Wierność jest trudna - Agata Przybyłek - ebook

12 osób właśnie czyta

Opis

Autorka bestsellera "Ja chyba zwariuję!" powraca z  równie zwariowaną i zaskakującą komedią pełną rodzinnych nieporozumień!

 

Eliza przygotowuje się do ślubu, a całej rodzinie udziela się podniosła atmosfera. Lecz niespodziewanie w życiu dziewczyny pojawi się niepokorny Szczepan, który grzecznej i ułożonej Elizie zawróci w głowie. Czy przyszła panna młoda pozostanie wierna narzeczonemu, czy ulegnie urokowi przystojnego motocyklisty?

Szczepana nie zraża wiadomość o zbliżającym się ślubie. Ale co zrobi, gdy okaże się, że randkuje nie z jedną kobietą, a z dwiema?!

Jak to mówią, cicha woda brzegi rwie… Przekonaj się, do czego mogą być zdolne siostry bliźniaczki, którym przyszło rywalizować o mężczyznę!

Agata Przybyłek lekko i z humorem opowie Wam o tym, że wierność nie zawsze jest łatwa. Uśmiech nie schodzi z ust podczas lektury, to gwarantowane!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 383

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Copyright © Agata Przybyłek, 2018

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2018

 

Redaktor prowadząca: Sylwia Smoluch

Redakcja: Kinga Gąska

Korekta: Maria Moczko / panbook.pl

Pro­jekt okład­ki: Magdalena Zawadzka

Fotografie na okładce: shutterstock.com / Lidiia Kozhevnikova

Konwersja: Grzegorz Kalisiak

 

 

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

 

 

 

ISBN 978-83-7976-011-4

 

 

CZWARTA STRONAGrupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fre­dry 8, 61-701 Po­znań

tel.: 61 853-99-10

fax: 61 853-80-75

[email protected]a.pl

www.czwartastrona.pl

Rozdział 1

Eliza wysiadła z samochodu na parkingu przed atelier Moniki Leszcz i uśmiechnęła się szeroko, spoglądając na wiszący nad drzwiami szyld. Był to najbardziej luksusowy salon sukien ślubnych w okolicy, z którego żadna przyszła panna młoda nie wychodziła niezadowolona. Projekty Moniki polecali niemal wszyscy znawcy tej branży, a na wizytę w tym miejscu musiało się czekać miesiącami.

Eliza przyjechała dziś na ostatnią przymiarkę swojej sukni, w której za kilka tygodni miała kroczyć do ołtarza. Był to unikatowy, koronkowy projekt o kroju litery A, w którym zakochała się, gdy kilka miesięcy temu pojechała na targi ślubne do Warszawy. I choć uszyto ich zaledwie kilka, Eliza już wtedy wiedziała, że właśnie w tego typu sukni wyjdzie za Pawła. Żadna inna koronka nie była tak miękka w dotyku jak ta, zamawiana specjalnie z niewielkiego zakładu mieszczącego się niedaleko Paryża, i w żadnej innej kreacji Eliza nie czuła się tak dobrze jak w tej. Gdy tylko przymierzyła ją wtedy na targach, wiedziała, że to miłość od pierwszego wejrzenia. Zrobiłaby wszystko, by pójść w niej do ślubu. Teraz wiele wskazywało na to, że tak właśnie się stanie. Już za chwilę zamierzała ostatni raz wejść na podest przed lustrem, by krawcowa mogła dokonać ostatnich poprawek, a potem kurier miał przywieźć suknię do niej do domu, w którym to zawiśnie w garderobie aż do wielkiego dnia. Czyż to nie wspaniałe?

– Czy ty naprawdę nie mogłabyś wykazać minimum entuzjazmu? – wyrwał Elizę z zamyślenia głos jej matki, Sabiny, która strofowała właśnie wysiadającą z samochodu Patrycję, drugą z bliźniaczek. Eliza zabrała je ze sobą, by pierwszy raz zobaczyły ją w wybranej kreacji. Chciała usłyszeć ich opinię na temat sukni.

– Twoja siostra wychodzi za mąż, a ty wyglądasz, jakbyś przyjechała z nami za karę!

Eliza odwróciła głowę w tamtym kierunku. Na widok rozzłoszczonej miny Sabiny cały czar dzisiejszego popołudnia prysł niczym bańka mydlana.

– Co ty nie powiesz – bąknęła w odpowiedzi Patrycja, po czym z rozmachem zamknęła za sobą drzwi.

Sabina popatrzyła na nią z niedowierzaniem. Po chwili przeniosła wzrok na Elizę.

– Naprawdę nie rozumiem, dlaczego nie wzięłaś na świadkową Marysi – powiedziała z pretensją. – To taka dobra dziewczyna!

– Ja też się nad tym zastanawiam. – Patrycja zostawiła matkę z tyłu i podeszła do siostry.

Eliza posłała jej uspokajające spojrzenie.

– Ona na pewno nie psułaby nam humorów i nie odbierała radości z tego zbliżającego się dnia – ciągnęła Sabina, rytmicznie stukając przy tym niebotycznie wysokimi szpilkami o kostkę chodnikową. – I z pewnością ładniej prezentowałaby się na zdjęciach.

– A niby co jest ze mną nie tak? – żachnęła się Patrycja.

– Nic, poza tym, że będzie trzeba dla ciebie zamówić jakąś gipsową maskę ze sztucznym uśmiechem.

– A może od razu operację plastyczną? Zdaje się, że coś o tym wiesz – odcięła się Patrycja.

Sabina już nabrała w płuca powietrza, by odpowiedzieć córce, że to nie jej sprawa, i pewnie zrobiłaby to, gdyby nie Eliza.

– Oj, dajcie już spokój. – Przyszła panna młoda spróbowała ukrócić ich kłótnie. – Moją świadkową nie będzie żadna przyjaciółka, ale siostra bliźniaczka. A teraz skończcie już tę wymianę ognia i chodźcie do środka. Nie mogę się już doczekać przymiarki! – Uśmiechnęła się szeroko na myśl o sukni, po czym wreszcie weszły do atelier.

Trzy pary butów na obcasie zastukały o kamienną podłogę, wyrywając z zamyślenia recepcjonistkę. W recepcji jak zawsze pachniało konwaliami, które stały w niewysokim wazoniku na kontuarze. Siedząca za nim dziewczyna na widok gości podniosła się z miejsca, tym samym ukazując w pełnej krasie bladoróżową sukienkę.

– Dzień dobry, pani Elizo! – Natychmiast rozpoznała klientkę. – Pani Monika i nasza krawcowa już na panie czekają.

– Jesteśmy trochę przed czasem.

– Nie szkodzi. Poprzednia klientka musiała odwołać przymiarkę. Życzą sobie panie kawę? A może herbatę? – zapytała grzecznie.

– Ja poproszę melisę. – Sabina z wyrzutem spojrzała na Patrycję, jednak recepcjonistka w żaden sposób nie zareagowała na jej ironiczny ton.

– Dla mnie może kawa. – Patrycja nie przejęła się słowami matki. Toczyły tę prywatną wojnę już od kilku lat i przez ten czas zdołała się uodpornić na wszelkie docinki. Gdyby przejmowała się każdym ze słów matki, pewnie już dawno byłaby łysa. Albo chociaż miałaby zakola.

– Jakaś smakowa? Może karmelowa? – Recepcjonistka chciała zadowolić gości.

– Zwykła mała czarna.

– A dla pani, pani Elizo?

– Woda wystarczy. Nie chciałabym z wrażenia oblać czymś sukni. – Eliza uśmiechnęła się do niej serdecznie, po czym razem z matką i siostrą przeszły do pomieszczenia, w którym czekała już na nią Monika Leszcz w towarzystwie krawcowej.

