Wiersze i poematy - Juliusz Słowacki - ebook

Wiersze i poematy ebook

Juliusz Słowacki

0,0

Opis

[PK]

Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej! 

 

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego. 
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.  

 

 

 

Książka dostępna w zasobach: 
Fundacja Krajowy Depozyt Biblioteczny

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 454

Rok wydania: 1976

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Słowacki

. Persze ipoematy

Biblioteka Klasyki Polskiej i Obc Państwowy Instytut Wydawniczy Warszawa 1976

. Wiersz lpoematy

%bór

Wyboru utworów dokonano w redakcji Państwowego Instytutu Wydawniczego Tekst wg wydania ,,Dzieł" pod redakcją Juliana Krzyżanowskiego Wrocław 1959

Opracowanie graficzne Emilia Freudenreich

Wiersze

SONET

Już północ — cień ponury pół świata okrywa, A jeszcze serce zmysłom spoczynku nie daje,

Myśl za minionym szczęściem gonić nie przestaje. Westchnienie po westchnieniu z piersi się wyrywa.

A choć znużone ciało we śnie odpoczywa,

To myśl znów ulatuje w snów i marzeń kraje, Goni za marą, której szczęściu niedostaje,

A dusza przez sen nawet drugiej duszy wzywra.

Jest kwiat, co się otwiera pośród nocy cienia I spogląda na księżyc, i miłe tchnie wonie,

Aż póki nie obaczy jutrzenki promienia.

Jest serce, co się kryjąc w zakrwawionym łonie, W nocy tylko oddycha, w nocy we łzach tonie, A w dzień pilnie ukrywa głębokie cierpienia.

DO LUDWIKA SZPITZNAGLA

Ludwiku!... jak dwie gwiazdy podobne na niebie Wiecznie nieznana siła oddala od siebie,

Tak i my na tej świata rozległej przestrzeni,

Choć myślą, sercem bliscy — losem rozłączeni.

Wkrótce, gdy ci na morzu jutrzenka zaświeci, Kiedy usłyszysz w żaglach lekkie wiatru tchnienie, Pomyśl, że to ostatnie przyjaźni westchnienie, Które na skrzydłach myśli aż za tobą leci.

Jeden, jeden nam tylko skarb teraz zostaje:

Myśl, która nie zna tamy i za sercem płynie; Ona ciebie przeniesie w twe rodzinne kraje, A mnie na brzegi Nilu, w Afryki pustynie.

Pozwól więc, pozwól bujać swojej wyobraźni, Poświęć chwilę wspomnieniom i szczerej przyjaźni. Niestety, jak dwie gwiazdy podobne na niebie, Wiecznie nas przeznaczenie oddali od siebie.

ODA DO WOLNOŚCI i

Witaj, wolności aniele,

Nad martwym wzniesiony światem!

Oto w Ojczyzny kościele Ołtarze wieńczone kwiatem I wonne płoną kadzidła!

Patrz! tu świat nowy — nowe w ludziach życie. Spojrzał — iw niebios błękicie Malowne pióry złotemi Roztacza nad Polską skrzydła;

I słucha hymnów tej ziemi.

ii

A tam już w cieniu wieków za nami się chowa Duch niewoli i dumną stopą depcze trony.

Zgina się pod ciężarem skrwawionej korony,

Mówi — ale niezrozumiałe z ust wychodzą słowa. Tak obelisk, co niegdyś pisanym wyrazem Dziwił ludy, obwiany mgłą kadzideł dymu,

Dziś przeniesiony do Rzymu,

Niezrozumiały ludom — umarły — jest głazem.

iii

Niegdyś Europa cała Była gotyckim kościołem.

Wiara kolumny związała,

Gmach niebo roztrącał czołem...

Drżącym od starości głosem Starzec pochylony laty Trząsł dumnym mocarzy losem,

Zaglądał w królów siedziby;

Zaledwo promyk oświaty Przez ubarwione gmachu przedzierał się szyby.

Jakiś mnich stanął u proga 1,

Kornej nie uchylił głowy,

Walczył słowami Boga I wzgardził świętymi kary.

Upadł gmach zachwiany słowy.

Błysnęły światła promienie...

Pierwsze wolności westchnienie Było i westchnieniem wiary.

iv

Jak sosny niebotyczne urośli królowie.

Deptane prawa ludów gdzież znajdą mściciela?... Na Albijonu ostrowie Kromwel. — Któż nie zna Kromwela?... On dawną krwią Stuartów zalał stopnie tronu I nie chciał na nie wstąpić — on pogardził tronem.

I czymże dzisiaj jest król Albijonu? Błyszcząca mara — widziadło,

Księżyc na niebie zamglonem,

A słońce praw oświeca tę postać wybladłą.

Ale wielcy mężowie zasiedli do steru, Świątynią praw dźwigają tysiączne kolumny — Patrzcie, jak długim rzędem za trumnami trumny Wchodzą w posępne gmachy Westminsteru.

v

0 świat nowy hiszpańskie uderzyło wiosło,

Tam brat zaprzedawał brata...

Na lądzie nowego świata Żałobne drzewo wyrosło,

Pod którym schyleni w trudzie,

Marząc o szczęściu boleśnie,

Usypiali tłumem ludzie,

Tłumami konali we śnie 2

1 śmiercią sen płacili — bo o lepszej doli

Pod tym się drzewem ludziom o wolności śniło.

Było to drzewo niewoli,

Rosło nad grobem — świat już był jedną mogiłą.

Ostatni więc człowiek skona,

Śmiercią z należnych władcom wypłaci się danin?

0 nie! na głos Waszingtona Zmartwychwstał Amerykanin

1 zaprzysiężoną święcie Wolność okrył wieńcem sławy.

A drzewo śmierci było masztem na okręcie I zgon niosło na ludy saksońskie — i nawy.

Więc słońce już w wolności krajach nie zachodzi? Wolności skrzydła całą osłoniły ziemię.

Godnym jest oczu Boga wolnych ludzi plemię, On bohaterów nagrodzi.

VII

Jakiż to dzwon grobowy Z wiejskiego zabrzmiał kościoła?

Idzie tłum pogrzebowy —

Schylone do ziemi czoła;

Trumna — za trumną dzieci,

Smutna przyjaciół drużyna Bladą gromnicą świeci,

Ciche modły powtarza.

Weszli we wrota cmentarza,

Pod trumną ramię syna.

Czarną dręczeni rozpaczą,

Czarną okryci żałobą...

Czemuż płaczą nad sobą?

Bogatą wezmą spuściznę.

Dlaczegóż nad nim płaczą?

W grobie zapomni troski...

Bracia! — on umarł — on był ostatnim z tej wioski,

Co widział wolną ojczyznę.

Synowie jeszcze po nim nie zdjęli żałoby,

Już na wolnej żyją ziemi.

Idźmy więc nad ojców groby,

Wołajmy, bracia, nad niemi —

Może usłyszą w mogile?...

VIII

Widziałem, jak młodzieniec w samej wieku sile, Strawiony własnym ogniem — przeklął ogień duszy.

Wołał: — „Czemuż Bóg więzów moich nie

rozkruszy?..."

Lecz wszędy cichość grobowa;

A więc sam odpowiadał: — „Jestem panem życia!" — Okropne rozpaczy słowa!

Z umysłowych władz rozbicia Została ta myśl straszliwa.

I bladość śmierci lice wyniosłe okrywa.

Ta jedna myśl tysiączne urodziła myśli;

Straszna cierpienia potęga,

Umysł je rozwija — kryśli,

Z niedowiarstwa marą sprzęga... O niedowiarstwo! Ty piekieł pochodnią Niszczysz mgłę marzeń i blask urojenia złoty.

Gdzież cnota?... nie ma cnoty!...

I zbrodnia nie jest zbrodnią.

Na niepewnej ważysz szali Wzniosłe uczucia w człowieku...

Już wszyscy tak myśleli — i wszyscy wołali,

Jest to chorobą czasu! — jest to duchem wieku! Ta ciemność była tylko przepowiednią słońca.

ix

Wolności widzim anioła,

Wolności powstał obrońca.

Podnieście wybladłe czoła!

Dalej do steru okrętu!

Dalej! na morskie głębinie!

Rzućmy się w odmęt — z odmętu Może niejeden wypłynie!

Podobni do nurków tłumu,

Co do morskiej toną fali,

Wśród wirów kręceni szumu,

Już ich fala w głąb porywa;

Ale niejeden wypływa,

Bliski brzegu lub daleki,

Ten niesie gałąź korali,

Ów w Amfitryt trąbę dzwoni.

Lecz niejeden zniknie w toni, W morzu zostanie na wieki.

HYMN

Bogarodzico, Dziewico!

Słuchaj nas, Matko Boża,

To ojców naszych śpiew.

Wolności błyszczy zorza,

Wolności bije dzwon,

Wolności rośnie krzew.

Bogarodzico!

Wolnego ludu śpiew Zanieś przed Boga tron.

Podnieście głos, rycerze,

Niech grzmią wolności śpiewy,

Wstrzęsną się Moskwy wieże.

Wolności pieniem wzruszę Zimne granity Newy;

I tam są ludzie — i tam mają duszę. Noc była... Orzeł dwugłowy Drzemał na szczycie gmachu I w szponach niósł okowy.

Słuchajcie! zagrzmiały spiże,

Zagrzmiały... i ptak w przestrachu Uleciał nad świątyń krzyże.

Spojrzał — i nie miał mocy Patrzeć na wolne narody,

Olśniony blaskiem swobody,

Szukał cienia... i w ciemność uleciał północy.

O wstyd wam! wstyd wam, Litwini!

Jeśli w Gedymina grodzie Odpocznie ptak zakrwawiony,

Głos potomności obwini

Ten naród — gdzie czczą w narodzie Krwią zardzawiałe korony.

Wam się chylić przed obcemi,

Nam we własnych ufać siłach;

Będziem żyć we własnej ziemi I we własnych spać mogiłach. —

Do broni, bracia! do broni!

