Wydawca: Czwarta Strona Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2018

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 387 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Siedem cudów - Agata Przybyłek

Nadchodzi czas cudów. Tylko czy każdy może na nie liczyć? Ta książka to wyjątkowa opowieść o tym, co w życiu naprawdę ważne. Będzie chwilami lekko, a chwilami wzruszająco dokładnie tak, jak potrafi pisać tylko Agata Przybyłek!

Zostało siedem dni do świąt, lecz Monice daleko do świątecznego nastroju. Ciągle wpada na byłego chłopaka, dlatego marzy, by już pojechać do rodzinnego domu. Jednak tam, mimo aromatu pieczonych już przez mamę pierników, nikomu nie udziela się radosna atmosfera. Tata Moniki stracił pracę, ale nie chce nikomu o tym powiedzieć. A brat niefortunnie myli datę urodzin swojej ukochanej z urodzinami dawnej partnerki, co stawia pod znakiem zapytania skrzętnie planowane zaręczyny. Co jeszcze może pójść nie tak?

Czy bohaterowie mogą liczyć na to, że ich problemy znikną wraz z pojawieniem się pierwszej gwiazdki? Zapach świerku, lampki na choince i przyjemne trzaski w kominku to nie wszystko, co gwarantuje spokój w sercu. Grudzień staje się czasem radości i miłości, tylko gdy wyciągnie się rękę do drugiej osoby. Niech ta niezwykła atmosfera stanie się też częścią twojego świata.

 

Opinie o ebooku Siedem cudów - Agata Przybyłek

Fragment ebooka Siedem cudów - Agata Przybyłek

Copyright © Agata Przybyłek, 2018

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2018

Redaktor prowadząca: Sylwia Smoluch

Redakcja: Anna Stawińska/Quendi Language Services

Korekta: Sylwia Ciuła

Skład i łamanie: TYPO 2 Jolanta Ugorowska

Projekt okładki: Anna Damasiewicz

Fotografia na okładce: © mdurinik / Depositphotos.com

Fotografia autorki: © Beata Cichecka

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

eISBN 978-83-7976-026-8

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

fax: 61 853-80-75

redakcja@czwartastrona.pl

www.czwartastrona.pl

18 grudnia

Monika

Monika stała przy półce z perfumami i wsłuchiwała się w dolatujące z niższego piętra galerii handlowej dźwięki fortepianu, na którym ktoś wygrywał jej ulubioną kolędę „Lulajże, Jezuniu”. Nie znała się na muzyce, ale niewątpliwie było to najpiękniejsze wykonanie tego utworu, jakie słyszała. Muzyk miał talent. Jego palce niemal płynęły po klawiszach. Dźwięki roznosiły się po galerii i poprawiały nastroje klientom, którzy robili zakupy. Nawet tym najbardziej zabieganym. Wielu z nich zatrzymywało się przy podwyższeniu, na którym stał biały fortepian oraz udekorowana choinka, i na chwilę odrywało się od przedświątecznego szaleństwa i bieganiny. Splatali palce, wpatrywali się w muzyka i wracali myślami do najpiękniejszych wspomnień. Jakby przypominali sobie o tym, co jest tak naprawdę ważne w tych zbliżających się dniach. Wcale nie prezenty, ale uśmiechy bliskich, z którymi tak rzadko siadają razem do stołu.

Melodia wygrywana na fortepianie poruszyła także Monikę. Dziewczyna była bardzo zmęczona, ale gdy tylko usłyszała pierwsze dźwięki tej pięknej, dobrze znanej kolędy, jej usta mimowolnie uniosły się w delikatnym uśmiechu. „Lulajże, Jezuniu” od zawsze kojarzyło jej się z Bożym Narodzeniem i dzieciństwem. Mama uwielbiała nucić kolędę w trakcie przygotowywania kolacji wigilijnej, a potem, wieczorem, kładąc do snu swoje zmęczone, ale szczęśliwe dzieci. W łóżkach tego wieczoru pojawiały się nowe lalki, samochody, czy gry planszowe. Co za cudowne czasy.

Monika rozmarzyła się na chwilę, ale szybko wróciła do rzeczywistości, gdy któryś z przechodzących klientów zagapił się i trącił ją ramieniem.

– Przepraszam najmocniej – bąknął zmieszany.

Monika posłała mu uśmiech i przestąpiła z nogi na nogę, co przypomniało jej o tym, jak bardzo ma obolałe stopy. Zaczęła pracę o dziesiątej, a była szesnasta, co oznaczało, że spędziła w szpilkach już równe sześć godzin. A nie nosiła ich od… Hmm… Dopóki nie podjęła tej pracy chyba od matury – zakładała wtedy buty na obcasach do szkoły na każdy egzamin.

Kiedy podpisywała umowę z jedną z lokalnych agencji świadczących usługi marketingowe, w której zobowiązała się, że będzie chodziła do pracy w szpilkach, nie sądziła, że okaże się to aż takim problemem. W końcu nie miała w nich biegać, ale grzecznie stać w miejscu i nakłaniać klientów drogerii do zakupu promowanych przez nią produktów. Niestety, już pierwszego dnia pracy przekonała się, jak bardzo się pomyliła. Zaledwie po trzech godzinach zaczęła odczuwać bolesne pulsowanie nie tylko w stopach, lecz także w plecach.

– Zupełnie jakbym była emerytką – rzuciła po powrocie do domu do jednej z dziewczyn, z którą dzieliła wynajmowane mieszkanie w gdańskim falowcu. – W co ja się wkopałam!

Na szczęście do zakończenia zlecenia zostało już tylko dwadzieścia sześć roboczych godzin. Przez ostatnich kilka dni skutecznie uczyła się ignorować ból stóp oraz pleców i coraz lepiej jej to wychodziło. Zresztą z każdym dniem była bliżej wypłaty. Koordynatorka projektu zapewniała, że Monika dostanie wynagrodzenie jeszcze tego samego dnia, gdy skończy pracę, z czego dziewczyna bardzo się ucieszyła. Ostatnio krucho było u niej z pieniędzmi. Nie kupiła jeszcze nawet wszystkich prezentów na Gwiazdkę, a nie chciała jechać do domu na święta z niczym. Co roku obdarowywała domowników drobnymi upominkami.

Monika stała przy półce z perfumami i grzecznie namawiała kolejnych klientów do kupna promowanych produktów. Prezentowała się bardzo elegancko: miała na sobie czarną sukienkę przed kolana, a długie blond włosy opadały na plecy i ramiona. Zdaniem Moniki i jej koleżanek wyglądała bardzo wytwornie, przede wszystkim ze względu na małe złote elementy w okolicach dekoltu. Nic więc dziwnego, że pracodawca tak nalegał, aby dziewczyny, które zatrudnia do tego projektu, nosiły szpilki. Miały wyglądać z klasą oraz pasować do eleganckich buteleczek promowanych produktów. Monika czuła się w tym stroju bardzo atrakcyjnie.

Jej niewątpliwym atutem były także duże, błękitne oczy, które połyskiwały w świetle zamontowanych pod sufitem jarzeniówek za każdym razem, gdy poruszyła głową. Zdawała sobie sprawę z tego, że ma magnetyczne spojrzenie.

– Ty masz, dziecko, wilcze oczy! – mawiała jej świętej pamięci babcia.

Było w tym trochę prawdy, zresztą często słyszała ten komplement, nawet teraz klienci zwracali uwagę na jej niespotykany kolor oczu. Szkoda tylko, że nie przekładało się to na większą sprzedaż produktów.

Mimo wszystko nie mogła narzekać. Pracowała na podobnych stanowiskach już wcześniej i całkiem nieźle sobie radziła. Jej promienny uśmiech, przyjemna barwa głosu, rzetelne przygotowanie merytoryczne i dryg do handlu często przekonywały klientów do zakupu promowanych przez nią produktów. A jakiś czas temu przeczytała bardzo popularną książkę o technikach sprzedażowych oraz sposobach wpływu na innych, dzięki czemu stała się jeszcze lepsza. Podczas ostatnich dni kilkukrotnie wyrobiła normę, a nawet sprzedała tyle perfum i wód toaletowych, że załapała się na dodatkową premię, która na pewno uatrakcyjni jej wypłatę. To była bardzo przyjemna perspektywa..

