Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Nie pamiętam, kiedy po raz pierwszy wyruszyłem, aby uprawiać kłusownictwo na terytorium teologii. A może zawsze tam byłem, jak każdy, kto karmił się od dzieciństwa opowieściami biblijnymi, pieśniami, modlitwami, obrazami, a wszystkie one dotyczyły „istot, które są zawsze. Są, bo są. Wyobrazić sobie po prostu nie mogłem ani [takiej istoty] początku, ani też jej końca. […] Należała do nas, a my do niej, ani my od niej, ani ona od nas nie mogła się odłączyć” (wierzcie czy nie, ale to Maria Konopnicka w Naszej szkapie). Wobec przestrzeni, która nieuchronnie otwierała się tu przed umysłem, wyobraźnia stawała się niezbędna. A tę najlepiej pobudzała literatura. Podziwiana, a później studiowana i badana, okazywała się robić to samo, co umysł nastolatka rozczarowanego abstrakcją dogmatów i monotonią liturgii – konkurować z teologią. To był przez wieki inspirujący spór, który przynosił owoce obu stronom. Ale na naszych oczach przechodzi właśnie do archiwum. Obawiam się, że bez heretyckiej mocy literatury, która przez wieki ożywiała przesłanie ewangeliczne, przyjdzie czas amnezji czy też „erozji wyobraźni religijnej” – jak to nazywał Czesław Miłosz.
Zebrane w tej książce eseje to efekt wieloletniej, osobistej spłaty długu, jaki moja wyobraźnia zaciągnęła w spekulującej teologicznie literaturze. Ale jest to również nostalgiczny protest przeciw wymieraniu języków Księgi, które przez wieki współtworzyły wielkie literackie dzieła.
Autor
W tomie zebrano rozproszone teksty znakomitego literaturoznawcy – znane czytelnikom z jego wcześniejszych książek oraz łamów „Tygodnika Powszechnego”. Odczytane razem, układają się w hymn opiewający odwagę wyobraźni i wolność literatury, które są siłą napędową rozważań o ludzkim losie, moralności i miejscu, jakie zajmujemy wobec spraw codziennych i ostatecznych.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 271
Data ważności licencji: 5/6/2033
Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.
Projekt okładki Łukasz Piskorek
Projekt typograficzny i redakcja techniczna Robert Oleś
Copyright © by Ryszard Koziołek, 2026
Redakcja Magdalena Budzińska
Korekta Małgorzata Uzarowicz
Skład Ewa Ostafin / d2d.pl
Konwersja i produkcja e-booka: d2d.pl
ISBN 978-83-8396-328-0
Nie wiadomo dokładnie, czym jest ani skąd ją mamy. Niemniej bez wyobraźni ludzki umysł tonąłby w zupie wrażeń zewnętrznych i wewnętrznych, niemożliwych do scalenia w jakąkolwiek formę. Wyobraźnia pozwala się człowiekowi zobaczyć w osobnym obrazie, który stawia tamę zarówno anarchii bodźców atakujących nasze ciało, jak i chronicznej niepewności podmiotu co do tego, kim naprawdę jest. Nie znaczy to bynajmniej, że te wyobrażone obrazy siebie są prawdziwe. Przeciwnie – najczęściej są na wskroś narcystyczne. Ale bez pracy odrywania się od niewyrażalnego „siebie”, czyli bez abstrahowania i idealizowania podmiotu, niemożliwe byłoby myślenie, mówienie i tworzenie. Dlatego wyobraźni potrzebują filozofia i estetyka, nauka i poezja; i oczywiście religia. Dzięki wyobraźni bowiem możemy myśleć o tym, czego nie wiemy, nie widzimy, nie czujemy, nie słyszymy, nie dotykamy. A jednak potrafimy wystawić to na pokaz swojemu umysłowi, czyli wyobrazić sobie, co moglibyśmy przeżyć albo co przeżyli inni, którzy się tym z nami podzielili. Wyobraźnia wytwarza w umyśle odbicia rzeczy i zdarzeń prawdziwych, jak i tych, które nigdy nie miały miejsca. Nie tylko je naśladuje, ale swobodnie montuje i modyfikuje te umysłowe przedstawienia, obsadzając nas i naszych bliźnich w wymyślonych scenach, sytuacjach lub całych fabułach. Jako dysponenci wyobraźni jesteśmy naprawdę wolni; dokonujemy w niej najstraszliwszych zbrodni i czynów najszlachetniejszych; niszczymy światy i ratujemy mrówkę przed nadjeżdżającym pociągiem.
Wygląda to na jedyne „szczere królestwo człowieka” – jakby powiedział François Rabelais. Ale nieposkromiona iluzjotwórcza siła wyobraźni potrafi nam też porządnie namieszać w głowie wytrenowanej racjonalną edukacją. Możemy sobie powtarzać, że to tylko nasza poczciwa piwnica ze słojami kompotów i paroma sennymi pająkami, ale wyobraźnia przy użyciu kilku scen filmowych przerobi ją w scenografię horroru. Podbita emocjami, wyobraźnia zakłóca wiarygodny obraz rzeczywistości, zwłaszcza jeśli nie poskramiają jej fakty lub nie staje jej na drodze mur realnego życia.
Ale z tego samego źródła pochodzi wywrotowa siła wyobraźni, która bezsilnej i ograniczonej zewsząd ludzkiej drobinie pozwala lekceważyć fakty i mury. „Zamknięty w skorupce orzecha, jeszcze czułbym się władcą nieskończonych przestrzeni” – mówi o tej mocy Hamlet. Swoboda wyobrażania sobie, że wszystko może być inne, niż jest, czyni z wyobraźni niezbędny składnik każdej rebelianckiej myśli.