Oto ludu zmartwychwstanie, Z ciemnej pognębienia toni, Z popiołów Feniks nowy Powstał lud — błogosław, Panie!

Niech grzmi pieśń jak w dzień godowy.

Bogarodzico! Dziewico!

Słuchaj nas, Matko Boża,

To ojców naszych śpiew,

Wolności błyszczy zorza,

Wolności bije dzwon I wolnych płynie krew,

Bogarodzico!

Wolnego ludu krew Zanieś przed Boga tron.

DO MICHAŁA ROLA SKIBICKIEGO

Podpułkownika wojsk Rzeczypospolitej Kolumbijskiej poświęcając mu powieści wschodnie „Mnicha" i „Araba"

I znowu ciebie ziemia przywołuje stara Z Kolumbijskiej krainy, z grobu Boli wara;

Z nowych światów, żadnemu nie uległych panu, Gdzie pył tronów nie spada jako proch wulkanu I nie pokrywa grodów — ani grom tronowy Szuka pomiędzy tłumem wyższej nad tłum głowy.

Dopóki światów nowych ludzie nie przeczuli,

Myśl nie śmiała biec skrajem przewróconej kuli. Na kartach kładł rytownik chmurną dłoń olbrzyma.* Myślano, że Bóg ziemię tamtą stroną trzyma Jak czarę, wrącym stworzeń napełnioną tłumem. Dopióro Genueńczyk przeniknął rozumem Tajemnicę tej dłoni i z jej skrzepłych palców Wyłamał świat drzew, złota, brylantów, padalców. Europejska zbrodnia napełniła lasy,

Pod Kortezów mieczami padały Inkasy.

Czarni misyjonarze duchownymi berły Z łona muszl zakrwawionych nieraz pruli perły. Potop krwi religijny świat wyludnił młody.

Dzisiaj z krwi odrastają zielone narody,

Snadź płodne serce nowej ziemi nie ostygło.

Lecz myśl twoja, żeglarską obłąkana igłą,

Zwracała się <na północ... Przebywasz otchłanie Drogą, po której niegdyś biegli Luzytanie.

Myślą budzisz tajemnic tłum na dnie korali,

Oczyma Kamoensa czytasz w drżącej fali.

I może przed delfinem napierśnym okrętu Powstał duch Luzyjady, ów olbrzym odmętu 3, Co niegdyś wróżbą nieszczęść tłukł Hiszpanów statki, A dziś może ci wróżył śmierć ojczyzny matki.

To ląd! Czy słyszysz, stamtąd jaki gwar i wrzawa? To stary świat! spróchniały jak rozbita nawa.

Żagiel, który ją nosił przez wypadków fale, Spróchniał dziś, na odległej mórz zatknięty skale; Dziś go ziele zarasta. — Stara, obumarła, Długowieczną płodnością ziemia się pożarła.

Walcząc o skąpe reszty płodów się wysieczem. Tu drobnych państw granice karły kreślą mieczem.

Z tą dziką ziemią kraj twój porównywaj złoty: Tam słońce twarz ociemnia, tu czernią zgryzoty. Jak struś, co głodny gardziel żwirem pustyń dławi, Tu człowiek kamień wzgardy połyka i trawi.

A te, co na świat stary zbladłym patrzy licem,

Słońce Europy, pięknym nazwałeś księżycem.

Tyś smutny! o! szaleństwo, ciemnej twarzy rysem Pobielanych tu grobów stawać się cyprysem!

Skłoń lica do uśmiechu, w tej szalonej zgrai Zamaskowana boleść łatwo się utai.

Tu śmiech jest znakiem życia... Śmiać się nauczyłem Gorzko — niszczę się — skonam i nie powiem: żyłem.

Lecz twoja dusza, marzyć przyuczona szczytnie, Jeśli uschnie obecnie, wspomnieniami kwitnie;

Myśl wraca po błękitnym oceanów szlaku.

Teraz się wahasz lekko w jedwabnym hamaku 4, Tu magnoliji róże, a pod palmy cieniem Skrzą czarne oczy, światła przecięte promieniem, Jak gwiazdy nad odbiegłym od kraju żeglarzem. Teraz płocha, z piór złotych uwitym wachlarzem, Prysnęła wonią kwiatów, czyta myśli z czoła,

Smutna, jeśli uśmiechu śmiechem nie wywoła.

Tyś ją opuścił?... jako perła odrzucona Będzie gasła powoli — i zamrze — i skona. Gdy pamięć za daleko w kraje marzeń wkroczy, Nim ją odwołasz, łzami zalane masz oczy;

Lecz te łzy muszą oschnąć w rzeczywistej burzy. Tu świat jak ciemny obłok gromami się chmurzy. Wzmagaj siłę ciężarną pracującą w ziemi,

Dawniej fanatyzm, wolność czasy niedawnemi;

A gdy się ta rozwiąże, wałem otocz grody, Na prędkostawnych mostach rzucaj szyk przez wody; Niechaj ulotna para z paszcz działowych gromów Rzuca zgon, nakarmiona pożarami domów.

Czy maską tajemniczej zemsty osłoniony,

Jak dawny sąd tajemny, w same królów trony Zapozew przed sąd Boga wbij ostrzem sztyletu. Czekaj! może muezin5 z szczytów minaretu Ogłosi pacierz zemsty wśród murów Stambułu. Czekaj! może z dzikiego w Kaukazie aułu6

Ujrzemy błyskawicę... Ciszej!... Zdradzam myśli, Które mi wyobraźnia, które zemsta kryśli;

Zemsta chciwa pokarmu, drżąca jak zmysł głodu.

Chcąc myśl odbłąkać czytaj dziką powieść Wschodu, A choć odbiegniesz treści, dźwięk rymów powrotny Będzie jak szmer fontanny, bezmowny, lecz smutny.

PARYŻ

Patrz! przy zachodzie, jak z Sekwany łona Powstają gmachy połamanym składem, Jak jedne drugim wchodzą na ramiona, Gdzieniegdzie ulic przeświecone śladem. Gmachy skręconym wydają się gadem,

Zębatą dachów łuską się najeża.

A tam — czy żądło oślinione jadem? Czy słońca promień? czy spisa rycerza?

Wysoko — strzela blaskiem ozłocona wieża.

Nowa Sodomo! pośród twych kamieni Mnoży się zbrodnia bezwstydna widomie I kiedyś na cię spadnie deszcz płomieni,

Lecz nie deszcz boży, nie zamknięty w gromie, Sto dział go poszle... A na każdym domie Kula wyry je straszny wyrok Boga;

Kula te mury przepali, przełomie,

I wielka na cię spadnie kiedyś trwoga, I większa jeszcze rozpacz — bo to kula wroga...

I już nad miastem wisi ta dział chmura, Dlatego ludu zasępione tłumy,

Dlatego ciemność ulic tak ponura, Przeczuciem nieszczęść zbłąkane rozumy; Bez echa kona słowo próżnej dumy,

0 wrogach ciągłe toczą się rozmowy...

A straż ich przednia, już północne dżumy Obrońców ludu pozwiewały głowy, I po ulicach ciągły brzmi dzwon pogrzebowy.

Czy wrócą czasy tych świętych tajemnic, Kiedy tu ludzie zbytkiem życia wściekli, Jedni pod katem, drudzy w głębi ciemnic, Inni ponurzy, bladzi, krwią ociekli, Co kiedy śmieli pomyśleć — wyrzekli? Lud cały kona, katy i obrońcę,

Dnia im nie stało, aby się wysiekli;

1 przeczuwając krwawej zorzy końce, Jak Jozue wołali: Dnia trzeba — stój, słońce!

I nie stanęło — pomarli — przedwcześnie, Lecz zostawili pamiątki po sobie:

Kraj po rozlewie krwi tonący we śnie I lud, nie po nich ubrany w żałobie,

Krwi trójcę w jednej wcieloną osobie.* Ten jak rodyjski posąg świecznik trzyma I jedną nogę wsparł na martwych grobie, Drugą na zamku królów... Gdzie oczyma Sięgnął — tam wnet i ręką dostawał olbrzyma.

A kiedy posąg walił się z podstawy, Tysiące ludu sławą się dzieliło,

Każdy się okrył łachmanem tej sławy, Każdemu było dosyć — nadto było...

Marzą o dawnej sławie nad mogiłą I pod kolumną spiżu wszyscy posną **; Choć cięcie kata głowę z niej strąciło,

♦ Napoleon. ** Kolumna Vendóme.

Choć na niej może jak na gruzach z wiosną Chwasty i z lilijami Burbonów porosną.

Tu dzisiaj Polak błąka się wygnany,

W nędzy — i brat już nie pomaga bratu. Wierzby płaczące na brzegach Sekwany Smutne są dla nas jak wierzby Eufratu. I całej nędzy nie wyjawię światu...

Twarze z marmuru — serca marmurowe, Drzewo nadziei bez liścia i kwiatu Schnie, gdy wygnaniec złożył pod nim głowę, Jak nad prorokiem Judy schło drzewo figowe.

Z dala od miasta szukajmy napisów,

Gdzie wielki cmentarz zalega na górze.7

O! jak tu smutno, kędy wśród cyprysów Pobladłe w cieniu chowają się róże.

A pod stopami — dalej — miasto w chmurze Topi się we mgłach gasnących opalu...

A dla żałobnych rodzin przy tym murze Przedają wianki z płótna lub z perkalu, Aby dłużej świadczyły o kupionym żalu.

Patrz znów w mgłę miejską — oto wież ostatki, Gotyckim kunsztem ukształcona ściana 8; Rzekłbyś — że zmarła matka twojej matki, W czarne brabanckie koronki ubrana,

Z chmur się wychyla jak duch Ossyjana...

