by mnie zabić. Jak śmiesz igrać w ten sposób z życiem? Spełnij swój obowiązek względem mnie, a ja spełnię swój wobec ciebie i reszty ludzkości”.
Ten fragment to nawiązanie do biblijnej Księgi Rodzaju, której autor podkreśla, że „Nie jest dobrze, żeby mężczyzna był sam”. Monstrum, odnajdując swego stwórcę, wylewa przed nim swój żal w gigantycznym monologu opowiadającym o jego dotychczasowym nędznym życiu. A konkluzją jest żądanie stworzenia towarzyszki życia, podobnej do niego istoty, która przełamałaby jego samotność. Dzięki temu zabiegowi monstrum przestałoby dręczyć Victora. To zupełnie się gubi w filmowych interpretacjach.
Niestety Narzeczona Frankensteina i inne tego typu produkcje trywializują tę wspaniałą powieść. Bardzo dobrze wybrnął z tego Kenneth Branagh w swojej wersji z 1994 roku, bo grana przez Roberta De Niro istota jest najczęściej pogrążona w półcieniu i pokazana w niepełnym oświetleniu. To robi bardzo dobre wrażenie, bo nie mamy poczucia groteski. I nawet jeśli postać jest połatana i pozszywana, to kiedy wypowiada rzeczy głębokie, jej wygląd nie zakłóca nam odbioru i nie odbiera siły jej słowom. Ultimatum, aby Victor stworzył mu towarzyszkę, pokazuje, jak powieść polemizuje z historią stworzenia, bo przecież mamy tutaj replikę stworzenia Adama i Ewy, nasyconą tragicznie ludzką treścią. A jest nią samotność stworzenia. Rozumiemy to pragnienie, podobnie jak rozczarowanie wynikające z niemożności jego spełnienia.
To z kolei jeden z powodów rodzącej się w monstrum nienawiści. Niewinność, jaka towarzyszyła mu przy narodzinach, powoli z niego uchodzi. Ludzie go przeganiają kamieniami. Rodzina, u której potajemnie mieszka i obserwuje jej zwykłe życie, również go odrzuca, przerażona jego fizjonomią. To prowadzi do odkrycia zła i zadawania innym perfidnego i wysublimowanego bólu. Zabijając jednego po drugim członków rodziny Victora, karze go bezwzględnie i skazuje na obłęd.
Można by sobie zadać pytanie odnośnie do tego, co by było, gdyby Victor Frankenstein był dzisiaj chirurgiem plastycznym, który dysponuje lepszą aparaturą i wiedzą. Czy stworzyłby lepszy „produkt” na wzór Kena i Barbie i nie byłoby problemu?
Shelley dotyka w tym miejscu bardzo ważnego elementu ludzkiego doświadczenia wyrażającego się w przeświadczeniu, że kiedy dzieje się nam dobrze, to mamy skłonność przyznawania światu sensu i bycia szczęśliwcami, którzy zasługują na swój los. Natomiast kiedy pojawiają się kłopoty w postaci straty lub cierpienia, których świat jest pełen od niepamiętnych czasów, wtedy rodzi się pytanie, kto jest za to odpowiedzialny. Zwłaszcza jeśli mówimy o cierpieniu niezawinionym.
Tu dochodzimy do kwestii, z którymi zmaga się człowiek religijny i próbuje je sobie wytłumaczyć teologicznie.
W perspektywie, którą za Leibnizem nazywamy teodyceą, a więc próbą wytłumaczenia zła i cierpienia w świecie z perspektywy dobrego Boga, mówimy o interwencji w ludzki los w postaci wcielenia. Ono jest formą dołączenia przez Boga do losu swojego stworzenia. Tego oczekuje monstrum od swojego stwórcy: Żyj ze mną, przyznaj się do mnie. Moglibyśmy dodać: Nie tylko wówczas, gdy wyglądam świetnie, jestem mądry, uprzejmy i wykształcony, ale także wtedy, gdy będę odrażający i w największym upodleniu.