Teologia, która musi zarządzać chaosem indywidualnych wierzeń religijnych, jest z konieczności zakładniczką naszych wyobrażeń o rzeczach świętych. Choć nie są tym samym, wiary bez wyobraźni wyobrazić sobie nie sposób. Związek ten jest skazany na chroniczną niewierność, cementują go jednak nieukojona tęsknota i nieustanna porażka myślenia religijnego, które bez skutku próbuje przyswoić sobie niepojmowane fundamenty chrześcijaństwa, czyli idee absolutu i wieczności. Co tam wieczność! Prawdy wiary pozostają bez szans wobec dryfujących wyobrażeń nudzącego się podczas mszy nastolatka, a cóż dopiero, gdy do gry włączą się zawodowcy jak Dante czy Milton. Żadna dogmatyczna smycz nie utrzyma umysłu pobudzonego fikcją literacką.
Zagrożenie dla teologii płynące ze strony wyobraźni literackiej stało się naprawdę poważne wraz z nastaniem dominacji chrześcijaństwa w całym świecie zachodnim i znacznej części Wschodu. Opowieści biblijne, ich treści dosłowne i symboliczne, przemieniły się we wspólny język milionów ludzi. Tym samym kultura europejska zyskała słownik zrozumiały od Lofotów po Gibraltar; od Islandii po Syberię. Literatura nie mogła przepuścić takiej szansy podłączenia się do pierwszego w dziejach globalnego streamingu. Rozpoczął się, trwający przez co najmniej dwa tysiące lat, proces literackiego przepisywania Biblii. Parafrazując Whiteheada, można zaryzykować tezę, że literacki kanon Zachodu to w większości przypisy do Biblii.
Po reformacji – ostatniej wielkiej schizmie chrześcijańskiej – rolę herezji wyznaniowych przejęła literatura nowożytna. Potwierdzeniem jej wywrotowej siły był ogłoszony w 1559 roku przez Pawła IV Indeks ksiąg zakazanych, który na czterysta lat uczynił z literatury największe zagrożenie dla spójności doktrynalnej Kościoła (zlikwidował indeks też Paweł, ale VI, w 1966 roku). Na pierwszy ogień poszli – co oczywiste – Marcin Luter i Jan Kalwin, ale również Niccolò Machiavelli, Ludovico Ariosto czy Erazm z Rotterdamu. Nie zapomniano także o przekładach Biblii na języki narodowe. Indeks był tyleż wyrazem fundamentalizmu teologicznego, co głębokiej przenikliwości liderów Kościoła u progu nowożytności, którzy zrozumieli, że donatyści, doketyści, arianie, pelagianie, marcjoniści, montaniści czy monofizyci to nieszkodliwi dziwacy, których prześladowania przechodzą właśnie na czarne karty historii Kościoła. Prawdziwym wrogiem będą zaś Wolter, Milton, Flaubert czy Hugo. Kościoły luterańskie wcale nie okazały się bardziej tolerancyjne. Dla Lutra pobożni i przyzwoici anabaptyści byli gorsi od papistów, bo wykrzywiali – jak był przekonany – „jego” nową doktrynę. Ale zwracano też uwagę na to, że Biblia stała się dla literatury wielkim rezerwuarem opowieści i emocji, księgą wcieloną w całą ówczesną cywilizację chrześcijańską. Ta bezczelna eksploatacja świętej tradycji rzucała otwarte wyzwanie ortodoksji.
Nie chodziło jedynie o majstrowanie przy dogmatach czy eksplorowanie przez pisarzy magazynu z symboliką chrześcijańską. Daleko poważniejsza stała się rywalizacja między religią a literaturą o wyjaśnienie sensu pojedynczego życia; o wykładnię, jak mądrze żyć w obliczu niechybnej śmierci. Od wieków bowiem targa człowiekiem uzasadnione podejrzenie, że jego życie z perspektywy dziejów wszechświata sensu nie ma. A już najbardziej niepojęte i nieakceptowalne są towarzyszące nieodłącznie każdemu istnieniu cierpienie i śmierć. Literatura stała się więc rywalką religii na polu mądrości życia, która powstaje w zmaganiu się z grozą bezsensu.
Tę wielką pracę egzystencjalnego pocieszenia literatura wykonuje od wieków. Ale w syntetycznym uproszczeniu można ją podzielić na dwie epoki: tragedii i herezji.
Pierwsza jest wynalazkiem Greków i – jak objaśniał mitograf Karl Kerényi – narodziła się prawdopodobnie przy okazji małych Dionizji, czyli wiosennych świąt ku czci Dionizosa, podczas których zabijano kozła, a jego krwią skrapiano pędy winorośli. Kozioł ponosił karę za to, że zjada liście winogron. Tragizm jego losu polegał na tym, że w marcu winorośl nie ma jeszcze żadnych liści, kozioł nie ma więc czego obgryzać. A jednak zostaje zabity na skutek antycypacji winy – prewencyjnie. Człowiek przebrany za biedne zwierzę śpiewał w imieniu kozła (a tak naprawdę w swoim własnym) pieśń, w której skarżył się, że to niesprawiedliwe. Tak narodził się artystyczny obraz ludzkiego życia świadomego śmierci, czyli egzystencja. Rodzimy się z winą, choć jeszcze niczego złego nie zrobiliśmy. Musimy być czemuś winni, skoro wraz z aktem urodzenia otrzymujemy wyrok śmierci. Ale dlaczego? – krzyczy w naturalnym proteście każdy czujący człowiek. Nie da się tego uniknąć, trzeba z tym żyć. Nie czekając na spowiedź ani psychoanalizę, Ajschylos, Sofokles i Eurypides rozwinęli prostą skargę kozła w zbiorową arteterapię. Widz oglądał na scenie cierpienie i śmierć – tak wielkich bohaterów (Prometeusz, Antygona, Edyp), jak i zwykłych ludzi (Elektra, Medea) – i się tym cierpieniem wzruszał i zachwycał. Potworne piękno tych sztuk nauczyło nas cenić tragiczne piękno życia i świata. Każdy może przetestować na sobie terapeutyczne działanie sztuki na horror egzystencji, gdy kończąc oglądać Hamleta z dziewięcioma trupami na scenie, mówimy w zachwycie: „Wspaniałe!”. Co nie przeszkadza nam następnego ranka przy goleniu w panice zauważać postępującą inwazję siwizny i zmarszczek.