Ludzi nie dojrzysz... Lecz nad mgłami fali Stoją posągi (gdzie płynie Sekwana) 9,

Jakby się w Styksu łodzi zatrzymali I przed piekła bramami we mgłach stoją biali...

Tam gmachy Luwru, gdzie tron Baltazara, A na nim siedział wyrobnik umarły...

Przez dnie lipcowe panowała mara,

U nóg jej ludzie snuli się jak karły; Bo nad nią cienie śmierci rozpostarły Wielkość olbrzymią — był to król narodu. I aksamity krew mu z czoła starły,

Lecz jego dzieci umierały z głodu,

Zaczął dynastią trupów, był ostatnim z rodu.*

DUMA O WACŁAWIE RZEWUSKIM

Po morzach wędrował — był kiedyś Farysem, Pod palmą spoczywał, pod ciemnym cyprysem, Z modlitwą Araba był w gmachach Khaaba, Odwiedzał Proroka grobowce.

Koń jego arabski był biały bez skazy.

Siedmiokroć na koniu przeleciał step Gazy,

I stał przed kościołem, i kornym bił czołem, Jak czynią w Solimie wędrówce.

Miał drogę gwiazdami znaczoną po stepie I życie niósł własne w skrzydlatym oszczepie, Błądzący po świecie zaufał w sztylecie,

Bo sztylet mu dała dziewica.

Gdy nocą opuszczał haremu krużganki,

By odciąć drabinę, wziął sztylet kochanki;

Choć broń była żeńska, lecz stal damasceńska, Hartowna — i złota głowica.

A kiedy odjeżdżał — ta bladła i mdlała,

O sztylet prosiła, bo zabić się chciała.

„Żyj długo — bądź zdrowa, dziewico stepowa,

Twój sztylet położy mnie w grobie.

♦ Po wzięciu Luwru na królewskim tronie lud położył trupa.

„Bo kiedy już przeszłość ten step mi zakryje, Gdy żyć będzie ciężko, to sam się zabiję,

Bo dziką mam duszę. Więc sztylet mieć muszę,

Twój sztylet mieć muszę przy sobie".

Smutnego uniosły arabskie latawce,

Bo znikła z krużganku, bo widział w sadzawce Pod oknem, w ogrodzie, fal koła na wodzie I białą zasłonę... O Lachu!...

I nocą obaczył kraj miły, rodzony,

Gdy księżyc się wznosił na stepach czerwony. W noc nawet i ślepy poznałby te stepy Po kwiatów rodzinnych zapachu.

A niwa mu do stóp kłaniała się złota,

I marzył, że wierny druh wyjdzie przed wrota.

Lecz druhów nie było... Pod zimną mogiłą Posnęli, gdy błądził w pustyni.

Więc jechał samotny, nie znany nikomu,

Lecz jeszcze z dziedzińca, od wrót swego domu, Odwrócić chciał konia i jechać na błonia,

Gdzie błądzą jak wiatr Beduini.

Lecz konia podkowy rozkute od krzemion,

I koń był zmęczony... Więc skoczył ze strzemion I wszedł do siedziby, bez zamka, bez szyby,

Gdzie rosą próchniało obicie.

I miło mu było, gdy ujrzał te skały Nad ciemnym Smotryczem — gdzie orzeł żył biały I wił sobie gniazdo; nadziei był gwiazdą,

Po nieba szybując błękicie.

Dla konia w ogrodzie budował altany,

I żłoby pozłacał — z kryształu dał ściany.

Przed cara żołdakiem mógł uciec tym ptakiem Daleko — i wolnym być zawsze.

I ludzi żałował, że żaden z nich nie miał Szybkiego tak konia; więc każdy oniemiał,

I był jakby głazem pod cara rozkazem,

A były rozkazy co krwawsze.

Raz, starym zwyczajem pomarłych już rodzin, Ten Emir arabski w dzień Pańskich narodzin, Na sianie, za stołem, z przyjaciół swych kołem Połamał opłatek i spożył.

A potem, jak przodków święcono zwyczajem,

Wniósł toast nadziei stoletnim tokajem:

„Żyj, Polsko, wiek sławy!" Wtem goniec z Warszawy Przyleciał — zawołał: „Kraj ożył!"

Więc Emir w stepowe zapuszcza się szlaki,

A za nim na koniach buńczuczne Kozaki, W czerwieni i w bieli, po stepach płynęli, Po smutnych kurhanach przeszłości.

I cały ten szereg, błyszczący od stali,

Zrównanym galopem jak morze się fali;

Gdzie słychać dział huki, tam lecą buńczuki Jak gwiazdy z ogonem jasności.

Emira Kozaki gdy błądzą przez wrzosy,

Umieją pieśń dziką rozłamać na głosy.

Pieśń z echem odsyła stepowa mogiła,

Pieśń grzmiącą: „Ho urra! nasz Emir!"

Do cara pieśń doszła — wściekłością się pienił I głowę Emira na ruble ocenił;

Bo myślał, że w kraju z hordami Nogaju Czyngiskan szedł — Batt lub Kantemir.

Bo umiał Rzewuski jak Arab stepowy Płachtami rumakom ogłuszyć podkowy,

I cicho, gdy spali, pod obóz Moskali Podkradać się — bić — i brać działa.

Więc ściągnął, jak wszyscy ściągali, pod Daszów, Gdzie nasza konnica ze szczękiem pałaszów, Z wesołym okrzykiem stanęła w rnur szykiem I chmurą proporców powiała.

A kiedy z mgły srebrnej wybiło się słońce, Ujrzeli Moskałów — straż przednią i Dońce. Mur dział jak mur złota, a za nim piechota W bagnety porosła jak zboże.

I cicho... Wtem bomba śmierciami ciężarna Upadła w szeregi zwichrzona i czarna.

A nasi w tej chwili jeszcze się modlili,

Do nieba wołali: „O Boże!"

I razem bomb tysiąc zaryło się w stepy, Rozpękłe wrącymi ciskały czerepy,

I grzmiały, dopokąd piechoty czworokąt Nasz Emir opasał konnicą.

I strasznie ją ściskał, w żelazne brał skręty, Przednimi nogami na bagnet koń wspięty Tak jak oczerety połamał bagnety,

W złamanych miecz wiał błyskawicą.

Przemogliby nasi, choć bój był rozpaczny — Wtem wódz od armaty dał rozkaz dwuznaczny ,,Konnica na skrzydła!" — zwinęli wędzidła, Odbiegli, ostygli w zapale.

I popłoch się wmięszał. Ów, co był przyczyną Wszczętego popłochu, nie przeżył godziną. Bojaźni nie dzielił, dwa działa wystrzelił I sam się zastrzelił na dziale.10

On może wśród bólów ostatnich zgryzoty Pamiętał, że dzieci zostawiał sieroty.

Lecz śmierć zwyciężyła, niech dziś więc mogiła Ma łzy, a nie skargi wygnańca.

A Emir, gdy ogień ucichał armatni,

Ujeżdżał z rozpaczą, choć zjeżdżał ostatni.

Któż męstwa zaprzecza? gdy szczerby nić miecza Powlekły jak perły różańca.

A kiedy opuszczał kraj miły, rodzony,

Znów księżyc się wznosił na stepach czerwony. „Leć prędzej po błoniu, odpoczniesz, mój koniu, Gdy w ziemi staniemy tureckiej.

„O koniu! mój koniu, gdzie twoje zalety?

Czyś może się rozkuł deptając bagnety?

Czyś złamań w kul wiatrze? Stój, koniu, opatrzę, Czy nie ma gdzie kuli zdradzieckiej?

„Ha zdrowy!... To dobrze, lecz jechać w noc trudno". Więc chatę na stepach upatrzył odludną,

Koń zimne gryzł kwiaty, a Emir wśród chaty Zmęczony zalegał na ziemi...

I zasnął głęboko — bo trud go osłabił...

Śpiącego od cara najęty chłop zabił,

I sztylet dziewicy do złotej głowicy W pierś nurzył rękami drzącemi.

O! czemuś, Emirze, nie oddał kindżała Stepowej dziewicy, gdy zabić się chciała?

Dziś ona śpi w fali, lecz dar jej ze stali Na wieki w twym sercu zostanie.

A w Moskwie z dział bito na górze pokłonnej I miasto się trzęsło od pieśni studź wonnej.

Cieszył się car ruski, że Emir Rzewuski W stepowym śpi cicho kurhanie.

W SZTAMBUCHU MARII WODZIŃSKIEJ

Byli tam, kędy śnieżnych gór błyszczą korony, Gdzie w cieniu sosen, bożym strzeżone napisem,

Stoją białe szalety wiązane cyprysem;

Gdzie w łąkach smutnie biją trzód zbłąkanych

dzwony;

Gdzie się nad wodospadem jasna tęcza pali;

Gdzie na zwalonych sosnach czarne kraczą wrony: Tam byli kiedyś razem i tam się rozstali.

A po latach wróconym ojczyźnie pielgrzymom Bławatkami gwiaździste kłaniały się żyta.

Jechali błogosławiąc chat wieśniaczych dymom, Wszyscy pod jeden ganek... Matka, siostra wita Synów, braci, przyjaciół — są wszyscy! są wszyscy! Przy jednym siedzą stole, przy czarach nalanych; A wczoraj tak dalecy — a dzisiaj tak bliscy.

I nikogo nie braknie, oprócz zapomnianych.

Młoda Maria do tańcu każe stroić lutnie I usiadła — spoczywa... Nagle do sąsiada Rzekła: ,,Ach, kogoś braknie!" — Tu podkówka utnie W takt mazurka. — „On umarł!" — sąsiad odpowiada. „Cichoż na jego grobie?" — „Słowików gromada Śpiewa na srebrnej brzozie cmentarza tak smutnie, Że brzoza płacze".

Luty 1835, Genewa.

