Wieloryb i koniec świata - Ironmonger John - ebook + książka
NOWOŚĆ

Wieloryb i koniec świata ebook

Ironmonger John

4,6

82 osoby interesują się tą książką

Opis

Gdzie szukać schronienia przed wielkim kryzysem? Lepiej zaufać nieznanej małej społeczności czy zdać się na dane, liczby i tabelki? Kiedy nagi młody mężczyzna zostaje wyrzucony na piaski St Piran w Kornwalii, mieszkańcy wioski szybko go ratują. Nie wiedzą jeszcze, że Joe Haak uciekł z Londynu w obawie przed tym, że mógł spowodować globalny krach finansowy. Okazuje się jednak, że prawdziwe zagrożenie może przyjść z zupełnie innej strony. Nikt w wiosce nie zdaje sobie jeszcze sprawy z tego, że nad światem gromadzą się czarne chmury. Joe Haak wie jednak nieco więcej i desperacko próbuje przygotować swoich nowych przyjaciół na nadchodzącą apokalipsę. Oni zaś mają swoje życie, swoje zmartwienia i z pewnym rozbawieniem patrzą na niezrozumiałe dla nich działania Joe. To klimatyczna i miejscami zabawna powieść, która stawia przed nami odwieczne pytanie o to, jak w kryzysie zachowują się jednostki, całe społeczności i ci, którzy zdają się o wszystkim decydować. „Łagodna i podnosząca na duchu opowieść o odparciu apokalipsy w odległym zakątku Kornwalii”. „Financial Times” „Coś, co powinno być niemożliwe: rozgrzewająca serce dystopia. Zapomnij o wszystkim, co wiesz o apokalipsach. Ta powieść, której akcja rozgrywa się w Kornwalii, przywróci ci wiarę w ludzkość”. „Elle” John Ironmonger urodził się i dorastał w Afryce Wschodniej, chociaż jego matka była dziewczyną z Kornwalii, a jako starszy nastolatek spędził kilka lat w rybackiej wiosce Mevagissey. Jest autorem dwóch powieści: „The Coincidence Authority” i „The Notable Brain of Maximilian Ponder”, nominowanej w 2012 r. do Costa First Novel Award oraz Not the Booker Prize „Guardiana”. Mieszka na wsi w Shropshire ze swoją żoną Sue, ma dwoje dorosłych dzieci.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 424

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,6 (5 ocen)
4
0
1
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
RudyBoblin

Nie oderwiesz się od lektury

To było bardzo abstrakcyjne i dziwne. Uwielbiam takie książki, a ta zyskała jedną gwiazdkę więcej za posłowie Autora. Apokaliptyczna wizja tej powieści poniekąd już raz się spełniła. Oby tamten raz był ostatnim.
10
akazmierski

Nie oderwiesz się od lektury

Super
00
barbara4636

Nie oderwiesz się od lektury

dla mnie książka wspaniała z przyjemnością ją przeczytałam i z przyjemnością zapamiętam
00

Popularność




Część pierwsza. Czy lewiatana wyciągniesz wędką?

Część pierw­sza

Czy lewia­tana wycią­gniesz wędką?

Prolog

W wio­sce St Piran wciąż opo­wia­dają, jak pew­nego dnia morze wyrzu­ciło na brzeg nagiego męż­czy­znę. Było to tego samego dnia, kiedy Kenny Ken­net zoba­czył wie­lo­ryba. Nie­któ­rzy mówią, że była to środa. Inni wydają się pewni, że czwar­tek. Było to na początku paź­dzier­nika. No chyba że pod koniec wrze­śnia – ale od wyda­rzeń tam­tego dnia oraz zamętu kolej­nych dni i tygo­dni minęło pra­wie pół wieku, a nikt, ani wtedy, ani póź­niej, nie wpadł na to, żeby wszystko spi­sać. Mamy więc tylko wspo­mnie­nia, jak­kol­wiek kru­che by były. Nie­któ­rzy w wio­sce twier­dzą, że pamię­tają każdy szcze­gół, jakby to było w zeszłym tygo­dniu. Byli wtedy mło­dzi, a ich opo­wie­ści to część plą­ta­niny legend, w któ­rych echem odbi­jają się dawne czasy i dawny świat. Wszyst­kie one opo­wia­dają o tym nagim męż­czyź­nie i o wie­lo­ry­bie.

Wielu osób, które uczest­ni­czyły w tam­tych wyda­rze­niach, nie ma już z nami. Sta­ru­szek Gar­row już dawno nie żyje. Podob­nie dok­tor Mal­lory Books, Mar­tha Fish­burne, wie­lebny Alvin Hoc­king i Jeremy Melon, a także wielu spo­śród tych, któ­rzy poma­gali rato­wać wie­lo­ryba. Ich opo­wie­ści jed­nak prze­trwały i powta­rzają je teraz dzieci i wnuki miesz­kań­ców wio­ski, ich sąsie­dzi i przy­ja­ciele. Opo­wiada się je także na Festi­walu Wie­lo­ryba, odby­wa­ją­cym się w sta­rym nor­mań­skim kościele w każde Boże Naro­dze­nie. Jeśli więc kie­dy­kol­wiek tra­fisz do St Piran (co może być trudne), usły­szysz tę histo­rię na uli­cach i w barach; a jeśli zacze­pisz kogoś z wio­ski i zapy­tasz, być może posa­dzi cię na ławeczce z wido­kiem na fale oce­anu i tam przy­to­czy tę opo­wieść – o plaży, wie­lo­ry­bie i nagim męż­czyź­nie. Być może zabie­rze cię na spa­cer wzdłuż muru sta­rego portu i ska­li­stą ścieżką wokół cypla do miej­sca, gdzie zaczyna się żwir i pia­sek, a tam pokaże ci skałę, na któ­rej stał Kenny Ken­net, kiedy zoba­czył wie­lo­ryba; po czym zale­d­wie o krok dalej kawa­łek plaży, na któ­rej zna­le­ziono męż­czy­znę o imie­niu Joe. Moż­liwe, że spoj­rzy w morze, na nie­go­ścinne skały oka­la­jące plażę niczym naszyj­nik jakie­goś olbrzyma. „Jak to moż­liwe”, zapyta może, „żeby jakiś czło­wiek prze­do­stał się mię­dzy nimi wszyst­kimi, uno­sząc się na wodzie, i nie został roze­rwany na strzępy?”.

„To był nie­kon­wen­cjo­nalny przy­jazd”. Tak wła­śnie mawiał Jeremy Melon, przy­rod­nik, pod­czas dorocz­nego prze­mó­wie­nia na Festi­walu Wie­lo­ryba, opi­su­jąc przy­by­cie Joe Haaka do St Piran. „Cały Joe, dać się wie­lo­ry­bowi zanieść na plażę i to na nagusa! Inni ludzie pytają o drogę i grzecz­nie, za dnia pod­jeż­dżają na nabrzeże. Ale nie Joe. O nie. On chce zro­bić teatralne wej­ście. Zakrada się więc do mia­steczka w środku nocy, wypływa daleko w morze i wraca na grzbie­cie cho­ler­nie wiel­kiego wie­lo­ryba”. I za każ­dym razem, kiedy opo­wia­dał tę histo­rię, Jeremy Melon wygi­nał nogi w pałąk niczym kow­boj sie­dzący okra­kiem na jakimś gigan­tycz­nym rumaku, a jedną ręką krę­cił, jakby trzy­mał lasso. Można było wyobra­zić sobie Joe, sie­dzą­cego na grzbie­cie tej wiel­kiej bestii i ste­ru­ją­cego nią przez skały na pia­sek. Jeremy rów­nie dobrze jak wszy­scy inni wie­dział, że prawdy było w tej opo­wie­ści bar­dzo mało, zawie­rała jed­nak jakieś jej drobne frag­menty, a frag­menty prawdy czę­sto wystar­czą, by zro­zu­mieć rze­czy­wi­stość. Histo­ria Jeremy’ego bawiła ludzi – nawet tych, któ­rzy znali Joe Haaka. I w osta­tecz­nym roz­ra­chunku to było naj­waż­niej­sze. „Cza­sami prze­sada może być bliż­sza rze­czy­wi­sto­ści niż prawda”, mawiała Demelza Tre­var­rick, pisarka. A Jeremy’emu Melo­nowi wyda­wało się, że St Piran woli zapa­mię­tać Joe Haaka wła­śnie w ten spo­sób. Nie chcieli poważ­nego Joe, geeka, który spę­dził życie pochy­lony nad swo­imi kom­pu­te­rami, wyli­cza­jąc praw­do­po­do­bień­stwo arma­ge­donu. Nie chcieli śli­skiego, roz­pusz­czo­nego chło­paczka z mia­sta, który nosił jedwabne kra­waty, pro­wa­dził szyb­kie samo­chody i przez mie­siąc zara­biał wię­cej niż oni przez rok. Nie chcieli tego Joe, któ­rego nikt z nich nie znał – nie­pew­nego sie­bie, nie­spo­koj­nego Joe, Joe prze­śla­do­wa­nego przez demony, samot­nego Joe, który czaił się w ciem­no­ściach, wal­cząc z wła­snymi lękami. Żaden z nich nie był męż­czy­zną, któ­rego wspo­mi­nają na Festi­walu Wie­lo­ryba. Męż­czy­zna, któ­rego upa­mięt­niają, był boha­te­rem. Był pro­ro­kiem. Był czło­wie­kiem, który ura­to­wał świat. A jeśli miesz­kasz w wio­sce St Piran, to St Piran jest całym świa­tem – przy­naj­mniej dla cie­bie. I tak mijały lata, a praw­dziwe wspo­mnie­nia o męż­czyź­nie imie­niem Joe zaczęły się mie­szać z opo­wie­ściami. Na Festi­walu Wie­lo­ryba opo­wie­ści Jeremy’ego Melona słu­chały dzieci, które odtąd zawsze miały wyobra­żać sobie Joe Haaka nagiego na grzbie­cie wie­lo­ryba i być może kiedy umrą wszy­scy, któ­rzy go znali, pozo­sta­nie już tylko ten obraz.

1. Dzień, w którym Kenny Kennet zobaczył wieloryba

1

Dzień, w któ­rym Kenny Ken­net zoba­czył wie­lo­ryba

To Cha­rity Cloke zoba­czyła go pierw­sza. Wów­czas zale­d­wie sie­dem­na­sto­let­nia, o cerze tak pro­mien­nej, że policzki lśniły jej niczym miód koni­czy­nowy. W St Piran mawiano, że była z tych, które „późno roz­kwi­tają”, ale lato pełne mięk­kiego, korn­wa­lij­skiego słońca i cie­płych, atlan­tyc­kich wia­trów zatarło ostat­nie ślady nasto­let­nich krost, gry­ma­sów i fał­dek dzie­cię­cego ciałka, więc dziew­czyna, która w tam­ten paź­dzier­ni­kowy (może wrze­śniowy?) pora­nek wyszła na plażę na spa­cer z psem, naprawdę nie była już dziew­czynką. „Drzewa, które późno roz­kwi­tają”, mawiała Mar­tha Fish­burne, „czę­sto kwitną naj­pięk­niej”. A Mar­tha była nauczy­cielką, więc wie­działa, co mówi.

Cha­rity Cloke prze­cha­dzała się z psem wzdłuż pasa suchego żwiru, cią­gną­cego się od plaży aż po klify, tuż powy­żej wyrzu­co­nych na brzeg przez fale resz­tek wodo­ro­stów. Kil­koro jesien­nych wcza­so­wi­czów, któ­rzy w cie­plej­szy dzień zapu­ści­liby się na plażę, wędro­wało zamiast tego zaku­ta­nych po szczy­tach kli­fów. Plaża była prak­tycz­nie wylud­niona. Słu­cha­jąc dzi­siej­szych opo­wie­ści, można by pomy­śleć, że było tam pół wio­ski, bo wiele osób twier­dzi, że widziało męż­czy­znę lub poma­gało wycią­gnąć go z morza, ale jeśli prze­ana­li­zo­wać te histo­rie i uważ­nie posłu­chać, co kto widział, to bez żad­nych wąt­pli­wo­ści można stwier­dzić, że było tam tego dnia tylko pięć osób, łącz­nie z Cha­rity Cloke, a sześć, jeśli wziąć pod uwagę samego nagiego męż­czy­znę.

