Opis

Książka to zbiór świetnych anegdot o wybitnych postaciach światowych i polskich. Przyjęto w niej układ alfabetyczny w prezentowaniu bohaterów anegdot. Na końcu zamieszczono notki biograficzne o występujących w anegdotach postaciach.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 303

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność

Podobne


Pro­jekt okład­ki

Anna M. Da­ma­sie­wicz

Ilu­stra­cja na okład­ce

Jean-Léon Gérôme, Pig­ma­lion i Ga­la­tea

Skład i ła­ma­nie

Emi­lia Ma­ria Po­sy­łek

Re­dak­cja tech­nicz­na

Grze­gorz Bo­ciek

Ko­rek­ta

Lau­ra Ryn­dak

Wy­da­nie I w tej edy­cji, Cho­rzów 2010

Wy­daw­ca: Vi­de­ograf Edu­ka­cja Sp. z o.o.

41-500 Cho­rzów, Ale­ja Har­cer­ska 3c

tel. 32-348-31-33, 32-348-31-35

fax 32-348-31-25

e-mail:of­fi­[email protected]­de­ograf.pl

Sklep in­ter­ne­to­wy: www.edu.vi­de­ograf.pl

www.vi­de­ograf.pl

© Vi­de­ograf Edu­ka­cja Sp. z o.o., Cho­rzów 2010

ISBN 978-83-7628-008-0

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

A

Wy­bit­ne­go po­li­ty­ka ateń­skie­go Al­cy­bia­de­sa za­py­tał je­den z przy­ja­ciół:

– Po­wiedz mi, cze­mu za­da­jesz się z he­te­rą Le­isą, sko­ro wia­do­mo, że ona cię wca­le nie ko­cha?

– Mój dro­gi – od­parł Al­cy­bia­des – wino i ryby tak­że mnie nie ko­cha­ją, a jed­nak mi sma­ku­ją.

*

Pe­wien ama­tor za­pro­po­no­wał mi­strzo­wi świa­ta Alek­san­dro­wi Ale­chi­no­wi ro­ze­gra­nie to­wa­rzy­skiej par­tii. Cham­pion wy­ra­ził zgo­dę, a kie­dy usta­wio­no fi­gu­ry, zdjął so­bie z sza­chow­ni­cy wie­żę. Jego part­ner obu­rzył się:

– Jak pan może da­wać mi fory, sko­ro pan mnie nie zna!

– Wła­śnie dla­te­go – uprzej­mie wy­ja­śnił Ale­chin.

*

Car Alek­san­der I Ro­ma­now otrzy­mał raz od bied­ne­go jesz­cze wte­dy po­ety Che­aple­ra to­mik po­ezji z de­dy­ka­cją. Po­dzię­ko­wał mu w ten spo­sób, że ka­zał zwią­zać set­kę bank­no­tów sto­ru­blo­wych na kształt książ­ki i – umie­ściw­szy na kar­cie ty­tu­ło­wej na­pis: „Po­ezje Alek­san­dra I” – po­słał ją Che­aple­ro­wi. Na­za­jutrz po­eta od­pi­sał:

„Po­ezje te po­do­ba­ły mi się tak bar­dzo, że pra­gnął­bym czym prę­dzej prze­czy­tać tom dru­gi”.

Po kil­ku dniach otrzy­mał to, o co pro­sił, jed­na­ko­woż na koń­cu prze­sył­ki od cara zna­la­zły się sło­wa:

„Ko­niec tomu dru­gie­go i ostat­nie­go”.

*

Kie­dy 4 kwiet­nia 1886 roku Dy­mitr Ka­ra­ko­zow do­ko­nał w Pe­ters­bur­gu nie­uda­ne­go za­ma­chu na ży­cie cara Alek­san­dra II, ten w pierw­szym po­ry­wie wy­krzyk­nął do poj­ma­ne­go:

– Ty Po­lak?

– Nie – od­parł Ka­ra­ko­zow.

– To za co? – za­py­tał zdu­mio­ny car.

*

W roku 1963 do Sta­nów przy­był z ofi­cjal­ną wi­zy­tą ce­sarz Etio­pii, Haj­le Sel­la­sje. Do re­cep­cji z jed­ne­go z ho­te­li w Fi­la­del­fii, w któ­rym za­trzy­mał się jego ce­sar­ska mość, pod­szedł pew­ne­go dnia mło­dy i ele­ganc­ki Mu­rzyn. Męż­czy­zna ten wy­ra­ził ży­cze­nie zło­że­nia wi­zy­ty do­stoj­ne­mu go­ścio­wi z Etio­pii.

– Dla­cze­go chce się pan zo­ba­czyć z ce­sa­rzem? – za­py­tał je­den z człon­ków ochro­ny.

– Chciał­bym so­bie zro­bić z nim wspól­ną fo­to­gra­fię – od­parł za­gad­nię­ty.

– Czy są­dzi pan – za­py­tał po­now­nie ktoś z ce­sar­skiej świ­ty – że to bę­dzie dla pana do­bra re­kla­ma?

– Nie – od­po­wie­dział ów ele­ganc­ki Mu­rzyn – ja uwa­żam, że to bę­dzie do­bra re­kla­ma dla ce­sa­rza.

Tym nie­co bez­czel­nym mło­dym czło­wie­kiem był Cas­sius Mar­cel­lus Clay, póź­niej­szy za­wo­do­wy mistrz świa­ta wszech­wag, zna­ny sze­rzej jako Mu­ham­mad Ali.

*

Pew­ne­go dniaMu­ham­mad Ali le­ciał sa­mo­lo­tem do No­we­go Jor­ku. Ste­war­de­sa po­pro­si­ła go o za­pię­cie pa­sów.

– Su­per­man nig­dy nie za­pi­na pa­sów – po­wie­dział bok­ser­ski mistrz świa­ta.

– Przede wszyst­kim to Su­per­man nie po­trze­bu­je sa­mo­lo­tu – od­rze­kła dow­cip­na ste­war­de­sa.

*

Przed me­czem o mi­strzo­stwo świa­ta z Mu­ham­ma­dem Alim pre­ten­dent do ty­tu­łu, Chuck We­pner, po­wie­dział do swej żony:

– Włóż naj­bar­dziej sek­sow­ną bie­li­znę, jaką masz, bo dziś w nocy bę­dziesz spa­ła z mi­strzem wagi cięż­kiej.

Nie­ste­ty, w ostat­niej, pięt­na­stej run­dzie po­je­dyn­ku We­pner był już tak po­roz­bi­ja­ny, że ar­bi­ter ode­słał go do na­roż­ni­ka.

– I co, mam iść te­raz do szat­ni Ale­go? – za­py­ta­ła go mał­żon­ka, kie­dy ob­ło­żo­ny wo­recz­ka­mi z lo­dem li­zał swo­je rany w szat­ni.

*

Jan Chri­stian An­der­sen ubie­rał się bar­dzo nie­dba­le. Pew­ne­go razu ja­kiś zło­śli­wiec za­py­tał:

– Ten ża­ło­sny przed­miot na pań­skiej gło­wie na­zy­wa pan ka­pe­lu­szem?

Wiel­ki ba­śnio­pi­sarz nie dał się wy­pro­wa­dzić z rów­no­wa­gi i spo­koj­nie od­po­wie­dział:

– A ten ża­ło­sny przed­miot pod pań­skim ka­pe­lu­szem na­zy­wa pan gło­wą?

*

Pa­me­li An­der­son za­rzu­ca­no wie­lo­krot­nie fakt, że pod­da­ła się ope­ra­cji po­więk­sze­nia pier­si. Któ­re­goś dnia zde­ner­wo­wa­na ak­tor­ka wy­pa­li­ła:

– To praw­da, mam si­li­ko­no­wy biust, a po­ło­wa Hol­ly­wo­od zro­bi­ła so­bie sztucz­ne twa­rze.

Le­żąc w szpi­ta­lu, szwedz­ka ak­tor­ka Bibi An­ders­son po­skar­ży­ła się le­ka­rzo­wi, że nie może za­snąć.

– Niech pani li­czy do stu – po­ra­dził jej le­karz.