Nic więc dziwnego, że chrześcijaństwo zatriumfowało na globalnym rynku terapeutycznym, wypierając tragedię produktem prostszym i łatwiejszym do powszechnego przyswajania – obietnicą życia wiecznego w innym świecie, z którym życie doczesne zostało ściśle powiązane. Jeśli człowiek w to uwierzy, wówczas wszystko, co robi lub co mu się przydarza, stanie się sensowne i funkcjonalne, ponieważ wpływa na jego los po śmierci.
Za sprawą historycznego sukcesu chrześcijaństwa literatura znalazła się więc w całkowicie nowej sytuacji. Skoro religia odebrała tragedii funkcję terapeutyczną, literatura przeszła do partyzantki i zajęła wobec religii pozycję świeckiej herezji. Dzieje Tristana i Izoldy, poszukiwanie Świętego Graala, Powieść o Róży, Boska komedia, Gargantua i Pantagruel, Raj utracony, powieści markiza de Sade, Bracia Karamazow, Mistrz i Małgorzata… – wszystko to są heretyckie wyzwania rzucane kościelnemu monopolowi narracyjnemu w temacie sensu życia. To był przez wieki ożywczy agon, który mimo wszystkich napięć i konfliktów dobrze robił obu stronom.
A już polskiej literatury klasycznej bez jej krytycznego zwarcia z teologią wyobrazić sobie nie sposób. Sceptycyzm eschatologiczny Trenów, rywalizacja z Bogiem w Dziadach, rewolucja przeciw chrześcijaństwu w Nie-Boskiej komedii, ubóstwienie Petroniusza w Quo vadis, manicheizm Miłosza, miłosne bluźnierstwa maryjne Stasiuka, gnoza Tokarczuk, styl prozy Pilcha, prorocka rozpacz Świetlickiego… Można wymieniać bez końca. Niewielu jest ważnych pisarzy polskich, którzy nie budowaliby przynajmniej fragmentu swojej twórczości na zwarciu z chrześcijaństwem, a w istocie z polskim katolicyzmem. I znów: nie tylko literatura na tym korzystała. Sekularyzująca się kultura zachowała dzięki literaturze żywy, krytyczny, twórczy związek z tradycją biblijną, która na naszych oczach przechodzi właśnie do archiwum. Obawiam się, że bez heretyckiej wyobraźni literatury, która przez wieki ożywiała przesłanie ewangeliczne, przyjdzie czas amnezji; wielkiego powszechnego zapominania o chrześcijaństwie jako zestawie ratunkowym na myśl o własnej śmierci.
Zebrane w tej książce eseje to efekt wieloletniej, osobistej spłaty długu zaciągniętego w teologii przez literaturę, która pobudza i krzepi także moją wyobraźnię. Ale jest to również mój nostalgiczny protest przeciw wielkiemu wymieraniu języków Księgi.
Index librorum prohibitorum 1600–1966, éd. J. M. De Bujanda, Sherbrooke 2002; ¶ Kerényi K., Dionizos. Archetyp życia niezniszczalnego, przeł. I. Kania, Kraków 1997; ¶ Rabelais F., Gargantua i Pantagruel, przeł. T. Boy-Żeleński, Warszawa 2017; ¶ Shakespeare W., Hamlet, przeł. S. Barańczak, Kraków 2002.
To nie będzie prawdziwa historia, ale ta prawda zasługuje na taką właśnie historię.
W niedzielę około jedenastej zadrżał mi telefon w kieszeni. Wiadomość zawierała tylko zdjęcie bez tekstu. Widać było na nim wyciągnięte przed siebie ręce na tle oświetlonego słońcem górskiego zbocza. Ręce trzymały coś jakby czerwony słoik, nad którym unosiła się siwa chmurka. Ucieszyłem się i posmutniałem równocześnie. „Więc jednak to zrobiły”. Wolałbym być świadkiem zdarzeń niż słów, ale tak to jest z tymi, co za dużo czytają, a za mało żyją. Zawsze spóźnieni, żałują i czytają opowieści tych, co byli na koloniach, w wojsku, wcześnie rano na grzybach, w środku nocy na cmentarzu, lub po prostu tych, co przybyły na czas. „Przybyły”, bo to opowieść kobiet, którą teraz tnę, przekształcam i dokładam inne słowa, ponieważ skoro nie było mnie przy zdarzeniu, muszę zastąpić je znaczeniem. Po to właśnie jest sens – rekompensuje nieobecność. Jest naszą odpowiedzią na nieprzeżyte życie innych ludzi, które usiłujemy pojąć, ale także na życie własne, kiedy jest przeżywane jako ciągły niewczas.
Dziwnego słowa, które mi się tu natarczywie wcisnęło, używało się niegdyś do nazywania rzeczy i działań, których nie oczekiwano. „Niewczas” porzucony dziś w formie rzeczownika i czasownika był zwykle tym drugim i dobrze nazywał coś, co przychodzi nie w porę; albo za wcześnie, albo za późno; niewczesne, jak i poniewczasie; wyrychlone albo spóźnione. Ale także to, co swoją treścią powoduje niepokój, utrapienie i niewygodę. Jak choroba i śmierć – typowe niewczasy i fałszywe rzeczowniki, ponieważ nie odnoszą się do rzeczy, ale do przeżywania czasu wypełnionego bolesną treścią.
Czas, bym szedł od wygód na twarde niewczasy,
Do głębokiej pustyni, między głuche lasy,
Między głogi ościste.