Był Kenny Ken­net, pla­żowy zbie­racz. Krę­cił się po kamie­ni­stej plaży we wschod­niej czę­ści zatoki, szu­ka­jąc małży, kra­bów oraz rupieci i drewna wyrzu­co­nego przez morze. Jeśli tra­fiło mu się coś dobrego, z drewna robił dzieła sztuki, które sprze­da­wał tury­stom w kolej­nym sezo­nie. Małże i kraby goto­wał i zja­dał. A rupie­cie – cóż – to już zale­żało od tego, co zna­lazł.

Był też Sta­ru­szek Gar­row, rybak, ale jak to mówią miesz­kańcy wio­ski, Sta­ru­szek Gar­row był tam zawsze. Kiedy pogoda była ładna, a wiatr nie­wielki, przez więk­szą część dnia prze­sia­dy­wał na ławeczce z dzier­ganą czapką nacią­gniętą na uszy, palił fajkę i spo­glą­dał w morze, zaab­sor­bo­wany szu­mem fal, ude­rze­niami sło­nej mgiełki wod­nej i nawo­ły­wa­niem mew sre­brzy­stych – roz­pa­mię­tu­jąc być może czasy, gdy ocean był mu domem.

Była też Ami­nata Chi­kelu, młoda pie­lę­gniarka. Pra­co­wała na noc­nej zmia­nie w szpi­ta­liku wiej­skim w Tre­adan­gel, dla­tego pora­nek na plaży Piran Sands był w pew­nym sen­sie jej wie­czo­rem. W ładne poranki Ami­nata relak­so­wała się, spa­ce­ru­jąc wąską ścieżką wijącą się wzdłuż wybrzeża. Pozwa­lało to ulot­nić się stre­som noc­nej zmiany. „Co ty wła­ści­wie robisz w szpi­talu przez całą noc?”, pytali cza­sem ludzie. „Patrzę, jak cho­rzy śpią”, odpo­wia­dała. I to wła­śnie robiła pod­czas obchodu z przy­ćmioną latarką, w butach, które nie skrzy­piały, spraw­dza­jąc kro­plówki, leki i puls star­szych i (czę­sto) umie­ra­ją­cych pacjen­tów, prze­by­wa­ją­cych przez dłuż­szy czas na oddziale. Nie­wielu z nas ma tak intymną rela­cję ze śmier­cią jak pie­lę­gniarki, a korn­wa­lij­skie wybrzeże, jak powie­dzia­łaby Ami­nata, to jedno z tych miejsc, gdzie ludzie przy­jeż­dżają, żeby umrzeć. Są gor­sze miej­sca, by prze­żyć jesień swo­jego życia. Ale czy potra­fisz sobie wyobra­zić, że zamie­niw­szy swój dom w mie­ście na tani dom opieki nad morzem, pew­nej nocy możesz wydać ostat­nie tchnie­nie w anty­sep­tycz­nych warun­kach prze­grza­nego oddziału szpi­tal­nego, gdzie nie potrzyma cię za rękę i nie będzie towa­rzy­szyć ci w odej­ściu nikt oprócz smu­kłej pie­lę­gniarki z Sene­galu? Nawet tym, któ­rzy mają wystar­cza­jąco dużo wyobraźni, może być trudno wyobra­zić sobie pięk­niej­szą twarz, łagod­niej­szy głos lub cie­plej­sze dło­nie poma­ga­jące w odej­ściu niż Ami­naty Chi­kelu. Obda­rzona cerą w kolo­rze kawy z mle­kiem, świad­czącą o kok­tajlu genów w rodo­wo­dzie, odro­bi­nie Afryki, odro­bi­nie Europy i odro­bi­nie kto-wie-czego, hybry­do­wej mie­szance, która zapew­niła jej ide­alną kom­bi­na­cję cech: ciemne, sub­sa­ha­ryj­skie oczy, gęste włosy, które nosiła zaple­cione w prze­wią­zane wstąż­kami war­ko­cze, nie­wielki, cel­tycki nos i urze­ka­jący, cygań­ski uśmiech.

Jako ostatni na plaży zna­lazł się tam­tego dnia Jeremy Melon, przy­rod­nik i pisarz. Szczu­pły i spe­cy­ficzny Jeremy przy­cho­dził nad zatokę w poszu­ki­wa­niu inspi­ra­cji – a przy­naj­mniej tak mówił. Cza­sami roz­sta­wiał szta­lugi i mazał po płót­nie akwa­re­lami, ale ni­gdy nie była to jakaś jego szcze­gólna pasja. Jego wyjąt­kową pasją były słowa. Opo­wie­ści. Czę­ściej wędro­wał po zatoce w cza­sie odpływu, przy­glą­da­jąc się stwo­rze­niom żyją­cym w ska­li­stych kału­żach, wyobra­ża­jąc sobie histo­rie ich życia. Jakie to musi być cie­kawe, myślał sobie, być roba­kiem, rybą czy sko­ru­pia­kiem w sadzawce. Pod­czas przy­pływu twoje życie staje się czę­ścią wiel­kiego oce­anu opa­su­ją­cego pla­netę. Możesz pły­wać, dokąd­kol­wiek zechcesz. Możesz wypły­nąć z falą i dać się ponieść aż na plażę w Port Nevis lub przez morze na Tahiti. A już za chwilę przy­pływ cię opusz­cza, morze wyco­fuje się i tkwisz w kru­chym jeziorku wod­nym, nie mogąc uciec przed wysu­sza­jącą mocą słońca czy cho­ciażby takimi zbie­ra­czami jak Kenny Ken­net, który może zgar­nąć cię do wia­derka i usma­żyć. Pew­nego dnia, myślał sobie Jeremy Melon, mógłby napi­sać o tym opo­wia­da­nie.

Czyli sześć osób i jeden pies, a jedna z tych sze­ściu osób leżała nago, twa­rzą do góry i wyglą­dała na topielca.

Ludzie pytali Cha­rity Cloke: „Czy był tak samo piękny… no wiesz… tam na dole?” i suge­styw­nie wska­zy­wali wzro­kiem w dół. Mieli oczy­wi­ście na myśli: „Czy był tak samo piękny poni­żej pasa, jak nie­wąt­pli­wie był powy­żej niego?”. A Cha­rity Cloke odpo­wia­dała wsty­dli­wym uśmie­chem, z rumień­cem na mio­do­wych policz­kach. „Nie powiem”, mówiła, uno­sząc lekko brwi – szczę­śliwa posia­daczka tak intym­nych infor­ma­cji, by­naj­mniej nie­skłonna się nimi dzie­lić.

Powy­żej pasa, mówiło wiele osób, męż­czy­zna leżący na pia­sku był piękny. Jego zimne od morza ciało wyda­wało się przej­rzy­ste, błę­kitne żyły niczym tajemna mapa pod bla­dym papie­rem skóry, włosy roz­sy­pane po twa­rzy jak mokra psze­nica po burzy. Przy czym miesz­kańcy, któ­rzy poru­szali ten temat z Cha­rity Cloke, naj­wy­raź­niej wie­dzieli już (bo ewi­dent­nie powie­działy im to plotki), że u nagiego męż­czy­zny wystą­piło tam­tego dnia zja­wi­sko fizjo­lo­giczne dość nie­ty­powe dla jakie­go­kol­wiek męż­czy­zny wycią­gnię­tego z zim­nej wody. Dok­tor Mal­lory Books użył odpo­wied­niego ter­minu medycz­nego, wyja­śnia­jąc je Cha­rity. Męż­czy­zna z morza, jak powie­dział, cier­piał na pria­pizm. Bar­dzo zimna woda, wyja­śnił mło­dej kobie­cie, może w pew­nych oko­licz­no­ściach spo­wo­do­wać roz­sze­rze­nie naczyń krwio­no­śnych. A roz­sze­rze­nie naczyń krwio­no­śnych może skut­ko­wać reak­cją, którą zaob­ser­wo­wała Cha­rity Cloke. „Pro­szę się nie mar­twić”, powie­dział jej dok­tor Books, „obrzmia­łość ta jest mimo­wolna”. „Takie rze­czy nie trwają długo”, rzekł. I rze­czywiście, po kilku minu­tach w małym gabi­ne­cie dok­tora Booksa przy Fish Street zja­wi­sko ustą­piło, erek­cja męż­czy­zny zmniej­szyła się, a pan­nie Cloke oszczę­dzono dal­szych rumień­ców.

Jako gość odwie­dza­jący St Piran możesz poskła­dać całą sekwen­cję zda­rzeń, które tam­tego jesien­nego dnia zaszły na plaży Piran Sands i w wio­sce, nakła­da­jąc na sie­bie opo­wie­ści Cha­rity Cloke, Kenny’ego Ken­neta i Jeremy’ego Melona. Można dorzu­cić do nich cytaty z opo­wie­ści Caseya Lim­bera, wypla­ta­cza sieci, dok­tora Booksa i Sta­ruszka Gar­rowa. Jeśli to zro­bisz, możesz z pewną dozą pew­no­ści usta­lić praw­dziwy prze­bieg wyda­rzeń tego dnia, kiedy wszystko się zaczęło.

Można zacząć od Kenny’ego Ken­neta, zbie­ra­cza pla­żo­wego, grze­bią­cego wśród skał na wschod­nim krańcu zatoki ze swo­imi pla­sti­ko­wymi tor­bami, pod­bie­ra­kami i cudacz­nym sprzę­tem. Były to dobrze mu znane skały. Prze­szu­ki­wał tę zatokę, a także tuzin innych na tym wybrzeżu, w poszu­ki­wa­niu frag­men­tów wyrzu­co­nych przez morze skar­bów już od jakichś dzie­się­ciu czy pięt­na­stu lat – odkąd skoń­czył szkołę, jeśli wie­rzyć jego opo­wie­ściom. Rzadko obci­nane włosy miał w dre­dach, skrę­cone i sztywne niczym kawałki liny spło­wia­łej od soli i wia­tru; odkąd dni robiły się chłod­niej­sze, przy­trzy­my­wał nie­sforne loki na miej­scu za pomocą lnia­nej czapki żan­darma. Miał na sobie pod­wi­nięte do kolan dżinsy Oxfam, koszulkę z logo Guin­nessa i bez­sen­sowny, baweł­niany sza­lik. Odry­wał wła­śnie małże od skały za pomocą noża o pła­skim ostrzu, zgięty wpół, kiedy pod wpły­wem impulsu wypro­sto­wał się, wdra­pał ze trzy metry pod górę i z tego dogod­nego miej­sca spoj­rzał w kie­runku morza.

Czego wypa­try­wał? „Niczego szcze­gól­nego”, mówił. Po pro­stu cza­sem tak robił. Może liczył na dry­fu­jące resztki, spła­wiki, które mógłby odsprze­dać poła­wia­czom homa­rów za cenę kufla piwa, albo skrawki sieci dla Caseya Lim­bera.

Zoba­czył tym­cza­sem wie­lo­ryba.

Na początku wyda­wało mu się, że może to del­fin. A nawet zwy­kła foka. Poja­wił się w polu widze­nia niczym cień poni­żej poziomu fal, jak sza­ro­zie­lony kadłub jakie­goś sta­ro­żyt­nego wraku, koły­sząc się lekko, wysy­sa­jąc z wody świa­tło słońca. Kenny’emu wyda­wało się, jakby jakaś ręka mach­nię­ciem zasło­niła na chwilę słońce, posy­ła­jąc w głę­biny skra­wek mroku. A potem, budząc led­wie zmarszczki na powierzchni wody, lewia­tan zanu­rzył się i znik­nął.