Ak­tor­ka za­czę­ła li­czyć:

– Je­den, dwa, sie­dem, czte­ry…

– Nie po­tra­fi pani li­czyć nor­mal­nie?

– Co, bez su­fle­ra?

*

Wiel­ka dama pol­skiej sce­ny te­atral­nej, Nina An­drycz, na­gry­wa­ła przed laty spek­takl dla te­atru te­le­wi­zji, w któ­rym kre­owa­ła głów­ną rolę w Pani Bo­va­ryGu­sta­wa Flau­ber­ta. Rola ta wy­ma­ga­ła aż sze­ścio­krot­nej zmia­ny ko­stiu­mu. Nie chcąc tra­cić cza­su na wę­drów­ki do od­le­głej gar­de­ro­by, ar­tyst­ka wy­go­spo­da­ro­wa­ła so­bie miej­sce na prze­bie­ra­nie w ką­cie stu­dia.

Przy ko­lej­nej zmia­nie suk­ni spa­dła na­gle pro­wi­zo­rycz­na za­słon­ka słu­żą­ca za pa­ra­wan i pani Nina uka­za­ła się w stro­ju Ewy. Prze­ra­żo­na gar­de­ro­bia­na zdo­ła­ła krzyk­nąć do sto­ją­ce­go obok dy­żur­ne­go stra­ża­ka:

– Pro­szę się na­tych­miast od­wró­cić! Pani Nina jest naga!

– Mowy nie ma – od­po­wie­dział z ka­mien­ną twa­rzą stra­żak. – Ja je­stem tu służ­bo­wo!

*

– Jaką ko­bie­tę naj­bez­piecz­niej po­jąć za żonę? – za­py­ta­no kie­dyś Ary­sto­te­le­sa.

– Do­praw­dy nie wiem – od­po­wie­dział mę­drzec. – Gdy po­ślu­bisz pięk­ną, bę­dzie cię zdra­dzać; brzyd­ka z ko­lei nie bę­dzie ci się po­do­bać. Z ubo­gą cze­ka cię nę­dza, bo­ga­ta za­pa­nu­je nad tobą, głu­pia cię nie zro­zu­mie, a mą­dra zlek­ce­wa­ży. Naj­le­piej więc w ogó­le się nie że­nić.

*

Au­gust II Moc­ny sły­nął ze swej siły fi­zycz­nej. Bę­dąc pew­ne­go razu w po­dró­ży, za­je­chał do przy­droż­nej kuź­ni, żeby mu ko­wal pod­kuł ko­nia. Kie­dy pod­ko­wa zo­sta­ła już zro­bio­na, król wziął ją do ręki, zła­mał i od­rzu­ciw­szy na bok, po­wie­dział:

– Kiep­ska!

Kie­dy przy­szło do pła­ce­nia, wrę­czył jed­nak ko­wa­lo­wi ca­łe­go ta­la­ra, co na owe cza­sy było sumą do­syć znacz­ną. Ko­wal wziął mo­ne­tę, zła­mał ją w pal­cach i rzu­ciw­szy kró­lo­wi pod nogi, rzekł:

– Kiep­ska!

Po­dob­no za­sko­czo­ny Au­gust dał dow­cip­ne­mu ko­wa­lo­wi jesz­cze kil­ka ta­la­rów.

*

Król Au­gust II Moc­ny je­chał przez Pod­la­sie. Miej­sco­wi wie­śnia­cy nie mo­gli ta­kiej oka­zji prze­oczyć, nig­dy prze­cież mo­nar­chy nie wi­dzie­li. Tym­cza­sem Au­gust, zmę­czo­ny, za­snął w ką­cie ka­re­ty, a w oknie po­wo­zu po­ja­wi­ła się gło­wa wy­glą­da­ją­ce­go bul­do­ga.

– Jaki ten Naj­ja­śniej­szy Pan do psa po­dob­ny – sko­men­to­wał je­den z wi­dzów.

B

Jan Se­ba­stian Bach był dość nie­za­rad­ny i za­wsze we wszyst­kim wy­rę­czał się żoną. Gdy zmar­ła, za­krył twarz dłoń­mi i sie­dział za­szlo­cha­ny, nie­zdol­ny do ni­cze­go.

Wkrót­ce przy­był je­den z przy­ja­ciół, któ­ry obie­cał za­jąć się po­grze­bem i wspo­mniał de­li­kat­nie, że na po­chó­wek po­trzeb­ne będą pie­nią­dze. Wte­dy Bach od­po­wie­dział:

– W tej spra­wie mu­sisz zwró­cić się do mo­jej żony.

*

Pod­czas prze­pro­wa­dza­nia wy­wia­du pe­wien dzien­ni­karz zwró­cił się doLesz­ka Bal­ce­ro­wi­cza:

– Lu­dzie mó­wią, że dla pana czło­wiek nic nie zna­czy. Trosz­czy się pan tyl­ko o bu­dżet.

– Niech mó­wią! – po­wie­dział Bal­ce­ro­wicz – Bu­dżet na tym nie ucier­pi.

*

Sław­ny pi­sarz fran­cu­ski, Ho­no­ré de Bal­zac, przez więk­szą część ży­cia to­nął w dłu­gach. Pew­ne­go razu mo­le­sto­wał go je­den z wie­rzy­cie­li:

– Pa­nie Bal­zac, ja już dłu­żej cze­kać nie my­ślę! Pro­szę o na­tych­mia­sto­wy zwrot po­ży­czo­nej kwo­ty! Ju­tro mu­szę za­pła­cić pa­lą­cy dług!

– Co pan so­bie wła­ści­wie wy­obra­ża! – obu­rzył się pi­sarz. – Pan robi dłu­gi, a ja mam je pła­cić?

*

Pew­na wdo­wa zwie­rzy­ła się Bal­za­ko­wi, że za ty­dzień wy­cho­dzi po raz trze­ci za mąż.

– A któż jest tym szczę­śliw­cem? – za­py­tał.

– Fa­bry­kant win – po­chwa­li­ła się ko­bie­ta.

– No tak – mruk­nął pi­sarz. – Ci zna­ją się naj­le­piej na sta­rych rocz­ni­kach.

*

Po wy­pi­ciu kil­ku kie­lisz­ków ab­syn­tu Bal­zac opusz­czał bar. Kel­ner wy­biegł za nim i woła:

– Mi­strzu, pan za­po­mniał za­pła­cić!

– Wiem, dro­gi przy­ja­cie­lu, ja wła­śnie piję po to, żeby za­po­mnieć.

*

Bal­zac za­py­tał kie­dyś swe­go wy­daw­cę, czy ten wie­rzy w wę­drów­kę dusz.

– Oczy­wi­ście, dro­gi mi­strzu – od­parł za­py­ta­ny. – Wiem na przy­kład, że już kie­dyś by­łem osłem…

– Nie­moż­li­we! Kie­dy to było?

– Wte­dy, kie­dy po­ży­czy­łem panu pie­nią­dze na po­dróż do Ge­ne­wy, któ­rych mi pan do dziś nie zwró­cił.

*

Ar­tur Bar­ciś, ak­tor gra­ją­cy w se­ria­lu ko­me­dio­wym Mio­do­we lata rolę ka­na­la­rza, cze­kał kie­dyś na po­ciąg na war­szaw­skim Dwor­cu Cen­tral­nym. W pew­nym mo­men­cie pod­szedł do nie­go bar­dzo mile uśmie­cha­ją­cy się pan i po­wie­dział:

– Wi­tam ko­le­gę po fa­chu.

Bar­ciś nie miał pa­mię­ci do twa­rzy, ale był prze­ko­na­ny, że na pew­no gdzieś już spo­tkał tego ak­to­ra. Nie po­tra­fił jed­nak so­bie przy­po­mnieć, kie­dy, w ja­kich oko­licz­no­ściach i gdzie. Uda­jąc, że oczy­wi­ście go pa­mię­ta, przy­wi­tał się i spy­tał:

– A w ja­kim te­atrze pan te­raz wy­stę­pu­je?

