Wierny Rusłan - Władimow Gieorgij - ebook

Wierny Rusłan ebook

Władimow Gieorgij

0,0
37,90 zł

lub
Opis

Klasyka literatury łagrowej – poruszająca książka porównywana z dziełami Sołżenicyna czy Szałamowa.

Po likwidacji obozu Rusłan i inne psy wartownicze zostają wypędzeni. Cała sfora błąka się po okolicy i nie potrafi zapomnieć o minionym życiu w łagrze, który uważała za raj. Psy były tam wykorzystywane do zadań wartowniczych, a surowa tresura odcisnęła na nich niezatarte piętno. Tęskniący za służbą Rusłan próbuje sam sobie zorganizować łagrowe życie i poszukuje więźniów, których mógłby nadzorować.

Książka Władimowa to wstrząsająca metafora dehumanizacji i zniewolenia w totalitarnym świecie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 212

Oceny
0,0
0
0
0
0
0



Co wyście zro­bili, pano­wie!

Mak­sim Gorki, Bar­ba­rzyńcy

1

Całą noc wyła zawie­ru­cha, zgrzy­tli­wie huś­tała lampy, szczę­kała zasuwą. A nad ranem wszystko się uspo­ko­iło i uci­chło. I przy­szedł pan. Siadł na stołku i zapa­lił, cze­ka­jąc, aż Rusłan skoń­czy jeść zupę. Pan przy­niósł ze sobą swój auto­mat i powie­sił go na haku, w rogu boksu, a to ozna­czało służbę, któ­rej dawno już nie było, więc trzeba było jeść bez pośpie­chu, ale i bez ocią­ga­nia.

A potem Rusłan dostał wielką szpi­kową kość, tak obie­cu­jącą, że kor­ciło go, by ją zaraz zanieść do rogu i zako­pać w ściółce – a potem dopiero, w ciem­no­ści i samot­no­ści, pogryźć jak należy. Ale wstyd mu było wycią­gać ją przy panu z miski, więc tylko obgryzł ją z mięsa na wszelki wypa­dek – doświad­cze­nie mówiło, że po powro­cie mógł już tej kostki nie zna­leźć. Odsu­wa­jąc ją sta­ran­nie nosem, wychłep­tał ciecz i zaczął łykać cie­pły gąszcz, łapiąc upusz­czane kawałki – aż rap­tem pan się poru­szył i spy­tał nie­cier­pli­wie:

– Goto­wyś?

I wsta­jąc, rzu­cił nie­do­pa­łek na pod­łogę. Nie­do­pa­łek wpadł do miski i zasy­czał. Takiego wypadku jesz­cze nie było, ale Rusłan nie dał po sobie poznać zdzi­wie­nia ani urazy. Pod­niósł na pana wzrok i huśt­nął cięż­kim ogo­nem – na znak wdzięcz­no­ści za jedze­nie i goto­wo­ści natych­mia­sto­wego odsłu­że­nia go. Nie pozwo­lił też sobie spoj­rzeć na kość; szybko łyk­nął z miski tro­chę wody i już był gotów.

– No to idziemy.

Pan wycią­gnął ku niemu obrożę. Rusłan skwa­pli­wie nad­sta­wił łeb i zastrzygł uszami, reagu­jąc na dotknię­cie rąk pana. Ręce te zapięły sprzączkę, spraw­dziły, czy nie jest za cia­sno, i zacze­piły kara­bi­nek za kółko. Potem pan nawi­nął tro­chę smy­czy na rękę, a koniec przy­cze­pił sobie do pasa. W ten spo­sób przez całą służbę byli ze sobą zwią­zani i nie mogli się wza­jem­nie zgu­bić. Wolną ręką pan pod­rzu­cił auto­mat, chwy­cił go za pas i zarzu­cił na ramię zapo­coną lufą w dół. Rusłan jak zwy­kle zajął miej­sce u lewej nogi pana.

Obaj prze­szli ciem­nym kory­ta­rzem, na który wycho­dziły obite mocną siatką drzwi bok­sów. Bły­skały zza niej wil­gotne śle­pia; nie­na­kar­mione psy skom­lały i bodły siatkę ostro ścię­tymi łbami, a w odle­głym końcu ktoś zachły­sty­wał się zawist­nym, histe­rycz­nym szcze­ka­niem – i Rusłan był dumny z tego, że jego pierw­szego wypro­wa­dzano dzi­siaj na służbę.

Ale kiedy otwarły się wej­ściowe drzwi i w śle­pia chlu­snęła mu ośle­piająca jaskrawa bia­łość – zmru­żył je, odsko­czył do tyłu i zawar­czał.

– No, no! – powie­dział pan i szarp­nął smycz. – Zasie­dzia­łeś się, ścierwo. Nie caf się. Śniegu nie widzia­łeś?

Więc wła­śnie to tak wyło w nocy. A teraz się uło­żyło – grubą puszy­stą war­stwą na bez­lud­nym placu, na dachach koszar, maga­zy­nów i garaży, śnie­go­wymi cza­pami na latar­niach i ław­kach usta­wio­nych wokół skrzynki na nie­do­pałki. Tyle razy już to w życiu widział, a zawsze się temu dzi­wił. Wie­dział, że u panów nazywa się to „śnieg”, ale sam pew­nie by się nie zgo­dził dać temu nazwę. Dla Rusłana była to po pro­stu – biel. I wszystko tra­ciło przez nią nazwy, wszystko, do czego przy­wykł wzrok i węch, się zmie­niało. Świat stał się pusty i głu­chy. Pocho­wały się ślady. Tylko wyraź­nie wydep­tany łań­cu­szek śla­dów pana biegł od kuchni do progu. A już po chwili biel tra­fiła mu do nosa i wypeł­niła pod­nie­ce­niem; zanu­rzył w niej łeb aż po oczy, wyorał bruzdę, nabrał pełen pysk i wyplu­wa­jąc, nawet wesoło i bez­sen­sow­nie obszcze­kał, jakby chciał zawo­łać coś w rodzaju: „Bujać to my, nie ma fra­je­rów!”. Pan go nie przy­trzy­my­wał, wypu­ścił na całą dłu­gość smy­czy, więc Rusłan, z białą brodą i rzę­sami, to zosta­wał z tyłu, to wybie­gał naprzód i cią­gle nie mógł się uspo­koić, nady­szeć, nawą­chać.