Woda wokół cypla była ciemna i głę­boka. Kenny Ken­net wie­dział o tym, ale ni­gdy wcze­śniej nie widział del­fina tak bli­sko brzegu. Wpa­try­wał się w pusty frag­ment morza, zasta­na­wia­jąc się nad tym, co zoba­czył lub czego nie zoba­czył. To musiał być del­fin, uznał. Chyba że… chyba że to wie­lo­ryb? Woda błysz­czała teraz w miej­scu, gdzie wcze­śniej znaj­do­wał się ogromny kształt, jakby na morzu pozo­stała cie­niutka war­stewka szkła. Zbie­racz odwró­cił głowę, by spraw­dzić, czy ktoś jesz­cze mógłby potwier­dzić, co widział. I w odle­gło­ści jakichś stu metrów zoba­czył Cha­rity i jej pudla.

– Hej! – Kenny zama­chał oby­dwoma ramio­nami. – Hej!

Jego woła­nie przy­cią­gnęło uwagę Cha­rity Cloke, a także Ami­naty Chi­kelu, która znaj­do­wała się dalej na wybrzeżu, oraz Jeremy’ego Melona, który wciąż oglą­dał ska­li­ste sadzawki.

– Hej! – zawo­łał znowu Kenny. – Chyba widzia­łem wie­lo­ryba!

– Co widzia­łeś? – krzyk­nęła Cha­rity. Jeremy i Ami­nata byli zbyt daleko, by dołą­czyć do roz­mowy.

– Wie­lo­ryba. – Kenny przy­wo­łał ją gestem.

Cha­rity Cloke ruszyła bie­giem przez pia­sek w kie­runku cypla. Musiała omi­nąć kilka wystę­pów skal­nych.

– Szybko! – Kenny znowu dostrzegł kształt wyła­nia­jący się powoli z głę­biny.

– Idę. – Cha­rity przy­trzy­mała się rękami obro­śnię­tego pąklami występu skal­nego.

– Szybko.

Lewia­tan wypły­wał na powierzch­nię oce­anu. Wraz z nim zda­wała się rosnąć fala przy­pływu, po bokach spły­wał wodo­spad piany. Można już było dostrzec jego kształt, prąż­ko­wany balon zapo­rowy, roz­cią­ga­jący się i falu­jący. A może to łódź pod­wodna? Kenny’ego ude­rzyła ta myśl, ale pomysł roz­wiał się natych­miast, kiedy na powierzch­nię wyło­nił się wielki, szary grzbiet wale­nia, a z jego noz­drzy ze strasz­li­wym prych­nię­ciem try­snął pió­ro­pusz wody.

– O mój Boże!

Kilka metrów od brzegu Cha­rity Cloke wrza­snęła.

– Wszystko w porządku – zawo­łał zbie­racz ze wzro­kiem utkwio­nym w wie­lo­ryba. – Nie zrobi ci krzywdy.

Ale Cha­rity nie wrzesz­czała z powodu wie­lo­ryba.

Póź­niej twier­dziła, że to nie nagość męż­czy­zny wywo­łała jej wrzask. Nie była to też jego wyraźna erek­cja, jego pria­pizm, jak to nazwał dok­tor Books. „To był po pro­stu szok”, mówiła. „Wyszłam zza skały, a on tam leżał. Myśla­łam, że nie żyje”.

Męż­czy­zna na plaży być może nie był mar­twy, ale na pewno zimny i zupeł­nie nie­ru­chomy. Jeremy Melon dotarł na miej­sce jako drugi. Wyda­wał się jesz­cze bar­dziej zszo­ko­wany wyglą­dem męż­czy­zny niż wcze­śniej Cha­rity. A potem Kenny zszedł ze swo­jej skały, wciąż poru­szony po spo­tka­niu z wie­lo­ry­bem.

– Co do…?

– On chyba nie żyje – powie­działa Cha­rity.

Trzy osoby stały i patrzyły na ciało leżące na pia­sku, i nikt nie odwa­żył się go dotknąć. Powstrzy­my­wała ich strasz­liwa iner­cja kry­zysu. Bez­ruch nie­zde­cy­do­wa­nia. Był to męż­czy­zna… oczy­wi­ście, dowo­dziła tego strasz­liwa obrzmia­łość. Ale jego skóra była tak blada i zapiasz­czona, że w pierw­szej chwili Cha­rity uznała, że może to mor­świn. Albo foka. Albo jakaś mar­twa istota wycią­gnięta z głę­bin i wyrzu­cona niczym śmieć na plażę.

– Kto to jest? – zapy­tał Kenny, jakby ta wie­dza miała jakoś pomóc.

– Ni­gdy wcze­śniej go nie widzia­łam – rze­kła Cha­rity.

Jeremy powoli potrzą­snął głową.

– Ja też nie.

– Czy powin­ni­śmy… – zaczęła Cha­rity.

– Co?

– Zro­bić mu… usta-usta?

Pauza była nie­zręczna. Żaden z dwóch męż­czyzn nie wyda­wał się chętny zasto­so­wać taką tera­pię.

– Ja to zro­bię – powie­dział po chwili Jeremy. Zaczął klę­kać.

– Nie, ja to zro­bię – zawo­łał jakiś głos z tyłu. Nade­szła pie­lę­gniarka Ami­nata, zaru­mie­niona od biegu przez plażę. Prze­pchnęła się mię­dzy nimi i opa­dła na pia­sek. – Złap­cie go za ręce.

Zro­bili, jak kazała. Roz­bi­tek był zimny i ocie­kał wodą, pew­nie został wyrzu­cony na brzeg cał­kiem nie­dawno. Może to fala wywo­łana przez wie­lo­ryba wynio­sła go na plażę.

– Prze­łóż­cie go na brzuch. Musimy opróż­nić mu płuca.

Teraz była to praca zespo­łowa. Prze­wró­cili ciało na brzuch, nie zwra­ca­jąc uwagi na to, jak to wpły­nie na jego erek­cję. Ami­nata mocno ude­rzyła męż­czy­znę w plecy. Z jego ust try­snęła woda. Naci­snęła jesz­cze raz. Wyda­wał się krztu­sić.

– Chyba żyje – rze­kła Ami­nata. – Nie miał w płu­cach zbyt dużo wody. Odwróć­cie go z powro­tem.

Nie­zgrab­nie prze­wró­cili go na plecy.

– Chyba oddy­cha – rzekł Kenny.

– Upew­nijmy się. – Pie­lę­gniarka ści­snęła noz­drza męż­czy­zny i objęła jego usta war­gami, wydy­cha­jąc powie­trze do jego płuc. Jego pierś unio­sła się, a potem opa­dła. Ami­nata puściła go. Potem dmuch­nęła jesz­cze raz.

– Zde­cy­do­wa­nie oddy­cha – powie­dział Jeremy.

– Jesz­cze raz. – Kolejna por­cja cie­płego sene­gal­skiego powie­trza tra­fiła do zim­nych pęche­rzy­ków płuc­nych męż­czy­zny, który nie umarł. I tym razem, kiedy Ami­nata puściła Joe, a jego ciało powoli się odsu­nęło, ich wargi zda­wały się roz­dzie­lać nie­chęt­nie, niczym spra­gnione usta roz­sta­ją­cych się kochan­ków.

– Jest lodo­waty – rze­kła Cha­rity.

– To zimno utrzy­mało go przy życiu. – Ami­nata już ścią­gała płaszcz. – Ale i tak musimy go ogrzać. Załóżmy mu to.

– Skąd on się wziął? – zapy­tał Kenny.

– Czy to ma zna­cze­nie? Pomóż mi tu.

– Potrze­buje jakichś… spodni – rze­kła Cha­rity. Tylko na tyle zdo­łała odnieść się do stanu męż­czy­zny.

– Moich nie dosta­nie – zapro­te­sto­wał Kenny.

– Może wziąć moje. – Jeremy roz­piął pasek. – Nie przej­muj­cie się, jestem przy­zwo­icie ubrany.

– Na pewno bar­dziej przy­zwo­icie niż on – oce­niła Ami­nata.

Wcią­gnęli spodnie Jeremy’ego na mokre nogi roz­bitka. Jeremy w wia­trówce i bok­ser­kach przy­glą­dał się ich pracy.

– Teraz naj­le­piej zabierzmy go do dok­tora Booksa – powie­dział.

Sie­dząc na swoim kamie­niu i upy­cha­jąc tytoń w fajce, Sta­ru­szek Gar­row obser­wo­wał, jak cała czwórka z tru­dem unosi męż­czy­znę. W pierw­szej chwili każdy z ratow­ni­ków zła­pał za jedną koń­czynę, przez co obcy zawisł mię­dzy nimi niczym wór, ale oka­zało się, że to nie­wy­godne. Zatrzy­mali się, zro­bili kosz z ramion i prze­rzu­cili przez niego męż­czy­znę. Nie wyglą­dało to ele­gancko, ale było łatwiej­sze.

Gar­row postu­kał fajką o kamień.

– Widzieli wy tego wie­lo­ryba? – zapy­tał, kiedy mijali go, ocię­żale brnąc w pia­sku.

– Ja widzia­łem – odparł Kenny. – Był tak bli­sko mnie, jak pan teraz.

– Zła wróżba – rzekł Gar­row, wsta­jąc z tru­dem. Zaka­słał gar­dłowo i chra­pli­wie. – Za bli­sko, tak nie może być.

– Nie może – odparł Kenny. – Panie Gar­row, musimy zabrać tego męż­czy­znę do dok­tora Booksa.

– Wie­lo­ryb w zatoce, to źle.

– Tak – odparł Kenny. – Musimy już iść.

– Rybacy, im to się nie spodoba.

– Pew­nie nie.

– To nie był wie­lo­ryb, który się żywi rybami, panie Gar­row – rzekł Jeremy. – Z tego, co widzia­łem, to był płe­twal.

– Płe­twal, tak mówisz?

– One nie jedzą ryb. To fisz­bi­nowce.

Ami­nata wtrą­ciła się:

– Panie Melon, bar­dzo byśmy chcieli stać tu i oma­wiać fizjo­lo­gię wie­lo­ry­bów, ale naprawdę uwa­żam, że musimy zabrać tego męż­czy­znę do leka­rza.

– No jasne, jasne.

Ścieżka wzdłuż plaży Piran Sands wije się dookoła ska­li­stego cypla, a następ­nie skręca od razu w głąb lądu, na wiel­kie, gra­ni­towe płyty wiej­skiego portu St Piran. Para falo­chro­nów roz­ciąga się tu niczym opie­kuń­cze ramiona, odpy­cha­jące ocean od nie­po­zor­nego paska niskich, pobie­la­nych budyn­ków sto­ją­cych wzdłuż nabrzeża. To wokół tego cypla ekipa ratun­kowa brnęła, poty­ka­jąc się, z wiszą­cym mię­dzy nimi nie­wy­god­nie cia­łem obcego. Na nabrzeżu zwró­cili na sie­bie uwagę każ­dego, kto miał widok na port. Pierw­szy dostrzegł ich Casey Lim­ber, wypla­tacz sieci. Szedł wła­śnie wzdłuż falo­chronu w kie­runku plaży, kiedy się na nich natknął. Wkrótce dołą­czyli do nich Jes­sie Higgs, skle­pi­karka, oraz rybacy Daniel i Samuel Robin­so­wie, a także wła­ści­ciel baru Petrel Inn, Jacob Anders­sen, dwie dziew­czyny paku­jące ryby, O’Shea, kapi­tan portu, żona pastora Polly Hoc­king, nauczy­cielka Mar­tha Fish­burne i z tuzin innych osób, jeśli wie­rzyć opo­wie­ściom.

– Kto to jest? – roz­le­gły się liczne woła­nia zanie­po­ko­jo­nych, by ciało wyrzu­cone przez morze nie oka­zało się kochan­kiem, bra­tem, kuzy­nem czy synem.

– Nie wiemy – powie­dział Jeremy.

– Czyli obcy?

– Tak.

Za ekipą z noszami szedł Sta­ru­szek Gar­row, macha­jąc laską w jed­nej, a fajką w dru­giej ręce.

– To zła wróżba, ja wam to mówię. Zły znak.

Żądni dal­szych infor­ma­cji miesz­kańcy wio­ski sku­pili się na nim.

– To był wie­lo­ryb – powie­dział im, macha­jąc z wielką emfazą. – Wypły­nął na wierzch jak jaki dia­beł z głę­bin. Więk­szy niż dom. Więk­szy niż rząd domów.

To spra­woz­da­nie wpro­wa­dziło pewien zamęt.

