Kto by się spodziewał? - Agata Przybyłek - ebook

11 osób właśnie czyta

Opis

Jak nieskutecznie uciec przed problemami? Pakując się w jeszcze większe tarapaty!

Poznaj najbardziej zwariowane komedie Agaty Przybyłek, pełne humoru i rodzinnych nieporozumień!

Trzeci tom bestsellerowego cyklu „Miłość i inne szaleństwa” to przezabawna opowieść o tym, że uciekając przed problemami, można czasem wpaść z deszczu pod rynnę. I że miłość przychodzi wtedy, kiedy nikt się jej nie spodziewa!

 

Po zawodzie miłosnym i aferze na ślubie siostry Patrycja postanawia odciąć się od rodziny i wytykających ją palcami sąsiadów. Słoneczna Przystań, dokąd jeździła kiedyś jako animatorka obozów artystycznych, to idealne rozwiązanie. Niestety, na miejscu Patrycja dowiaduje się, że dyrektorem ośrodka jest jej były chłopak.

Okazuje się też, że na identyczny pomysł wpadła jej siostra! Patrycja nie zamierza jednak rezygnować ze swoich planów. Jak na kobietę o ognistym temperamencie przystało, postanawia stawić czoła przeciwnościom. Czy jej się to uda? Gdy ożywa w niej uczucie do dawnego partnera, on okazuje zainteresowanie innej… Z tego mogą być tylko kłopoty!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 388

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Copyright © Agata Przybyłek, 2019

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2019

Redaktor prowadząca: Sylwia Smoluch

Redakcja: Kinga Gąska

Korekta: Kamila Markowska / panbook.pl

Skład i łamanie: Stanisław Tuchołka / panbook.pl

Projekt okładki: Magdalena Zawadzka

Fotografia na okładce: shutterstock.com / Valeria Aksakova

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

eISBN 978-83-7976-100-5

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

fax: 61 853-80-75

[email protected]

www.czwartastrona.pl

Dedykuję tę książkę Kasi – mojej wspaniałej siostrze

i przyjaciółce

ROZDZIAŁ 1

Eliza siedziała na tarasie i wpatrywała się w zieleń rosnących nieopodal drzew. W ich koronach ganiały się ptaki, których radosne trele niosły się po okolicy. Jej długie, brązowe włosy muskał letni wietrzyk, a na twarz oraz odsłonięte ramiona padały ciepłe promienie wakacyjnego słońca. Jednak Eliza wcale nie rozkoszowała się piękną pogodą ani nie cieszyła pierwszymi dniami lipca. Zaledwie chwilę temu odrzuciła kolejne połączenie od Pawła, który nie dalej jak w miniony weekend miał zostać jej mężem, i poczuła bolesne ukłucie w okolicach serca. Wszystko poszło nie tak.

Eliza nigdy nie sądziła, że jej ślub skończy się katastrofą. Gdy wyobrażała sobie ten dzień, zawsze jawił się on jako najpiękniejszy w jej życiu. Miała ze wzruszeniem powiedzieć „tak” ukochanemu, wyjść z kościoła obsypana setkami płatków róż, a potem do rana tańczyć z mężem na weselu. Ani przez chwilę nie zakładała, że na ceremonii inny mężczyzna wyzna jej miłość, dojdzie do bójki między jej siostrą bliźniaczką a matką, a już na pewno nigdy nie przypuszczała, że zostanie jedną z tych kobiet, które uciekły sprzed ołtarza.

„Jak widać, życie uwielbia zaskakiwać”, pomyślała, przypominając sobie to wszystko, i odetchnęła głęboko, starając się zwalczyć kolejną falę smutku. Od soboty była w kiepskiej kondycji psychicznej i nic nie wskazywało na to, że jej stan ulegnie poprawie. Czuła się paskudnie. Skrzywdziła jednocześnie dwóch zakochanych w niej mężczyzn i zrobiła z siebie pośmiewisko przed całą rodziną oraz innymi zaproszonymi gośćmi. Nie mówiąc już o tym, że po wszystkim ojciec wyprowadził się z domu, gdyż podczas ceremonii dowiedział się o zdradach żony. Matka wlewała w siebie kolejne litry alkoholu, żeby zagłuszyć tęsknotę za nim, a Patrycja jakby zapadła się pod ziemię i nie dawała znaków życia. Eliza wcale jednak nie dziwiła się siostrze. Pewnie zrobiłaby tak samo, gdyby mężczyzna, któremu oddała serce, zakochał się w jej bliźniaczce i wyznał to, gdy ta właśnie miała wyjść za mąż.

– Naprawdę jak w „Modzie na sukces” – westchnęła, powtarzając słowa, które padły podczas ślubu z ust jednego z gości. Miała wrażenie, że przez jej życie przeszła trąba powietrza, która zmiotła z powierzchni wszystko, co napotkała po drodze i pozostał po niej jedynie poburzowy krajobraz oraz wielki bałagan, który trzeba teraz uprzątnąć. Jak żyć dalej po takiej katastrofie?

Eliza myślała o tym przez dłuższą chwilę, wpatrując się w zieleń. W niedzielę i poniedziałek dużo płakała, ale po dwóch dniach wylewania łez jej oczy wyschły i teraz nawet nie miała czym szlochać. Pozostała jej tylko apatia. Całe dnie spędzała samotnie na werandzie z dala od ciekawskich spojrzeń sąsiadów i przykrych komentarzy, zastanawiając się, co teraz z nią będzie. Jej życie rozsypało się niczym domek z kart i Eliza nie miała na razie żadnego pomysłu, jak je ponownie poskładać. Prawdę mówiąc, najchętniej poszłaby w ślady Patrycji i zniknęła na jakiś czas, licząc na to, że podczas jej nieobecności pewne problemy rozwiążą się same. Tylko czy byłoby to dojrzałe zachowanie?

Rozmyślania przerwał jej dzwonek telefonu. Kobieta spojrzała na wyświetlacz, mając pewność, że dzwoni jeden z dwóch zakochanych w niej mężczyzn. Nie pomyliła się. Tym razem ujrzała na ekranie zdjęcie i imię Szczepana, nie Pawła. Tak było już od soboty. Wydzwaniali do niej na zmianę, a ona konsekwentnie odrzucała wszystkie połączenia. Nie była jeszcze gotowa na rozmowę z żadnym z nich. Wiedziała, że prędzej czy później musi to zrobić, ale potrzebowała trochę czasu tylko dla siebie, żeby poukładać sobie wszystko w głowie. Między innymi dlatego, gdy Paweł przyjechał do niej w niedzielę, w popłochu zaryglowała drzwi i zakazała matce otwierać.

– To nie jest najlepszy moment na tę rozmowę – wyjaśniła matce.

Sabina była tak pijana, że nie stawiała oporu. Bąknęła tylko pod nosem jakiś niezrozumiały dla Elizy komentarz, czknęła, po czym wypiła duszkiem kolejny kieliszek wina, padła na kanapę i natychmiast zasnęła.

– Oj, mamusiu… – Córka popatrzyła na nią ze współczuciem, a potem stanęła w oknie i zza firanki obserwowała Pawła, który wydzwaniał do drzwi. Bolało ją serce, gdy widziała jego udręczoną twarz i zapuchnięte powieki. Pewnie nie zmrużył tej nocy oczu nawet na chwilę i przepłakał wiele godzin, podobnie zresztą jak ona.

Eliza rozpłakała się na ten widok i skrzyżowała ramiona. Paweł był wspaniałym mężczyzną i nie zasługiwał na to, jak go potraktowała. Gdy tak na niego wtedy patrzyła, czuła się niemal jak morderca. Jak morderca ich szczęścia i miłości. Jak ktoś, kto powinien przestać istnieć.