Monika znów się uśmiechnęła i ponownie wsłuchała w dźwięki kolędy dolatujące z korytarza. Muzyk wygrywał teraz „Wśród nocnej ciszy”. Niestety, tym razem Monika nie mogła zbyt długo delektować się muzyką.

– Przepraszam? – wyrwał ją z zamyślenia głos klienta.

Dziewczyna potrząsnęła lekko głową i posłała mu uśmiech.

– W czym mogę panu pomóc? – zapytała z nadzieją na sprzedaż kolejnego produktu.

Młody chłopak popatrzył jej w oczy nieco wystraszony.

– Szuka pan prezentu na święta? – dziewczyna postanowiła mu pomóc. – Dla mamy? A może ukochanej?

– Tak, to też… Ale… – machnął nerwowo ręką, po czym spuścił wzrok. – Ma pani może chusteczkę? Niechcący zrzuciłem krem w sąsiednim dziale i rozprysnął się na moje spodnie. Chciałbym to czymś wytrzeć, ale niestety, nie mam czym – wyjaśnił, a Monika głośno westchnęła.

„Jesteśmy w drogerii, możesz bez problemu kupić sobie chusteczki”, pomyślała, ale zamiast tego sięgnęła pod blat niewielkiego stolika, który oddzielał ją od chłopaka. Stały na nim testery promowanych przez nią produktów i kilka zapakowanych świątecznie zestawów, ze złotą wstążką i połyskującym bilecikiem, które miały zachęcić klientów do kupna perfum na prezent.

– Proszę – Monika podała biedakowi paczkę chusteczek.

Nawet nie podziękował.

Maciek

Maciek wszedł do centrum handlowego energicznym krokiem i natychmiast pośliznął się na podłodze. Od rana prószył śnieg, więc jego buty oblepiała mieszanka błota ze śniegiem, czyli stuprocentowy przepis na twarde i bolesne lądowanie. Tak też się stało.

Jedna noga nagle uciekła mu do przodu, zachwiał się niebezpiecznie i poczuł, że traci równowagę. Wystraszony wyciągnął ręce na boki, chcąc się asekurować, ale nie było to takie proste, ponieważ na ramieniu niósł ciężką torbę podróżną, która skutecznie mu to uniemożliwiła. Poczuł, że leci do tyłu, a po drodze uderzył jeszcze przechodzącą obok staruszkę, która posłała mu lodowate spojrzenie.

– Przepraszam… – wybełkotał w stronę rozzłoszczonej kobiety, próbując podnieść się z podłogi. Wyplątał rękę z paska torby podróżnej i na wszelki wypadek otrzepał buty ze śniegu. Swoją drogą kto wpadł na taki genialny pomysł, żeby kłaść płytki na wysoki połysk zaraz przy wejściu? Może i ładnie to wygląda, ale Maciek był prawie pewien, że nie jest jedynym, który zaliczył w tym miejscu upadek.

– Nic ci się nie stało, kolego? – podszedł do niego obserwujący całe zdarzenie ochroniarz; wyciągnął do Maćka rękę, a ten złapał ją mocno i po chwili odzyskał pion.

– Jestem cały, dzięki.

– Już wiele osób się tu dziś przewróciło – ochroniarz potwierdził wcześniejsze przypuszczenia Maćka.

– Może więc warto by było rozważyć położenie wycieraczki albo chociaż kawałka wykładziny? – poprawił kurtkę i schylił się po torbę.

– Ba! – ochroniarz wzruszył ramionami. – Gdyby to ode mnie zależało… – uśmiechnął się lekko, po czym skinął głową i wrócił do lustrowania korytarza. Przed świętami w centrach handlowych pojawiało się o wiele więcej złodziei, niż zwykle.

Maciek tymczasem odetchnął głęboko, ponownie zarzucił sobie na ramię pasek torby podróżnej i ruszył w stronę ruchomych schodów prowadzących na piętro. Miał niewiele czasu. Pociąg, którym zamierzał dziś wrócić do domu, odjeżdżał parę minut po dziewiętnastej, a było już po szesnastej. Podróż z galerii na dworzec zajmowała około trzydziestu minut, a on musiał załatwić jeszcze jedną bardzo ważną rzecz – nadal nie kupił pierścionka zaręczynowego dla swojej dziewczyny, Małgosi. Wybrał go już dawno, po prostu ostatnio nie miał czasu odwiedzić jubilera, ciągle coś mu wypadało. A ponieważ zamierzał oświadczyć się Małgosi w jej urodziny, które będą już za trzy dni, dwudziestego pierwszego grudnia, musiał zająć się tym właśnie dziś. Oby tylko w sklepie nie było kolejki; przed świętami wszędzie były tłumy.

Najpierw jednak zamierzał zostawić tę ciężką torbę podróżną pod czujnym okiem swojej siostry, Moniki, która od kilku dni promowała perfumy w jednej z drogerii w centrum handlowym. Przecież gdyby wszedł do jubilera z bagażem, obsługa z miejsca wzięłaby go za złodzieja i wezwała ochronę. Maciek nie zamierzał dziś pakować się w kłopoty – miał niewiele czasu na tłumaczenia, a z pewnością szybko nie przekonałby ochroniarzy, że jest niewinny. Słyszał od kumpli, że czasem potrafią być potwornie upierdliwi. Na pierwszym roku studiów mieszkał w akademiku, a tam można poznać ludzi z różnymi „zainteresowaniami”. Nie tylko naukowymi.

Zanim więc skierował się do jubilera, udał się do siostry. Z niemałym trudem przecisnął się przez tłumy kobiet, które głośno zastanawiały się nad wyborem zestawów kosmetyków na prezenty świąteczne, jakby była to najważniejsza rzecz na świecie, i w końcu dostrzegł Monikę. Stała przy niewysokim stoliku przy półce z perfumami, w czarnej, eleganckiej sukience, i właśnie rozmawiała z klientem. Pewnie namawiała go na flakonik dla ukochanej.

Maciek postanowił nie przeszkadzać siostrze i zatrzymał się przy półkach z kosmetykami do makijażu. Nie chcąc budzić podejrzeń, zaczął przyglądać się produktom. Zlustrował chyba z milion lakierów do paznokci w najróżniejszych odcieniach, a potem popatrzył niżej, na artykuły do malowania brwi. Kredki, ołówki, mazaki… Nagle coś go zaintrygowało. Do czego służą kobietom pomady do brwi?

Rozmyślał nad tym przez chwilę, ale w końcu przypomniał sobie, że ma niewiele czasu i zerknął w kierunku siostry. Na szczęście tym razem stała sama. Chociaż może powinien się z tego powodu zasmucić? Podczas ich ostatniej rozmowy wspominała coś o premii za wysoką sprzedaż.

„Nieważne”, zganił sam siebie w myślach i podszedł do Moniki. Jak się spodziewał, zdziwiła się na jego widok.

– Maciek? – zrobiła wielkie oczy.

Uśmiechnął się do niej łobuzersko.

– Wyglądasz, jakbyś zobaczyła ducha.

– Nie spodziewałam się ciebie. Myślałam, że wracasz dziś do domu.

– Bo wracam – potwierdził.

– Tym wieczornym pociągiem?

– Tak. A ponieważ mam jeszcze coś do załatwienia w pobliżu, to pomyślałem, że wpadnę i zobaczę, jak sobie radzisz.

– Miło z twojej strony.

– Jak ci się pracuje?

– Nie mów nikomu, ale jestem już potwornie zmęczona. Nawet nie wiesz, jakie tłumy przewijają się ostatnio przez ten sklep. Mam już dość ciągłego uśmiechania się do wszystkich. Boli mnie żuchwa. I stopy. Nie sądziłam, że stanie przez kilka godzin na szpilkach będzie tak bolesne.