– O czym pan mówi, panie Gar­row? – zapy­tał ktoś. – To nie wie­lo­ryb. To męż­czy­zna.

– I to przy­stojny – dodał ktoś inny. Mogła to być Polly Hoc­king, żona pastora.

– Tam był WIE­LO­RYB, mówię – zawo­łał stary rybak. – Sam widzia­łem. Wypły­nął z wody i łypał na mnie tym swoim oczy­skiem.

Tłum zgro­ma­dzony na nabrzeżu przy­jął tę wia­do­mość z pewną dozą podejrz­li­wo­ści.

– Pan w ogóle nie był bli­sko tego wie­lo­ryba – wtrą­cił Kenny Ken­net, który chciał się upew­nić, że jego wła­sna rola w wyda­rze­niach nie zosta­nie prze­oczona, skoro roz­mowa zeszła na temat wie­lo­ryba. – A ja byłem tuż obok niego.

– Widzia­łem go tak bli­sko, jak was widzę – upie­rał się Gar­row.

– Czy możemy zabrać tego męż­czy­znę do leka­rza? – zapy­tała Ami­nata.

– Ja pomogę – zaofe­ro­wał się młody Casey Lim­ber. Pod­szedł, żeby uwol­nić Cha­rity od jej czę­ści cię­żaru, ale jego ramiona były tak silne, że po pro­stu wziął nie­przy­tom­nego męż­czy­znę i sam poniósł dalej.

Tłum prze­le­wał się wzdłuż przy­stani, mija­jąc chaty rybac­kie z wyj­ściem na nabrzeże, aż dotarł na wąski plac, a następ­nie wąską, bru­ko­waną uliczką pod drzwi sze­re­go­wego domku. Wiele osób, które dołą­czyły do pier­wot­nej czwórki na nabrzeżu, pró­bo­wało wejść za nimi do środka.

– Czy jest pani chora? – zapy­tał znie­cier­pli­wiony Jeremy panią Pen­roth, żonę poła­wia­cza homa­rów. – Nie? To pro­szę zostać na zewnątrz.

Drzwi domu przy Fish Street zamknęły się za nimi i gro­mada cie­kaw­skich gapiów została na ulicy ze swo­imi teo­riami.

2. Najmniejszy paluszek u nogi

2

Naj­mniej­szy palu­szek u nogi

– Kraj jest jak ludz­kie ciało – mawiała Mar­tha Fish­burne do dzieci ze szkoły pod­sta­wo­wej w St Piran. – Wiel­kie mia­sta to serce, płuca i mózg. To oczy, usta i uszy. To one myślą i one mówią. Drogi i koleje bie­gną w dal – to tęt­nice i żyły, nio­sące wszyst­kie skład­niki odżyw­cze z powro­tem do miast. A mniej­sze mia­sta i wio­ski to kości, to na nich opiera się kraj. Gospo­dar­stwa i fabryki to mię­śnie – to one wyko­nują całą pracę. To one noszą i dźwi­gają.

– A co z nami? – pytały dzieci. – Co z St Piran?

– My jeste­śmy tylko malu­sieńką krostką na samym naj­dal­szym koniuszku naj­mniej­szego paluszka u nogi – odpo­wia­dała Mar­tha. – Nas się ni­gdy nie odwie­dza, ni­gdy nie ogląda, o nas się nawet ni­gdy nie myśli. – Spo­glą­dała na dzieci, od naj­star­szego do naj­młod­szego, naj­su­row­szym wzro­kiem, na jaki potra­fiła się zdo­być. A potem pozwa­lała swo­jej twa­rzy na bar­dzo sze­roki uśmiech. – I to nam się wła­śnie podoba.

Może być trudno wyja­śnić komuś obcemu dokład­nie, czy nawet w przy­bli­że­niu, gdzie znaj­duje się wio­ska St Piran. Ta cia­sna grupka wąskich dom­ków ucze­pio­nych wzgó­rza, przy­ci­śnię­tych do zakrętu drogi wiją­cej się w dół zbo­cza do portu, leży nad morzem na samym końcu cypla. To mała wio­ska, raczej osada niż porządna wieś, twa­rzą zwró­cona w stronę wod­nego pust­ko­wia, a ple­cami zawsze w kie­runku cia­snego skrawka lądu, na któ­rym się znaj­duje. Pro­wa­dzi do niej tylko jedna droga. Jak mogłoby być ich wię­cej? Ta sama droga pro­wa­dzi oczy­wi­ście z powro­tem i jest to trasa, którą absur­dal­nie łatwo prze­oczyć. Kie­dyś przy dłu­giej dro­dze z Tre­adan­gel do Pen­zance stał znak dro­gowy, przed cia­snym zakrę­tem, tuż za wzgó­rzem. Znak gło­sił „St Piran 3½ mili”, ale naj­wy­raź­niej była to nie­prawda, ponie­waż prze­ma­lo­wano go na „St Piran 4 mile”. Póź­niej kolejna ręka popra­wiła to na „St Piran 4¼”. A jesz­cze póź­niej znak w ogóle znik­nął – nie­któ­rzy mówią, że ktoś go ukradł na złom.

Utrata znaku dro­go­wego nie wywarła, o ile kto­kol­wiek mógł się zorien­to­wać, jakie­go­kol­wiek wpływu na wio­skę. Nie­wiele osób w ogóle zauwa­żyło, że go nie ma. Tylko naj­bar­dziej nie­ustra­szeni wcza­so­wi­cze docie­rali tak daleko – więk­szość wolała sze­ro­kie, sur­fin­gowe plaże Newquay lub bar­dziej ory­gi­nalne porty rybac­kie w Looe, Meva­gis­sey czy Fowey. Ci, któ­rzy rze­czy­wi­ście dotarli aż do St Piran, by wyna­jąć jedną z chat na kli­fie lub zatrzy­mać się w pen­sjo­na­cie Hedry i Mosesa Pen­hal­lo­wów – cóż, ci byli zde­ter­mi­no­wani. Wjeż­dżali trium­fu­jąco do portu i wysia­dali wyczer­pani z samo­cho­dów, macha­jąc atla­sami na dowód suk­cesu.

– Zna­leź­li­śmy was – piali z zachwytu – zna­leź­li­śmy was!

Dla tych nie­ustra­szo­nych gości naj­wspa­nial­szym osią­gnię­ciem wyprawy naj­wy­raź­niej ni­gdy nie były te godziny jazdy po auto­stra­dzie z dowol­nego miej­sca, które nazy­wali domem, na wybrzeże kanału La Man­che w Exe­ter, czy nawet te dwie i pół godziny drogi z Exe­ter na cyple Korn­wa­lii. Apo­geum sta­no­wiła ta dróżka – te 4¼ mili drogi wiją­cej się i skrę­ca­ją­cej to w jedną, to w drugą stronę, począw­szy od szosy na Tre­adan­gel aż do morza. Czy to naprawdę mogła być wła­ściwa droga? Żywo­płoty w tej czę­ści Korn­wa­lii są strasz­nie wyso­kie, więc kiedy już wyda­wało ci się, że jesteś na szczy­cie wzgó­rza i zaraz zoba­czysz przed sobą wio­skę, droga opa­dała kolejny raz lub zwi­jała się w następny zakręt. Nie­da­leko od punktu począt­ko­wego szosa zwęża się do sze­ro­ko­ści poje­dyn­czego pojazdu. Tutaj, w bra­mie gospo­dar­stwa Bevisa Magwi­tha znaj­do­wało się miej­sce, w któ­rym wielu przy­pad­ko­wych gości pod­da­wało się i zawra­cało. Tych, któ­rzy tego nie zro­bili, wciąż cze­kały trzy mile jazdy bez żad­nych zna­ków dro­go­wych, powi­tań ani miga­ją­cych w oddali wież kościel­nych.

Nic dziw­nego więc, że miesz­kańcy St Piran od dawna porzu­cili nadzieję na życie z prze­jezd­nych tury­stów. Oprócz pen­sjo­natu Pen­hal­lo­wów z wido­kiem na port i małą, kamie­ni­stą plażę, oraz wąt­pli­wych dzieł sztuki Kenny’ego Ken­neta, bar­dzo nie­wiele mogło ich tu przy­cią­gnąć. Par­ko­wa­nie bywało trudne; na płat­nym par­kingu przy nabrzeżu było tylko sześć miejsc dla samo­cho­dów i wielu przy­god­nych let­ni­ków wra­cało pod górę drogą na Tre­adan­gel, nie zdo­ław­szy choćby raz wysiąść z auta. W miej­sco­wym skle­piku sprze­da­wano nie­wiele wię­cej niż pod­sta­wowy zestaw pro­duk­tów spo­żyw­czych; nie było tam miej­sca na pocz­tówki, kostiumy kąpie­lowe czy pamiątki. Bar Petrel Inn był mroczny, cia­sny i kom­plet­nie nie­za­chę­ca­jący. Nie było wycie­czek stat­kiem, mini­golfa, restau­ra­cji ani nawet porząd­nej kawiarni. Hedra i Moses Pen­hal­lo­wo­wie rekla­mo­wali tra­dy­cyjne korn­wa­lij­skie „her­batki” z ciast­kami z dże­mem, ale ich salon sta­rał się wyglą­dać tak odpy­cha­jąco, ze swo­imi wybla­kłymi firan­kami i tanimi wło­skimi ozdo­bami, że nawet w szczy­cie sezonu let­niego ni­gdy nie było zbyt wielu chęt­nych.

W dniu, kiedy Kenny Ken­net zoba­czył wie­lo­ryba i kiedy na plaży poja­wił się nagi męż­czy­zna, na par­kingu stał tylko jeden samo­chód. Biały mer­ce­des coupé. Był zamknięty. Jeremy Melon zer­k­nął do środka.

– Nic – rzekł do Polly Hoc­king, żony pastora.

– Czego szu­kasz?

– Nie jestem pewny. – Wypro­sto­wał się. – Cze­goś, co by mogło pod­po­wie­dzieć, kim jest wła­ści­ciel.

– Myślisz, że może nale­żeć do niego? Tego faceta z plaży?

Jeremy ski­nął głową.

– A jak ina­czej by się tu dostał? – zapy­tał.

– Może – zasu­ge­ro­wała Polly Hoc­king, która miała zmysł dra­ma­tyczny – zmyło go z jakie­goś statku.

– Moż­liwe. – Jeremy spró­bo­wał otwo­rzyć bagaż­nik. – A może przy­je­chał tu dzi­siaj wcze­snym ran­kiem, poszedł na spa­cer, zde­cy­do­wał się popły­wać, porwał go prąd…

– Goły jak go Pan Bóg stwo­rzył?

– To się zda­rza. Może zapo­mniał kąpie­ló­wek.

– Powin­ni­śmy zadzwo­nić na poli­cję?

– Może – powie­dział Jeremy. Odwró­cił się od Polly, by spoj­rzeć na port. – Ale jesz­cze nie teraz. Pocze­kajmy, aż się obu­dzi.

– Nie­długo skoń­czy mu się czas par­ko­wa­nia – rze­kła Polly.

Jeremy wzru­szył ramio­nami.

– Kiedy ostat­nio był w St Piran jakiś straż­nik miej­ski?

Na końcu portu, gdzie zaczyna się falo­chron, poza zasię­giem wzroku patrzą­cych z wio­ski, Cha­rity Cloke sie­działa wypro­sto­wana przy kamie­niu, nie zwra­ca­jąc uwagi na wil­goć pia­sku. Obok niej sie­dział Casey Lim­ber. Omi­jali się wzro­kiem, sku­pia­jąc się na prze­wa­la­ją­cych się falach i nur­ku­ją­cych mewach sre­brzy­stych.