Był to przestronny pokój o ścianach wyłożonych białą cegiełką i wysokich oknach. Jego centralną część zajmował okrągły podest mieszczący się na wprost wielkiego lustra, a pod ścianą stały miękkie kanapy. W kącie znajdowała się kotara, za którą klientki wkładały suknie. Obok podestu natomiast chwilowo rozłożono mały, przenośny stoliczek, na którym stał kuferek z akcesoriami krawieckimi.

– Dzień dobry. – Eliza podeszła do projektantki, wysokiej, eleganckiej blondynki w obcisłych spodniach, szpilkach i zwiewnej bluzce. Jak zawsze otaczała ją woń świeżych, przyjemnych perfum.

– Dzień dobry, kochana! – Monika podniosła się z kanapy i cmoknęła powietrze przy twarzy Elizy. Zawsze w ten sposób witała się ze swoimi klientkami. Uważała, że odrobina wylewności sprawi, że polubią ją, a tym samym na dobre zapałają sympatią do marki, którą stworzyła. – Widzę, że przyprowadziłaś dziś towarzystwo.

– W końcu! – Sabina nie czekała na odpowiedź Elizy i ruszyła ku projektantce. – Sabina, bardzo mi miło.

– Mnie również. – Monika uścisnęła jej rękę. – Rozumiem, że pani jest mamą Elizy.

– W rzeczy samej, choć niektórzy biorą nas za siostry.

Monika skwitowała ten komentarz szerokim uśmiechem.

– A pani? – Przeniosła wzrok na Patrycję.

– Patrycja, dzień dobry.

– To moja siostra bliźniaczka. Będzie świadkową – wyjaśniła Eliza.

– Miło mi poznać. – Monika wyciągnęła do niej rękę. – Aczkolwiek nie pomyślałabym, że jesteście bliźniaczkami.

– Dwujajowymi – wtrąciła Sabina.

Monika pokiwała głową, choć sama się tego domyśliła. Patrycja z Elizą nie były do siebie zbyt podobne i nie chodziło tu tylko o to, że jedna z nich włożyła ugrzecznioną sukienkę z kokardką, a druga spodnie z rozcięciami na nogach i czarną, prześwitującą koszulę odsłaniającą tatuaże na obu nadgarstkach. Miały inne rysy twarzy – Eliza łagodniejsze, a Patrycja ostre, i inne fryzury. Eliza preferowała długie włosy, które często zaplatała w schludne warkocze, zaś Patrycja fikuśnie postrzępione pukle, które nie sięgały jej nawet do ramion. Różnił je także makijaż. Podczas gdy twarz Elizy zdobił jedynie puder, tusz do rzęs oraz bladoróżowy błyszczyk, Pati miała wyraziście, choć gustownie pomalowane oczy i idealnie wykonturowaną twarz.

– A pani kupiła już sukienkę? – spytała ją Monika. Mimo silnego, chłodnego wizerunku, Patrycja budziła w niej sympatię.

– Jeszcze o tym nie myślałam.

– Co jest zabawne, biorąc pod uwagę fakt, że ślub już za dwa i pół miesiąca. To się nazywa idealna świadkowa! – prychnęła Sabina i zajęła miejsce na jednej z kanap. Krótka, skórzana spódniczka, którą miała na sobie, uniosła się przy tym, odsłaniając jej umięśnione uda. Ćwiczyła je przez pięć dni w tygodniu na siłowni, więc wyglądały… imponująco.

– To może chciałybyście przejrzeć nasze projekty? – zaproponowała Monika. – Mamy szeroki wybór kreacji dla druhen.

– Dlaczego nie…

– Myślała już może pani o kolorze?

– Nad tym akurat się zastanawiałam.

– To świetnie. Błękit? Brzoskwinka? A może blady róż? Mamy też projekt w modnym w tym sezonie odcieniu zgniłej zieleni.

– Patrycja w różowym albo błękicie. Akurat – prychnęła Sabina.

Patrycja wyzywająco spojrzała jej w oczy.

– Nie chcę mamy rozczarować, ale stosownie do okoliczności zamierzam włożyć klasyczną małą czarną.

– Na litość boską, czyś ty do reszty zwariowała?! – Sabina zerwała się z miejsca. – Chcesz się ubrać na ślub siostry jak na pogrzeb?!

– A co w tym złego? – Patrycja wzruszyła ramionami. – Kolor jak każdy inny.

– Po moim trupie, rozumiesz?! Po moim trupie! – wykrzyczała Sabina.

– A to akurat nawet dobrze by się złożyło, mogłabym wykorzystać tę samą sukienkę. – Patrycja nie przejęła się zbytnio reakcją matki i zajęła miejsce na drugiej z kanap. Na wszelki wypadek jak najdalej od Sabiny.

– Bezczelna! – Matka popatrzyła na nią z wyrzutem i głośno łapiąc powietrze, zaczęła masować palcami skronie.

Eliza posłała Monice przepraszające spojrzenie.

– Nie szkodzi. – Projektantka uspokajająco dotknęła jej ręki. – Ale może lepiej włóż już tę sukienkę i przejdźmy do poprawek. Krawcowa czeka na ciebie za kotarą, pomoże ci przy ubieraniu się. – Wskazała na szarą zasłonę, która miękko opadała ku ziemi.

Chwilę później przyszła recepcjonistka.

– Napoje dla pań. – Postawiła tacę na niewielkim stoliku pomiędzy kanapami.

– Dziękujemy – rzuciły do niej równocześnie Patrycja i Sabina, po czym posłały sobie agresywne spojrzenia. Żadna nie sięgnęła po filiżankę.

Kobieta opuściła pomieszczenie, zostawiając je z Moniką, która, czując, co się święci i nie chcąc prowokować kolejnej wymiany zdań, stanęła przy oknie. Zapatrzyła się na oprószone białymi kwiatami drzewka i zielone krzewy, po czym głośno odetchnęła. Podobno zieleń uspokaja i działa kojąco na zmysły.

Eliza tymczasem sprawnie pozbyła się ubrań i z pomocą krawcowej włożyła sukienkę. Jej oczy rozbłysły, gdy tylko zobaczyła ją na wieszaku, ale teraz, mając ją na sobie, poczuła się jak najszczęśliwsza kobieta na świecie. Miękka koronka otulała jej ciało, a srebrna nitka oraz drobne kryształki połyskiwały i mieniły się w świetle. Delikatny haft idealnie przylegał do jej skóry na dekolcie, a dopasowany gorset podkreślał kobiece krągłości. Choć nie miała ani upiętych włosów, ani makijażu, już teraz czuła się jak panna młoda i naprawdę nie mogła się doczekać, aż staną przed ołtarzem z Pawłem. Jak go znała, na jej widok zakręci mu się w oku łezka.

– Gotowe – oznajmiła krawcowa, gdy skończyła wiązać gorset. – Zapraszam panią na podest.

Eliza uniosła suknię ku górze i wyszła zza kotary, z dumą prezentując mamie i siostrze kreację.

– Kochanie, będziesz najpiękniejszą panną młodą w historii Brzózek! – obwieściła Sabina. – Wyglądasz bajecznie. Po prostu bajecznie! – Złożyła dłonie na piersi, piejąc z zachwytu.

Eliza zerknęła też na przyglądającą jej się Patrycję i choć ta nie powiedziała ani słowa, wyczytała z jej twarzy, że na niej suknia też zrobiła wrażenie. Uspokojona, uniosła tkaninę jeszcze wyżej i weszła na okrągły podest. Monika z krawcową rozłożyły tren sukienki. Teraz prezentował się w całej okazałości.

– Leży idealnie – oceniła Monika. – Przyszyjemy dziś te ostatnie drobne elementy w okolicach bioder i śmiało możemy ją do ciebie wysyłać.