– A górnicy w kopalniach mają tak łatwo… – zażartował Maciek.

Monika zmierzyła go wzrokiem.

– Po prostu mistrz empatii!

– Oj przestań, przecież tylko się droczę.

– Wiem, wiem – posłała mu uśmiech i przeniosła wzrok na flakoniki z perfumami, które stały przed nią na stoliku. – Może nie masz jeszcze prezentu dla Gośki? Mam tu naprawdę ładne zapachy.

– O nie, nie dam się skusić. Nie namawiaj mnie. Ale poniekąd po to tutaj przyszedłem.

– Mam wybrać dla niej jakiś zestaw kosmetyków do makijażu?

– Nie, już wiem, co jej kupię.

– Co takiego?

– Później ci powiem. Teraz zrób coś dla mnie, jeśli możesz.

Monika westchnęła.

– Mianowicie?

– Przechowaj moją torbę na kilka minut – Maciek wskazał na swoje ramię.

– Ale…

– No proszę! – zrobił proszące oczy. – Odbiorę ją od ciebie za… Hmm… pół godziny.

– Maciek, czy ty na głowę upadłeś? Ta torba jest wielka jak krowa! Niby gdzie ja ją upchnę?

– Nie wiem, Monia, wymyśl coś, proszę. Może po prostu położę ją gdzieś obok, ty tylko miej na nią oko.

– A jak jakiś nadgorliwy klient zawiadomi ochronę i wzniesie alarm bombowy? Ludzie są teraz bardzo przewrażliwieni na punkcie takich rzeczy.

– To powiesz, że to twoja torba i po sprawie.

– Przecież jestem w pracy! To drogeria, nie przechowalnia.

– Monia… – Chłopak położył dłonie na blacie stolika i nachylił się w jej stronę. – Gdyby to nie było dla mnie ważne, to bym nie prosił. Przecież mnie znasz.

Monika przez chwilę patrzyła mu w oczy, ale w końcu uległa.

– No dobrze – westchnęła, po czym rozejrzała się dookoła. – Może spróbujemy ją upchnąć pod stolik?

Maciek ochoczo pokiwał głową i podał jej torbę.

– Jesteś najlepszą torbą na świecie! – rzucił, żeby nieco ją udobruchać.

– Siostrą, Maciusiu, siostrą – poprawiła jego przejęzyczenie, ale już jej nie słyszał.

Uradowany niemal wybiegł z drogerii i pognał do jubilera. A Monika jeszcze przez kilka minut szarpała się z jego bagażem, który za nic nie chciał się zmieścić pod stolik.

Ksawery

Ksawery wysiadł z autobusu i wsunął ręce w kieszenie kurtki. Poprawił ciepły szalik, tak by nie odstawał od szyi, i zarzucił na głowę kaptur. Powietrze było dość mroźne, a do tego na gdańskim Przymorzu zazwyczaj wiał wiatr, który potęgował uczucie chłodu. Ksawery wolał dzisiaj nie zmarznąć. Od kilku dni czuł złowieszcze drapanie w gardle i chociaż poza tym nie dostrzegał żadnych innych oznak choroby, to nie chciał, żeby przeziębienie przerodziło się w zaawansowaną infekcję. Zwłaszcza przed zbliżającymi się świętami.

Od rana sypał śnieg. Drobne, białe płatki wirowały w powietrzu i wolno opadały na dachy, chodniki i ramiona pieszych. Chyba tylko im nie udzielała się przedświąteczna bieganina. Śnieżynki były szczególnie widoczne, gdy wpadały w światło okolicznych latarni rozświetlających chodniki. Ksawery, który miał duszę romantyka, nie mógł się napatrzeć na te białe drobinki. Pod jego butami skrzypiał śnieg, a on szedł, zadzierając głowę, i napawał się pięknem tego zjawiska. Pewnie gdyby nie było tak zimno i nie zmagał się z przeziębieniem, wybrałby się na spacer. Pomimo że skończył już dwadzieścia trzy lata, Ksawery nadal miał w sobie coś z dziecka i cieszył się z opadów śniegu oraz nadejścia zimy. No bo co to za święta bez białego puchu i błyszczących w słońcu sopli lodu?

Teraz jednak miał ważne zadanie. W przeciwieństwie do innych nie zaczynał zakupów świątecznych jeszcze w listopadzie, ale zwykle zostawiał je na ostatnią chwilę. W tym roku też tak było. W dodatku naprawdę nie miał na to czasu. Studiował elektrotechnikę na Politechnice Gdańskiej i mimo że zbliżały się święta, musiał sporo się uczyć. Wykładowcy nie mieli litości i jeszcze dwudziestego drugiego grudnia rano Ksawery musiał napisać kolokwium. Był pilnym studentem. Zwykle zdawał wszystko w pierwszym terminie, przez ponad cztery lata studiów pisał zaledwie dwie poprawki. I to tylko dlatego, że raz nie zdążył się przygotować z powodu pogrzebu babci, a za drugim razem jego tata znalazł się w szpitalu i Ksawery wolał wrócić do domu, niż ślęczeć nad książkami.

Kupowanie prezentów nie było jednak dla niego wymówką i zamiast biegać po sklepach, jak większość Polaków, przez ostatnie dni Ksawery ślęczał nad książkami. Dziś też nie miał ochoty na wyprawę do centrum handlowego, ale sumiennie uczył się od rana i po szesnastej stwierdził, że potrzebuje przerwy. Szyja bolała go od ciągłego pochylania się nad biurkiem, a wzrok powoli przestawał być tak ostry, jak na początku nauki. Ksawery postanowił się więc przewietrzyć. A ponieważ naprawdę nie czuł się najlepiej, ograniczył spacer do pójścia na przystanek autobusowy, a potem z autobusu do galerii. No i połączył przyjemne z pożytecznym. Wciąż nie miał bowiem prezentów dla rodziców. Chciał dziś kupić przynajmniej biżuterię dla mamy. Tata w najgorszej sytuacji ucieszy się z ładnie zapakowanej butelki jakiegoś trunku.

Tak więc Ksawery szedł wraz z tłumem, kierując się do pobliskiego centrum handlowego, które, dzięki mnogości światełek, widoczne było już z daleka. Jednak dopiero podchodząc bliżej, dostrzegł, jak piękne są niektóre iluminacje. Szczególnie te okalające słupy, które podtrzymywały wiatę nad wejściem. Ktoś musiał się nad tym nieźle napracować.

Przeszedł przez drzwi wejściowe, na których wisiała kartka z napisem: „Uwaga, ślisko!”, po czym zwolnił kroku, uważając, żeby się nie przewrócić. W tamtym roku zapomniał się któregoś razu, przez co wylądował na podłodze, najadł się wstydu i stłukł sobie kość ogonową. W dodatku jakiś małolat nagrał jego upadek na telefon i Ksawery musiał go długo błagać, żeby dzieciak nie wrzucił tego filmiku do sieci. Wolał tego nie powtarzać, więc tym razem wszedł do budynku wyjątkowo ostrożnie.

W powietrzu unosił się zapach cynamonu, przypraw korzennych, pomarańczy i pieczonych pierników. Odkąd sięgał pamięcią, na parterze galerii co roku przed świętami pojawiało się stoisko, na którym dzieci ochoczo wypiekały przysmaki, podczas gdy rodzice biegali po sklepach. Jedna z koleżanek Ksawerego ze studiów pracowała kiedyś na takim stoisku. Mówiła, że w ciągu jednego dnia potrafią się przez nie przewinąć nie dziesiątki, a setki dzieci. Pomyślał, że może to i lepiej, że rodzice fundują swoim pociechom atrakcję w postaci pieczenia ciasteczek, zamiast ciągać je ze sobą na zakupy. Osobiście nie lubił tych wszystkich małych płaczków, które domagały się nowej zabawki, a niekiedy nawet ostentacyjnie rzucały się na podłogę.