Ta myśl jest wyrażona we fragmencie: „Wszyscy ludzie nienawidzą tych, którzy cierpią nieszczęście”.
To jest zadziwiające zdanie przypominające spór Pawła z Grekami na Areopagu opisany w Dziejach Apostolskich. Jego słuchacze nie byli w stanie zaakceptować tego, że można czcić człowieka ukrzyżowanego. Ciało udręczone nie może być przedmiotem adoracji. Może być przedmiotem współczucia, sprawiedliwego gniewu, ale nie podziwu. Patrzymy z zachwytem na greckich bogów, imponują nam ich zdrowe i doskonałe ciała, natomiast kondycji chorej czy cierpiącej usiłujemy zaradzić, usunąć ją jako coś, co jest skazą na stworzeniu. W tej powieści owej skazy usunąć się nie da. Istoty nie da się poprawić. Nawet my, którzy dysponujemy nieporównanie potężniejszą siłą nauki i medycyny – nie tylko upiększającej, ale przede wszystkim tej, która przynosi ukojenie naszym cierpieniom – z tym sobie nie poradzimy. Dlatego najważniejszej zagadki odnawiania życia, którą chce rozwikłać Frankenstein, nam także nie udało się rozwiązać. W związku z tym pytania: „Dlaczego umieram?”, „Co takiego zrobiłem, że muszę cierpieć?” – które dla starożytnych Greków były fundamentalne – mogą być przezwyciężone tylko w ten sposób, że człowiek udręczony i torturowany jest obiektem miłości. To jest interwencja Ewangelii.
Podobnie jak kwestia przekroczenia bólu odrzucenia, czego monstrum nie potrafi zrobić. Choć rozumie różnicę między dobrem a złem, to jednocześnie jedynym i narzucającym się sposobem reakcji na odtrącenie jest nienawiść. To także brakujący element, który można odnaleźć w Ewangelii w postaci szokującego przesłania: „Miłujcie waszych nieprzyjaciół”. Czyli, innymi słowy, przełamujcie swój ból i wybaczajcie nawet swoim prześladowcom. To oczywiście heroizm, do którego większość z nas, ani tym bardziej bohater powieści, nie sięga. W swoich zachowaniach jest starotestamentalny, kieruje się zasadą „oko za oko, ząb za ząb”.
I tak, i nie. Humanizm renesansowy afirmował człowieka w jego złożoności i różnorodności form fizycznych. Nie tylko harmonijnych, młodych i zdrowych, ale także cierpiących lub starych. Shelley idzie krok dalej. Prawdziwie afirmować może nas tylko ktoś, kto nas kocha. Jeśli nie Stwórca, to ktoś, kto żywi do nas miłość. Tu nie ma mowy o interwencji chirurgicznej, poprawie wyglądu, dostarczeniu lekarstw, poprowadzeniu na terapię. Opowieść Mary Shelley to historia istoty chorej na samotność metafizyczną. Stwór chce towarzyszki życia, ale dobrze wiemy, że nie w tym rzecz. Jego samotność jest najgłębsza z możliwych i polega na braku wsparcia ze strony swego stwórcy. To zresztą znakomicie pokazuje sama konstrukcja powieści, która zaczyna się i kończy w tych samych okolicznościach przyrody. Jesteśmy w lodach północy. Jedynym miejscu, gdzie nikt go nie ściga ani nie prześladuje. A zarazem wie, że wciągnie w ten pościg Victora.
Ponieważ w którymś momencie role się odwracają i ten, który był ścigany, zaczyna ścigać swojego prześladowcę, pałając chęcią zniszczenia swojego dzieła. O tym opowiada finał powieści, który wydał mi się nieco rozczarowujący.