(Piotr Besseusz, Heraklit chrzescianski)
Przyjdzie mi ten niewczas na myśl u schyłku tego dnia, ale w piątkowe jesienne popołudnie jeszcze o tym nie wiedziałem, nucąc sobie One for My Baby (And One More for the Road) podczas porządkowania papierów na biurku. Było kwadrans na czwartą, jak mówiła moja babka. Celebrowałem hamowanie tygodniowego młyna biurokracji i spokojne przechodzenie w dobrze zapowiadający się weekend. Prognoza obiecywała dwa suche, słoneczne, chłodne dni, co oznaczało, że późnym wieczorem wylądujemy na Spiszu, a więc jutro uda się wyprostować nogi na Słowacji. Kolejny dzwoniący telefon nie był w stanie wytrącić mnie z równowagi. Spojrzałem na ekran: Weronika? Chyba pół roku minęło od naszej ostatniej rozmowy – pomyślałem, wpatrując się w wyświetlacz z wahaniem, czy odebrać.
– Hej, niemożliwe, że dzw… – nie zdążyłem dokończyć wyrzutu, zalany łkaniem dobywającym się ze słuchawki. Po dłuższej chwili przerywany głos powiedział:
– Zmarł mój ojciec.
Jak to w takich sytuacjach, zacząłem niezdarnie bąkać wyrazy współczucia, ale po chwili płacz ustał, głos się zmienił, stał się silniejszy, a słowa płynne.
– Nie dlatego dzwonię. Ojciec przed śmiercią wymógł na mnie i siostrze obietnicę, że zostanie spalony, a prochy rozrzucimy nad Prusowem, wiesz, tam gdzie mamy letnią chałupę. Matka nie chciała o tym słyszeć. Podczas choroby ojca przeszła nawrócenie, więc kiedy przekazałyśmy jej życzenie ojca, zaczęła krzyczeć, że to profanacja zwłok, że jesteśmy gorsze niż poganie, a zdanie ojca nie ma znaczenia, bo wypowiedział je w chorobie. A może nawet nie wypowiedział, tylko same wpadłyśmy na ten chory pomysł. No i dziś pochowaliśmy urnę w rodzinnym grobie. Ale on tam nie chciał leżeć! – Głos Weroniki znów zaczął się łamać. – Jesteśmy mu to winne! Dlatego chcemy dziś w nocy wyjąć urnę i rozsypać prochy w miejscu, które kochał – powiedziała i znów wybuchnęła płaczem.
– No tak, racja – odparłem, kiedy ponownie się uspokoiła. – Też bym chciał spocząć w miejscu, gdzie dobrze się czułem za życia, a na żadnym cmentarzu nie czułem się dobrze. Tylko, Weronika, ja kompletnie nie wiem, co mógłbym zrobić.
– Nie mamy nikogo, kto by nam pomógł odsunąć płytę grobową.
Homer w Odysei opowiada, jak stara piastunka Eurykleja rozpoznaje Odysa po bliźnie na nodze, krzyczy z wrażenia i wywraca miskę. Wtedy poeta, nie zważając, że zaraz zlecą się wrogowie powracającego króla, jak gdyby nigdy nic serwuje nam sto wersów dygresji o tym, jak Odys zdobył tę bliznę, ponieważ uważa, że powinniśmy to wiedzieć, zanim akcja ruszy z miejsca. I wszyscy bohaterowie, niczym w zatrzymanym kadrze, grzecznie czekają, aż skończy. Ja też tak zrobię, choć przecież musiałem na prośbę Weroniki odpowiedzieć natychmiast. Sens tej odpowiedzi i dalszych wydarzeń splótł się nierozerwalnie z kilkoma kazaniami wielkanocnymi Johna Donne’a. A bez nich ja sam nie potrafię dobrze opowiedzieć o mojej bliźnie, a opowiedzieć o niej muszę. Zaczęło się od pytania, a może wyzwania z Psalmu 89: „Czy jest ktoś, kto by żył, a nie zaznał śmierci?”.
John Donne bowiem – jako poeta i kaznodzieja – najbardziej ukochał psalmy, a zaraz potem listy Pawła. „Pragnę się przyznać, że mój duchowy apetyt ciągnie mnie nieprzerwanie do psalmów Dawida ze Starego Testamentu na pierwsze danie, a listów św. Pawła z Nowego Testamentu na drugie”. Obaj, król poeta i spóźniony ewangelista, byli dla Donne’a wzorem własnego pomieszania zmysłowej namiętności i religijnego natchnienia, który to koktajl znamy z olśniewającej poezji autora Na idącą do łóżka. Równie mocno lub bardziej uderza Donne do głowy czytelnika w swoich kazaniach jako doktor i dziekan od Świętego Pawła.
Pracę kaznodziei rozpoczął w 1615 roku, choć w młodości nie zapowiadał się na duchownego anglikańskiego. Wychowany w rodzinie katolickiej, świetnie wykształcony (najpierw prywatnie, a później w Oxfordzie i Cambridge), rozpoczął znakomicie rokującą karierę jako sekretarz Thomasa Egertona, Lorda Strażnika Wielkiej Pieczęci. Fiasko planów przyniosła miłość i potajemny ślub z Anne More, bratanicą Egertona, który postarał się, żeby John stracił posadę, trafił do więzienia, a potem wraz z małżonką i powiększającą się rodziną klepał biedę. Do dziś badacze spierają się o motywacje jego przejścia na protestantyzm: czy stał za tym oportunizm polityczny, bezwyjściowa sytuacja męża i ojca bez środków do życia, czy rzeczywista zmiana przekonań religijnych? Nie ma szans na ostateczne rozwiązanie. Lęk polityczny był na pewno istotnym czynnikiem. Jeszcze za rządów Elżbiety I za samo opuszczanie nabożeństw przez miesiąc karano grzywną dwudziestu funtów, a w razie braku gotówki można było skonfiskować wagarowiczowi dwie trzecie majątku. Nie chodziło więc jedynie o wybór światopoglądowy, nawet jeśli polityka Jakuba I była początkowo łagodniejsza. Nie na długo jednak, gdyż od wybuchu wojny trzydziestoletniej (1618) ataki na katolików przybrały znów na sile, a sytuacja całkiem się skomplikowała za rządów Karola I (od 1625), który starał się wszystkie Kościoły podporządkować władzy królewskiej i ustanowić wspólny wzorzec liturgiczny. Ostatecznie kosztowało go to głowę.
