Otto Skorzeny. Pierwszy komandos Trzeciej Rzeszy - Przemysław Słowiński - ebook

Otto Skorzeny. Pierwszy komandos Trzeciej Rzeszy ebook

Przemysław Słowiński

3,5

Opis

Adolf Hitler uważał go za najlepszego fachowca od zadań specjalnych, a wśród aliantów słynął jako „najbardziej niebezpieczny człowiek w Europie”. Przeprowadzonej przez niego spektakularnej operacji oswobodzenia uwięzionego w górskim hotelu w Abruzach Benito Mussoliniego nie wymyśliliby nawet scenarzyści z Hollywood. Planował likwidację Roosevelta, Churchilla i Stalina podczas konferencji w Teheranie. W Budapeszcie porwał syna admirała Horthy’ego i po brawurowej akcji opanował siedzibę regenta na Zamku Królewskim, co uniemożliwiło zawarcie przez Węgry pokoju z aliantami. Podczas niemieckiej kontrofensywy w Ardenach wprowadził mnóstwo zamieszania w szeregach alianckich wojsk, wysyłając na ich tyły oddział ubrany w amerykańskie mundury. To tylko kilka spośród wielu niezwykłych akcji Otto Skorzenego, dokonanych podczas II wojny światowej. 19 kwietnia 1945 roku uczestniczył w pacyfikacji czeskiej wioski Plostina...

Po zakończeniu wojny walnie przyczynił się do budowania legendy pierwszego zawadiaki Europy. W Argentynie szkolił policję Juana Domingo Peróna i romansował z jego żoną, Evitą. Podobno założył organizację „Die Spinne” (Pająk), pomagającą ukrywać się byłym nazistom. Niektórzy twierdzą do dziś, że to właśnie on ukrył gdzieś słynny Skarb III Rzeszy - miliony marek w złocie i banknotach. Z całą pewnością natomiast był współtwórcą tak zwanej „Organizacji Gehlena”, która stała się podstawowym źródłem informacji wywiadu amerykańskiego w sprawach rosyjskich, a z czasem przekształciła się w oficjalny zachodnioniemiecki wywiad BND (Bundesnachrichtendienst). Wiele udokumentowanych źródeł wskazuje na to, że udało mu się zaszantażować samego Winstona Churchilla...

Szkolił w zakresie sabotażu i dywersji tajne służby Amala Abdela Nasera, podobno także osławione palestyńskie jednostki terrorystyczne. Współpracował z Mosadem, udzielając mu informacji na temat niemieckich naukowców pracujących w Egipcie nad programem rakietowym.

O wszystkim tym można szczegółowo przeczytać w książce Przemysława Słowińskiego „Człowiek z blizną. Otto Skorzeny – Pierwszy komandos Trzeciej Rzeszy”.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 943

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność



Podobne


Projekt okładki i stron tytułowych Michał Bernaciak

Redaktor merytoryczny Jacek Biernacki

Redaktor prowadzący Agnieszka Szymańska

Redaktor techniczny Beata Jankowska

Korekta Grażyna Ćwietkow-Góralna

Fotoedytor Bogusław Kubisz

Copyright © by Bellona Spółka Akcyjna, Warszawa 2016 Copyright © by Przemysław Słowiński, Warszawa 2016

Zapraszamy na stronywww.bellona.pl, www.ksiegarnia.bellona.pl

Dołącz do nas na Facebookuwww.facebook.com/Wydawnictwo.Bellona

Bellona SA ul. Bema 87, 01-233 Warszawa Księgarnia i Dział Wysyłki: tel. 22 457 03 02, 22 457 03 06, 22 457 03 78 faks 22 652 27 01 e-mail: [email protected]

Starzy żołnierze nigdy nie umierają. Bledną jedynie ich gwiazdy.

* * *

Adolf Hitler uważał go za najlepszego fachowca od zadań specjalnych, a wśród aliantów słynął jako „najbardziej niebezpieczny człowiek w Europie”. Przeprowadzonej przez niego spektakularnej operacji oswobodzenia uwięzionego w górskim hotelu w Abruzzach Benito Mussoliniego nie wymyśliliby nawet scenarzyści z Hollywood. Planował likwidację Roosevelta, Churchilla i Stalina podczas konferencji w Teheranie. We Francji miał aresztować marszałka Pétaina – Hitler odwołał rozkaz w ostatniej chwili. W Budapeszcie porwał syna admirała Horthyego i po brawurowej akcji opanował siedzibę regenta na Zamku Królewskim, co uniemożliwiło zawarcie przez Węgry pokoju z aliantami. Podczas niemieckiej kontrofensywy w Ardenach wprowadził mnóstwo zamieszania w szeregach alianckich wojsk, wysyłając na ich tyły oddział ubrany w amerykańskie mundury. To tylko kilka spośród wielu niezwykłych akcji Otto Skorzenego dokonanych podczas II wojny światowej.

19 kwietnia 1945 roku uczestniczył w pacyfikacji czeskiej wioski Plostina. Po zakończeniu wojny walnie przyczynił się do budowania legendy pierwszego zawadiaki Europy. W tajemniczy sposób uciekł w lipcu 1948 roku z obozu dla jeńców wojennych w Darmstadt, w którym osadzili go alianci. Potem widziano go w Szwajcarii, Włoszech, Francji, Austrii. Przez pewien okres pracował w „oddziale historycznym” służby bezpieczeństwa armii amerykańskiej. Na koniec dostał się do Hiszpanii, gdzie w 1951 roku założył własną firmę, zajmującą się handlem zagranicznym.

Kilka następnych lat spędził na podróżach handlowych pomiędzy Buenos Aires a Madrytem. Jego rozległe kontakty nawiązane w trakcie tych podroży umożliwiły mu zawarcie znajomości z prezydentem Argentyny Juanem Domingo Perónem i jego małżonką Evitą. Prezydent złożył Skorzenemu propozycję zajęcia się szkoleniem argentyńskiej tajnej policji. Ten zgodził się i w niedługim czasie Argentyna dysponowała już doskonale wyszkolonymi oddziałami specjalnymi.

Niektóre źródła historyczne podają, iż jest wysoce prawdopodobny romans Skorzenego i Evity. Pewny natomiast jest fakt udaremnienia przez niego zamachu terrorystycznego na życie pani prezydentowej. Podobno zorganizował też ucieczkę Peróna paragwajską kanonierką. Podobno również w roku 1950, tuż przed śmiercią Evity, wydobył od niej sto milionów dolarów nazistowskiego depozytu, który przewiózł z powrotem do kraju, aby finansować różne faszystowskie projekty i pomóc w założeniu IV Rzeszy. Podobno, podobno, podobno… Tak naprawdę to niewiele wiadomo na temat powojennej działalności Pierwszego Komandosa III Rzeszy.

Podobno był związany z tajną nazistowską organizacją o kryptonimie „Odessa”, która miała ułatwiać przerzut zbrodniarzy hitlerowskich do krajów, które nie podpisały umowy o ekstradycji, takich jak na przykład Argentyna, Brazylia czy Chile. (Brak jest jednoznacznych dowodów jej istnienia, lecz wielu badaczy historii przytacza dość wiarygodnie brzmiące hipotezy). Działał też w Międzynarodówce Faszystowskiej i Neonazistowskiej oraz współpracował z organizacją weteranów SS i „Deutscher Soldatenbund”. Podobno założył organizację „Die Spinne” (Pająk) i opracował wyrafinowany system „bezpiecznych domów”, obejmujący teren Niemiec i Austrii. Niektórzy twierdzą do dziś, że to właśnie on ukrył gdzieś słynny Skarb III Rzeszy – miliony marek w złocie i banknotach.

Z całą pewnością natomiast był współtwórcą tak zwanej Organizacji Gehlena, która ze swoimi kontaktami, sięgającymi samej Moskwy, stała się podstawowym źródłem informacji wywiadu amerykańskiego w sprawach rosyjskich, a z czasem przekształciła się w oficjalny zachodnioniemiecki wywiad BND (Bundesnachrichtendienst). Podobno pomagał także brytyjskim agentom w penetrowaniu portów wschodniego Bałtyku kutrami torpedowymi obsadzonymi byłymi marynarzami Kriegsmarine i asystował w imieniu brytyjskiego wywiadu MI-6 agentom zrzucanym nad Albanią. Wiele udokumentowanych źródeł wskazuje na to, że udało mu się zaszantażować samego Winstona Churchilla…

W Hiszpanii cieszył się swobodą i ochroną, jaką zapewnił mu dyktator Francesco Franco. Za jego czasów były esesman udzielał wywiadów prasowych i swobodnie brylował w wielkim świecie. Korzystając z tego statusu, pomógł między innymi w emigracji do Hiszpanii belgijskiemu naziście, Leonowi Degrelle. Przyjacielskie stosunki obu panów doprowadziły do utworzenia przez nich w 1960 roku międzynarodowej organizacji, która miała pomagać w emigracji byłych członków SS, NSDAP i innych grup z okresu III Rzeszy, nad którymi wisiało widmo sądu ze strony aliantów.

Od egipskiego prezydenta Gamala Abdela Nasera przyjął propozycję zorganizowania i wyszkolenia jego tajnych służb w zakresie sabotażu i dywersji. Wśród podopiecznych Skorzenego znalazły się podobno osławione palestyńskie jednostki terrorystyczne. W brawurowej akcji przemycił najnowszą automatyczną broń z Włoch i Belgii. W 1963 roku został poproszony przez Mossad o udzielenie informacji na temat Niemców pracujących w Egipcie – zwłaszcza naukowców pracujących nad programem rakietowym.

W końcu lat pięćdziesiątych kupił farmę w Irlandii, na której spędzał wakacje. Korzystając ze zgromadzonego majątku i bezkarności zapewnionej mu przez wpływowych znajomych, wiódł szczęśliwy i dostatni żywot emeryta, krążąc między hiszpańskimi plażami a irlandzkimi zielonymi polami.

Zmarł w Madrycie 5 lipca 1975 roku. Tak jak wielu ludzi, którzy kiedyś na co dzień obcowali z gwałtowną śmiercią, umarł w łóżku, na raka płuc. Ciało zostało poddane kremacji, a prochy umieszczono w Döblinger Friedhof w Wiedniu. Gdy urnę z prochami chowano w rodzinnym grobie, jego dawni żołnierze podnieśli ręce w geście hitlerowskiego pozdrowienia. Do dzisiaj poorana bliznami twarz Otto Skorzenego jest na całym świecie ikoną neonazistów.

Kim naprawdę był Otto Skorzeny? Inteligentnym, wrażliwym człowiekiem, wplątanym w tryby maszynerii okrutnej wojny czy zimnym mordercą, gotowym wykonać każde powierzone mu zadanie? Obdarzonym wielką fantazją poszukiwaczem przygód czy fanatycznym nazistą? Bohaterskim żołnierzem czy zwykłym przeciętniakiem, zawdzięczającym swoją sławę umiejętnej autoreklamie?

Opracowanie niniejsze stanowi próbę odpowiedzi na te pytania.

Prolog  Operacja „Eiche”

Był czwartek, 26 lipca 1943 roku. Z Berlina, stolicy Wielkich Niemiec, których granice z woli Führera rozciągały się od Ukrainy po Atlantyk, leciał ponad postrzępionymi chmurami samotny w pustce powietrznego oceanu transportowy samolot Ju-52/3M. Zawieszony gdzieś w przestworzach, tonął w gęstej białej mgle, prześwietlonej złotem promieni zachodzącego słońca. To złoto załamywało się i lśniło na skrzydle, które wydawało się być wykonane nie z aluminium, lecz miedzi.

Wielki, trzysilnikowy samolot przypominał skrzydlatą stodołę z pordzewiałej blachy. Junkersy, wciągnięte w niemiecką machinę wojenną w charakterze jucznych koni, przewoziły żołnierzy i wyposażenie do i z odległych ziem, jakie zdążyli do tej pory zagarnąć naziści. Początkowo pełniły służbę jako samoloty pasażerskie i transportowe. Chrzest bojowy przeszły podczas hiszpańskiej wojny domowej, kiedy żołnierze generała Franco zrzucali z ich pokładów tysiące bomb na oddziały komunistów.