– Ja też tak myślę. – Eliza nie mogła napatrzeć się na swoje odbicie w lustrze. Biel koronki idealnie współgrała z jej karnacją.

– No to zaczynamy – oznajmiła krawcowa, po czym nachyliła się nad sukienką.

– Zaraz, zaraz… – Sabina tymczasem podniosła się z kanapy i z miną kompetentnej sędziny podeszła do podestu. – Czy tylko mnie się tak wydaje, czy ta suknia jest na ciebie za duża?

– Mamo, daj spokój. Jest idealna.

– Wcale nie, zobacz tutaj. – Sabina wskazała na dekolt córki. – Odstaje. W biodrach tak samo. – Złapała miękki materiał i pociągnęła za niego. – No, spójrz. Może i mam swoje lata, ale widzę. Ona jest za duża. Jestem tego pewna. – Przeniosła wzrok na Monikę. – Może to jakaś pomyłka? Ktoś podmienił suknie i Eliza dostała za dużą.

– Zapewniam, że nie ma mowy o żadnej pomyłce – powiedziała Monika.

– Przecież musi być luźniejsza, żebym mogła się w niej poruszać. – Eliza spojrzała na matkę. – Będę w niej tańczyła. Nie zamierzam ciągle stać i wciągać brzuch, ale również siedzieć przy stole.

– Mimo wszystko uważam, że powinna być o rozmiar mniejsza. – Sabina upierała się przy swoim. – Może dałoby się ją jednak zwęzić?

– Zwęzić?

– Przecież jest jeszcze trochę czasu.

Krawcowa z Moniką popatrzyły po sobie.

– Mamusiu, nie mam talii osy. – Eliza spróbowała zażartować, by rozładować atmosferę, która przez gadanie Sabiny gęstniała z minuty na minutę. – To na pewno mój rozmiar. Proszę, usiądź na kanapie i daj paniom pracować.

– Ja przecież tylko sugeruję, że…

– Usiądź już, mamo! – odezwała się w końcu Patrycja. – Czy ty naprawdę musisz wszędzie wtrącić swoje trzy grosze, nawet jeśli obiektywnie nie ma się do czego przyczepić? – W przeciwieństwie do Elizy nie była ani cicha, ani taktowna, ani spokojna.

Sabina zrobiła wielkie oczy, słysząc komentarz córki.

– Daj paniom pracować i napij się melisy – dodała Patrycja, czym zyskała sobie sympatię zarówno krawcowej, jak i Moniki.

Sabina chciała coś odpowiedzieć, jednak zabrakło jej słów. Pokornie usiadła na kanapie i ze smętną miną sięgnęła po filiżankę. Jej czarna skórzana spódniczka znów uniosła się ku górze, tym razem odsłaniając uda jeszcze bardziej niż poprzednio.

– Jedna pójdzie na ślub w za dużej sukni, a druga w czerni… – Pokręciła głową, bliska łez. – A miało być idealnie!

Ot, ile zostało z jej marzeń o pięknej uroczystości, której będzie zazdrościć im cała okolica…

Rozdział 2

Po przymiarce Eliza odwiozła do domu najpierw Patrycję, potem Sabinę. Oczywiście ta druga upierała się, że to ją trzeba zawieźć w pierwszej kolejności, bo długo nie wytrzyma w towarzystwie tej wrednej feministki (jak w chwilach uniesienia określała Patrycję). Na szczęście w końcu dała się przekonać Elizie, że przecież jadą w tę samą stronę i nie ma sensu, by córka jeździła w kółko po mieście.

– Niech ci będzie – stwierdziła wspaniałomyślnie, po czym zapatrzyła się w okno.

Eliza pojechała więc z atelier prosto na ulicę Podmiejską, gdzie mieściło się nowoczesne osiedle, na którym mieszkała Patrycja. Nie mogła narzekać na nudę, bo po drodze wysłuchała kolejnej wymiany zdań między siostrą a matką, a potem jeszcze kolejnej i kolejnej, przez co miała wrażenie, że lada moment pękną jej bębenki. Sabina z Patrycją najpierw kłóciły się o kolor sukienki – matka stanowczo nie życzyła sobie, żeby świadkowa paradowała w czerni, potem o to, że Patrycja zamierzała iść na ślub i wesele bez partnera. („Co pomyśli rodzina?! Świadkowa może być starą panną, ale prywatnie. Na imprezach rodzinnych trzeba się z kimś pokazać!”). A na koniec o to, czy Eliza powinna iść do ołtarza w welonie, czy jednak zdecydować się na kwiecisty wianek, zupełnie ignorując fakt, że przyszła panna młoda przebywa w samochodzie razem z nimi i wszystko to słyszy. A w dodatku postanowiła mieć na głowie woalkę.

Atmosfera w samochodzie nie sprzyjała więc koncentracji na jeździe. Oczywiście krzyczała głównie Sabina, a Pati jak zwykle zbywała jej komentarze jakąś pustą frazą albo bąknięciem, ale to nie stopowało zapędów matki, wręcz przeciwnie. Gdy Sabina dostrzegła minę córki, zaczęła roztrząsać swoje dylematy jeszcze głośniej, rzucając się na tylnym siedzeniu jak wściekła osa. W kogo wdało się to dziecko?! Przecież ani nie w nią, ani nie w ojca. Oboje byli ludźmi na poziomie, z klasą i o wyjątkowo spokojnych temperamentach…

Kiedy więc Eliza zaparkowała w końcu przed jednym z białych budynków z równiutkimi, kwadratowymi balkonami, musiała chociaż na chwilę wyjść na zewnątrz, by odpocząć od głosu matki. Podobnie jak Patrycja, odpięła pas i chwyciła za klamkę.

– Chyba nie chcesz mi powiedzieć, że wchodzimy na herbatę. – Sabina spojrzała na nią z wyrzutem.

– Umówiłam się z Pawłem, więc nie dzisiaj. Chcę się tylko pożegnać. Poczekaj tu na mnie, zaraz wracam. – Eliza otworzyła drzwi, ignorując dalsze marudzenie matki. – Przepraszam cię za nią – powiedziała, stając naprzeciwko Patrycji na chodniku.

Wędrujące po niebie słońce oświetlało jej twarz i raziło w oczy.

– Sama wiesz, jaka ona jest.

– Daj spokój, nie pierwszy raz musiałam spędzić popołudnie, słuchając jej gadania. Przywykłam już do tego.

– Na pewno?

– Na pewno.

– Mimo wszystko, gdybym wiedziała, że będzie się tak zachowywała, tobym jej ze sobą nie wzięła. Widziałaś minę Moniki, gdy dywagowała nad rozmiarem sukienki? Myślałam, że spalę się ze wstydu.

– Nie ty jedna.

– Dzięki, że to wszystko znosiłaś.

– W końcu będę druhną, tak? Powinnam się wprawiać przed uczestniczeniem w tym ślubnym szaleństwie, chociaż sama…

– Nie uznaję ślubów – dokończyła za nią Eliza, uśmiechając się przy tym serdecznie. – Tak, wiem. I jeśli o mnie chodzi, naprawdę nie mam nic przeciw temu, żebyś włożyła czarną sukienkę.

– Daj spokój, chciałam tylko dopiec matce. Tak naprawdę oglądałam już kilka kiecek, a jedną nawet przymierzyłam. Masz coś przeciwko ciemnemu granatowi?

Eliza roześmiała się głośno.

– Absolutnie nie.

– To dobrze.

– Jeśli będziesz potrzebowała towarzystwa przy jej wyborze, pamiętaj, że możesz na mnie liczyć.

– To tylko sukienka, a ty masz na głowie cały ślub i jeszcze mamusię z piekła rodem. Nawet nie śmiałabym cię prosić o pomoc.