ROZŁĄCZENIE

Rozłączeni — lecz jedno o drugim pamięta; Pomiędzy nami lata biały gołąb smutku I nosi ciągłe wieści. Wiem, kiedy w ogródku,

Wiem, kiedy płaczesz w cichej komnacie zamknięta;

Wiem, o jakiej godzinie wraca bolu fala,

Wiem, jaka ci rozmowa ludzi łzę wyciska.

Tyś mi widna jak gwiazda, co się tam zapala I łzę różową leje, i skrą siną błyska.

A choć mi teraz ciebie oczyma nie dostać,

Znając twój dom — i drzewa ogrodu, i kwiaty, Wiem, gdzie malować myślą twe oczy i postać, Między jakimi drzewy szukać białej szaty.

Ale ty próżno będziesz krajobrazy tworzyć,

Osrebrzać je księżycem i promienie świtem: Nie wiesz, że trzeba niebo zwalić i położyć Pod oknami, i nazwać jeziora błękitem.

Potem jezioro z niebem dzielić na połowę,

W dzień zasłoną gór jasnych, w nocy skał szafirem; Nie wiesz, jak włosem deszczu skałom wieńczyć głowę, Jak je widzieć w księżycu odkreślone kirem.

Nie wiesz, nad jaką górą wschodzi ta perełka, Którąm wybrał dla ciebie za gwiazdeczkę-stróża; Nie wiesz, że gdzieś daleko, aż u gór podnóża, Za jeziorem — dojrzałem dwa z okien światełka.

Przywykłem do nich, kocham te gwiazdy jeziora, Ciemne mgłą oddalenia, od gwiazd nieba krwawsze, Dziś je widzę, widziałem zapalone wczora,

Zawsze mi świecą — smutno i blado — lecz zawsze...

A ty — wiecznie zagasłaś nad biednym tułaczem; Lecz choć się nigdy, nigdzie połączyć nie mamy, Zamilkniemy na chwilę i znów się wołamy Jak dwa smutne słowiki, co się wabią płaczem.

Nad jeziorem Leman, d. 20 lipca 1835 r.

RZYM

Nagle mię trącił płacz na pustym błoniu:

„Rzymie! nie jesteś ty już dawnym Rzymem".

Tak śpiewał pasterz trzód siedząc na koniu.

Przede mną mroczne błękitnawym dymem Sznury pałaców pod Apeninami,

Nad nimi kościół ten, co jest olbrzymem.

Za mną był morski brzeg i nad falami Okrętów tłum jako łabędzie stado,

Które ogarnął sen pod ruinami.

I zdjął mię wielki płacz, gdy tą gromadą Poranny zachwiał wiatr i pędził dalej

Jakby girlandę dusz w błękitność bladą.

I zdjął mię wielki strach, gdy poznikali Ci aniołowie fal — a ja zostałem

W pustyni sam — z Rzymem, co już się wali.

I nigdy w życiu takich łez nie lałem, Jak wtenczas — gdy mię spytało w pustyni

Słońce, szydzący bóg — czy Rzym widziałem?...

SUMNIENIE

Przekląłem — i na wieki rzuciłem ją samą, I wzburzony, nim księżyc zabłysnął wieczorem, Jużem się od niej długim rozdzielił jeziorem. A gdy się toń jeziora księżycową plamą Osrebrzała, gdy wichry za wiewały chłodniej, Jam jeszcze leciał — jeszcze uciekałem od niej.

I może bym zapomniał — bo koń leciał skoro, Bo mi targały myśli tętniące kopyta.

Gdzie ona? — oszukana — przeklęta — zabita... Patrzę na niebo, księżyc, na gwiazdy, jezioro...

Wszak jęk tu nie doleci, wszak łez nie zobaczę. To jezioro — to fala — to nie ona płacze.

I może bym zapomniał... lecz gdy to spostrzegła Blada światłość księżyca, krok w krok za mną biegła. Próżno się zatokami wężowymi kręcę,

Wszędy mnie księżycowa kolumna dopadła,

Jak by się ta kobieta do stóp moich kładła,

I niema płaczem, za mną wyciągała ręce.

Rzym, d. 1 maja 1836 r.

[ROZMOWA Z PIRAMIDAMI]

Piramidy, czy wy macie Takie trumny, sarkofagi,

Aby miecz położyć nagi,

Naszą zemstę w tym bułacie Pogrześć i nabalsamować,

I na późne czasy schować?

— Wejdź z tym mieczem w nasze bramy, Mamy takie trumny, mamy.

Piramidy, czy wy macie Takie trumny, grobowniki,

Aby nasze męczenniki W balsamowej złożyć szacie;

Tak by każdy na dzień chwały Wrócił w kraj, choć trupem cały?

— Daj tu ludzi tych bez plamy,

Mamy takie trumny, mamy.

Piramidy, czy wy macie Takie trumny i łzawice,

By łzy nasze i tęsknice

Po ojczystych pól utracie Zlać tam razem i ostatek Czary dolać łzami matek?

— Wejdź tu, pochyl blade lice,

Mamy na te łzy łzawice.

Piramidy, czy wy macie Takie trumny zbawicielki, Aby naród cały, wielki,

Tak na krzyżu, w majestacie Wnieść, położyć, uśpić cały I przechować — na dzień chwały?

— Złóż tu naród, nieś balsamy, Mamy takie trumny, mamy.

Piramidy, czy została Jeszcze jaka trumna głucha,

Gdzie bym złożył mego ducha, Ażby Polska zmartwychwstała?

— Cierp, a pracuj! i bądź dzielny, Bo twój naród nieśmiertelny! My umarłych tylko znamy,

A dla ducha trumn nie mamy.

HYMN

Smutno mi, Boże! — Dla mnie na zachodzie Rozlałeś tęczę blasków promienistą;

Przede mną gasisz w lazurowej wodzie

Gwiazdę ognistą...

Choć mi tak niebo ty złocisz i morze, Smutno mi, Boże!

Jak puste kłosy, z podniesioną głową Stoję rozkoszy próżen i dosytu...

Dla obcych ludzi mam twarz jednakową,

Ciszę błękitu.

Ale przed tobą głąb serca otworzę,

Smutno mi, Boże!

Jako na matki odejście się żali Mała dziecina, tak ja płaczu bliski,

Patrząc na słońce, co mi rzuca z fali

Ostatnie błyski...

Choć wiem, że jutro błyśnie nowe zorze, Smutno rni, Boże!

Dzisiaj, na wielkim morzu obłąkany,

Sto mil od brzegu i sto mil przed brzegiem,

Widziałem lotne w powietrzu bociany

Długim szeregiem.

Żem je znał kiedyś na polskim ugorze,

Smutno mi, Boże!

Żem często dumał nad mogiłą ludzi,

Żem prawie nie znał rodzinnego domu,

Żem był jak pielgrzym, co się w drodze trudzi

Przy blaskach gromu,

Że nie wiem, gdzie się w mogiłę położę, Smutno mi, Boże!

Ty będziesz widział moje białe kości W straż nie oddane kolumnowym czołom;

Alem jest jako człowiek, co zazdrości

Mogił popiołom...

Więc że mieć będę niespokojne łoże,

Smutno mi, Boże!

Kazano w kraju niewinnej dziecinie Modlić się za mnie co dzień... a ja przecie Wiem, że mój okręt nie do kraju płynie,

Płynąc po świecie...

Więc, że modlitwa dziecka nic nie może, Smutno mi, Boże!

Na tęczę blasków, którą tak ogromnie

Anieli twoi w niebie rozpostarli,

Nowi gdzieś ludzie w sto lat będą po mnie

Patrzący — marli.

Nim się przed moją nicością ukorzę,

Smutno mi, Boże!

Pisałem o zachodzie słońca na morzu przed Aleksandrią. [19 października 1836 r.]

LIST DO ALEKSANDRA H [OŁYŃSKIEGO]

(Pisany na łódce nilowej)

Rozdzielił nas gościniec płynnego szafiru, Ty w Tebach, ja dopiero wypływam z Kairu. Spodziewałem się niegdyś, że miło nam będzie Złączyć na Nilu skrzydła okrętów łabędzie,

Razem odwiedzać mumiów balsamiczne składy,

Razem oczy w nilowe rzucać wodospady,

I razem, jako dawniej, kończyć spór zacięty O cień Chrystusa, z drzewa przez Woltera zdjęty.

Dziś próżno cię wyglądam i próżno mię czekasz; Wiatrem, który mnie niesie za tobą, uciekasz;

A twój brak tak mi serce w podróży oziębia, Żem przedsięwziął do ciebie pisać przez gołębia. Nad leniwą więc myślą używając musu, Już zapisałem listem listek papyrusu.

Kupcząca ludzkim ciałem łódź płynąca z Nubii Dostarczyła posłańca, co błękitem lubi Nosić listy wracając pod rodzinne palmy;

Tak więc piszmy do siebie; przeczytawszy spalmy. —

A naprzód pytam ciebie, gdzie mułowy wrątek WTezbranych fal na Nilu ma bieg i początek? Bo gdym o tym rozmawiał z nadnilowym żeńcem, Rzekł mi: ,,Nimfa, lotusów ustrojona wieńcem, Siedząc smutna pod skałą czarnych Etyjopów,

Ostrożnie sączy dzbanem ojca naszych snopów;

Lecz kiedy się zapatrzy twarzą na kochanka, Wtenczas z przechylonego Nil wybiega dzbanka, Aż się na polach naszych strumieniem roztoczy". — Powiedz mi, czy widziałeś tę nimfę na oczy? Czy taka, jak wiezione z Abissy na przedaż?

Czy nie zostaniesz przy niej? czy serca jej nie dasz? Lękam się, że ta nimfa, do zniknienia skora, Z bliska widziana, w błotne zmieni się jeziora, Z których każde w dolinie, bez kwiatów i drzewa, Przez rok cały deszczami tropików nabrzmiewa, Aż zwiększone ulewą i skalnymi ścieki,

Rzuci wszystko Nilowi gardłem białej rzeki.