Stanął na jednym z ruchomych schodów na piętro i zapatrzył się na światełka zwisające z sufitu. Z głośników dolatywała dobrze znana, świąteczna piosenka śpiewana przez jedną z polskich wokalistek, a stojąca przed nim para nastolatków tuliła się do siebie i ściskała w dłoniach ozdobne torebeczki na prezenty. Młodzi ludzie wyglądali na bardzo zakochanych. Może to ich pierwsze wspólne święta?

Ksawery w tym roku nie kupował prezentu dla ukochanej, gdyż najzwyczajniej w świecie takiej nie posiadał. Z jednej strony cieszył się, że nie musi się głowić nad wyborem bluzki, bransoletki czy maskotki, ale z drugiej strony, patrząc na stojącą przed nim parę, poczuł żal. Był dorosłym facetem, za pół roku skończy studia. Pragnął powoli układać sobie życie. Znaleźć pracę, założyć rodzinę, mieć z kim dzielić radości i smutki. Tylko złośliwy los chciał inaczej. I nic nie wskazywało na to, że w najbliższym czasie jego sytuacja osobista się poprawi. To było dość smutne.

Zamyślił się na chwilę nad swoim losem, ale w końcu pokręcił głową i skupił się na tym, po co tu przyszedł. Opuścił ruchome schody i skierował się do jubilera. Zamierzał kupić łańcuszek i kolczyki dla mamy. Ostatnio narzekała, że posiada tylko starą, wręcz archaiczną (tak, dokładnie tak to ujęła) biżuterię i przydałoby jej się coś nowego. Ksawery zamierzał spełnić to matczyne życzenie. Rano specjalnie zadzwonił nawet do taty, żeby upewnić się, czy nie wpadli na ten sam pomysł. Na szczęście, a może raczej nieszczęście, tata też nie miał jeszcze prezentu dla mamy. Ksawery odetchnął więc z ulgą.

U jubilera było dość gwarno. Gdy zobaczył, ile osób tłoczy się na niewielkiej przestrzeni, miał ochotę odpuścić, ale szybko uświadomił sobie, że nie ma ochoty przyjeżdżać tutaj drugi raz, skoro może poświęcić ten czas na naukę. Zebrał się więc w sobie i wkroczył do sklepu. Udało mu się nawet przecisnąć do lady i zawołać jedną z ekspedientek, która obsługiwała jednocześnie pewnego starszego pana i ładną blondynkę.

– W czym mogę pomóc? – spytała grzecznie, choć na jej twarzy malowało się zmęczenie. Ksawery pomyślał, że szczerze jej współczuje tej pracy. W dni takie jak ten musiała mieć oczy dookoła głowy, żeby żaden z klientów nie zwinął do kieszeni biżuterii.

– Chciałbym kupić łańcuszek i kolczyki na prezent – odparł Ksawery. – Myślałem o komplecie ze srebra.

– Naturalnie – ekspedientka skinęła głową. – Już prezentuję panu naszą ofertę. Przejdźmy na drugą stronę sklepu, tam znajduje się ekspozycja, która może pana zainteresować.

Ksawery niechętnie przecisnął się przez tłum i posłusznie podążył za ekspedientką.

– Proszę popatrzeć tutaj – kobieta wskazała mu właściwą gablotę. – Mamy wiele naprawdę ładnych zestawów.

Ksawery spojrzał na biżuterię.

– Na pewno coś wybiorę.

– Świetnie. Proszę się zastanowić i w razie czego mnie zawołać.

Chłopak pokiwał głową, chociaż nie sądził, żeby w panującym tu gwarze udało mu się spokojnie pomyśleć. Jakaś stojąca obok para dość głośno się sprzeczała się, a ktoś inny rozmawiał przez telefon. Ekspedientka tymczasem odeszła i zostawiła go samego. Ksawery patrzył, jak się oddala i podchodzi do obsługiwanej wcześniej staruszki. „No nic”, pomyślał, przenosząc wzrok na gablotę. Trzeba coś wybrać.

Kolczyki i łańcuszki połyskiwały w jasnym świetle sklepowych lamp. Niektóre z kompletów prezentowały się naprawdę pięknie, dlatego wybór był trudny. Czy mama wolałaby kolczyki z perełkami, czy po prostu srebrne? A łańcuszek? Krótszy czy dłuższy? Z większą, czy mniejszą zawieszką? Ksawery nie przepadał za wybieraniem prezentów dla mamy. Wiedział, że nie jest typową kobietą, która ucieszy się z każdego świecidełka. Miała dość specyficzny gust. Ksawery musiał więc naprawdę się zastanowić. Nie chciał, żeby prezent trafił do kuferka na biżuterię i przeleżał tam kolejne kilka lat, podczas gdy mama będzie nadal narzekać na brak ozdób. Może powinien poprosić ekspedientkę o radę? Na pewno będzie wiedziała, co jest teraz modne.

Ksawery rozejrzał się za ekspedientką. Zamiast jednak ją zawołać, zatrzymał wzrok na stojącym nieopodal chłopaku, który trzymał w ręku złoty pierścionek i uważnie mu się przyglądał. Chłopak od razu wydał się Ksaweremu znajomy. Kiedy ich spojrzenia się spotkały, natychmiast rozpoznał w nim Maćka.

– Cześć! – powiedział Ksawery i zamiast dalej wybierać biżuterię, przecisnął się w stronę znajomego.

– Ksawery? – zdziwił się Maciek. – Stary, kupę lat! – Odłożył pierścionek na wyjętą przez ekspedientkę podstawkę.

– Kiedy my się ostatnio widzieliśmy?

– A bo ja wiem? – uśmiechnął się Maciek. – Ale nic się nie zmieniłeś.

– Ty też nie! No, może trochę przytyłeś.

– Chodzę na siłownię, więc to nie tłuszcz, tylko mięśnie.

– Godne podziwu. Ja nie mam do tego motywacji. I czasu.

– Powiedz lepiej, co ty tu robisz! – ekscytował się Maciek.

– Chcę wybrać prezent dla mamy, ale nie mogę zdecydować się na coś konkretnego.

– Za duży wybór?

Ksawery pokiwał głową.

– A do tego moja mama nie jest typową kobietą i nie zadowoli się byle czym.

– Trudna sprawa.

– Jakoś sobie poradzę. A ty dla kogo kupujesz ten pierścionek? Bo raczej nie dla mamusi.

Maciek jakby się zarumienił.

– Jeszcze o tym nikomu nie mówiłem, ale… – nachylił się do kolegi – chcę się oświadczyć Małgosi.

– Wow! – wyrwało się Ksaweremu. – Zaskoczyłeś mnie.

– Jesteśmy ze sobą już tyle czasu… Wypada w końcu podjąć męską decyzję, co nie?

– Na to wygląda – Ksawery pokiwał głową i przyjrzał się pierścionkowi. Nieduży, jasny kamyczek w złotej oprawie połyskiwał w świetle.

– Co o nim myślisz? – Maciek też spojrzał na podstawkę. – Ładny? Sam wybierałem, a nie znam się za bardzo na biżuterii.

– Ja też się na tym nie znam, ale podoba mi się. I sądzę, że pasuje do Małgosi. Nadal jest taka szczupła?

– Tak, w ogóle się nie zmieniła, może nawet schudła.

– Więc wydaje mi się, że wybrałeś idealnie. Małgosia ma drobne dłonie, oczko nie może być za duże.

– No właśnie.

Ksawery pokiwał głową.

– Nie, żebym był znawcą, ale myślę, że jej się spodoba. Zresztą w zaręczynach wcale nie chodzi o pierścionek, ale o deklarację, która się z nim wiąże.

– Tak, wiem – Maciek się uśmiechnął i spojrzał na Ksawerego. – Wracasz do domu na święta?

– Dopiero za kilka dni.