Nie ma za to wątpliwości, że presja tych sił nadawała kazaniom Donne’a niesłychaną dramaturgię i wieloznaczność.
Zatrzymana kariera znów ruszyła z miejsca. Już po dwóch latach został kapelanem jednej z najsłynniejszych szkół prawniczych w Anglii – Lincoln’s Inn, a w 1621 roku dziekanem Katedry Świętego Pawła w Londynie. Przede wszystkim jednak zasłynął jako fenomenalny kaznodzieja, który gromadził cały inteligencki Londyn, tak że ludzie z braku miejsc tłoczyli się na zewnątrz katedry. Zwłaszcza jego kazania głoszone u Świętego Dunstana można nazwać homiletyką dla intelektualistów. Nam znany jako genialny poeta metafizyczny, twórca pieśni, sonetów i elegii, za życia słynął głównie ze swej prozy religijnej.
Buszując wśród jego ponad stu pięćdziesięciu kazań, w których nie rozumiem większości erudycyjnych aluzji opakowanych w dawną angielszczyznę, co rusz jednak zatrzymuję się olśniony artystyczną i teologiczną brawurą autora. Dlaczego kilka spośród jedenastu kazań wygłoszonych na temat zmartwychwstania spięło się w mojej głowie z historią Weroniki – nie umiem powiedzieć. Ot, jeden z tych cudów czytania, kiedy słowa sprzed setek lat okazują się napisane właśnie dla mnie. Jak te pochodzące z kazania z 1 kwietnia 1627 roku:
Ten, kto pragnie wydać książkę, powinien wpierw zapragnąć, by sam stać się książką, by samemu robić tak przykładne rzeczy, by inni mogli je odczytywać, odnosić się do nich i z nich korzystać.
Skoro zaś nie potrafię spełnić warunku przyległości życia i literatury, jestem jako „ten, kto nie uczynił niczego, co warte byłoby wspomnienia, nie wsparł świata w jego naprawie ani tym, co posiada, ani czasem, który otrzymał”. Dlaczego się zawahałem z odpowiedzią na prośbę Weroniki? Przecież podobnie jak Donne’a „przez całe życie uczono mnie uwielbienia wobec męczeństwa”. A jednak i on się zawahał i nie zaryzykował życia dla religii katolickiej.
W takich chwilach, rozpaczliwie krótkich, rozstrzyga się los, a przynajmniej honor bohatera. W opowiadaniu Borgesa Południe sprowokowany do nierównego pojedynku na noże inteligencik czepia się nadziei, że ocali życie, ponieważ jest bezbronny. A wtedy siedzący pod ścianą starzec rzuca mu pod nogi swój nóż. „Nie podnoś!” – krzyczymy. Ale nas nie słucha i po chwili „ściska mocno w dłoni nóż, którym być może nie będzie umiał władać, i wychodzi na równinę”.
„Nie podnoś tej płyty” – zadzwoniły ostrzegawcze dzwonki w mojej głowie. A rozsądek podsuwał wyobraźni gazetowe nagłówki: „Nauczyciel akademicki – hiena cmentarna”. Ale równolegle do uczucia lekkiej paniki zamigotała próżność: „Że też pomyślała o mnie”. Nie była to bynajmniej próżność z powodu wiary w moje – za przeproszeniem – polonistyczne mięśnie. Była to próżność strukturalno-gatunkowa. Układając plan włamania się do grobu, Weronika obsadziła mnie w roli awanturniczej, przeniosła z osi wyboru na oś kombinacji, dokonując zamiany urzędnika na łotrzyka. Więc nie wszystko stracone, jeszcze mogę brać udział w przygodzie?! Zaraz jednak pojawiła się silniejsza myśl: „Jak się z tego wycofać bez ujmy na honorze?”.
Jedną z desperackich strategii kłamania jest histeryczna prawda. Polega ona na prawdzie przesadzonej, wyznaniu tak zaskakującym, że słuchacz zamiast nas potępić, wpada w podziw dla naszej konfesyjnej brawury. Niestety nie da się tej strategii ćwiczyć, ona się nam objawia w panice i tylko wówczas jest skuteczna.
– Możesz na mnie liczyć – odparłem – ale noc nie jest dobra. Zróbmy to w biały dzień, ostentacyjnie, a jakby ktoś pytał, powiemy, że zapomniałyście włożyć ojcu do grobu jakiś ulubiony przedmiot. Zrobimy to jutro.
Zgodziła się, ale wiedziałem, że nie zaczekają. Moje miejsce w historii będzie zajęte przez kogoś innego. Już nic więcej się nie zdarzy.
8 marca 1621 roku Donne powiedział słuchaczom, że żyją na huśtawce, to wznosząc się, to opadając. I wcale nie jest to ruch między niebem a ziemią czy też między życiem a śmiercią.
Nasz grób jest na górze […]. Nasze codzienne pogrzeby symbolizują ten fakt, bo chociaż położą nas później w ziemi, to zanim to nastąpi, uniosą nas na ludzkich barkach do góry. Wznosimy się w górę w naszym dążeniu do śmierci i tak też czynimy w naszych rozważaniach na jej temat.