Jedynym pasażerem był wysoki, prawie dwumetrowy mężczyzna o suchej, ponurej twarzy bez uśmiechu i niebieskich zimnych oczach, przypominających strzelnicze otwory. Sylwetka i uroda tego potężnego człowieka zachęcały raczej do trzymania się od niego jak najdalej. Z jego ciała płynęła skondensowana siła i energia. Twarz miał tak pokiereszowaną, jakby zetknął się ze wszystkim prócz pachołka do uwiązywania liny holowniczej – od czubka brody aż po ucho, przez cały lewy policzek biegła paskudna blizna. Była to twarz, która niczego nie musiała się obawiać, ponieważ wszystko, co można by pomyśleć, już się jej przydarzyło. Ciemne, po wojskowemu krótko przycięte włosy nosił gładko przyczesane, ale fryzura ta miała swój styl i z pewnością nie była dziełem żadnego ze sztabowych fryzjerów.

Nazywał się Otto Skorzeny, liczył sobie trzydzieści pięć lat i miał stopień Hauptsturmführera[1] SS. Od 20 kwietnia 1943 roku był dowódcą Friedenthaler Jagdverbände (Batalionu Friedenthal), oddziału niemieckich komandosów.

Samolot leciał równo w spokojnym, wieczornym powietrzu. Chmury przetarły się na chwilę i Hauptsturmführer, odłożywszy na bok studiowane dokumenty, spojrzał na przesuwającą się w dole ziemię. Był to okręg Warty – Warthegau, który przed czterema laty przywróciła Niemcom ich niezwyciężona armia. Dla wielu niemieckich oficerów ta właśnie ziemia była ziemią ojczystą, skąd ich ojców wypędziła słowiańska przemoc.

Kilka godzin wcześniej, kiedy Skorzeny spożywał obiad w berlińskim hotelu „Eden”, otrzymał niespodziewane wezwanie do Kwatery Głównej wodza. Samolot miał czekać na niego o piątej na lotnisku Tempelhof.

– Niech Radl uda się do mojego pokoju, zabierze mundur i podrzuci mi go na lotnisko – zdążył tylko przekazać telefonicznie sekretarce dowódcy jednostki. – Czy wiadomo, kto mnie wzywa? – dodał jeszcze zaciekawiony.

– Podobno sam Führer chce się z panem widzieć.

– Führer? Ze mną? To chyba jakiś żart?

– Myślę, że to nie jest żart – odparła poważnym głosem sekretarka. – Oni tam, w Kwaterze Głównej, raczej nie zwykli żartować.

– Ale o co chodzi?

– Tego nie wiem, niczego więcej nie przekazano.

Junkers, którym leciał Skorzeny, został przerobiony na salonkę dla ważnych osobistości: nie zapomniano nawet o barku. Młody oficer wysączył dwa kieliszki koniaku, zastanawiając się, co też mogło być powodem tego nagłego wezwania, lecz nic sensownego nie przychodziło mu do głowy. Postanowił więc po prostu poczekać, licząc, że wszystkiego dowie się na miejscu.

*

Po trzech godzinach podróży samolot obniżył znacznie pułap, zataczając koło nad drzewami. Pasażer przysunął się bliżej okna, żeby przyjrzeć się uważniej wyłaniającemu się z gęstwiny lotnisku. W dole, obrzeżona półkolem sosnowego boru, połyskiwała tafla jeziora. Pomarańczowa kula słońca zawisła nad ścianą lasu, rozpalając na granatowym niebie krwistoczerwone płomienie. Męczący lot z Berlina do Wilczego Szańca w Rastenburgu (Kętrzynie) dobiegał właśnie końca.

– Hauptsturmführer Skorzeny? – stwierdził raczej niż zapytał stojący przy trapie sierżant, obrzucając uważnie wzrokiem potężną sylwetkę przybyłego.

– To ja.

Sierżant wyjął mu z ręki walizkę, wskazując jednocześnie na stojący obok samochód, ciemnowiśniowy „Mercedes” 170V Cabrio, wyposażony w czterocylindrowy silnik o pojemności 1697 cm3.

– Mam rozkaz natychmiast dostarczyć pana do Kwatery Głównej.

Skorzeny usadowił się na fotelu obok kierowcy i samochód ruszył. Silnik mruczał cicho, jak oswojony kot. Kilka minut później drogę zagrodził im pomalowany w biało-zielone pasy drewniany szlaban pierwszego posterunku. Obok wznosiła się wartownia zbudowana z grubych, nieociosanych bali. Sierżant zatrzymał samochód i udał się do środka budynku, aby załatwić odpowiednie formalności.

Wykorzystując okazję, Skorzeny przyjrzał się zabezpieczeniom. W cieniu gęstych koron drzew krzyżowały się świeżo usypane drogi i ścieżki. Wśród gęstwiny zieleni, tam, gdzie teren opadał stromo w stronę jeziora, jego fachowe oko wyłowiło zamaskowany starannie betonowy bunkier. Z otworów strzelniczych wychylały się groźnie lufy karabinów maszynowych. Jeżeli ktoś chciałby ominąć posterunek, natychmiast natrafiłby na zasieki, za którymi rozpościerało się pole minowe.

W ostatnim okresie ochrona Führera znacznie się wzmogła. Opowiadano sobie po cichu, że „Wolfschanze”[2] stał się ośrodkiem zainteresowania radzieckiego wywiadu. Podobno nawet znalazł się pewien śmiałek, który zdołał ujść uwagi patroli strefy zewnętrznej i przekroczyć pierwszy z trzech pasów zaporowych. Komendant ochrony, SS-brigadenführer Johann Rattenhuber, nazywany przez niektórych po prostu Rattenbube[3], zrobił wszystko, co tylko leżało w jego mocy, aby osłony Wilczego Szańca nie przestąpił nawet najsprytniejszy kot. Wzmocniono też kontrolę zarówno osób przybywających do głównej kwatery wodza, jak i opuszczających ją, ograniczając poza tym liczbę odwiedzających do niezbędnego minimum. Specjalnie przeszkoleni esesmani czuwali nad tym bacznie.

Trzy ochronne kręgi „Wolfschanze” były – prawdę mówiąc – trzema pasami śmierci. Każda żywa istota, której udało się w jakiś sposób dostać w strefę działania najbardziej wymyślnych sposobów zabijania, rozstawała się z życiem niemal natychmiast. Las otaczający Kwaterę Główną znany był z tego, że nie śpiewały w nim ptaki. Trzydzieści milionów marek, które kosztowała budowa Wilczego Szańca, poszło nie tylko na zbudowanie potężnych, ukrytych w głębi ziemi bunkrów, zdolnych przeciwstawić się najpotężniejszym nawet atakom lotniczym. Wiele pieniędzy pochłonęło zamaskowanie obiektu oraz najprzeróżniejsze środki bezpieczeństwa, mające na celu zagwarantowanie Hitlerowi długiego życia: tysiące przeróżnego rodzaju min, najnowocześniejsze karabiny maszynowe, rozsiane wszędzie fotokomórki i mikrofony rejestrujące każdy dźwięk i ruch…

Tak zwana IV (wewnętrzna) strefa bezpieczeństwa zajmowała obszar niespełna czterech kilometrów kwadratowych. Znajdowała się za wysokim ogrodzeniem z drutu kolczastego, tak dobrze zamaskowanym, że praktycznie było ono całkowicie niewidoczne od strony drogi. Wzdłuż ogrodzenia rozmieszczono bunkry, stanowiska artylerii przeciwlotniczej i gniazda karabinów maszynowych, a całą strefę otaczało pole minowe o szerokości od pięćdziesięciu do trzystu pięćdziesięciu metrów, z pięćdziesięcioma czterema tysiącami min. Patrole sprawdzały ogrodzenie oraz posterunki na terenie Kwatery Głównej. Wokoło pola minowego znajdowało się wiele betonowych stanowisk artyleryjskich zlokalizowanych w pobliżu skrzyżowań, z których można było skutecznie ostrzeliwać wiodące do Wilczego Szańca drogi.

Budynki Führerhauptquartier znajdowały się po obu stronach asfaltowej szosy, wiodącej z Kętrzyna do Augustowa. Sam las miał średnicę około dwóch kilometrów; ponieważ między kępami wysokich sosen było wiele polan, zaistniała konieczność rozwieszenia siatek maskowniczych nad niektórymi instalacjami kwatery, by ukryć bunkry przed wzrokiem nieprzyjacielskich lotników. Umieszczone wysoko na drzewach siatki kamuflujące tamowały dopływ światła słonecznego, pogłębiając tylko panującą tu mroczną i ponurą atmosferę. Na północ od wspomnianej szosy przebiegała linia kolejowa wiodąca do Augustowa i dalej na wschód. Na południe od lasu znajdowała się niewielka stacyjka Gierłoż, na której została ułożona bocznica, a same zabudowania stacyjne znacznie powiększono latem 1941 roku.

*

Skorzeny złożył podpis w rejestrze, który podsunął mu jeden z wartowników, i wrócił do auta. Dalej droga biegła przez brzozowy las, mijała przejazd kolejowy i prowadziła do drugiego szlabanu.

– Halt! – kolejny esesman uważnie sprawdził jego książeczkę wojskową i przepustkę.

– Kto pana wezwał?

– Führer – odpowiedział zgodnie z prawdą niedawny pasażer Junkersa.

Na twarzy wartownika pojawił się wyraz niedowierzania. Nie mówiąc ani słowa, cofnął się kilka kroków do budki wartowniczej i podniósł słuchawkę telefonu. Lufa jego automatu wciąż wymierzona była w obydwu gości. Wrócił po chwili, znacznie uspokojony.

Zapewne po drugiej stronie kabla ktoś wyjaśnił mu, na czyj rozkaz Skorzeny pojawił się w Wilczym Szańcu, ponieważ urzędową arogancję zastąpił dużo przyjaźniejszy ton.

– Jest pan oczekiwany w Nowej Herbaciarni, herr hauptmann – oddając dokumenty, wartownik zasalutował regulaminowo i trzasnął kopytami. – Rudi, dźwigaj belkę! – krzyknął w stronę stojącego przy szlabanie kolegi.

Zapadał już zmrok, kiedy samochód zatrzymał się przy Herbaciarni, dwuskrzydłowym pawilonie wykonanym z sosnowych bali. Wielki przedpokój wyłożony był puszystym, tłumiącym kroki wełnianym dywanem. Skorzeny zajął miejsce w jednym z kilkunastu stojących tam wygodnych skórzanych foteli. Trzydziestopięcioletni wojskowy czuł się w tym dostępnym tylko dla wybrańców miejscu trochę nieswojo. Miły dla oczu widok komfortowo urządzonego wnętrza nie zmniejszał bynajmniej wciąż dręczącego go niepokoju. Dobrze wiedział, że Wilczy Szaniec jest najlepiej strzeżoną siedzibą najwyższego dowództwa. Stąd Hitler i jego generałowie próbowali zapanować nad losami wojny. Dla Skorzenego było to miejsce najświętsze ze świętych.

Za chwilę pojawił się kolejny esesman. Typowy płowowłosy Niemiec, którego nie sposób rozpoznać w tłumie. Może z wyjątkiem oczu… Miał je jasne i tak świdrujące, że przeszyłyby osłonę wojennego okrętu.

– Hauptsturmführer Skosheny?

Znany z opanowania i zimnej krwi dowódca Friedenthaler Jagdverbände zareagował gwałtownie, co nieczęsto mu się zdarzało.

– Nie, nie nazywam się Skosheny. To chyba nie takie trudne wymówić prawidłowo moje nazwisko. Wystarczy podzielić: Skor-ce-ny. I tyle[4].

Wyjątkowo nie lubił tych lalusiów ze sztabu, którzy przez wiele lat służby w SS nie odważyli się pojechać na front, uważając, że to zbyt niebezpieczne.

– Przepraszam – bąknął esesman. – Proszę za mną – pokazał w kierunku znajdujących się po drugiej stronie poczekalni tylnych drzwi. – Zaprowadzę pana do Führera.