Eliza już otworzyła usta, by coś odpowiedzieć, gdy do ich uszu dobiegło głośne pukanie. Odruchowo obróciły głowy w kierunku samochodu. To zniecierpliwiona Sabina nie mogła już wytrzymać swojej niedoli i uderzała dłonią w szybę.

– Długo jeszcze? Zaraz się uduszę!

– Lepiej idź, bo jeszcze ci ją wybije. – Patrycja zaśmiała się, po czym zerknęła w stronę drzwi prowadzących na klatkę schodową.

– Tak, chyba powinnam już jechać. Ale może wpadnę do ciebie jutro? – zaproponowała jeszcze Eliza.

– Jasne.

– O której masz ostatnią klientkę?

– Po siedemnastej.

– Idealnie. Przyjadę do ciebie prosto od Niny i pogadamy. – Eliza posłała siostrze krótkie spojrzenie i wsiadła do samochodu.

– W końcu – rzuciła ostro Sabina, kiedy córka zapinała pas. – Ciesz się, że nie zasłabłam z braku tlenu.

– Bardzo się cieszę, mamusiu. – Eliza wysiliła się na uśmiech, po czym w końcu wróciły do domu.

Posiadłość Dudków mieściła się na strzeżonym osiedlu domków jednorodzinnych na obrzeżach miasta. Wszystkie budynki miały jasne elewacje i brązowe, płaskie dachy, a wzdłuż ulicy rozciągały się pasy idealnie przystrzyżonych trawników i stały takie same skrzynki pocztowe, przez co osiedle nabierało osobliwego klimatu. Mieszkanie w tym miejscu było wielkim marzeniem Stefana, męża Sabiny i ojca bliźniaczek, który, gdy tylko rozkręcił własny biznes, natychmiast kupił piętrówkę na końcu drogi, za którą rozciągał się już tylko las. Choć pochodził z Brzózek i wychowywał się w niewielkim mieszkaniu na jednym z blokowisk, od zawsze marzył mu się dom z prawdziwego zdarzenia, położony w spokojnej okolicy i z dużym podwórkiem.

Eliza dojechała do końca drogi, po czym zaparkowała samochód przed domem.

– Nie zaprowadzisz auta do garażu? – zapytała Sabina. – Tyle razy mówiłam ci, byś chociaż wjeżdżała na podwórko. Nie po to kupowaliśmy ci z ojcem samochód, żeby zaraz ktoś go ukradł. Myślałam, że jesteś rozsądniejsza.

– Przecież wiesz, że umówiłam się z Pawłem. Wpadnę tylko się przebrać.

– Zaprosiłabyś go lepiej do nas na kolację, zamiast włóczyć się po mieście.

– Następnym razem tak zrobię. – Eliza spojrzała na matkę, która, tak jak ona, opuściła samochód. Powolnym krokiem ruszyły w stronę domu, obie grzebiąc w torebkach w poszukiwaniu kluczy. Eliza znalazła je pierwsza, więc otworzyła drzwi i weszły na korytarz. Zdjęły buty, po czym przeszły do dużego przedpokoju urządzonego w jasnych barwach, który prowadził do oranżerii, salonu, kuchni albo na piętro.

Eliza z Sabiną niemal w tym samym momencie zdjęły z ramion torebki i odłożyły je na szafkę, nad którą wisiało duże lustro, gdy drzwi za ich plecami znów się otworzyły i do domu wszedł Stefan. Jak zawsze pachniał środkami odkażającymi i miał na sobie białe spodnie, których nie chciało mu się zmienić w pracy.

– Jak dobrze, że jesteś, kochanie. – Dostrzegł najpierw Sabinę, której twarz, na dźwięk tych słów, natychmiast rozjaśnił uśmiech.

– Uwielbiam twoje komplementy. – Zatrzepotała rzęsami niczym nastolatka, podeszła do męża i dała mu czułego całusa.

– Och, tym razem miałem na myśli raczej fakt, że gdyby cię nie było, to musiałbym czekać na ciebie przed domem, bo zapomniałem kluczy, ale oczywiście zawsze miło cię widzieć, kochanie. – Stefan pogłaskał żonę po plecach.

Sabina zacisnęła usta, słysząc te słowa i natychmiast odsunęła się od męża. Posłała mu zabójcze spojrzenie, po czym przeszła do kuchni, udając oburzoną. Za chwilę dobiegły stamtąd hałasy świadczące o tym, że przystąpiła do przygotowania podwieczorku.

– Przejdzie jej – rzuciła do ojca Eliza, patrząc przy tym na jego łagodną twarz, którą zdobiły głębokie zmarszczki. Ostatnio miał trochę stresów w pracy, przez co jakby się postarzał. Choć zawsze wyglądał wyjątkowo młodo jak na swój wiek, teraz nie dało się już ukryć, że jest panem po sześćdziesiątce.

– Zaraz ją udobrucham. – Stefan już tak długo był mężem Sabiny, że doskonale znał różne sztuczki mogące poprawić jej humor i nie przejmował się fanaberiami żony. – Ale powiedz lepiej, jak było na przymiarce. Suknia jest tak piękna jak na zdjęciach? – Zdjął marynarkę, którą w pracy zawsze zamieniał na biały fartuch. Zaraz po studiach otworzył w Brzózkach własny gabinet dentystyczny, który przez wiele lat zdążył się rozrosnąć do sporych rozmiarów centrum stomatologicznego.

– Jeszcze piękniejsza, niż ją zapamiętałam. – Eliza uśmiechnęła się szeroko na wspomnienie połyskujących w świetle diamencików i wspaniałej koronki.

– Nie mogę się doczekać, aż cię w niej zobaczę.

– Nie mów tak, tato, bo jeszcze się wzruszę.

– Naprawdę! – zapewnił żarliwie. – I bardzo żałuję, że ksiądz proboszcz nie zgodził się na to, żebym poprowadził cię do ołtarza, tak jak dzieje się w Ameryce. To taki piękny zwyczaj.

– Mama powiedziała, że jeszcze z nim o tym porozmawia, a wiesz, jaka ona potrafi być przekonująca.

– W takim razie jest jeszcze dla mnie jakaś nadzieja. – Stefan uśmiechnął się lekko.

– Na to wygląda.

– Powiedz jeszcze, jak przeżyła to spotkanie Patrycja. Mama bardzo dawała jej się we znaki?

– Nie bardziej niż zwykle.

– Szkoda mi czasem tej dziewczyny. Ale sama wiesz, jaka jest mama.

– Niestety.

– Będziecie się niedługo widziały?

– Chcę wpaść do Patki jutro po południu.

– Zapytaj ją, czy nie wyskoczy ze starym ojcem na jakiś obiad w weekend. Albo nie, nie pytaj. Sam do niej zadzwonię.

– Wiesz, że jesteś najlepszym tatą na świecie? – Eliza spojrzała na niego z czułością.

– Nie przesadzaj. – Stefan puścił do niej oczko.

Chciała coś odpowiedzieć, ale rozdzwonił się jej telefon.

– To pewnie Paweł. – Zerknęła na Stefana przepraszająco.

– Odbierz, a ja zajrzę do mamy, zanim wytłucze wszystkie naczynia – zażartował ojciec i zostawił ją samą.

Eliza przesunęła więc palcem po ekranie i ruszyła schodami na piętro.

– Cześć, kotku – przywitała się z Pawłem. – Przebiorę się tylko i zaraz do ciebie jadę.

– Ja właśnie w tej sprawie. – W telefonie rozległ się miękki, męski głos.

Eliza uwielbiała się w niego wsłuchiwać. Nic nie działało na nią tak kojąco.

– Co ty na to, żebyśmy trochę zmodyfikowali nasze dzisiejsze plany?

– Och, a ja tak bardzo chciałam się z tobą spotkać… – Posmutniała na myśl, że jednak się nie zobaczą. Po dzisiejszym popołudniu z matką marzyła o chwili odpoczynku.