– Ale ja nie pra­cu­ję w te­atrze, tyl­ko w ka­na­le – od­po­wie­dział zdu­mio­ny „ko­le­ga po fa­chu”.

*

Fran­cu­ska gwiaz­da fil­mo­wa Bri­git­te Bar­dot, wiel­ka mi­ło­śnicz­ka zwie­rząt i obroń­czy­ni ich praw, otrzy­ma­ła kie­dyś list od do­mi­ni­ka­ni­na M.D. Bo­uy­era:

– Prze­cho­dzisz z rąk do rąk, z łóż­ka do łóż­ka, przy­się­gasz wier­ność na całe ży­cie, a po roku zmie­niasz zda­nie i od cza­su do cza­su ro­nisz łzy nad lo­sem zwie­rząt. Dro­ga Bri­git­te! Nie­za­leż­nie od tego, czy w Nie­go wie­rzysz, czy nie, Bóg wy­ba­czy ci krzyw­dy, ja­kie nam wy­rzą­dzasz.

*

Pe­wien dzien­ni­karz za­py­tał kie­dyś Bri­git­te Bar­dot, czy wsty­dzi się ro­ze­brać przed le­ka­rzem.

– A dla­cze­go mia­ła­bym się wsty­dzić? – od­par­ła ak­tor­ka. – Prze­cież le­karz to też męż­czy­zna.

*

Bri­git­te Bar­dot po­ja­wi­ła się pew­ne­go razu w ko­stiu­mie bi­ki­ni na pla­ży, gdzie obo­wią­zy­wa­ły ko­stiu­my jed­no­czę­ścio­we.

– Pro­szę pani – zwró­cił jej uwa­gę funk­cjo­na­riusz. – W tym miej­scu moż­na się opa­lać tyl­ko w jed­no­czę­ścio­wym stro­ju.

– Nie ma pro­ble­mu – uśmiech­nę­ła się fran­cu­ska gwiaz­da. – Któ­rą część mam więc zdjąć, górę czy dół?

*

Gra­ży­na Barsz­czew­ska gra­ła kie­dyś cho­rą na stward­nie­nie roz­sia­ne wio­lon­cze­list­kę w sztu­ce Solo na dwa gło­sy w kra­kow­skim Te­atrze STU. Part­ne­ru­ją­cy jej Edward Dzie­woń­ski po­my­lił w pew­nym mo­men­cie na­zwę po­trzeb­ne­go cho­rej leku, pe­pry­zy­ny.

– Ależ to po­win­na być pe­po­ry­zy­na! – roz­legł się ja­kiś obu­rzo­ny głos z wi­dow­ni, na­le­żą­cy za­pew­ne do le­ka­rza bądź ap­te­ka­rza.

Na sali za­pa­no­wa­ła ci­sza, na szczę­ście pani Gra­ży­na bły­ska­wicz­nie wy­brnę­ła z sy­tu­acji, krzy­cząc:

– To ty, oka­zu­je się, źle mnie le­czysz!

*

Jo­an­na Bar­tel za­py­ta­ła kie­dyś ko­kie­te­ryj­nie swo­je­go nie­miec­kie­go męża, Lut­za:

– Ko­chasz mnie?

– Tak – usły­sza­ła od­po­wiedź.

– A dla­cze­go wła­ści­wie mnie ko­chasz? – do­cie­ka­ła da­lej.

– Bo mi nie fil­cu­jesz mo­ich kasz­mi­ro­wych swe­trów – wy­ja­śnił Lutz.

*

Król Ste­fan Ba­to­ry, jak wia­do­mo, nie znał ję­zy­ka pol­skie­go, na­to­miast świet­nie mó­wił po ła­ci­nie. Pew­ne­go razu za­gad­nął ar­cy­bi­sku­pa lwow­skie­go:

– Jak­że ty, księ­że, zo­sta­łeś bi­sku­pem w Ko­ście­le ła­ciń­skim, kie­dy mało co umiesz po ła­ci­nie?

– Tak jak Wa­sza Kró­lew­ska Mość kró­lem w Pol­sce, choć po pol­sku nie umiesz – od­po­wie­dział ar­cy­bi­skup.

*

Za­py­ta­no kie­dyś War­re­na Be­at­ty, jaka jest naj­lep­sza pora na za­war­cie związ­ku mał­żeń­skie­go.

– Po­łu­dnie – od­parł ak­tor.

– Dla­cze­go po­łu­dnie? – zdzi­wił się py­ta­ją­cy.

– Bo je­że­li zwią­zek nie zo­sta­nie jed­nak za­war­ty, to wów­czas jesz­cze nie cały dzień bę­dzie stra­co­ny…

*

Lu­dwig van Beetho­ven miał dwóch bra­ci. Jed­ne­mu z nich, Jo­han­no­wi, uda­ło się dzię­ki spry­to­wi i ob­rot­no­ści zdo­być dość spo­ry ma­ją­tek. Ku­piw­szy po­sia­dłość ziem­ską, któ­ra za­pew­nia­ła mu – jak są­dził – wy­so­ki sta­tus spo­łecz­ny, pod­pi­sał kart­kę z ży­cze­nia­mi do Lu­dwi­ga w spo­sób na­stę­pu­ją­cy: „Jo­hann van Beetho­ven, wła­ści­ciel dóbr”.

Wkrót­ce otrzy­mał po­dzię­ko­wa­nia wraz z pod­pi­sem: „Lu­dwig van Beetho­ven, wła­ści­ciel ro­zu­mu”.

*

Lu­dwig van Beetho­ven, po wy­słu­cha­niu kil­ku utwo­rów ode­gra­nych na for­te­pia­nie przez pew­ne­go mło­de­go pia­ni­stę ma­ją­ce­go do­sko­na­łe mnie­ma­nie o swo­ich zdol­no­ściach mu­zycz­nych, rzekł:

– Sza­now­ny pa­nie, musi pan jesz­cze bar­dzo dłu­go grać, za­nim pan zro­zu­mie, że grać pan nie po­tra­fi.

*

– Mi­strzu, czy pan był cho­ry? – za­py­tał van Beetho­ve­na zna­jo­my. – Tak daw­no pana nie wi­dzia­łem.

– Ja nie – od­po­wie­dział kom­po­zy­tor – lecz moje buty. A po­nie­waż po­sia­dam tyl­ko jed­ną parę, dla­te­go w cza­sie ich ku­ra­cji sie­dzia­łem w domu.

*

Lu­dwig van Beetho­ven od­wie­dził pew­ną ko­bie­tę. Pod­czas wi­zy­ty zdjął ma­ry­nar­kę i za­siadł do for­te­pia­nu. Za­le­d­wie zdą­żył za­grać kil­ka tak­tów, ma­ry­nar­ka upa­dła na pod­ło­gę. Pod­niósł ją syn pani domu i za­czął czy­ścić szczot­ką. W pew­nej chwi­li kom­po­zy­tor wstał i chwy­ciw­szy swe okry­cie, rzekł:

– Chłop­cze, sko­ro już czy­ścisz jak gram, to przy­najm­niej czyść do tak­tu!

*

Beetho­ven zo­stał pew­ne­go razu za­pro­szo­ny do kon­ser­wa­to­rium, by wy­dać opi­nię o grze ja­kie­goś pia­ni­sty. Gdy mło­dy czło­wiek za­koń­czył swój po­pis, Beetho­ven wes­tchnął głę­bo­ko i po­wie­dział:

– Tak, za­wsze mó­wi­łem, że sło­nie to bar­dzo nie­bez­piecz­ne zwie­rzę­ta.

– Ależ mi­strzu – za­wo­łał zdu­mio­ny pia­ni­sta – co wspól­ne­go mają sło­nie z mu­zy­ką?

– Sło­nie do­star­cza­ją kłów, z któ­rych robi się kla­wi­sze do for­te­pia­nów – wy­ja­śnił kom­po­zy­tor.

*

Gdy Lu­dwig van Beetho­ven był u szczy­tu sła­wy, pew­na dama za­py­ta­ła go, dla­cze­go się nie żeni. Kom­po­zy­tor od­po­wie­dział:

– Dro­ga pani, je­stem taki brzyd­ki, że żad­na ko­bie­ta nie wy­ra­zi­ła do­tąd chę­ci zo­sta­nia moją żoną. A gdy­by na­wet zna­la­zła się taka, to i tak nie oże­nił­bym się z nią, bo nie lu­bię ko­biet o złym gu­ście.