Wyszli na zewnątrz i po kilkudziesięciu metrach dotarli do innego budynku. Oczekujący tam adiutant wprowadził gości do dużego pokoju, pośrodku którego stał olbrzymi stół zawalony mapami. Na ścianie wisiał obraz Albrechta Dürera Bukiet fiołków, oprawiony w lśniącą ramę. Ta subtelna martwa natura najsłynniejszego niemieckiego twórcy okresu Renesansu, ulubionego artysty Hitlera, była jednym z licznych zagrabionych dzieł sztuki, którymi ozdobiono Wilczy Szaniec, i wyjątkowo nie pasowała do mrocznej atmosfery Kwatery Głównej. Wszystkie okna zasłonięte były ciężkimi, nieprzepuszczającymi światła storami, a wokół znajdującego się po prawej stronie monumentalnego kominka ustawiono kilka wygodnych krzeseł.

Otworzyły się drzwi w drugim końcu pokoju i do pomieszczenia wszedł wódz.

Ubrany był w pozbawioną dystynkcji szarą kurtkę mundurową, białą koszulę i czarny krawat. W lewej klapie miał wpięte dwa medale, które zdobył podczas I wojny – Krzyż Żelazny i Verwundetenabzeichen (Order Za Rany). Postąpiwszy kilka kroków, podniósł ramię w charakterystycznym powitaniu, tak dobrze znanym ze zdjęć i filmowych kronik.

Otto widział go do tej pory trzykrotnie, ale zawsze z daleka. W 1936 roku mógł go oglądać na trybunie honorowej podczas berlińskich Igrzysk Olimpijskich, kiedy to czarnoskóry sprinter Jesse Owens zakpił sobie z rasowych teorii Führera, zdobywając cztery złote medale. Dwa lata później, tkwiąc na rusztowaniu obok kilku robotników, Skorzeny patrzył na tryumfalny wjazd Hitlera do Wiednia po anschlussie Austrii. I wreszcie po raz trzeci widział go w roku 1941 na froncie wschodnim, kiedy stojąc na zaimprowizowanym podwyższeniu, w otoczeniu sztabu generalnego i wyższych dowódców Leibstandarte, wódz dziękował swoim żołnierzom za wykazane męstwo.

„Od niezrozumiałego strachu ugięły się pode mną nogi – wspominał w swoich pamiętnikach. – Za kilka chwil po raz pierwszy w życiu miałem znaleźć się w obecności Adolfa Hitlera, Führera Wielkich Niemiec i wodza naczelnego niemieckiej armii!”.

Hitler starzał się z każdym dniem. Był coraz bardziej przygarbiony; zniknęła gdzieś bezpowrotnie jego dawna dziarskość, którą starał się imponować otoczeniu. Przydługa kurtka jeszcze bardziej kurczyła nieforemną postać. Spoglądał na swego gościa nieruchomym wzrokiem, jakby oślepłym. Na pozbawione wyrazu, uciekające w tył czoło spadał legendarny kosmyk tłustych włosów. Oblicze Führera było szarobiałe, nalane, niczym ulepione z rzadkiej, porowatej substancji. Co uderzało szczególnie niemiło, to widoczne już z daleka worki pod oczyma, odskakujące ustawicznie przy najmniejszym ruchu mięśni twarzy.

Dopiero we wrześniu nękani przez zabójcze mazurskie komary mieszkańcy Wilczego Szańca mogli wreszcie trochę odetchnąć. Jesień była czasem odpoczynku od insektów i wilgotnego upału, przed którym można było schronić się tylko w zimnych ścianach gigantycznych bunkrów. Teraz jednak, pod koniec lata, Hitler był podłamany i rozdrażniony, nie komarami jednak, ale rozwijającą się na frontach niekorzystną sytuacją.

Rok 1943 przyniósł Niemcom klęskę pod Stalingradem i utratę całej 6. Armii. Straty wojsk Osi w rejonie Wołgi, Donu i Stalingradu wyniosły około półtora miliona ludzi, trzy i pół tysiąca czołgów i trzy tysiące samolotów. Ponad sto czterdzieści tysięcy żołnierzy poległo, reszta dostała się do niewoli, w tym dwudziestu czterech generałów, z feldmarszałkiem Friedrichem von Paulusem na czele. Linia frontu przesunęła się na zachód o dwieście pięćdziesiąt kilometrów. Strategiczne, ale także psychologiczne znaczenie bitwy stalingradzkiej było olbrzymie. Morale narodu niemieckiego zaczęło się od tego czasu załamywać. Pawłograd, Diemiańsk, Rżew… Sowieci wydawali się co kilka godzin wyzwalać kolejne nowe miasto.

Straty w ludziach i sprzęcie rosły bardzo szybko, a przedłużająca się wojna z Rosją Sowiecką pochłaniała olbrzymie zasoby III Rzeszy. Zdecydowana większość niemieckich armii tkwiła na froncie o długości około półtora tysiąca kilometrów, rozciągającym się od Leningradu na północy po Rostów na południu. Wehrmacht znajdował się w swoistym impasie strategicznym i najwyższe dowództwo niemieckie zdawało sobie sprawę, że Rosjanie będą dalej coraz potężniej nacierać. Ponadto wojska na wschodzie zostały znacznie osłabione, ponieważ w pierwszych miesiącach 1943 roku część jednostek trzeba było przerzucić do Tunezji, by wspomóc wycofujące się resztki Afrika Korps. 

W maju 1943 roku wojska angielsko-amerykańskie pokonały Włochów i Niemców w północnej Afryce. Sytuacja pod Kurskiem[5] również nie napawała optymizmem. 10 lipca Hitler otrzymał wiadomość, iż poprzedniego dnia wojska alianckie (jednostki brytyjskiej 8. Armii i amerykańskiej 7. Armii) wylądowały na Sycylii (operacja „Husky”). Żołnierze sił sprzymierzonych szybko opanowali wyspę, przymierzając się do kolejnej wielkiej ofensywy, której celem miał być Rzym. A nie dalej jak wczoraj we Włoszech doszło do zamachu stanu, w wyniku którego od władzy odsunięty został i uprowadzony w nieznane miejsce jeden z najwierniejszych sojuszników Adolfa, Benito Mussolini… Ogniste piekło, w jakie Niemcy wtrącili świat niemal cztery lata wcześniej, pożerało stopniowo III Rzeszę.

Adiutant, Sturmbannführer Otto Günsche, przedstawił gościa Führerowi. Skorzeny wyprężył się na baczność, trzaskając głośno obcasami. Rachityczny, chudy i niezbyt sprawny fizycznie wódz uwielbiał umięśnionych herosów, których sławili w swoich obrazach niemieccy malarze i filmowcy, tacy chociażby jak jego ulubiona artystka, Leni Riefenstahl. Skorzeny pasował do tego wizerunku jak tunika do Nessosa. Wysoki, barczysty, nieokrzesany, a jednak sprytny, i przede wszystkim oddany jak ulubiony owczarek niemiecki Hitlera, Blondie. Adolf zabierał tego psa ze sobą wszędzie, nawet do kwater położonych w pobliżu frontu: do Kętrzyna, Połtawy czy Winnicy. Karmił Blondie najlepszymi kąskami, a nawet znajdował czas na codzienną tresurę. Nic dziwnego, że pies reagował na każde jego słowo i każde polecenie.

– Zna pan Włochy? – Hitler od razu przeszedł do rzeczy. Mówił cicho, oszczędzając głos.

– Byłem tam dwukrotnie, Mein Führer. Na motocyklu. Ale nie dalej niż w Neapolu.

– Jakie ma pan zdanie o tym kraju?

Pytanie o było nie było sojusznika Niemiec zabrzmiało dość zaskakująco, a jego ogólność nakazywała raczej zachowanie ostrożności.

– Jako Austriak nigdy nie wybaczę im zagarnięcia południowego Tyrolu – uśmiechnął się Skorzeny[6].

„Grofaz”[7], jak ironicznie nazywali go wojskowi opozycjoniści, również się uśmiechnął, po czym oparł się swoim zwyczajem obiema rękami o zawalony mapami stół.

– Chciałbym panu powierzyć bardzo ważną misję, Otto – powiedział powoli i z namaszczeniem. – Jak pan już zapewne słyszał, Benito Mussolini, mój oddany przyjaciel i współpracownik, został wczoraj aresztowany przez tych zdradzieckich Włochów. Nie możemy zostawić bez pomocy człowieka, który jest wcieleniem starożytnej wielkości Rzymu. Rozumie pan?

– Ja, Mein Führer.

– Powołany właśnie do życia nowy włoski rząd z pewnością opuści naszą koalicję. Nie możemy do tego dopuścić. To mogłoby mieć zgubny wpływ na przebieg działań na Półwyspie Apenińskim. Nie możemy sobie pozwolić na utratę Rzymu. Gdyby do tego doszło, to byłaby katastrofa. Nasz śródziemnomorski partner musi pomóc nam bronić południowego frontu. Gdyby Włosi nagle otworzyli bramy przed wrogiem, wojska amerykańskie i brytyjskie mogłyby pospieszyć w górę półwyspu i zaatakować Rzeszę, która w tej chwili angażuje większość swoich sił w walkę z gigantyczną armią sowiecką na wschodzie. Rozumie pan?

– Ja, Mein Führer.

– Trzeba szybko wyciągnąć Mussoliniego z łap tych zdrajców, zanim oddadzą go aliantom. Tę misję chcę powierzyć właśnie panu, Otto. Jeśli zdoła pan tego dokonać, awans pana nie minie.

Skorzeny słuchał słów wodza jak urzeczony. Przejęty zaufaniem Führera, gotów był ruszyć do akcji choćby natychmiast.

– I jeszcze jedno, chyba najważniejsze – kontynuował Hitler. – Wszystko musi pozostać w najgłębszej tajemnicy. Oprócz pana i mnie o naszych planach wiedzą tylko cztery osoby. I tak ma pozostać. Zostanie pan oddelegowany do Luftwaffe, pod komendę generała Kurta Studenta. Od niego otrzyma pan dalsze instrukcje.

*

Tak naprawdę to, co zdarzyło się w stolicy Włoch, nie powinno być dla Hitlera niespodzianką. Rzymski rezydent SD Wilhelm Hoettl raportował stamtąd już w kwietniu 1943 roku, że opozycja przeciwko rządom Mussoliniego narasta z siłą lawiny.

W miarę, jak szala zwycięstwa w straszliwej wojnie zaczęła się powoli przechylać na stronę aliantów, włoskie społeczeństwo miało coraz bardziej dość tej wojny. Dość ponoszonych ofiar, dość przelanej krwi, dość nędzy i upokorzeń. Od miesięcy ich wojska ponosiły właściwie tylko straty. 13 maja w Tunezji skapitulowała włoska 1. Armia, dowodzona przez gen. płk. Giovanniego Messe. Tym samym zakończyły się ostatecznie ciężkie i krwawe walki w Afryce Północnej.

Jednocześnie miasta włoskie były celem coraz częstszych ataków alianckiego lotnictwa bombowego. W Rzymie nastroje społeczne uległy szczególnie gwałtownemu pogorszeniu 19 lipca, po nalocie amerykańskiego lotnictwa, którego bomby spustoszyły dzielnice Tiburtino, Prenestino, Nomentana i San Lorenzo, zabijając około 1500 cywilnych osób. Szczególnie ciężkie było lato 1943 roku pod apenińskim niebem. To, co się pod nim działo, do reszty rozwiało mit o niezwyciężonym pochodzie faszyzmu i potędze Osi Berlin – Rzym. Społeczeństwo nie dawało się już dłużej nabierać na komunikaty o konieczności ciągłego wycofywania się na „z góry upatrzone pozycje”. Burzyło się już nie tylko chłopstwo, urzędnicy czy prości robotnicy, ale również przemysłowcy, arystokracja i bankierzy.