– Ja jadę już dzisiaj.

– Chcesz się oświadczyć w Wigilię?

– No coś ty, to strasznie oklepane. Chcę to zrobić w urodziny Małgosi.

– Czyli?

– Dwudziestego pierwszego grudnia.

– Zostało ci mało czasu.

– Wszystko zaplanowałem. Wracam do domu już dzisiaj, więc będę miał jeszcze kilka dni na dopracowanie szczegółów.

– Zazdroszczę ci. Ja mam jeszcze zaliczenie. Pewnie wrócę do domu dzień przed Wigilią.

– Pomyśl o tym, że nikt nie będzie cię angażował w sprzątanie i nie usłyszysz milion razy: „Kochanie, podjechałbyś do sklepu, bo zapomniałam kupić mąkę, mleko, masło, rodzynki, jogurt…”.

Ksawery roześmiał się głośno.

– Może i tak.

Obaj ponownie spojrzeli na pierścionek i na moment zamilkli. Maciek zastanawiał się, czy na pewno dokonał dobrego wyboru, i próbował wyobrazić sobie reakcję Małgosi, kiedy go zobaczy. Ksawery natomiast wrócił myślami do przeszłości, a dokładniej do swojego związku z Moniką. I nagle niespodziewanie usłyszał padające ze swoich ust, jakby mimowolnie, pytanie:

– A co u twojej siostry?

Maciek odwrócił się do niego i spojrzał mu w oczy.

– Wszystko dobrze. Zresztą sam możesz ją o to zapytać.

Ksawery miał ochotę wyjaśnić, że przecież nie może i Maciek dobrze o tym wie, ale nie zdążył, bo kolega beztrosko dodał, że jego siostra pracuje w drogerii zaledwie kilka metrów stąd. Ksawery zamarł i poczuł, jak jego serce zaczyna bić coraz szybciej i mocniej.

Ania

Ania włożyła wtyczkę do kontaktu i światełka, które przez ostatnie kilkanaście minut rozwieszała wokół wiszącej szafki z książkami, rozbłysły feerią barw. Dostała je już parę dni temu na Mikołajki od współlokatorki z pokoju, ale nie miała czasu ani chęci ich rozwiesić. Dopiero dziś zebrała się w sobie i postanowiła to zrobić. Za pomocą taśmy klejącej przymocowała kabel do drewnianej półki, ryzykując przy tym bolesny upadek z łóżka. Efekt był niesamowity! Ania nie czuła się tak dobrze jak dziś już od długiego czasu.

Mieszkała w niewielkim, dwuosobowym pokoju w akademiku na gdańskim Wrzeszczu. Jej współlokatorka, bardzo miła dziewczyna, już wczoraj wyjechała do domu na święta. Postanowiła zrobić sobie kilka dni wolnego od zajęć na uczelni i wykorzystać dozwolone nieobecności, żeby pomóc mamie w przygotowaniach. Ania nie miała takiej możliwości. Ani jeśli chodzi o nieobecności (z powodu częstych wizyt u lekarza w ostatnich tygodniach wykorzystała już wszystkie), ani jeśli chodzi o pomoc mamie. Nie miała rodziców. A może i miała, ale nigdy ich nie poznała. To jedna z zagadek w jej życiu.

Dziewczyna patrzyła przez chwilę na lampki choinkowe rozświetlające pokój, po czym zdjęła z półki jedną z książek i położyła ją na łóżku. Zgasiła główne światło, zapaliła lampkę stojącą na szafce, po czym ułożyła się wygodnie na miękkim materacu. Poprawiła poduszkę pod głową, wyciągnęła nogi, a potem położyła rękę na brzuchu i uśmiechnęła się czule. Robił się coraz większy. Była w siódmym miesiącu ciąży, a miała wrażenie, że wygląda tak, jakby od porodu dzieliło ją zaledwie kilka dni. Nawet koleżanki pytały ją, czy spodziewa się bliźniaków. Ale pod jej sercem rozwijała się tylko jedna osóbka – maleńka, upragniona córeczka. Ida.

Ania gładziła brzuch przez kilka minut, aż w końcu sięgnęła po leżącą obok książkę. Był to poradnik dla przyszłych matek. Czytała go uważnie, odkąd tylko dowiedziała się, że jest w ciąży. Już następnego dnia po wizycie u lekarza pojechała do księgarni i chociaż powinna oszczędzać, bo przecież z narodzinami dziecka wiąże się mnóstwo wydatków, kupiła tę jedną jedyną pozycję, którą teraz traktowała jak biblię.

W książce znalazła prawie wszystko, co chciała wiedzieć, resztę doczytywała w internecie. Dzięki poradnikowi lepiej rozumiała swoje emocje (tak, większość z nich to wina tych paskudnych hormonów, które sprawiały, że niekiedy czuła się jak podczas przejażdżki na rollercoasterze), nie przejmowała się, gdy coś ją zabolało (oczywiście tylko gdy autorzy poradnika twierdzili, że to normalne) i umiała o siebie zadbać. Poza tym lubiła czytać o tym, co dzieje się z dzieckiem w poszczególnych miesiącach jego życia. Kiedy zaczęło bić mu serce, urosły brwi czy wykształciły się wszystkie paluszki. Dzięki temu Ania mogła budować ze swoją córeczką więź już w czasie ciąży. Mówiła do niej, śpiewała i powoli uczyła się macierzyństwa. A ponieważ wychowała się bez mamy, musiała uczyć się tej roli z książek. Choć nawet mimo tego niekiedy obawiała się, czy podobała czekającym ją obowiązkom. Tym bardziej że będzie musiała poradzić sobie z nimi sama. Nie miała nikogo, kto mógłby udzielić jej pomocy i w razie potrzeby trochę odciążyć.

Czytała książkę przez kilka minut, ale nagle ruchy Idy w jej brzuchu stały się coraz bardziej intensywne i nie mogła się skupić. Nadal było dla niej zaskoczeniem, że córeczka zawsze uaktywniała się najbardziej, gdy Ania akurat kładła się, by odpocząć, albo szykowała do snu. Zamiast więc teraz czytać, odłożyła poradnik, podwinęła bluzkę i położyła rękę na brzuchu.

– Ja też cię kocham, córeczko – szepnęła, podczas gdy Ida wierciła się dalej. Chwilę później Ania przeniosła wzrok na okno. Wieczorami zasłaniała je grubymi, ciemnymi zasłonami, żeby sąsiedzi z bloku naprzeciwko nie mieli wglądu w jej prywatność. Tym razem jednak pomiędzy zasłonami została niewielka przestrzeń, przez którą Ania dostrzegła powiększającą się warstwę śniegu na parapecie. Jej pokój mieścił się na pierwszym piętrze budynku, a zaraz za oknem stała latarnia. Ania doskonale widziała więc wirujące w świetle płatki śniegu, z których sporo osadzało się na oknie.

– No to mamy prawdziwą zimę – szepnęła do córeczki. – Synoptycy zapowiadają mróz i opady śniegu na najbliższe dni, wiesz? Czytałam w prognozie pogody. Dawno nie było tak białego Bożego Narodzenia.

Dziecko poruszyło się lekko, co dziewczyna odczytała jako znak, że córeczka ją słucha, po czym na chwilę przestała się wiercić. Ania natomiast nadal wpatrywała się w świat za oknem i niespodziewanie zaczęła myśleć o przeszłości. Od wielu lat nie obchodziła Świąt Bożego Narodzenia. Co prawda, gdy mieszkała w bidulu, pracownicy domu dziecka zawsze dbali o to, żeby urządzić dzieciakom Wigilię i uzyskiwali od różnych sponsorów pieniądze na prezenty, Ania jednak nigdy nie nazwałaby tej kolacji prawdziwą wigilijną ucztą. Dzieciaki niby łamały się opłatkiem i składały sobie życzenia, ale ich oczy były smutne. Nie tak powinno to wszystko wyglądać. Co roku brakowało Ani podczas tych dni prawdziwej miłości, bliskości i radości. Zamiast tego w święta w domu dziecka w powietrzu unosiła się przeszywająca, bolesna samotność. Każde z dzieciaków czuło się porzucone, smutne i tego dnia wyjątkowo tęskniło za rodziną – tą utraconą albo taką, której nie mogą mieć. Czy tak powinna wyglądać Wigilia?