Wreszcie wszystko to twoje positive rozwiąże. Ja wiem tylko, że dla mnie Nil dotąd rzek książę; Piękny, kiedy błękitem żeni się z palmami,

Co stoją wiatrem lekko wahane nad wsiami;

Piękny, gdy pokazuje płaskie pustyń lądy,

Gdzie o słońca zachodzie przechodzą wielbłądy, Mrówki pustyni: piękny dla oka poety,

Gdy stojące nad sobą białe minarety Podwójne i w błękitach pokaże odwrotne;

Gdy ma senne bociany, jak za Polską smutne; A jeszcze bardziej oczy i duszę zachwyca,

Gdy w nim za-palmowego widzę wschód księżyca.

Piękność Nilu dla ciebie małą jest zaletą,

Którego Nilem wiodą Strabo i Manetho.

Epok nie mierzysz dniami ni wypadków calem: Era Franków, gdy jeszcze cesarz był kapralem,

Małą dla ciebie, który dziś patrzysz z wysoka,

Dalej niż ludzie krótszej pamięci i oka.

Ja także będę z tobą jak w rozmowie szczery; Należę do liczących czas na krótsze ery.

Ja chcę prędkich rozkwitnień owoców i zgonów! Gniewa mię nieruchomość długa faraonów;

Wolę dzisiejsze czasy burzliwsze, choć dla nas Król jest każdy jak dziwnie rosnący ananas:

Zerwiesz koronę, owoc odkąsisz — o wiośnie Z korony odkąszonej nowy król odrośnie.

Dla mnie rzecz mało ważna i z niczym ta sama, Że Manes był zjedzony przez hipopotama;

Chciałbym tylko dziś widzieć królobójcze źwierzę. Mało dbam, że ze Wschodu przybyli pasterze I laski zamieniwszy na berła lub dzidy,

Kładli na piasku kamień pierwszej piramidy. Że z Egiptu wygnani przez rodzime syny Założyli w Judei straszne Filistyny;

I tam mniej twardą sztuką stawiali budowy,

Kiedy je hardy Samson mógł rzucać na głowy. Jednak widzę wypadek jeden... okiem wieszcza: Mojżesz królowi wolę Jehowy obwieszcza!

Pomiędzy rzędem Sfinksów czoło wzniósł ogniste, Król go słucha... nad królem słońce idzie mgliste, Obłąkane w szarańczy zwichrzonej motylu.

Tam dalej Nil — lecz zobacz, co niesie! — krew w Nilu' Przy tronie faraona, z pokręconym słupem,

Stoją królewskie syny... jeden pada trupem.

Krzyczą matki, pobladły starych ludzi twarze — Takich obrazów stary już świat nie pokaże.

Wielkie czasy, gdy w królów zaniesione lochy. Z królewskich ciał nie mogły uczynić się prochy. I stała się na ziemi Bogów różnodzielność!

I stała się na ziemi trupów nieśmiertelność.

I pod ręką ważących głazy robotników Zaczynała się wieczność światowa pomników. Na ziemi trup odbywał sądzenie Erebu,

Można było królowi zaprzeczyć pogrzebu: A że znalazł się człowiek tak wielkiej odwagi, Świadczą w łonach piramid próżne sarkofagi.

Ten wniosek, może wniosków uczonych niebliski, Rzuciłem w porfirowe umarłych kołyski, Gdy wejściem pod sklepienia piramidy dumny Przy świeczniku Araba zaglądałem w trumny.

2 SiOwiłLisJ,

A ty może zaprzeczysz, zdań uczonych różność Rzucając w gadającą piramidy próżność;

I wielkie echa, ludzi nie mogąc przekonać,

Będą w łonie grobowym budzić się i konać.

Wyznam ci, że mi widać głębiej i wyraźniej Gmachy, stawiane myślą w krajach wyobraźni;

Jakże się piękną zdaje przy dumań pochodni Makbet, ta granitowa piramida zbrodni!

Ludziom na nią wchodzącym bledną z trwogi twarze. Płaczesz nad piramidą nieszczęścia w Learze. Z niczego, a zazdrością już szatana bliski Otello, jak bodzące niebo obeliski.

Jeśli gmachy piramid miały otwór ciemny,

Skąd gwiazdy niebios człowiek wyśledzał tajemny, W Szekspira gmachach równie zostawiona droga Patrzącemu się oku na błękit i Boga.

Jako skarby zaklęte, strzeżone przez gryfy,

Stoją dotąd nie znane światu hieroglify.

Trup od wieków uśpiony, gdy zeń wieko spada, Zdaje się, że w balsamach śpi i przez snn gada,

Lecz nie możesz zrozumieć! Z długimi przestanki Idąc, prawie połowę drogi uszli Franki.

Już wiadomo, że w tamtą stronę czytać znaki, W którą lwy ryte patrzą, w którą lecą ptaki. Sto razy napisane Psametyk i Psychon Wyświeciły dziwaczny wieków akrostychon, Od zwyczajnego pisma narodów odrodek,

Zlany z liter, wyrazom trzymających przodek.

Lecz taki sposób pisma miał sobie zaletą,

Że pisarz mógł się zrobić w literach poetą.

Tak w imieniu wyrytym nad marmuru brusem: L rycerskie lwem było — dziewicze lotusem.

Piękna dziś, gdy się skreśli na łonie błękitu, Mumia myśli, z jednego wycięta granitu,

Strażniczka nie myślących grobowców od wieka, Która na dawnych panów zbudzenie się czeka

Z dawnymi wspomnieniami! Kiedy patrzę na nią, Chciałbym z tobą wiekową nurkować otchłanią; Być tam, gdzie podpalmową zrobiła się chatką Sais, będąca niegdyś Ateńczyków matką;

Pojąć, jak ci wychodnie, nazwawszy się Grecy, Od mglistych horyzontów palmowych dalecy,

Smutni, że kolumn żywych brakowało oku,

Zaczęli ją z kamienia malować w obłoku;

Porównać Luksor z domem współczesnym Ewandra, Egipt dać Persom, Persów bić przez Aleksandra; Widzieć wojsko w egipskim pogrzebane pyle,

Króla synem Jowisza — i prochem w mogile.

I Egipt odkruszony w Ptalomejów dłoni,

Laur naukowy długo noszących na skroni; Aż zanurzeni w czasu i wypadków rzekę Oddali się z berłami w cezarów opiekę.

I patrz, człowiek zrodzony w Tentyrze nad Nilem, W rzymskiej sadzawce walczy z wrogiem krokodylem! Płaz olbrzymi nań leci, już go chwyta w paszczę,

Ilot nań wskoczył — zabił. Koloseum klaszcze. Na płazie pokonanym usiada gladiator:

Palmy, Nil, kolumnowy kościół boskiej Athor 11,

Żonę, dzieci i chatę przypomniał glinianą;

Na płazie, pod klaszczącą z żywych ludzi ścianą,

Oczy zakrył przed ludźmi czy przed słońca blaskiem I pojął, że się można urągać — oklaskiem.

Wzięty spomiędzy ruin, prochów, pogorzelisk, Poszedł po obcych krajach błąkać się obelisk, Wygnaniec, już jakoby samolub z kamienia, Żebrakowi na czoło nawet nie da cienia!

Z nikim nie gada, stoi myślą w krajach ducha, Gdy na księżyc fontanna rzymska pod nim bucha.

Dziś gorsi i podobni do Mojżesza plagi Cudzoziemcy wynoszą z grobów sarkofagi,

Anglik dumny, w sterlingi zmienione na piastry Rzuca trupy, trumiane bierze alabastry I w Londynie zachwyca zgraję zadziwioną, Wstawiwszy świecznik w próżne alabastru łono. Rzekłbyś wtenczas, że wszystkie płaskorzeźby rusza Chrystusową nauką ożywiona dusza,

Że pełny nauk, ciemną przyszłością straszliwych, Grobowiec oświecony stał się lampą żywych.

„Nie ma go tu" — powiedział anioł Magdalenie, Zazierającej w grobu skrwawionego cienie.

Taką odpowiedź tobie Araby wyniesą Z pustych katakumb; nie ma ich tutaj — lecz gdzie są?

Zamiast balsamu tego, co trupy przechował, Chrystus nam łona naszych dusz nabalsamował; I duszę ludzką duszą namaściwszy własną,

Uczynił ją na wieki niezgonną i jasną.

Już na palmie egipskiej naukę zaszczepił,

Już się był tym balsamem Egipcjanin krzepił;

Już z grobowców nauki uczyniwszy pszczelnik, Na Tebaidzie święty zamięszkał pustelnik,

Czyniąc mogiły wiary podobne latarniom,

Gdy Omar straszny głowom, gmachom i księgarniom, Kraj, sto razy różnymi pługami przeoran,

Pod ognisty Proroka dał bułat i koran!

Lecz dosyć już, bo sądzę, nowy księżyc przyjdzie Oświecać nas w grobowców pełnej Tebaidzie; Tam niech inni o życia rozmawiają fraszce,

Paląc świecę w pożółkłej pustelnika czaszce. My, chcąc pojąć, jak niegdyś żyL ludzie sławni, Staniemy się myślami i rozmową dawni,

Aż się tak obłąkamy w wypadkowym lesie,

Jak w palmach biały gołąb, co ten list poniesie!

Z NILU

Do***

Kiedy smutny nad Telia siedziałem jeziorem, Ty przyleciałaś do mnie... z dalekiej krainy, Jak przywabiony gołąb — białością smutnego Ptaka na pustym domie... i długo nas ludzie Widzieli nad jeziorem — dumających razem, Nie wiedząc, żeśmy w toniach błękitnych szukali Gwiazdeczki szczęścia bardzo dawno utraconej... Nie wiem, czyś ją znalazła beze mnie... czy jeszcze Smutną pod płaczącymi wierzbami zastaje Biały księżyc... O moja miła siostro duszy!