I z tego wszyst­kiego pozwo­lił sobie na małe prze­ocze­nie. Nie rozej­rzał się, jak to trzeba zro­bić, kiedy się jest wypro­wa­dza­nym na służbę. Ale coś go jed­nak zanie­po­ko­iło; nasta­wił uszu i zamarł. Ogar­nął go nie­ja­sny lęk. Z pra­wej strony wzno­siły się rzędy obdar­tych z kory słu­pów z dru­tem kol­cza­stym. Dalej było puste pole i ciemna wyszczer­biona ściana lasu, a z lewej takie same słupy i drut, i kawał pola, tyle że z roz­rzu­co­nymi po nim, niskimi jak sute­ryny, zbi­tymi z poczer­nia­łych od sta­ro­ści bier­wion, bara­kami. I baraki patrzyły na Rusłana jak zawsze oszro­nio­nymi, pustymi jak bielma oknami. Wszystko było na miej­scu i ni­gdzie się nie podziało. Ale świa­tem zawład­nęła nie­zwy­kła, nie­sły­chana cisza, i kroki pana grzę­zły w niej, jakby stą­pał po woj­łoku. A jesz­cze dziwne było, że nikt nie wychu­chał w oknach dziu­rek, żeby zoba­czyć, co się dzieje na świe­cie (pod tym wzglę­dem ludzie nie róż­nią się prze­cież od psów!), a same baraki wyda­wały się dziw­nie pła­skie, jakby nama­lo­wane na bieli, i nie wyda­wały dźwię­ków. Zupeł­nie jakby ci wszy­scy, któ­rzy w nich miesz­kali, hała­so­wali i śmier­dzieli, wymarli w ciągu jed­nej nocy.

Ale gdyby wymarli, to prze­cież on by to poczuł! A jeśli nie on, to inny pies. Komuś by się to przy­śniło i ktoś zbu­dziłby ich wyciem. „Nie ma ich tam – pomy­ślał Rusłan. – Więc gdzie się podziali?” I zawsty­dził się z powodu wła­snej nie­do­myśl­no­ści. Tamci nie umarli, tylko ucie­kli. Zadrżał z napię­cia, zaczął gorąco i gło­śno dyszeć. Miał ochotę napiąć smycz i pocią­gnąć za sobą pana – tak jak bywało w te rzad­kie i nie­zwy­kłe dni, kiedy obaj prze­bie­gali cza­sem po kilka wiorst. I doga­niali! – ani razu nie było tak, żeby nie dognali. I zaczy­nało się naj­lep­sze z tego, co dane było zaznać Rusła­nowi – praw­dziwa Służba.

Ale nie, nic się nie zga­dzało także i z tymi rzad­kimi sytu­acjami. Rusłan znał słowo „ucieczka”. Odróż­niał nawet „ucieczkę indy­wi­du­alną” od „zbio­ro­wej”, ale w takich wypad­kach było zawsze dużo hałasu i ner­wo­wej bie­ga­niny, pano­wie dla­cze­goś wrzesz­czeli na sie­bie, psy też obry­wały za nic i wypro­wa­dzone z rów­no­wagi zaczy­nały się gryźć. Dopiero kiedy zaczy­nał się pościg, wszystko się uspo­ka­jało. A takiej ciszy Rusłan nie sły­szał ani razu i to skła­niało go do naj­gor­szych podej­rzeń. Wyglą­dało na to, że ucie­kli wszy­scy miesz­kańcy bara­ków, a pano­wie rzu­cili się za nimi, i to tak szybko, że nie zdą­żyli nawet zabrać ze sobą psów, a jakiż może być bez psów pościg! A teraz tylko oni dwaj, pan i Rusłan, powinni wszyst­kich zna­leźć i przy­gnać całe to śmier­dzące, wrza­skliwe, ogłu­piałe stado z powro­tem.

Poczuł drę­czący strach, od któ­rego zro­biło mu się zimno w brzu­chu i zabiegł drogę panu, by popa­trzeć mu w twarz. Z panem też działo się coś nie­do­brego; gar­bił się, ponuro popa­try­wał na boki, a ręki nie trzy­mał jak zawsze na pasie auto­matu, tylko wsu­nął ją do kie­szeni, jakby mu zmar­zła. Rusłan pomy­ślał nawet, że panu zzię­bło w brzu­chu – nic dziw­nego, skoro czeka ich dzi­siaj takie zada­nie. Otarł się bar­kiem o szy­nel pana, co zna­czyło, że wszystko rozu­mie i na wszystko jest gotów – nawet na śmierć. Rusłan nie miał jesz­cze oka­zji umie­rać, ale widział, jak robią to i ludzie, i psy. Było to naj­strasz­niej­sze ze wszyst­kiego, ale – jeśli razem z panem – to co innego; Rusłan to wytrzyma. Ale pan nie zauwa­żył jego dotyku i nie odpo­wie­dział, jak to zawsze bywało, kła­dąc dłoń na łbie – a to już było przy­kre.

Rap­tem zoba­czył coś takiego, że sierść na karku mu się zje­żyła, a z gar­dła wydo­był się głu­chy war­kot. Nie miał zbyt dobrego wzroku i wie­dząc o tym, nad­ra­biał brak gor­li­wo­ścią i węchem. Toteż główną obo­zową bramę zoba­czył dopiero wtedy, kiedy obaj z panem wyszli przez furtkę przed obóz. Brama wyglą­dała tak dziw­nie, że trudno sobie to było wyobra­zić. Była po pro­stu otwarta na oścież i poskrzy­py­wała na wie­trze pętlami z zardze­wia­łego drutu. I nikt nie biegł do niej, krzy­cząc i strze­la­jąc, żeby ją natych­miast zamknąć. Nie dosyć na tym, także i druga brama, z prze­ciw­le­głej strony obozu, ni­gdy nie­otwie­rana jed­no­cze­śnie z pierw­szą – była otwarta. Biała droga wycho­dziła z obozu niczym nie­prze­gro­dzona, nie­prze­kre­ślona kratą bier­wion – i bie­gła w las, ku linii ciem­nego hory­zontu…