– Ale przecież ja niczego nie odwołuję.

Na dźwięk tych słów odetchnęła z ulgą.

– Pomyślałem tylko, że zamiast jeść kolację u mnie, moglibyśmy wybrać się do miasta, a potem na spacer do parku Kochanowskiego. Słyszałaś, że jest w nim wysyp krokusów? Pomyślałem, że chciałabyś to zobaczyć.

– Naprawdę? – Eliza pragnęła obejrzeć ten kwiatowy płaszcz już od kilku dni, ale nie mogła znaleźć na to czasu. – Jesteś kochany.

– Cała przyjemność po mojej stronie. Podjadę po ciebie. Powiedz, o której mam być.

– Muszę tylko się przebrać, więc możesz przyjechać nawet za dwadzieścia minut.

– Świetnie, wobec tego wsiadam w samochód i już po ciebie jadę.

– Niczym książę na białym koniu?

– Dla ciebie mogę włożyć nawet smoking.

Eliza nie mogła się nie roześmiać.

– Do zobaczenia wariacie.

– Kocham cię, stokrotko – powiedział jeszcze na pożegnanie Paweł, po czym zakończył połączenie.

Eliza opuściła dłoń z telefonem i weszła do swojego pokoju. Choć miała już dwadzieścia trzy lata, nadal wyglądał, jakby mieszkała w nim mała dziewczynka. Na ścianach królował delikatny cukierkowy róż, w oknach wisiały tiulowe firanki, a nad łóżkiem z białym, metalowym zagłówkiem i masą poduszek wisiał baldachim w różyczki. Pod jedną ze ścian stała rzeźbiona toaletka, o jakiej marzą chyba wszystkie małe dziewczynki, a na podłodze leżał miękki dywan o długim włosiu, na którym uwielbiała się wylegiwać i czytać książki. Miała wtedy idealny widok przez drzwi balkonowe na rozpościerający się dookoła las.

Po przeciwnej stronie pokoju znajdowała się pokaźna biblioteczka, zawierająca mnóstwo książek o miłości, oraz drzwi prowadzące do garderoby rodem z amerykańskich seriali dla nastolatek. Eliza rzuciła telefon na łóżko i skierowała się właśnie w tamtą stronę. Otworzyła drzwi i zapaliła światło, a potem zmieniła sukienkę na białe cygaretki i zwiewną bluzkę. Ponieważ dni były jeszcze chłodne, zamierzała zarzucić na to różowy płaszczyk. Do tego dobrała amarantowe balerinki z kokardką i szalik w podobnym odcieniu. Następnie zbiegła na dół, pożegnała się z rodzicami, po czym wybiegła na podwórko na spotkanie z Pawłem.

Sabina tymczasem dała się przeprosić Stefanowi i siedziała razem z nim na kanapie w oranżerii, popijając zieloną herbatę. Przez starcie z Patrycją nie była w dobrym humorze i nieustannie zastanawiała się, jak może zapobiec zbliżającej się ślubnej katastrofie z udziałem świadkowej odzianej w czerń i panny młodej w za dużej sukience.

– Kochanie, ale może tak naprawdę ta sukienka wcale nie była za duża? – próbował uspokoić ją Stefan, któremu zwierzyła się ze swoich przemyśleń.

– Sugerujesz, że mam problemy ze wzrokiem? – Spojrzała na niego wymownie. – Była za duża, i to o rozmiar. Wisiała jej na brzuchu, jakby… O Boże. – Nagle zastygła z przerażoną miną i zamilkła.

– Kochanie? – zaniepokoił się Stefan. – Coś nie tak?

Sabina wstrzymała oddech. Pokręciła głową z niedowierzaniem, dopiero teraz dopasowując w myślach wszystkie elementy układanki.

– Kochanie? – powtórzył z troską Stefan i dotknął jej ręki.

Popatrzyła na niego przerażona.

– Eliza… – wydusiła, po czym przełknęła ślinę. – O matko, Stefan… Eliza jest w ciąży.

Rozdział 3

Nieświadoma domysłów matki Eliza jechała z Pawłem do Kawioru, najbardziej znanej restauracji w okolicy, a zarazem jedynej, w której trzeba było rezerwować stoliki. W żadnym innym lokalu gastronomicznym w Brzózkach nie było tak tłoczno jak tam i wielu klientów często odchodziło od drzwi z kwitkiem, nawet w tygodniu. A wszystko to oczywiście z powodu pysznego jedzenia, świetnych trunków oraz profesjonalnej obsługi, o co trudno było w niewielkich miasteczkach.

– Ale jak udało ci się zdobyć stolik w ostatniej chwili? – spytała Eliza.

Paweł sprawnie poruszał się ulicami Brzózek, co rusz zatrzymując się na kolejnych światłach. Miał na sobie elegancką koszulę i spodnie, a zmierzwione dłonią, brązowe włosy sterczały w różnych kierunkach, dodając mu chłopięcego uroku.

– Mam swoje sposoby. – Puścił do niej oczko. Jego niebieskie tęczówki otaczała ciemna kaskada rzęs. – Zresztą przecież wiesz, że zrobiłbym dla ciebie wszystko.

– Jakie sposoby?

– Oj, żadne nadzwyczajne. Po prostu właściciel restauracji był winny mojemu ojcu przysługę. Robiliśmy dla niego ostatnio schody na piętro i tata policzył mu po kosztach.

– Czyli układy, układziki… – Eliza nie mogła się nie roześmiać. Ojciec Pawła był właścicielem zakładu stolarskiego i bardzo często korzystali z Pawłem z licznych przysług, które byli mu winni co ważniejsi mieszkańcy Brzózek.

A mieli w czym wybierać! Pan Darek wychodził bowiem z założenia, że od „swoich” nie można brać zbyt wiele pieniędzy i zawsze oferował mieszkańcom Brzózek swoje usługi po kosztach, przez co spotykał się z dużą sympatią z ich strony. Paweł zresztą też dostawał od klientów zaproszenia w ciekawe miejsca albo drobne upominki, bo odkąd tylko skończył studia, zaczął pomagać ojcu w interesie i teraz był jego prawą ręką. Oczywiście starał się nie nadużywać niczyjej wdzięczności, ale czasem, zwłaszcza w tak małych mieścinach jak Brzózki, znajomości naprawdę się przydawały. Czy to jeśli chodzi o szybsze załatwienie sprawy w urzędzie, czy też zabranie narzeczonej na elegancką kolację.

– A jak było na przymiarce? – zapytał Elizę, kolejny raz zatrzymując się na światłach. – Padnę z wrażenia, kiedy cię zobaczę?

– Mam nadzieję, że nie dosłownie. – Posłała mu ciepły uśmiech, w odpowiedzi na co oderwał dłoń od gałki zmiany biegów i pogładził ją po ręce.

– Nie mogę się już doczekać, wiesz? – wyszeptał, czule patrząc jej w oczy. – Bardzo chcę być już twoim mężem i budzić się przy tobie każdego ranka.

– Jeszcze ci się to znudzi.

– Nie sądzę. Uwielbiam patrzeć, gdy śpisz, na twoją twarz i włosy rozrzucone na poduszce.

Eliza nachyliła się i pocałowała go w policzek.

– Jeszcze tylko dwa i pół miesiąca.

– Tylko? Chyba aż. – Paweł udał zasmuconego, a kiedy światło zmieniło się na zielone, ponownie skupił się na jeździe. – A co z dekoratorką wnętrz? Dogadałyście już ostatnie szczegóły dotyczące wystroju sali weselnej?