Niedoszły zięć Sabiny dzwonił do drzwi kilka razy, ale gdy przez kilkanaście minut nikt nie otwierał, w końcu odpuścił. Wrócił do samochodu, kilkakrotnie oglądając się za siebie, a potem odjechał. Eliza jeszcze przez parę minut stała w oknie, płacząc, ale w końcu otarła twarz i zajęła się matką. Sabina zasnęła z kieliszkiem w dłoni, więc wyjęła jej go z ręki, odstawiła na stół, a potem przyniosła z sypialni koc i delikatnie ją przykryła. Następnie usiadła w fotelu i poddała się bolesnym wyrzutom sumienia oraz poczuciu winy. Miała wrażenie, że to przez nią właśnie rozpada się ta rodzina i ta myśl odbierała jej chęć do życia.

– To wszystko przeze mnie – zadręczała się bez końca, podczas gdy przyroda wokół niej tętniła radością i życiem. Eliza patrzyła na ten krajobraz, nie mogąc pozbyć się wrażenia, że do niego nie pasuje. W dodatku każde miejsce w ogrodzie przywoływał wspomnienia związane z Pawłem. Nawet niepozorna trawa muskana wiatrem kojarzyła się jej z chwilami, gdy wylegiwali się razem na kocu, patrzyli w niebo i snuli marzenia, które tak brutalnie zniszczyła. Mieli wybudować dom, zamieszkać razem, wychować dzieci, a potem razem się zestarzeć. Co więcej, to wszystko w pewnym momencie stało się niezwykle realne i znajdowało się zaledwie na wyciągnięcie ręki. Te marzenia już by się spełniały, gdyby ich nie zniszczyła. Wzięliby z Pawłem ślub, wyjechali w podróż poślubną, a potem wrócili w rodzinne strony i wiedli sielankowe życie aż do śmierci.

Tylko jaki jest sens tak gdybać?

Córka Sabiny ponownie westchnęła. Uniosła głowę i tym razem zapatrzyła się w niebo. Kolejny raz w ciągu ostatnich dni zapragnęła znaleźć się daleko stąd i chociaż na chwilę oderwać od problemów. Zastanowić się nad życiem, poukładać pewne sprawy, spojrzeć na nie z dystansem… Może naprawdę powinna wyjechać na jakiś czas i wcale nie był to taki zły pomysł, jak wcześniej sądziła? Chwilowo nic nie trzymało jej w domu. Rozpoczęły się wakacje, więc świetlica, w której pracowała, była nieczynna, a pani Małgosia, dyrektorka fundacji „Mały miś” sama dała jej długi urlop, żeby Eliza mogła nacieszyć się małżeństwem i mężem oraz wyjechać w podróż poślubną. Nic nie stało na przeszkodzie, aby wyjechała, w dodatku uświadomiła sobie, że bezczynność i przebywanie w domu pełnym wspomnień na pewno nie pomogą jej stanąć na nogi, wręcz przeciwnie – to miejsce będzie ją tylko dodatkowo przygnębiać.

Analizując to wszystko, Eliza myślała już nie o tym, czy powinna wyjechać, ale dokąd najlepiej uciec. Wyglądało na to, że podjęła decyzję.

ROZDZIAŁ 2

Patrycja leżała na kanapie w salonie swojego mieszkania i wpatrywała się w sufit. Jej krótkie rude włosy sterczały we wszystkie strony, a obok spała zwinięta w kłębek Frotka i cicho mruczała. Pomimo słonecznej pogody za oknem w pokoju panował półmrok, ponieważ Patrycja od kilku dni nie podciągała rolet, żeby jak najbardziej odciąć się od otaczającego ją świata. Z tego powodu zamknęła również drzwi na klucz i nie wychylała nosa na zewnątrz, choć pewnie spacer po osiedlu dobrze by jej zrobił.

Nie miała jednak ochoty na jakikolwiek kontakt z kimkolwiek i to nie tylko dlatego, że jej twarz nadal zdobił purpurowy siniak, który podczas ślubu Elizy zaserwowała jej matka, celnie uderzając ją pięścią w oko. Podobnie jak Eliza, Patrycja miała wrażenie, ze zawalił jej się świat i, choć niechętnie przyznawała to nawet sama przed sobą, cierpiała z powodu złamanego serca.

To cierpienie objawiało się u niej jednak zupełnie inaczej niż u Elizy. Bliźniaczki różniły się między sobą już od najmłodszych lat, dlatego też podczas gdy Eliza trwała w poczuciu winy i dręczyły ją wyrzuty sumienia, Patrycja zatracała się w złości. Tak, tak, czuła wściekłość i to na wszystko i wszystkich. Na paskudnego Szczepana, któremu oddała serce, a ten najzwyczajniej w świecie je zdeptał, na siostrę, w której postanowił się zakochać, na matkę, która podbiła jej oko oraz wyrwała garść włosów, a nawet na siebie, że zaczęła coś czuć do mężczyzny ewidentnie nie wartego jej uczucia.

– A tyle razy sobie powtarzałam: tylko się nie zakochuj! – mówiła do Frotki w przypływach emocji. – Miłość, też mi coś – prychała rozzłoszczona. – W życiu nie chodzi o żadną zasraną miłość, bo za każdym razem uczucie kończy się w ten sam sposób: jedną wielką katastrofą. Poświęcasz komuś czas i energię, zabiegasz o niego i troszczysz się, a potem i tak nic z tego nie masz. Żadnej miłości, Frotka! – Głaskała miękkie futerko. – Mówię ci. Żadnych uczuć i sentymentów. Faceci to dupki, każdy jeden. Nie ma od tej reguły żadnego wyjątku – mówiła ze złością, a na jej skórze aż pojawiała się z nerwów gęsia skórka. – Jaką ja byłam idiotką, że zaczęłam coś czuć do tego Szczepana. Chyba na rozum mi padło, bo inaczej nie umiem tego wytłumaczyć. Ani przez chwilę nie był mnie wart, Frotka. Ani przez chwilę. To tylko bezwartościowy dwulicowy drań.

Frotka patrzyła na swoją panią z zainteresowaniem i za każdym razem przez pewien czas słuchała jej monologów, ale w końcu ogarniała ją senność i beztrosko zwijała się w kłębek. Patrycja wzdychała wtedy głośno, złoszcząc się także na to, że właśnie straciła jedynego słuchacza i włączała jakiś film, muzykę albo buszowała po ulubionych stronach internetowych czy blogach, żeby zagłuszyć swoje myśli.

Przez pierwsze dwa dni od katastrofy to działało, trzeciej doby Patrycja zaczęła się nudzić. W końcu ile można leżeć przed telewizorem albo bezrefleksyjnie wpatrywać się w ekran laptopa? Była osobą czynu i powoli doskwierał jej brak zajęć. Z nudów poukładała więc rzeczy we wszystkich szafach, dokładnie wysprzątała mieszkanie, a nawet zrobiła w końcu porządki w folderach na pulpicie i pousuwała z komputera niepotrzebne zdjęcia, pliki czy dokumenty. Brakowało jej jednak czynności, z których zwykle czerpała radość. Z powodu wielkiego siniaka nie mogła nagrać kolejnego filmiku na swojego makijażowego vloga ani nie mogła iść do pracy. Musiałaby wtedy pokazać się swoim obserwatorom oraz klientkom z podbitym okiem, co pewnie wywołałoby natychmiastową dyskusję, że oto została ofiarą przemocy. Przynajmniej wśród internautów. Jak znała życie, to całe Brzózki od soboty na pewno huczały od plotek o tym, co stało się na ślubie. Między innymi również dlatego nie wychodziła z domu oraz wyłączyła telefon, żeby nie kontaktowały się z nią nawet jej siostry. Chociaż była silną kobietą, nie miała najmniejszej ochoty znosić pełnych litości spojrzeń sąsiadów oraz słuchać ich komentarzy.