*

Van Beetho­ven i Go­ethe uda­li się pew­ne­go razu na wspól­ną prze­chadz­kę. Nie­ste­ty, wszę­dzie na­po­ty­ka­li in­nych spa­ce­ro­wi­czów, któ­rzy kła­nia­li im się z wiel­kim sza­cun­kiem, prze­szka­dza­jąc jed­nak w roz­mo­wie. W koń­cu znie­cier­pli­wio­ny Go­ethe mruk­nął:

– Ja­kież to mę­czą­ce. Nig­dzie nie mogę schro­nić się przed tymi ho­no­ra­mi.

– Ależ pro­szę się tak nie de­ner­wo­wać – od­po­wie­dział z uśmie­chem Beetho­ven. – Bar­dzo moż­li­we, że te ho­no­ry prze­zna­czo­ne są dla mnie.

*

Na uro­czy­stość od­sło­nię­cia po­mni­ka Lu­dwi­ka van Beetho­ve­na w Bonn w roku 1845 przy­by­ła mię­dzy in­ny­mi kró­lo­wa an­giel­ska, Wik­to­ria oraz król pru­ski, Wil­helm IV.

Kie­dy wśród śpie­wów i mu­zy­ki ścią­gnię­to z po­mni­ka za­sło­nę, król wy­buch­nął wiel­kim śmie­chem, gdyż wiel­ki kom­po­zy­tor był od­wró­co­ny do kró­lew­skiej pary… tyl­ną czę­ścią cia­ła. Aby ura­to­wać to fa­tal­ne nie­do­pa­trze­nie, je­den z or­ga­ni­za­to­rów pod­szedł szyb­ko do go­ści i po­wie­dział:

– Do­stoj­ni go­ście! Wia­do­mo po­wszech­nie, że Beetho­ven był wiel­kim mu­zy­kiem, ale wia­do­mo i to, że był jesz­cze więk­szym gru­bia­ni­nem, co oka­zał na­wet po śmier­ci…

*

Kar­dy­nał Jo­seph Rat­zin­ger, póź­niej­szy pa­pież Be­ne­dykt XVI, sły­nął za­wsze z tech­nicz­ne­go an­ty­ta­len­tu; zro­bie­nie zwy­kłe­go pra­wa jaz­dy na przy­kład nig­dy nie przy­szło mu na­wet do gło­wy. Na jed­nym z ba­war­skich „fe­stów” jako gość ho­no­ro­wy miał otwie­rać becz­kę piwa.

– O nie, niech to zro­bi ktoś inny – roz­legł się w pew­nym mo­men­cie czyjś prze­ra­żo­ny głos. – Jak Rat­zin­ger otwo­rzy, zo­sta­nie nam po­ło­wa!

*

Sfru­stro­wa­ny po peł­nym na­pięć dniu zna­ko­mi­ty ak­tor Lu­dwik Be­no­it wpadł do Klu­bu Ak­to­ra. Pod­szedł do baru, przy któ­rym bez­tro­sko drze­mał prze­wie­szo­ny przez blat męż­czy­zna. Mło­dy czło­wiek był kom­plet­nie pi­ja­ny, ale na jego twa­rzy ma­lo­wał się wy­raz ta­kiej bło­go­ści, że ak­tor, spoj­rzaw­szy nań, wes­tchnął i po­pro­sił bez wa­ha­nia:

– Pa­nie bar­man, dla mnie to samo!

*

Zna­na ma­lar­ka i ilu­stra­tor­ka Maja Be­re­zow­ska do­sta­ła ata­ku wy­rost­ka ro­bacz­ko­we­go. Przed ope­ra­cją pyta le­ka­rza:

– Pa­nie dok­to­rze, czy ten szew bę­dzie wi­docz­ny?

– O, to już za­le­ży tyl­ko od pani.

*

Mło­dy, po­cząt­ku­ją­cy kom­po­zy­tor pre­zen­to­wał pew­ne­go razu swe utwo­ry przed Hec­to­rem Ber­lio­zem.

– Będę z pa­nem zu­peł­nie szcze­ry – po­wie­dział Ber­lioz po wy­słu­cha­niu. – Nie ma pan za grosz ta­len­tu. Ra­dzę obrać so­bie ja­kiś inny za­wód.

Zroz­pa­czo­ny i za­ła­ma­ny mło­dy czło­wiek od­da­lił się bez sło­wa.

– Niech pan za­cze­ka – do­biegł go głos Ber­lio­za, gdy był już na scho­dach. – Mu­szę jesz­cze do­dać, że kie­dy by­łem w pań­skim wie­ku, po­wie­dzia­no mi mniej wię­cej to samo.

*

Pew­ne­go nie­zbyt zdol­ne­go mło­de­go wir­tu­oza po­pro­szo­no o wpi­sa­nie się do al­bu­mu pa­miąt­ko­we­go. Nie wie­dząc, co na­pi­sać, sko­rzy­stał z obec­no­ści Hec­to­ra Ber­lio­za i za­py­tał:

– Mi­strzu! Co krót­kie­go wpi­sać do al­bu­mu mo­jej wiel­bi­ciel­ce?

– Naj­le­piej wpisz pan swój re­per­tu­ar – po­ra­dził kom­po­zy­tor.

*

Na kon­cer­cie mu­zy­ki Ber­lio­za wy­ko­na­no mię­dzy in­ny­mi marsz ża­łob­ny. Był on jed­nak tak dłu­gi, że znu­dzo­na pu­blicz­ność za­czę­ła w koń­cu zie­wać. Wresz­cie sie­dzą­cy obok kom­po­zy­to­ra je­den z jego przy­ja­ciół za­py­tał Ber­lio­za de­li­kat­nie:

– Mi­strzu, da­le­ko jesz­cze do cmen­ta­rza?

*

– Mi­strzu, czy rze­czy­wi­ście sto­su­je się pan w ży­ciu do tych wszyst­kich za­sad, któ­re gło­si pan w swo­ich książ­kach? – za­py­tał kie­dyś Tri­sta­na Ber­nar­da jego szewc.

– A czy pan nosi wszyst­kie buty i pan­to­fle, któ­re pan uszy­je? – od­po­wie­dział py­ta­niem na py­ta­nie pi­sarz.

*

Tri­stan Ber­nard roz­ma­wiał ze swym głę­bo­ko wie­rzą­cym przy­ja­cie­lem o wskrze­sze­niu Ła­za­rza.

– Mu­sisz jed­nak przy­znać – po­wie­dział przy­ja­ciel – że obec­nie nie mo­gło­by się zda­rzyć, by umar­ły wstał z gro­bu.

– Oczy­wi­ście – od­parł Ber­nard. – Od tego cza­su me­dy­cy­na zro­bi­ła tak wiel­kie po­stę­py…

*

Na pew­nym przy­ję­ciu Rot­schild zwró­cił się do Tri­sta­na Ber­nar­da:

– Mó­wio­no mi, że jest pan bar­dzo za­baw­ny. Czy ze­chciał­by mnie pan za­ba­wić?

– Ja zaś sły­sza­łem, że pan jest bar­dzo bo­ga­ty. Czy ze­chciał­by pan po­da­ro­wać mi 500 000 000 fran­ków?

*

Do Tri­sta­na Ber­nar­da za­dzwo­nił kie­dyś dy­rek­tor ban­ku:

– Ogrom­nie mi przy­kro, ale mu­szę pana po­wia­do­mić, że pań­skie kon­to w na­szym ban­ku jest ujem­ne i wy­no­si mi­nus dwa­na­ście ty­się­cy fran­ków.

– A ja­kie było moje kon­to w ubie­głym mie­sią­cu?

– Miał pan u nas dwa­dzie­ścia ty­się­cy fran­ków.

– No wi­dzi pan. Kie­dy pan był mi wi­nien pie­nią­dze, ja nie nie­po­ko­iłem pana te­le­fo­na­mi.