To pułapka mądrości, w którą wpadam, wyobrażając sobie, że lektura i namysł czyni mnie lepiej przygotowanym na „smak śmierci”. Dla poety jednak filozofia i literatura były niewystarczające, ponieważ nie potrafiły udzielić odpowiedzi na pytanie, co to znaczy być człowiekiem. Na czym opieramy to roszczenie do gatunkowej wyjątkowości, skoro umieramy jak wszystko, co żyje? „Quis homo? Co to za człowiek, który nie zna smaku śmierci? – pytał 28 marca 1619 roku i odpowiadał: – Nie znam żadnego”. Każda śmierć: w wypadku, na wojnie czy samemu sobie zadana – jest naturalna. Żadne cechy biologiczne: ani długość życia, ani siły fizyczne, ani dyspozycje intelektualne nie czynią nas zdolnymi do udzielenia odpowiedzi na pytanie o naszą gatunkową odrębność, na pytanie: „Quis homo? What man?”.Żadna próba odpowiedzi nie zmienia obrazu ludzkiego życia jako naturalnego, bezsensownego cyklu narodzin i śmierci. Tłumaczył to Donne w tym samym kazaniu, proponując słuchaczom:
Weź płaską mapę, glob wyrysowany na arkuszu. Tu na przeciwległych krańcach masz Wschód i Zachód. A teraz zwiń tę mapę w rulon, nadając Ziemi właściwą formę, a wtedy Wschód z Zachodem zetkną się jako jedno i to samo. Oto masz właściwie rozumiane ludzkie życie. Proch, którym jesteś, wraca do siebie. W okręgu, którym jesteśmy, dwa punkty spotkają się; łono i grób są jednym i tym samym.
Coś jednak na drodze do zamknięcia tego okręgu się zdarza, więc zanim nastąpi powrót do tego samego, czym byliśmy przed narodzeniem, mamy trochę czasu na zadanie lepszych pytań. Nawettchórzliwy, bierny obserwator życia też ma znaczenie, jeśli starannie powtórzy, co widział lub usłyszał. Doktor dziekan nagle nieco łagodnieje:
Dobry słuchacz potrafi być doktorem, tak jak kaznodzieja. Doktorem dla tego, kto siedzi obok […]. Doktorem dla całej swojej rodziny, gdy powtarza to, co usłyszał po powrocie do domu.
No więc powtarzam wam to patchworkowate kazanie wielkopostne, które rośnie na drożdżach anegdoty. Powtarzam tak, jak mogli powtarzać słowa Donne’a słuchacze, którzy nie zmieścili się w Katedrze Świętego Pawła: uzupełniali, zmieniali, upraszczali lub komplikowali, a nade wszystko już nie tylko słuchali, ale także sami opowiadali, pouczali, zadziwiali. Dobra książka sprawia, że chcesz pisać.
Jak się spodziewałem, znalazły zastępstwo. Kiedy przed drugą w nocy Ola zaparkowała naprzeciw bramy, zauważyły, że we wnęce cmentarnego muru lśni biała sylwetka. „Bolek?” – Weronika nie dowierzała własnym oczom.
– Ty idioto, coś ty na siebie włożył?! – syczała wściekła.
Miał na sobie błyszczący biały dres z trzema czerwonymi paskami. Zgasił papierosa, którego trzymał w przymkniętej dłoni, i rzekł do nich:
– Nie bójcie się! Myślicie, że ktokolwiek zbliży się do białej postaci w grobie?
– Może ma rację – wyszeptała Ola.
Tymczasem Bolek stawiał warunki.
– Najpierw kasa.
Weronika podała mu stówę.
– Zrobię to sam, wy zostajecie tu.
Przyjęły to nawet z ulgą. Po kwadransie jednak zaczęły się niepokoić.
Coś to za długo trwa. Zbliżyły się. Kamień był już odsunięty, a Bolek siedział na grobie po prawej stronie w tym głupim białym dresie i gapił się na urnę.
– Nic tu nie ma – mruczał – a my jeszcze chcemy ukraść to nic.
Ola szarpnęła go za ramię.
– Co jest? Zasuń płytę i wynośmy się stąd. I dawaj tę urnę.
Powstrzymał jej rękę.
– Ty serca nie masz? Pomyśl, jak będzie się czuła wasza matka, kiedy po śmierci znajdzie się w pustym grobie. Umierając, będzie przekonana, że połączy się z prochami męża, a tu nic, nawet jeszcze bardziej niż nic. Nie ma mowy, nie przyłożę do tego ręki. Chyba że – dodał po namyśle – chyba że część tu zostawicie?
Przez chwilę wydawało się, że Ola rzuci się na niego, ale Weronika ją uprzedziła. Wzięła stojący na ziemi znicz, wyjęła wypalony wkład i podała mu czerwone szklane serce. Ostrożnie otworzył urnę i wsypał część zawartości do środka.
– Jak to? – zapytała Ola. – Pół tu, a pół tam? To gdzie on właściwie będzie?
A może martwisz się tym – pytał doktor John za Justynem Męczennikiem w kolejną Wielkanoc – że jedząc mięso ryby, która pożarła jakiegoś człowieka, stajesz się tym człowiekiem? Ten pierwszy człowiek nie stał się rybą, która go zjadła, ani ta ryba nie zmieniła się w drugiego człowieka, który ją zjadł. Oboje, i człowiek, i ryba, są rozdzieleni na składniki, z których zostali zrobieni na początku. Gdyby tylko twoja wyobraźnia mogła przenieść cię tak daleko, abyś pomyślał nie tylko o tym, że stałeś się czymś innym, jak ryba lub pies, który się tobą pożywił; ale że zmieniłeś się nieskończenie bardziej, bo rozpadłeś się w proch i stałeś się niczym. Czy wówczas nie przyznałbyś, że tylko doskonały Bóg może cię zebrać ponownie z nicości, jak stworzył cię z niczego?