– Niech się użalają nad losem kogoś innego – mówiła do Frotki. – Mnie niczyje współczucie nie jest potrzebne.

Prawda była jednak taka, że coraz bardziej brakowało jej ludzi. Patrycja była towarzyską osobą i od zawsze prowadziła bogate życie prywatne. Może nie miała paczki przyjaciółek, z którymi mogłaby chodzić na kawę albo zakupy, ale lubiła spędzać czas z siostrami lub w otoczeniu mężczyzn, którzy zawsze ciągnęli do niej jak ćmy do światła. Patrycja rzadko się nudziła i teraz przez tę bezczynność momentami miała wrażenie, że zwariuje. Czuła się w swoim mieszkaniu jak więzień nawet pomimo tego, że przecież sama się w nim zamknęła. Coraz częściej zastanawiała się, czy jednak nie przełamać wewnętrznych oporów i nie wyjść na zewnątrz.

– Może krótki spacer po lesie? Tam raczej nikogo nie spotkam – mówiła do Frotki, ale za każdym razem i tak dochodziła do wniosku, że to bez sensu. W końcu było lato i zanim dotarłaby do lasu, spotkałaby mnóstwo osób na osiedlu oraz placu zabaw, który musiałaby minąć. Z bólem opadała więc na kanapę i ponownie ogarniała ją złość.

– Tak nie może być, Frotka – szeptała do kotki. – Jeszcze kilka dni spędzonych w zamknięciu i wyląduję w psychiatryku, na oddziale, na którym pracuje Nina. No co, nie patrz tak na mnie. Naprawdę! A ty stracisz właścicielkę i jeszcze tu zdechniesz z głodu pod moją nieobecność, bo sąsiadka na pewno zapomniałaby o tym, że obiecała cię karmić.

Frotka przekrzywiła łepek, jakby naprawdę rozumiała właścicielkę.

– Ech… – westchnęła Patrycja. – Muszę coś z tym wszystkim zrobić, bo inaczej zwariuję. Tylko co, skoro powrót do pracy na razie nie wchodzi w grę? – zastanawiała się na głos. – Pojechałabym na jakiś urlop i wypoczęła, ale nie mam zbyt wielu oszczędności. Wyjazd do Małgosi na wieś też nie wchodzi w grę, bo znając moją najstarszą siostrzyczkę i jej skłonność do empatii, zagłaskałaby mnie na śmierć, bylebym tylko poczuła się lepiej. Ale muszę wyjechać Frotka, rozumiesz? I to gdzieś daleko, gdzie nikt nie będzie znał mojej historii. W dodatku przydałoby mi się jakieś zajęcie, które wypełniłoby czas. Tylko co można robić w wakacje? – powiedziała i wtedy właśnie przyszło jej do głowy wspomnienie letnich obozów dla dzieci, na które w przeszłości jeździła jako opiekunka albo koordynatorka zajęć plastycznych.

Jako młoda dziewczyna potrafiła spędzać nawet dwa miesiące na turnusach i zajmować się dziećmi. Zrezygnowała z tego, gdy podjęła stałą pracę, ale do tej pory, kiedy myślała o tamtych czasach, na jej usta wypływał uśmiech. Uwielbiała szaleć z dzieciakami na obozach wakacyjnych i wymyślać im kolejne kreatywne zajęcia. Patrzeć, jak z radością nawiązują przyjaźnie, rozkwitają i znajdują spełnienie w ciekawych aktywnościach. Śpiewać piosenki przy ognisku, a nocami rozmawiać z innymi opiekunami, choć na drugi dzień zawsze musiała pić hektolitry kawy, żeby nie zasnąć.

– Fajnie by było do tego wrócić… – szepnęła rozmarzona pod wpływem tych wspomnień i właśnie wtedy uświadomiła sobie, że właściwie nic nie stoi na przeszkodzie, żeby to zrobić. Mogłaby poprosić przełożoną o dłuższy urlop, a ponieważ prywatnie bardzo się lubiły, Wiola na pewno nie miałaby nic przeciwko. Zwłaszcza że doskonale znała sytuację, w której Patrycja się znalazła.

– Na pewno się zgodzi – szepnęła do Frotki, a potem sięgnęła po telefon. Włączyła smartfona, w którym przechowywała kontakty do wielu osób z przeszłości i, nie zastanawiając się długo, odnalazła numer właścicielki pewnego ośrodka na Mazurach, która specjalizowała się w organizowaniu tego typu wyjazdów.

– Ciekawe, czy jest aktualny? – Zastanawiała się na głos. Swego czasu spędziła w ośrodku „Słoneczna przystań” trzy wakacje z rzędu i bardzo zaprzyjaźniła się z panią Bożenką. Choć ich kontakt ostatnio nieco osłabł, do tej pory wysyłały sobie życzenia z okazji świąt i żywiły do siebie ciepłe uczucia. Pewnie gdyby teraz do niej zadzwoniła, to kobieta na pewno znalazłaby dla niej jakieś zajęcie podczas tegorocznych kolonii.

„Istnieje tylko jedno ale”, pomyślała Patrycja, wpatrując się w ten numer i natychmiast zalała ją kolejna fala wspomnień, tym razem nie tylko wspaniałych, lecz również bolesnych. To „ale” miało bowiem imię jej pierwszej, wielkiej miłości i poza wieloma cudownymi chwilami przywoływało na myśl również złamanie serca. Można powiedzieć, że to przez tamtego chłopaka Patrycja została feministką i w ostatnich latach traktowała mężczyzn dość instrumentalnie. Chyba nikt nigdy nie skrzywdził jej tak jak Borys i od tamtej pory obiecywała sobie, że już nigdy się nie zakocha.

– Przynajmniej dopóki nie zjawił się Szczepan – westchnęła, po czym spojrzała na zasłonięte roletą okno.

Rozdział o nazwie „Borys” zapisany na kartach jej życia mimo upływu czasu nadal wywoływał wiele emocji. Wystarczyło choćby jedno wspomnienie, żeby Patrycja poczuła ukłucie w sercu. Może więc ten wyjazd nie był wcale takim dobrym pomysłem? Może wyjeżdżając na te kolonie, tylko wpadłaby z deszczu pod rynnę? W końcu chciała oderwać się od problemów, a nie pakować w jeszcze większe.

Patrycja myślała o tym przez chwilę. Po upływie kilku minut energicznie potrząsnęła jednak głową i znów się na siebie zezłościła.

„Na litość boską, o czym ja rozmyślam?”, zganiła się w myślach.

– To było dawno, dawno temu i nic mnie nie łączy z tamtą naiwną, zakochaną dziewczynką – powiedziała do Frotki. – Zresztą wcale nie jest powiedziane, że spotkam w „Słonecznej przystani” Borysa. Pewnie założył swoją rodzinę i ma na głowie wiele innych obowiązków, niż pomaganie matce w prowadzeniu ośrodka. Z powodu tej tymczasowej izolacji naprawdę wariuję, bo wymyślam sobie jakieś niestworzone problemy! – dodała ze złością, po czym wybrała numer pani Bożenki i zbliżyła telefon do ucha.

Kobieta odebrała już po pierwszym sygnale.

ROZDZIAŁ 3

Eliza postanowiła powiedzieć matce o swoich zamiarach jeszcze tego samego dnia, w którym podjęła decyzję o wyjeździe. Ostatnie wydarzenia uświadomiły jej, że nie ma sensu zwlekać z wyznawaniem ludziom prawdy albo z podejmowaniem decyzji, gdyż potem nic dobrego z tego nie wynika. Zmobilizowała się więc i weszła do salonu, w którym Sabina spędzała ostatnio niemal całe dnie. Przeczuwała, że to nie będzie łatwa rozmowa, dlatego nieco się denerwowała. Zapewniając samą siebie w duchu, że matka nie zruga jej za ten pomysł, niepewnie zbliżyła się do kanapy.