*

Na przy­ję­ciu po­ru­sza­no te­mat nie­ba i pie­kła. Pew­na pani zwró­ci­ła się do Tri­sta­na Ber­nar­da:

– A dla­cze­go pan nie za­bie­ra gło­su w dys­ku­sji?

– Pro­szę mi wy­ba­czyć, ale je­stem zmu­szo­ny ko­niecz­no­ścią: mam przy­ja­ciół po obu stro­nach.

*

Przy­ja­ciel za­pro­po­no­wał Tri­sta­no­wi Ber­nar­do­wi prze­jażdż­kę sa­mo­cho­dem. Nie bę­dąc jed­nak­że naj­lep­szym kie­row­cą, ude­rzył w przy­droż­ne drze­wo. Wi­dząc, że szczę­śli­wie nikt nie zo­stał ran­ny, pi­sarz ze spo­ko­jem zwró­cił się do przy­ja­cie­la:

– Po­wiedz mi, mój dro­gi, w jaki spo­sób za­trzy­mu­jesz sa­mo­chód, je­że­li na dro­dze nie ma drzew?

*

Tri­stan Ber­nard za­pro­sił kie­dyś księż­nicz­kę Ilo­nę na spa­cer.

– Bar­dzo je­stem panu wdzięcz­na – po­wie­dzia­ła za­lot­nie mło­da księż­nicz­ka. – Jed­nak­że, jak panu wia­do­mo, ostroż­ność jest mat­ką mą­dro­ści.

– Ma pani ra­cję, ale mimo to zo­sta­ła mat­ką.

*

Tri­stan Ber­nard jadł kie­dyś obiad na Ri­wie­rze w jed­nej z naj­droż­szych re­stau­ra­cji. Kie­dy kel­ner przy­niósł mu ra­chu­nek, Ber­nard za­pła­cił i ka­zał we­zwać wła­ści­cie­la re­stau­ra­cji. Ten zja­wił się na­tych­miast. Ber­nard za­py­tał:

– Pan jest wła­ści­cie­lem tej re­stau­ra­cji?

– Tak, ja.

– W ta­kim ra­zie niech pan mnie moc­no uści­ska, bo już nig­dy mnie pan tu nie zo­ba­czy.

*

Do pra­cow­ni zna­ne­go z roz­tar­gnie­nia Tri­sta­na Ber­nar­da wpadł wcze­snym ran­kiem jego se­kre­tarz i ogrom­nie wzbu­rzo­ny za­wo­łał:

– Nie­sły­cha­ne! Po­ran­na pra­sa do­nio­sła o pań­skiej śmier­ci!

– Pro­szę po­słać kwia­ty – od­parł Ber­nard, nie od­ry­wa­jąc się od pra­cy.

*

Bę­dąc pew­ne­go razu w to­wa­rzy­stwie zna­ne­go prze­my­słow­ca, Tri­stan Ber­nard za­pro­po­no­wał mu dla od­prę­że­nia grę w gol­fa.

– Nie, dzię­ku­ję – od­parł za­gad­nię­ty. – Raz już gra­łem, ale mi się nie spodo­ba­ło.

– To może na­pi­je­my się whi­sky? – za­py­tał pi­sarz.

– Nie, dzię­ku­ję – pa­dła od­po­wiedź – raz już pi­łem i mi nie sma­ko­wa­ło.

– A może za­pa­li­my cy­ga­ro?

– Nie, dzię­ku­ję, raz już pa­li­łem i wca­le mi nie przy­pa­dło do gu­stu.

W tym mo­men­cie do ga­bi­ne­tu prze­my­słow­ca wszedł jego syn i po­wie­dział:

– Tato, mama cze­ka już na dole.

– To mój syn, Marc – po­chwa­lił się przed­się­bior­ca.

– Niech zgad­nę – uśmiech­nął się Ber­nard. – Z pew­no­ścią je­dy­nak.

*

Pe­wien mło­dy ma­larz za­py­tał razTri­sta­na Ber­nar­da, co są­dzi o jego ostat­nim ob­ra­zie.

– Bar­dzo do­bra tech­ni­ka – po­chwa­lił go pi­sarz.

– I nic wię­cej nie może pan o nim po­wie­dzieć? – na­le­gał ma­larz. – A wie pan na przy­kład, że wczo­raj sprze­da­łem go za 500 fran­ków?!

– A, to już praw­dzi­wa sztu­ka!

*

Tri­stan Ber­nard po­szedł kie­dyś z żoną do te­atru obej­rzeć sztu­kę na­pi­sa­ną przez jego przy­ja­cie­la. Sztu­ka była tak nud­na, że po pierw­szym ak­cie Ber­nard pod­niósł się z miej­sca i skie­ro­wał ku drzwiom.

– Nie wy­chodź te­raz – sy­czy żona. – Przy­sła­no nam za­pro­sze­nia i choć­by przez grzecz­ność po­win­ni­śmy zo­stać do koń­ca.

– Do­brze – od­po­wia­da pi­sarz, ale w po­ło­wie dru­gie­go aktu zno­wu kie­ru­je się do wyj­ścia.

– Do­kąd zno­wu idziesz? – szep­ce żona.

– Do kasy. Chcę ku­pić bi­let, żeby móc opu­ścić te­atr jak każ­dy nor­mal­ny widz.

*

– Mi­strzu, jak się panu po­do­ba­ją moje nowe wier­sze? – za­py­tał Tri­sta­na Ber­nar­da pe­wien mło­dy po­eta.

– Są wśród nich dwa ta­kie, któ­rych z pew­no­ścią nie mógł­by na­pi­sać ani Go­ethe, ani By­ron.

– Pan mi schle­bia – za­czer­wie­nił się po­eta. – A dla­cze­go oni nie mo­gli­by tego na­pi­sać?

– Bo je­den wiersz jest o ra­diu, a dru­gi o ki­nie…

*

Ban­kier po­ka­zu­je Tri­sta­no­wi Ber­nar­do­wi ko­lek­cję ob­ra­zów. Wska­zu­jąc na swój por­tret na­tu­ral­nej wiel­ko­ści, na­ma­lo­wa­ny przez mod­ne­go ar­ty­stę, zwra­ca się do swe­go zna­ko­mi­te­go go­ścia:

– Jak go pan znaj­du­je?

– Nie­zły, tyl­ko poza nie­na­tu­ral­na.

– Dla­cze­go?

– Bo pan trzy­ma rękę we wła­snej kie­sze­ni.

*

W cza­sie swe­go po­by­tu w War­sza­wie sław­na ak­tor­ka Sa­rah Bern­hardt spo­tka­ła na przy­ję­ciu u Lu­dwi­ko­stwa Gros­sma­nów gwiaz­dę sce­ny pol­skiej, He­le­nę Mo­drze­jew­ską. W pew­nym mo­men­cie go­spo­darz zwró­cił się do pani He­le­ny z na­stę­pu­ją­cą proś­bą:

– Nasz gość z Pa­ry­ża nig­dy nie sły­szał pięk­na dźwię­ku na­szej mowy. Czy może być lep­sza oka­zja, niż wy­słu­cha­nie pani re­cy­ta­cji?

Po wy­słu­cha­niu jej, gdy prze­brzmia­ły ostat­nie sło­wa, Sa­rah Bern­hardt z za­chwy­tem po­dzię­ko­wa­ła swej zna­ko­mi­tej ko­le­żan­ce.

– Tak bar­dzo po­do­ba się pani pol­ska mowa? – za­py­tał ją nie­co póź­niej je­den z go­ści.

– Bar­dzo. Zu­peł­nie jak gdy­by ktoś gryzł zę­ba­mi szkło.

*

Sa­rah Bern­hardt za­py­ta­ła swo­ją ko­le­żan­kę po fa­chu:

– Ma­da­me, jak się uszmin­ko­wać na sta­rą ko­bie­tę?

– Cał­kiem pro­sto, ma­da­me – od­rze­kła ko­le­żan­ka – wy­star­czy tyl­ko lek­ko ze­trzeć pu­der.