A co się stało z wieżą straż­ni­czą! Zupeł­nie ośle­pła. Jeden reflek­tor, zanie­siony śnie­giem, ponie­wie­rał się na dole, drugi, wyszcze­rzyw­szy roz­bite szkło, wisiał na prze­wo­dzie. Znik­nął z wieży i gdzieś prze­padł biały kożuch z uszanką i zwró­co­nym zawsze lufą w dół żło­bio­nym auto­ma­tem. Wybla­kłe czer­wone płótno nad bramą jesz­cze wisiało, ale ktoś podarł je na strzępy, brzydko szar­pane podmu­chami wia­tru. A do tego czer­wonego płótna z tajem­ni­czymi bia­łymi zna­kami Rusłan miał spe­cjalny sto­su­nek. Zbyt mocno wryły mu się w duszę momenty, kiedy ciem­nymi wie­czo­rami, po pracy, przy każ­dej pogo­dzie – w mróz, zamieć czy ulewę – oto­czone przez panów i psy kolumny więź­niów zatrzy­my­wały się tutaj i oba reflek­tory krzy­żo­wały na czer­wieni snopy swych zamglo­nych świa­teł, aż czer­wień roz­pa­lała się na całą dłu­gość bramy, a przy­gar­bieni więź­nio­wie mimo woli pod­no­sili głowy i wpa­try­wali się w ośle­pia­jącą biel zna­ków. Rusła­nowi nie dane było zgłę­bić całej uta­jo­nej w nich mądro­ści1, ale i jego znaki szczy­pały w oczy aż do łez, ale i jego ogar­niały rap­tem roz­dy­go­ta­nie, liryczny smu­tek i zachwyt tak wielki, że wszystko zda­wało się omdle­wać i zamie­rać.

Te braki i znisz­cze­nia zupeł­nie Rusłana oszo­ło­miły; bez­czel­ność ucie­ki­nie­rów wypro­wa­dziła go z rów­no­wagi. A więc byli prze­ko­nani, że tym razem ich nie zła­pią! I z góry wie­dzieli, że spad­nie śnieg i zasy­pie wszyst­kie ślady, i że psu jest bar­dzo ciężko pra­co­wać na mro­zie. Ale naj­gor­sze było to, że w ogóle się spe­cjal­nie nie kryli. Rusłan pamię­tał prze­cież dosko­nale, jak w ciągu ostat­nich, nie­po­ję­tych dni, kiedy psy zdy­chały z nudów bez służby i przy­cho­dził do nich tylko jego pan, a i to bez auto­matu, żeby je nakar­mić i dać im tro­chę pobie­gać po podwórku – jak przez ten cały czas zacho­wy­wali się więź­nio­wie. Zupeł­nie nie­zro­zu­miale: cho­dzili gro­ma­dami po całym obo­zie, hała­so­wali har­mo­nią, wywrza­ski­wali pio­senki, a jesz­cze w dodatku głu­pio i bez­sen­sow­nie draż­nili psy. Więc jakże to pan niczego nie zauwa­żył, skoro dosłow­nie wszyst­kie psy czuły, że święci się coś złego, i gry­zły z ćmią­cej zło­ści ściółkę!

Rusłan nie miał pre­ten­sji do pana i nie zarzu­cał mu niczego. Był nie­młody i wie­dział, że pano­wie cza­sami się mylą. Ale im wolno. Nie wolno tego psom i więź­niom, któ­rzy zawsze odpo­wia­dają za swoje błędy, a cza­sami i za błędy panów. Więc skoro już tak się stało, to Rusłan wie­dział, że winę za ten błąd przyj­dzie mu podzie­lić z panem i że za wszelką cenę pomoże panu błąd napra­wić. A teraz, myśląc o tym, jak chy­trze ucie­ki­nie­rzy oszu­kali pana, po pro­stu pod­nie­cał się do pracy; budził w sobie złość tak długo, aż się naprawdę roz­wście­czył. Wście­kłość Rusłana była żół­tego koloru. Żółte stało się niebo i śnieg, zżół­kły odwra­cane w biegu twa­rze prze­ra­żo­nych ucie­ki­nie­rów, żół­tymi reflek­sami zami­go­tały pode­szwy ich butów. Zoba­czyw­szy to wszystko jak żywe, Rusłan nie wytrzy­mał – rzu­cił się z wście­kłym szcze­ka­niem, nacią­gnął rze­mień z suro­wej skóry i wywlókł pana za sobą przez bramę.

– Ty co, ty co, ścierwo! – Pan led­wie utrzy­mał się na nogach. Przy­cią­gnął do sie­bie Rusłana i żeby go uspo­koić, użył swego zwy­kłego spo­sobu: szarp­nął za obrożę u góry, tak że przed­nie łapy psa zawi­sły w powie­trzu, a on sam już nie war­czał, lecz chry­piał. – Gdzie? Gdzie się rwiesz? Na tam­ten świat? Tylko cie­bie tam bra­ko­wało. – Potem odpiął kara­bi­nek, puścił Rusłana, a rze­mień zwi­nął i wło­żył do kie­szeni. – O, teraz leć. Leć przed sie­bie przo­dem, tra­fisz, gdzie trza.

Poka­zał ręką w kie­runku pola, wzdłuż bia­łej drogi, i już to samo mogło zna­czyć: „Szu­kaj, Rusłan”. Takie rze­czy Rusłan rozu­miał bez roz­kazu. Tylko że nie poczuł żad­nego tropu ani śladu, nic.