– Mamo? – popatrzyła na Sabinę, która siedziała między poduszkami i zamyślona wpatrywała się w okno. Jej ułożone zwykle włosy były teraz w nieładzie, a na twarzy brakowało typowej dla Sabiny energii. Eliza już dawno nie widziała matki tak przygnębionej i smutnej.

– O, córcia. – Na dźwięk znajomego głosu nieco się ożywiła.

– Przeszkadzam ci?

– Nie, nie. Skąd. Po prostu się zamyśliłam.

– Myślałaś o tacie? – Eliza przysiadła na brzegu kanapy.

Sabina skinęła głową.

– Nadal nie mieści mi się w głowie, że tak po prostu spakował walizkę i postanowił się wyprowadzić. Nawet nie poinformował mnie dokąd, na jak długo i z jakiego powodu. Wywinąć mi taki numer i to po ponad dwudziestu latach małżeństwa!

– Mamo… – Eliza spojrzała jej w oczy. – Przecież dobrze wiesz, dlaczego tata się wyprowadził.

– Może i wiem, ale to nie zmienia faktu, że tak się nie robi. Przecież ja jestem jego żoną! Martwię się o niego! A jeśli nocuje na dworcu i napadną go jacyś bezdomni? Albo, co gorsza, ktoś go okradnie?

– Chyba trochę przesadzasz, mamusiu. Jak znam życie, to tata całkiem dobrze sobie radzi. I na pewno nikt nie zamierza na niego napaść.

– Skąd o tym wiesz? – Sabina poruszyła się niespokojnie. – Dzwonił do ciebie? – Popatrzyła na córkę przenikliwie. – Wszystko z nim w porządku?

Eliza nie odpowiedziała. Owszem, rozmawiała z ojcem wczoraj wieczorem i wiedziała, że pomieszkuje w pokoju socjalnym w swojej klinice stomatologicznej, ale zobowiązała się, że nie powie o niczym mamie. Stefan potrzebował ciszy i czasu na przemyślenia, Eliza doskonale go rozumiała. Najwidoczniej jednak nie docierało to do Sabiny, która natychmiast zarzuciła ją gradem pytań i zażądała informacji o miejscu pobytu swojego męża.

– Myślę, mamo, że gdy tata będzie chciał, to sam się do ciebie odezwie – powiedziała dyplomatycznie córka, która po tym wszystkim, co się ostatnio wydarzyło, nie zamierzała już nikogo okłamywać. – Przychodzę do ciebie z zupełnie inną sprawą – zmieniła temat.

– Mianowicie? – Sabina zmierzyła ją wzrokiem.

Eliza odetchnęła głęboko, czując narastający stres i przez chwilę wstrzymywała się z odpowiedzią.

– Zamierzam wyjechać na jakiś czas – oznajmiła w końcu, nerwowo patrząc na matkę.

Sabina momentalnie pobladła.

– Że co proszę? – spytała z niedowierzaniem, przerażona, że przez te swoje ostatnie pijactwo zaczyna już miewać omamy albo halucynacje. – Co ty chcesz, dziecko, zrobić? – Wytrzeźwiała niemal natychmiast.

– Wyjechać, mamo – powtórzyła spokojnie Eliza. – Po tym wszystkim, co się stało, muszę na jakiś czas zmienić otoczenie. Mam nadzieję, że mnie rozumiesz.

Sabina przez chwilę milczała.

– Oczywiście, że cię rozumiem – powiedziała w końcu, zupełnie zmieniając ton, czym zbiła córkę z tropu.

– Naprawdę? – Eliza nie kryła zdziwienia. Spodziewała się raczej wybuchu matki i krzyków, że nie może zostawić jej samej.

– Czasami taki wyjazd to najlepszy sposób, żeby uporać się z problemami. Pozwala zdystansować się do pewnych spraw i spojrzeć na nie inaczej. Podoba mi się ten pomysł.

– Jestem trochę zaskoczona twoją reakcją, ale cieszę się, że mnie rozumiesz.

– To kiedy jedziemy?

Teraz to Eliza pobladła.

– I dokąd? – ciągnęła Sabina. – Wiesz, mogłybyśmy wybrać się na weekend do tego SPA, do którego ojciec wysłał mnie w zeszłym roku z okazji Dnia Kobiet. Bardzo mi się tam podobało, ceny były przystępne, okolica przepiękna i obie na pewno zrelaksowałybyśmy się podczas zabiegów. Nic nie działa tak kojąco na zbolałą duszę kobiety, jak upiększanie ciała. Wierz mi, wiem, co mówię, kochanie.

– Zaraz, zaraz… – Pokręciła głową Eliza. – Źle mnie zrozumiałaś, mamo.

– Nie chciałaś jechać do SPA?

– Nie. To znaczy tak. To znaczy… – Zaczęła się plątać. – Ja zamierzam wyjechać sama, mamo – dobrnęła w końcu do sedna. – I na trochę dłużej niż weekend.

Sabina znów miała wrażenie, że się przesłyszała.

– Ale jak to sama? Jak to na dłużej?

– Tak po prostu. – Eliza wzruszyła ramionami. – Czuję, że tego potrzebuję.

– Źle ci tutaj?

– Nie, to zupełnie nie o to chodzi. Chociaż może? Sama nie wiem. Wszystko w tym domu przypomina mi o Pawle i o tym nieszczęsnym ślubie. W dodatku, jak wiesz, nie mogę nawet swobodnie wyjść na spacer, ponieważ sąsiedzi natychmiast zaczynają plotkować na mój temat i nieprzychylnie obrzucać mnie wzrokiem. Chciałabym się od tego odciąć. Przemyśleć pewne sprawy, zastanowić się, co robić dalej ze swoim życiem…

– Przecież w ogrodzie, w którym spędzasz ostatnio mnóstwo czasu, masz ciszę i spokój. To idealne miejsce do snucia planów i rozmyślania nad swoim nieszczęściem.

Eliza spojrzała jej w oczy.

– Mamo, wiesz, o czym mówię.

Sabina spuściła wzrok i głośno westchnęła.

– Niestety aż za dobrze.

– Mam nadzieję, że się na mnie nie pogniewasz, jeśli to zrobię?

– Oczywiście, że nie. Jakoś przeboleję fakt, że wszyscy członkowie rodziny odwrócili się ode mnie i skazują mnie na samotność.

– Mamo, przecież ja się od ciebie nie odwracam.

– Chociaż ty jedna – mruknęła pod nosem. – To dokąd chcesz wyjechać?

– Sama jeszcze nie wiem – wyznała Eliza. – Pewnie przejrzę dziś w internecie jakieś oferty.

– Tylko nie leć na te wakacje do Afryki albo Izraela, dobrze? Tam jest teraz bardzo niebezpiecznie. Jeszcze by mi tylko tego brakowało, żebym musiała się martwić o ciebie jak o ojca. Już przez niego jednego mnóstwo mam zmartwień.

– Ale ja nie myślałam o wyjeździe na wakacje.

– Nie? Na litość boską, to dokąd chcesz jechać?

– Pomyślałam, że może uda mi się jeszcze załapać na jakieś kolonie jako opiekun. Gdybym miała siedzieć bezczynnie na plaży albo w górach, to tylko bym się zadręczała myślami i obwiniała, a nie o to mi chodzi. Muszę znaleźć sobie jakieś zajęcie, bo inaczej zwariuję.

– Nie wiem, w kogo ty się wdałaś, kochanie, z tą swoją nadgorliwością. Czy ty w ogóle umiesz odpoczywać? Nie dość, że na co dzień pracujesz na dwa etaty, to jeszcze te kolonie… Tylko poświęcanie się dla innych i praca. To zaczyna być chorobliwe!

Eliza wzruszyła ramionami.