Dla­czego Casey Lim­ber był tego ranka na cyplu? Nie miał powodu tam być, chyba że szu­kał Cha­rity Cloke – i nie­któ­rzy mówią, że tak wła­śnie było, cho­ciaż Casey zaprze­cza temu po dziś dzień. Nie­któ­rzy mówią, że wypla­tacz sieci wręcz śle­dził Cha­rity, ale to brzmi, jakby ją prze­śla­do­wał. Wła­ściwe wyja­śnie­nie mogłoby brzmieć, że Casey liczył na przy­pad­kowe spo­tka­nie z Cha­rity. Może tra­fi­liby na sie­bie w odlud­nej zatoczce i tam on mógłby uprzej­mie uchy­lić kape­lu­sza i rzu­cić wesołe „dobry”. Mogliby poroz­ma­wiać i może coś by z tego wyni­kło, a kto wie, do czego takie spo­tka­nia mogą dopro­wa­dzić? Bo takie wła­śnie plany mło­dzi męż­czyźni ukła­dają wzglę­dem dziew­cząt, szcze­gól­nie tych późno roz­kwi­ta­ją­cych i tak pięk­nych jak Cha­rity Cloke. I tak się zło­żyło, że rze­czy­wi­ście do tego przy­pad­kowego spo­tka­nia doszło – i cho­ciaż nie było to dokład­nie takie ren­dez-vous, jakie Casey mógł pla­no­wać lub sobie wyobra­żać, osta­tecz­nie coś z niego wyni­kło, a wynik ten z punktu widze­nia Caseya (a także Cha­rity) można było spo­koj­nie uznać za pozy­tywny. Sami pra­cu­jemy na swoje wła­sne szczę­ście, jak by powie­działa Mar­tha Fish­burne.

– Co za dziwny dzień – rzekł Casey. Miał wra­że­nie, że jest tak bli­sko Cha­rity, iż mógłby usły­szeć bicie jej serca.

Co się dzieje w gło­wie takiej dziew­czyny jak Cha­rity Cloke? Casey pew­nie chciałby móc czy­tać w jej myślach, a przy­naj­mniej odszy­fro­wać jej wyraz twa­rzy.

– Chodźmy się przejść – powie­dział, kiedy wyszli z domu leka­rza na Fish Street, a ona zamiast spu­ścić wzrok i potrzą­snąć głową, jakby może zro­biła dzień wcze­śniej, zgo­dziła się. Dla­tego powę­dro­wali wzdłuż nabrzeża z bie­gną­cym za nimi pudlem i tu wła­śnie wylą­do­wali, obser­wu­jąc łamiący się rytm fal i roz­bry­zgi piany na pra­sta­rych ska­łach.

– Myślisz, że nic mu nie będzie? – zapy­tała Cha­rity.

– Zro­bi­li­śmy wszystko, co mogli­śmy. Jest w dobrych rękach. Jeśli kto­kol­wiek zdoła go wyle­czyć, to dok­tor Books.

– Nie jest już praw­dzi­wym leka­rzem.

– Oczy­wi­ście, że jest. Po pro­stu jest na eme­ry­tu­rze. To nie zna­czy, że nie będzie wie­dział, co robić.

– Myślisz, że wezwą karetkę?

– Może. – Casey roz­pro­sto­wał swoje dłu­gie nogi. – Ostatni raz wzy­wali tu karetkę, kiedy Doro­thy Resto­rick rodziła dziecko.

– Pamię­tam – uśmiech­nęła się Cha­rity.

– Dotarła po czte­rech godzi­nach.

– Nie­któ­rzy twier­dzą, że po pię­ciu.

– I zanim doje­chała, dziecko zostało już odsta­wione od piersi.

Roze­śmiali się i na sekundę odwró­cili do sie­bie twa­rze, by pochwy­cić swoje spoj­rze­nie.

Był od niej star­szy, ale nie­wiele. Pocho­dził z Port Nevis w Rose­land, napra­wiał sieci w Mouse­hole, tań­czył z dziew­czę­tami na plaży w Newquay, gdzie chłopcy mają na sobie bar­dzo nie­wiele, a dziew­częta jesz­cze mniej. Teraz miesz­kał zupeł­nie sam w St Piran, w dwóch małych poko­jach na pię­trze domu kapi­tana portu. Jego ojciec wciąż napra­wiał sieci u sie­bie, ale w jed­nej małej wio­sce nie było zapo­trze­bo­wa­nia na dwóch doro­słych męż­czyzn wyko­nu­ją­cych tę samą pracę, więc oto Casey Lim­ber wyrwał się na wol­ność w St Piran, wysoki i szczu­pły niczym młody dąb, z ciem­nymi, hisz­pań­skimi brwiami i łagodną into­na­cją.

– Widzia­łeś kie­dy­kol­wiek wcze­śniej takiego męż­czy­znę? – zapy­tała Cha­rity.

– Jakiego? – odparł z nutą figlar­no­ści ukrytą w sło­wach.

– Wyrzu­co­nego na plażę – odparła, ale nie zdo­łała ukryć uśmie­chu.

Kiedy ją poca­ło­wał, nie było to pla­no­wane. Nie wyda­rzyło się, ponie­waż przy­su­nął się za bli­sko albo ukrad­kiem objął ją ramie­niem. Przy­po­mi­nało bar­dziej nur­kowy lot burzyka w ciemną głę­binę, przy­cią­ga­nie magne­tyczne, gra­wi­ta­cję, która prze­chy­liła jego ciało w jej stronę i przy­cią­gnęła jej twarz do jego twa­rzy. Czy nie­ocze­ki­wana wizja Priapa na plaży coś w niej roz­bu­dziła? Ich usta spo­tkały się i kiedy nabrała powie­trza, wcią­gnęła do płuc słodki zapach wypla­ta­cza sieci.

Tak nie­wiele czasu minęło, odkąd poja­wił się nagi męż­czy­zna, odkąd Kenny Ken­net dostrzegł wie­lo­ryba. A już coś zaczęło się zmie­niać. Cha­rity wie­działa to, wdy­cha­jąc zapach Caseya Lim­bera. Wie­działa, że gdyby to było wczo­raj, nie padłaby pod napo­rem łagod­nych gałęzi dębu Caseya. Nie czu­łaby wil­got­nego pia­sku na całej dłu­go­ści ple­ców swo­jej sukienki. Ale wczo­raj to nie dzi­siaj.

– Wszystko musi minąć – mawiał wie­lebny Alvin Hoc­king. – Wszystko musi odejść.

Oczami wyobraźni Cha­rity znowu zoba­czyła tego męż­czy­znę, tak bla­dego i posi­nia­czo­nego, tak mokrego i zim­nego, z erek­cją niczym maszt fla­gowy pnący się w górę klifu. „Pro­szę się nie mar­twić”, powie­dział dok­tor Books. Czy była zmar­twiona? Nie wyda­wało jej się. Wie­działa, jak funk­cjo­nuje ludz­kie ciało. Miała brata – pięt­na­sto­let­niego – i widziała go w każ­dej moż­li­wej pozy­cji.

Cho­ciaż może i nie w tam­tej.

– Wszystko musi minąć – szep­nęła, kiedy język Caseya Lim­bera zaczął pozna­wać jej wargi.

Odsu­nął się i spoj­rzał na nią.

– Każdy dzień jest nowym dniem – powie­działa. – Nie wiem, czy wcze­śniej tak naprawdę to dostrze­ga­łam.

– Oczy­wi­ście, że tak jest – odparł i znowu ją poca­ło­wał.

– Ale ten dzień jest now­szy niż nowy. Potrze­bu­jemy innego słowa, by go opi­sać.

– Co powiesz na „ide­alny”? – odparł.

– Nie, to nie jest wła­ściwe słowo. – Opa­dła na pia­sek, resztki jej oporu prze­pa­dły i odwza­jem­niła poca­łu­nek. – Ale musi wystar­czyć.

3. Dobry punkt wyjścia

3

Dobry punkt wyj­ścia

– Pierw­sze, co musi pan wie­dzieć, to że nie jestem praw­dzi­wym leka­rzem.

Leżał w świe­żej, baweł­nia­nej pościeli, suchy już i roz­grzany. Powieki miał jakby skle­jone ze sobą.

– To zna­czy jestem praw­dzi­wym leka­rzem. Tylko że nie pro­wa­dzę już prak­tyki.

Z tru­dem otwo­rzył oczy, szu­ka­jąc źró­dła słów. Odwró­cił głowę.

– Wszystko, co robię, robię jako jedna istota ludzka dla dru­giej. Nie mam żad­nej umowy. Nie pra­cuję już w publicz­nej ochro­nie zdro­wia. Jeśli cokol­wiek się panu nie spodoba, wystar­czy wstać i sobie pójść.

W rogu pokoju, w pobliżu drzwi, stała jakaś nie­wy­raźna postać. Mówiła coś.

– Bogiem a prawdą, to w takim miej­scu jak to ni­gdy nie da się przejść na eme­ry­turę. Goście z Truro cią­gle mi mówią, że powi­nie­nem po pro­stu ludziom odma­wiać. Któ­re­goś dnia, mówią, jakiś nie­wdzięczny koleś pozwie mnie do sądu i gdzie wtedy wylą­duję, co? Pew­nie w przy­tułku. Więc oczy­wi­ście mówię, że prze­stanę przyj­mo­wać pacjen­tów. A potem oka­zuje się, że przy­cho­dzi jakiś nie­szczę­śnik z gwoź­dziem w sto­pie albo z ością w gar­dle i co ja mam zro­bić? Co z przy­sięgą Hipo­kra­tesa? Kogoś mi tu przy­no­szą, na wpół uto­pio­nego i zamar­z­nię­tego – i co wtedy?

Postać prze­stała na chwilę mówić, by długo i prze­sad­nie zacią­gnąć się krót­kim cyga­rem. Wydmuch­nęła chmurę dymu i odkaszl­nęła.

– Więc jeśli chce pan praw­dzi­wego leka­rza, musi pan zabrać swój żało­sny tyłek z tego cie­płego, wygod­nego łóżka i dostar­czyć go do Truro, gdzie leka­rze pew­nie pana zabiją. – Męż­czy­zna zacią­gnął się jesz­cze raz. – Zwy­kle to robią.

Joe Haak zamru­gał. Gdzie się znaj­do­wał? Czyje to łóżko? Pró­bo­wał sku­pić wzrok na męż­czyź­nie, który do niego prze­ma­wiał, ale od wysiłku roz­bo­lały go oczy. Zaci­snął je z powro­tem.

– To jak będzie? Ryzy­kuje pan tutaj u kono­wała czy masze­ruje całą drogę pod górę na auto­bus o trze­ciej dwa­dzie­ścia i liczy na to, że dotrze do Truro, zanim wszy­scy pójdą do domu na noc?

– Gdzie ja jestem?

– Dobre pyta­nie. Bar­dzo dobre pyta­nie. Poka­zać panu na mapie? Czy wystar­czy kod pocz­towy?

– Jakaś nazwa by się przy­dała. – Pró­bo­wał przy­po­mnieć sobie wyda­rze­nia poprzed­niego dnia. Była jakaś podróż. Długa. Był w wodzie. Wycią­gnęli jego nazwi­sko z kape­lu­sza. Jakiego kape­lu­sza? Spró­bo­wał się pod­nieść, ale jego mię­śnie wyda­wały się absur­dal­nie słabe.

– Co, nazwa tej zapa­dłej dziury? A może moje nazwi­sko? – Lekarz, który nie był praw­dzi­wym leka­rzem, jesz­cze raz pyk­nął cygaro, a potem zga­sił to, co z niego zostało, na małym, szkla­nym tale­rzyku. – Nazy­wam się Books. Mal­lory Books. Powi­nie­nem powie­dzieć „dok­tor Books”, ale gdy­bym to zro­bił, mógłby pan mnie pozwać.

Joe wyda­wało się, że ma prze­sad­nie duży język.

– Czemu miał­bym pana pozwać? – Czy ten lekarz zdoła zro­zu­mieć jego słowa? W jego wła­snych uszach brzmiały jak „szemu mały wana wozać”. Jesz­cze raz spró­bo­wał otwo­rzyć oczy. Gdyby zro­bił tylko małą szparkę, może by tak nie szczy­pały.

– A kto to wie? – Lekarz ewi­dent­nie miał ucho do trud­nych wypo­wie­dzi. – Może dla­tego, że ura­to­wa­łem panu życie? Nie każ­dego cie­szy ten bło­go­sła­wiony stan, który nazy­wamy życiem.