Słuchacze Donne’a nie widzieli w tych obrazach jedynie mrocznych alegorii, ponieważ na co dzień uważniej niż my przyglądali się śmiertelnej pracy natury, obcując z martwymi ciałami w domach i w przestrzeni publicznej. Publikowane od końca XVI wieku „listy zgonów” (bills of mortality) dostarczały mieszkańcom miasta tygodniowych statystyk zmarłych Londyńczyków z podziałem na przyczyny śmierci. Sporą część stanowili topielcy. Kiedy niedawno po raz pierwszy otwarłem Wędkarza doskonałego Izaaka Waltona – bestseller, który od 1653 roku miał ponad trzysta wydań – przeczytałem, że autor był przyjacielem i pierwszym biografem Johna Donne’a. Arcydzieło, jakim jest The Compleate Angler, wydaje się przede wszystkim pochwałą angielskiej natury, wspólnego przebywania na świeżym powietrzu i wędkowania oczywiście. Nie wiem, czy razem wędkowali, ale łatwo sobie wyobrazić, że na przykład to zdanie właśnie ich dotyczy:
Spędziliśmy cudowny dzień na wędkowaniu i rozmowie, wracamy do domu zmordowani i głodni, ale jakże przyjemne będą teraz jedzenie i spoczynek.
Walton na pewno docenił wykorzystany w kazaniu przykład z rybą, nie tylko jako wędkarz łowiący w Tamizie, ale także jako człowiek wielokrotnie dotknięty śmiercią – wszystkie jego siedmioro dzieci z pierwszego małżeństwa umarło, a na koniec także pierwsza żona Rachel. Z drugą, Anne, miał troje dzieci, z których przeżyło dwoje.
Donne rozumiał doskonale, że kieruje swoje kazania do ludzi myślących, zafascynowanych budową i działaniem świata. Tworzyli oni wspaniałą tradycję amatorskiego przyrodoznawstwa, które zrodziło Karola Darwina i Alfreda Wallace’a. Jako duchowny Donne wiedział i czuł, że zmartwychwstanie ciał – ta święta głupota Kościoła („the idiotism of the Church of God”) – dostarczy religijnemu człowiekowi, coraz lepiej obeznanemu z materialnym światem, niesłychanych komplikacji, ponieważ wnikliwe i szczegółowe poznawanie rzeczywistości wcale nie czyni jej zrozumiałą. Donne nie pozwalał teologii na eliminację kłopotliwych szczegółów. Podczas wielokrotnych rozważań na temat zmartwychwstania nie karmił słuchaczy scenami z malarstwa religijnego, ale podsuwał ich wyobraźni treść żołądkową psa, który pożera ciało zmarłego. Nie koncentrował się na „czystych” kwestiach pośmiertnych losów duszy, ale prowokował swych bliźnich, każąc im myśleć o sobie jako o mimowolnych kanibalach wchłaniających cząsteczki ciał innych, martwych już ludzi. Oczywiście było w tym także retoryczne efekciarstwo, używanie mocnych środków, aby wstrząsnąć wspólnotą, która łatwo popada w rutynę i mechanicznie odklepuje nawet najbardziej skomplikowane teologiczne formuły. Wielkiemu poecie łatwo było tworzyć przerażające obrazy fizycznej degradacji ludzkiego ciała, aby potem z wisielczym humorem pytać: „Czy to was nie martwi?”.
Dla teologa i kaznodziei sprawa nie mogła się jednak kończyć na budowaniu sugestywnych obrazów, trzeba było słuchacza wprowadzonego w stan egzystencjalnej paniki spróbować stamtąd wyprowadzić – i to nie tylko zachętą do wiary i ufności.
Podczas wieczornego nabożeństwa wielkanocnego 1626 roku zadał, jak to on, prowokujące pytanie: jak to będzie dalej? Nie tyle po śmierci, ile bez śmierci. Zanim doprowadził słuchaczy do odpowiedzi, przekonywał ich, że umierają nie raz, ale trzy razy. Pierwsza śmierć jest osobista, naturalna, cielesna; przypomina separację i rozwód, na skutek których rozstają się z sobą dusza i ciało. Porzucone ciało umiera jednak dalej drugą naturalną śmiercią, kiedy gnije i rozpada się w proch atomów. Ale i tego nie dość, gdyż przychodzi jeszcze trzecia śmierć. Ten proch, ta marność, którą się staniemy, popada w rozproszenie, rozwiewa się niedostrzegalnie i niepochwytnie po powierzchni ziemi. W obliczu tej skali zniszczenia praca zmartwychwstania będzie ciężką trzyetapową boską robotą re-kolekcji naszych rozwiedzionych, rozpadłych i rozproszonych ciał.
Myli się ten, kto przypuszcza, że dusza u Donne’a wiedzie spokojny żywot wyzwolonego z toksycznego związku szczęściarza, trawionego jedynie lekkim poczuciem winy. Niezwykłość jego metafizyki poetyckiej polega na brutalnym wykorzystywaniu materialnych, biologicznych i trywialnych obrazów w celu przybliżenia pojęć abstrakcyjnych. Odwaga i oryginalność języka poetyckiego dają jego myśleniu teologicznemu niesamowity rozmach. Zatem dusza także ma do odwalenia kawał roboty, w której Bóg niewiele pomaga. Jej połączenie z Chrystusem to skomplikowana operacja chirurgiczna, w skład której wchodzą: „Transfuzja, Transplantacja, Transmigracja, Transmutacja”. Dusza, która przeżyje tę operację, będzie nową istotą, gotową wreszcie do odpowiedzi na pytanie: „Czymże jest człowiek?”. Wcześniej, jak pamiętamy, był to byt skończony, znający smak śmierci. Teraz, po ostatecznej transmutacji, powstanie człowiek nowy, który ma prawo powiedzieć za Chrystusem: „Ego homo, jestem istotą, która nie ujrzy śmierci”.