– Mam się z nią zobaczyć w przyszłym tygodniu, ale zdecydowałam, że raczej nie będziemy zmieniały projektu, który pokazywała nam ostatnio. Pomyślałam, że moglibyśmy tylko zrezygnować z tego tiulu, którym chciała obwiesić ścianę za naszymi plecami. No i nie jestem przekonana do dekoracji na stołach jedynie z gipsówki. Wygląda uroczo i delikatnie, ale nie wiem, czy bardziej nie podobają mi się orchidee.

– Cokolwiek wybierzesz, na pewno będzie pięknie.

– Muszę to jeszcze przemyśleć.

– Ale nie dzisiaj, dobrze? – Paweł znowu na nią zerknął. – Dziś będziemy się tylko relaksować i cieszyć wspólnie spędzonym wieczorem. Temat ślubu nie ucieknie, a my ostatnio wychodzimy rzadziej niż dotychczas.

– Rzadziej? Nie zauważyłam.

– A ja owszem. I bardzo mi tego brakuje – zapewnił, po czym zjechał w końcu na parking przed restauracją.

Patrycja tymczasem wróciła do swojego mieszkania po zakupach, na które wybrała się zaraz po powrocie z atelier Moniki Leszcz, i postawiła dwie ciężkie, płócienne torby na podłodze w korytarzu. Od ich dźwigania przez kilkaset metrów trochę bolały ją ręce.

– Największy minus bycia kobietą niezależną to targanie tych siat – rzuciła do swojej rudej kotki w białe i czarne łatki, która na dźwięk otwieranych drzwi wychynęła z salonu i podeszła do niej, po czym trąciła ją łapką.

Patrycja uśmiechnęła się, jak zawsze, gdy kotka to robiła, i ukucnęła, by ją pogłaskać. Traktowała Frotkę trochę jak dziecko, a ponieważ mieszkały ze sobą już prawie od roku, wiedziała, że kotka zaczepia ją, gdy ma ochotę na chwilę czułości. Z przyjemnością zanurzyła palce w miękkiej kociej sierści i kilkakrotnie przesunęła dłonią po grzbiecie Frotki, która w odpowiedzi zaczęła głośno mruczeć.

– Nie wiem, po kim jesteś takim pieszczochem. – Patrycja podrapała ją za uchem, po czym podniosła się i przeniosła zakupy do kuchni połączonej z salonem. Postawiła je na szarym blacie wysepki oddzielającej salon od aneksu i w pierwszej kolejności wyjęła z torby butelkę mleka. Nalała trochę Frotce, odstawiła opakowanie do lodówki i dopiero wtedy zaczęła rozpakowywać resztę zakupów.

Mieszkanie, które jakiś czas temu kupili jej rodzice, nie było zbyt duże, ale na pewno funkcjonalne i nowoczesne. Poza kuchnią i salonem znajdowały się tu jeszcze łazienka, sypialnia i nieduży pokój, który Patrycja zaaranżowała na garderobę połączoną z niewielkim studiem kosmetycznym, gdzie nagrywała filmiki na swojego makijażowego vloga. Czasem też malowała w nim klientki.

Całe mieszkanie urządzone było w odcieniach jasnej szarości, beżu i seledynu, przez co stanowiło spójną całość. Patrycja czuła się w nim naprawdę komfortowo. W przeciwieństwie do domu rodzinnego nie było tu zbyt wielu niepotrzebnych gratów, które uwielbiała gromadzić Sabina, ani wzorzystych firanek czy obrusów. W mieszkaniu Patrycji panował minimalistyczny porządek, a jedynym elementem, który w jakikolwiek sposób się z niego wyróżniał, był futurystyczny obraz wiszący na ścianie w salonie. Patrycja jednak powiesiła go tam celowo, chcąc zaakcentować swoje oderwanie od przeszłości i tradycji, a podkreślić nowoczesność i koncentrację na przyszłości. Zresztą żywe barwy i figury geometryczne tworzące coś na kształt tańczącej nad przepaścią kobiety, odkąd tylko pierwszy raz zobaczyła ten obraz w jednej z warszawskich galerii, pobudzały jej wyobraźnię oraz skłaniały do refleksji.

Poza tym mieszkanie było bardzo jasne. Przez duże okna i drzwi balkonowe wpadały do środka promienie popołudniowego słońca, a w koronach drzew rosnących na osiedlu uwijały się ptaki. Ponieważ od rana było ładnie, Patrycja zostawiła przed wyjściem uchylone okno i teraz słyszała ich radosne trele tak głośno i wyraźnie, jakby znajdowała się na zewnątrz.

Lubiła to osiedle. Przede wszystkim dlatego, że było położone po przeciwnej stronie miasta niż dom rodziców, dzięki czemu nie musiała dwadzieścia cztery godziny na dobę słuchać komentarzy Sabiny i znosić jej obecności, ale też z powodu panującego tutaj spokoju. Pozostałe mieszkania zajmowali albo single, albo młode pary bez dzieci, albo staruszkowie, dlatego przez okno słychać było trele ptaków, a nie płacz albo krzyki.

Patrycja nie miała nic przeciwko dzieciom, jako nastolatka jeździła nawet jako animatorka na obozy dla dzieciaków i młodzieży, ale po powrocie z pracy nade wszystko ceniła sobie spokój. Była wizażystką, co wiązało się z przebywaniem z ludźmi non stop, często także w dużym hałasie i nieustającym gwarze, więc wieczorami czuła się zwykle bardzo zmęczona. Po czternastogodzinnej sesji zdjęciowej nie marzyła o tym, by przez całą noc wysłuchiwać dochodzącego zza ściany płaczu dziecka sąsiadów albo sprzeczania się rodziców o to, kto ma do potomka wstać, jak to było, gdy przez jakiś czas mieszała w Warszawie, szkoląc się na różnych kursach. Sama też nie marzyła o nieprzespanych nocach i zmienianiu pieluch. Może to hedonistyczne, ale nie wyobrażała sobie, że jakiś mały człowiek zmąci jej spokój i wpłynie na zmianę wypracowanych rytuałów. Była zdania, że nie każda kobieta musi być matką i to w żaden sposób nie umniejsza jej wartości, choć, oczywiście, całkowicie nie zgadzała się z tym Sabina, uwielbiająca spierać się z Patrycją przy każdej możliwej okazji.

– Umrzesz w jakimś domu starców zapomniana przez wszystkich! – krzyczała pod koniec dyskusji, gdy brakowało jej innych argumentów, po czym wybuchała głośnym płaczem albo ze złością trzaskała drzwiami. – Nikt ci nie poda nawet butelki wódki!

– Chyba wody, mamo, nie wódki – upomniała ją któregoś razu Eliza.

– Ja tam nie mam nic przeciwko upijaniu się na starość. – Patrycja roześmiała się głośno, doprowadzając matkę nad przepaść rozpaczy, jak poetycko zwykła nazywać swoje smutki.

W przeciwieństwie do Elizy, Patrycja nie przejmowała się zbytnio nastrojami matki i zamiast ją pocieszać albo przepraszać, po prostu żyła po swojemu. Poświęcała się pracy, którą uwielbiała i która, choć nie była tak ambitna, jak na przykład praca Elizy w fundacji działającej na rzecz dzieci z autyzmem, dawała jej satysfakcję.

Patrycja uwielbiała patrzeć, jak pomalowane przez nią kobiety, które zwykle chodzą w rozciągniętych dresach i bez makijażu, tryskają pozytywną energią, gdy widzą się w lustrze z zalotnie podkręconymi rzęsami, pełnymi ustami i zaznaczonymi kośćmi policzkowymi. Lubiła sprawiać, że czują się piękne i choć wielu ludzi uważa, że to puste, a nawet próżne, głęboko wierzyła w to, że każda kobieta choć raz powinna znaleźć się przed obiektywem na profesjonalnej sesji zdjęciowej, by przekonać się i zobaczyć na własne oczy, jak wspaniale może wyglądać przy odrobinie wysiłku. Szczęśliwa kobieta to piękna kobieta, oczywiście, ale zdaniem Patrycji działało to w obie strony. Makijaż, ładna sukienka i szpilki na wysokim obcasie sprawiały, że szare myszki przeobrażały się w pewne siebie, wyjątkowe damy i bardzo często zostawały nimi, nawet gdy już zgasły światła i błyski fleszy.