Jeszcze tak niedawno Mussolini był ich mężem opatrznościowym, człowiekiem, który miał uchronić Italię przed komunistycznymi wywrotowcami. Poza tym faszyzm zapewniał też możliwość robienia dobrych interesów. Ale teraz wszystko się odwróciło. Rozum i kupiecki instynkt nakazywały jedyne w tej sytuacji rozsądne wyjście: ratować skórę przed rachunkiem, jaki szykował się przedstawić im doprowadzony do rozpaczy naród mający dość faszyzmu, dość cierpień, a przede wszystkim dość samobójczej wojny, która ostatnio nie przynosiła mu niczego innego oprócz coraz większych strat. Powoli stawało się jasne, że dalsze utrzymywanie faszystowskiej dyktatury i sojuszu z hitlerowskimi Niemcami może tylko zamienić Italię w pustynię i jedno wielkie cmentarzysko gruzu. Niewielu miało ochotę podążać wraz z duce prosto do grobu.

Mussolini nie był durniem. Też to dostrzegał. Już pod koniec 1942 roku jego otoczenie zauważyło znaczną zmianę w jego zachowaniu i wyglądzie. Duce zawsze szczycił się swoją inteligencją i znakomitą pamięcią. Nagle jednak wszystko zostało wywrócone do góry nogami. Mussolini jakby raptownie postarzał się o kilka lat, na jego twarzy malował się wysiłek spowodowany prowadzeniem długotrwałej ciężkiej wojny, a jego umysł nie był już tak przenikliwy jak kiedyś. Nawet Galeazzo Ciano, mąż Eddy Mussolini, ukochanej córki dyktatora, został odseparowany od teścia, choć do tej pory współdecydował wraz z nim o losach państwa. I choć Mussolini wciąż próbował sprawiać wrażenie człowieka obeznanego znakomicie ze wszystkimi aspektami spraw politycznych i wojskowych, jak dawniej wtrącał się do wszystkiego i jak dawniej wymagał bezwzględnego posłuszeństwa od podwładnych, ci coraz częściej po prostu go oszukiwali. W rezultacie coraz bardziej tracił kontakt z realnym światem.

Nic więc w tym dziwnego, że tuż pod bokiem duce, dosłownie kilka metrów od Pallazzo Venezia – jego rzymskiej rezydencji, rodziły się spiski, zmowy i bunty. Najwyżsi dowódcy wojskowi i wielu ministrów rządu Mussoliniego uważało, że wojna jest już przegrana i że najmądrzejsze, co można zrobić w tej sytuacji, to nie dopuścić, aby ta wojna toczyła się dalej na Półwyspie Apenińskim. Groźba zniszczenia całego kraju oraz zabytków jego wspaniałej historii była aż nadto realna.

Na terytorium Włoch działały jednocześnie agentury dwóch niemieckich wywiadów: wojskowego (Abwehry), podlegającego Wilhelmowi Canarisowi, i wywiadu SS – Sicherheitstdienst (SD), kierowanego przez Heinricha Himmlera. Obydwie te organizacje, zwalczające się wzajemnie i nienawistne sobie, zgodne były jednak co do tego, że Włochom nie należy ufać.

19 lipca Hitler otrzymał od Himmlera raport wywiadowczy, w którym przewidywano, iż w najbliższej przyszłości może dojść do zamachu stanu, uwięzienia Mussoliniego i utworzenia nowego rządu, na którego czele miałby stanąć marszałek Pietro Badoglio. Hitler nie uwierzył. Nawet wtedy, kiedy z Rzymu przyszła informacja o projekcie zwołania po raz pierwszy od wielu lat Wielkiej Rady Faszystowskiej, zbagatelizował wydarzenie, mówiąc:

– To spotkanie nie przyniesie żadnych rezultatów. Pogadają tylko, pokrzyczą, jak to Włosi, i rozjadą się do domów.

Jak do tej pory Wielka Rada rzeczywiście była jedynie gromadą posłusznych potakiwaczy na usługach duce.

Tymczasem sprawy potoczyły się zgoła inaczej…

*

Naciskany, żeby pozbył się Mussoliniego, król Wiktor Emanuel III początkowo zdecydowanie odmawiał. Odejście duce mogłoby wtrącić cały kraj w potworny chaos, którego bardzo się obawiał. Jeszcze bardziej bał się tego, do czego zdolni byliby broniący Sycylii Niemcy i ich stacjonująca pięćdziesiąt kilometrów od Rzymu pancerna dywizja M. Ostatecznie jednak podjął tę decyzję podczas narady odbytej 19 lipca w małym miasteczku Feltre koło Wenecji. Wzięli w niej udział również niemieccy i włoscy szefowie sztabów generalnych, Adolf Hitler oraz sam Benito Mussolini.

– Musicie zmobilizować społeczeństwo! – wrzeszczał Hitler. – Musicie wzmocnić obronę i zastosować wszelkie dostępne środki, które mogą zatrzymać aliantów! Bądźcie pewni, że Niemcy wam w tym pomogą.

Nie podał jednak żadnych szczegółów dotyczących rzeczy najważniejszej, a mianowicie rozmiarów pomocy, jakiej Rzesza mogłaby udzielić swoim sojusznikom. Mussolini do końca siedział cicho, jak mysz pod miotłą, nie zająknąwszy się ani słowem na temat tego, w jak opłakanym stanie znajdują się włoskie wojska. Nie raczył również wspomnieć, na jakie konkretnie wsparcie liczy. Dopiero później, pożegnawszy już Adolfa, który z lotniska Treviso odleciał do siebie, duce wyjaśnił towarzyszącemu mu generałowi Vittorio Ambrosio:

– Nie widziałem najmniejszej potrzeby mówienia tego Hitlerowi. Wystarczy, że przyrzekł solennie dać wszystko, czego nam potrzeba. I tego właśnie będziemy się domagali. Oczywiście, nasze żądania muszą mieścić się w granicach rozsądku…

Parę minut potem, siedzący już w samochodzie generał Ambrosio mruknął do swego adiutanta:

– Duce chyba kompletnie oszalał! Ten człowiek jest po prostu obłąkany!

Wielka Rada Faszystowska, główny kolegialny organ doradczy Narodowej Partii, zebrała się w sobotę 24 lipca 1943 roku o godzinie 17.00 w Palazzo Venezia. Panował nieznośny upał, na niebie nie było widać ani jednej chmurki, termometry wskazywały prawie 40 stopni w cieniu. O tej porze dnia i roku w mieście zawsze bywało ogromnie gorąco. Stolica zaczynała więdnąć w blasku śródziemnomorskiego słońca. Każdy kamień nagrzany był tak silnie, że gdy się go nieopatrznie dotknęło gołą ręką, natychmiast wyskakiwały bąble. Na ulicach i bulwarach świeciło pustkami. Story większości kawiarni, traktierni i barów espresso zasunięte były na głucho. Rolety w oknach domów mieszkalnych opuszczono.

Prawie wszystkie szyby oklejone były paskami z gazet. Według instrukcji wydanych przez organizację obrony przeciwlotniczej (UNPA) miało to zabezpieczyć je przed skutkami wybuchów bombowych. Byli nawet tacy, którzy w to wierzyli – do czasu, gdy bomby padały gdzie indziej, daleko na północ i na południe od Rzymu. Ale wtorkowy nalot, pierwszy wielki nalot samolotów alianckich na „Wieczne Miasto”, otworzył im oczy. Kiedy pierwsza fala amerykańskich Liberatorów zrzuciła bomby na dzielnicę San Lorenzo, szyby powypadały w całej okolicy.

Zgodnie ze starym obyczajem Wielka Rada rozpoczęła zebranie od uroczystego apelu, który przeprowadził jej sekretarz Carlo Scorza. Starsi panowie w czarnych mundurach, obwieszonych frędzlami, szlifami i akselbantami, spróbowali na chwilę wciągnąć wystające spod pasa brzuchy. Stanęli na baczność jak za dawnych czasów, gdy jako członkowie pierwszych Drużyn Szturmowych szykowali się do wielkiego marszu na Rzym. Dziś jednak nikt nie rozczulał się wspomnieniami. Ceremoniał skrócono do minimum. Zebrani zajęli miejsca; było ich – łącznie z Mussolinim – dokładnie trzydziestu. Za uchylonym oknem widać było żałośnie obwisłe gałęzie drzew zwarzone upałem.

W sali konferencyjnej zapadła cisza, przecinana tylko monotonnym szumem zainstalowanego na suficie wentylatora, którego praca zdawała się jednak psu na budę. Pomieszczenie przypominało wnętrze rozpalonego pieca hutniczego, tak rozgrzane były ściany budynku w słonecznym żarze. Gęste, gorące powietrze z trudem dawało się wciągać do płuc. Była to jednak cisza przed burzą. Wszyscy członkowie Wielkiej Rady patrzyli na człowieka, który przez ostatnich dwadzieścia lat przewodził im, stojąc na czele całego ruchu. Człowieka, który decydował dosłownie o wszystkim, co działo się w Italii.

Benito Mussolini również milczał. Wyglądał bardzo źle, cerę miał ziemistą, policzki wychudłe. Krawat przy czarnej koszuli zwisał niedbale. W jego oczach za nic nie można było dopatrzyć się dawnego blasku. Być może wspominał przechwałki Hitlera, który powiedział przed rokiem, że jeśli ktokolwiek zrzuci bomby na Rzym, jego flota powietrzna zrówna z ziemią miasto nieprzyjaciela.

Wreszcie jako pierwszy zabrał głos główny inicjator dzisiejszego spotkania, hrabia Dino Grandi di Mordano, dawny ulubieniec duce. Mówił o tym, o czym i tak wiedzieli już wszyscy. O złej sytuacji na froncie, o ślepym zaułku, w jakim znalazła się partia faszystowska i całe Włochy. Zaczął swoje wystąpienie głosem bardzo niepewnym, raz po raz zerkając, jak na jego słowa zareaguje Mussolini. Mówił krótkimi, urywanymi zdaniami, przerywając co chwila w oczekiwaniu poparcia ze strony pozostałych członków Rady. Jednak w miarę mówienia jego głos potężniał, nabierając z czasem siły wodospadu.

– Pan, duce, wprowadził nas w tę niszczycielską wojnę wbrew honorowi, uczuciom i interesom narodu. W czasie pierwszej wojny światowej poświęciliśmy sześćset tysięcy zabitych dla ocalenia ojczyzny. Dziś znowu mamy Niemców w naszym domu, a włoskie matki wołają: Mussolini zabił naszych synów! […]. Narzucił pan Włochom dyktaturę, zniszczył pan bojowego ducha naszych sił zbrojnych […]. Przez całe lata, wybierając jednego z kilku kandydatów na ważne stanowisko, nieodmiennie wskazywał pan najgorszego.

Jeszcze niedawno taka jawna krytyka byłaby w obecności dyktatora niemożliwa. Nie napotykając sprzeciwu, Grandi rozpalał się coraz bardziej. Z charakterystyczną afektacją mówił o konieczności utworzenia we Włoszech „silnego frontu wewnętrznego”:

– Moim zdaniem – teraz już prawie krzyczał – nasz najjaśniejszy król, Wiktor Emanuel III musi wystąpić teraz na plan pierwszy i przejąć całą odpowiedzialność za losy ojczyzny i za armię!

Gdy skończył, znów zapadła cisza. Znów oczy wszystkich uczestników narady skierowały się na duce.

Mussolini siedział nieporuszony, tak jakby wszystko, co do tej pory tutaj się działo, nie obchodziło go w najmniejszym stopniu. A przecież każde zdanie wypowiedziane przez Grandiego to był cios wymierzony w prestiż wodza narodu…

Potem głos zabrał Galeazzo Ciano, były już wówczas minister spraw zagranicznych. Mówił o stosunkach niemiecko-włoskich, przytoczył przykłady dwulicowej polityki Hitlera wobec duce.

– W naszych stosunkach z Niemcami w żadnym momencie nie byliśmy zdrajcami, we wszystkich przypadkach zdradzili nas Niemcy! – Całe ciało lśniło mu od potu, jakby ktoś oblał go wiadrem wody.

Hrabia Ciano mówił bez ogródek o podrzędnej, upokarzającej roli, które zmuszone są odgrywać Włochy u boku swego hitlerowskiego „brata” i „przyjaciela”. Nie szczędził też gorzkich słów temu, który wbrew jego radom, zaleceniom i błaganiom zdecydował się przed trzema laty na przystąpienie do wojny. Wojny, która przybrała teraz tak nieszczęśliwy dla Włoch i dla faszyzmu obrót.