Jak ci zimno być musi... we wrześniowych nocach Oświeconej czerwonym światełkiem komina, W którym wilgotne płaczą gałęzie... W Szwajcarów Ziemi łuk dawny Telia, jaśniejszy niż słońce Przez sześć miesięcy roku... Jam się bardzo zręcznie Zimie sypiącej za mną śniegami wywinął.

Słońce błyszczy mi złote — mógłbym tobie posłać Zamiast zwiędłej rozmowy — pod myślącym słońcem Róże dziś rozwinięte i świeże... myślące...

Lecz na co tobie róże — ty, co kwiaty wdowie Rwiesz na łąkach i nimi ubierasz słomiany Kapelusz...

UŁAMKI

Na ustach moich węgiel położył czerwony,

Obrócił na północ twarzą I kazał prorokować hymn wrący, szalony.

Narody ziemskie! kiedy was porażą,

Kiedy stracicie nadzieje,

Słuchajcie wieszczów — byście wiedzieli, co każą.

A naprzód temu, co krew waszą leje

Przez usta, piersi i skórę, i oczy,

I znużony jest zemstą, i nie mdleje,

Trzy przekleństwa posyłam i duch proroczy,

Co ma jak szatan szpony ogniste i skrzydła, I robaczliwy ząb, co trupy toczy.

Miałem lutnię, co siedem strun miała i widła,

Na nich był patyk złoty, gdzie łabędziowi Duszy mojej spoczynek był — lecz mi obrzydła;

Bowiem nie mogła wydrzeć nic grobowi,

Nawet pamiątek tych, co nieśmiertelne Powinny być — a są podobne snowi.

A więc zerwałem naprzód dwie weselne

Struny na lutni tej i nigdy więcej Już nie obudzę ich — bo są bezczelne.

Zerwałem drugie dwie, co sto tysięcy

Wyrazów słodkich, miłych, miłosnych umiały I uśpić smutne serce umiały najprędzej.

Zerwałem trzecie dwie, jak echo skały

Powtarzające wszystko, co słyszą dokoła, Albowiem wszystko płacz, co usłyszały.

Została jedna ta, co teraz woła:

O! wy, co w prochu myśli mażecie i serca, Z tych serc otrzyjcie rdzę — podnieście czoła

CZYŻ DLA ZIEMSKIEGO TUTAJ WOJOWNIKA..

Czyż dla ziemskiego tutaj wojownika Walka jest wieczną? czyliż dni człowieka Nie są na ziemi jak dni najemnika?... A jako sługa odpoczynku czeka,

A[lbo] robotnik czeka swej zapłaty, Tak mnie miesiące, co przynoszą straty, Dałeś, o Boże, i stroskane noce;

A gdy położę się, myślę o wstaniu I myślę tylko o prędkim świtaniu, I do świtania się nędzny kłopocę,

A skórę moją robactwo już stacza,

I proch jest na niej — i w kawały pada...

Z LISTU DO KSIĘGARZA

Jeszcze chodzą przed oczyma Róże, palmy, wieże, gmachy,

Kair, Teby, Tyr, Solima,

Mój Eustachy.

Jeszcze głowa diabła warta,

Jeszcze morskie czuję strachy,

Wycia hyjen, lwa, lamparta, Mój Eustachy.

Jeszcze długo spocząć trzeba, Nim przywyknę widzieć dachy Zamiast płócien, palm i nieba, Mój Eustachy.

Lecz ty wyrwiesz mnie z letargu, Ty pomięszasz róż zapachy Księgarskiego wonią targu,

Mój Eustachy.

Będę tobie wdzięcznym za to, Przypomnisz mi kraj i Lachy.

Zniechęceniem, troską, stratą, Mój Eustachy.

Ty napiszesz mi, jak stoją Poetycznej muzy gachy, I co piszą, i co broją, Mój Eustachy.

Dla nich rosły świeże laury I szczękały druku blachy,

Gdym ja gonił Kofty, Maury, Mój Eustachy.

Niech śpiewają więc „Te Deum", Żem rok zgubił budząc Grachy I Scypiony w Kollizeum, Mój Eustachy.

Lecz się wmięszam do antyfon, Na egipskie klnę się Ptachy, Na kościoły, gdzie Bóg Tyfon *. Mój Eustachy.

Klnę się tobie i na Athor **, Co w Tentyrze ma swe gmachy, Że się porwę, jak gladiator, Mój Eustachy.

Lipca d. 9 w kwarantannie Livourno 1837.

OFIAROWANIE

U nóg twych kładę: o żałośna wdowo Polskiego ludu! O Matko w żałobie Tych, co śpią w krwawym pochowani grobie, I tych — co wierzą, że wstaniesz na nowo;

* Bóg piekła. ** Wenus egipska.

O! ty gotowa twą krew chrystusową Rzucić na twarze wątpiące i blade, WARSZAWO! tę pieśń ci pod nogi kładę I nóg skrwawionych twoich sięgam głową.

Bo ja nie wierzę, żebyś ty się zlękła Carskiego czoła i carskich rycerzy;

A gdy mówiono, żeś przed nim uklękła,

Tom był jak człowiek, gdy grom weń uderzy; Potem schyliwszy czoło zamyślone Rzekłem: żeś klękła ty po tę koronę,

Co spadła z głowy i u nóg ci leży.

Florencja, dnia 15 listopada 1838 r.

NA SPROWADZENIE PROCHÓW NAPOLEONA i

I wydarto go z ziemi — popiołem,

I wydarto go wierzbie płaczącej,

Gdzie sam leżał ze sławy aniołem,

Gdzie był sam, nie w purpurze błyszczącej, Ale płaszczem żołnierskim spowity,

A na mieczu jak na krzyżu rozbity.

ii

Powiedz, jakim znalazłeś go w grobie,

Królewicu, dowódzco korabli? —

Czy rąk dwoje miał krzyżem na sobie?

Czy z rąk jedną miał przez sen na szabli? A gdyś kamień z mogiły podżwignął,

Powiedz, czy trup zadrżał, czy się wzdrygnął?

iii

On przeczuwał, że przyjdzie godzina, Co mu kamień grobowy rozkruszy;

Ale myślał, że ręka go syna

W tym grobowcu podźwignie i ruszy, I łańcuchy zeń zdejmie zabójcze,

I na ojca proch zawoła: — Ojcze!

iv

v

vi

xvi

Pieśń I

Pieśń V

Pieśń VI

Pieśń VIII

m

Z kształtów. — A teraz odbłysk mego życia Na ten poemat pada niezbyt pięknie.

iv

v

vi

ix

x

xi

xiv

Pieśń II i

[I]

Od redakcji

1

Luter

2

W Ameryce znajduje się drzewo nazwane drzewem śmierci, pod którym zasypiający człowiek umiera.

Na kartach, przed odkryciem Ameryki kreślonych, na ogromnej przestrzeni Atlantyku rysowano dłoń olbrzymią z otwartymi palcami. Ta dłoń przerażała rozognioną podówczas fanatyzmem imaginacją ludzi.

3

*♦ W Luzjadzie olbrzym, duch morza, grozi Hiszpanom i śmierć przepowiada za to, iż odważają się zapuszczać w jego królestwo.

4

Rodzaj krzeseł używany w Kolumbii i stosowny do gorącego klimatu tej krainy; jest to siatka jedwabna zawieszona na dwóch kwiecistych drzewach.

5

Muezin zwołujący pieśnią lud na modlitwę Proroka.

6

Auł, wioska Czeczeńców.

7

Cmentarz Pere la Chaise.

8

Kościół katedralny Notre-Dame.

9

Most Zgody albo Ludwika XVI z białymi posagami.

10

Orlikowski, kapitan artylerii konnej, dowodzący działami w bitwie pod Daszowem. Skończył, jak powyżej duma opisuje.

11

Athor, Wenus egipska, której świątynię widziałem w Tentyrze. Jest to jeden z najpyszniejszych pomników.

iv

Ale przyszli go z grobu wyciągać,

Obce twarze zajrzały do lochu;

I zaczęli prochowi urągać,

I zaczęli nań wołać: — Wstań, prochu! Potem wzięli tę trochę zgnilizny I spytali — czy chce do ojczyzny? —

v

Szumcie! szumcie więc, morza lazury,

Gdy wam dadzą nieść trumnę olbrzyma! Piramidy! wstępujcie na góry

I patrzajcie nań wieków oczyma! Tam! — na morzach! — mew gromadka szara To jest flota z popiołami Cezara.

vi

Z tronów patrzą szatany przestępne,

Car wygląda blady spoza lodów,

Orły siedzą na trumnie posępne

I ze skrzydeł krew trzęsą narodów.

Orły, niegdyś zdobywcze i dumne,

Już nie patrzą na słońce — lecz w trumnę.

VII

Prochu! prochu! o leż ty spokojny,

Gdy usłyszysz trąby śród odmętu,

Bo nie będzie to hasło do wojny,

Ale hasło pacierzy — lamentu...

Raz ostatni hetmanisz ty roty!

I zwyciężysz — lecz zwycięstwem Golgoty.

Ale nigdy, o nigdy! choć w ręku

Miałeś berło, świat i szablę nagą,

Nigdy, nigdy nie szedłeś śród jęku

Z tak ogromną litości powagą,

Z taką mocą... i z tak dumnym obliczem, Jak dziś, wielki! gdy powracasz tu niczem.

1 czerwca 1840.

TESTAMENT MÓJ

Żyłem z wami, cierpiałem i płakałem z wami,

Nigdy mi, kto szlachetny, nie był obojętny,

Dziś was rzucam i dalej idę w cień — z duchami — ■ A jak gdyby tu szczęście było — idę smętny.

Nie zostawiłem tutaj żadnego dziedzica Ani dla mojej lutni, ani dla imienia; —

Imię moje tak przeszło jako błyskawica I będzie jak dźwięk pusty trwać przez pokolenia.