*

Han­ka Bie­lic­ka od­wie­dzi­ła kie­dyś w Chi­ca­go klub po­lo­nij­ny „Po­lo­nez”. Wi­dząc, że bar­man­ka wita ją z da­le­ka pro­mien­nym uśmie­chem, za­py­ta­ła przy­mil­nie:

– Zda­je się, że mnie po­zna­jesz, dzie­cin­ko?

– Ależ oczy­wi­ście – usły­sza­ła w od­po­wie­dzi. – Pani jest ta Ćwi­kliń­ska albo Bie­lic­ka, bo któ­raś z was nie żyje!

*

Nie jest dla ni­ko­go ta­jem­ni­cą, że szyb­kość, z jaką wy­rzu­ca­ła z sie­bie sło­wa Han­ka Bie­lic­ka, mo­gła kon­ku­ro­wać z ka­ra­bi­nem ma­szy­no­wym. Nie­od­ża­ło­wa­ny im­por­ter pol­skich ar­ty­stów zza oce­anu, Jan Wo­je­wód­ka, zwa­ny rów­nież z ra­cji swe­go roz­ma­chu „Ja­siem Ry­zy­kan­tem”, po­pro­sił kie­dyś pa­nią Han­kę:

– Ha­nuch­no, bła­gam cię, mów wol­niej, bo w swo­im mo­no­lo­gu je­steś już przy pią­tym dow­ci­pie, a pu­blicz­ność śmie­je się do­pie­ro z pierw­sze­go.

*

Han­ka Bie­lic­ka gra­ła kie­dyś w Ich czwo­ro Ga­brie­li Za­pol­skiej. Do roli có­recz­ki przy­ję­to mło­dą dziew­czy­nę, kom­plet­ną ama­tor­kę. W pew­nym mo­men­cie pani Han­ka za­uwa­ży­ła, że pa­nien­ce spod pe­rucz­ki wy­to­czy­ła się kro­pla krwi. W an­trak­cie spy­ta­ła ją o po­wód zra­nie­nia. Oka­za­ło się, że jest ono wy­ni­kiem nie­wła­ści­we­go przy­szpi­le­nia pe­ru­ki do na­sto­let­niej głów­ki.

– No to cze­mu nie re­ago­wa­łaś? – za­py­ta­ła ze zdzi­wie­niem Bie­lic­ka.

– My­śla­łam – od­rze­kło dziew­czę z po­wa­gą – że ar­ty­ści mu­szą cier­pieć.

*

Zmon­to­waw­szy sil­ną gru­pę ar­ty­stycz­ną, Han­ka Bie­lic­ka ru­szy­ła z kon­cer­ta­mi za oce­an. Ar­tyst­ka była sze­fo­wą i go­spo­dy­nią pro­gra­mu za­ra­zem. Było wspa­nia­le, ale kie­dyś w dłu­giej tra­sie ze­psu­ło się w mi­kro­bu­sie ogrze­wa­nie. Mar­z­ną­cy ar­ty­ści się­gnę­li po wy­pró­bo­wa­ny w ta­kich sy­tu­acjach śro­dek. Od fo­te­la do fo­te­la za­czę­ła krą­żyć spo­rych roz­mia­rów bu­tel­ka ogni­stej wody.

– Kto ku­pił tę wód­kę? – roz­legł się w pew­nym mo­men­cie gło­śny wrzask sze­fo­wej.

W au­to­bu­si­ku za­le­gła mar­twa ci­sza.

– Ja! – ty­leż de­spe­rac­ko, co buń­czucz­nie wy­krzyk­nął Ro­man Kło­sow­ski, czło­wiek wiel­kiej cy­wil­nej od­wa­gi.

– No to niech ci Bóg da zdro­wie – roz­le­gło się z fo­te­la sze­fo­wej.

*

Kie­row­nik dzia­łu kul­tu­ral­ne­go ty­go­dni­ka „Po­li­ty­ka”, Zdzi­sław Pie­tra­sik, za­py­tał re­dak­to­ra na­czel­ne­go Jana Bi­ja­ka, do ja­kiej ru­bry­ki dać wia­do­mość o przy­zna­niu Je­rze­mu Pu­tra­men­to­wi na­gro­dy li­te­rac­kiej.

– Daj pan do kro­ni­ki „nie­szczę­śli­we wy­pad­ki” – krót­ko od­po­wie­dział re­dak­tor Bi­jak.

*

Na jed­nym ze spo­tkań z pu­blicz­no­ścią pe­wien pan skar­żył się Je­rze­mu Biń­czyc­kie­mu, że jego syn po­dob­ny jest do To­masz­ka Nie­chci­ca z Nocy i dni, któ­re­go fil­mo­wym oj­cem był wła­śnie Biń­czyc­ki.

– Niech mi pan po­wie – za­py­tał w koń­cu – jak to było z To­masz­kiem? Wy­rósł osta­tecz­nie na uczci­we­go czło­wie­ka, czy nie?

– Nie­ste­ty, nie wiem – od­parł Biń­czyc­ki – bo wi­dzi pan, ja już w dwu­na­stym od­cin­ku umie­ram.

*

Otto von Bi­smarck, póź­niej­szy kanc­lerz zjed­no­czo­ne­go ce­sar­stwa nie­miec­kie­go, po zda­niu w roku 1835 eg­za­mi­nu z pra­wa, zo­stał apli­kan­tem w są­dzie miej­skim w Ber­li­nie. Pew­ne­go razu na­tra­fił na bar­dzo aro­ganc­kie­go świad­ka. Wy­bu­cho­wy z na­tu­ry Bi­smarck za­czął na nie­go krzy­czeć:

– Mil­czeć, albo każę was na­tych­miast wy­rzu­cić!

W tym aku­rat mo­men­cie na salę wszedł sę­dzia i po­kle­paw­szy apli­kan­ta po ra­mie­niu, rzekł uspo­ka­ja­ją­co:

– No, no, spo­koj­nie, pa­nie ko­le­go… Prze­cież to jed­nak moja rzecz wy­rzu­cać za drzwi.

Kie­dy świa­dek na­brał w związ­ku z tym pew­no­ści i zno­wu za­czął się za­cho­wy­wać bez­czel­nie, Bi­smarck ryk­nął:

– Mil­czeć! Bo każę was przez sę­dzie­go wy­rzu­cić!

*

Po odej­ściu z ze­spo­łu 2 + 1 Elż­bie­ty Dmoch, jej miej­sce za­ję­ła Ur­szu­la Bla­szyń­ska. Sta­ra­ła się nie zmie­niać in­ter­pre­ta­cji sta­rych szla­gie­rów, śpie­wa­ła za­tem po­dob­nie do nie­gdy­siej­szej wo­ka­list­ki, lecz na tym wła­ści­wie po­do­bień­stwo obu pań się koń­czy­ło. No, może tyl­ko ko­lor wło­sów mia­ły nie­co zbli­żo­ny.

Po jed­nym z kon­cer­tów do pani Ur­szu­li, do jej gar­de­ro­by wkro­czył je­go­mość z bu­kie­tem kwia­tów oraz wy­ra­za­mi wdzięcz­no­ści:

– Nic się pani nie zmie­ni­ła przez te lata, pani Elu – po­wie­dział. – Głos taki świe­ży i cią­gle świet­nie pani wy­glą­da!

– Ależ ja nie je­stem pa­nią Elą – za­pro­te­sto­wa­ła Bla­szyń­ska.

– Za­wsze wie­dzia­łem, że je­steś bez­po­śred­nia – zdzi­wił się je­go­mość. – Ale żeby tak bez żad­nych ce­re­gie­li przejść na ty. Elu, to ta­kie rzad­kie wśród ar­ty­stów!

*

W cza­sie po­by­tu w Szwe­cji fi­zyk duń­ski, lau­re­at Na­gro­dy No­bla, Niels Bohr, wy­szedł ze swo­imi przy­ja­ciół­mi na dwo­rzec, na­prze­ciw bra­tu. Na dwor­cu ku­pił dla wszyst­kich pe­ro­nów­ki (bi­le­ty upo­waż­nia­ją­ce przed laty do wstę­pu na pe­ron) i wiel­ce za­chwy­cił się spo­so­bem ich sprze­da­ży.