Patrycja uwielbiała ten aspekt swojej pracy. W pewnym sensie, podobnie jak psycholog, ona też sprawiała, że ludzie czuli się lepiej, z tym że zamiast wyszukanych metod terapeutycznych, wykorzystywała kosmetyki, ubrania i pędzle. Właściwie było to o wiele prostsze i przynosiło dużo szybsze efekty.

Teraz jednak nie chciała już myśleć o pracy. Przed wyjazdem do atelier Moniki Leszcz pomalowała kilka kobiet i była w świetnym humorze, który skutecznie zepsuła jej Sabina. Patrycja naprawdę już przyzwyczaiła się do komentarzy i docinków, ale kilkugodzinne słuchanie piskliwego głosu matki nawet świętego wyprowadziłoby z równowagi. (Kiedyś na pewno takie miano zostanie przyznane Stefanowi!). Przygotowała sobie kolację – grillowanego łososia z warzywami, a po jedzeniu rzuciła się na kanapę, co od razu wykorzystała Frotka. Wskoczyła Patrycji na brzuch i ułożyła się na nim, po czym zapadła w błogi sen.

– Ty to masz życie. – Patrycja zaczęła ją głaskać. Wsłuchując się w kocie mruczenie, przymknęła oczy. Przez chwilę zastanawiała się, czy nie zadzwonić do Bartka. Spotykali się od czasu do czasu na niezobowiązującą lampkę wina, która zwykle kończyła się rano u niej w mieszkaniu – wciąż niezobowiązująco, ale w końcu porzuciła ten pomysł i skupiła się na Frotce.

Nie potrzebowała mężczyzny do szczęścia, a Bartek ostatnio coraz bardziej ją wkurzał. Jego charakter miał co prawda w ich relacji najmniejsze znaczenie – Patrycja traktowała go dość… instrumentalnie, ale naprawdę nie mogła już słuchać gadania o tym, jaka jest piękna, jak bardzo go pociąga, co czasem okraszał także doprowadzającym ją do furii stwierdzeniem, że byłaby idealną kandydatką na żonę. Zaczynał się angażować, a ona nadal nie myślała o stałym związku.

Zresztą nie znosiła tych komplementów. Choć na co dzień zajmowała się upiększaniem innych kobiet, gdy słyszała takie słowa z męskich ust, zwłaszcza kierowane pod swoim adresem, reagowała złością. Jakby była tylko ładną, pustą lalą bez mózgu całkowicie pozbawioną inteligencji albo kawałkiem pięknej szynki wyłożonej za szybą, którą kupuje się, by zaspokoić swoje biologiczne potrzeby.

Na samą myśl o tym aż podniosło jej się ciśnienie. Cóż. Choć przyznawała to niechętnie, chyba Sabina miała trochę racji, określając ją mianem sfeminizowanej. Nic nie drażniło jej bardziej, niż przedmiotowe traktowanie kobiet przez mężczyzn. Piękne to one mogły być dla siebie, ale na pewno nie dla nich. I przede wszystkim powinny chcieć swojego, a nie męskiego szczęścia.

Rozdział 4

Paweł odwiózł Elizę do domu przed dwudziestą drugą, jak na dżentelmena przystało. Odkąd Stefan odbył z nim męską rozmowę i powiedział, że nie powinien spuszczać Elizy z oczu nawet na chwilę, gdy jest pod jego opieką, traktował te słowa śmiertelnie poważnie. Nawet gdy wracała do domu swoim samochodem, jechał za nią aż na osiedle. Z początku, by nie podpaść przyszłemu teściowi, ale szybko wzbudził w sobie ku temu własną, wewnętrzną motywację. Eliza była tak drobną i kruchą istotką, że nie miał serca zostawiać jej samej i poczuwał się do obowiązku, żeby ją chronić.

Teraz zatrzymał samochód przed bramą prowadzącą do posiadłości Dudków. Popatrzył na narzeczoną, nie gasząc silnika.

– To był miły wieczór – powiedział, wracając myślami do uśmiechu dziewczyny wywołanego widokiem dywanu krokusów w parku. Nadal miał w pamięci błysk w jej oku, gdy tylko dostrzegła kwiaty. Cieszyła się tym popołudniem jak dziecko, a on uwielbiał tę okazywaną bez skrępowania dziecięcą radość.

Eliza nachyliła się do Pawła i uniosła dłoń, po czym pogłaskała go palcami po gładkim policzku. Miał chłopięcą urodę i nie nosił zarostu, przez co wydawał się młodszy, niż był w rzeczywistości. Nie mogła jednak powiedzieć, że to jej się nie podobało. Nawet z tą swoją chłopięcą buzią był idealnym kandydatem na męża. Pragnęła spędzić z nim resztę życia.

– Dziękuję i za spacer, i za kolację – wyszeptała, przysuwając twarz do jego twarzy.

– Cała przyjemność po mojej stronie. – Paweł uśmiechnął się rozczulająco i delikatnie ją pocałował. Uwielbiał jej usta. Dziś smakowała czekoladą, którą zjedli na deser po kolacji. Choć nie całował nigdy żadnej innej kobiety, był niemal pewien, że Eliza ma najprzyjemniejsze wargi na świecie.

– Wejdziesz jeszcze na chwilę? – zapytała, gdy już się od siebie odsunęli.

Delikatnym ruchem wygładziła kilka zmarszczeń, które powstały na cienkim materiale jej bluzki, a następnie podobnym gestem poprawiła włosy. Kontrolnie spojrzała w lusterko zamontowane w schowku pod sufitem. Nie chciała, by kiedy wejdzie do domu, jej wygląd zdradzał dopiero co wymienione z narzeczonym czułości. Oczywiście rodzice na pewno wiedzieli, że nie ograniczają się z Pawłem jedynie do patrzenia sobie w oczy i trzymania za rączkę, ale i tak nie chciała się z tym obnosić. Miała wrażenie, że to nieodpowiednie i w pewien sposób nieprzyzwoite.

– Lepiej już wrócę do siebie – powiedział Paweł. – Na pewno chcesz się odświeżyć i położyć do łóżka, żeby jeszcze coś poczytać. Wstajesz wcześnie rano.

– Znowu czytasz mi w myślach.

– Po prostu dobrze cię znam.

– Kiedy się teraz zobaczymy?

– Jeżeli chcesz, to choćby jutro.

– Jutro chyba nie dam rady. – Popatrzyła na niego przepraszająco. – Po pracy odbieram dzieciaki Niny ze szkoły, a na wieczór umówiłam się z Patrycją.

– To może pojutrze?

– Nie przypominam sobie, żebym miała jakieś plany.

– Świetnie, w takim razie jesteśmy umówieni. – Przez chwilę patrzyli na siebie zakochanym wzrokiem. – Idź już – odezwał się Paweł. – Inaczej się nie wyśpisz.

Eliza ponownie nachyliła się do niego i lekko pocałowała go w usta.

– Kocham cię, wiesz?

– Ja kocham cię bardziej, stokrotko – zapewnił, po czym Eliza w końcu złapała za klamkę i wyszła na zewnątrz. Paweł odczekał, aż zniknie za bramą, a potem za rogiem domu i dopiero wtedy odjechał.