– Hm. – Joe opadł z powro­tem na poduszki. A więc żył. Na tę myśl poczuł nie­spo­dzie­wany przy­pływ ulgi. – Ura­to­wał mi pan życie? Zna­czy… naprawdę? – Uato­wai wazy­cie? Zaszy nawdę?

– Ja i jesz­cze kilka osób. Zdaje się, że zawdzię­cza pan je pew­nej dziew­czy­nie o imie­niu Cha­rity, pie­lę­gniarce o imie­niu Ami­nata i kilku chęt­nym tra­ga­rzom. Ja tylko zapew­ni­łem panu cie­pło.

– Dzię­kuję. – Joe znowu zamknął oczy i przez chwilę miał wra­że­nie, jakby odpły­wał. Cią­gnę­li­śmy losy. Padło na cie­bie, chło­pie.

Kiedy ponow­nie otwo­rzył oczy, lekarz znik­nął. Joe zasnął.

– Pomy­śla­łem, że pew­nie coś by pan zjadł. – Dok­tor Books znowu stał przy łóżku. W pokoju było teraz ciem­niej. – Zupy? Pro­szę usiąść. Dobrze panu zrobi.

– Dzię­kuję. – Tym razem usiadł z mniej­szym wysił­kiem, a język ewi­dent­nie skur­czył się do nor­mal­nych roz­mia­rów. – Gdzie ja jestem?

– Chyba już zali­czy­li­śmy to pyta­nie?

– Tak? Nie pamię­tam odpo­wie­dzi.

– Bar­dzo nie­wiele osób pamięta. – Lekarz posta­wił na łóżku tacę. Gorąca zupa i kubek her­baty.

Joe zła­pał her­batę i wypił ją kil­koma łykami. Dla­czego tak mu się chciało pić? Zabrał się do zupy. Kiedy uniósł wzrok, oczy już go nie szczy­pały.

– No to gdzie jestem? – zapy­tał jesz­cze raz.

Lekarz usiadł w głę­bo­kim fotelu uszaku.

– Coś panu powiem – rzekł. – Udzielę panu odpo­wie­dzi na to pyta­nie w zamian za odpo­wiedź na jedno moje.

– Okej.

– Co na litość boską robił pan tam na plaży w stroju Adama? O tej porze roku?

W stroju Adama? Joe nagle poczuł się zawsty­dzony. Roze­bra­nie się wyda­wało się wtedy pra­wie natu­ralne. Może śmiałe, ale prze­cież nie szo­ku­jące. Morze było ciemne, a plaża bez­ludna. Przy­po­mniał sobie szok wywo­łany lodo­watą wodą.

– Nie jestem pewien.

– To może spró­bu­jemy takie. Kim pan jest? Skąd pan pocho­dzi?

„To twoje nazwi­sko wycią­gnę­li­śmy z kape­lu­sza”, powie­dział gło­sik w jego gło­wie. „Padło na cie­bie”.

Poczuł, że tętno mu przy­spie­sza.

– Kim pan jest? – zapy­tał ponow­nie lekarz.

– Kim jestem? – powtó­rzył słabo. Czy w ogóle chciał odpo­wia­dać na to pyta­nie? „Poli­cja odna­la­zła męż­czy­znę w małej wio­sce w Korn­wa­lii”, mówił repor­ter w jego gło­wie. „Zdra­dził się, kiedy ujaw­nił swoje praw­dziwe nazwi­sko leka­rzowi, a ten natych­miast powia­do­mił wła­dze”.

– Jak się pan nazywa? – Lekarz się­gnął do wewnętrz­nej kie­szeni mary­narki i wycią­gnął sta­ro­świecki dłu­go­pis oraz mały notes opra­wiony w skórę. – Zapi­szę sobie.

– Muszę odpo­wia­dać?

– To zawsze dobry punkt wyj­ścia – powie­dział lekarz. – Tak mnie uczyli w szkole medycz­nej. Ustal toż­sa­mość pacjenta. Nie żeby był pan moim pacjen­tem, oczy­wi­ście. Jestem tylko zwy­kłym oby­wa­te­lem, który wyświad­cza panu przy­sługę. A więc… imię?

Jak łatwo byłoby podać swoje imię. To tylko imię. Zwy­kła kom­bi­na­cja liter. Jedno „J”, jedno „O”, jedno „E”. Mógł podać swoje imię i może wtedy byłoby po wszyst­kim.

– To jest pro­ste pyta­nie. Potem będą trud­niej­sze. – Lekarz postu­kał dłu­go­pi­sem w notes. – Jest pan przy­naj­mniej Angli­kiem. Czy powi­nie­nem powie­dzieć: Bry­tyj­czy­kiem? Jeden z chło­pa­ków uznał, że może jest pan cudzo­ziem­cem, który spadł z jakie­goś tan­kowca albo coś.

– Tan­kowca?

– Albo coś. Ale tak nie jest. A więc… imię?

Spró­bo­wał coś wymam­ro­tać, ale nie zdo­łał. Język jakby znowu spuchł. Mógł oczy­wi­ście wymy­ślić jakieś imię, ale to wyma­ga­łoby wyobraźni.

– Nie zna pan swo­jego wła­snego imie­nia? – Był w tym ślad nie­cier­pli­wo­ści.

Jakie nazwi­sko byłoby dobre? John Smith? O wiele zbyt oczy­wi­ste, cho­ciaż w banku, w któ­rym pra­co­wał, było dwóch Joh­nów Smi­thów. Jak by sobie pora­dzili w takich oko­licz­no­ściach, zasta­no­wił się. Czy musie­liby wymy­ślić bar­dziej reali­styczne nazwi­sko? Ale myśle­nie o tym mu nie poma­gało. Wpa­dło mu do głowy nazwi­sko Mer­kin Muf­fley, ale czy lekarz roz­po­znałby odnie­sie­nie do filmu? Moż­liwe. Na pewno są jakieś inne nazwi­ska. Może jego mózg wyłą­czył się po trau­ma­tycz­nych prze­ży­ciach. Ale rów­nie dobrze mógł to być dys­kom­fort na samą myśl o uda­wa­niu. Joe Haak nie był kłam­czu­chem, a nie­uczci­wość nie leżała w jego natu­rze. Być może była to pozo­sta­łość po duń­skich, lute­rań­skich war­to­ściach zaszcze­pio­nych mu przez ojca. Albo po łagod­niej­szym, angiel­skim, hip­pi­sow­skim świa­to­po­glą­dzie, któ­rego nauczył się od matki. Tak czy ina­czej, wtrą­cił się tu jakiś men­talny cen­zor. Joe odkrył, że potrząsa głową.

– Wie pan, skąd pan pocho­dzi?

Skąd pocho­dzi kto­kol­wiek z nas? Ten temat wyma­gał pew­nego zasta­no­wie­nia. Jeśli nie potrafi tego leka­rza okła­mać, to może potrafi zamknąć oczy i prze­cze­kać te pyta­nia.

Lekarz odło­żył dłu­go­pis z wes­tchnie­niem.

– Czyli amne­zja? Czy to jest wła­śnie to?

Amne­zja, to by była bło­gość. Padło na cie­bie. Jak wspa­niale byłoby ni­gdy nie przy­po­mnieć sobie tych słów.

– Amne­zja? – powtó­rzył.

Ale lekarz wziął jego odpo­wiedź za potwier­dze­nie.

– Amne­zja. Rozu­miem. Cóż, coś panu powiem, panie Jaso­nie Bourne, czy kogo­kol­wiek pan udaje. Za dużo się pan ksią­żek naczy­tał; za dużo fil­mów. Amne­zja to wymysł pisa­rzy. Nie ist­nieje – nie w takim sen­sie, jak się panu wydaje. Nikt ni­gdy nie budzi się, zapo­mniaw­szy wła­sne nazwi­sko. Jeśli tak, to kła­mie. Poważne uszko­dze­nia mózgu potra­fią zro­bić z pamię­cią bar­dzo nie­przy­jemne rze­czy, ale pomi­ja­jąc kilka ska­le­czeń i sinia­ków, pana ciało i mózg wydają się na szczę­ście nie­tknięte. Ani przez minutę nie wie­rzę, że ma pan amne­zję, panie Goły Sur­fe­rze czy kim­kol­wiek pan jest. Dla­tego zadam panu to pyta­nie jesz­cze raz. – Dok­tor Books prych­nął krótko i uniósł dłu­go­pis. – Gotowy?

Joe otwo­rzył oczy.

– Może zaczniemy od pro­stego pyta­nia tak-nie? Czy zna pan swoje imię?

Joe ski­nął głową, bar­dzo powoli.

– Dosko­nale. Poda mi je pan?

– Pew­nie będę musiał.

– Dobrze – odparł lekarz. – Pro­szę już nie bawić się ze mną w żadne gierki, jeśli chce pan na­dal jeść moją zupę. Czy to pana samo­chód tam na par­kingu? Ten biały?

– Tak.

– Gdzie są klu­czyki?

– Nie wiem. Gdzieś na dnie morza. W brzu­chu wie­lo­ryba. Kto wie?

Books zachi­cho­tał.

– Czyli był tam wie­lo­ryb! A wszy­scy myśle­li­śmy, że Kenny go wymy­ślił. – Wstał z fotela.

– Joe. Mam na imię Joe. – Męż­czy­zna wycią­gnął rękę, a lekarz ją uści­snął.

– Bar­dzo mi miło pana poznać, Joe. Powie mi pan, skąd pan jest? Albo co pan robił tam na plaży?

Joe wes­tchnął prze­cią­gle.

– Tego też pana uczyli w szkole medycz­nej? – zapy­tał. – Musi pan wie­dzieć wszystko? Żad­nych tajem­nic?

– Szcze­rze mówiąc – wyznał Books – już pra­wie nic nie pamię­tam ze szkoły medycz­nej. To było tak dawno temu. – Zapi­sał w note­sie imię „Joe”. – Czy warto pytać o nazwi­sko? Nie? Dobrze. Nie mogę nazwać cię „Joe Doe”, bo to by głu­pio brzmiało. Niech będzie „Joe Soap”. – Zapi­sał to i zatrza­snął notes. – To może być naj­krót­sza notatka lekar­ska, jaką kie­dy­kol­wiek spi­sa­łem. – Zabrał talerz po zupie i kubek. – Jest pan gościem w moim domu – powie­dział. – Dzi­siej­sza noc jest gra­tis. Od jutra zaczy­nam nali­czać po dzie­sięć fun­tów dzien­nie. Zupa nie jest wli­czona w cenę. Her­bata też nie. Rozu­miemy się?

– Tak – odparł Joe, deli­kat­nie kiwa­jąc głową. – Myślę, że tak.

– Mam tro­chę ciu­chów, które już na mnie nie pasują. Przy­niosę je panu.

– Dzię­kuję.

Ogar­nęła ich przy­jemna cisza.

– Z mia­sta – powie­dział Joe po chwili.

– Co?

– Pytał pan, skąd pocho­dzę. Jestem z mia­sta.

– Pen­zance? – spy­tał lekarz.

Roz­śmie­szyło to Joe.

– Nie. Z Lon­dynu.

– Aaa, z tego mia­sta.

– I nazy­wam się Haak. Joe Haak.

– Rozu­miem. – Dok­tor Books wyszedł z pokoju, ale zaraz wró­cił. – Mogę zała­twić panu tro­chę ryżu na mleku – powie­dział. – Z puszki.

– Byłoby wspa­niale.