Bli­ski despe­ra­cji rzu­cił na pana bystre i lękliwe spoj­rze­nie, pochy­lił łeb i ryjąc nosem śnieg, zato­czył prze­pi­sowy krąg. Pach­niało suchymi tra­wami, stę­chli­zną, myszami, popio­łem, ale ludźmi – nie. Nie zatrzy­mu­jąc się, zato­czył nowy krąg, tym razem szer­szy. Znowu nic. Prze­szli tędy tak dawno, że próby wywą­cha­nia cze­goś sen­sow­nego były bzdurą. A Rusłan nie pozwa­lał sobie na takie sztuczki, żeby zełgać, popro­wa­dzić byle gdzie, a potem zro­bić histe­ryczną scenę, że niby pan sam coś poplą­tał, a ma pre­ten­sje do niego. Zresztą pan nie mógł niczego poplą­tać. Prze­cież było jasne, że wyszli przez bramę, więc trzeba zaczy­nać od niej. Rusłan szybko się zmę­czył, poczuł się tak, jakby wypruto mu wnętrz­no­ści, z roz­ma­chu siadł na śniegu, wywie­sił na bok paru­jący język i z prze­pra­sza­ją­cym mru­ga­niem i strzy­że­niem uszu przy­zna­wał się do swej bez­sil­no­ści.

Pan patrzył nań z nie­przy­jem­nie skrzy­wio­nymi war­gami. W oczach pana – w dwu cudow­nych krąż­kach zmęt­nia­łego błę­kitu – nie było ani odro­biny współ­czu­cia; tylko chłód i drwina. Rusła­nowi chciało się roz­płasz­czyć i popeł­znąć na brzu­chu, cho­ciaż wie­dział, że prośby i skargi są daremne. Można było skom­leć ile wle­zie, ale i tak robiło się wszystko, czego chciały te naj­uko­chań­sze na świe­cie krążki, choćby się nawet lizało ich wyma­zane śmier­dzącą pastą buty. Rusłan pró­bo­wał to kie­dyś robić, a raz widział, jak to robił czło­wiek – i czło­wiekowi też to nie pomo­gło.

– No co, dalej? – spy­tał pan. – A może wolisz bli­żej domu? – Obej­rzał się na bramę i powoli ścią­gnął z ramie­nia auto­mat. – Jeden dia­beł, można i tu…

Rusłan zady­go­tał; nagły atak zie­wa­nia zaczął mu wyła­my­wać szczęki. Ale prze­mógł się i wstał. Ina­czej nie mógł. Zwie­rzę spo­tyka na sto­jąco to, co naj­gor­sze. A Rusłan zro­zu­miał już, że wła­śnie to, w ten dzień, do niego przy­szło, że przed minutą już się stało i że tego, co nastąpi, nie da się unik­nąć. I nawet nie ma kogo za to winić. Bo kogo winić, jeśli już i Rusłan prze­stał rozu­mieć, o co cho­dzi?

Wie­dział dobrze, co spo­tyka psa, który prze­staje rozu­mieć, o co cho­dzi. Żadne poprzed­nie zasługi wów­czas nie poma­gają. Za jego cza­sów jako pierw­szego spo­tkało to Reksa, bar­dzo doświad­czo­nego i ambit­nego psa, ulu­bieńca panów, któ­remu Rusłan za młodu bar­dzo zazdro­ścił. Dzień upadku Reksa był naj­zwy­klej­szy w świe­cie, żaden z psów niczego nie prze­czuł. Jak zwy­kle przy­jęto wtedy kolumnę od warty obo­zo­wej, jak zwy­kle prze­li­czono ją i wypo­wie­dziano zwy­kłe słowa. I wła­śnie tu, zale­d­wie ode­szli od bramy, jeden z więź­niów zawrzesz­czał dziko, jakby go ktoś ugryzł, i zaczął biec, gdzie oczy poniosą. Wariat, w szcze­rym polu, na oczach wszyst­kich. Toteż jesz­cze nie prze­brzmiał jego okrzyk, a już, w trzy czy cztery lufy, zagrze­cho­tały auto­maty, a ceka­emi­sta z wieży też doło­żył swoje. Aż dziw, że dwu­nogi są cza­sem zdolne do takich głupstw! Ale tym głup­stwem wię­zień zaszko­dził Rek­sowi, który szedł obok i winien był mieć się na bacz­no­ści, i prze­czuć wszystko zawczasu, a skoro już się zaga­pił i popeł­nił prze­ocze­nie – rzu­cić się za ucie­ki­nie­rem i natych­miast zwa­lić go z nóg. A tymcza­sem Reks, porwany wido­wi­skiem, siadł z wywie­szo­nym języ­kiem i pozwo­lił, żeby jesz­cze trzech więź­niów naru­szyło szyk i wyma­chu­jąc rękami, krzy­czało na panów. Szybko zagnano ich kol­bami na miej­sca, psy też pomo­gły, a Reks nawet nie wziął udziału! Reks rzu­cił się na tam­tego, na polu, który już nawet nie zipał, i wpił się zębami w jego prawą rękę. Było to takie głu­pie, że nawet przy tym nie war­czał, a tylko okrop­nie żało­śnie skom­lał. Pan Reksa odcią­gnął go i w obec­no­ści wszyst­kich porząd­nie kop­nął w brzuch. Tego dnia Rek­sowi pozwo­lono jesz­cze na kon­wo­jo­wa­nie, ale wszyst­kie psy zro­zu­miały, że sprawa jest prze­są­dzona. I Reks zro­zu­miał to naj­le­piej ze wszyst­kich. Po służ­bie przez cały wie­czór prze­ży­wał swoją hańbę. Leżał jak nie­żywy z nosem utkwio­nym w kącie boksu, nie dotknął jedze­nia, a nocą wył tak, że psy nie mogły zmru­żyć oczu i męczyły je straszne prze­czu­cia. Rano pan Reksa przy­szedł do niego i cho­ciaż Reks skom­lał i lizał mu buty, na nic się to nie zdało. Został zapro­wa­dzony w pole, za druty, wszy­scy usły­szeli krótką serię i już nie wró­cił. Nie żeby od razu zupeł­nie znik­nął: jesz­cze przez kilka dni w obo­zie odczu­wało się jego obec­ność, a opo­dal drogi psy widziały jego wzdęty bok, po któ­rym cho­dziły wrony. Wspo­mi­nały wtedy straszny błąd Reksa. A potem nie zostało z niego śladu. Jego boks wymyto wodą i mydłem, zmie­niono miskę i ściółkę, na drzwiach zawie­szono inną tabliczkę i zamiesz­kał tam nowo przy­były Amur, który miał jesz­cze wszystko przed sobą.