Po opuszczeniu domu dziecka Ania sama nigdy nie zorganizowała Wigilii. Ten dzień kojarzył jej się ze smutkiem i tęsknotą za rodziną, której nigdy nie miała. Jako dziecko często wyobrażała sobie, jak spędzają ten dzień jej rodzice. Czy siadają do stołu wraz z pojawieniem się pierwszej gwiazdy? Czy przygotowują dwanaście potraw? Wsuwają pod obrus pachnące siano, a potem dzielą się opłatkiem? Czy spędzają ten dzień z kimś, czy sami? Może mają inne dzieci, które kochają i przytulają? Nucą kolędy, a potem z radością rozpakowują prezenty?

– A może już dawno ich nie ma – szepnęła teraz sama do siebie i znów, zastanawiając się nad tym wszystkim, pogłaskała swój ciążowy brzuszek. Nie było sensu po raz kolejny się roztkliwiać.

Odkąd skończyła osiemnaście lat, zawsze spędzała święta sama. Włączała telewizor i oglądała filmy, złoszcząc się przy tym, że wszystkie są o tej samej tematyce. Jakby media w ogóle nie uwzględniały tego, że nikt szczęśliwy nie spędza tego czasu przed włączonym odbiornikiem. Robią to tylko ludzie samotni, sfrustrowani czy smutni. Tacy, którzy nie chcą lub nie mają z kim świętować. A już na pewno nie marzą o tym, by oglądać po raz setny przygody Kevina.

Jej podejście nie zmieniło się również wtedy, gdy dostała się na studia i zamieszkała w akademiku. Wszystkie jej koleżanki ze studiów ekscytowały się Bożym Narodzeniem już od połowy listopada, a jej najzwyczajniej w świecie było smutno. Nie miała dla kogo kupować prezentów, nikt nie czekał na jej powrót do domu. To wszystko zmieniło się dopiero, gdy poznała Przemka. Niestety, ten stan nie trwał długo.

Ania westchnęła i, by nie pogrążać się w przykrych myślach, znowu sięgnęła po leżącą obok niej książkę. Otworzyła na stronie, na której ostatnio skończyła czytać, ale nim przesunęła wzrokiem po pierwszym wersie, ciszę w pokoju zmącił dźwięk przychodzącego esemesa. Ania odłożyła poradnik na łóżko i wyciągnęła rękę po telefon.

– Kto to może być? – szepnęła cicho do Idy. Potem odczytała na głos wiadomość. – Mam nadzieję, że pamiętacie o naszej wspólnej Wigilii – napisała koordynatorka koła naukowego, do którego od ponad roku należała Ania. – Przypominam, że widzimy się pojutrze wieczorem. Pamiętajcie o zabraniu prezentów dla osób, które wylosowaliście podczas mikołajkowego losowania! Buziaki!

Dziewczyna przez chwilę wpatrywała się w wyświetlacz telefonu. Na śmierć o tym zapomniała. Ostatnio miała sporo nauki i po prostu wypadło jej to z głowy.

– Cóż, wygląda na to, że będziemy musiały jutro wybrać się do galerii handlowej – mruknęła do córeczki, niezbyt zadowolona z myśli o spacerze między udekorowanymi z przepychem choinkami, zmęczonymi Mikołajami, którzy pragną dorobić przed świętami, i tabunem ludzi, którzy mają dla kogo kupować prezenty.

Ponownie lekko pogłaskała się po brzuchu. Za chwilę ona też będzie miała dla kogo się starać i nie mogła już się tego doczekać. Teraz jednak musiała skupić się na czymś innym. Hmm… Kogo ona właściwie wylosowała w te Mikołajki? Czy nie Ksawerego?

Monika

Monika właśnie skończyła tłumaczyć natrętnemu klientowi, że to nie ona odpowiada za skład promowanych przez siebie perfum i nie!, nie może usunąć z nich nuty drzewa piżmowego, po czym rozejrzała się po sklepie w poszukiwaniu Maćka. Obiecał, że wróci po swoją torbę najszybciej, jak się da, a minęło już prawie czterdzieści minut od jego wizyty i wciąż go nie było.

„Pewnie zagadał się z jakimś znajomym na korytarzu”, pomyślała poirytowana, zupełnie niedyskretnie zerkając na wielką torbę podróżną, którą cudem udało jej się upchnąć pod stolik. Już dwa razy potknęła się o długi uchwyt, który w jakiś magiczny sposób ciągle wysuwał się wprost pod jej nogi, a raz omal nie pociągnęła za sobą całego stolika. Łapiąc go w ostatniej chwili, w wyobraźni słyszała już brzdęk tłuczonego szkła i potem z trudem uspokoiła bicie serca. Pracodawca na pewno nie byłby zachwycony, gdyby zbiła testery perfum i najprawdopodobniej musiałaby pokryć wszystkie koszty z własnej kieszeni. Nie wspominając już, że w agencji, która ją zatrudniła, uchodziłaby za niezdarę i z pewnością nie mogłaby liczyć na kolejne zlecenie. A były one wyjątkowo dobrze płatne.

Monika ukucnęła i ze złością znów poprawiła niesforny uchwyt od torby.

– Oby tylko ta jego sprawa do załatwienia była naprawdę ważna, bo inaczej zabiję go, gdy wróci! – syknęła ze złością, ale wstając, zmusiła się do wystudiowanego uśmiechu. Ze wściekła miną na pewno nikogo nie namówi na kupno perfum. A od premii dzieliła ją sprzedaż czterech flakonów.

Wygładziła sukienkę i rozejrzała się po klientach, którzy kręcili się wokół szafek z perfumami. Natychmiast wypatrzyła kolejną ofiarę i posłała jej uśmiech. Była to urokliwa starsza pani, która sprawiała wrażenie nieco zagubionej. „Na pewno szuka prezentu dla córki, zięcia lub wnuczki”, pomyślała dziewczyna.

– W czym pani pomóc? – spytała przesadnie miłym głosem, a na twarzy kobiety natychmiast pojawiła się ulga. „Bingo!”, pomyślała Monika, po czym wysłuchała długiej opowieści o wnuczce, która na pewno ucieszy się z jakichś ładnych perfum, ponieważ ostatnio ma obsesję na punkcie kosmetyków, choć kobiecina osobiście uważa, że to za szybko, bo wnuczka jest dopiero w gimnazjum.

– Teraz dziewczęta wcześniej eksperymentują z makijażem i pielęgnacją – odparła Monika, po czym przedstawiła kobiecie proponowane zapachy dla wnuczki. Tak jak się spodziewała, starszej pani podobały się absolutnie wszystkie i długo nie mogła się zdecydować.

– A nie ma pani więcej wnuczek? – zażartowała Monika, w dodatku, jak się po chwili okazało, bardzo trafnie. Starsza pani rzeczywiście miała bowiem w rodzinie jeszcze jedną dziewczynkę. Co prawda, nie spotkają się w te święta, ale zawsze może jej wysłać prezent pocztą, prawda? To będzie bardzo miły gest ze strony babci!

Tak więc Monika już po paru minutach pakowała oba zapachy w błyszczący celofan. Na końcu wyczarowała na górze pakunków piękne kokardy z błyszczącej wstążki i pożegnała się z miłą klientką.

– Wesołych świąt, dziękuję za pomoc! – usłyszała na końcu, lecz nim zdołała cokolwiek odpowiedzieć, pojawił się przed nią Maciek.

– No, w końcu! – Monika zganiła go ściszonym głosem. – Miałeś zostawić mnie z tym koszmarnym bagażem raptem na chwilę. Wiesz, ile cię nie było? – patrzyła na niego z wyrzutem.