– Wakacje to czas, w którym organizowanych jest mnóstwo takich wyjazdów – zignorowała komentarz matki. – Na pewno coś znajdę.

– W to akurat nie wątpię – westchnęła Sabina i już chciała wrócić do użalania się nad sobą, ale nagle przyszedł jej do głowy pewien pomysł. – Wiesz… – spojrzała na Elizę. – Chyba nawet będę mogła ci pomóc.

– Naprawdę? Ale jak?

– Poczekaj tu na mnie chwilę, mam pewien pomysł – powiedziała tajemniczo, po czym wzięła ze stołu telefon i poszła do kuchni, żeby w spokoju gdzieś zadzwonić.

Eliza patrzyła z ciekawością na drzwi, za którymi zniknęła. Nie miała pojęcia, co też przyszło Sabinie do głowy. Była za to pewna jednego – po matce można spodziewać się absolutnie wszystkiego. Ciekawe, co wymyśliła tym razem.

ROZDZIAŁ 4

Po rozmowie z panią Bożenką Patrycja odłożyła telefon i uśmiechnęła się sama do siebie, choć może lepiej byłoby powiedzieć, że był to wyraz twarzy skierowany do Frotki, aby nikt nie posądził jej o to, że naprawdę zbzikowała. W końcu lepiej zwracać się i mówić do kota niż samej siebie, prawda? To chyba bardziej mieści się w granicach normy. Choć z drugiej strony, czym właściwie ta norma jest?

Po rozmowie telefonicznej Patrycja pierwszy raz od kilku dni naprawdę była zadowolona. Wyglądało na to, że jej limit pecha przynajmniej chwilowo się wyczerpał. Konwersacja z panią Bożenką przebiegła bowiem w bardzo miłej atmosferze i kobieta zapewniła, że jeśli tylko Patrycja wykazuje taką chęć, to zatrudni ją na całe lato.

– Kochanie, ty mi z nieba po prostu spadasz! – Emocjonowała się do słuchawki, usłyszawszy propozycję dziewczyny. – Chyba sobie ten twój telefon wymodliłam.

– Naprawdę? – Patrycja spodziewała się miłych słów, ale nie aż takich.

– W tym roku o wiele bardziej niż w ubiegłych latach potrzebuję pomocy w organizacji obozów. A z tego, co pamiętam, ty zawsze miałaś głowę na karku i świetnie poradzisz sobie jako główna koordynatorka.

– Bardzo mi miło, że tak dobrze mnie pani ocenia, ale nie mogę nie zapytać: co właściwie się stało?

– Wyobraź sobie, że dwa tygodnie temu złamałam nogę i zwichnęłam biodro.

– O matko… – wyrwało się Patrycji.

– Dopiero kilka dni temu wyszłam ze szpitala z zagipsowaną nogą, ale nadal jestem obolała. W moim wieku organizm nie regeneruje się już tak szybko i muszę bardzo się oszczędzać. Oczywiście nie zamierzam w pełni przestrzegać zaleceń lekarza, który najchętniej trzymałby mnie na swoim oddziale w nieskończoność, ale nie sądzę, żebym do poniedziałku wydobrzała na tyle, żeby biegać po ośrodku i mieć na wszystko oko.

– Bardzo mi przykro.

– A mnie dzięki twojemu telefonowi o wiele mniej niż jeszcze choćby dziesięć minut temu! – Cieszyła się pani Bożenka. – Musisz wierzyć mi na słowo, ale naprawdę zostałaś dziś moją wybawczynią. Wiem, że na tobie można w pełni polegać i wygląda na to, że tej nocy będę w końcu spała spokojnie. W szpitalu nieustannie zamartwiałam się tym, czy wszystko podczas tegorocznych obozów zostanie dopięte na ostatni guzik.

– Teraz to mnie chyba pani przecenia.

– Już nie bądź taka skromna, Patrysiu. Ale ja tu plotę jak najęta, a nawet nie zapytałam, czy tobie pasuje taka rola na koloniach. Wiesz, bycie prawą ręką szefowej to dość odpowiedzialna i czasochłonna funkcja. Ty jeździłaś na nie wcześniej jako koordynatorka zajęć plastycznych, prawda? Możesz oczywiście odmówić, jeśli chciałaś tam wypocząć i się zrelaksować. Na tyle, na ile da się to zrobić przy pełnych energii dzieciakach, rzecz jasna – dodała pani Bożenka, bo obie wiedziały, że opiekunowie mogą na koloniach wypoczywać jedynie wieczorem. I to niestety kosztem snu.

– Jak pani wie, nie jestem osobą, która lubi siedzieć bezczynnie, i uwielbiam nowe wyzwania – odparła Patrycja. – Prawdę mówiąc, to dzwonię do pani właśnie dlatego, że dość mam nudy i stagnacji – dodała, co właściwie nie mijało się z prawdą.

– To znaczy, że się zgadzasz?

– Nie śmiałabym zostawić pani w potrzebie.

– Dziecko! – ucieszyła się pani Bożenka. – Gdybym tylko mogła, to bym cię teraz wyściskała. Choć może to niewłaściwy dobór słów ze względu na ograniczający mnie gips. Paskudne cholerstwo! Już nie mogę się doczekać, gdy będę mogła się od niego uwolnić. Czasami odnoszę wrażenie, że z tego mojego lekarza jest prawdziwy sadysta.

– Dlaczego?

– Jako starsza kobieta i tak mam problemy z poruszaniem, a ten jeszcze dodatkowo mi to utrudnił!

Patrycja zaśmiała się cicho.

– To co, jesteśmy umówione? – spytała pani Bożenka.

– Na to wygląda. – Patrycja przemilczała uwagę o gipsie.

– Świetnie. W takim razie wyślij mi, proszę, esemesem swój aktualny mejl, żebym mogła ci przesłać umowę oraz inne wymagane przez urzędników druczki. Wydrukuj je, wypełnij i zabierz ze sobą do ośrodka. Załatwimy formalności na miejscu.

– Oczywiście, nie ma sprawy.

– Mam nadzieję, że możesz pracować przez całe wakacje?

– Tak, nie będzie z tym żadnego problemu.

– Cudownie. Pierwszy turnus zaczyna się od poniedziałku i standardowo trwa dwa tygodnie, ale koordynatorzy zjeżdżają się na camping już w piątek. Trzeba jeszcze omówić parę spraw przed przyjazdem dzieciaków i przygotować pomieszczenia do zajęć. Zresztą nie wszyscy się znają i myślę, że przyda wam się integracja. Pasuje ci ten termin?

– Jak najbardziej. Nie mam planów na weekend – zapewniła Patrycja.

– Już się cieszę na nasze spotkanie. Ile my się właściwie nie widziałyśmy?

Patrycja chwilę liczyła w myślach.

– Oj, będzie już kilka lat… – zastanowiła się na głos.

– To stanowczo za długo. Jak znam życie, to wiele się u ciebie przez ten czas zmieniło. Nie mówiąc o tym, że z beztroskiej nastolatki na pewno wyrosłaś na wspaniałą młodą kobietę.

– Czy ja wiem, czy taką wspaniałą? – Zaśmiała się serdecznie.

– Tylko mi tu teraz nie podważaj autorytetu szefowej – odpowiedziała w podobnym tonie pani Bożenka. – Pamiętaj, że ona zawsze ma rację.

– To się rozumie samo przez się.

– A tak poważnie… Naprawdę miło będzie cię znowu zobaczyć, kochanie. Możesz to uznać za bezsensowne gadanie starej, sentymentalnej kobiety, ale stęskniłam się za tobą. Zawsze żywiłam do ciebie ciepłe uczucia i to się już chyba nigdy nie zmieni. Są takie osoby, które zostają w pamięci na zawsze i ty jesteś jedną z nich.