Wcze­śniej czy póź­niej cze­kało to wszyst­kich. Jedne psy tra­ciły węch albo śle­pły ze sta­ro­ści, inne zanadto przy­zwy­cza­jały się do swo­ich aresz­tan­tów i zaczy­nały im na to lub owo pozwa­lać, jesz­cze inne, w rezul­ta­cie dłu­giej służby, ogar­niało straszne sza­leń­stwo: war­czały i rzu­cały się na wła­snych panów. Koniec był zawsze ten sam: wszyst­kie szły szla­kiem Reksa, za druty. Rusłan pamię­tał tylko jeden wypa­dek, kiedy pies zmarł we wła­snym bok­sie. Kiedy Burza­nowi w walce z dwoma ucie­ki­nie­rami prze­trą­cono żela­zną rurą krę­go­słup, pano­wie prze­nie­śli go z lasu na szy­nelu, gła­skali, dra­pali za uchem, mówili: „Burzan zuch, Burzan dobry pie­sek, zła­pał, zła­pał!” i nie wie­dzieli, co by mu dać do zje­dze­nia. A wie­czo­rem dali mu coś takiego, że od razu zdechł w kon­wul­sjach.

Służba koń­czyła się dla psa śmier­cią z ręki pana i w ciągu ośmiu obo­zo­wych lat Rusła­nowi zawsze towa­rzy­szyło uczu­cie, że i jego kie­dyś to czeka. Napeł­niało go to stra­chem, spro­wa­dzało kosz­marne sny, od któ­rych budził się z wyciem; stop­niowo jed­nak zżył się z tym i zro­zu­miał, że można to tylko odda­lić, a unik­nąć – nie­po­dobna. I zaczęło mu się to wyda­wać natu­ral­nym zakoń­cze­niem służby, tak samo uczci­wym, słusz­nym i zaszczyt­nym jak ona sama. Prze­cież żaden pies nie życzyłby sobie innego końca – żeby go, na przy­kład, wypę­dzili za bramę i ska­zali na żebra­ninę w towa­rzy­stwie tych par­szy­wych kun­dli, które zbie­gają się skądś na śmiet­ni­sko pode­żreć zgniłe kuchenne odpadki. Rusłan też by tego nie chciał.

Dla­tego wła­śnie nie peł­zał, nie skom­lał, pro­sząc o zmi­ło­wa­nie, nie sta­rał się ucie­kać. Gdyby pan zoba­czył jego żółte, długo nie­mru­żone oczy, z czar­nymi jak otwory oksy­do­wa­nych luf dziur­kami źre­nic – to nie zna­la­złby w nich ani cier­pie­nia, ani prośby, ani zło­ści, a tylko pokorne ocze­ki­wa­nie. Ale pan patrzył gdzieś powy­żej niego, a lufa auto­matu była skie­ro­wana ku niebu. Coś, co było za Rusła­nem, prze­szka­dzało panu strze­lać. Rusłan obej­rzał się i zoba­czył co. Już zresztą przed­tem kątem oka to widział, a skraw­kiem ucha chwy­tał echa szczęku i war­kotu, ale zajęty szu­ka­niem śladu zmu­szał się do tego, by nie zwra­cać na to uwagi.

Bielą drogi pełzł ku obo­zowi trak­tor. Poru­szał się tak wolno, jakby co naj­mniej od stu lat zżył się już z tym śnież­nym polem i bia­ła­wym nie­bem i jakby one nie mogły już bez niego ist­nieć. Z wyszcze­rzo­nym, wie­lo­okim, zakop­co­nym pyskiem, owie­wa­nym falami cie­płego powie­trza, wlókł za sobą płozy, na któ­rych koły­sząc się i zjeż­dża­jąc na bok, sunęło coś czer­wo­nego i jesz­cze więk­szego niż on. Z bli­ska oka­zało się, że jest to towa­rowy wagon bez kół, przy­wią­zany prze­rdze­wia­łymi sta­lo­wymi linami.

Rusłan zawar­czał i usu­nął się z drogi. Trak­tory nie były dla niego nowo­ścią. Wywo­ziły z wyrębu drzewo i zetknię­cia z nimi nie przy­no­siły niczego dobrego. Od ich czar­nego tumanu Rusłan na długo tra­cił węch i sta­wał się wtedy naj­ża­ło­śniej­szym stwo­rze­niem na świe­cie. W dodatku na trak­to­rach pra­co­wali „wolni”, bar­dzo dziwni i obcy Rusła­nowi ludzie; wszę­dzie cho­dzili bez kon­wo­jen­tów, a do panów odno­sili się bez nale­ży­tego sza­cunku. Zresztą sami tra­fiali na wyręby; kolumna więź­niów dopiero wcho­dziła do lasu, a oni już tam hała­so­wali na cały regu­la­tor. Nie­sym­pa­tyczne towa­rzy­stwo.

Trak­tor przy­peł­znął bli­żej, ale nie ucichł; coś w nim gniew­nie pory­ki­wało i kie­rowca wywrzesz­czał przez ten hałas powi­ta­nie. Usły­szaw­szy je, Rusłan osłu­piał, bo za jego pamięci żaden dwu­nóg nie zwra­cał się do pana w ten spo­sób:

– Sie masz, Wołogda!

Już sam wygląd kie­rowcy był obu­rza­jący: lśniąca czer­wona gęba, wiel­ko­usta dymiąca pasz­cza, uśmie­szek od ucha do ucha. Spod nie­zdję­tej przed panem czapki na czoło przy­by­sza spa­dał kłąb zle­pio­nych jasnych wło­sów – rzecz zupeł­nie nie­sły­chana, podob­nie jak zwró­ce­nie się do pana z kil­koma pyta­niami naraz:

– Może to na mnie cze­kasz, co? Że jak? Nie sły­chać? Miesz­kal­niak ci przy­wlo­kłem. Dawaj roz­kaz, gdzie to gówno sta­wiać. A możeś ty tutaj nie wła­dza? Prze­pustki spraw­dzasz? A ja nie wzią­łem. Pew­nie mnie potem nie wypu­ścisz, co?

I oparty o drzwiczki, z nogą na gąsie­nicy, przy­bysz obrzy­dli­wie i skan­da­licz­nie zare­cho­tał.