Brat uśmiechnął się do niej przepraszająco.

– Nie rób tak! Nie działają na mnie te twoje słodkie oczka. Szału tu dostawałam!

– Niby dlaczego?

– Bo ta twoja torba ciągle plącze mi się pod nogami. O mały włos nie zbiłam przez nią wszystkich próbek!

– Moja niezdarna siostrzyczka…

Monika aż się wzdrygnęła. Gdyby spojrzenie mogło zabijać, Maciek już pewnie by nie żył.

– Ciesz się, że jesteśmy w miejscu publicznym, bo spuściłabym ci lanie. I mam nadzieję, że zaraz wytłumaczysz mi jakoś swoją nieobecność. W dodatku używając bardzo przekonujących argumentów.

– Oczywiście – odparł chłopak jak gdyby nigdy nic, nadal nie przejmując się złością siostry.

– No więc?

– Był tłok w sklepie, nie mogłem dopchać się do kasy.

– No co ty nie powiesz!

– A poza tym musiałem naprawdę przemyśleć swój wybór.

– Daj spokój. Prawie godzinę? Nad czym się tyle zastanawiałeś? Nad kupnem samochodu?

– Ciepło, ciepło… – zaśmiał się Maciek.

Dziewczyna spojrzała na niego zbita z tropu.

– Tylko nie mów, że kupiłeś sobie ten motor, o którym ostatnio ciągle opowiadałeś. Mama cię zabije. I to zanim sam to zrobisz, uderzając w jakieś drzewo. Naprawdę chcesz jej zepsuć święta?

– Monia… Robisz się prawie taką samą panikarą, jak mama, wiesz?

– Widać to u nas rodzinne.

– Nie kupiłem żadnego motoru.

– A co? Rower?

Maciek znowu się zaśmiał.

– Żadnych środków lokomocji.

– Nic już z tego nie rozumiem.

– Po prostu podjąłem ważną decyzję życiową – wyjaśnił w końcu, po czym sięgnął do wewnętrznej kieszeni kurtki, w której ukrył małe, czerwone pudełeczko w kształcie serca.

Monika zamarła z wrażenia, gdy je ujrzała. Kilkoro kręcących się obok klientów również. Żaden z nich nie widział jeszcze oświadczyn w drogerii. Patrzyli na Monikę i Maćka zdezorientowani.

– Czy ten chłopak naprawdę nie miał lepszego pomysłu? – szepnęła jakaś kobieta do swojego partnera. – Ta współczesna młodzież nie ma za grosz wyczucia chwili. I romantyzmu!

Maciek tymczasem otworzył pudełeczko i oczom Moniki ukazał się przepiękny pierścionek. Był drobny i elegancki. Wykonany ze złota, z niedużym połyskującym oczkiem schowanym w czymś na kształt złotych listków. Monika nie mogła się na niego napatrzeć.

– I co? – spytał ją Maciek. – Podoba ci się?

– Bardzo… – szepnęła rozmarzona. – To dla Małgosi?

Jej brat wyprostował się dumnie.

– Tak. Zamierzam się jej oświadczyć.

Monika uniosła głową i spojrzała mu w oczy.

– Naprawdę?! Nic nie mówiłeś!

– Nie chciałem z tego robić wielkiej sprawy. Poza tym nie wiem, czy się zgodzi.

– Zgodzi się, głupolu! I to z największą radością! Kocha cię do szaleństwa i jest w ciebie wpatrzona jak w obrazek! Będzie najszczęśliwszą dziewczyną na Ziemi, gdy zobaczy pierścionek. Wierz mi.

– Skoro tak mówisz – Maciek znów się uśmiechnął. – Czy to wystarczający powód, żeby usprawiedliwić moje spóźnienie?

Monika skinęła głową. Przez tę dobrą wiadomość zupełnie zapomniała o złości. Maciek tymczasem zamknął pudełeczko i ponownie schował je do kieszeni. Jakaś klientka drogerii, która przyglądała się całej tej scenie, jęknęła niepocieszona, że ominął ją widok zaręczyn. Już wyobrażała sobie w myślach, jak wieczorem opowie o tym przyjaciółce, rozpoczynając od słów: „Nie uwierzysz, co dziś widziałam!”.

Monika złapała wzrokiem jej rozczarowane spojrzenie. No nic. Będzie musiała obejść się smakiem.

– Chcesz się oświadczyć w Wigilię? – spytała brata.

– Myślałem raczej o urodzinach Małgosi. Wiele par zaręcza się w święta. Chciałbym być oryginalny.

– Mam nadzieję, że już wszystko zaplanowałeś, bo w tym wypadku nie zostało ci wiele czasu.

– Spokojnie, już mam wszystko obcykane. Nie będzie żadnej wtopy.

– To dobrze.

– Wybaczyłaś mi już to spóźnienie?

– Wybaczyłam – odparła Monika.

– To teraz oddaj mi tę torbę, żebyś już więcej cię nie wkurzała. Skoro wszystko załatwiłem, to będę się zbierał na pociąg. Może nawet zdążę jeszcze coś przekąsić na dworcu przed podróżą.

Monika schyliła się pod blat stolika i przytrzymując go, żeby się nie zachwiał, sprawnym ruchem wyciągnęła wciśniętą torbę Maćka. Potem przesunęła ją po podłodze w jego stronę i wstała.

Chłopak zarzucił sobie bagaż na ramię.

– Dzięki za pomoc – zdobył się na uprzejmość.

– Nie ma sprawy. Powodzenia, tylko nie nawal. A gdybyś chciał o coś spytać, wiesz, co powiedzieć i tym podobne, śmiało dzwoń do mnie i pisz. Pomogę. W końcu tu chodzi o moją przyszłą bratową.

Oczy jej brata błysnęły.

– Dzięki staruszko, będę o tym pamiętał.

– Tylko nie staruszko! – Monika pogroziła mu palcem i oboje się roześmieli.

– Będę już leciał – chłopak poprawił torbę na ramieniu i zrobił dwa kroki w tył. – A! – nagle coś mu się przypomniało i wrócił do stolika. – Właściwie to nie wiem, czy powinienem ci o tym mówić, ale spotkałem u jubilera Ksawerego.

Monika zamarła już drugi raz podczas tej niedługiej rozmowy.

– Kazał cię pozdrowić – dodał Maciek.

– Ach, tak…

– No, to teraz naprawdę będę już leciał. Do zobaczenia w domu, siostrzyczko! I miłej pracy! – chłopak ponownie ruszył szybko do wyjścia, tym razem już nie oglądając się za siebie.

Monika natomiast jeszcze przez długi czas trwała w osłupieniu. Ksawery. Tutaj. O Boże. Jej Ksawery…

Marek

Marek wyłączył telewizor, gdy usłyszał dobiegające z kuchni wołanie żony, i potarł dłonią zaspane oczy. Znowu nawet nie zauważył, kiedy przysnął. Po obiedzie położył się na chwilę na kanapie w salonie, żeby obejrzeć wiadomości. A teraz za oknem było już ciemno.

Mężczyzna wrócił zmęczony po pracy. Przed świętami w supermarketach było tak dużo roboty, że momentami nawet nie wiedział, w co włożyć ręce. Miał wrażenie, że ludzie przygotowują się nie tylko na święta, ale przy okazji również na koniec świata. Kupowali tyle produktów, że z pewnością starczyłoby im ich na kilka miesięcy! Marek dziś przez cały dzień nosił ciężkie skrzynki i kartony, bo co chwila na półkach brakowało towaru. Klientki masowo rzucały się na mąkę, cukier i dodatki do ciast. Nawet nie pamiętał, ile opakowań tego typu produktów dzisiaj wyłożył. Wiedział za to doskonale, że było ich stanowczo za dużo. I że jutro na pewno będzie narzekał na ręce. Dawno się tak nie zmęczył, jak nic dostanie zakwasów.