Lecz wy, coście mnie znali, w podaniach przekażcie, Żem dla ojczyzny sterał moje lata młode;

A póki okręt walczył — siedziałem na maszcie,

A gdy tonął — z okrętem poszedłem pod wodę...

Ale kiedyś — o smętnych losach zadumany

Mojej biednej ojczyzny — przyzna, kto szlachetny,

Że płaszcz na moim duchu był nie wyżebrany,

Lecz świetnościami dawnych moich przodków

świetny.

Niech przyjaciele moi w nocy się zgromadzą I biedne serce moje spalą w aloesie,

I tej, która ml dała to serce, oddadzą —

Tak się matkom wypłaca świat, gdy proch odniesie...

Niech przyjaciele moi siądą przy pucharze I zapiją mój pogrzeb — oraz własną biedę:

Jeżeli będę duchem, to się im pokażę,

Jeśli Bóg [mię] uwolni od męki — nie przyjdę...

Lecz zaklinam — niech żywi nie tracą nadziei I przed narodem niosą oświaty kaganiec;

A kiedy trzeba, na śmierć idą po kolei,

Jak kamienie przez Boga rzucane na szaniec!...

Co do mnie — ja zostawiam maleńką tu drużbę Tych, co mogli pokochać serce moje dumne;

Znać, że srogą spełniłem, twardą bożą służbę I zgodziłem się tu mieć — niepłakaną trumnę.

Kto drugi tak bez świata oklasków się zgodzi Iść... taką obojętność, jak ja, mieć dla świata?

Być sternikiem duchami napełnionej łodzi,

I tak cicho odlecieć, jak duch, gdy odlata?

Jednak zostanie po mnie ta siła fatalna,

Co mi żywemu na nic... tylko czoło zdobi;

Lecz po śmierci was będzie gniotła niewidzialna, Aż was, zjadacze chleba — w aniołów przerobi.

POGRZEB KAPITANA MEYZNERA

Wzięliśmy biedną trumnę ze szpitalu,

Do żebrackiego mieli rzucić dołu;

Ani łzy jednej matczynego żalu,

Ani grobowca nad garstką popiołu!

Wczora był pełny młodości i siły —

Jutro nie będzie nawet — i mogiły.

Gdyby przynajmniej przy rycerskiej śpiewce Karabin jemu pod głowę żołnierski!

Ten sam karabin, w którym na panewce

Kurzy się jeszcze wystrzał belwederski,

Gdyby miecz w sercu lub śmiertelna kula —

Lecz nie! — szpitalne łoże i koszula!

Czy on pomyślał — tej nocy błękitów,

Gdy Polska cała w twardej zbroi szczękła, Gdy leżał smętny w trumnie Karmelitów,

A trumna w chwili zmartwychwstalnej pękła. Gdy swój karabin przyciskał do łona —

Czy on pomyślał wtenczas, że tak skona?!

Dziś przyszedł chciwy jałmużny odźwierny I przyszły wiedmy, które trupów strzegą, I otworzyli nam dom miłosierny,

I rzekli: „Brata poznajcie waszego!

Czy ten sam, który wczora się po świecie Kołatał z wami? — Czy go poznajecie?"

I płachtę z głowy mu szpitalną zdjęto,

Nożem pośmiertnych rzeźników czerwoną; Źrennicę trzymał na blask odemkniętą,

Ale od braci miał twarz odwróconą;

Więceśmy rzekli wiedmom, by zawarły Trumnę, bo to jest nasz brat — ten umarły.

I przeraziła nas wszystkich ta nędza,

A jeden z młodszych spytał: „Gdzież go złożą?'' Odpowiedziała mu szpitalna jędza:

„W święconej ziemi, gdzie przez miłość bożą Kładziemy poczet nasz umarłych tłumny,

W jeden ogromny dół — na trumnach trumny''.

Więc ów młodzieniec, męki czując szczere,

Wydobył złoty jeden pieniądz drobny I rzekł: „Zaśpiewać nad nim Miserere,

Niechaj ogródek ma i krzyż osobny..."

Zamilkł: a myśmy pochylili głowy,

Łzy i grosz sypiąc na talerz cynowy.

Niech ma ogródek — i niech się przed Panem

Pochwali tym, co krzyż na grobie gada:

Że był w dziewiątym pułku kapitanem,

Że go słuchała rycerzy gromada,

A dziś ojczyźnie jest niczym niedłużny,

Chociaż osobny ma kurhan — z jałmużny.

Ale Ty, Boże! który z wysokości

Strzały twe rzucasz na kraju obrońcę,

Błagamy Ciebie przez tę garstkę kości,

Zapal przynajmniej na śmierć naszą — słońce! Niechaj dzień wyjdzie z jasnej niebios bramy, Niechaj nas przecie widzą — gdy konamy!

Paryż, d. 30 października 1841 r.

ANIOŁY STOJĄ NA RODZINNYCH POLACH

Anioły stoją na rodzinnych polach

I chcąc powitać lecą w nasze strony,

Ludzie schyleni w nędzy i w niedolach

Cierniowymi się kłaniają korony,

Idą i szyki witają podróżne,

I o miecz proszą tak jak o jałmużnę.

— Postój, o postój, hułanie czerwony!

Przez co to koń twój zapieniony skacze?

— To nic... to mojej matki grób zhańbiony, Serce mi pęka, lecz oko nie płacze. —

Koń dobył iskier na grobie z marmuru I mściwa szabla wylazła z jaszczuru.

DO PANI JOANNY BOBROWEJ

O! gdybym ja wiódł Panią do kaskady! To tak jak ludzie przyjaciołom wierni,

Aż tam bym zawiódł, gdzie pył leci blady

Śród leszczyn w Gisbach — a śród laurów w Terni.

Dzikie bym zrywał na murawie kwiaty, A Pani w skałach siadłabyś myśląca,

Jak anioł skrzydłem kaskady skrzydlaty — Czekając znad skał śpiewu — i miesiąca.

Gdybym ja Panią do kaskady woził,

Może bym wieczną tam zatrzymał siłą —

Śpiewem skamienił i lodem zamroził,

I kazał tęczom świecić nad mogiłą.

Lecz nie powiodę do takiego zdroja,

Bo teraz straszna jest ducha kaskada;

To cały duch mój i cała krew moja,

Która na Polskę chce upaść — i spada.

Raz ty, porwana tym strumieniem gminnym, Byłabyś nigdy nie wrócona światu;

Dlatego poszłaś gdzie indziej — z kim innym; Ręki się bojąc dać dawnemu bratu.

Bo dzisiaj Polka ciekawość pokona,

A jej nie karmi to, co tłum paryski,

Gdy w sercu Polska duchem urodzona Jak nimfa wstaje z perłowej kołyski.

Dzisiaj siedzącej przed kaskadą w koczu Sumnienie Pani powie samo głuche...

Że niegdyś łzy się tak sączyły z oczu! A dzisiaj! oczy patrzą — takie suche!

Czyś tym przeklęta, czy błogosławiona, Że serce zimne — oczy łez nie leją?

Powie ci kiedyś mogił druga strona,

Gdzie serca pękną — albo się rozgrzeją.

Co do mnie — wiem ja, jak to praca pusta Serce kobiece na czas prze-anielić!

Dlatego odtąd — wiecznie zamknę usta,

I wolę nie być z Panią — niż zgon dzielić.

Bo to okropnie! rany pozamykać,

Zagoić wszystkie dawne serca blizny!

Iść — i aniołów już nie napotykać!

Już nie mieć ani serca! — ni ojczyzny!

Gdybym był duchem wersalskiej natury,

A taką Ciebie między tłumem zoczył, Zleciałbym na cię jak kaskada z góry,

Porwał — i rzucił w przepaść — i sam skoczył.

1842 r. 14 maja.

TAK MI, BOŻE, DOPOMÓŻ

Idea wiary nowej rozwinięta,

W błyśnieniu jednym zmartwychwstała wre mnie Cała, gotowa do czynu i święta;

Więc niedaremnie, o! nienadaremnie Snu śmiertelnego porzuciłem łoże.

Tak mi dopomóż, Chryste Panie Boże!

Mały ja, biedny, ale serce moje

Może pomieścić ludzi milijony.

Ci wszyscy ze mnie będą mieli zbroje —

I ze mnie piorun mieć będą czerwony,

I z mego szczęścia do szczęścia podnoże.

Tak mi dopomóż, Chryste Panie Boże!

Za to spokojność już mam i mieć będę,

I będę wieczny — jak te, które wskrzeszę — I będę mocny — jak to, co zdobędę —

I będę szczęsny — jak to, co pocieszę —

I będę stworzon — jak rzecz, którą stworzę. Tak mi dopomóż, Chryste Panie Boże!

Chociaż usłyszę głosy urągania,

Nie dbam, czy wzrastać będą — czy ucichać...

Jest to w godzinie wielkiej zmartwychwstania Szmer kości, który na smentarzach słychać.

Lecz się umarłych zgrają nie zatrwożę.

Tak mi dopomóż, Chryste Panie Boże!

Widzę wchód jeden tylko otworzony I drogę ducha tylko jednobramną...

Trzymając w górę palec podniesiony

Idę z przestrogą — kto żyw — pójdzie za mną._

Pójdzie — chociażbym wszedłszy szedł przez morze...

Tak mi dopomóż, Chryste Panie Boże!

Drugi raz pokój dany jest na ziemi Tym, którzy miłość mają i ofiarę...

Dane zwycięstwo jest nad umarłemi,

Dano jest wskrzeszać tych, co mają wiarę...

Na reszcie trumien — Ja — pieczęć położę.

Tak mi dopomóż, Chryste Panie Boże!

Lecz tym, co idą — nie przez czarnoksięstwa, Ale przez wiarę — dam, co sam Bóg daje:

W ich usta włożę komendę zwycięstwa,

W ich oczy — ten wzrok, co zdobywa kraje —

Ten wzrok, któremu nic dotrwać nie może.

Tak mi dopomóż, Chryste Panie Boże!