Pan nie odpo­wie­dział na rechot ani na pyta­nia. Rusłan wie­dział, że nie odpo­wie. Ten zwy­czaj panów zawsze napeł­niał go podzi­wem. Pano­wie odpo­wia­dali na pyta­nia więź­niów nie od razu albo nie odpo­wia­dali wcale, tylko patrzyli – jasno, zimno, szy­der­czo. I po małej chwili ama­tor pytań spusz­czał oczy i cho­wał głowę w ramiona, a cza­sem twarz pokry­wały mu kro­ple potu. A prze­cież pano­wie nie robili mu niczego złego. Ale samo ich mil­cze­nie i spoj­rze­nie dzia­łały jak pod­nie­siona do ude­rze­nia pięść czy szczęk zamka. Począt­kowo Rusłan myślał, że pano­wie przy­szli na świat z tą cza­ro­dziej­ską umie­jęt­no­ścią, ale potem zauwa­żył, że wśród swo­ich odpo­wia­dają chęt­nie, a jeśli zwra­cał się do nich Główny Pan, nazy­wany: „Skaz Rzy­szu Tanie”, to nawet bar­dzo szybko, z rękami wyprę­żo­nymi wzdłuż spodni. Zaczął wtedy podej­rze­wać, że pano­wie są spe­cjal­nie uczeni obcho­dze­nia się z więź­niami, tak samo jak psy.

– A coś ty taki smutny? – spy­tał kie­rowca. Nie spu­ścił oczu, nie wcią­gnął głowy w ramiona, a twa­rzy nie pokryły mu kro­ple potu; malo­wało się na niej współ­czu­cie. – Żal ci końca służby? Znowu trzeba wszystko zaczy­nać, tak? Co tam, nie łam się, jakoś się zacze­pisz. Tylko na wio­chę nie jedź, nie radzę. O ple­nu­mie sły­sza­łeś? Tam się, bra­cie, nie napa­siesz.

– Jazda – powie­dział pan. – Za dużo gadasz.

Ale z drogi nie zszedł i mocno, obu­rącz, trzy­mał u piersi auto­mat.

– A ow­szem – zgo­dził się kie­rowca. – Taki już jestem chło­pak. Lubię se poostrzyć język. Co zro­bić, jak swę­dzi.

– Jak­bym ci go posma­ro­wał – powie­dział pan – to raz-dwa by prze­stał.

Kie­rowca znowu zare­cho­tał.

– Sko­nać z tobą można, Wołogda! Ale faj­nie z tą armatą wyglą­dasz. Zrób se przy­naj­mniej zdję­cie, na pamiątkę, bo ci żadna cizia nie uwie­rzy. I nie zechce. Dla nich, kurwa, tylko armata ważna, na chłopa nie patrzą. – Pan mu nie odpo­wie­dział, więc się zmi­ty­go­wał: – No to gadaj, gdzie miesz­kal­niak zwa­lać!

– Zwa­laj, gdzie chcesz. Nie moja rzecz.

– Aleś ty tu prze­cie wła­dza.

– Porąb na spa­le­nie. Kiego wała tasz­czy­łeś? W bara­kach nie pośpi­cie?

– W bara­kach? Co to, to nie! Prę­dzej w namio­tach.

Pan wzru­szył nie­cier­pli­wie ramio­nami.

– Wasza sprawa.

Kie­rowca ski­nął głową i z cią­gle uśmiech­niętą gębą, roz­siadł­szy się, ujął za drzwiczki. Ale w tym momen­cie jego wzrok padł na Rusłana. Widocz­nie coś mu się przy­po­mniało; bez­radna zmarszczka na czole zdra­dzała pracę myśli.

– A ty co – psu w czapę? A ja myśla­łem, że jakieś ćwi­cze­nia macie. Jadę i myślę sobie – czego on go tak ćwi­czy, jak czas na eme­ry­turę? A ty go zna­czy zała­twiasz… A może nie warto? Zostaw go nam, co? Toć to drogi pies. Niech jesz­cze czego popil­nuje.

– Tak ci popil­nuje, że aż ci się lepiej zrobi.

Kie­rowca popa­trzył na Rusłana z sza­cun­kiem.

– A jakby tak oduczyć?

– Które było można, to już oduczyli.

– Taak. – Kie­rowca smutno poki­wał głową. – Ale zasraną robotę dosta­łeś, gorzej nie można. Psy strze­lać. Ładne porządki. Służ, sta­raj się, a potem dzie­więć gra­mów odprawy i cześć. A dla­czego tylko jego? Tyś też prze­cie słu­żył, nie?

– Jedziesz czy nie? – spy­tał pan.

– Dobra, jadę – odpo­wie­dział kie­rowca.

Zde­rzyli się spoj­rze­niami. Wzrok pana był lodo­waty i nie­ru­chomy; kie­rowcy – obłą­kań­czo wesoły. Trak­tor zary­czał i wypu­ścił kłąb czar­nego dymu. Pan nie­chęt­nie odstą­pił na bok. Ale trak­tor wybrał sobie inną drogę – szarp­nął się, odwró­cił mordę do bramy i popeł­znął na ukos, prze­rzy­na­jąc gąsie­ni­cami Strefę Nie­do­stępną.

Atak nagłej wście­kło­ści wyrzu­cił Rusłana na drogę. Mali­nowa czer­wień wagonu i skrzyp wygnia­ta­ją­cych brudną kole­inę płóz dopro­wa­dzały go do szału. Ale jedno widział wyraź­nie: ster­czący z okienka drzwi­czek gruby łokieć kie­rowcy. Ach, jak pra­gnął wpić się w ten łokieć zębami, prze­gryźć go do kości! Z pyska Rusłana wyrwał się ryk i wycie; śli­nił się i bła­gal­nie popa­try­wał na pana, wypra­sza­jąc upra­gniony roz­kaz: „Bierz go”. Na pewno zaraz zabrzmi; już twarz pana zbie­lała, zęby się zaci­snęły, jesz­cze chwila i da się sły­szeć wybuch – jakby nie z ust, lecz z wyrzu­co­nej ku przo­dowi ręki wyla­tu­ją­cych – słów: „Rusłan, bierz go!”.