4. To cholerny płetwal

4

To cho­lerny płe­twal

Wycho­dząc z domu leka­rza w szary, jesienny pora­nek po swoim nie­kon­wen­cjo­nal­nym przy­jeź­dzie do St Piran, Joe od razu wyczuł w tym miej­scu pewien dyso­nans. Miał wra­że­nie, jakby rze­czy­wi­stość w wio­sce była w pewien nie­wy­godny spo­sób nie­ade­kwatna – coś jakby odchy­le­nie gra­wi­ta­cji lub zmiana w skła­dzie gazów atmos­fe­rycz­nych. Może to krótka śpiączka, z któ­rej się obu­dził, zachwiała ośrod­kiem rów­no­wagi w jego mózgu. Wyj­ście z domu przy­po­mi­nało pierw­szą wyprawę w jakiś obcy świat. Cie­kawe, pomy­ślał Joe, że miej­sce może mieć swoją atmos­ferę. Sły­szał, jak archi­tekci roz­ma­wiają o duszy róż­nych miejsc, jakby w gle­bie dzia­łała jakaś alche­mia lub jakby zbież­ność magicz­nych linii mocy nada­wała miej­scu mistyczne wła­ści­wo­ści. Swego rodzaju geo­gra­ficzne feng shui. Joe zawsze uwa­żał ten pomysł za mało praw­do­po­dobny, ale coś w tej wio­sce zda­wało się potwier­dzać takie prze­ko­na­nia. Roz­ło­żyła się w zało­mie zbo­cza tak wygod­nie, a kręte uliczki i gra­ni­towe ściany naśla­do­wały natu­ralne kon­tury ska­li­stych kli­fów w oddali. Rze­czy­wi­ście trudno byłoby wyobra­zić sobie tę zatokę bez wio­ski, jakby te niskie ściany i łup­kowe dachy były czę­ścią miej­sco­wej geo­lo­gii, zja­wi­skami wyku­tymi w ska­li­stej ścia­nie przez morze i wiatr.

Wystar­czyło tro­chę odda­lić się od fron­to­wych drzwi domu leka­rza, by wewnętrzny kom­pas Joe roz­po­czął próbę zorien­to­wa­nia się w tym nowym miej­scu. Nie było sły­chać żad­nych odgło­sów drogi. Żad­nego szumu tysiąca sil­ni­ków, odgło­sów zmiany bie­gów, klak­so­nów. A jed­nak nie było cicho. Wysoko na dachach darły się mewy, lata­jące straż­niczki zna­czące kra­jo­braz swo­imi krzy­kami. Do uszu Joe docie­rały odgłosy oce­anu, koły­sa­nia fal, poru­sza­nia wody i wia­tru. Gdzieś tłu­kła się jakaś lina i kawał płótna, trze­po­cząc się na wie­trze. Nabrał powie­trza w płuca i poczuł zna­jomy atlan­tycki zapach sło­nego powie­trza, mokrego pia­sku, wodo­ro­stów i rybiej łuski. Jeśli ist­niał prze­pis na roz­pusz­cze­nie lęku cza­ją­cego się w kościach, to ta wio­ska naj­wy­raź­niej go znała. Odwró­cił się, by zejść ze wzgó­rza. Coś poru­szyło się w jego krwio­biegu. Nabrał ochoty, by zba­dać oto­cze­nie, zejść na brzeg morza, poczuć chrzęst żwiru pod sto­pami. Może znaj­dzie swoje ubra­nia, port­fel, klu­czyki od samo­chodu. Może odszuka miej­sce, w któ­rym z taką deter­mi­na­cją wcho­dził w zimne fale.

W świe­tle dzien­nym wszystko wyglą­dało zupeł­nie ina­czej. Jedyny obraz wio­ski, który zoba­czył wcze­śniej, tonął w mono­chro­ma­tycz­nym bla­sku świa­teł mija­nia. St Piran wyło­niło się z mroku na końcu wyjąt­kowo krę­tej dróżki, a w sza­rym rzę­dzie domów, które go powi­tały, nie paliło się ani jedno świa­tło. Nie mógł poje­chać ni­gdzie dalej. Zapar­ko­wał przy nabrzeżu za kwa­drans piąta nad ranem i przez chwilę sie­dział w samo­cho­dzie, nasłu­chu­jąc odgło­sów morza, wdy­cha­jąc te same aro­maty co w tej chwili. A jed­nak jakże samotna i opusz­czona wydała mu się wtedy wio­ska. Pod­czas tego pierw­szego spo­tka­nia spra­wiała wra­że­nie zatrzy­ma­nej w kamie­niu roz­pa­czy, naj­da­lej wysu­nię­tego przy­czółka impe­rium melan­cho­lii. Gra­ni­towe skały przy przy­stani wyda­wały się tak samo samotne i porzu­cone jak on. A dzi­siaj poja­wiły się kolory i fak­tury, wap­no­wane ściany i ślady mchu na kamie­niach, żółte poro­sty wgry­za­jące się w tynk i jasno­nie­bie­skie fron­towe drzwi. Prze­szedł ulicą w stronę nie­wiel­kiego pla­cyku. Pogoda nie była szcze­gól­nie ładna. Wiał silny wiatr, dało się wyczuć pierw­sze chłodne ude­rze­nia zimo­wych szkwa­łów. Niebo było szare jak okręt wojenny. Ale ktoś na placu zawo­łał wesoło „dzień dobry” i Joe instynk­tow­nie odwró­cił głowę, w razie gdyby powi­ta­nie było skie­ro­wane do niego. Z wąskiego sklepu wyło­niła się jakaś kobieta o kwa­dra­to­wej twa­rzy, ubrana w far­tuch, i uśmiech­nęła się do niego.

– Dzień dobry.

Uśmiech ma w sobie coś zaraź­li­wego i Joe poczuł, że jego wła­sna twarz poja­śniała. Wszy­scy są teraz w pracy, pomy­ślał. Jego kole­dzy. Pousa­dzani porząd­nie, rzę­dami przy biur­kach, pochy­leni nad ekra­nami kom­pu­te­rów lub wykrzy­ku­jący pole­ce­nia do tele­fonu. Jeśli jesz­cze było coś do zro­bie­nia. Jeśli nie zamknięto przed nimi drzwi, jeśli budy­nek nie roił się od księ­go­wych, inspek­to­rów i poli­cjan­tów. Tak czy ina­czej, jego nazwi­sko było już pew­nie odmie­niane przez wszyst­kie przy­padki, nawet przez ludzi, któ­rych ni­gdy nie spo­tkał. Może nawet tutaj, pomy­ślał. Może wie­ści dotarły do tej wio­ski wcze­śniej niż on.

Za rogiem znaj­do­wał się port i stał tam jego samo­chód, samotny na małym par­kingu. Pod­szedł do niego i spró­bo­wał otwo­rzyć drzwi. Zamknięte. Nie­ważne. Dokąd miałby poje­chać, nawet gdyby mógł? Naj­lep­szą stra­te­gią będzie chyba się przy­czaić. Może więc to dobra pora, by przy­go­to­wać jakiś plan, pomy­ślał. Mógł pójść wzdłuż nabrzeża na plażę, a tam może uda mu się oczy­ścić umysł i wymy­ślić, co dalej.

Ale nawet ten plan wyda­wał mu się dzi­siaj wymy­kać.

Minęła go szyb­kim kro­kiem jakaś kobieta, pulchna i wesoła, w kwie­ci­stej sukience.

– Dzień dobry, przy­stoj­niaku – rze­kła, prze­cho­dząc.

– Dzień dobry. – Odwró­cił się za nią. Jej twarz była zaró­żo­wiona i ogo­rzała. Ski­nęła mu głową, jakby go znała.

Czy roz­pacz może być tak krót­ko­trwała? Czy pozdro­wie­nie obcego może wystar­czyć, by pod­nieść go na duchu i wycią­gnąć z mrocz­nych prze­czuć, któ­rych doświad­czał, kiedy pierw­szy raz wszedł na to nabrzeże? Joe wziął głę­boki oddech. Miał wiele do prze­my­śle­nia. W ide­al­nym świe­cie miałby do dys­po­zy­cji białą tablicę i zestaw kolo­ro­wych maza­ków. Miałby kawę ame­ri­cano i talerz cia­ste­czek. Mógłby zacząć od wypi­sa­nia pro­ble­mów w gór­nej czę­ści tablicy, a następ­nie zapeł­niać ją do dołu róż­nymi opcjami i strzał­kami. Mógłby zapi­sać pyta­nie „W jak wiel­kich jestem tara­pa­tach?”. Poni­żej jedna strzałka pro­wa­dzi­łaby do „ogrom­nych tara­pa­tów”, druga do „umiar­ko­wa­nych tara­pa­tów”, a potem byłoby pole wyboru – w lewo „oddać się w ręce poli­cji” lub w prawo „ucie­kać!”.

A może ucieka przed duchami? Czy to zjawy ist­nie­jące wyłącz­nie w jego wła­snej wyobraźni?

Na cyplu ścieżka zakrę­cała wokół występu skal­nego, a następ­nie zni­kała na pia­sku i żwi­rze. Tu była plaża. Odkrył ją w ciem­no­ści, usiadł na wil­got­nym brzegu, obser­wu­jąc pierw­szą łunę świtu. O brza­sku, ogar­nięty nagłym impul­sem, roze­brał się i wszedł do morza. Ostry ból wywo­łany przez zimną wodę Atlan­tyku był nie­mal jak kathar­sis.

Klify zapew­niały bar­dzo marne schro­nie­nie przed wia­trem, który dął na plaży, a mgiełka mor­skiej wody spra­wiała, że skały pod nogami były śli­skie. Joe cia­śniej owi­nął się w pasie starą budry­sówką leka­rza i uniósł kap­tur. Jak okiem się­gnąć na plaży nie było nikogo z wyjąt­kiem zbie­ra­cza pochy­lo­nego nad ska­łami, ubra­nego w sztor­miak rybacki i zydwestkę chro­niącą przed bez­li­to­snym wia­trem. Joe pod­szedł do linii przy­pływu i omi­nął długi występ skał wybie­ga­ją­cych w morze. Trudno było na nie wejść, były śli­skie i słone. Pró­bo­wał przy­po­mnieć sobie, gdzie zosta­wił ubra­nie, ale żadne miej­sce nie wyglą­dało w świe­tle dzien­nym zna­jomo. W oczach miał deszcz i mor­ską pianę. Morze przy­brało kolor oło­wiu.

Wtedy jego uwagę przy­kuło coś znaj­du­ją­cego się wśród skał, dalej wzdłuż wybrzeża. Wyglą­dało jak kolumna piany uno­sząca się z wody bar­dzo bli­sko linii przy­pływu. Nie­zgrab­nie ześli­zgnął się ze skał i ruszył wzdłuż plaży. W jego gło­wie poru­szyło się jakieś wspo­mnie­nie. Prze­cież nie mógł tam być? Tuż przy pia­sku? Czy woda była dość głę­boka dla wie­lo­ryba?

I był tam, nie­moż­li­wie wielki, rzu­cał się na pły­ciź­nie, ude­rza­jąc o powierzch­nię wody swoim ogrom­nym ogo­nem.

Zbie­racz też go dostrzegł. Biegł już w stronę Joe, macha­jąc ramio­nami.

Joe ruszył pędem. Wie­lo­ryb znaj­do­wał się czę­ściowo w wodzie, a czę­ściowo poza nią, zanu­rzony do połowy. Skrę­cał się i roz­bry­zgi­wał wokół pianę. Był czarno-szary z pasmami bieli, a cały bok miał pokryty bli­znami, niczym oca­le­niec z jakiejś wiel­kiej bitwy. W wodzie uno­siła się mętna, czer­wona smuga – praw­do­po­dob­nie krew z jakiejś rany.

– Co to na Boga jest?

Zbie­racz w żół­tej zydwe­stce zatrzy­mał się jak w tran­sie kilka kro­ków za nim.

– To wie­lo­ryb. Cho­ler­nie wielki płe­twal.

W stronę plaży poto­czyła się wysoka fala. Kiedy dotarła do wie­lo­ryba, zwie­rzę zama­chało ogo­nem i niczym wielka, ryflo­wana beczka wyje­chało głową do przodu z wody na pia­sek.

– Uwaga! – Joe wyco­fał się szybko po żwi­rze. – Zaraz wyrzuci go na brzeg!

Oce­aniczna fala, która wylała się na plażę, teraz cof­nęła się z pia­sku, a porzu­cony wie­lo­ryb pozo­stał z głową i przed­nimi płe­twami na plaży, a ogo­nem wciąż macha­ją­cym w wodzie.

– Szlag! – krzyk­nął zbie­racz. – Słodki Jezu. Cho­ler­nik wylą­do­wał na plaży.

Dobrze o nim świad­czy, że Kenny Ken­net, który żył z darów morza, nie przy­jął wie­lo­ryba jako finan­so­wego poda­runku z głę­bin. Instynk­tow­nie chciał naj­wy­raź­niej wyłącz­nie chro­nić zwie­rzę i bez­piecz­nie wypu­ścić je z powro­tem do wody.