Patrycja nie bardzo wiedziała, co odpowiedzieć. Mimo całej złości, która kłębiła się w niej ostatnio, poczuła przyjemne ciepło w okolicach serca na dźwięk tych słów.

– Ja też się za panią stęskniłam – wyznała szczerze, przypominając sobie wiele miłych chwil w towarzystwie matki Borysa. Na przykład jak spędzały poranki, siedząc razem w piżamach na tarasie, jedząc bułki z dżemem, popijając domową lemoniadę i rozmawiając.

– Ale dość już tych czułości, bo zaraz się rozkleję – rzuciła pani Bożenka, którą widocznie tak samo zalała fala wspomnień. – Prześlę ci zaraz wszystkie dokumenty na mejla. Listę rzeczy, które powinnaś zabrać, też mam dołączać?

– Nie trzeba, dziękuję. Jeszcze pamiętam, co przydaje się podczas kolonii. Od ostatnich, na których byłam, nie minęło wcale aż tak dużo czasu.

– Dużo? Kochanie! Ja pamiętam czasy, gdy spacerowaliście po ośrodku z Borysem, jakby to było wczoraj! – oznajmiła, po czym na chwilę zamilkła, jakby dopiero po fakcie uświadomiła sobie, że wspominając o synu, mogła zranić uczucia Patrycji.

Dziewczyna tymczasem odetchnęła głęboko, słysząc to imię. Wzdłuż jej kręgosłupa przebiegł zimny dreszcz. Z trudem zwalczyła ochotę, żeby zapytać, co słychać u byłego chłopaka.

– To do zobaczenia w piątek, pani Bożenko – powiedziała zamiast tego, starając się stłumić emocje. – Mam nadzieję, że to będzie cudowne lato.

– Ja w to w ogóle nie wątpię! – odparła pani Bożenka, po czym pożegnały się i Patrycja zakończyła połączenie.

Potem spojrzała na siedzącą obok Frotkę, która patrzyła na nią z pochylonym łepkiem.

– Widzisz, jak gładko poszło? – mruknęła do niej kobieta. – Mam tylko nadzieję, że nie będę żałować tej decyzji. – Wyciągnęła rękę, żeby pogłaskać zwierzątko. – I że sąsiedzi nie zlinczują mnie, gdy wyjdę z mieszkania. Mam sporo spraw do załatwienia przed tym wyjazdem. A przede wszystkim chciałabym zjeść w końcu normalny obiad, zamiast wyjadać resztki z lodówki.

Na to ostatnie zdanie Frotka jakby się ożywiła i zamiauczała cicho.

Patrycja uśmiechnęła się lekko.

– Tak, wiem, że ty też.

ROZDZIAŁ 5

Eliza kilkukrotnie zamrugała powiekami, patrząc z niedowierzaniem na matkę. Sabina właśnie wróciła do salonu po odbyciu tajemniczej rozmowy telefonicznej i obwieściła, że zorganizowała córce pracę na najbliższe tygodnie.

– Ale jak to zorganizowałaś mi pracę? – spytała zdezorientowana. Nie sądziła, że zaproponowanie przez Sabinę pomocy będzie równało się postawieniu jej przed faktem dokonanym!

Sabina tymczasem uśmiechnęła się dumnie.

– Zadzwoniłam tu i tam, porozmawiałam, z kim trzeba i gotowe. Oczywiście to nie było najłatwiejsze zadanie, ale czego nie robi się dla dziecka? Jednak duża lista kontaktów czasami się przydaje. Podobnie jak siła perswazji. Wyjeżdżasz już w piątek, kochanie.

– Mamo! – jęknęła Eliza.

– Tak, wiem, że zostało niewiele czasu na pakowanie, ale przecież chciałaś wyjechać jak najszybciej. Pomogę ci i damy radę spakować wszystko z listy. Mam dostać ją dzisiaj po południu na mejla. I nie musisz mi dziękować za pomoc. Będzie mi tu smutno bez ciebie, ale najważniejsze, że ty będziesz szczęśliwa. Matka powinna umieć czasem zrezygnować z siebie.

– Mamo! – Córka z trudem przebiła się przez ten monolog. To wszystko wcale, a wcale jej się nie podobało. – Czy ty w ogóle słuchałaś tego, co ja mówiłam do ciebie w ostatnich dniach? – spytała z rozpaczą.

Sabina spojrzała na nią, nie za bardzo rozumiejąc, co ma na myśli.

– Nie wiem, do czego zmierzasz, niunia.

– Przecież od tej nieszczęsnej soboty chyba z tysiąc razy powtórzyłam, że już dość mam dyrygowania moim życiem i teraz wszystkie decyzje będę podejmowała samodzielnie.

– Faktycznie, coś takiego obiło mi się o uszy – przytaknęła Sabina.

– Właśnie. A ty tak po prostu, bez konsultacji i pytania mnie o zdanie organizujesz mi teraz wakacje! Nie uważasz, że to się trochę ze sobą kłóci?

– Jak to bez konsultacji, kochanie? – Przysiadła na brzegu kanapy. – Przecież to ty powiedziałaś, że chcesz wyjechać. To twoja decyzja. Ja tylko pomogłam z organizacją.

– Ale ja nie prosiłam o pomoc! Sama chciałam sobie zorganizować te najbliższe miesiące. Jestem dorosła.

– Dla mnie zawsze będziesz dzieckiem, niunia. – Sabina jakby wcale nie dostrzegała problemu i popatrzyła na nią nad podziw łagodnie. – To jedno nigdy się nie zmieni. Mimo upływu lat nadal jesteś moją małą, śliczną córeczką, o którą trzeba się troszczyć.

Eliza odetchnęła głośno, uświadamiając sobie, że jej próby zmiany myślenia matki na nic się zdadzą. Sabina pod pewnymi względami była niereformowalna. Walka z nią nie miała sensu.

– Dobrze… – westchnęła niepocieszona i spojrzała jej w oczy. – To co właściwie załatwiłaś?

Na dźwięk tych słów kobieta rozsiadła się wygodniej i założyła nogę na nogę.

– Skoro nie chcesz jechać na wczasy, to pomyślałam, że znajdę ci pracę – oznajmiła radośnie.

Eliza natychmiast wyobraziła sobie siebie za ladą w jakimś sklepie z luksusową bielizną, co byłoby bardzo w stylu matki, i znów miała ochotę głośno jęknąć.

– Co to za praca? – spytała, spodziewając się najgorszego.

Sabina jednak pozytywnie ją zaskoczyła.

– Związana z opieką nad dziećmi – odparła.

– Naprawdę? – Eliza z wrażenia omal nie zakrztusiła się własną śliną. Co jak co, ale nie sądziła, że matka w jakikolwiek sposób uwzględni jej potrzeby oraz predyspozycje. A tu proszę, miła niespodzianka! Nawet się ucieszyła.

Sabina natomiast spojrzała na nią z politowaniem.

– Wybacz szczerość, skarbie, ale ty do niczego innego się nie nadajesz.

– Nie jest mi z tego powodu specjalnie przykro.

– Mnie czasem tak, ale mniejsza o to – machnęła ręką kobieta. – Najważniejsze, że zorganizowałam ci wyjazd.

– A mogłabyś podać więcej szczegółów? Czyimi dziećmi mam się zajmować?

– Skąd mam to wiedzieć? Przecież ich nie znam – odparła takim tonem, jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie.

Eliza popatrzyła na nią zdziwiona.

– Myślałam, że to dzieci jakichś twoich znajomych.

– Córuś, jak ty możesz tak nisko się oceniać? – oburzyła się Sabina. – Myślisz, że poleciłabym cię jako opiekunkę albo pomoc domową? O Chryste… Dziecko, musisz mieć o sobie wyższe mniemanie! Z takim nastawieniem nic w życiu nie osiągniesz.

Eliza zignorowała ten komentarz.

– Więc kim mam się opiekować?