I wtedy zacznie się praw­dziwa Służba – w eks­ta­zie sub­or­dy­na­cji, w sza­lo­nym, zażar­tym pędzie, ze sko­kami w bok dla zmy­le­nia wroga, który zacznie się mio­tać, nie wie­dząc, czy ma się bro­nić, czy ucie­kać. I nastąpi ostatni skok, łapami na pierś, i wróg zosta­nie zwa­lony z nóg, a Rusłan runie razem z nim, rycząc pro­sto w jego wykrzy­wioną prze­ra­że­niem twarz, ale chwyci tylko za rękę, tylko za prawą rękę, która coś ści­ska, i będzie ją trzy­mać i trzy­mać, sły­sząc, jak tam­ten krzy­czy, i czu­jąc, jak gęsta, cie­pła, odu­rza­jąca ciecz wypeł­nia pasz­czę – póki pan nie odcią­gnie go siłą za obrożę. Dopiero wtedy czuje się wszyst­kie ude­rze­nia i rany, które odnio­sło się samemu… Dawno już minęły czasy, kiedy dawano mu za coś takiego kawa­łek mięsa albo suchar; zresztą i wtedy brał to raczej przez uprzej­mość niż jako nagrodę, bo jeść i tak w takich momen­tach nie mógł. Nie było rów­nież nagrodą i to, że póź­niej, w obo­zie, przed posęp­nie znie­ru­cho­mia­łym szy­kiem zachę­cano go, żeby jesz­cze tro­chę pogryzł jeńca; ten się już prze­cież nie opie­rał, tylko pokrzy­ki­wał żało­śnie, i Rusłan szar­pał mu raczej ubra­nie niż ciało. Naj­więk­szą nagrodą za Służbę była sama Służba. Aż dziw, że pano­wie przy całej swej mądro­ści nie rozu­mieli tego i uwa­żali za wła­ściwe sto­so­wać jesz­cze jakieś zachęty. Gdzieś na kra­wę­dzi świa­do­mo­ści, w żół­tej mgiełce, maja­czyła wpraw­dzie czarno nie­za­tarta myśl o tym, co pan zamie­rza z nim, Rusła­nem, zro­bić, ale niech­że się to sta­nie potem, a naj­pierw niech się spełni Służba-nagroda, niech mu powie­dzą: „Bierz go!”, a star­czy mu sił i odwagi, żeby wsko­czyć na jazgo­czącą gąsie­nicę, wywlec z kabiny wroga i zetrzeć z jego bez­czel­nego pyska ten uśmie­szek, któ­rego nie spę­dziło nawet wład­cze spoj­rze­nie pana!

Nie­cier­pli­wość ści­snęła mu szczęki, pod­rzu­cał głową i skom­lał, a pan cią­gle zwle­kał i nie krzy­czał: „Bierz go”. A tym­cza­sem działo się coś strasz­nego i hanieb­nego; coś, co w ogóle nie mogło się dziać. War­cząca morda trak­tora wparła się w słup ogro­dze­nia, jakby chciała obwą­chać, i wście­kle zary­czała. Przez chwilę trak­tor stał w miej­scu, choć gąsie­nice wciąż peł­zły, a słup odpo­wia­dał trzesz­cze­niem; widocz­nie chciał wytrzy­mać, ale już się tro­chę prze­chy­lił, napi­na­jąc roze­dr­gane druty, aż pękł z hukiem armat­niego wystrzału. Druty nie pozwa­lały mu jesz­cze zupeł­nie upaść, ale uparta morda pchała się naprzód, druty, jeden po dru­gim, speł­zały na śnieg, miaż­dżone i zgnia­tane w kol­cza­ste powró­sła, aż przepeł­zły po nich ze zgrzy­tem płozy sań. A potem uka­zał się znowu słup, leżący na wznak, niby czło­wiek z roz­rzu­co­nymi rękami.

Trak­tor sta­nął już tam, w obo­zie, z zado­wo­lo­nym war­ko­tem. Kie­rowca wyszedł popa­trzeć na swoje dzieło i też musiał być zado­wo­lony, bo wrza­snął wesoło do pana:

– Ej, Wołogda, co byś ty, bra­cie, beze mnie zro­bił! Ucz się, póki mnie masz, zamiast do psów kro­pić!

Jego pierś w roz­cheł­sta­nym waciaku sama napra­szała się pod lufę. Ale pan powie­sił już auto­mat na zgię­ciu ręki, wycią­gnął papie­ro­śnicę, otwo­rzył ją i postu­kał papie­ro­sem w wieko. Popa­trzył na wła­sno­ręcz­nie prze­zeń szew­skim szy­dłem wykuty rysu­nek i się uśmiech­nął. Lubił popa­try­wać na swoje dzieło, zawsze się przy tym do cze­goś uśmie­cha­jąc, a kiedy poka­zy­wał rysu­nek innym panom, to ci zary­ki­wali się do roz­puku. I cho­wa­jąc papie­ro­śnicę, z tym samym uśmie­chem patrzył, jak trak­tor toruje sobie swą straszną drogę przez drugi rząd ogro­dze­nia i mocuje się ze słu­pem, który tym razem oka­zał się moc­niej­szy, tak że trzeba go było kil­ka­krot­nie walić z roz­pędu.

Kiedy wresz­cie i ten słup runął, pan zwró­cił się ku Rusła­nowi – i zda­wał się widzieć go jakby po raz pierw­szy.

– Jesz­cześ tutaj, ścierwo? Powie­dzia­łem ci – zmia­taj. Komu powie­dzia­łem? – Rękę z zapa­lo­nym papie­ro­sem wycią­gnął wzdłuż drogi, w stronę lasów. – I żebym cię wię­cej nie widział, zro­zu­miano?

Ale Rusłan nie to nawet, że nie mógł – za nic w świe­cie nie zgo­dziłby się tego zro­zu­mieć. Po raz pierw­szy posy­łano go nie tam, gdzie powi­nien był się natych­miast rzu­cić, a w zupeł­nie prze­ciw­nym kie­runku. Tam­ten dwu­nóg pod­szedł do dru­tów, zerwał je… i nie poniósł kary, cho­ciaż w innych strze­lano za to bez uprze­dze­nia. I Rusłan jesz­cze bar­dziej znie­na­wi­dził za to sze­ro­ko­mor­dego kie­rowcę, któ­rego bez­czel­ność ura­to­wała życie i jemu, Rusła­nowi, i innym psom cze­ka­ją­cym w bok­sach na swoją kolej.