– U nas, w Da­nii, są elek­trycz­ne au­to­ma­ty bi­le­to­we – po­wie­dział. – A tu, za­nim wrzu­ci się mo­ne­tę, trze­ba wejść na małą plat­for­mę. W ten spo­sób au­to­mat uru­cha­mia się siłą cięż­ko­ści, nie zu­ży­wa­jąc dro­giej ener­gii elek­trycz­nej.

Kie­dy jed­nak Bohr z przy­ja­ciół­mi pod­szedł do wej­ścia na pe­ron, kon­tro­ler nie wpu­ścił ich.

– To nie są pe­ro­nów­ki – wy­ja­śnił. – To bi­le­ty wagi au­to­ma­tycz­nej.

*

Pe­wien mło­dy fi­zyk, zna­la­zł­szy się w pra­cow­ni Nie­lsa Boh­ra, za­uwa­żył przy­bi­tą nad drzwia­mi pod­ko­wę:

– Czyż­by pan był prze­sąd­ny, pa­nie pro­fe­so­rze? – za­py­tał ze zdu­mie­niem.

– Nic po­dob­ne­go – wy­ja­śnił po­śpiesz­nie wiel­ki uczo­ny.

– Sły­sza­łem tyl­ko, że to przy­no­si szczę­ście na­wet wte­dy, kie­dy czło­wiek w te głup­stwa nie wie­rzy.

*

W cza­sie swych stu­diów w Ge­tyn­dze Niels Bohr źle przy­go­to­wał się do ja­kie­goś ko­lo­kwium i re­fe­rat wy­padł bar­dzo sła­bo. Jed­nak nie stra­cił re­zo­nu, skoń­czył wy­kład i z uśmie­chem po­wie­dział:

– Tyle tu wy­słu­cha­łem kiep­skich re­fe­ra­tów, że pro­szę uwa­żać mój dzi­siej­szy za ze­mstę.

*

Na ze­bra­niu war­szaw­skie­go od­dzia­łu Związ­ku Li­te­ra­tów Pol­skich pe­wien pi­sarz zo­stał przez ko­le­gów nie­mi­ło­sier­nie skry­ty­ko­wa­ny. Roz­ża­lo­ny po­szedł do ka­wiar­ni związ­ko­wej, gdzie na­tknął się na Ta­de­usza Bo­row­skie­go.

– Co te­raz pi­szesz, Sta­siu? – za­py­tał Bo­row­ski.

– Gów­no! – od­parł za­gad­nię­ty.

– To wiem – kiw­nął gło­wą Bo­row­ski. – Ale pod ja­kim ty­tu­łem?

*

Olga Bo­znań­ska, pol­ska ma­lar­ka im­pre­sjo­nist­ka, zgło­si­ła się do le­ka­rza, na­rze­ka­jąc na sil­ny roz­strój ner­wo­wy. Le­karz za­le­cił jej die­tę, uni­ka­nie pod­niet, pi­cia al­ko­ho­lu i pa­le­nia.

– Niech pani rów­nież trzy­ma się z da­le­ka od osób, któ­re dzia­ła­ją pani na ner­wy – do­dał na ko­niec. – I pro­szę zgło­sić się za dwa ty­go­dnie.

Mi­nął mie­siąc, lecz ar­tyst­ka nie po­ja­wi­ła się. W koń­cu le­karz spo­tkał ją przy­pad­ko­wo i pyta:

– Dla­cze­go pani nie przy­szła?

– Prze­cież mia­łam trzy­mać się z da­le­ka od lu­dzi, któ­rzy dzia­ła­ją mi na ner­wy.

*

Wra­ca­jąc kie­dyś ze spa­ce­ru, Jo­han­nes Brahms i to­wa­rzy­szą­cy mu przy­ja­ciel za­trzy­ma­li się przed do­mem kom­po­zy­to­ra.

– Tu­taj po two­jej śmier­ci – po­wie­dział przy­ja­ciel – zo­sta­nie umiesz­czo­na ta­bli­ca…

– A jak­że, a jak­że – prze­rwał mu Brahms. – Z na­pi­sem: Miesz­ka­nie do wy­na­ję­cia.

*

Brahmsza­py­ta­ny kie­dyś, w jaki spo­sób uda­je mu się two­rzyć tak na­tchnio­ną i peł­ną uczu­cia mu­zy­kę, od­rzekł:

– To pro­ste. Wy­daw­cy taką wła­śnie mu­zy­kę u mnie za­ma­wia­ją.

*

Jo­han­nes Brahms był nie tyl­ko twór­cą so­nat i rap­so­dii, ale tak­że wy­traw­nym sma­ko­szem. Pew­ne­go razu za­cze­pił go na uli­cy przy­ja­ciel:

– Do­kąd się tak spie­szysz?

– Do domu. Mam gęś na ko­la­cję…

– Oby tyl­ko nie było zbyt wie­lu bie­siad­ni­ków!

– Bez oba­wy – od­po­wie­dział Brahms. – Bę­dzie nas tyl­ko dwo­je: gęś i ja.

*

Max Bruch za­grał pew­ne­go razu Brahm­so­wi swój naj­now­szy utwór. Gdy skoń­czył, cze­kał w na­pię­ciu na opi­nię kom­po­zy­to­ra, któ­ry po chwi­li mil­cze­nia po­wie­dział:

– Po­wiedz no mi pan, skąd pan ma ten pięk­ny pa­pier nu­to­wy?

*

Brahms by­wał bar­dzo zło­śli­wy. Bę­dąc kie­dyś na przy­ję­ciu, cały wie­czór do­ci­nał wszyst­kim obec­nym. Że­gna­jąc się z pa­nią domu, po­wie­dział:

– Do wi­dze­nia, dro­ga pani! Je­że­li za­po­mnia­łem ko­goś z obec­nych tu ob­ra­zić, to pro­szę o wy­ba­cze­nie.

*

Jo­han­nes Brahmswy­jąt­ko­wo nie lu­bił sztucz­nie i pre­ten­sjo­nal­nie za­cho­wu­ją­cych się wiel­bi­cie­li. Kie­dyś spo­tkał jed­ne­go z nich w wi­niar­ni. Chcąc prze­rwać po­tok po­chlebstw, któ­ry­mi za­sy­py­wał go ad­o­ra­tor, po­czę­sto­wał go cy­ga­rem.

– Mi­strzu! Dzię­ku­ję, ale ja tego cy­ga­ra nie wy­pa­lę, lecz scho­wam je na pa­miąt­kę – za­wo­łał ura­do­wa­ny wiel­bi­ciel.

– W ta­kim ra­zie od­daj pan to cy­ga­ro – mruk­nął Brahms. – Dam panu gor­sze.

*

Przez pe­wien okres swej twór­czo­ści Brahms kom­po­no­wał naj­czę­ściej utwo­ry prze­peł­nio­ne smut­kiem.

– Pu­blicz­ność chcia­ła­by usły­szeć w koń­cu coś we­so­łe­go – zwró­cił mu uwa­gę wy­daw­ca.

Po ja­kimś cza­sie Brahms od­wie­dził go po­now­nie i rzu­cił mu na biur­ko nową kan­ta­tę. Wy­daw­ca spoj­rzał na pierw­szą stro­nę. No­si­ła ty­tuł „Ra­do­śnie ukła­dam się do gro­bu”.

*

Pew­ne­go razuBrahms wy­brał się do re­stau­ra­cji i za­żą­dał naj­lep­sze­go wina. Speł­nia­jąc ży­cze­nie zna­ko­mi­te­go go­ścia, go­spo­darz przy­niósł mu tru­nek, do­da­jąc:

– To wino prze­wyż­sza wszyst­kie inne ga­tun­ki, tak jak mu­zy­ka Brahm­sa prze­wyż­sza każ­dą inną mu­zy­kę.

– W ta­kim ra­zie – od­rzekł kom­po­zy­tor – niech pan za­bie­rze to wino i przy­nie­sie mi bu­tel­kę Beetho­ve­na.