– Przecież powiedziałam, że nie znam tych dzieci!

Eliza westchnęła.

– To może ujmę to inaczej… Czy mogłabyś powiedzieć coś więcej na temat tego wyjazdu, który mi zorganizowałaś?

– Oczywiście! Pojedziesz na cykl obozów dla dzieci jako animatorka – wyjawiła w końcu Sabina. – Pamiętasz ośrodek, do którego w przeszłości jeździła co wakacje ta żmija, twoja siostra?

Eliza przez chwilę próbowała przypomnieć sobie jego nazwę.

– „Słoneczna przystań”? – W końcu znalazła nazwę ośrodka w pamięci.

– Dokładnie – przytaknęła Sabina.

– Jak udało ci się to załatwić?

– Na szczęście przez lata nie usuwałam żadnego z kontaktów z listy w swoim telefonie i mam zapisany numer do sekretariatu ośrodka.

– I tak po prostu zadzwoniłaś tam i załatwiłaś mi pracę?

– To nie było takie łatwe, bo sekretarka nie mogła mi pomóc i musiała przełączyć mnie do dyrektora ośrodka, ale wiesz, skarbie, że ja potrafię być bardzo przekonująca. Zwłaszcza w kontakcie z mężczyznami.

– Niestety – mruknęła dziewczyna, myśląc o skrzywdzonym ojcu.

– Co ty tam mamroczesz pod nosem?

– Nic, mamuś. – Eliza spojrzała jej w oczy. – Zastanawiam się tylko nad jedną rzeczą. Odkąd pamiętam, Patrycja zawsze mówiła, że dyrektorką ośrodka jest pani Bożenka. Pamiętasz ją?

– Pamiętam, ale co to ma do rzeczy?

– Ty wspomniałaś o jakimś dyrektorze. Coś mi tu nie gra.

– Dziecko, czy ty nie masz poważniejszych problemów? Z Bożeny była stara prukwa, więc może odeszła na emeryturę. I tak przez długi czas nieźle się trzymała. To chyba normalne, że ludzi w podeszłym wieku zastępuje się młodymi.

Eliza zastanawiała się nad tym przez chwilę.

– Chyba tak…

– Więc przestań zaprzątać sobie głowę głupotami, tylko pomyśl, co ci jest potrzebne na wyjazd. Sekretarka za parę minut ma mi co prawda wysłać na mejla listę najpotrzebniejszych przedmiotów, ale jak znam życie, to nie będzie kompletna. I ubierz się ładniej, musimy się wybrać na zakupy.

– Dzisiaj?

– A kiedy? Musimy się spieszyć, wyjeżdżasz już w piątek. – Sabina energicznie podniosła się z kanapy. – Więc nie siedź tu teraz bezczynnie i idź się przebrać. Ja też zamierzam to zrobić, a dodatkowo nawet się pomaluję. W końcu kobieta zawsze powinna ładnie wyglądać, bo nigdy nie wie, kiedy spotka ją miłość życia, prawda?

– Mamo! – zganiła ją Eliza. – Przypominam ci, że oficjalnie tęsknisz za ojcem!

– Co ty się mnie tak dzisiaj czepiasz, dziecko? A niby o kim ja mówię, jak nie o Stefanie? Bóg jeden raczy wiedzieć, gdzie on się zadekował. Może jest w Brzózkach? Nie chciałabym wpaść na niego bez makijażu i w dresie. Jeszcze gotów pomyśleć, że przez niego rozpaczam – rzuciła, po czym obróciła się na pięcie i ruszyła w stronę schodów prowadzących na piętro.

Eliza natomiast wywróciła oczami.

„Cała mama”, pomyślała, ale nie powiedziała tego na głos.

– A więc zostałam opiekunką na koloniach. – Odetchnęła głęboko i pierwszy raz od dawna uśmiechnęła się lekko. Patrycja zawsze wracała zadowolona z wakacji w „Słonecznej przystani”, więc nie miała najmniejszych wątpliwości, że będzie to dobry czas. Kochała dzieci i z radością się nimi opiekowała. Matka wyjątkowo podjęła dobrą decyzję. Eliza już nie mogła doczekać się tego wyjazdu.

ROZDZIAŁ 6

Patrycja wygładziła swoją koszulę przed lustrem i odłożyła do kosmetyczki trzymany w dłoni puder, którym właśnie wykończyła makijaż. Potem spojrzała na siedzącą nieopodal Frotkę. Odkąd tylko zaczęła się malować, kotka bacznie śledziła jej ruchy.

– Oj, nie patrz tak na mnie – mruknęła Patrycja, wracając do swojego odbicia i po raz enty przyjrzała się oku, które jeszcze parę minut temu otoczone było purpurą. – Zrobiłam z sinikiem, co mogłam. Zużyłam chyba z połowę korektora, już lepiej nie będzie. Zresztą prawdę mówiąc, to jestem zadowolona z efektu, wyszło całkiem nieźle. – Przekręciła głowę do światła, żeby przyjrzeć się swojej skórze. Już od dawna nie miała na twarzy tak grubej warstwy kosmetyków, ale dzięki temu siniak na jakiś czas zniknął. Znów wyglądała normalnie, a nie jak potwór.

Frotka natomiast położyła się na podłodze i oparła łepek o wyciągnięte do przodu łapy.

– Tobie się nie podoba, tak? – Patrycja jeszcze raz przejrzała się w lustrze. – No trudno. Muszę iść na te zakupy, twoja opinia nie zatrzyma mnie w domu. Przypominam, że mamy pustą lodówkę, kochana. Jeśli zostanę, to nie będziesz miała co jeść. Chcesz tego? – Podeszła do Frotki i pogłaskała zwierzaka po głowie.

Kotka zaczęła cicho mruczeć. Patrycja poświęciła jej chwilę, ale w końcu opuściła pokój i wyszła na korytarz. Chwyciła leżącą na szafce w przedpokoju torebkę, zajrzała do niej, aby upewnić się, że znajdzie tam portfel, a potem dorzuciła do środka telefon. Przewiesiła torebkę przez ramię i wyjęła ze stojącego nieopodal koszyka okulary przeciwsłoneczne.

– Przydadzą się, gdyby kamuflaż nawalił i na przykład spłynął mi po twarzy od nadmiaru słońca – rzuciła do Frotki, która przyszła za nią na korytarz i przysiadła pod ścianą. – Bądź grzeczna pod moją nieobecność! – Zmierzwiła jej sierść, po czym opuściła mieszkanie. Skrupulatnie zamknęła drzwi, energicznie zeszła po schodach i wyszła z budynku. Gdy to zrobiła, natychmiast oślepiło ją słońce, więc włożyła ciemne okulary i ruszyła przez osiedle do pobliskiego sklepiku.

Była piękna pogoda. Po niebie leniwie przesuwały się nieduże chmurki, choć Patrycja nie odczuwała wiatru. Temperatura oscylowała niewiele poniżej trzydziestu stopni, a ciepłe promienie słoneczne muskały jej twarz i odsłonięte ramiona. Między koronami drzew buszowały ptaki, których trele niosły się po okolicy, a na intensywnie zielonym trawniku pod czujnym okiem siedzących na ławce nieopodal mam, bawiła się grupka kilkuletnich dzieci. Gdyby Patrycja miała lepszy humor, pewnie też cieszyłaby się urokami dzisiejszego dnia, a tak z kamienną miną szła przed siebie po chodniku, wsłuchując się w rytmiczny stukot swoich butów na obcasach.