Cóż, jako pacjent niewiele mam do gadania poza wyrażeniem zgody na operację. Jako czytelnik podziwiam poetycki wymiar tej chirurgicznej metafizyki. A jako zranione i chore ludzkie zwierzę z blizną myślenia w ciele wdzięczny jestem chrześcijańskiej teologii, że nie zgodziła się na rozwód biednego ciała z duszą i zaprzęgła Boga do nieludzko trudnej roboty pozbierania do kupy naszych zgniłych, rozpadłych i rozwianych po świecie ciał.
Historia milczy, czy słuchacze uwierzyli Doktorowi. Prawdziwie można przypuszczać, że skłonił ich, aby ciekawie i poważnie pomyśleli o swojej pośmiertnej przyszłości. Z niejaką pomocą literatury.
Besseusz P., Heraklit chrzescianski, spolszczył M. Kuligowski (1694), crispa.uw.edu.pl, t.ly/g2sc_ [dostęp: styczeń 2026]; ¶ Borges J. L., Południe [w:] tegoż, Fikcje, przeł. A. Sobol-Jurczykowski, Warszawa 2003; ¶ Donne J., Sermons, contentdm.lib.byu.edu, t.ly/MXGI9 [dostęp: styczeń 2026]; ¶ Donne J., Medytacje; Alembik Śmierci, przeł. P. Plichta, Katowice 2014; ¶ Homer, Odyseja, przeł. L. Siemieński, Wrocław 1981; ¶ Romanowski Ł., Kazania Johna Donne’a. Ich aspekty teologiczne i literackie, Toruń 2010; ¶ Walton I., The Compleate Angler, London 2010.
I carry the cross, if Virgin Mary had an abortion
I’d still be carried in the chariot by stampedin’ horses
Had to bring it back to New York
I’m happy that the streets is back in New York
For you rappers, I carry the cross
– mówi w utworze The Cross raper Nas. Zostawiam bez tłumaczenia. Nie dlatego, że nie trzeba, ale tak łatwiej mi obcować z tym, co raz pomyślane, wypowiedziane i napisane nie pozwala się już odzobaczyć i odmyśleć. Filtr obcego języka sprawia, że nie do końca wiem, co mówię. Kiedy jednak wypowiadam te słowa w myślach po polsku, przejmuje mnie dziwny niepokój. Być może to pozostałość sacrum tremendi, grozy, jaka ogarniała człowieka, kiedy naruszał granicę oddzielającą go od spraw świętych.
Czego się obawiam – przez dziesiątki lat ćwiczony przez literaturę w wypowiadaniu wszystkiego, co potrafi ludzki język? Chyba samego dopuszczenia do świadomości, że mogłoby Go nie być. Przypuszczenie absurdalne z punktu widzenia wierzącego chrześcijanina, dla którego od początków historii zbawienia nie ma mowy o przypadku. Po prostu Bóg, interweniując w historię, znosi przypadek; nie ryzykuje, ale decyduje o biegu rzeczy. Niby tak. Wybierając Marię, nie pyta Jej o zdanie, tylko oznajmia za pośrednictwem anioła, że będzie w ciąży i urodzi syna. Opis zwiastowania jest lapidarny, wydaje się jednak, że mimo boskiej wszechmocy Maria dysponuje jakimś przyczółkiem wolności, ponieważ dopiero kiedy się zgadza, anioł odchodzi. Czy Bóg potrzebował zgody Marii? Tak. Nawet jeśli nie na poczęcie, to na narodziny Jezusa.
Z naturą łatwiej sobie Bogu poradzić niż z ludzką wolnością, niemniej nawet niekompletna wiedza o demografii w wiekach przednaukowych pokazuje, że bardziej prawdopodobna od narodzin i przeżycia Jezusa była Jego śmierć – na skutek poronienia, powikłań porodowych lub chorób dziecięcych. Natura hojnie szafuje wszelkimi, także ludzkimi istnieniami, testując zdolności adaptacyjne poszczególnych gatunków. Póki nie przerwaliśmy tego hazardu, wynajdując naukę i higienę, przez wieki umieralność niemowląt przekraczała ich przeżywalność. Jeszcze w XVII wieku we Francji połowa dzieci umierała przed piętnastymi urodzinami, a średnia długość życia wynosiła około dwudziestu pięciu, trzydziestu lat. Możemy prawdziwie przypuszczać, że półtora tysiąca lat wcześniej nie było lepiej.
Większe ryzyko dla planu zbawienia tkwiło jednak w wolności Marii – niezamężnej czternastolatki, która wcale nie musiała chcieć zmierzyć się z samotną ciążą i porodem pośród nietolerancyjnej, ortodoksyjnej społeczności. Zwłaszcza że Żydzi przed Chrystusem znali różne sposoby kontrolowania urodzeń i korzystali z nich. Jak pisze John M. Riddle, historyk specjalizujący się w dziejach medycyny,
w źródłach hebrajskich, greckich i łacińskich znajduje się wiele przykładów dotyczących aborcji i antykoncepcji, przy czym w starożytności nie było zgody co do tego, kiedy antykoncepcja stosowana w przypadku potencjalnie płodnego współmałżonka oraz przerywanie ciąży po zapłodnieniu są moralnie złe.
Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży.
Wydawnictwo Czarne sp. z o.o.
czarne.com.pl
Wydawnictwo Czarne
@wydawnictwoczarne
Sekretariat i dział sprzedaży:
ul. Dukielska 83C, 38-300 Gorlice
Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa
Dział promocji:
Al. Jana Pawła II 45A lok. 56
01-008 Warszawa
Opracowanie publikacji: d2d.pl
ul. Sienkiewicza 9/14, 30-033 Kraków
tel. +48 12 432 08 50, e-mail: [email protected]
Wołowiec 2026
Wydanie I