Kończąc swe wywody, Ciano poparł wniosek Grandiego o przekazanie królowi pełnej władzy nad wojskiem:

– Uważam, że jest to jedyne wyjście, które nam pozostało, jeśli chcemy uratować jeszcze coś niecoś przed ostateczną klęską – powiedział.

Głos zabierali kolejno pozostali członkowie Rady. Nikt nie dbał już o jakikolwiek porządek. Mówili jeden przez drugiego, przekrzykując się wzajemnie, ale ich słowa jakby roztapiały się w gorącym powietrzu i zdawały się nie docierać do Mussoliniego. Ludzie z cienia zwrócili swoje sztylety przeciwko współczesnemu Cezarowi, ale duce poczuł jedynie ukłucia: irytujące, lecz nie zabójcze.

Posiedzenie Wielkiej Rady było bardzo burzliwe i przeciągnęło się do późnej nocy. Spiskowcy wyrażali swoje pretensje bardzo otwarcie; nic dziwnego, że kilku z nich, żeby zabezpieczyć się przed aresztowaniem, włożyło do teczek pistolety i ręczne granaty. Duce, którego nazwisko padało tu raz po raz, ciągle milczał. Nie odezwał się nawet wtedy, gdy głos zabrali ci, na których liczył najbardziej. Najbliżsi, zdawało się, przyjaciele i współpracownicy. Ludzie, których wyciągnął kiedyś z błota, zapewnił im najwyższe w kraju dostojeństwa i zaszczyty. Ludzie, którzy tylekroć przy różnych okazjach przysięgali mu dozgonną wdzięczność, Carlo Scorza, Roberto Farinacci… Ludzie, którzy jeszcze wczoraj na jedno jego skinienie gotowi byli skakać w ogień, siedzieli teraz zimni, obojętni i wrodzy. W obliczu klęski i niepowodzeń drżeli już tylko i jedynie o własną skórę. Od dawna znękany i przygnębiony duce, udręczony silnym bólem żołądka, biernie wysłuchiwał coraz głośniejszego chóru niezadowolonych, nie czyniąc najmniejszego ruchu, by uciszyć odstępców.

*

Mówiąc szczerze, sam był sobie w ogromnym stopniu winien. Zlekceważył wszelkie ostrzeżenia. Na decydujące o jego losach posiedzenie przybył, nie wyobrażając sobie ani przez chwilę, jaki będzie ono miało przebieg. Wygłosił wcześniej długie przemówienie, pełne maksym, cytatów i epigramatów, przeświadczony, że jak zawsze ujarzmi nim słuchaczy. Szybko jednak zorientował się, że belcanto przestało ich urzekać. Tak więc pokonany i znużony przedłużającymi się obradami, zgodził się wreszcie, by poddano pod głosowanie wniosek przewodniczącego Rady Dino Grandiego, przewidujący przywrócenie królowi władzy konstytucyjnej nad krajem i wzywający go do objęcia dowodzenia siłami zbrojnymi.

Wynik tego głosowania wprawił go w osłupienie. Dziewiętnastu członków Wielkiej Rady Faszystowskiej głosowało za odwołaniem wodza, tylko siedmiu było przeciw. W niedzielę 25 lipca o trzeciej nad ranem Mussolini został pozbawiony urzędu. Dwudziestoletni nimb, cała legenda wytworzona wokół jego osoby, wszystko prysło teraz jak mydlana bańka. W fotelu, za stołem konferencyjnym, siedział już tylko cień dawnego duce. Był śmiertelnie zmęczony i gotów na wszystko, byleby tylko ten upokarzający spektakl nareszcie się skończył.

W końcu, oparłszy zaciśnięte pięści o stół, dyktator podniósł się ciężko.

– Podjęliście decyzję o daleko idących skutkach – powiedział gorzko. – Kryzys rządowy, spowodowany akurat w tym momencie, nie jest chyba najlepszym wyjściem z trudnej sytuacji. Zabiliście faszyzm!

Pozostało mu jednak jeszcze jedno wyjście – audiencja u króla. Nie mieściło mu się w głowie, że „mały król”, jak sam pogardliwie nazywał Wiktora Emanuela III, zdobędzie się na jakiś samodzielny krok wymierzony bezpośrednio przeciwko niemu. Wręcz przeciwnie. Sam nosił się z zamiarem ukarania zdrajców, jak nazywał tych, którzy odważyli się wystąpić z atakiem na niego i na jego politykę.

Na uzgodnioną audiencję do Villa Savoia przybył punktualnie co do minuty o godzinie 17.00. Mierzący sto pięćdziesiąt centymetrów wzrostu król już na niego czekał. Miał na sobie mundur marszałkowski ze wszystkimi orderami. Jego drobna twarz zdradzała silne zdenerwowanie. Mała, wypielęgnowana dłoń, którą podał gościowi przy powitaniu, drżała wyraźnie.

– Drogi duce – odezwał się trochę niepewnym głosem. – Muszę panu powiedzieć, że sytuacja jest niezwykle trudna. Tak dalej nie może być. Włochy są rozdarte. Morale wojska zagrożone. Żołnierze po prostu nie chcą się bić. Strzelcy alpejscy śpiewają, że nie chcą walczyć za Mussoliniego: Abbasso Mussolini, assasino degli alpini (Precz z Mussolinim, mordercą strzelców alpejskich) – zacytował refren piosenki śpiewanej przez niedobitków z frontu wschodniego.

Dyktator wzruszył tylko ramionami.

– Wotum nieufności Wielkiej Rady… – kontynuował Wiktor Emanuel. – Dziewiętnaście głosów za wnioskiem Grandiego… Zapewne nie ma pan już złudzeń na temat uczuć, jakimi obecnie darzą pana Włosi? Nie może pan już liczyć na nikogo, prócz mnie…

– No właśnie – ożywił się Benito. – Wielka Rada jest tylko ciałem doradczym i nie ma prawa podejmować takich decyzji. W tej sytuacji…

– Nic podobnego – przerwał mu stanowczo król. – Wielka Rada jest organem państwa ratyfikowanym przez dwie izby włoskiego parlamentu i dlatego każdy, podkreślam, każdy jej akt jest wiążący.

– Wobec tego według Waszej Wysokości muszę zrezygnować? – zapytał Mussolini z wyraźnym wysiłkiem.

– W tej sytuacji, drogi duce, doszedłem do wniosku, że najodpowiedniejszym człowiekiem, zdolnym do objęcia władzy wykonawczej, będzie… marszałek Pietro Badoglio. Utworzy on gabinet złożony z urzędników, aby zapewnić funkcjonowanie administracji państwowej i kontynuowanie wojny.

Po tych słowach Mussolini pochylił się, jakby otrzymał cios w piersi. Dźwięk tego nazwiska musiał mu dopiec do żywego. W roku 1940, kiedy Włochy przeżyły największe dotychczas upokorzenie podczas tej wojny, dyktator osobiście zwolnił Badoglia z kierowania Comando Supremo (Najwyższym Dowództwem). A teraz król oznajmiał mu, że to właśnie ten stary nieudacznik ma stanąć na czele nowego rządu…[8].

– A więc to już koniec… – jęknął płaczliwie. – I co się stanie ze mną? I z moją rodziną?

– Nie potrzebuje pan żywić najmniejszych obaw o swoje osobiste bezpieczeństwo – zapewnił go król. – Sam zadbam o to, aby zapewniono panu należytą ochronę.

Rozmowa Mussoliniego z królem trwała zaledwie dwadzieścia minut. O 17.20 Wiktor Emanuel odprowadził swego gościa do drzwi. Według relacji członków straży pałacowej „mały król” po tej ciężkiej rozmowie zdawał się być jeszcze mniejszy i bardziej drobny.

*

Gdy zamknęły się drzwi i Mussolini schodził zamyślony po schodach rezydencji, podszedł do niego kapitan karabinierów.

– Ekscelencjo, Jego Królewska Mość wydał mi rozkaz, abym panu towarzyszył dla ochrony przed tłumem.

– Nie widzę potrzeby – mruknął duce z wyraźnym niezadowoleniem. – Ale jak chcecie, to możecie ze mną jechać.

Chciał skierować się do swojego samochodu, oczekującego przy bramie, ale kapitan zastąpił mu drogę, wskazując na stojącą obok wojskową sanitarkę.

– Przepraszam bardzo, ale musi pan wsiąść tutaj.

Mussolini spojrzał na swojego sekretarza, Nicolę de Cesare, który czekał nań w limuzynie, i zawahał się przez chwilę.

„Kto wie, czy w tym właśnie niepozornym pojeździe rzeczywiście nie będę bezpieczniejszy” – pomyślał. – „Ostatecznie mój wóz jest w Rzymie zbyt znany, a taka popularność jest obecnie zupełnie niepożądana. Przecież król zapewnił mi ochronę… Może to i lepiej…”.

Wzruszył ramionami i wsiadł do sanitarki. W tej samej chwili wskoczyło za nim do środka dwóch ubranych po cywilnemu agentów, trzech karabinierów oraz opiekujący się nim oficer. Ktoś zatrzasnął drzwiczki i ambulans szybko odjechał.

Nad miastem w szaleńczym pędzie mknęły chmury, jakby uciekały przed pogonią. Niektóre ich strzępki przelatywały tak nisko, że prawie zahaczały o drzewa chylące się w tę samą stronę, i wyglądało to tak, jak gdyby ktoś zamiatał nimi niebo. Deszcz chłostał ściany stojących wzdłuż ulicy domów, które z szarych stawały się czarne.

Deszcz przestał padać, gdy pół godziny później ambulans zatrzymał się u wejścia do koszar oddziału karabinierów, stacjonującego na Zatybrzu przy Via Quentino Sella. Przed bramą stali żołnierze w szyku bojowym, z bagnetami na karabinach.

Oficer poprowadził Mussoliniego do dyżurki. Tutaj dopiero po zachowaniu się karabinierów Benito Mussolini wywnioskował wreszcie, na czym ma polegać owa „osobista opieka” króla. Stąd wieczorem przetransportowano go do gmachu szkoły kadetów policji przy Via Legnano, gdzie przebywał do wieczora 27 lipca.

Około północy, po wielu godzinach nerwowego oczekiwania, wręczono mu odręczne pismo marszałka Badoglia, który w krótkich słowach zakomunikował, iż duce znajduje się w „areszcie ochronnym, zarządzonym w trosce o jego osobiste bezpieczeństwo, wobec poważnych meldunków o przygotowywanym na życie dyktatora zamachu”.

Wczesnym rankiem na ulicach Rzymu i innych włoskich miast pojawiły się pospiesznie wydrukowane plakaty z odezwą:

Włosi! W doniosłej godzinie, ciążącej na losach ojczyzny, obejmuję naczelne dowództwo nad wszystkimi rodzajami broni. Niechaj każdy zajmuje stanowisko, jakie wyznacza mu obowiązek, wiara i walka […]. Niechaj każdy z Włochów pochyli głowę w obliczu głębokich ran, zadanych świętej ziemi ojczystej. Polegając na dzielności swych sił zbrojnych oraz na zdecydowanej woli wszystkich obywateli, Włochy wkraczają na drogę ponownego odrodzenia. Włosi! Bardziej niż kiedykolwiek łączy mnie dzisiaj z wami niewzruszona wiara w nieśmiertelność ojczyzny.

Wiktor Emanuel III

Tuż obok widniało pierwsze orędzie nowo mianowanego szefa rządu, marszałka Pietra Badoglio:

[…] Z rozkazu króla przejmuję nad krajem rządy o charakterze wojskowym, wraz ze wszystkimi pełnomocnictwami. […] Mimo że Włochy otrzymały ciężkie ciosy, dotrzymają wierności danemu słowu, albowiem są czujnym strażnikiem tysiącletniej tradycji […] Wojna trwa nadal! […].

*

I wojna trwała nadal…

Meldunek o aresztowaniu Mussoliniego przekazał Führerowi 25 lipca o godzinie 21.30 niemiecki ambasador w Rzymie, Rudolf Rahn.