Mężczyzna usiadł na kanapie i lekko się przeciągnął. Niegdyś robił to bardziej energicznie, ale odkąd coś strzeliło mu w plecach w tamtym roku, wolał uważać i nie wykonywać zbyt gwałtownych ruchów. To trochę smutne, że w wieku niespełna pięćdziesięciu lat czuł się jak staruszek. Czasem zastanawiał się, co będzie dalej. Problemy z chodzeniem? Demencja? Reumatyzm?

Nagle usłyszał kroki żony. Spojrzał w stronę drzwi dokładnie w momencie, kiedy Jola w nich stanęła. Chociaż nie miała na sobie czerwonego fartuszka, który co roku wyjmowała z szafy z początkiem grudnia, doskonale wiedział, że właśnie skończyła urzędować w kuchni. I nie wywnioskował tego jedynie po zapachu korzennych przypraw, który roznosił się w powietrzu, ani błysku w oczach żony, który widział często, gdy gotowała. Na jednym z policzków Joli zauważył białą smugę mąki. Marek uśmiechnął się lekko. Dodawała jej uroku. Chociaż i bez niej Jola była przepiękna. Wciąż był w nią wpatrzony jak w obrazek, choć przeżyli razem już ponad dwadzieścia lat.

– Wstałeś już – stwierdziła Jola na widok męża.

Marek pokiwał głową.

– Ostatnio nawet nie wiem, kiedy zasypiam.

– Może to przez te nadgodziny, które bierzesz w pracy. Nic dziwnego, że jesteś zmęczony.

– Po prostu nie chcę, żeby zabrakło nam czegokolwiek na święta – posłał jej uśmiech i w końcu się podniósł. Wsunął stopy w podniszczone kapcie, a potem wygładził bordowy sweter, który miał na sobie. – Czyżbyś znowu piekła pierniki? – podszedł do żony.

– Skąd wiesz?

– Trudno nie zgadnąć. Pachnie nimi w całym domu.

– No dobrze, masz mnie.

– Nie piekłaś ich tydzień temu?

– Piekłam, ale pomyślałam, że skoro dzieci wracają do domu na święta i odwiedzi nas twoja siostra, to upiekłam ich trochę za mało. Wiesz, jakim Maciek jest łasuchem.

– Najchętniej zjadłby je wszystkie jeszcze przed świętami.

– Dokładnie – Jola zaśmiała się cicho. – Mam tylko nadzieję, że ta dzisiejsza partia zdąży chociaż trochę zmięknąć. Do świąt już tylko tydzień.

– Na pewno będą pyszne.

– Oj, nie słódź mi tak – spojrzała na niego rozbawiona. – Dobrze wiem, że sam skubnąłbyś jednego jak twój synek. Spokojnie, dam ci spróbować.

– Anioł, nie kobieta! – Marek roześmiał się, a potem podszedł do żony i cmoknął ją w usta. Następnie uniósł dłoń do jej twarzy i kciukiem starł smużkę mąki z jej ciepłego policzka. – Ubrudziłaś się podczas pieczenia – wyjaśnił, widząc jej minę.

Jola popatrzyła na niego z czułością.

– Dziękuję.

– Cała przyjemność po mojej stronie. Ale chyba nie obudziłaś mnie, żeby powiedzieć mi o piernikach?

– Nie, nie. Maciek dzwonił.

– Jest już w pociągu?

– Tak. Będzie na stacji za godzinę. Powinniśmy już się zbierać, żeby nie musiał na nas czekać. Termometr za oknem wskazuje minus dwa stopnie. Jeszcze biedaczek zmarznie i przeziębi się na święta.

– A ty nadal traktujesz go jak dziecko.

Jola wzruszyła ramionami.

– Nic na to nie poradzę. Dla mnie zawsze będzie małym syneczkiem. To co, jedziemy? – odgarnęła pasmo włosów za ucho.

– Daj mi jeszcze chwilę, dobrze? Skorzystam z toalety.

– Jasne – Jola przepuściła go w drzwiach. Kiedy zniknął, poprawiła ozdobne poduszki na kanapie, na których wcześniej spał Marek, i zaciągnęła zasłony w oknie. Potem zgasiła światło i wróciła do kuchni. Napisała Maćkowi esemesa, że już po niego wyjeżdżają, a następnie wyjęła z szafki drożdżówkę, którą kupiła po południu specjalnie dla Maćka, i schowała ją do torebki. Znając życie, nie wziął żadnego jedzenia na podróż i będzie głodny jak wilk. Pod wieloma względami nadal był jeszcze malutkim chłopcem, o którego trzeba się troszczyć.

Zdążyła zasunąć suwak torebki, gdy z łazienki wyłonił się Marek. Miał zmierzwione włosy i o wiele przytomniejszy wzrok, niż jeszcze chwilę temu. Jola była pewna, że ochlapał twarz wodą, żeby na dobre się rozbudzić.

– Gotowy? – spytała, patrząc na niego.

– Możemy jechać – przytaknął Marek i oboje przeszli na korytarz. W tym samym czasie sięgnęli po kurtki. Jola szczelnie owinęła szyję grubym, szarym szalikiem, a potem schowała swoje blond włosy pod ciepłą czapkę. Była dość szczupła i szybko marzła. W ujemne temperatury ubierała się jak Eskimos, żeby uchronić się przed mrozem.

Marek natomiast był jej zupełnym przeciwieństwem w tym względzie. Odkąd tylko Jola sięgała pamięcią, nawet w zimę chodził w rozpiętej pod szyją kurtce i nie uznawał czegoś takiego jak szalik. W młodości walczyła z nim, żeby cieplej się ubierał, ale nie osiągnęła żadnego efektu. W tej kwestii był uparty jak osioł. W dodatku jak na złość wcale się nie przeziębiał, czym ostatecznie pozbawił ją argumentu, że nabawi się anginy lub grypy. Za to ona chorowała przynajmniej dwa lub trzy razy w roku. I za każdym razem nie obywała się bez wizyty u lekarza oraz antybiotyku. Co za ironia losu!

Jola założyła ciepłe kozaki, po czym wzięła z szafki torebkę i wyszła na zewnątrz. Gdy tylko otworzyła drzwi, niemal uderzyło ją mroźne powietrze, a jej oczom ukazał się świat pokryty białym puchem. Jasne światło księżyca oświetlało oszronione drzewa i krzewy. Z dachu nad gankiem zwisały ostre sople lodu. W powietrzu natomiast wirowały drobne płatki śniegu. Nawet pomimo tego, że Jola nie znosiła zimna, świat wydał jej się tego wieczoru magiczny. Było naprawdę pięknie.

– Coś nie tak? – spytał ją Marek, bo z zachwytu aż przystanęła w miejscu.

– Nie, nie. Po prostu zapatrzyłam się na to, jak jest dziś ładnie – wyjaśniła, po czym ostrożnie ruszyła po śliskich płytkach przed domem. Po południu omiotła je ze śniegu, ale padało bez przerwy i znów pokrywała je warstwa białego puchu.

– Rzeczywiście, piękna pogoda. Szkoda tylko, że warunki do jazdy pewnie fatalne.

– Dlatego wyjeżdżamy wcześniej – Jola dotarła do auta i podeszła do drzwi pasażera. Spojrzała na męża z wyczekiwaniem, że otworzy samochód, ale ten sprawdził kieszenie, po czym oznajmił, że nie wziął z domu kluczyków.

– Zaraz wrócę – zerknął na nią ze skruchą.

– Już mnie to nawet nie dziwi – żona wywróciła oczami i przestąpiła z nogi na nogę. Dopiero co wyszła z domu, a już było jej zimno. Mroźne powietrze wypełniało jej płuca i szczypało w policzki. Nawet ich czarna suczka wolała nie wychodzić z budy i choć zwykle przybiegała do każdego, kto wychodził z domu, teraz tylko wychyliła łepek, żeby zerknąć na właścicieli, i schowała się do środka.