Ale posłu­chał i poszedł. Zro­biw­szy parę kro­ków, usły­szał, że pan za nim nie idzie, i obej­rzał się. Pan wra­cał do obozu. Szedł ku wyrwie zro­bio­nej przez trak­tor i trzy­many za pas auto­mat nie­mal wlókł się za nim po śniegu. I patrząc na jego przy­gar­bione plecy, Rusłan poczuł nagle, że ani auto­mat, ani on nie są już panu potrzebni. Z roz­pa­czy i wstydu chciało mu się usiąść na śniegu, zadrzeć głowę ku sza­ro­żół­temu słońcu i wypła­kać swój ogromny ból. Koniec służby oka­zał się gor­szy niż naj­gor­sze Rusła­nowe stra­chy: wypro­wa­dzono go za druty po to, by wyrzu­cić i ska­zać na żebra­ninę z par­szy­wymi kun­dlami, któ­rymi Rusłan gar­dził całą duszą, nie uwa­ża­jąc ich w ogóle za psy. Ale dla­czego? Za co? Prze­cież nie zro­bił nic takiego, za co nale­ża­łaby się taka okrutna, nie­sły­chana kara!

Ale roz­kaz pana był roz­kazem, nawet jeśli ostat­nim, i Rusłan pobiegł samot­nie białą drogą ku ciem­nemu wyszczer­bio­nemu hory­zon­towi.

Wie­dział, że będzie biec tą drogą bar­dzo długo, może przez cały dzień, cały czas lasem, a o zmierz­chu z wyso­kiego pagórka ujrzy zza drzew roz­rzu­cone świa­tełka osady. Będą tam drew­niane, smo­li­ście pach­nące spod śniegu chod­niki i głu­che ściany pło­tów wyso­kich jak prze­szkody na placu ćwi­czeb­nym; będzie pach­nieć dymem i czymś smacz­nym od niskich domów ze smuż­kami świa­tła, led­wie sączą­cymi się przez szparki gru­bych okien­nic – a dalej zapach­nie innym dymem i pocią­gami i wresz­cie Rusłan dobie­gnie pro­sto do okrą­głego skwerku przed sta­cją. Na tym skwerku jest też coś zna­nego z placu ćwi­czeb­nego: dwóch nie­ży­wych ludzi, koloru alu­mi­nio­wej miski, któ­rzy wleźli dla­cze­goś na klomby. Jeden z nich, bez czapki, wycią­gnął rękę przed sie­bie i otwo­rzył usta, jakby wła­śnie rzu­cił kij i miał zawo­łać: „Aport!”. Drugi, w czapce, ni­gdzie nie poka­zy­wał, a stał z ręką zało­żoną za brzeg mun­duru, dając swym wyglą­dem do zro­zu­mie­nia, że apor­to­wać należy wła­śnie jemu.

Będzie tam też, naj­da­lej ze wszyst­kich, sze­roki peron, na który można wsko­czyć. I prze­pły­wa­jące obok niego, sple­cione i powy­gi­nane, we dnie cza­sem błę­kitne, a wie­czo­rem różowe, wstęgi szyn. Ale szyny przy samym pero­nie są zawsze zardze­wiałe i zaraz za nim się koń­czą. Ich wygięte do góry końce pod­trzy­mują czarną belkę z latar­nią, w któ­rej przy nadej­ściu ocze­ki­wa­nego pociągu zapala się czer­wone świa­tło. Pociąg może być zie­lony, z uko­śnymi kra­tami na oknach, a cza­sem czer­wony, zabity deskami bez naj­mniej­szej szparki. I tu koń­czy się jedyna znana Rusła­nowi droga.

Biegł mia­ro­wym, nie­śpiesz­nym kłu­sem, aż w pew­nym momen­cie gwał­tow­nie przy­śpie­szył; domy­ślił się, po co go posłano. Powi­nien zna­leźć się na pero­nie, kiedy zapło­nie czer­wone świa­tło i na zna­jomy ślepy tor wje­dzie powoli pociąg z ucie­ki­nie­rami.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Na takich trans­pa­ren­tach pisano zazwy­czaj: „PRACA JEST W ZSRR SPRAWĄ HONORU I SŁAWY, SPRAWĄ MĘSTWA I HERO­IZMU. J. STA­LIN” (przyp. autora). [wróć]

Tytuł ory­gi­nału: Wier­nyj Rusłan

Copy­ri­ght © Geo­rgi Niko­la­evich Vla­di­mov, 2021

All rights rese­rved

Copy­ri­ght © for the Polish e-book edi­tion by REBIS Publi­shing House Ltd., Poznań 2021

Infor­ma­cja o zabez­pie­cze­niach

W celu ochrony autor­skich praw mająt­ko­wych przed praw­nie nie­do­zwo­lo­nym utrwa­la­niem, zwie­lo­krot­nia­niem i roz­po­wszech­nia­niem każdy egzem­plarz książki został cyfrowo zabez­pie­czony. Usu­wa­nie lub zmiana zabez­pie­czeń sta­nowi naru­sze­nie prawa.

Redak­tor tego wyda­nia: Krzysz­tof Tro­piło

Pro­jekt i opra­co­wa­nie gra­ficzne okładki oraz ilu­stra­cja na okładce: Zbi­gniew Miel­nik

Wyda­nie I e-book (opra­co­wane na pod­sta­wie wyda­nia książ­ko­wego: Wierny Rusłan, wyd. V popra­wione, Poznań 2021)

ISBN 978-83-8188-826-4

Dom Wydaw­ni­czy REBIS Sp. z o.o.

ul. Żmi­grodzka 41/49, 60-171 Poznań

tel.: 61 867 81 40, 61 867 47 08

e-mail: [email protected]

www.rebis.com.pl

Kon­wer­sję do wer­sji elek­tro­nicz­nej wyko­nano w sys­te­mie Zecer