– Duce ustąpił! – Hitler wykrzyknął w największym oburzeniu do stojącego obok feldmarszałka Wilhelma Keitla, szefa Naczelnego Dowództwa Wehrmachtu (Oberkommando der Wehrmacht – OKW). – Rządy w Rzymie objął ten łajdak Badoglio, najgorszy z naszych wrogów!

Upadek Mussoliniego wywołał w niemieckiej Kwaterze Głównej prawdziwy wstrząs. Duce był jedynym człowiekiem we Włoszech, któremu Hitler mógł ufać, przywódcą związanym przez los z Führerem na dobre i na złe. Adolf natychmiast wezwał na konferencję pozostałych przywódców Rzeszy. Przybyli: Goebbels, Göring, Himmler i Heinz Guderian – Generalny Inspektor Wojsk Pancernych, szef sztabu Naczelnego Dowództwa Wojsk Lądowych. Albert Speer znajdował się już na miejscu; Joachim von Ribbentrop, dochodzący do siebie po zapaleniu płuc, był osłabiony i blady. Z grupą swoich podwładnych przybył admirał Karl Dönitz, naczelny dowódca Kriegsmarine.

– Bez wątpienia w swojej wiarołomności ogłoszą, że pozostaną wobec nas lojalni, ale to jest zdrada – stwierdził. – Oczywiście nie pozostaną lojalni. W każdym razie ten, jak on tam się nazywa… Badoglio, powiedział wprost, że wojna będzie kontynuowana, ale to nic nie znaczy. Musi tak mówić. My podejmiemy tę samą grę: wszystko ma być gotowe do błyskawicznego uderzenia w tę całą klikę i wyrzucenia ich! Jutro rano wyślę kogoś, aby przekazał dowódcy 3. Dywizji rozkaz wejścia do Rzymu, aresztowania króla, całej bandy oszustów, następcy tronu, schwytania tych wszystkich szumowin, zwłaszcza Badoglia i jego gangu. Zobaczycie, oni pękną jak przekłuty balon i w ciągu dwóch lub trzech dni będzie całkiem inna sytuacja!

Dwie godziny później, w czasie narady o północy, Hitler wydał następne instrukcje:

– Rzym musi być okupowany! Nikt nie może opuścić Rzymu, a wtedy wejdzie tam 3. Dywizja Grenadierów Pancernych.

– Czy Watykan zostanie otoczony, a bramy tego państwa zablokowane? – zapytał nieśmiało Walter Hewel, przedstawiciel ministra spraw zagranicznych w kwaterze Hitlera.

– To nie ma znaczenia – odpowiedział Führer. – Ja wkroczę wprost do Watykanu. Sądzicie, że się go obawiam? Watykan przekształcił się w gniazdo szpiegów i w centrum propagandy wymierzonej przeciwko narodowemu socjalizmowi. Cały dyplomatyczny korpus się tam schroni. Nie popuszczę im. Jeżeli wszyscy tam się znajdą, my wyjmiemy stamtąd wiele świń – mówił o Żydach, którym Watykan dał schronienie. – Potem powiemy, że przepraszamy. Łatwo możemy to zrobić[9].

– A co z papieżem?

– W zależności od rozwoju sytuacji militarnej i politycznej polecę umieścić go w Niemczech lub Liechtensteinie.

Hitler słynął z tego, że w sytuacjach kryzysowych potrafił działać niezwykle szybko, a przy tym często brutalnie i przebiegle. Jeżeli coś postanowił, to przestawały dla niego istnieć jakiekolwiek bariery moralne czy prawne. Po prostu dążył do wytyczonego celu, z wdziękiem i rozmachem taranu. Dzięki temu zwykle wyprzedzał przynajmniej o krok swoich przeciwników. Był dużo bardziej skuteczny niż oni, i właśnie dzięki temu wygrywał. Przynajmniej przez jakiś czas.

Tym razem także głęboko wierzył w możliwość zażegnania włoskiego kryzysu. Ba! Przekonany był nawet, że z całego zamieszania wyciągnie jeszcze korzyści. Nieprzypadkowo w czasie nocnej narady wspomniał o możliwości zajęcia Watykanu. Aresztowanie duce, konszachty włoskiego rządu z aliantami, możliwość inwazji wojsk wroga na Półwysep Apeniński – wszystko to stwarzało mu doskonały pretekst do uwięzienia papieża i przejęcia watykańskich skarbów.

Przez kilka następnych dni Hitler odbył serię narad z udziałem co najmniej trzydziestu osób; wszyscy byli stłoczeni w jednym dusznym pomieszczeniu. W czasie tych długotrwałych debat podjęto ważne decyzje dotyczące Osi. Na jedno Führer kładł przez cały czas zdecydowany nacisk:

– Mussolini musi z powrotem znaleźć się na czele rządu.

Prawie nikt z jego najbliższych współpracowników nie miał pojęcia, że w tajemnicy podjął już stosowne kroki, aby do tego doprowadzić.

Panowanie nad sobą odzyskiwał dopiero w obecności swoich sekretarek i prywatnie pozwolił sobie na parę gorzkich komentarzy dotyczących obalenia duce.

– Mussolini jest znacznie słabszy, niż sądziłem – powiedział cicho pewnego razu. – Osobiście go popierałem, a jednak upadł. Ale na Włochów nigdy nie mogliśmy liczyć. Straciliśmy przez nich więcej prestiżu i ponieśliśmy więcej klęsk, niż przysporzyli nam sukcesów.

Fakt, że w końcu doszło we Włoszech do oczekiwanego przez niego już od dawna kryzysu, zdawał się raczej przynosić mu ulgę niż przygnębiać. W tym trudnym dla siebie czasie był w stanie chłodno kalkulować, prezentując nie tylko determinację i energię – konieczne dla opanowania kryzysu – ale też taktyczną maestrię. To właśnie, w połączeniu z opieszałością Brytyjczyków i Amerykanów, którzy nie zdołali wykorzystać dogodnej okazji, umożliwiło w końcu Niemcom opanowanie sytuacji na południowej flance.

Nowy rząd Włoch oficjalnie kontynuował wojnę z aliantami, jednocześnie jednak rozpoczął z nimi tajne negocjacje. Hitler nie ufał aktualnemu premierowi i wprowadził na terytorium Italii dużą jednostkę niemiecką pod pretekstem walk z inwazją. 8 września 1943 roku rząd Badoglio ogłosił zawieszenie broni z aliantami, ale nie wypowiedział wojny Niemcom, pozostawiając armię bez rozkazów. Premier i rodzina królewska przemieścili się do regionów kontrolowanych przez aliantów.

Wiadomość o podpisaniu przez Włochy zawieszenia broni znów spadła na Hitlera niespodziewanie. Był właśnie na Zaporożu, na Ukrainie, zajęty wydarzeniami na południowym odcinku frontu wschodniego, i tuż przed nadejściem wspomnianej wiadomości powrócił do swej Kwatery Głównej. Jego wściekłość nie miała granic. Z chwilą kapitulacji Włoch „miękkie podbrzusze” III Rzeszy zostałoby całkowicie pozbawione obrony. Włosi aż do ostatniej chwili zachowali pozory, toteż udało im się całkowicie zaskoczyć Niemców; starczyło im tylko tyle czasu, ile trzeba było na wysłanie umówionego hasła marszałkowi Albertowi Kesselringowi, zwanemu przez aliantów „Uśmiechniętym Albertem”, który dowodził w południowych Włoszech, bo komunikacja prawie natychmiast została przerwana i wiadomości rozchodziły się bardzo skąpo.

W szary, wilgotny poranek do Kętrzyna przyjechał wezwany tam przez Hitlera Heinrich Himmler. Führer był zgorzkniały, oburzony na Włochów, że zdołali go tak podstępnie podejść. „Duce przejdzie do historii jako ostatni Rzymianin – pisał Joseph Goebbels, niemiecki minister propagandy i oświecenia publicznego, członek ścisłego kierownictwa partii narodowosocjalistycznej, a późnej w ostatnich dniach życia kanclerz Rzeszy. – Ale za jego spiżową postacią naród Cyganów osiągnął stan rozkładu”.

Goebbels wszystkimi siłami starał się namówić Hitlera do wygłoszenia przemówienia przez radio. Po raz ostatni Adolf przemawiał w marcu, z okazji Dnia Pamięci Poległych Bohaterów. Tak źle odczytał jednak przy tym swój tekst, że wywarł jak najgorsze wrażenie na słuchaczach. Od chwili aresztowania Mussoliniego nie chciał występować publicznie, toteż Goebbelsowi tylko z najwyższym trudem udało się przełamać jego opór.

Mowa nie zawierała niczego specjalnie ciekawego. Hitler w podniosłych słowach mówił o Mussolinim, nazywając go „największym synem włoskiej ziemi od czasu upadku Rzymu” i podkreślił lojalny do niego stosunek: „Nie nauczyłem się zmieniać własnych poglądów stosownie do okoliczności lub po prostu, by się ich zaprzeć”. Oświadczył również, że zdrada Włochów będzie powodem narodowego wstydu dla ich przyszłych pokoleń, ale nie wpłynie w żaden sposób na wynik wojny:

– Od miesięcy we Włoszech walczyły już tylko niemieckie wojska. Będziemy teraz walczyli dalej, wolni od uciążliwego balastu […]. W tych gigantycznych zmaganiach względy taktyczne mogą nas zmusić czasem do niewielkiego odstąpienia na jakimś froncie, ale nigdy nie wpłynie to na przełamanie stalowego pierścienia chroniącego Rzeszę.

Mowa ta została nadana 10 września wieczorem i poprzedził ją specjalny biuletyn oznajmiający o uderzającym sukcesie Niemców we Włoszech. Hitler zdołał tam podnieść liczebność sił niemieckich do szesnastu dywizji, które przystąpiły teraz do rozbrajania znacznie liczniejszych wojsk włoskich oraz do zajmowania kluczowych pozycji, łącznie z Rzymem, nie napotykając przy tym poważniejszego oporu. Król i Badoglio uciekli ze stolicy, chroniąc się pod skrzydła aliantów. W ciągu paru godzin Niemcy zdołali opanować większą część Półwyspu Apenińskiego.

*

Skorzeny wrócił tymczasem do holu Nowej Herbaciarni w stanie wielkiego poruszenia. Zapalił papierosa, łapczywie wciągając pierwszy haust dymu. Po chwili pojawił się Otto Günsche, zawiadamiając, że generał Student już na niego czeka.

Generaloberst Kurt Arthur Benno Student, jowialny oficer, którego umiejętności i odwaga były już w Wehrmachcie legendą, urodził się 12 maja 1890 roku w Birkholz w Brandenburgii. W czasie I wojny światowej był asem niemieckiego lotnictwa myśliwskiego, z łączną liczbą sześciu powietrznych zwycięstw. 1 lipca 1938 roku już jako generał major otrzymał zadanie rozbudowania utworzonego trzy lata wcześniej Batalionu Spadochronowego „Hermann Göring” w 7. Dywizję Lotniczą. 10 maja 1940 roku został zrzucony wraz z żołnierzami 7. Dywizji w okolicach Rotterdamu. 14 maja odniósł ciężką ranę kolana, kiedy spadochroniarze zostali omyłkowo ostrzelani przez straż przednią jednostki pancernej Waffen-SS. W 1941 roku opracował plan zdobycia Krety przez wojska powietrznodesantowe. Podczas ataku dowodził osobiście XI korpusem lotniczym (7. Dywizja Spadochronowa i 5. Dywizja Górska). Kreta została zajęta, ale straty spadochroniarzy były tak duże, że wydano zakaz przeprowadzania dużych operacji powietrznodesantowych. Pomimo tego zakazu Student – za zgodą Oberkommando der Wehrmacht (OKW) – Naczelnego Dowództwa Wehrmachtu oraz samego Adolfa Hitlera, opracował plan desantu na Maltę, który jednak nie został zrealizowany. W 1943 roku powierzono mu dowództwo niemieckich jednostek spadochronowych we Włoszech[10].

Skorzeny wszedł do małego biura i przywitał się z generałem, pod którego dowództwo został oddany i któremu powierzono dowodzenie całą operacją. Uznał, że Student wygląda całkiem przyjaźnie, chociaż jego czoło również przecinała głęboka blizna, pamiątka po trafieniu przez snajpera w 1940 roku.