Pozwolę się nie zgodzić. A to dlatego, że w mojej ocenie pokazuje on niezwykłą siłę literatury. Nie potrafię sobie wyobrazić, co mogłoby mnie skłonić do współczucia istocie będącej okrutnym mordercą, istocie, której wygląd sprawia, że najprawdopodobniej odwróciłbym od niej wzrok. Tymczasem powieść, która tego wszystkiego nie ukrywa, opisując z detalami potworności, jakich ta istota się dopuszcza, jednocześnie pokazuje ją jako bezradną i cierpiącą, co powoduje, że po ludzku jest mi ona bliska i potrafię się z nią identyfikować.
Być może każdy z nas nosi w sobie gen Victora Frankensteina – zarówno w sensie pewnego buntu wobec zastanych schematów i pragnienia doświadczeń granicznych, jak i ucieczki od odpowiedzialności za niepowodzenia. Gdy Victor opuszcza swoją pracownię, wydaje mu się, że jego przeszłość zostanie tam na zawsze i nie będzie musiał do niej wracać. Zamknie ją w szafie i wyrzuci klucz. To trąci psychoanalizą i tym, że mamy w sobie także cień, jak powiedziałby Jung, czyli również gen monstrum – tego, co niechciane, czego się wstydzimy i boimy. I z czym prędzej czy później przyjdzie nam się skonfrontować.
(…) wszechmocny i wszechwiedzący Bóg musiał zdawać sobie sprawę, że dar wolności, jaki nam ofiarował, doprowadzi nas w końcu także do popełniania rzeczy złych. I czy w związku z tym może tak po prostu się wycofać ze swojej pracowni zwanej światem?
A ja dodałbym jeszcze jedno ważne pytanie, dotyczące kwestii przywołania Boga do odpowiedzialności za swoje dzieło. Żeby daleko nie szukać, wystarczy sięgnąć po Hymny Kasprowicza czy wspomnianą już tu Wielką Improwizację, gdzie rozpaczliwe i gniewne monologi liryczne próbują sprowokować Go do reakcji. Ponieważ wszechmocny i wszechwiedzący Bóg musiał zdawać sobie sprawę, że dar wolności, jaki nam ofiarował, doprowadzi nas w końcu także do popełniania rzeczy złych. I czy w związku z tym może tak po prostu się wycofać ze swojej pracowni zwanej światem?
Ryszard Koziołek – polonista, profesor nauk humanistycznych, od 2020 roku rektor Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach. W latach 2012–2014 członek jury, a w roku 2015 przewodniczący Nagrody Literackiej „Nike”. Nagrodzony m.in.: Nagrodą Literacką Gdynia i Nagrodą im. Kazimierza Wyki. Wraz z Ewą Niewiadomską na antenie Polskiego Radia Katowice realizuje cykl Poczet Pisarzy Polskich, a z Wojciechem Mannem w Radiu Nowy Świat audycję Między Książkami. Wydał m.in.: zbiory esejów Wiele tytułów oraz Czytać, dużo czytać, a ostatnio wybór felietonów z tygodnika „Polityka” zatytułowany Świat w oczach sąsiadki. Mieszka w Katowicach.
Roman Bielecki – dominikanin, rekolekcjonista, kaznodzieja i publicysta. Ukończył prawo na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim i teologię na Papieskiej Akademii Teologicznej. Od 2010 roku jest redaktorem naczelnym miesięcznika „W drodze”. Popularyzator pielgrzymek do Santiago de Compostela. Niedawno wydał Rusz duszę. Każdy ma swoje camino. Mieszka w Poznaniu, gdzie od lat celebruje niedzielną mszę świętą o dwudziestej pierwszej (profil „Msza21 dominikanie” dostępny na FB i Spotify).
Okładka
Strona tytułowa
Strona redakcyjna
Wstęp. Otto Katz wygłasza kazanie, czyli o sile literatury
Rozdział pierwszy. O śnie, co rozpłynął się w próżni, czyli o stworzeniu. Mary Shelley, Frankenstein, czyli nowy Prometeusz
O Autorach
Spis treści
Cover
Strona tytułowa