Z pokorą teraz padam na kolana,

Abym wstał silnym Boga robotnikiem.

Gdy wstanę — mój głos będzie głosem Pana, Mój krzyk — ojczyzny całej będzie krzykiem,

Mój duch — aniołem, co wszystko przemoże.

Tak mi dopomóż, Chryste Panie Boże!

Lipca 13. — [1842]

KIEDY SIĘ W NIEBIE GDZIE ZEJDZIEMY SAMI..

Kiedy się w niebie gdzie zejdziemy sami, Naprzód cię spytam, czy jesteś bogata? Bo ci w westchnieniach oddawałem lata,

A ty płaciłaś je pocałunkami.

A dzisiaj tymi ty pewno latami

Kupujesz sobie wieczność na błękicie, Bo w twoje życie weszło moje życie,

I najpiękniejsze sny pomiędzy snami.

Ale ty, jasna, błękitna królowa,

To tylko musisz znosić w słońcu ducha, Że wszędy w tobie dźwięczy pamięć słowa,

A w słowie twój duch na błękitach słucha, W słowie jest jego piosenka i skrucha, I niby ziemskiej przeszłości połowa.

ŚMIERĆ, CO TRZYNAŚCIE LAT STAŁA KOŁO MNIE...

Śmierć, co trzynaście lat stała koło mnie,

Poszła i wbiegła do carskiej komnaty,

Car ją jak wariat przyjął — nieprzytomnie —

I oddał ducha przy strzale harmaty,

Który gromowi bożemu podobny,

Poszedł na Moskwę jako dzwon żałobny.

Moskwa w powietrze blade zasłuchana,

W czepcach złocistych jak matuszka stara, Słysząc to rzekła: „Albo śmiech szatana,

Albo też pękło czarne serce cara".

I cała wyszła na zielone błonia Czekać na jezdca pierwszego i konia.

Pierwszy koń leciał, a był jako smoła,

I cały czarny jeździec na nim siedział,

Przez lud przeleciał i wpadł do kościoła,

Przez lud przeleciał — słowa nie powiedział; A kiedy kościół odemknięto z trwogą,

W tej ciemnej Ławrze nie było nikogo.

Drugi przeleciał — lecz resztkami włosa

I chustą krwawą się krył przed narodem, Jak człowiek, który nie ma ust i nosa

I twarz ma całą zgniłą jednym wrzodem. Ten, jako zwykle car czynić przywyknął, Wbiegł w zamek — usiadł na tronie i zniknął.

Trzeci przeleciał — ale był z daleka

Widny ludowi... że był jak ruina,

Która ma okna tam, gdzie u człowieka

Serce się mieści i szyja się wcina...

Ten nie doleciał, bo nań wpadły kruki I rozerwały przed ludem na sztuki.

Wtenczas lud krzyknął: ,,To nasze trzy cary,

Które w człowieku teraz jednym były; Najpierwszy: to duch i proch, i car wiary,

A drugi to proch i duch, i car siły;

A trzeci — od tych rozerwany ptaków, To car-kat... który był królem Polaków".

[1843]

JEST NAJSMUTNIEJSZA GODZINA NA ZIEMI...

[Urywek]

Jest najsmutniejsza godzina na ziemi,

Która na morzu po północy dzwoni,

Kiedy Dyjanna z oczyma złotemi

Świta mi rankiem i wynika z toni.

W niej smętek — i ci, którzy szerokiemi

Morzami płyną, gdzie je wicher goni, Półsenni...

Takie uczucia mojemu duchowi

Znane, bo nieraz przed czystości Panną Stał, kiedy inni zorzami różowi

Świecili gwiazdą na morzu poranną; — Noc, nachylona ku nowemu dniowi,

Fala, wznosząca na wiatr szybę szklanną.

DO PASTERECZKI, SIEDZĄCEJ NA DRUIDÓW, KAMIENIACH W PORNIC NAD OCEANEM

Jak ty mi jesteś wdzięczna,

Duszeczko moja mała,

Słoneczna i miesięczna,

Prawie bez krwi i ciała.

Gdyś wysoko siadała Z główką w zorzy pierścieniach,

Na Druidów kamieniach,

Śród jałowcowych krzaków Ćwieki twoich chodaków Błyskały mi na lice Jako dwa półksiężyce Czerwoną zorzą ranną;

I byłaś mi zarazem Chłopeczką i Dyjanną,

Zjawieniem i obrazem,

Kochanką i dziecięciem,

Smutkiem — i niebowzięciem.

Włoski twoje jak zboże Złote i przezroczyste

Wiatr unosił na morze,

A we włoskach ogniste Ranunkuły doliny,

Jak maki Ukrainy,

Zdawały się ogniami, Które tobie do lica Przypięła upiorzyca Śpiąca w grobie pod nami. Za tobą — szafir mórz Dzielił kibić na dwoje; Nad głową — jak zawoje Jutrzenki pełne róż I chwasty w dyjamentach

Około ciebie skrzyły, A ty na monumentach Stróżka — i duch mogiły, Z niewinnością na licach, Z nóżkami na księżycach.

W PAMIĘTNIKU ZOFII BOBRÓWNY

Niechaj mię Zośka o wiersze nie prosi, Bo kiedy Zośka do ojczyzny wróci,

To każdy kwiatek powie wiersze Zosi,

Każda jej gwiazdka piosenkę zanuci.

Nim kwiat przekwitnie, nim gwiazdeczka zleci, Słuchaj — bo to są najlepsi poeci.

Gwiazdy błękitne, kwiateczki czerwone Będą ci całe poemata składać.

Ja bym to samo powiedział, co one,

Bo ja się od nich nauczyłem gadać;

Bo tam, gdzie Ikwy srebrne fale płyną,

Byłem ja niegdyś, jak Zośka, dzieciną.

Dzisiaj daleko pojechałem w gości I dalej mię los nieszczęśliwy goni.

Przywieź mi, Zośko, od tych gwiazd światłości, Przywieź mi, Zośko, z tamtych kwiatów woni, Bo mi zaprawdę odmłodnieć potrzeba.

Wróć mi więc z kraju taką — jakby z nieba.

13 marca 1844. Paryż.

DO LUDWIKI BOBRÓWNY

Gdy na ojczyznę spojrzą oczy Lolki,

Karmione złotem i tęczową czczością, Niechajże patrzą tak, jak oczy Polki,

Spokojnie — ale z ogniem i miłością.

Jeśli je patrzeć na smutek przymuszą

I na lud, który tam w łańcuchach pędzą: Niechaj te oczy łzami się zaprószą,

Lecz niech się nigdy nie zamkną przed nędzą.

Kiedy z tych oczu łez opadnie rosa,

A ludzie dobrzy będą w nie patrzali:

Pokaż im w oczach otwartych niebiosa Aż do błękitu dusz — i jeszcze dalej...

Gdy przyjdą wieszcze porwać naród z trumny

I rzucić w ogień tych, co skry się boją:

Z oczu rzuć takie dwie światła kolumny, Jak ognie, które na wulkanach stoją.

Wtenczas ja, widząc te łzy i wulkany,

Powiem i w rymy to włożę królewskie: Że choć widziałem w oczach cztery zmiany, Prawdziwie Lolka ma oczy niebieskie.

Paryż, d. 14 marca 1844.

OTO BÓG, KTÓRY ŁONA TAJEMNIC ODMYKA.

Oto Bóg, który łona tajemnic odmyka,

Podniósł wreszcie zasłonę czarną z matecznika I pokazał... okropną umysłów ruinę,

Oczy krwią zaszłe, twarze zielone i sine,

Dogasające oczy przy ofiarnej czarze,

Zabójstwa serc i skryte na trupy cmentarze,

Kijami po moskiewsku nasiekane grzbiety,

Żywe zwierzęce widma — włóczęgi — szkielety, Chodzące ludzi szczątki — ciał ruchome ćwierci, Pełny wężowisk ducha matecznik, gród śmierci...

Tamże jest tron jako grób straszliwy i czarny,

Na którym się pokazał ów niedźwiedź polarny,

Figura z krwi i z ciała, wewnątrz chora, pusta,

Mocarz zapowiedziany w proroctwie oszusta.

Przed jego pożyczoną już od cara mocą

Szkielety waryjatów kładną się, gruchocą,

Podlą się i za podłość mu składają dzięki.

Słychać trzask czaszek, grzechot piszczeli i jęki.

Któż by powiedział wczora, że ta, ach, kotara

Kryje takie tam uczty straszne Baltazara,

Że ten, co miał serdeczne niegdyś w Polsce państwo.

Dzisiaj osławiony zapadł w ducha pijaństwo

I bachanalią kończy z uczuciem wieczności,

Nie wiedząc, że ma z trupów śmiejących się gości,

Że tam nieoświecony jest dom bez miesiąca

I ręka carska ogniem po ścianach pisząca,

Że przy stole okropne zbierając okruchy

Siedzą ciała nie swymi napełnione duchy,

Liczba jakaś szatanów, która ciał używa.

Ten mówi ja — a drugi duch się w nim odzywa —

Drugi — którego przeszłość w siebie zajrzeć znęci,

Spojrzy — i cudzą pamięć znajdzie w swTej pamięci

Inny... gdzieś pod Grochowem naznaczony blizną,

Zapomni się i Moskwę nazywa ojczyzną.

Tamten rozczochra włosy i podniesie pięście,

I krzyknie jak kobieta: Boże! o! nieszczęście!

I zaszlochaniem, w którym już braknie oddechu, Zakończy jak dziecinna harmonika śmiechu,

Z tonu na ton spadając, aż głosem zaleci W te jamy, gdzie psy wyją piekielne jak dzieci...

Tam, patrzaj, człowiek niby zachłyśniony Bogiem, Ojczyzny, swojej matki dawnej, stoi wrogiem; W serce, gdzie ona jeszcze święty ogień trzyma, Swymi sztyletowymi utkwiwszy oczyma...