Eliza weszła do przedpokoju i zamknęła drzwi na klucz. Zdjęła różowy płaszczyk, a następnie odwiesiła go na wieszak. Jeszcze raz kontrolnie spojrzała w lustro. Powtórnie wygładziła włosy i chciała to samo zrobić z bluzką, ale nie było jej to dane, bo z kuchni wyłoniła się nagle Sabina. W jednej ręce trzymała ubrudzony jakąś zieloną mazią nóż, a w drugiej wysoką szklankę napełnioną zielonym koktajlem.

– Cześć, mamo. – Eliza, jak to miała w zwyczaju, cmoknęła ją w policzek. – Kolacja? – Spojrzała na koktajl.

– Dla ciebie. – Sabina energicznie wyciągnęła w jej stronę szklankę i niemal wepchnęła ją córce do ręki.

– Dziękuję, ale byliśmy z Pawłem w restauracji.

– Pewnie jedliście jakieś świństwo.

– Wcale nie. Zabrał mnie do Kawioru na wątróbkę. A potem dałam się namówić także na deser czekoladowy.

– To akurat dobrze. Wątróbka jest bogata w kwas foliowy i żelazo. Czekolada też.

– Mamuś, powtórzę ci setny raz: nie mam żadnej anemii.

– Ja wiem, kochanie, wiem. – Sabina pokiwała głową, po czym przeszła do kuchni. Eliza podążyła za nią. – Po prostu w twoim stanie kobieta powinna spożywać bardzo dużo produktów bogatych w witaminę B9.

Eliza upiła łyk koktajlu. Był naprawdę smaczny. Na pewno znajdowały się w nim szpinak i pomarańcza. A może jeszcze mandarynki?

– Dobry. – Popatrzyła na matkę, oblizując usta. – Co do niego dodałaś?

– Liście szpinaku, banana, pomarańczę, mandarynki i uzupełniłam to wszystko wodą.

– Może zrobię sobie taki jutro na drugie śniadanie i zabiorę do pracy. – Eliza oparła się plecami o kuchenny blat i ponownie zbliżyła szklankę do ust. Gdy ją odsunęła, wokół jej górnej wargi powstała zielona otoczka.

– Na jutro to masz już w lodówce sałatkę. – Sabina stanęła nieopodal córki i zaczęła zbierać obierki po owocach, które zblendowała zaledwie kilka chwil temu.

– Nie musisz przygotowywać mi śniadań, nie jestem już…

– …dzieckiem – dokończyła za nią Sabina. – Tak, wiem. Ale twoja pełnoletniość nie sprawia, że przestanę być twoją matką. Zawsze będę się o ciebie troszczyć, kochanie.

– Oj wiem, mamuś… To z czego ta sałatka?

– Z kiełków soczewicy, awokado i rzodkiewek, a do tego chleb razowy.

– Brzmi smacznie. – Eliza upiła kolejny łyk koktajlu.

– Ważne, że jest zdrowa.

– Jesteś mistrzynią przygotowywania zdrowego jedzenia, wiesz o tym.

– Na drugie śniadanie masz banana i sok pomarańczowy. Zapakuj je sobie tylko rano w woreczek.

– Widzę, że przygotowałaś mi cały jadłospis.

– A dziwisz się? W tym stanie powinnaś o siebie wyjątkowo dbać.

– Ale w jakim stanie? – Eliza zdziwiła się, już drugi raz słysząc to określenie z ust matki.

Sabina wyrzuciła skórki owoców do kosza i odwróciła się do córki.

– Przede mną nie musisz tego zatajać, córeczko. Stefan może i jest konserwatywny, pewnie będzie potrzebował trochę czasu, żeby odnaleźć się w tej sytuacji, ale dla mnie to niczego nie zmienia

– Nie rozumiem… – Eliza zmrużyła oczy i spojrzała na matkę.

– Oj, niunia. – Sabina podeszła do niej i pogłaskała ją po ramieniu, z troską patrząc jej w oczy. – Jakoś sobie poradzimy, zobaczysz – powiedziała uspokajająco. – Ślub już za dwa i pół miesiąca, jeszcze nie będzie nic widać. A po porodzie powiemy sąsiadom, że dziecko urodziło się dużo przed terminem i nikt nie będzie wytykał cię palcami. Zresztą wielkie mi halo, ciąża. Dwudziesty pierwszy wiek to już nie są czasy, gdy…

– Zaraz, zaraz… – Eliza z niedowierzaniem pokręciła głową. – Ale o czym ty mówisz, mamo? Jaka ciąża?

– No twoja, córcia, nie udawaj. Ja już wszystko wiem. Mówię o dziecku twoim i Pawełka. I powiem ci, że chociaż zupełnie się ze Stefanem tego nie spodziewaliśmy, to naprawdę bardzo się cieszę! Będę miała kolejnego wnuka. A może wnuczkę? Jeżeli odziedziczy po tobie kolor i kształt oczu, na pewno wyrośnie z niej piękna kobieta. Zresztą, co ja gadam! Oboje z Pawełkiem wyglądacie jak z obrazka, więc to na pewno będzie najpiękniejsze dziecko w całych Brzózkach.

– Mamo…

– Och, niechże cię wyściskam! – Sabina, nie zwracając uwagi na protesty Elizy, wzięła ją w ramiona i zaczęła kołysać na boki, omal nie przyprawiając córki o mdłości.

– Ale ja nie jestem w żadnej ciąży – wydusiła przerażona Eliza, jednak Sabina nie zaprzestała wyrażać swej radości, wręcz przeciwnie. Elizie wydało się nawet, że zaczęła przytulać ją jeszcze mocniej. I jeszcze głośniej powtarzać jej do ucha, jak bardzo się cieszy…

Rozdział 5

Eliza skończyła pracę w szkolnej świetlicy o piętnastej i następne dwie godziny spędziła z dziećmi najstarszej siostry, Niny, która była salową w pobliskim szpitalu psychiatrycznym. Odrobiła z Ignacym i Kalinką lekcje, a kiedy Nina wróciła z pracy, wypiły wspólnie kawę i Eliza pojechała na Podmiejską do Patrycji. Zaparkowała samochód na niedużym parkingu, na którym o tej porze nie było już zbyt wielu wolnych miejsc, po czym ruszyła chodnikiem w stronę nowoczesnego bloku. Ponieważ odwiedzała Patrycję dość często, znała na pamięć kod do domofonu. By nie zawracać głowy siostrze, sama weszła do budynku, a potem zapukała do jej drzwi.

– Wejdź, wejdź – krzyknęła Patrycja.

Eliza posłusznie nacisnęła klamkę i weszła na korytarz. Postawiła pod ścianą swoje amarantowe, lakierowane balerinki z kokardkami, odwiesiła na wieszak jasny płaszczyk i przeszła dalej, rozglądając się w poszukiwaniu siostry. Zamiast Patrycji po kuchni i salonie kręciła się jednak tylko Frotka. Eliza nachyliła się i pogłaskała ją po głowie, w odpowiedzi na co kotka zaczęła mruczeć.

– Ty pieszczochu – szepnęła i zaczęła drapać Frotkę pod brodą.

Chwilę później z łazienki wychynęła Patrycja ubrana w krótkie spodenki, luźną koszulkę i z ręcznikiem na głowie. Na jej łydkach znajdowały się natomiast poprzyklejane plastry do depilacji.

– Musiałam wziąć prysznic po pracy – wytłumaczyła siostrze. – Malowałam dziś kobiety do sesji zdjęciowej z noworodkami i gdy wracałam do domu, miałam wrażenie, że cała śmierdzę kosmetykami dla niemowląt.

– Nie nazwałabym tego zapachu smrodem – rzuciła Eliza, nie przestając drapać Frotki.

– Bo lubisz dzieci. – Patrycja przeszła do części kuchennej.

– Odkrywcze. Ale przypominam ci, że ty też je kiedyś lubiłaś.