Towarzyszyło jej przekonanie, że jest na cenzurowanym. Nie miała najmniejszych wątpliwości, że w ostatnich dniach temat katastrofy podczas ślubu Elizy obiegł całe Brzózki. To było małe miasteczko i ludzie uwielbiali plotki. Pewnie już nawet wymyślili kilka wersji wydarzeń. Patrycja bez trudu mogła wyobrazić sobie ich rumieńce na twarzach, gdy przekazywali sobie kolejne wyssane z palca rewelacje. Potwierdził to także fakt, że już po przejściu zaledwie kilkunastu metrów od bloku kilka sąsiadek rzuciło jej nieprzyjazne spojrzenia, a gdy tylko ją minęły, zaczęły szeptać między sobą, o czym dowiedziała się, niedyskretnie zerkając przez ramię.

– Gdy się ma nudne życie, to trzeba obgadywać czyjeś! – rzuciła pod nosem, czując, że znów ogarnia ją złość. Mimo obietnicy, którą złożyła samej sobie, że nie będzie przejmowała się tym, co ludzie mówią na jej temat, czuła dyskomfort. – Jakbym co najmniej kogoś zabiła. I to z zimną krwią – wymamrotała, ale natychmiast przestała mówić sama do siebie, przypomniawszy sobie, że w pobliżu nie ma Frotki.

Wzięła głęboki oddech, żeby się uspokoić, a potem pokonała kolejny odcinek drogi do sklepu. Starała się ignorować fakt, że jeszcze kilka osób zmierzyło ją wzrokiem. W końcu dotarła do celu. Zdjęła okulary przeciwsłoneczne i włożyła je na głowę, a potem pewnym krokiem weszła do niewielkiego osiedlowego spożywczaka, przygotowując się na kolejną falę ciekawskich spojrzeń albo nieprzychylnych komentarzy. Na szczęście okazało się, że jest jedyną klientką w sklepie. Z ulgą podeszła do lady i rozejrzała się w poszukiwaniu ekspedientki.

– Dzień dobry! – zawołała w końcu, gdy ta nie pojawiała się przez dłuższą chwilę.

Z zaplecza dobiegł hałas, a niedługo potem wychyliła się stamtąd sprzedawczyni. Dźwigała przed sobą wysoką wieżę ze skrzynek z chlebem i bułkami, która znacznie przewyższała jej wzrost i utrudniała widoczność.

– Momencik, dobrze? Tylko to odstawię. Była właśnie dostawa z piekarni – powiedziała, a gdy to zrobiła, od razu rozpoznała klientkę. – To ty – rzuciła na widok Patrycji.

Siostra Elizy zdziwiła się i zamrugała powiekami. Nie przypomniała sobie, aby znały się z ekspedientką, a tym bardziej, że kiedykolwiek przeszły na „ty”.

– Słucham? – Spojrzała na kobietę pytająco. – To chyba jakaś pomyłka.

Na dźwięk tych słów wzrok ekspedientki natychmiast się zmienił i pojawiła się w nim wrogość. Bez słowa chwyciła zapakowany w folię bochenek chleba z jednej ze skrzynek i z wściekłością rzuciła nim w Patrycję.

Dziewczyna była tak zaskoczona tym zachowaniem, że nie zdążyła się nawet zakryć. Dopiero gdy w jej stronę poleciał kolejny bochenek zrobiła unik oraz krok w tył.

– Co pani robi! – krzyknęła do ekspedientki, ale ta jakby wpadła w szał i za chwilę znowu rzuciła w klientkę chlebem.

– Wynoś się stąd, lafiryndo, bo pożałujesz! – zaczęła wrzeszczeć. – Już ja znam takie jak ty!

– O co pani chodzi?

– Wynoś się stąd, mówię! Mnie też jedna taka żmija odbiła kiedyś męża i nie mam dla was litości! Toż to chyba serca trzeba nie mieć, żeby zepsuć ślub własnej siostrze!

– Ale ja nie odbiłam nikomu męża! – Patrycja z trudem zakryła się przed kolejnym bochenkiem, który poleciał w jej stronę. – To jakaś pomyłka!

Ekspedientka nie zamierzała jednak słuchać jej tłumaczeń. Ponownie sięgnęła do skrzynki i tym razem zamachnęła się jeszcze mocniej. Patrycja dostała w głowę i spadły jej okulary przeciwsłoneczne.

– Przestań we mnie rzucać do cholery, wariatko, bo zaraz wezwę policję! – krzyknęła na ekspedientkę, ale ta jakby była w transie.

– Wynoś się stąd! – wrzeszczała na całe gardło i nie przestała, nawet gdy do sklepu zajrzała jakaś staruszka.

– A ja mogę wejść? – spytała niepewnie zdezorientowana kobiecina.

– Tylko jeśli nikogo pani nie zdradziła! – warknęła sprzedawczyni. – Obsługuję tylko lojalne kobiety, a nie takie zdradzieckie lafiryndy jak ta!

Tego już było dla Patrycji za wiele. Spojrzała na szaloną ekspedientkę z wściekłością i energicznie ruszyła w stronę drzwi, wygrażając w myślach, że zaraz jej pokaże, z kim zadarła! Wyminęła w drzwiach zaniepokojoną staruszkę, wyszła na zewnątrz, a gdy tylko zniknęła z oczu stojącej za ladą wariatce i nic jej nie groziło, natychmiast wybrała numer policji.

– Halo?! Chciałabym zgłosić napad! – warknęła ze złością, gdy tylko odezwał się dyżurujący funkcjonariusz. – Tak, w biały dzień, dobrze pan słyszy! Zostałam napadnięta! Przez kogo? A to już się pan dowie na miejscu. Proszę natychmiast przyjechać na nowe osiedle, ulica Podmiejska. Nie, nie obchodzi mnie, że nie ma pan aktualnie kogo tu wysłać, bo wszyscy pana koledzy są właśnie w rozjazdach. Zostałam napadnięta, chce pan mieć mnie na sumieniu?! No właśnie. Czekam pod osiedlowym sklepem, proszę się pospieszyć, jeśli nie chce pan, żebym złożyła na niego skargę! – krzyknęła, a potem odsunęła telefon od ucha i oparła się o zimną ścianę za plecami. Pokazała język przechodzącemu nieopodal dziecku, które spojrzało na nią wystraszone, i odetchnęła głęboko. Co za paskudny dzień!

ROZDZIAŁ 7

Eliza spędziła cały czwartkowy poranek oraz popołudnie na pakowaniu i wypełnianiu dokumentów potrzebnych do pracy, które przysłał matce mejlowo dyrektor ośrodka „Słoneczna przystań”. Nadal nie była w najlepszym humorze, ale natłok zajęć pomagał jej choć trochę odciąć się od problemów i zagłuszyć nieprzyjemne myśli. Z zapałem upychała do walizki kolejne przedmioty i odhaczała je z listy. Cieszyła się na te wakacje. Nawet zaglądająca ciągle do jej pokoju Sabina i liczne pytania o to, czy na pewno spakowała już wszystko, nie były w stanie popsuć jej dobrego nastroju.

O osiemnastej Eliza była już jednak tak bardzo tym wszystkim zmęczona, że zamknęła walizkę, wyszła na balkon i opadła na rozłożony leżak. Słońce nie świeciło już tak mocno jak po południu i upał nieco zelżał. Do tego od strony lasu powiewał delikatny wiaterek niosący ukojenie. Eliza zapatrzyła się w ciemne korony drzew. Przez chwilę napawała się błogą ciszą. Do pełni szczęścia brakowało jej tylko chłodnej lemoniady i dobrej książki. Myśląc o tym, uświadomiła sobie, że to być może ostatni wieczór podczas tych wakacji, gdy może zrelaksować się w ten sposób. Na koloniach raczej nie będzie czasu na taki odpoczynek, dlatego mimo zmęczenia podniosła się z leżaka i już chciała iść do swojego pokoju po książkę, gdy w drzwiach balkonowych stanęła Sabina.

– Tu jesteś! – rzuciła na widok córki z przejęciem i złapała ją za rękę. – Szukam cię po całym domu.

– Coś się stało, że jesteś taka zdenerwowana?