Ledwo obaj panowie zdążyli wymienić słowa powitania, w drzwiach pojawił się kolejny gość. Tym razem nie miał na sobie munduru, co zdarzało mu się nadzwyczaj rzadko. Ubrany był w tweedowy garnitur, białą koszulę i czarny krawat. Srebrne binokle nadawały mu wygląd mało sympatycznego dyrektora szkoły.

Reichsführer Heinrich Himmler. Ongiś hodowca kurczaków, był obecnie budzącym powszechną grozę dowódcą SS i najpotężniejszym człowiekiem III Rzeszy. Nigdy nie gardził luksusem, jednakże ponad wszystko na świecie, ponad pałace i świecidełka, perskie dywany i szelest banknotów, kochał władzę. Jej poświęcał myśli i marzenia, dla niej wzniósł ołtarz w głębi swego bezlitosnego serca. Nie było takiej zbrodni, przed którą by się cofnął w uporczywym dążeniu do ugruntowania swej potęgi.

Niezwykły dowód jego ciemnej duszy, a raczej szaleństwa opisał najstarszy syn Martina Bormanna – Martin Adolf. Dla swojej sekretarki i kochanki, Hedwig Potthast, Himmler kupił dom w pobliżu Berchtesgaden, gdzie – ze względu na bliskość rezydencji Hitlera – swoje wille postawili również Martin Bormann i Hermann Göring. Pewnego dnia syn Bormanna wraz z matką, Gerdą Buch (córką sędziego najwyższego sądu partyjnego Waltera Bucha), i młodszą siostrą złożyli wizytę pani Potthast. Gospodyni zaprowadziła ich na piętro i otworzyła drzwi dużego pokoju.

„Weszliśmy tam – wspominał Martin Adolf Bormann. – Nie rozumieliśmy, co to za sprzęty znajdują się w pokoju, dopóki nam nie wyjaśniła całkiem naukowo. Były to krzesła i stoły zrobione z części ludzkiego ciała. Stało tam krzesło. Siedzenie zrobiono z ludzkiej miednicy, nogi były ludzkimi nogami i opierały się na ludzkich stopach. Z dużej sterty podobnych książek [Hedwig Potthast] podniosła książkę Mein Kampf i pokazała nam okładkę pokrytą ludzką skórą. Wyjaśniła, że więźniowie w Dachau, którzy robili te książki, używali skóry z pleców”.

Pani Bormann, równie wstrząśnięta jak dzieciaki, pospiesznie wyprowadziła je z domu. Od tej pory Bormannowie już nigdy nie składali wizyt pani Potthast. Marin Adolf Bormann − w akcie sprzeciwu wobec zbrodniczej działalności ojca – został katolickim księdzem i misjonarzem. W 1953 roku otrzymał święcenia kapłańskie i pełnił swoją posługę przez wiele lat w zakonie Misjonarzy Najświętszego Serca Jezusowego w belgijskim Kongu[11].

„Widziałem go przy tej okazji po raz pierwszy z bliska – wspominał szefa SS i Gestapo Otto Skorzeny. – Muszę powiedzieć, że nie wywarł na mnie pozytywnego wrażenia. Miał wiotki uścisk dłoni i uciekające za binoklami spojrzenie”.

Nikt jednak nie mógł odebrać Himmlerowi zasługi uczynienia z SS największej siły w III Rzeszy. Stanął na czele tej formacji w 1929 roku, kiedy liczyła sobie niespełna trzystu członków. Trzy lata później, zanim jeszcze narodowi socjaliści dorwali się do władzy, miał już pod swoimi rozkazami ponad pięćdziesiąt tysięcy ludzi, a ich liczba ciągle wzrastała. Potem SS opanowało całe Niemcy. Honorowe tytuły otrzymywali najważniejsi politycy i najwybitniejsi naukowcy. Siłę organizacji uzupełniły fanatyczne, świetnie uzbrojone i znakomicie wyszkolone oddziały Waffen-SS, które w szczytowym okresie osiągnęły stan blisko miliona żołnierzy. Potęga policyjna i militarna SS szła w parze z jej siłą gospodarczą. W administrowanych przez Schutzstaffel obozach koncentracyjnych siedemset tysięcy więźniów wynajmowano niemieckim koncernom, zarabiając krocie na ich niewolniczej pracy.

– Siadajcie panowie – rzekł zaskakująco łagodnym głosem Himmler, kiedy obaj oficerowie wyprężyli się na jego widok w postawie zasadniczej.

Patrząc ostrym wzrokiem zza szkieł charakterystycznego pince-nez, przedstawił krótko własną analizę sytuacji.

– Przy najbliższej okazji Badoglio zdradzi Oś i zawrze odrębny pokój z aliantami – zawyrokował nieznoszącym sprzeciwu głosem. – Część Włochów pozostała wierna Hitlerowi, ale większość z nich to zwykli zdrajcy.

Coraz bardziej podniecony, wymieniał po kolei wszystkie włoskie przewinienia, zasypując rozmówców nazwiskami i datami. Podawał kolejne nazwiska włoskich polityków i dowódców, oceniając jednocześnie, do jakiego stopnia można im ufać. W pewnym momencie zauważył, że Skorzeny robi notatki.

– Czy pan stracił rozum?! – wrzasnął. – Nie słyszał pan, że wszystko, co mówię, jest ściśle tajne?! – Głos miał wysoki jak u kastrata i nieco przyduszony, jakby usiłował mówić pod silny wiatr.

Otto pośpiesznie schował notes i ołówek.

– Proszę to natychmiast podrzeć i spalić – zażądał Reichsführer. – Kiedy podniósł wzrok, zza srebrnych binokli patrzyła zimna i pozbawiona uczuć twarz. – Proszę polegać tylko i wyłącznie na własnej pamięci. Chyba ma pan wystarczająco dobrą pamięć, Hauptsturmführer?

– Jawohl! – przyświadczył Otto.

– To dobrze. – Himmler zdjął binokle, wskazującym palcem potarł lekko grzbiet nosa, po czym starannie założył je z powrotem. Było w tym geście coś nieskończenie złowieszczego. – Ja też – dorzucił niespodziewanie.

Zabrzmiało to dwuznacznie i groźnie jednocześnie.

– Odstępstwo Włoch jest pewne – ciągnął dalej. – Jedyne pytanie brzmi: kiedy do tego dojdzie?

Wyczerpawszy temat, wdał się w dłuższą dyskusję ze Studentem. Skorzeny spojrzał na zegarek. Dochodziła 23.00, postanowił więc zadzwonić do swojego biura do Berlina i powiadomić podwładnych, że jeszcze jakiś czas będzie nieobecny.

Czekając na połączenie, stanął na korytarzu i zapalił papierosa. W tym momencie pojawił się tam również Himmler.

– Nie do wiary! – wrzasnął. – Nie ma pan dość siły woli, żeby rzucić palenie? Wciąż te śmierdzące niedopałki! Widzę, że nie jest pan człowiekiem, jakiego nam trzeba do wykonania tak trudnej misji.

Nim Skorzeny zdążył odpowiedzieć, Reichsführer zniknął.

„Nieźle się zaczyna” – pomyślał komandos, gasząc papierosa na obcasie. Zastanawiał się, czy już został zwolniony.

*

Zaraz po przybyciu do Włoch Hauptsturmführer Skorzeny zameldował się u głównodowodzącego wojsk niemieckich Alberta Kesselringa, który rozlokował się wraz ze swym sztabem we Frascati. Tam też poczęły zbiegać się wszelkie nici akcji przygotowującej porwanie.

Obaj panowie S, Student i Skorzeny, byli doświadczonymi żołnierzami i obaj dobrze wiedzieli, iż w przypadku powodzenia operacji „Eiche” (Dąb) – bo taki nadano jej kryptonim – zaszczyty i wyróżnienia, jakie otrzymają, będą ogromne. Kiedy był zadowolony, Hitler potrafił naprawdę szczodrze się odpłacić. Skorzeny szybko zorientował się, że wielka akcja wymyka mu się z rąk, a dowódca spadochroniarzy zamierza przeprowadzić ją tylko przy pomocy swoich ludzi, wyznaczając esesmanowi rolę ochroniarza uwolnionego Mussoliniego. Późnym wieczorem zadzwonił więc do Berlina, do swojego zastępcy Karla Radla.

– Mamy rozkaz wyruszyć jutro rano – rzucił do słuchawki. – Na razie nie mogę dodać nic więcej, muszę to wszystko jeszcze przemyśleć. Powiem ci tylko jedno, że tej nocy nie będziecie spokojnie spali. Przygotuj transport, gdybyśmy mieli zabrać nasz ekwipunek. Wybierz pięćdziesięciu ludzi, tylko najlepszych, którzy znają włoski. Przekaż mi, których oficerów masz zamiar wybrać, a ja powiem ci o moim wyborze. Wszystko musi być gotowe na piątą rano.

Celem Skorzenego było postawienia Kurta Studenta przed faktem dokonanym. Liczył przy tym na to, że generał nie odważy się przeciwstawić człowiekowi wykonującemu rozkaz samego Führera. I rzeczywiście, Student – choć niechętnie – ale jednak wyraził zgodę na udział w akcji jego ludzi. Drużyna Skorzenego wylądowała więc 28 lipca na lotnisku w Pratica di Mare, na południowy zachód od Rzymu.

Komandosi byli gotowi do akcji w każdej chwili, tylko… ciągle nikt nie wiedział, gdzie przebywa Mussolini. Niemiecki wywiad stawał dosłownie na głowie, lecz przez dłuższy czas bez żadnych konkretnych efektów. Pragnąc zdobyć dla Hitlera za wszelką cenę potrzebne informacje, nazistowscy tropiciele zaczęli szukać pomocy nawet u… mediów, jasnowidzów, astrologów i innych znawców nadprzyrodzonych mocy. „Zdaje się, że to sam Himmler chętnie odwoływał się do takich «mędrców» – pisał Otto Skorzeny. – Pewne jest jednak, że we Włoszech ani fusy od kawy, ani tarot, ani kryształowe kule w niczym nam nie pomogły”.

Himmler zawsze czuł respekt do sił nadprzyrodzonych. Od marca 1944 roku korzystał z usług niemieckiego jasnowidza Wilhelma Theodora Heinricha Wulffa, autora autobiografii wydanej pod tytułem Zodiak i swastyka, którego umiejętnie podsunął mu szef wywiadu SD Walter Schellenberg. Wulffowi udało się uzyskać przemożny wpływ na szefa Gestapo, w którym astrologia zawsze budziła zabobonny lęk i respekt. Schellenberg nakazał wcześniej Wulffowi, aby w horoskopach zawsze starał się podkreślać jego znaczenie w powodzeniu różnych projektów szefa SS.Wulff często opracowywał przepowiednie dla Himmlera i zrobił na nim tak duże wrażenie, że ten konsultował z jasnowidzem każdą niemalże decyzję.

Zanim jeszcze Wulff został przedstawiony Himmlerowi, ułożył nadzwyczaj trafny horoskop dla Schellenberga. Przewidział również, że 20 lipca 1944 roku życie Hitlera znajdzie się w niebezpieczeństwie. [Chodziło o zamach Clausa von Stauffenberga – opisany w rozdziale V]. Przepowiednia Wulffa głosiła, że Führer odejdzie z tego świata przed 7 maja 1945roku, co także okazało się prawdą. Podejrzewa się jednak, że astrolog po fakcie dodawał sobie powagi i koloryzował własną biografię. Ostatnie zdanie Zodiaku i swastyki brzmi: „Narodowy socjalizm został zmiażdżony i zniknął z historii. Astrologia natomiast… pozostała”.

W samym Rzymie aż huczało od plotek na temat losów duce. Niektórzy informatorzy donosili, że Mussolini został zamknięty w szwajcarskim szpitalu dla umysłowo chorych. Inni zapewniali, że popełnił samobójstwo. Niemcy nie mieli innego wyboru, jak sprawdzać każdą ze sprzecznych wersji wydarzeń, marnując pieniądze i przede wszystkim niezwykle cenny czas. „Z całą pewnością udało nam się tylko ustalić, że po południu 25 lipca duce został wezwany do króla – napisał Skorzeny. – Od tego momentu nikt go więcej nie widział”.

Ze źródeł nieco bardziej wiarygodnych napływały wciąż nowe, często jednak sprzeczne ze sobą informacje. A to widziano Mussoliniego na wyspie Ponza, później w Santa Maddalena niedaleko Sardynii, w cieśninie Bonifacio. Wbrew pozorom obie wiadomości były prawdziwe, ponieważ dyktatora często przewożono w różne miejsca. Włosi słusznie podejrzewali, że ich dotychczasowi koalicjanci mogą wpaść na pomysł odbicia duce. Choć na pierwszy rzut oka podobna operacja nie mogła mieć racji bytu, byli tacy, którzy twierdzili inaczej. Wybrali zatem najprostsze z możliwych rozwiązań – nieustannie zmieniali miejsce uwięzienia, przenosząc Mussoliniego z miejsca na miejsce w taki sposób, aby nikt nie wykrył, gdzie obecnie się znajduje. Pierwszy tydzień aresztu dyktator spędził na wyspie Ponza, następnie przeniesiono go na wyspę La Maddalena, do domu o nazwie Villa Kern.

Przebrany za rybaka Skorzeny wybrał się do portu La Maddalena w towarzystwie mówiącego perfekcyjnie po włosku porucznika Wargera. Będący abstynentem porucznik ruszył w kurs po miejscowych barach (czegóż nie robi się dla sprawy), Skorzeny zaś na łodzi motorowej opłynął wyspę, aby zapoznać się z ogólną sytuacją.

Rajd Wargera po knajpach przyniósł mu fatalne samopoczucie, ale okazał się opłacalny. W pijackiej rozmowie z miejscowym handlarzem, który dostarczał warzywa i owoce do Villa Kern, niemiecki oficer uzyskał wiadomość, że Mussolini przebywa tam z całą pewnością. Plan odbicia mógł wejść w fazę realizacji.

Stwierdziwszy, że budynek jest pilnie strzeżony przez oddziały naziemne i artylerię przeciwlotniczą, Skorzeny zdecydował się powrócić na ląd Heinklem 111, aby jak najszybciej sprowadzić na wyspę oddział swoich spadochroniarzy. Była środa 18 sierpnia 1943 roku. Siedział w samolocie pochłonięty własnymi myślami, kiedy nagle usłyszał okrzyk:

– Achtung! Dwa samoloty od tyłu! – A po chwili: – To angielskie myśliwce!

Błyskawicznie rzucił się do najbliższego karabinu maszynowego. Pilot zanurkował. Wtem lewy silnik przestał pracować i Heinkel runął w dół z prędkością siedmiuset kilometrów na godzinę. Nie było szansy na skok ze spadochronem.

– Trzymać się! – ktoś krzyczał ochryple i bombowiec z hukiem uderzył w wodę.

Skorzeny poczuł, jak pękają mu żebra. Cały świat wypełniła głęboka czerń, zmieszana z krwistą czerwienią. A potem cisza. Wszystko zamarło bez ruchu. Nawet krew. Stracił przytomność.

Szczęście jednak go nie opuściło. Po jakimś czasie, trudno powiedzieć po jakim, bo mogła to być zarówno jedna sekunda, jak i wieczność, odzyskał świadomość, stwierdzając, że pilot zdołał napompować łódkę ratunkową, a on sam jest w stanie utrzymać się na powierzchni. Kwadrans później uratował ich włoski okręt. Marynarze pożyczyli im suche ubrania i wysadzili na Sardynii.

Okazało się, że Skorzeny ma złamane trzy żebra, nie miał jednak czasu na zajmowanie się swoim zdrowiem. Zabandażował pospiesznie kontuzjowane miejsce i skierował się do najbliższej niemieckiej jednostki. Następnego dnia powrócił do Rzymu.

*

Tymczasem z Kwatery Głównej nadeszła wiadomość, że miejsce pobytu Mussoliniego ustalili ludzie Wilhelma Canarisa, szefa Abwehry. Zgodnie z tymi informacjami duce miał być przetrzymywany na Elbie, w jednym z dawnych więzień Napoleona. Skorzeny nie krył irytacji, nie ufał Canarisowi, czując, że stary admirał rozmyślnie wprowadza Hitlera w błąd.

Zapewne zresztą miał rację z tym rozmyślnym wprowadzaniem. Jak się później okazało, Canaris był zdecydowanym przeciwnikiem polityki Adolfa Hitlera i współzałożycielem oraz wieloletnim członkiem antyhitlerowskiej organizacji Schwarze Kapelle – Czarna Orkiestra. Poza tym był monarchistą i zadeklarowanym antykomunistą. Skupił wokół siebie wielu najwyższych rangą niemieckich oficerów przekonanych, że polityka nazistów doprowadzi Niemcy do zguby. Bezskutecznie usiłował nawiązać kontakt z rządem brytyjskim, co uważał za niezbędny warunek dokonania zamachu stanu i obalenia Hitlera. Po wybuchu wojny przeciwdziałał wielu planom Hitlera i wielokrotnie świadomie przekazywał mu fałszywe informacje.

„Miałem okazję […] poznać jego dwulicowy charakter – napisał po latach Skorzeny w książce Nieznana wojna. Moje operacje specjalne. – Było w nim równocześnie coś z meduzy, którą można bez widocznego rezultatu przebić palcem, jak i z wymykającego się śliskiego węgorza. Zapytuję dotąd sam siebie: po co Canaris miał na biurku portret Hitlera? Przecież oblicza Roosevelta, Churchilla lub Stalina byłyby bardziej adekwatne”.

Korzystając z protekcji generała Studenta, Skorzeny zdołał uzyskać ponowną audiencję u Hitlera, podczas której przedstawił dowody co do przetrzymywania Mussoliniego jednak na La Maddalena. W Wilczym Szańcu znalazł się w tej samej sali, w której kilka tygodni wcześniej Führer wydał mu rozkaz odnalezienia i porwania jego włoskiego przyjaciela. Tym razem przy stole obecni byli również najwyżsi dygnitarze Rzeszy. Po prawej stronie Hitlera feldmarszałek Wilhelm Keitel i generał pułkownik Alfred Jodl, z lewej strony minister spraw zagranicznych Joachim von Ribbentrop, Heinrich Himmler, Kurt Student, a dalej wielki admirał Karl Dönitz i marszalek Hermann Göring.

– Wierzę panu, Hauptsturmführer – po wysłuchaniu raportu Hitler ujął w spontanicznym geście rękę Skorzenego. – Ma pan całkowitą rację. Odwołuję atak na Elbę. Czy przygotował pan już plan ataku na La Maddalenę?

– Oczywiście, Mein Führer.

– Proszę go przedstawić.

Skorzeny w możliwie zwięzłych słowach przedstawił główne założenia planu, zaaprobowanego wcześniej przez generała Studenta.

– Operacja nosi kryptonim „Alarich”. Zgodnie z poczynionymi przeze mnie osobiście spostrzeżeniami willi „Weber”, w której przebywa Mussolini, strzeże w dzień i w nocy około stu pięćdziesięciu karabinierów i policjantów. W przeddzień rozpoczęcia akcji niemiecki okręt złoży kurtuazyjną wizytę na La Maddalena. W tym samym czasie mała flotylla szybkich łodzi motorowych, R-bootów, wpłynie do portu i zacumuje tam na noc. Każdy ścigacz wyposażony będzie w dwie torpedy i dwa działka 20 mm. Następnego dnia o świcie wyspę otoczą trałowce wiozące na pokładzie moich ludzi oraz kompanię żołnierzy Waffen-SS z Brigade Korsika, którą mi podporządkowano.

– Skąd pan weźmie te trałowce? – zapytał Keitel.

– Z położonej naprzeciw wyspy bazy w Palau. Pod osłoną dział niemieckich okrętów uderzymy na Villa Kern. Baterie artylerii przeciwlotniczej z Korsyki i Sardynii zapewnią nam ochronę przed samolotami, chociaż specjalna grupa otrzymała już rozkaz unieszkodliwienia stacjonujących na La Maddalena dwóch włoskich myśliwców.

– Mówi pan o stu pięćdziesięciu policjantach i żołnierzach, Skorzeny – zauważył Jodl. – Czy nie zapomniał pan o koszarach Regia Marina, w których stacjonuje około dwustu włoskich podchorążych?

– Nie zapomniałem, Herr General. Przed rozpoczęciem akcji linia telefoniczna łącząca willę z koszarami zostanie przecięta. Zanim zdążą się połapać o co chodzi i zorganizować ewentualną pomoc, ani nas, ani duce już tam nie będzie

– To bardzo śmiały plan – zauważył Hitler. – Pytanie, czy aby nie za bardzo śmiały. Jakie, według pana, ma szanse powodzenia?

– Jeżeli wykonamy wszystko odpowiednio szybko, a przekonany jestem, że jesteśmy w stanie to zrobić, to powinno się obyć bez większych strat z naszej strony. Włoscy strażnicy będą tak przestraszeni samym widokiem nacierających, że bez wątpienia uznają wszelki opór za beznadziejny.

Hitler wyraził zgodę na realizację planu, na koniec jednak przestrzegł jeszcze Skorzenego.

– Musi pan wiedzieć jedno, Hauptsturmführer. Jeśli się panu nie uda, być może będę się musiał pana wyprzeć. Rozumie pan, nominalnie Włochy są wciąż naszym sprzymierzeńcem. Ze względu na rację stanu będę zmuszony utrzymywać, że działał pan bez rozkazu, że oszukał pan nas wszystkich, i że kierowała panem nadgorliwość oraz źle pojęta ambicja.

– Rozumiem, Mein Führer.

– I nie będzie miał pan szansy na rehabilitację…

– To również jest dla mnie oczywiste.

– Ale panu się uda, prawda, Skorzeny?

Jeżeli mnie zawiedziesz – mówiły oczy Hitlera – będziesz zgubiony. Jeżeli zrobisz wszystko, jak należy, będziesz moim towarzyszem i będziesz mógł uczestniczyć w moim łupie.

„Kiedy to mówił, był tak pewny siebie, że aż mnie tą pewnością zaraził – wspominał Skorzeny w swoich pamiętnikach. – Wiele słyszałem o hipnotycznych zdolnościach Adolfa Hitlera. Tamtego dnia doświadczyłem ich na sobie”.

Do ataku na Villa Kern nigdy jednak nie doszło. Kilka dni później, kiedy wszystko było już dopięte niemalże na ostatni guzik, Skorzeny i Warger popłynęli jeszcze raz na wyspę w przebraniu cywilnych żeglarzy. Kręcąc się w pobliżu miejsca przetrzymywania Mussoliniego, natknęli się na jednego ze strażników. Z początku Włoch nie dawał się wciągnąć w rozmowę, lecz kiedy Skorzeny wspomniał (a Warger przetłumaczył), że wiedzą, iż duce nie żyje, strażnik nie wytrzymał.

– Opowiadacie bzdury, panowie. Sam go niedawno widziałem.

– Ha, ha – zaśmiał się Skorzeny. – Niedawno, to znaczy kiedy? Wtedy mógł jeszcze żyć.

– Niedawno, to znaczy dzisiaj rano – wyjaśnił Włoch, po czym dodał: – Widziałem go, jak wsiadał do białego hydroplanu, którym odleciał.

Obu Niemcom szczęki opadły na brodę. Miny mieli takie jak święci, którzy właśnie przed chwilą dowiedzieli się, że zabrakło dla nich miejsca w niebie.

– Herr Feldmarschall, niestety znowu nic z tego – zameldował Skorzeny parę godzin później Kesselringowi.

Kesselring przygryzł wargi. Właśnie przed chwilą odebrał telefon z Kwatery Głównej od Führera. Adolf Hitler bardzo się niecierpliwił. Dłuższe pozostawanie Mussoliniego „w miejscu odosobnienia” osłabiało jego osobisty autorytet.

– Musi pan uczynić wszystko, aby duce odzyskał jak najszybciej wolność – polecił przed odlotem Skorzenemu.