*

Pew­ne­go razuWła­dy­sław Bro­niew­ski wszedł do skle­pu spo­żyw­cze­go i po­pro­sił o ki­lo­gram śle­dzi. Eks­pe­dient­ka po­ło­ży­ła je na wa­dze, za­in­ka­so­wa­ła pie­nią­dze i wy­raź­nie cze­ka­ła, aż klient weź­mie ryby bez opa­ko­wa­nia.

– Pro­szę mi je za­wi­nąć w pa­pier – po­pro­sił po­eta.

– Śle­dzi nie za­wi­ja­my – wy­ja­śni­ła pani skle­po­wa. – Co to, nie wie pan, że mamy obec­nie przej­ścio­we trud­no­ści z pa­pie­rem?

– Wo­bec tego po­pro­szę o książ­kę za­ża­leń.

Eks­pe­dient­ka po­da­ła ją bez wa­ha­nia, wie­dząc, że co­kol­wiek klient na­pi­sze, nie bę­dzie to mia­ło naj­mniej­sze­go zna­cze­nia.

– A pisz se pan, pisz – do­da­ła z prze­ką­sem.

Tym­cza­sem Bro­niew­ski, nie na­my­śla­jąc się wie­le, wy­rwał z ze­szy­tu kil­ka kar­tek, za­wi­nął w nie śle­dzie i nim za­sko­czo­na sprze­daw­czy­ni zdo­ła­ła wy­krztu­sić sło­wo – wy­szedł ze skle­pu.

*

Ka­zi­mierz Bru­si­kie­wicz wpadł kie­dyś do te­atral­ne­go bu­fe­tu moc­no pod­eks­cy­to­wa­ny, wy­ma­chu­jąc trzy­ma­ną w ręku ga­ze­tą – or­ga­nem naj­waż­niej­szej par­tii. Szarp­nął za ra­mię sto­ją­ce­go w ko­lej­ce po sa­łat­kę Ro­ma­na Kło­sow­skie­go, pod­sta­wił mu ga­ze­tę pod nos i puk­nął pal­cem w wy­bra­ny ar­ty­kuł, krzy­cząc:

– Masz, czy­taj na­tych­miast!

Za­in­try­go­wa­ny Kło­sow­ski wło­żył oku­la­ry i z pod­nie­ce­niem, któ­re mu się udzie­li­ło, po­czął uważ­nie stu­dio­wać pod­su­nię­ty tekst. Oka­zał się on dłu­gą, nud­ną, peł­ną ko­mu­na­łów re­cen­zją ja­kie­goś ple­num oma­wia­ją­ce­go stan i per­spek­ty­wy roz­wo­ju na­sze­go rol­nic­twa. Skoń­czyw­szy lek­tu­rę, ni­cze­go nie ro­zu­mie­jąc, spoj­rzał nie­życz­li­wie na ko­le­gę po fa­chu i za­py­tał:

– Co mi tu da­łeś za g…?

– O co ci cho­dzi, nie­wdzięcz­ni­ku? – krzyk­nął Bru­si­kie­wicz. – W ży­ciu byś tego nie prze­czy­tał!

*

Jan Brze­chwa wziął udział w spo­tka­niu au­tor­skim w świe­tli­cy jed­ne­go z za­kła­dów pra­cy w Je­le­niej Gó­rze.

Za ostat­nim rzę­dem stał stół ping­pon­go­wy. W po­ło­wie wie­czo­ru dwóch mło­dzień­ców za­czę­ło grać w ping-pon­ga. Pi­łecz­ka stu­ka­ła tak gło­śno, że Brze­chwa mu­siał prze­rwać czy­ta­nie.

– Bar­dzo prze­pra­szam, czy ja pa­nom nie prze­szka­dzam? – spy­tał po­iry­to­wa­ny.

– Nie, nie, skąd – uspo­ko­ili go mło­dzień­cy. – My nie słu­cha­my.

*

W wie­deń­skiej ka­wiar­ni Café Cen­tral do sta­łych by­wal­ców obok Lwa Troc­kie­go na­le­żał rów­nież Mi­ko­łaj Bu­cha­rin, któ­ry tak da­le­ce za­an­ga­żo­wał się w pro­gram so­wiec­kiej re­wo­lu­cji, że nie­mal­że do­pro­wa­dził się do za­ła­ma­nia ner­wo­we­go. W sta­nie sil­nej de­pre­sji zwró­cił się o po­ra­dę do le­ka­rza. Ten za­le­cił mu to­wa­rzy­stwo ko­bie­ty.

Po ja­kimś cza­sie le­karz spo­tkał Bu­cha­ri­na i za­py­tał o wy­nik ku­ra­cji.

– Wspa­nia­ła! – od­po­wie­dział en­tu­zja­stycz­nie Bu­cha­rin. – Ca­ły­mi no­ca­mi dys­ku­to­wa­li­śmy o ka­pi­ta­li­stycz­nej teo­rii Róży Luk­sem­burg…

*

Ri­chard Bur­ton opo­wia­dał zna­jo­mym taką oto hi­sto­rię:

– Kie­dy by­łem mło­dy, oj­ciec po­wta­rzał mi: „Pa­mię­taj, nie chodź nig­dy do te­atrzy­ków re­wio­wych. Mógł­byś tam zo­ba­czyć rze­czy, któ­rych nie po­wi­nie­neś wi­dzieć”. Tak mnie tym za­in­try­go­wał, że przy pierw­szej oka­zji po­sze­dłem do ta­kie­go te­atrzy­ku. I rze­czy­wi­ście zo­ba­czy­łem coś, cze­go nie po­wi­nie­nem był wi­dzieć. Mia­no­wi­cie – ojca.

*

– Czy lubi pan ca­ło­wać dzie­ci? – za­py­ta­no kie­dyś Ri­char­da Bur­to­na.

– Oczy­wi­ście – od­po­wie­dział ak­tor. – Zwłasz­cza sie­dem­na­sto­let­nie dziew­czy­ny.

*

Pod ko­niec ży­cia Ri­char­da Bur­to­na dzien­ni­kar­ka za­py­ta­ła go:

– Czy zda­rzy­ło się panu ko­chać w ko­bie­tach star­szych od sie­bie?

– Ależ nie ma ko­biet star­szych ode mnie!

*

Pe­wien mło­dy kom­po­zy­tor po­pro­sił Han­sa von Bülo­wa o przej­rze­nie swo­jej kom­po­zy­cji i szcze­rą oce­nę. Na to Bülow:

– A ja bym wo­lał, że­by­śmy nadal mo­gli zo­stać do­bry­mi przy­ja­ciół­mi.

*

Na krót­ko przed roz­po­czę­ciem kon­cer­tu Hans von Bülow spie­szył się do swo­jej gar­de­ro­by. Na za­krę­cie scho­dów zde­rzył się ze scho­dzą­cym z góry ob­cym męż­czy­zną.

– Osioł! Kre­tyn! – krzyk­nął do nie­go nie­zna­jo­my.

– Bar­dzo mi miło, Hans von Bülow – od­wza­jem­nił pre­zen­ta­cję kom­po­zy­tor.

*

LordGeo­r­ge By­ron bar­dzo nie lu­bił sza­rych oczu. Przy każ­dej oka­zji ostrze­gał zna­jo­mych, by nie wie­rzy­li lu­dziom o ta­kich oczach, są bo­wiem źli i bez ser­ca.

– Ależ mi­lor­dzie, pan sam ma prze­cież sza­re oczy.

– To­też le­piej, aby wszy­scy ma­ją­cy ze mną do czy­nie­nia wie­dzie­li, na co się na­ra­ża­ją – od­parł By­ron.

*

By­ron był nie­ste­ty ku­la­wy i bar­dzo z tego po­wo­du cier­piał. Na­wet naj­mniej­sza wzmian­ka o jego ka­lec­twie do­pro­wa­dza­ła go do wście­kło­ści. Razu pew­ne­go księż­na De­von­shi­re, któ­ra mia­ła lek­kie­go zeza, za­py­ta­ła po­etę zło­śli­wie:

– Jak tam idzie, mi­lor­dzie?

– Jak pani wi­dzi – od­gryzł się By­ron.