Tym­cza­sem wie­lo­ryb, wciąż żywy, oddy­cha­jący, wielki i nie­bez­pieczny, miał w sobie coś budzą­cego lęk. Mógłby prze­to­czyć się i przy­gnieść czło­wieka w jed­nej chwili.

– Musimy mu pomóc – powie­dział Joe. – Musimy mu pomóc wró­cić do wody.

Kenny przyj­rzał mu się dziw­nie.

– Ja pana znam.

– Tak?

– Wynio­słem pana wczo­raj z plaży. Tam pana zna­leź­li­śmy. – Ski­nął głową w stronę wschod­nich kli­fów. – Myśle­li­śmy, że pan nie żyje.

– A więc ura­to­wał mi pan życie? – zapy­tał Joe.

– Można tak powie­dzieć – odparł Kenny. Tak samo jak w jego natu­rze nie leżało dopa­try­wać się w wie­lo­ry­bie zysku, tak samo nie wyda­wał się ocze­ki­wać cze­go­kol­wiek od tego obcego.

– Dzię­kuję. – Joe sku­pił się ponow­nie na wiją­cym się na pia­sku stwo­rze­niu. – Musimy coś zro­bić. Nie możemy go tu tak po pro­stu zosta­wić. – Jed­nak już wypo­wia­da­jąc te słowa, Joe poczuł, jak ogar­nia go bez­sil­ność. Co kto­kol­wiek mógłby zro­bić dla tak wiel­kiego zwie­rzę­cia? – Zostanę tu z nim, a pan niech idzie po pomoc.

Kenny się wahał. Płuca wie­lo­ryba zadrżały gwał­tow­nie, a z jego noz­drzy wydo­był się pió­ro­pusz piany. Ciel­sko zwie­rzę­cia zda­wało się osia­dać tro­chę niżej na pia­sku.

– Pan niech idzie – rzekł Kenny. – Panu prę­dzej uwie­rzą. Ze mną to pomy­ślą, że to kolejna bajeczka. Za dobrze mnie znają.

Joe wyda­wał się nie­pewny.

– Niech pan idzie – popę­dził go Kenny. – No już. – Brzmiało to jak roz­kaz.

– To nie ma sensu. Potrze­bo­wa­li­by­śmy całej armii – rzekł Joe. – Trzeba przy­naj­mniej z pięć­dzie­się­ciu osób, żeby ruszyć tego wie­lo­ryba, a może i setki.

– Znaj­dzie ich pan w wio­sce. Pro­szę iść szybko. Za jakieś pół godziny zacznie się odpływ.

Nagły poryw wia­tru spro­wa­dził na plażę wysoką falę i oby­dwaj męż­czyźni musieli się odsu­nąć. Przez krótką chwilę sytu­acja wyglą­dała dla wie­lo­ryba obie­cu­jąco. Zwie­rzę zda­wało się uno­sić lekko, kiedy fala je dosię­gła, ale jeśli już, to prze­su­nęła je tylko jesz­cze dalej w głąb plaży. Kiedy wie­lo­ryb opadł, jego wielka głowa odwró­ciła się lekko, prze­chy­lona na jedną stronę i Joe spoj­rzał zwie­rzę­ciu w oko. Z samego serca wie­lo­ryba zda­wało się ema­no­wać strasz­liwe poczu­cie bez­na­dziei.

Czy Joe Haak roz­po­znał to uczu­cie roz­pa­czy? Czy zasta­no­wił się, że nawet dla wie­lo­ryba roz­pacz może być krót­ko­trwała? Kiedy Jeremy Melon prze­ma­wiał na Festi­walu Wie­lo­ryba wiele lat po tych wyda­rze­niach, nawią­zy­wał do tej chwili w życiu Joe. Uznał ją za chwilę prze­ło­mową, jeden z tych rzad­kich momen­tów, kiedy podej­mo­wane decy­zje mogą wyzna­czyć kie­ru­nek, w któ­rym podąży od tej chwili życie. „Więk­szość życia”, mówił Jeremy, „jest jak jazda po auto­stra­dzie. Nie mamy wyboru, możemy tylko jechać naprzód. Kon­tro­lu­jemy wyłącz­nie pręd­kość jazdy. Ale od czasu do czasu mijamy jakiś zjazd. Mamy naj­wy­żej chwilę na decy­zję. Zostań na auto­stra­dzie, a nic się nie zmieni. Albo skręć, a znaj­dziesz się w nie­zna­nym mie­ście. W ciągu zale­d­wie kilku dni”, mówił Jeremy, „Joe Haak miał skrę­cić z auto­strady wiele razy. Odszedł ze swo­jego banku. Wszedł do morza. Zde­cy­do­wał się ura­to­wać wie­lo­ryba. Joe nie był pro­kra­sty­na­to­rem”, mówił Jeremy Melon. „Joe był męż­czy­zną, który doko­ny­wał wybo­rów. Podej­mo­wał decy­zje i przyj­mo­wał ich kon­se­kwen­cje”.

Czy to było aż takie pro­ste? W przy­padku wie­lo­ryba tro­chę zasługi trzeba oddać Kenny’emu Ken­ne­towi, który zachę­cił Joe. Jed­nak w tej chwili waha­nia, w obli­czu znie­chę­ca­ją­cej per­spek­tywy zbie­ra­nia armii ludzi za zamknię­tymi drzwiami obcego mia­steczka, Joe spoj­rzał w oko płe­twala. Nie tak wiele nas dzieli, pomy­ślał. Oby­dwaj jeste­śmy ssa­kami. Oddy­chamy tym samym powie­trzem. Wkra­czamy na ten świat przez krwawy kanał rodny, z tru­dem cze­piamy się tego kru­chego, efe­me­rycz­nego, cza­ro­dziej­skiego momentu zwa­nego życiem. A potem, pew­nego dnia odcho­dzimy. Mogli­śmy oby­dwaj odejść w ten sam spo­sób, pomy­ślał Joe. Na tym samym kawałku pia­sku.

– Idę – powie­dział.

5. To już martwa ryba

5

To już mar­twa ryba

Polly Hoc­king, żona pastora, mawiała, że pierw­szą nie­po­ko­jącą rze­czą, którą pamięta z tam­tego jesien­nego poranka, był widok mło­dego męż­czy­zny w budry­sówce (kilka roz­mia­rów za dużej), gna­ją­cego nabrze­żem w kie­runku wio­ski i macha­ją­cego ramio­nami jak wariat. Cichy dźwięk jego nawo­ły­wań został nie­mal zupeł­nie zatarty przez wiatr, ale ewi­dent­nie i tak coś krzy­czał. Chwy­cił za ramiona pierw­szą mijaną osobę, którą oka­zał się aku­rat Sta­ru­szek Gar­row, i Polly zoba­czyła, jak pro­wa­dzą oży­wioną dys­ku­sję z dużą ilo­ścią poka­zy­wa­nia. Potem młody męż­czy­zna odwró­cił się i pobiegł dalej. Sta­ru­szek Gar­row z nad­zwy­czajną pręd­ko­ścią ruszył nabrze­żem w stronę cypla, nie oglą­da­jąc się za sie­bie.

– Co tam się wypra­wia? – zapy­tała Polly.

Sie­działa w małej kawiarni w salo­nie pen­sjo­natu Har­bour Bed and Bre­ak­fast pro­wa­dzo­nego przez Hedrę i Mosesa Pen­hal­lo­wów. Piła her­batkę z Demelzą Tre­var­rick. W Har­bour B&B her­bata była bez­piecz­niej­szą opcją niż kawa.

– Moja droga, to pew­nie po pro­stu jakiś tury­sta, który zgu­bił psa, czy coś w tym stylu. – Demelza pisała powie­ści roman­tyczne. Jakiś let­nik macha­jący aku­rat ramio­nami na nabrzeżu nie sta­no­wił żad­nego szcze­gól­nego dra­matu. Sen­nie zamie­szała cukier w her­ba­cie.

– Wydaje się być dość pode­ner­wo­wany. – Polly wstała, by wyj­rzeć przez okno.

– Jest młody, tak jak ty. Mło­dzi zawsze się śpie­szą.

– Ja ni­gdy się nie śpie­szę.

– Ależ oczy­wi­ście, że tak, moja droga. Wyszłaś za mąż w wieku sie­dem­na­stu lat. Jeśli to nie jest poryw­cze, to nie wiem, co jest.

– Idzie w tę stronę.

Demelza popra­wiła włosy.

– Nie zamie­rzam wycho­dzić w tę pogodę na dwór szu­kać jakie­goś psa – powie­działa.

Młody męż­czy­zna dogo­nił Daniela i Samu­ela Robin­sów. Polly i Demelza obser­wo­wały ich przez okno. Wię­cej macha­nia i poka­zy­wa­nia, po czym dwaj rybacy rów­nież ruszyli pędem w tę samą stronę.

– Może to jakiś pożar albo coś? – zasta­na­wiała się Polly.

– Na plaży? Tam nie ma co się palić.

– Cóż, jest tam coś, co ich tak wszyst­kich eks­cy­tuje. Myślisz, że może wrak jakie­goś statku?

– Kocha­nie, to na pewno nic takiego. Zupeł­nie nic. Chłopcy po pro­stu cza­sem się eks­cy­tują. – Demelza Tre­var­rick prze­żyła w St Piran wystar­cza­jąco wiele lat, by rozu­mieć, że spo­kój wio­ski jest nie­mal geo­lo­giczny w swej trwa­ło­ści.

– Wydaje mi się, że to ten młody męż­czy­zna, któ­rego zna­leź­li­śmy na plaży – powie­działa Polly.

– Moja droga! Nie wie­dzia­łam, że to ty go zna­la­złaś.

– Wiesz, co mam na myśli.

Drzwi kawiarni otwo­rzyły się gwał­tow­nie i męż­czy­zna sta­nął w nich prze­mo­czony, prze­wiany i bar­dzo zdy­szany.

– Przy­da­łaby mi się wasza pomoc – powie­dział.

– Mój drogi! Nawet nie zosta­li­śmy sobie przed­sta­wieni.

– Potrze­bu­jemy stu osób – dodał Joe. – Na plaży leży wie­lo­ryb.

– Wiel­kie nieba! – Demelza powoli zaczęła wsta­wać. – Będziesz miał szczę­ście, jak znaj­dziesz dwu­dziestkę. To nie Pen­zance, wiesz.

Zaalar­mo­wany hała­sem Moses Pen­hal­low wyło­nił się z kuchni w swoim far­tu­chu, zasa­pany i z poczer­wie­niałą twa­rzą.

– Wie­lo­ryb? – prych­nął, kiedy usły­szał wszyst­kie wyja­śnie­nia. – To nie żaden wie­lo­ryb. Co naj­wy­żej mor­świn.

– Cokol­wiek to jest, potrze­bu­jemy pana pomocy. – Joe już był za drzwiami. – Czy w wio­sce jest jakiś dzwon kościelny? – zawo­łał przez ramię. – Albo syrena alar­mowa?

– Dzwo­nów kościel­nych już się nie używa. Są nie­bez­pieczne. Niech pan idzie do kapi­tana portu. – Polly Hoc­king wska­zała chatę na skraju klifu. – Wypu­ści flarę.

– Dzię­kuję.

– Ścią­gniemy wię­cej ludzi.

St Piran nie jest dużą spo­łecz­no­ścią. Popu­la­cja, jak z prze­ko­na­niem poin­for­mo­wał Joe dok­tor Mal­lory Books, wynosi trzy­sta sie­dem osób. „Popu­la­cja zimą”, powie­dział. „Trzy­sta osiem”, odparł Joe z uśmie­chem. To było wczo­raj. Dzi­siaj per­spek­tywa wycią­gnię­cia wystar­cza­ją­cej liczby tych duszy­czek z domów w naprawdę paskudny dzień nie wyda­wała się zachę­ca­jąca. Joe ruszył kamien­nymi schod­kami do domu kapi­tana portu, prze­ska­ku­jąc po dwa stop­nie.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki