Opis

Historia kina pełna jest najrozmaitszych afer, namiętności, tragedii, przestępstw, skandali, uzależnienia od alkoholu, narkotyków bądź seksu, hetero– i homoseksualnych romansów.
Książka Słowińskiego przypomina głośne historie, które poruszały opinię publiczną na przestrzeni ostatnich kilkudziesięciu lat. Przywołuje legendarne postacie kina: Charliego Chaplina, Brigitte Bardot, Sofię Loren, Jane Fondę, Rocka Hudsona, Leni Riefenstahl, Romana Polańskiego. Opowieści te pokazują, że świat celebrytów nie jest wolny od dramatów, przestępstw kryminalnych, tajemniczych zgonów.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 376

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność

Podobne


Re­dak­cja

Ze­spół

Pro­jekt okład­ki i opra­co­wa­nie gra­ficz­ne

Ma­rek Piw­ko

Zdję­cie na okład­ce

© Paul Pie­bin­ga

Re­dak­cja tech­nicz­na, skład i ła­ma­nie

Da­mian Wa­la­sek

Ko­rek­ta

Ur­szu­la Bań­ce­rek

Ilu­stra­cje

© Ma­ciej Ma­cie­rzyń­ski/RE­POR­TER,© Woj­ciech Ol­szan­ka/EAST­NEWS, Wi­ki­me­dia Com­mons, i2.li­stal.com, the­mar­tia­larts.ca, fre­ein­fo­so­cie­ty.com, www.ho­gwild.net, mcmi­lan-and-wife, www.pol­skie­lut­nic­two.pl,www.my­ma­fio­so.com

Uczy­ni­li­śmy wszyst­ko, by wła­ści­wie po­dać źró­dła i skon­tak­to­wać się z ich wła­ści­cie­la­mi i/lub wła­ści­cie­la­mi praw au­tor­skich. Wy­daw­ca prze­pra­sza za wszel­kie mi­mo­wol­nie po­peł­nio­ne błę­dy lub nie­za­mie­rzo­ne po­mi­nię­cia, któ­re będą usu­nię­te w ko­lej­nych wy­da­niach tej książ­ki.

Wy­da­nie I, Cho­rzów 2012

Wy­daw­ca: Wy­daw­nic­twa Vi­de­ograf SA

41-500 Cho­rzów, Ale­ja Har­cer­ska 3c

tel. 32-348-31-33, 32-348-31-35

fax 32-348-31-25

of­fi­[email protected]­de­ograf.pl

www.vi­de­ograf.pl

© Wy­daw­nic­twa Vi­de­ograf SA, Cho­rzów 2012

ISBN 978-83-7835-084-2

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o. o.

Daw­niej trze­ba było być sław­nym,

by móc so­bie po­zwo­lić na skan­dal.

Dziś trze­ba skan­da­lu, by zy­skać sła­wę.

Mau­ri­ce Che­va­lier

Wstęp

Mo­ral­ność X Muzy za­wsze po­zo­sta­wia­ła wie­le do ży­cze­nia. Od­le­głe lata dwu­dzie­ste były wy­zwo­lo­ne oby­cza­jo­wo nie mniej niż lata sie­dem­dzie­sią­te. Przed­sta­wi­cie­le fil­mo­we­go świa­ta nig­dy nie mie­li krysz­ta­ło­wej re­pu­ta­cji, cho­ciaż ich wy­czy­ny bar­dzo rzad­ko tra­fia­ły na pierw­sze stro­ny ga­zet. Od skan­da­lu chro­ni­ły ich śro­do­wi­sko­wa so­li­dar­ność i opła­ca­nie pra­sy oraz wy­mia­ru spra­wie­dli­wo­ści.

Ma­gia kina spra­wi­ła, że całe po­ko­le­nia ko­biet i męż­czyzn mdla­ły na ekra­nie i poza nim. W fil­mach ak­to­rzy czę­sto wcie­la­li się w role do­sko­na­łych dżen­tel­me­nów, lecz w ży­ciu nie­jed­no­krot­nie za­cho­wy­wa­li się in­a­czej. Po­dob­nie ak­tor­ki, od­gry­wa­ją­ce rolę bo­giń, cza­sem nie­wie­le róż­ni­ły się od za­pi­ja­czo­nych dzi­wek z ta­nie­go bur­de­lu. Hi­sto­ria kina peł­na jest naj­roz­ma­it­szych afer, na­mięt­no­ści, tra­ge­dii, prze­stępstw, skan­da­li, uga­nia­nia się za spód­nicz­ka­mi (bądź spodnia­mi), uza­leż­nie­nia od al­ko­ho­lu, nar­ko­ty­ków bądź sek­su, he­te­ro- i ho­mo­sek­su­al­nych ro­man­sów. Jako obiek­ty wes­tchnień mi­lio­nów wi­dzów na ca­łym świe­cie, przed­sta­wi­cie­le fil­mo­we­go świa­ta rzad­ko po­tra­fi­li oprzeć się na­po­ty­ka­nym po­ku­som.

Hi­sto­ria kina jest jed­no­cze­śnie hi­sto­rią prze­mian oby­cza­jo­wych i po­li­tycz­nych. Po­dzi­wia­ni ar­ty­ści, wy­wo­łu­jąc (pro­gra­mo­wo lub bez­wied­nie) skan­da­le, uka­zy­wa­li jed­no­cze­śnie względ­ność obo­wią­zu­ją­cych norm mo­ral­nych, przy­czy­nia­jąc się tym sa­mym do ich zmian.

Po­li­tycz­ne afe­ry ujaw­nia­ły na­to­miast do­głęb­nie ist­nie­ją­ce sprzecz­no­ści in­te­re­sów grup spo­łecz­nych, ca­łych na­ro­dów i ras.

Wil­liam Ran­dolph He­arst (1906)

Rejs(1924)

Pra­so­wy ma­gnat, twór­ca naj­więk­szej w Sta­nach Zjed­no­czo­nych sie­ci wy­daw­ni­czej, czę­sto przed­sta­wia­ny jest jako opę­ta­ny wła­dzą po­twór. W rze­czy­wi­sto­ści sta­no­wił jed­ną wiel­ką cho­dzą­cą sprzecz­ność. Był ogrom­nej po­stu­ry, lecz mó­wił cien­kim dy­sz­kan­tem. Miesz­kał z ko­chan­ką, ale ucho­dził za wzo­ro­we­go męża. Był au­to­kra­tycz­nym sze­fem i krzy­czał na pra­cow­ni­ków, ale z wiel­kim tru­dem przy­cho­dzi­ła mu de­cy­zja o zwol­nie­niu któ­re­goś z nich. Był twór­cą tak zwa­ne­go „bul­wa­ro­we­go dzien­ni­kar­stwa”, choć sam, wsty­dli­wy i nie­śmia­ły, naj­le­piej czuł się w ano­ni­mo­wym tłu­mie.

Wil­liam Ran­dolph He­arst uro­dził się 29 kwiet­nia 1863 roku w San Fran­ci­sco. Był je­dy­nym sy­nem Geo­r­ge’a He­ar­sta, wła­ści­cie­la ko­pal­ni zło­ta, a póź­niej (w la­tach 1886 – 1891) se­na­to­ra sta­nu Ka­li­for­nia, oraz jego żony Pho­ebe z domu Ap­per­son. Otrzy­mał naj­lep­sze wy­cho­wa­nie, na ja­kie stać było bo­ga­tych ro­dzi­ców. Pry­wat­ny na­uczy­ciel w domu, pry­wat­na szko­ła śred­nia, kształ­cą­ce po­dró­że po Eu­ro­pie. Przez dwa lata uczęsz­czał do Ha­rvard Col­le­ge, po czym zo­stał wy­da­lo­ny z uczel­ni. Ma­jąc 24 lata, prze­jął kon­tro­lę nad wal­czą­cą o prze­trwa­nie na ryn­ku ga­ze­tą „San Fran­ci­sco Exa­mi­ner”, któ­rą jego oj­ciec za­ku­pił sie­dem lat wcze­śniej. Na­tych­miast zmie­nił kon­cep­cję ga­ze­ty, łą­cząc re­for­mi­stycz­ny po­znaw­czy re­por­taż z sen­sa cyj­no­ścią, co spra­wi­ło, że już po dwóch la­tach sta­ła się ona do­cho­do­wym przed­się­wzię­ciem. Do­brze mu szło, ale wkrót­ce ta­tuś prze­grał ty­tuł w kar­ty i Wil­liam zo­stał na lo­dzie.

W 1891 roku pan Geo­r­ge He­arst zszedł z tego świa­ta, zo­sta­wia­jąc żo­nie i sy­no­wi ma­ją­tek w wy­so­ko­ści 7 500 000 do­la­rów. Wil­liam wszedł wte­dy na no­wo­jor­ski ry­nek pra­so­wy, ku­pu­jąc w 1895 roku sto­ją­cy na kra­wę­dzi ban­kruc­twa „New York Mor­ning Jo­ur­nal”. Z wła­ści­wym so­bie za­pa­łem i roz­ma­chem za­brał się za sta­wia­nie ga­ze­ty na nogi. Wy­na­jął zdol­nych pi­sa­rzy, Ste­phe­na Gra­neya i Ju­lia­na Haw­thor­ne’a, oraz prze­pro­wa­dził „ob­ła­wę” na jed­ne­go z naj­lep­szych lu­dzi pra­cu­ją­cych u Jo­se­pha Pu­lit­ze­ra w „New York World”, słyn­ne­go Ri­char­da F. Out­caul­ta, twór­cę ko­lo­ro­wych ko­mik­sów. „New York Mor­ning Jo­ur­nal”, prze­mia­no­wa­ny póź­niej na „New York Jo­ur­nal – Ame­ri­can” szyb­ko osią­gnął suk­ces i wy­so­ki na­kład dzię­ki ce­nie ob­ni­żo­nej do 1 cen­ta, du­żej licz­bie ilu­stra­cji, błysz­czą­cym na­głów­kom, sen­sa­cyj­nym ar­ty­ku­łom po­świę­co­nym zbrod­ni oraz pseu­do­nau­ko­wym te­ma­tom. Ro­bot­ni­ków i imi­gran­tów przy­cią­gać mia­ły ko­lo­ro­we ko­mik­sy.

Aby zwięk­szyć na­kład ga­ze­ty, He­arst go­tów był na wszyst­ko, na­wet na spro­wo­ko­wa­nie woj­ny. W 1896 roku wy­słał na Kubę ma­la­rza Fre­de­ric­ka Re­ming­to­na, aby ten przy­go­to­wał cykl ry­sun­ków przed­sta­wia­ją­cych okru­cień­stwa Hisz­pa­nów. Nie zna­la­zł­szy od­po­wied­nich te­ma­tów, Re­ming­ton wy­słał do He­ar­sta z Ha­wa­ny na­stę­pu­ją­cą wia­do­mość:

„W mie­ście pa­nu­je spo­kój. Na woj­nę się nie za­no­si. Roz­ru­chów żad­nych nie ma. Pro­szę o zgo­dę na po­wrót do domu”.

Od­po­wiedź wy­daw­cy prze­szła do hi­sto­rii:

„Pro­szę po­zo­stać na miej­scu – od­pi­sał He­arst. – Pan ma tyl­ko do­star­czyć ilu­stra­cje, ja do­star­czę woj­nę”.

Re­ming­ton po­stą­pił, jak mu ka­za­no, a He­arst od­niósł suk­ces. Nie­uczci­we szki­ce pu­bli­ko­wa­ne w ga­ze­tach tak pod­sy­ci­ły an­ty­hisz­pań­skie na­stro­je, że gdy w por­cie w Ha­wa­nie wy­sa­dzo­no okręt ma­ry­nar­ki wo­jen­nej Sta­nów Zjed­no­czo­nych, rząd USA bez wa­ha­nia wy­po­wie­dział woj­nę Hisz­pa­nii.

W przy­szło­ści wie­le in­nych wia­do­mo­ści pu­bli­ko­wa­nych w pra­sie He­ar­sta mia­ło po­dob­ny wy­dźwięk. W 1901 roku w jed­nej z jego ga­zet po­ja­wił się ko­men­tarz, któ­ry uza­sad­niał słusz­ność za­bój­stwa po­li­tycz­ne­go. Kil­ka mie­się­cy póź­niej pre­zy­dent Sta­nów Zjed­no­czo­nych, Wil­liam McKin­ley, zgi­nął z rąk anar­chi­sty. W roku 1913 ga­ze­ty He­ar­sta za­mie­ści­ły zdję­cie mek­sy­kań­skich dzie­ci sto­ją­cych po ko­la­na w wo­dzie z pod­nie­sio­ny­mi rę­ka­mi. Pod­pis gło­sił, że zo­sta­ły wpę­dzo­ne do mo­rza przez mek­sy­kań­skichfe­de­ra­les, któ­rzy mie­li je roz­strze­lać. W rze­czy­wi­sto­ści zdję­cie zro­bio­no w Hon­du­ra­sie Bry­tyj­skim, a dzie­ci po pro­stu się ką­pa­ły i nikt nie miał naj­mniej­sze­go za­mia­ru otwie­rać do nich ognia. Mek­sy­ka­nie w ogó­le sta­no­wi­li jed­ną z naj­więk­szych fo­bii pra­so­we­go ma­gna­ta. Jego pra­sa opi­sy­wa­ła ich jako „le­ni­wych i zde­ge­ne­ro­wa­nych pa­la­czy ma­ri­hu­any”.

Wkrót­ce szef za­czął do­ma­gać się od swo­ich współ­pra­cow­ni­ków nie tyle opa­no­wa­nia rze­mio­sła dzien­ni­kar­skie­go, ile zdol­no­ści do prze­dzierz­ga­nia się jak ak­tor w każ­dą po­stać i od­gry­wa­nia z ca­łym prze­ko­na­niem każ­dej roli. Od­po­wied­nio prze­bra­ni re­dak­to­rzy He­ar­sta po­da­wa­li się za­zwy­czaj za urzęd­ni­ków po­li­cji kry­mi­nal­nej i przed­sta­wi­cie­li wła­dzy. „Aresz­to­wa­li” cał­ko­wi­cie nie­win­ne oso­by, po któ­rych obie­cy­wa­li so­bie do­bry re­por­taż, za­cią­ga­li je do sfin­go­wa­nych po­ste­run­ków po­li­cji, spi­sy­wa­li pro­to­ko­ły roz­mów z za­stra­szo­ny­mi i wy­lęk­nio­ny­mi ludź­mi, albo pro­wa­dzi­li ich do „sę­dzie­go po­li­cyj­ne­go” – oczy­wi­ście tak­że czło­wie­ka He­ar­sta – któ­ry zmu­szał ich do zło­że­nia ze­znań. Po­tem ofia­ry wy­pusz­cza­no. Ich za­ża­le­nia w ofi­cjal­nych in­sty­tu­cjach speł­za­ły na ni­czym.

Taki spo­sób przed­sta­wia­nia praw­dy spo­wo­do­wał, że styl ga­zet He­ar­sta na­zwa­no „bul­wa­ro­wym”. Ame­ry­kań­ski pu­bli­cy­sta Er­nest L. May­er na­pi­sał: „Cała dłu­ga i nie­cna ka­rie­ra pana He­ar­sta była pod­że­ga­niem Ame­ry­ka­nów prze­ciw­ko Hisz­pa­nom, Mek­sy­ka­nom, Ro­sja­nom czy Ja­poń­czy­kom”. Gdy w 1933 roku He­arst opu­bli­ko­wał swo­je słyn­ne „za­sa­dy re­dak­tor­skie”, z któ­rych jed­na gło­si­ła na przy­kład: „uni­kaj rze­czy, któ­re mogą ob­ra­zić do­brych lu­dzi” – śro­do­wi­sko dzien­ni­kar­skie za­śmie­wa­ło się do roz­pu­ku.

Mimo tego (a może wła­śnie dzię­ki temu) Wil­liam Ran­dolph zbu­do­wał praw­dzi­we pra­so­we im­pe­rium. Do roku 1925 stwo­rzył lub na­był ga­ze­ty w każ­dym re­gio­nie USA. Dzie­sięć lat póź­niej, bę­dąc u szczy­tu swej po­tę­gi, po­sia­dał 28 zna­czą­cych ga­zet i 18 ma­ga­zy­nów, a po­nad­to kil­ka sta­cji ra­dio­wych, wy­twór­ni fil­mo­wych i agen­cji in­for­ma­cyj­nych. Czwar­ta część cza­so­pism na ame­ry­kań­skim ryn­ku i 60 pro­cent w Ka­li­for­nii było pod jego kon­tro­lą. Za­trud­niał naj­lep­sze pió­ra Ame­ry­ki, m.in. Mar­ka Twa­ina oraz Jac­ka Lon­do­na. Do jego ga­zet pi­sy­wa­li po­li­ty­cy: Adolf Hi­tler, Be­ni­to Mus­so­li­ni czy Win­ston Chur­chill. Jako pierw­szy ka­zał He­arst pi­sać dzien­ni­ka­rzom ar­ty­ku­ły tak, by moż­na je było bez prze­ró­bek prze­czy­tać na an­te­nie ra­dia i tym sa­mym ogra­ni­czyć kosz­ty two­rze­nia au­dy­cji. Re­dak­to­rzy ma­ga­zy­nów mo­gli za­ma­wiać tyl­ko ta­kie re­por­ta­że, któ­re moż­na by póź­niej ła­two wy­ko­rzy­stać jako sce­na­riu­sze fil­mo­we. He­arst był więc pre­kur­so­rem tech­nik, któ­re dziś fa­chow­cy na­zy­wa­ją z na­masz­cze­niem sy­ner­gią (współ­dzia­ła­niem) i kon­wer­gen­cją (prze­ni­ka­niem się) me­diów.

W ten spo­sób Wil­liam He­arst kie­ro­wał pierw­szym chy­ba środ­kiem ma­so­we­go prze­ka­zu, ma­ją­cym dzię­ki wy­myśl­nym me­to­dom psy­cho­lo­gicz­ne­go od­dzia­ły­wa­nia ol­brzy­mi wpływ na wszyst­kich i był w sta­nie ma­ni­pu­lo­wać do­wol­nie opi­nią „lu­dzi bez po­glą­dów”. Ry­chło stał się więc po­tę­gą, z któ­rą wład­cy po­li­tycz­ni mu­sie­li się li­czyć i któ­rej wro­go­wie po­win­ni się byli oba­wiać.

Po­mi­mo swe­go na­cjo­na­li­zmu i na­wo­ły­wa­nia do woj­ny, Wil­liam Ran­dolph He­arst był czło­wie­kiem o umiar­ko­wa­nych po­glą­dach i za­go­rza­łym de­mo­kra­tą. W la­tach 1903 – 1907 za­sia­dał w Izbie Re­pre­zen­tan­tów Kon­gre­su Sta­nów Zjed­no­czo­nych. W 1904 roku otrzy­mał znacz­ne po­par­cie ze stro­ny Par­tii De­mo­kra­tycz­nej pod­czas no­mi­na­cji na jej kan­dy­da­ta w wy­bo­rach pre­zy­denc­kich. Pre­zy­den­tem jed­nak nie zo­stał, po­dob­nie jak w 1905 roku bur­mi­strzem No­we­go Jor­ku. Rok póź­niej prze­grał wy­bo­ry na sta­no­wi­sko gu­ber­na­to­ra sta­nu Nowy Jork na ko­rzyść Char­le­sa Evan­sa Hu­ghe­sa. Jako po­li­tyk stał się w la­tach trzy­dzie­stych go­rą­cym zwo­len­ni­kiem fa­szy­zmu. W na­stęp­nej de­ka­dzie za­cie­kle zwal­czał ko­mu­nizm.

Jesz­cze w cza­sie stu­diów na Ha­rvar­dzie, Wil­liam miał ko­chan­kę, Tes­sie Po­wers, z za­wo­du kel­ner­kę. Rzu­cił ją jed­nak dla ak­tor­ki i mo­del­ki Mil­li­cent Wil­son, któ­rą po­ślu­bił w roku 1903, w przed­dzień swych czter­dzie­stych uro­dzin. Mie­li pię­ciu sy­nów i całą gro­ma­dę wnu­cząt, z któ­rych naj­więk­szy roz­głos zdo­by­ła Pa­tri­cia (Pat­ty), trze­cia z pię­ciu có­rek Ran­dol­pha He­ar­sta. W 1974 roku zo­sta­ła po­rwa­na przez człon­ków ra­dy­kal­ne­go ugru­po­wa­nia le­wi­co­we­go SLA (Sym­bio­ne­se Li­be­ra­tion Army), a po­tem już wspól­nie z po­ry­wa­cza­mi cał­ko­wi­cie do­bro­wol­nie na­pa­da­ła na ban­ki, za co w 1976 roku sąd fe­de­ral­ny ska­zał ją na sie­dem lat wię­zie­nia.

Od 1917 roku mi­lio­ny, któ­re za­ra­biał na dzia­łal­no­ści wy­daw­ni­czej, za­czął Wil­liam Ran­dolph trwo­nić na wy­trwa­łe choć bez­sen­sow­ne pró­by uczy­nie­nia sław­nym na­zwi­ska swej mło­dziut­kiej ko­chan­ki – ja­sno­wło­sej, nie­bie­sko­okiej Ma­rion Do­uras, zna­nej póź­niej jako Ma­rion Da­vies. Zo­ba­czył ją po raz pierw­szy na sce­nie no­wo­jor­skie­go „Glo­be The­atre”, gdy sta­ty­sto­wa­ła w spek­ta­klu Kró­lo­wa kina. Po przed­sta­wie­niu za­pro­sił cały ze­spół na ko­la­cję do spe­cjal­nych apar­ta­men­tów Har­mo­nia Gar­den, jed­ne­go z na­je­le­gant­szych lo­ka­li w No­wym Jor­ku. Ma­łej sta­ty­st­ce wy­zna­czył miej­sce koło sie­bie i ema­blo­wał ją przez cały wie­czór. On miał już wów­czas 56 lat, ona 17. Po pierw­szym kie­lisz­ku szam­pa­na za­czę­ła mó­wić do nie­go „ta­tuś­ku”, co wpro­wa­dzi­ło go w świet­ny hu­mor. Pod ko­niec przy­ję­cia, gdy już na­strój był bar­dzo swo­bod­ny, usia­dła mu na ko­la­nach i gła­ska­ła po twa­rzy.

Po śmier­ci mat­ki w roku 1919 Wil­liam odzie­dzi­czył po niej ran­czo San Si­me­on w po­łu­dnio­wej Ka­li­for­nii, o po­wierzch­ni 250 000 akrów. Wzniósł tam je­den z naj­bar­dziej kosz­tow­nych i eks­tra­wa­ganc­kich do­mów na świe­cie, zwa­ny „Zam­kiem He­ar­sta”. Pra­ce bu­dow­la­ne pod kie­run­kiem Ju­lii Mor­gan wła­ści­wie nig­dy nie zo­sta­ły ukoń­czo­ne. Nowo po­wsta­łe po­miesz­cze­nia były na­tych­miast bu­rzo­ne i prze­ra­bia­ne tak, aby po­mie­ścić co­raz to nowe ele­men­ty sta­rych bu­dyn­ków. Głów­na fa­sa­da z dwie­ma wie­ży­ca­mi, sta­no­wią­ca ko­pię ka­te­dry Mu­de­jar, była zwień­cze­niem scho­dów wio­dą­cych z ba­se­nu ką­pie­lo­we­go wy­peł­nio­ne­go źró­dla­ną wodą i oto­czo­ne­go grec­ką ko­lum­na­dą.

We wnę­trzach tej re­zy­den­cji znaj­do­wa­ły się stro­py, ścia­ny i po­sadz­ki „ukra­dzio­ne” z ko­ścio­łów i zam­ków eu­ro­pej­skich, go­tyc­kie ko­min­ki, ozdob­ne ka­fel­ki mau­re­tań­skie, a tak­że grec­kie wazy i śre­dnio­wiecz­ne go­be­li­ny. No i naj­więk­szy skarb Wil­lia­ma He­ar­sta – Ma­rion Da­vies, z któ­rą spę­dzał tam każ­dą wol­ną chwi­lę, za­nie­dbu­jąc żonę i dzie­ci. Urzą­dza­li przy­ję­cia ko­stiu­mo­we, na któ­rych ba­wi­ła się cała śmie­tan­ka Hol­ly­wo­od oraz ta­kie sła­wy jak Win­ston Chur­chill, Geo­r­ge Ber­nard Shaw czy Char­les Lind­bergh. 50 mi­lio­nów do­la­rów ulo­ko­wał ma­gnat pra­so­wy w no­wo­jor­skich nie­ru­cho­mo­ściach, taką samą sumę w swej ko­lek­cji dzieł sztu­ki.

He­arst za­ło­żył tak­że dla Ma­rion fir­mę pro­duk­cyj­ną „Co­smo­po­li­tan Pic­tu­res”. Za­ma­wiał sce­na­riu­sze u naj­zna­ko­mit­szych au­to­rów, an­ga­żo­wał naj­lep­szych re­ży­se­rów. I Ma­rion gra­ła, cho­ciaż ją­ka­ła się i se­ple­ni­ła, a na do­miar złe­go ner­wo­wo mru­ga­ła po­wie­ka­mi w chwi­lach za­ci­na­nia się albo ze­zo­wa­ła swy­mi wiel­ki­mi jak spodecz­ki błę­kit­ny­mi ocza­mi. Wszyst­kie ga­ze­ty He­ar­sta okrzy­ki­wa­ły ją przy oka­zji każ­de­go fil­mu naj­więk­szym cu­dem, jaki kie­dy­kol­wiek po­ja­wił się na ekra­nie. Part­ne­rzy Ma­rion Da­vies do­sta­wa­li szcze­gól­nie wy­so­kie ho­no­ra­ria, po­nie­waż mie­li do­dat­ko­we kło­po­ty. He­arst był o nią cho­ro­bli­wie wprost za­zdro­sny i każ­dy na­mięt­ny po­ca­łu­nek na ekra­nie, każ­de nie­co czul­sze spoj­rze­nie rzu­co­ne przez fil­mo­we­go aman­ta na jego pu­pil­kę, do­pro­wa­dza­ło go do bia­łej go­rącz­ki. Ak­to­rzy mu­sie­li więc bar­dzo uwa­żać: He­arst znisz­czył kil­ku, któ­rzy w sce­ny mi­ło­sne z Ma­rion wkła­da­li zbyt wie­le uczu­cia.

Jed­nym z tych, któ­rych pra­so­wy ma­gnat po­dej­rze­wał o przy­pra­wia­nie mu ro­gów, był Char­lie Cha­plin. He­arst do­wie­dział się od służ­by, że pod­czas któ­re­goś z jego roz­licz­nych wy­jaz­dów Ma­rion za­pro­si­ła sław­ne­go ak­to­ra na ko­la­cję. Służ­ba do­nio­sła mu rów­nież, że Cha­plin po­zo­stał u niej jesz­cze dłu­go po wyj­ściu in­nych go­ści…

An­giel­ski gwiaz­dor sły­nął ze swych ro­man­sów i wie­lu oby­cza­jo­wych skan­da­li. Naj­więk­szy z nich wy­wo­łał nie­wąt­pli­wie zwią­zek z 15-let­nią Lo­li­tą Mac­Mu­ray, cór­ką ir­landz­kie­go ślu­sa­rza i mek­sy­kań­skiej kel­ner­ki. W słyn­nym Brzdą­cu Lo­li­ta za­gra­ła anioł­ka, po­tem parę razy po­ja­wi­ła się w in­nych dzie­łach Char­lie­go. Przy­szła wraz z mat­ką do re­ży­se­ra, jako kan­dy­dat­ka do głów­nej roli w Go­rącz­ce zło­ta. Po­nie­waż jed­nak nie mia­ła za grosz ta­len­tu, więc za radą mat­ki za­czę­ła brać u Cha­pli­na lek­cje ak­tor­stwa.

Jak się wkrót­ce oka­za­ło, nie tyl­ko ak­tor­stwa, bo­wiem po kil­ku mie­sią­cach na­uki wy­szło na jaw, że jest w cią­ży. Wo­bec wy­wo­ła­ne­go przez ma­mu­się szu­mu Cha­plin – ma­jąc do wy­bo­ru wię­zie­nie za sto­sun­ki z nie­let­nią, bądź mał­żeń­stwo – wy­brał to dru­gie. Ci­chy ślub miał się od­być w Mek­sy­ku, nie­ste­ty, do­wie­dzie­li się o nim re­por­te­rzy i wo­kół spra­wy zro­bi­ło się jesz­cze gło­śniej.

A już cał­kiem gło­śno zro­bi­ło się po kil­ku mie­sią­cach, kie­dy wo­bec nie naj­le­piej – de­li­kat­nie mó­wiąc – ukła­da­ją­ce­go się współ­ży­cia mło­dej pary, ma­mu­sia Lo­li­ty opu­bli­ko­wa­ła frag­men­ty pro­wa­dzo­ne­go przez sie­bie dzien­ni­ka, w któ­rym skrzęt­nie za­pi­sy­wa­ła wszyst­kie prze­ka­za­ne jej przez cór­kę oby­cza­je sy­pial­nia­ne ak­to­ra, „sprzecz­ne z pra­wem bo­skim i ludz­ką na­tu­rą”.

Roz­wód kosz­to­wał Cha­pli­na mi­lion do­la­rów plus dwa razy po sto ty­się­cy na wy­cho­wa­nie sy­nów, po­zo­sta­ją­cych pod opie­ką mat­ki i te­ścio­wej.

Cha­plin szczy­cił się mię­dzy in­ny­mi tym, że – jak to eu­fe­mi­stycz­nie mó­wią – zo­stał hoj­nie ob­da­ro­wa­ny przez na­tu­rę. Swój czło­nek na­zy­wał „ósmym cu­dem świa­ta” i uwa­żał się za de­mo­na sek­su. Po­bu­dzał się przy lek­tu­rze Pa­mięt­ni­ków Fan­ny Hill i chwa­lił, że może upra­wiać seks pięć albo sześć razy z za­le­d­wie kil­ku­mi­nu­to­wy­mi prze­rwa­mi. Czy moż­na się dzi­wić, że ktoś taki wy­wo­ły­wał u „kró­la pra­sy” da­le­ko idą­cy nie­po­kój?

Tym bar­dziej kie­dy w „New York Da­il­ly News” uka­zał się ar­ty­kuł Gra­ce King­sley, w któ­rym na­pi­sa­ła m.in.: „Char­lie Cha­plin w dal­szym cią­gu asy­stu­je Ma­rion Da­vies. Przed­wczo­raj wie­czór jadł i tań­czył ze ślicz­ną Ma­rion w «Mont­mar­tre». Wy­stę­po­wa­ła cza­ru­ją­ca mło­da tan­cer­ka. Cha­plin kla­skał, ale nie pa­trzył w jej stro­nę. Ani na chwi­lę nie ode­rwał oczu od ja­sno­wło­sej, pięk­nej Ma­rion”.

Tego ro­dza­ju tekst w ga­ze­cie kon­ku­ren­cyj­nej gru­py pra­so­wej nie mógł się po­do­bać He­ar­sto­wi. Ma­rion krę­ci­ła film o cyr­ku Zan­der the Gre­at (Wiel­ki Zan­der) w tym sa­mym cza­sie, kie­dy Cha­plin ro­bił Go­rącz­kę zło­ta. Czę­sto wstę­po­wał po nią po skoń­czo­nej pra­cy. Bio­graf Ma­rion, Fred Lau­ren­ce Gu­iles uwa­ża wpraw­dzie, że: „Wszy­scy w eki­pie i ob­sa­dzie Zan­de­ra wie­dzie­li, że coś się dzie­je, ale Ma­rion i Cha­plin byli za­nad­to do sie­bie po­dob­ni, aby mo­gło to być coś po­waż­niej­sze­go. W obec­no­ści in­nych osób bła­zno­wa­li jak ko­cha­ją­ce się ro­dzeń­stwo i trud­no so­bie wy­obra­zić, by za­cho­wy­wa­li się in­a­czej, gdy byli tyl­ko we dwo­je”. Ale He­arst był jed­nak – by użyć słów Gu­ile­sa – „zra­nio­ny, zde­ner­wo­wa­ny i nie­pew­ny, co da­lej ro­bić”.

14 sierp­nia 1924 roku za­pro­sił Cha­pli­na na rejs swym luk­su­so­wym jach­tem „One­ida”. Czy tra­ge­dia, któ­ra ro­ze­gra­ła się tego dnia na po­kła­dzie, była re­ali­za­cją jego sza­tań­skie­go pla­nu po­zby­cia się ry­wa­la, czy też był to zwy­kły przy­pa­dek – tego do dzi­siaj nie wia­do­mo. „Może my­ślał, że tak bę­dzie le­piej, je­że­li – jak mnie­mał – roz­bi­je ten ro­mans; a może chciał wy­ja­śnić z Cha­pli­nem sy­tu­ację Ma­rion, bo Cha­plin miał co do niej pew­ne wąt­pli­wo­ści” – na­pi­sał póź­niej F.L. Gu­iles. To, co się tam zda­rzy­ło, jest jed­ną z wiel­kich i nie­wy­ja­śnio­nych ta­jem­nic Hol­ly­wo­od.

W każ­dym ra­zie za­pro­sze­nia otrzy­ma­li tak­że m.in.: 42-let­ni „cza­ro­dziej we­ster­nu” Tho­mas H. Ince, na­le­żą­cy do naj­wy­bit­niej­szych oso­bi­sto­ści w ame­ry­kań­skim prze­my­śle fil­mo­wym, re­ży­ser i pro­du­cent, któ­re­go He­arst chciał na­mó­wić do pra­cy w swo­ich „Co­smo­po­li­tan Pic­tu­res”, mod­na li­te­rat­ka Sho­bi­la Eli­nor Glyn – bry­tyj­ska au­tor­ka kil­ku tak zwa­nych „śmia­łych po­wie­ści oby­cza­jo­wych”, miesz­ka­ją­ca od kil­ku lat w Hol­ly­wo­od, gdzie z po­wo­dze­niem prze­ra­bia­ła swo­je książ­ki na sce­na­riu­sze, pięk­na ak­tor­ka Aile­en Prin­gle – bli­ska przy­ja­ciół­ka Ma­rion Da­vies, ko­lej­na ak­tor­ka – Se­ena Owen, tan­cerz The­odo­re Ko­sloff, zna­ny głów­nie z we­ster­nów ak­tor Wil­liam S. Hart, sław­ny ka­li­for­nij­ski le­karz dr Da­niel Car­son Go­od­man – twór­ca leku na po­ten­cję, pro­du­ko­wa­ne­go z gru­czo­łów pew­nych po­łu­dnio­wo­ame­ry­kań­skich małp cie­szą­cych się szcze­gól­nym po­cią­giem sek­su­al­nym, po­cząt­ku­ją­ca dzien­ni­kar­ka Lo­uel­la Par­sons oraz kil­ka mniej zna­nych osób, z któ­ry­mi przy­jaź­ni­ła się Ma­rion lub któ­re da­rzył ła­ska­mi He­arst.

Wspa­nia­ły jacht „One­ida” na­le­żał jesz­cze kil­ka mie­się­cy temu do ostat­nie­go ce­sa­rza Nie­miec, Wil­hel­ma II. Od­by­wa­ją­ce się na nim przy­ję­cia sły­nę­ły z nie­zwy­kłej wy­staw­no­ści, He­arst i Da­vies za­pra­sza­li na nie całą ów­cze­sną śmie­tan­kę to­wa­rzy­ską Ame­ry­ki. Do sta­łe­go wy­po­sa­że­nia jed­nost­ki za­li­cza­ło się kil­ka­dzie­siąt skrzy­nek szam­pa­na „Veu­ve Cli­cqu­ot” rocz­nik 1908, w któ­rym to roku spe­cjal­nym de­kre­tem za­strze­żo­no na­zwę „cham­pa­gne” dla win mu­su­ją­cych pro­du­ko­wa­nych za po­mo­cą me­tho­de cham­pe­no­ise clas­si­que w Szam­pa­nii.

„One­ida” od­bi­ła od ka­li­for­nij­skie­go brze­gu w samo po­łu­dnie. Rejs za­czął się od wy­staw­ne­go lun­chu, po któ­rym przy­stą­pio­no do de­gu­sta­cji zgro­ma­dzo­ne­go pod po­kła­dem jach­tu szam­pa­na. Za­ba­wa osią­gnę­ła szczyt w nocy z trze­cie­go na czwar­ty dzień rej­su. Wła­ści­ciel jach­tu, na ogół nie­na­du­ży­wa­ją­cy al­ko­ho­lu, tym ra­zem pił znacz­nie wię­cej niż zwy­kle, na­ma­wia­jąc do pi­cia rów­nież in­nych go­ści. W pew­nym mo­men­cie za­uwa­żył, że w świet­nie ba­wią­cym się to­wa­rzy­stwie nie ma Char­lie­go Cha­pli­na. Chwi­lę póź­niej znik­nę­ła mu z oczu rów­nież Ma­rion Da­vies. Są­dząc, że wy­szła na po­kład, ru­szył w ślad za nią. Tam jed­nak spo­tkał tyl­ko spa­ce­ru­ją­cą sa­mot­nie Lo­uel­lę Par­sons.

– Nie wi­dzia­łaś gdzieś Ma­rion? – za­py­tał bar­dzo zde­ner­wo­wa­ny.

– Ostat­nio wi­dzia­łam ją w ba­rze – od­par­ła dzien­ni­kar­ka.

He­arst skie­ro­wał się ku scho­dom pro­wa­dzą­cym do baru, gdy na­gle usły­szał ja­kieś szme­ry na ru­fie. Ru­szył więc w tam­tym kie­run­ku i po kil­ku kro­kach uj­rzał roz­ne­gli­żo­wa­ną Ma­rion Da­vies z in­nym męż­czy­zną w nie­dwu­znacz­nej sy­tu­acji. Wy­co­fał się po ci­chu i po­biegł do swej ka­bi­ny po pi­sto­let. Ak­tor­ka za­uwa­ży­ła go jed­nak i za­czę­ła krzy­czeć, a jej to­wa­rzysz uciekł. Sły­sząc krzy­ki Ma­rion, z po­mo­cą po­śpie­szył jej Tho­mas Ince. Ob­jął ak­tor­kę, chcąc ją uspo­ko­ić. Tym­cza­sem He­arst po­wró­cił z pi­sto­le­tem. Z po­wo­du ciem­no­ści i gę­stej mgły błęd­nie zin­ter­pre­to­wał sy­tu­ację. My­śląc za­pew­ne, że ob­ści­sku­ją­cym jego na­rze­czo­ną jest Char­lie Cha­plin, na­ci­snął spust. Pro­du­cent we­ster­nów osu­nął się na zie­mię. Póź­niej wie­lo­krot­nie za­da­wa­no so­bie py­ta­nie, czy strzał ten rze­czy­wi­ście był re­zul­ta­tem po­mył­ki. Ince był czło­wie­kiem ni­skie­go wzro­stu, o po­dob­nym kształ­cie gło­wy i ko­lo­rze wło­sów jak Cha­plin.

Upły­nę­ło spo­ro cza­su, za­nim po­zo­sta­li, pi­ja­ni w dym pa­sa­że­ro­wie „One­idy” do­wie­dzie­li się, że w jed­nej z ka­bin leży nie­przy­tom­ny Ince. Dr Go­od­man po­in­for­mo­wał wszyst­kich, że re­ży­ser cier­pi na ostrą nie­straw­ność, ale ni­ko­mu nie po­zwo­lił do nie­go zaj­rzeć. Po przy­bi­ciu do por­tu w San Die­go Ince’a wy­nie­sio­no na no­szach i prze­wie­zio­no do ho­te­lu, gdzie zmarł po kil­ku go­dzi­nach. We­dług ofi­cjal­nej wer­sji, przy­czy­ną śmier­ci był atak ser­ca na tle za­tru­cia pto­ma­iną albo gwał­tow­nej nie­straw­no­ści. Ta­kiej przy­najm­niej tre­ści akt zgo­nu wy­sta­wił usłuż­ny dr Go­od­man. Cia­ło spa­lo­no w wiel­kim po­śpie­chu w kre­ma­to­rium w Los An­ge­les.

„Król pra­sy” nie był ską­py. Dla swych go­ści z „One­idy” usta­lił bar­dzo wy­so­kie ceny za mil­cze­nie. Wszy­scy uczest­ni­cy wy­ciecz­ki do­zna­li na­gle zbio­ro­wej amne­zji. Nikt ni­cze­go nie wi­dział, nie sły­szał i nie pa­mię­tał. Lo­uel­la Par­sons, któ­ra była przy­pusz­czal­nie je­dy­nym świad­kiem zaj­ścia, do­sta­ła wspa­nia­ły na­szyj­nik ze szma­rag­dów, dwie zło­te bran­so­le­ty i wiel­ką brosz­kę w pla­ty­no­wej opra­wie – wszyst­ko ra­zem war­to­ści po­nad stu ty­się­cy do­la­rów. Przede wszyst­kim zaś He­arst za­an­ga­żo­wał ją w jed­nej ze swo­ich ga­zet jako sze­fa dzia­łu Plot­ki z Hol­ly­wo­od, z pen­sją, któ­ra rzu­ci­ła na ko­la­na całe dzien­ni­kar­skie śro­do­wi­sko. Od­wdzię­cza­ła mu się po­tem nie­zwy­kle lo­jal­ną po­sta­wą przez bli­sko ćwierć wie­ku.

Wszy­scy – za od­po­wied­nią opła­tą – zgo­dzi­li się, że nie ma sen­su pła­kać nad roz­la­nym mle­kiem. Usta­lo­no za­tem wspól­ną wer­sję wy­da­rzeń: Ince nig­dy nie zna­lazł się na po­kła­dzie. Za­cho­ro­wał w dro­dze na jacht, za­wró­cił i zmarł wsku­tek ostre­go ata­ku nie­straw­no­ści. Pra­sa He­ar­sta na­gło­śni­ła tę hi­sto­ryj­kę, a po­twier­dził ją uprzej­my ko­ro­ner. Nie­utu­lo­nej w żalu wdo­wie He­arst za­tkał usta sumą mi­lio­na do­la­rów. Wie­le lat póź­niej pani Ne­il­lie Ince na­wet na łożu śmier­ci nie za­bra­ła gło­su w spra­wie śmier­ci męża.

La­ko­nicz­ne wzmian­ki, że Tho­mas Ince nie­do­ma­ga na ser­ce lub cier­pi na za­pa­le­nie je­lit – bo róż­nie pi­sa­no – uka­za­ły się w ga­ze­tach do­pie­ro trzy mie­sią­ce po owym tra­gicz­nym zaj­ściu. Parę dni póź­niej po­da­no do pu­blicz­nej wia­do­mo­ści, że „cza­ro­dziej we­ster­nu” zmarł na atak ser­ca.

Wy­da­rze­nia, któ­re ro­ze­gra­ły się na jach­cie „One­ida”, sta­ły się, oczy­wi­ście, przed­mio­tem wie­lu naj­roz­ma­it­szych plo­tek. Mó­wio­no na przy­kład, że rana, któ­rą od­niósł re­ży­ser, wca­le nie była śmier­tel­na i że zmarł do­pie­ro w wy­ni­ku śmier­tel­ne­go za­strzy­ku wy­ko­na­ne­go przez dwóch we­zwa­nych przez He­ar­sta do po­mo­cy le­ka­rzy… Po­ja­wi­ła się rów­nież wer­sja, że He­arst wca­le nie za­strze­lił Ince’a, tyl­ko ten wy­pił za­wie­ra­ją­ce­go tru­ci­znę drin­ka, przy­go­to­wa­ne­go spe­cjal­nie dla Char­lie­go Cha­pli­na.

Plot­ki z cza­sem pew­nie by wy­ga­sły, gdy­by nie ra­żą­ce sprzecz­no­ści w ze­zna­niach za­in­te­re­so­wa­nych. Pra­sa He­ar­sta po­da­ła po­cząt­ko­wo jaw­nie kłam­li­wą in­for­ma­cję, że Ince za­cho­ro­wał na swo­im ran­czo. Ma­rion po­wie­dzia­ła, że na po­kła­dzie nie było żad­nej bro­ni. Bio­graf He­ar­sta, John Teb­bel, po­da­je, że He­arst miał pi­sto­let, żeby cza­sem ustrze­lić ja­kąś mewę.

Cha­plin do koń­ca utrzy­my­wał, że w ogó­le nie było go na jach­cie, a w swej au­to­bio­gra­fii – nie przej­mu­jąc się chro­no­lo­gią – na­pi­sał, że Ince żył jesz­cze przez trzy ty­go­dnie i że He­arst, Ma­rion i on sam zło­ży­li mu wi­zy­tę. (Ist­nie­je jed­nak fo­to­gra­fia Cha­pli­na pod­czas uro­czy­stej kre­ma­cji Ince’a, któ­ra od­by­ła się 48 go­dzin po jego śmier­ci). Jed­ni utrzy­my­wa­li, że wi­dzie­li, jak zno­szo­no ofia­rę z jach­tu z raną po­strza­ło­wą w gło­wie, inni zaś twier­dzi­li, że wi­dać było krew, po­nie­waż Ince wy­mio­to­wał krwią wsku­tek per­fo­ra­cji wrzo­du żo­łąd­ka.

Wszyst­kie plot­ki, od któ­rych aż hu­cza­ło w Hol­ly­wo­od, zmu­si­ły wresz­cie pro­ku­ra­to­ra okrę­gu San Die­go, Chri­sto­phe­ra C. Kem­pleya, do wsz­czę­cia śledz­twa, któ­re szyb­ko jed­nak zo­sta­ło umo­rzo­ne, po­nie­waż głów­ny do­wód w po­sta­ci zwłok ofia­ry zo­stał spa­lo­ny, pro­chy zaś nie nada­wa­ły się do prze­pro­wa­dze­nia sek­cji i stwier­dze­nia przy­czy­ny zgo­nu. W do­dat­ku śmierć na­stą­pi­ła prze­cież ofi­cjal­nie w Los An­ge­les, więc pro­ku­ra­tor z San Die­go nie miał tu nic do po­wie­dze­nia. Na­to­miast pro­ku­ra­tu­ra w Los An­ge­les cał­ko­wi­cie zi­gno­ro­wa­ła plot­ki i nie wsz­czę­ła żad­ne­go śledz­twa.

Ży­cie He­ar­sta za­in­spi­ro­wa­ło 24-let­nie­go wów­czas re­ży­se­ra Or­so­na Wel­le­sa do na­krę­ce­nia gło­śne­go fil­mu Oby­wa­tel Kane. Pra­sa za­chwy­ci­ła się ge­niu­szem fil­mow­ca, ale pi­sma He­ar­sta przed­sta­wia­ły film jako „bez­par­do­no­wy i nie­od­po­wie­dzial­ny atak na wspa­nia­łe­go czło­wie­ka”. Sam bo­ha­ter pró­bo­wał wszel­ki­mi spo­so­ba­mi za­blo­ko­wać dys­try­bu­cję fil­mu, wy­ku­pić ta­śmy, spa­lić ne­ga­tyw. Po­dob­no wście­kłość ma­gna­ta wy­wo­łał nie spo­sób przed­sta­wie­nia jego sa­me­go, lecz to, że film w złym świe­tle uka­zał uko­cha­ną Ma­rion.

Eks­tra­wa­ganc­ki tryb ży­cia i wiel­ki kry­zys osła­bi­ły znacz­nie po­zy­cję He­ar­sta na ryn­ku pra­so­wym i fi­nan­so­wym. W 1937 roku zo­stał zmu­szo­ny do sprze­da­ży czę­ści swo­jej ko­lek­cji dzieł sztu­ki, a w 1940 stra­cił oso­bi­stą kon­tro­lę nad im­pe­rium te­le­ko­mu­ni­ka­cyj­nym, któ­re zbu­do­wał. Ostat­nie lata ży­cia spę­dził w izo­la­cji. Zmarł w swej re­zy­den­cji w Be­ver­ly Hills 14 sierp­nia 1951 roku, w wie­ku 88 lat.

Nie­dłu­go po jego śmier­ci Ma­rion wy­szła za mąż, ale do koń­ca ży­cia wspo­mi­na­ła z czu­ło­ścią ko­chan­ka, któ­ry za­pi­sał jej w te­sta­men­cie pięć mi­lio­nów do­la­rów. Prze­ży­ła go tyl­ko o dzie­sięć lat, umie­ra­jąc w roku 1961.

Ben­ja­min „Bug­sy” Sie­gel – hol­ly­wo­odz­ki ma­fio­so

Oj­ciec chrzest­ny(1937-1947)

Ben­ja­min Sie­gel uro­dził się w 1905 roku w jed­nym z naj­po­dlej­szych miejsc no­wo­jor­skie­go Bro­okly­nu, tak zwa­nym Wil­liams­bur­gu, dziel­ni­cy nę­dzy i nik­czem­no­ści, któ­rej at­mos­fe­ra nie uspo­sa­bia­ła do nad­mier­ne­go opty­mi­zmu. Po­tem ro­dzi­ce prze­pro­wa­dzi­li się wraz z nim do nie lep­szej dziel­ni­cy, po­ło­żo­nej po­mię­dzy 7 i 11 Ale­ją z jed­nej stro­ny a 14 i 42 Uli­cą z dru­giej, tak zwa­nej „Hell’s Kit­chen” (Pie­kiel­nej Kuch­ni), w któ­rej rzą­dzi­ło pra­wo ulicz­nych gan­gów.

Mło­dy Ben był ob­da­rzo­ny wy­jąt­ko­wą in­te­li­gen­cją i wia­rą w sa­me­go sie­bie, któ­ra nig­dy go nie opusz­cza­ła. Wy­róż­niał się wśród ró­wie­śni­ków bra­kiem naj­mniej­szych choć­by kom­plek­sów i skru­pu­łów. Od naj­młod­szych lat kry­tycz­nie ob­ser­wo­wał i oce­niał ro­dzi­ców, dziel­ni­cę, w któ­rej żył, lu­dzi, ko­le­gów i na­uczy­cie­li. Wie­dział, że je­śli pój­dzie uczci­wą dro­gą, jego ży­cie bę­dzie może tyl­ko odro­bi­nę lep­sze od ży­cia ojca, ży­dow­skie­go kraw­ca, któ­rym po­gar­dzał, uwa­ża­jąc go za głup­ca i tchó­rza. Co­dzien­nie przed za­śnię­ciem mó­wił do sie­bie:

„Słu­chaj, chło­pie, za wszel­ką cenę mu­sisz stąd wy­ry­wać. Nie ma mowy, że­byś ra­nił so­bie pal­ce i nisz­czył wzrok nad ma­szy­ną do szy­cia w tym pie­przo­nym za­kła­dzie kon­fek­cyj­nym za dzie­sięć do­lców ty­go­dnio­wo. To nie jest ro­bo­ta dla cie­bie. To do­bre dla tę­pa­ków. Ty je­steś wart cze­goś wię­cej”.

Już jako 12-let­ni wy­ro­stek za­jął się wraz z kum­pla­mi ścią­ga­niem ha­ra­czu od han­dla­rzy owo­ców. Na­zy­wa­no go „Bug­sy”, co w slan­gu zna­czy tyle co: wa­riat, szaj­bus. Ben nie lu­bił tego prze­zwi­ska, uży­wa­no go więc tyl­ko za jego ple­ca­mi.

W wie­ku 14 lat Sie­gel do­ko­nał pierw­sze­go za­bój­stwa. Za­strze­lił od­ma­wia­ją­ce­go mu wy­pła­ty za ukra­dzio­ną ben­zy­nę pa­se­ra Abe’a Mo­sco­vit­za i jego dwóch ochro­nia­rzy. W 1920 roku zo­stał ska­za­ny na 2 lata po­praw­cza­ka za do­mnie­ma­ny gwałt. Do­mnie­ma­ny, bo 20-let­nia żona no­wo­jor­skie­go ro­bot­ni­ka o me­lo­dyj­nym imie­niu Gra­ziel­la udzie­li­ła mu swych wdzię­ków nie tyl­ko do­bro­wol­nie, ale i z dużą ocho­tą. Na­kry­ta jed­nak przez męża na zdra­dzie, bo­jąc się o swe zdro­wie, a na­wet ży­cie, za­czę­ła wrzesz­czeć, że jest nie­wo­lo­na.

Po wyj­ściu z po­praw­cza­ka „Bug­sy” zo­stał przy­ję­ty do gan­gu Mey­era Lan­sky’ego1, no­wo­jor­skie­go Żyda, któ­ry po­mi­mo mło­de­go wie­ku wy­wal­czył już so­bie god­ne miej­sce w prze­stęp­czej hie­rar­chii me­tro­po­lii. Tam osią­gnął pierw­szy szcze­bel sła­wy, mor­du­jąc gang­ste­ra na­zwi­skiem Va­len­ti, kon­ku­ren­ta w prze­my­cie al­ko­ho­lu. Wkrót­ce stal się pra­wą ręką sze­fa. Kie­ro­wał ko­mór­ką zaj­mu­ją­cą się za­bój­stwa­mi na zle­ce­nie, a „ce­la­mi” byli naj­czę­ściej lu­dzie kry­mi­nal­ne­go pod­zie­mia: zdraj­cy, ka­pu­sie, de­frau­dan­ci na­le­żą­cych do ma­fii ka­pi­ta­łów, płat­ni mor­der­cy, któ­rzy wie­dzie­li za dużo, ry­wa­le i kon­ku­ren­ci, a cza­sa­mi sko­rum­po­wa­ni po­li­ty­cy, któ­rzy na­gle przy­po­mnie­li so­bie o uczci­wo­ści lub za­po­mnie­li o za­cią­gnię­tych zo­bo­wią­za­niach.

Pod ko­niec lat dwu­dzie­stych Sie­gel w ni­czym nie przy­po­mi­nał daw­ne­go rze­zi­miesz­ka. Lek­cje dyk­cji po­zwo­li­ły po­zbyć się na­le­cia­ło­ści, jaką po­zo­sta­wi­ła mu edu­ka­cja, któ­rą po­bie­rał w Wil­liams­bur­gu i Hell’s Kit­chen. Ob­ra­cał się w no­wo­jor­skich wyż­szych sfe­rach, za­wsze nie­na­gan­nie ubra­ny cho­dził na śnia­da­nie do ho­te­lu Wal­dorf, gdzie rów­nież ko­rzy­stał z usług ma­sa­ży­sty, fry­zje­ra (raz na ty­dzień) i ma­ni­kiu­rzyst­ki. Jeź­dził nie­zmien­nie naj­now­szym, naj­bar­dziej luk­su­so­wym i naj­droż­szym mo­de­lem for­da.

W 1930 roku po­ślu­bił Es­te­rę Kra­ko­wer, mło­dą, uro­czą Ży­dów­kę o ciem­nych oczach, ja­snej ce­rze i kasz­ta­no­wych wło­sach. Wkrót­ce uro­dzi­ła im się cór­ka, któ­rej nada­no imię Mil­li­cent. Trzy lata po ślu­bie po­ja­wi­ła się na świe­cie dru­ga cór­ka – Bar­ba­ra.

15 kwiet­nia 1931 roku „Bug­sy” wraz z Al­ber­tem Ana­sta­sią, Sa­mem „Red” La­vi­ne’em i Jake’em El­liot­tem za­ła­twi­li w zna­nej na Co­ney Is­land re­stau­ra­cji „Nu­ova Vil­la Tam­ma­ro” Giu­sep­pe Mas­se­rię, naj­waż­niej­sze­go bos­sa no­wo­jor­skiej ma­fii. 10 wrze­śnia te­goż roku Sie­gel wraz ze swy­mi ludź­mi urzą­dził rzeź gan­gu Sa­lva­to­re Ma­ran­za­no. Dwu­na­stu męż­czyzn we­szło do biu­ra Ma­ran­za­no, miesz­czą­ce­go się w bu­dyn­ku Grand Cen­tral na Man­hat­ta­nie. Sze­fa za­strze­lo­no, a dla pew­no­ści jesz­cze po­de­rżnię­to mu gar­dło. Tego sa­me­go dnia czter­dzie­stu in­nych sze­fów ma­fii na te­re­nie USA zo­sta­ło wy­mor­do­wa­nych. Te „nie­szpo­ry sy­cy­lij­skie” po­sta­wi­ły na cze­le ca­łej ma­fii w Sta­nach Zjed­no­czo­nych nie­ja­kie­go Sa­lva­to­re Lu­ca­nię, zna­ne­go sze­rzej jako Luc­ky Lu­cia­no (Lu­cek Szczę­ściarz).

W na­stęp­nym roku Sie­gel wsła­wił się w pod­ziem­nym świe­cie za­bój­stwem współ­pra­cu­ją­ce­go z po­li­cją gang­ste­ra na­zwi­skiem An­tho­ny Fa­briz­zo. Pew­ne­go dnia po­ło­żył się w no­wo­jor­skim Bel­le­vue Ho­spi­tal, sy­mu­lu­jąc cho­ro­bę. Za­pła­cił za luk­su­so­wą se­pa­rat­kę i za­dzwo­nił na pie­lę­gniar­kę:

– Po­łkną­łem dwa z tych obrzy­dli­wych prosz­ków na­sen­nych. Pro­szę mi po­pra­wić łóż­ko, będę spał jak za­bi­ty do rana – po­wie­dział.

Po­tem wy­mknął się ci­cha­czem ze szpi­ta­la, za­bił ka­pu­sia i po 35 mi­nu­tach le­żał z po­wro­tem grzecz­nie w swo­im łóż­ku. Jego ali­bi było nie­pod­wa­żal­ne.

N po­cząt­ku 1937 roku Sie­gel za­jął się z ra­mie­nia gang­ster­skie­go Syn­dy­ka­tu in­te­re­sa­mi w Hol­ly­wo­od. Ma­fia z Los An­ge­les znaj­do­wa­ła się w owych cza­sach pod kon­tro­lą bos­sa Jac­ka Dra­gny, lecz Sie­gel szyb­ko po­ka­zał mu, kto tu na­praw­dę rzą­dzi. Dra­gna – wie­dząc o nie­obli­czal­nym cha­rak­te­rze „Bug­sy’ego” oraz po­par­ciu, ja­kim cie­szył się ze stro­ny Mey­era Lan­sky’ego i Luc­ky’ego Lu­cia­no, nie miał wyj­ścia i mu­siał ustą­pić mu miej­sca.

Przy­byw­szy do Hol­ly­wo­od, gang­ster od razu wziął się ener­gicz­nie do pra­cy, nie ża­łu­jąc za­rów­no tru­dów, jak i ka­pi­ta­łu. Naj­pierw wy­bu­do­wał i urzą­dził ele­ganc­ko pięk­ną wil­lę w Be­ver­ly Hills. Mia­ła trzy­dzie­ści pięć po­koi i dwa ba­se­ny, w tym je­den ogrom­ny jak Wiel­kie Je­zio­ro Sło­ne w sta­nie Utah. Spro­wa­dził tam ro­dzi­nę z Bro­okly­nu i roz­po­czął ży­cie za­moż­ne­go „spor­t­sme­na”. Po­sia­dał pięk­ne pole gol­fo­we, ko­nie wierz­cho­we i uda­wał za­pa­lo­ne­go my­śli­we­go. Spra­szał co zna­mie­nit­szych go­ści i wkrót­ce jego dom za­ro­ił się od fil­mo­wych gwiazd i gwiaz­do­rów. Po­tra­fił tak umie­jęt­nie grać swo­ją rolę, że wkrót­ce stał się w Hol­ly­wo­od bar­dzo po­pu­lar­ną oso­bą, o któ­rej wzglę­dy wszy­scy za­bie­ga­li.

W świat hol­ly­wo­odz­kiej so­cje­ty wpro­wa­dzi­li Sie­ge­la Geo­r­ge Raft – daw­ny kum­pel ze szcze­nię­cych lat z Bro­okly­nu, a wów­czas uzna­ny ak­tor, oraz zło­to­wło­sa pięk­ność Jean Har­low – ów­cze­sna gwiaz­da nu­mer 1, sym­bol sek­su, ko­chan­ka in­ne­go gang­ste­ra, re­zy­den­ta Syn­dy­ka­tu w New Jer­sey, Ab­ne­ra „Lon­gy’ego” Zwil­l­ma­na. Za­pew­nia­no, że słyn­na sce­na z wy­świe­tla­ne­go wów­czas fil­mu Red Dust (Czer­wo­ny pył), w któ­rej pra­wie naga Jean wal­czy­ła z Clar­kiem Ga­ble’em, pod­no­si­ła w ki­no­wych sa­lach tem­pe­ra­tu­rę aż o 10 stop­ni. Mia­ła cia­ło bo­gi­ni, w fil­mach lu­bi­ła przy­bie­rać pro­wo­ku­ją­ce pozy, a z ca­łej po­sta­ci ema­no­wa­ła lu­bież­na zmy­sło­wość. Joan Craw­ford, inna hol­ly­wo­odz­ka „su­per­star” mó­wi­ła o niej: „Nie ma żad­ne­go ta­len­tu, ale za to umie roz­pi­nać roz­por­ki”.

Sie­gel miał w ręku jesz­cze je­den wiel­ki atut. Był Ży­dem, a ów­cze­sne Hol­ly­wo­od aż ro­iło się od przed­sta­wi­cie­li na­ro­du wy­bra­ne­go. Od pro­du­cen­tów – Sa­mu­ela Gol­dwy­na, Wil­lia­ma Foxa, Lo­uisa B. May­era, bra­ci War­ner i Adol­pha Zuc­ko­ra, po­przez re­ży­se­rów, ta­kich jak Fritz Lang, Bil­ly Wil­der, Edward Dmy­tryk czy Ana­tol Li­tvak, na ak­to­rach koń­cząc. Char­lie Cha­plin, Do­uglas Fa­ir­banks, Edward G. Ro­bin­son, Pau­let­te God­dard, Al Jol­son, czy bra­cia Marx – wszy­scy za­li­cza­li się do „sta­ro­za­kon­nych”. Ży­dem był też kom­po­zy­tor Irving Ber­lin i wie­lu sce­na­rzy­stów oraz au­to­rów dia­lo­gów.

„Bug­sy” wie­dział o tym do­sko­na­le i spryt­nie wy­ko­rzy­sty­wał swo­ją przy­na­leż­ność et­nicz­ną, aby prze­su­wać pion­ki na sza­chow­ni­cy, pod­czas gdy sam nie przy­wią­zy­wał żad­nej wagi do swe­go po­cho­dze­nia. Było mu zu­peł­nie obo­jęt­ne, czy ktoś jest Ży­dem, Ir­land­czy­kiem czy Wło­chem.

Za­wsze ubra­ny z wy­ra­fi­no­wa­nym sma­kiem, przy­stoj­ny, nie­bie­sko­oki, o wy­twor­nych ma­nie­rach i uro­kli­wym uśmie­chu od­sła­nia­ją­cym zęby o nie­ska­zi­tel­nej bie­li, uwo­dzi­ciel­ski i sym­pa­tycz­ny Ben­ja­min Sie­gel ro­bił wśród gwiazd i gwiaz­de­czek „fa­bry­ki snów” praw­dzi­wą fu­ro­rę. Naj­pierw „za­li­czył” Con­stan­ce Ben­nett, naj­le­piej wy­na­gra­dza­ną wów­czas gwiaz­dę na świe­cie, ka­su­ją­cą 30 ty­się­cy do­lców ty­go­dnio­wo, pięk­ną ko­bie­tę o ak­sa­mit­nej skó­rze, tę­czo­wym od­cie­niu wło­sów i nie­sa­mo­wi­cie zgrab­nych no­gach.

Po­tem za­ko­cha­ła się w nim bez pa­mię­ci hra­bi­na Do­ro­thy Den­di­ce Tay­lor Di Fras­so. Była od nie­go 12 lat star­sza i od­czu­wa­ła per­wer­syj­ne pod­nie­ce­nie, znaj­du­jąc się w ra­mio­nach nie­bez­piecz­ne­go gang­ste­ra, dla któ­re­go płat­ne za­bój­stwa sta­no­wi­ły chleb po­wsze­dni. Z ko­lei dla „Bug­sy’ego”, któ­ry dzie­ciń­stwo i mło­dość spę­dził w slum­sach Bro­okly­nu i Hell’s Kit­chen, wsu­nię­cie się w ary­sto­kra­tycz­ną po­ściel było ta­kim awan­sem spo­łecz­nym, że róż­ni­ca wie­ku nie od­gry­wa­ła żad­nej roli, tym bar­dziej że Do­ro­thy Di Fras­so za­cho­wa­ła jesz­cze reszt­ki wspa­nia­łej uro­dy. Przede wszyst­kim jed­nak z jej po­sta­ci ema­no­wa­ła na­tu­ral­na kla­sa, swo­bo­da w obej­ściu, wy­ra­fi­no­wa­nie w ma­nie­rach i spo­so­bie wy­sła­wia­nia się, cze­go nie mia­ła żad­na z obec­nych w Hol­ly­wo­od gwiazd, któ­re mimo nie­sa­mo­wi­tej pięk­no­ści po­zo­sta­wa­ły jed­nak tyl­ko tym, kim były przed­tem: bar­man­ka­mi, kel­ner­ka­mi, bur­le­sko­wy­mi tan­cer­ka­mi czy pio­sen­kar­ka­mi z pod­rzęd­nych ka­ba­re­tów.

Nie dla ko­biet jed­nak przy­je­chał Sie­gel do Hol­ly­wo­od. Wy­ro­biw­szy so­bie sto­sun­ki, za­brał się do wła­ści­wej pra­cy. Naj­pierw za­jął się szan­ta­ża­mi, wzo­ru­jąc się na wy­pró­bo­wa­nych przez Lep­ke­go2 me­to­dach. Uda­ło mu się prze­ko­nać pew­ne­go gwiaz­do­ra, że otrzy­mał zbyt ni­ską gażę. Na­mó­wił go, by w chwi­li, gdy wszyst­ko już było przy­go­to­wa­ne do zdjęć i zo­sta­ły po­nie­sio­ne ogrom­ne kosz­ty, od­mó­wił udzia­łu w fil­mie, tłu­ma­cząc się cho­ro­bą. Na per­trak­ta­cje po­słał jed­ne­go ze swo­ich lu­dzi.

Wy­słan­nik „Bug­sy’ego” zo­bo­wią­zał się na­kło­nić gwiaz­do­ra do wy­stę­po­wa­nia, za od­po­wied­nim wy­na­gro­dze­niem. W re­zul­ta­cie Sie­gel za­in­ka­so­wał 50 ty­się­cy do­la­rów, z cze­go 10 ty­się­cy wy­pła­cił gwiaz­do­ro­wi, a resz­tę scho­wał do wła­snej kie­sze­ni. Wy­da­rze­nia te sta­ły się po­cząt­kiem zna­ko­mi­te­go – cho­ciaż z pew­no­ścią nie dla wszyst­kich – in­te­re­su.

Po­słu­gu­jąc się szan­ta­żem i prze­mo­cą, „Bug­sy” wy­ci­skał wor­ki do­la­rów z kie­sze­ni pro­du­cen­tów i ak­to­rów. Do­pro­wa­dzał do ze­rwa­nia w ostat­niej chwi­li kon­trak­tu po­mię­dzy ja­kimś sław­nym ak­to­rem a pro­du­cen­tem i w imie­niu gwiaz­do­ra wy­mu­szał znacz­ne pod­nie­sie­nie gaży. 10 pro­cent tak za­ro­bio­nej sumy od­da­wał ak­to­ro­wi, resz­tę zaś zgar­niał dla ma­fii.

Wy­twór­nie fil­mo­we były bez­rad­ne. Wpraw­dzie za­wsze moż­na było za­an­ga­żo­wać inną gwiaz­dę, ale kosz­ty opóź­nie­nia re­ali­za­cji już za­czę­te­go fil­mu były tak wy­so­kie, że o wie­le bar­dziej opła­ca­ło się pła­cić ha­racz gang­ste­ro­wi. Hol­ly­wo­odz­kie gwiaz­dy na­to­miast chęt­nie in­we­sto­wa­ły pie­nią­dze w pro­wa­dzo­ne prze­zeń in­te­re­sy.

Wkrót­ce Sie­ge­lo­wi uda­ło się do­stać do związ­ku za­wo­do­we­go pra­cow­ni­ków fil­mo­wych, za któ­re­go po­śred­nic­twem za­czął ścią­gać jesz­cze więk­sze da­ni­ny. Dla ochro­ny swych in­te­re­sów utwo­rzył zbroj­ny od­dział i na­wią­zał kon­tak­ty z po­li­ty­ka­mi, a „fa­bry­ki snów” uży­wał jako ka­na­łu prze­rzu­to­we­go nar­ko­ty­ków z Mek­sy­ku.

Pod­czas jed­ne­go z przy­jęć „Bug­sy” pod­szedł do Jac­ka War­ne­ra, wiel­kie­go sze­fa wy­twór­ni „War­ner Bros”, i od­cią­gnął go na bok.

– Jack, wiem, że pan bę­dzie krę­cił Ro­bin Ho­oda z Erol­lem Flyn­nem i Oli­vią de Ha­vil­land – za­gad­nął z mi­łym uśmie­chem.

Pro­du­cent o mało nie udła­wił się kon­su­mo­wa­nym wła­śnie ka­wio­rem na grzan­ce. Nikt oprócz jego bra­ci i naj­bliż­szych przy­ja­ciół nie śmiał się do nie­go zwra­cać w ten spo­sób.

– Będę, i co z tego? – od­burk­nął. – A poza tym nie przy­po­mi­nam so­bie, że­by­śmy byli po imie­niu. Wszy­scy mó­wią do mnie pa­nie War­ner i…

– Jack – prze­rwał mu bez­ce­re­mo­nial­nie gang­ster – pro­szę mnie wy­słu­chać. Pró­bu­ję panu od­dać przy­słu­gę.

– Pan pró­bu­je mi od­dać przy­słu­gę? – War­ner zła­pał za kie­li­szek szam­pa­na, nie­sio­ny na srebr­nej tacy przez prze­cho­dzą­ce­go obok kel­ne­ra i z wra­że­nia opróż­nił na­czy­nie dusz­kiem do dna.

– Tak, wła­śnie, przy­słu­gę – uśmiech­nął się zno­wu „Bug­sy”. Uśmiech ten wy­da­wał się jak naj­bar­dziej szcze­ry, ale gdy pro­du­cent po­pa­trzył głę­biej w oczy swe­go roz­mów­cy, uj­rzał w nich sze­ro­ko otwar­te wie­ko trum­ny. – Niech pan po­słu­cha – kon­ty­nu­ował Sie­gel. – Może pan na­wet o tym nie wie, ale pań­scy księ­go­wi po­my­li­li się przy opra­co­wy­wa­niu bu­dże­tu do pro­duk­cji Ro­bin Ho­oda.

– Po­my­li­li się? – War­ner wy­trzesz­czył oczy. – To zu­peł­nie nie­moż­li­we.

– A jed­nak. Za­po­mnie­li o jed­nej bar­dzo waż­nej po­zy­cji.

– O ja­kiej, do dia­bła?

– O sta­ty­stach.

– Co pan mi tu za bzdu­ry opo­wia­da! – zde­ner­wo­wał się Jack War­ner.

– To żad­ne bzdu­ry – wy­ja­śnił spo­koj­nie Sie­gel. – Niech pan so­bie wy­obra­zi, że sce­na­riusz i dia­lo­gi Ro­bin Ho­oda są już go­to­we, wszyst­kie de­ko­ra­cje roz­miesz­czo­ne, świa­tło usta­wio­ne, każ­dy zna swo­ją rolę na pa­mięć… Er­rol Flynn trzy­ma Oli­vię de Ha­vil­land w ra­mio­nach, sły­chać klaps i wo­ła­nie: sce­na nu­mer je­den, uję­cie pierw­sze… i w tym mo­men­cie wszy­scy sta­ty­ści opusz­cza­ją plan.

– I co z tego – War­ner wzru­szył ra­mio­na­mi. – Za­trud­ni się in­nych sta­ty­stów i po kło­po­cie.

– Otóż nie – wy­ja­śnił „Bug­sy”. – Wi­dzi pan. Wszy­scy sta­ty­ści na­le­żą do związ­ku i są so­li­dar­ni…

– Ze związ­kiem za­wsze moż­na się do­ga­dać – uśmiech­nął się po­błaż­li­wie pro­du­cent.

– W peł­ni zga­dzam się z pań­skim twier­dze­niem. Tyl­ko…

– Tyl­ko co?

– Tyl­ko że ja kon­tro­lu­ję ich zwią­zek – wy­znał szcze­rze gang­ster. – I… pro­szę mi wie­rzyć, że po­mi­mo mo­ich wy­sił­ków, nie zdo­ła­łem prze­ko­nać paru ich naj­więk­szych twar­dzie­li… Wie pan – zni­żył głos do szep­tu – nie­któ­rzy z nich to kry­mi­na­li­ści. Po­słu­gu­ją się pał­ką oku­tą oło­wiem z taką sku­tecz­no­ścią, z jaką Bil­ly Wil­der po­słu­gu­je się ka­me­rą. Po­zy­cja, któ­rą pań­scy księ­go­wi za­po­mnie­li włą­czyć do bu­dże­tu pro­duk­cji Ro­bin Ho­oda, wy­no­si sto ty­się­cy do­la­rów – do­bro­tli­wy uśmiech znik­nął z twa­rzy Sie­ge­la.

– To zwy­kły szan­taż! – wy­buch­nął War­ner. – Czy pan my­śli, że dam się szan­ta­żo­wać bez­kar­nie?

– Je­stem pe­wien, że Ro­bin Hood bę­dzie zna­ko­mi­tym fil­mem – od­parł lo­do­wa­tym to­nem „Bug­sy”. – Oczy­wi­ście bę­dzie kosz­to­wał o sto ty­się­cy do­la­rów wię­cej, ale część z tego od­zy­ska pan od firm ubez­pie­cze­nio­wych.

– Jak to? – zdzi­wił się pro­du­cent.

– Uda się pan do nich i wy­tłu­ma­czy, że jest pan pe­wien na sto pro­cent, iż pod­czas krę­ce­nia fil­mu nie bę­dzie ani jed­ne­go straj­ku. A po za­koń­czo­nej pra­cy za­żą­da pan pre­mii gra­ty­fi­ka­cyj­nej od fir­my, w któ­rej się pan ubez­pie­czył. Będę ju­tro w pań­skim biu­rze, Jack. Pro­szę przy­go­to­wać go­tów­kę, nie prze­pa­dam za cze­ka­mi.

Po­nie­waż ha­zard był w Ka­li­for­nii su­ro­wo za­ka­za­ny, „Bug­sy” od­ku­pił za bez­cen flo­tę sta­rych stat­ków, wy­re­mon­to­wał je i luk­su­so­wo wy­po­sa­żył. Za­ko­twi­czo­ne na Oce­anie Spo­koj­nym, poza gra­ni­ca­mi wód te­ry­to­rial­nych, nie pod­le­ga­ły ka­li­for­nij­skie­mu pra­wu i na ich po­kła­dzie moż­na było bez prze­szkód upra­wiać ha­zard oraz ko­rzy­stać z usług luk­su­so­we­go domu pu­blicz­ne­go. Gra­cze wsia­da­li do szyb­kich mo­to­ró­wek i uda­wa­li się na stat­ki-ka­sy­na, by prze­pusz­czać swo­je pie­nią­dze w ru­let­kę, po­ke­ra, blac­kjac­ka czy crap­sa. Zgra­ni do su­chej nit­ki mie­li moż­li­wość dal­sze­go gra­nia na kre­dyt, pod wa­run­kiem pod­pi­sa­nia skryp­tu dłuż­ne­go opro­cen­to­wa­ne­go w wy­so­ko­ści 15% dzien­nie. Zwrot dłu­gu w nie­prze­kra­czal­nym ter­mi­nie 14 dni był rze­czą roz­sąd­ną i moc­no za­le­ca­ną. Na­zwi­ska tych, któ­rzy za­po­mnie­li o tej zdro­wej za­sa­dzie, bar­dzo szyb­ko po­ja­wia­ły się w ru­bry­ce ne­kro­lo­gów ga­ze­ty „Los An­ge­les Ti­mes”. Ru­bry­ka ta, sfo­to­gra­fo­wa­na i po­więk­szo­na, była przy­le­pia­na wzdłuż scho­dów stat­ków-ka­syn, przy­po­mi­na­jąc w ten spo­sób o skut­kach amne­zji.

Wkrót­ce „Bug­sy” za­jął się inną gwiaz­dą Hol­ly­wo­odu, Ma­rion Da­vies. Pro­te­go­wa­na ma­gna­ta pra­so­we­go, Wil­lia­ma Ran­dol­pha He­ar­sta za­gię­ła pa­rol na pięk­ne­go Ben­ja­mi­na tro­chę dla utar­cia nosa za­nie­dbu­ją­ce­mu ją ko­chan­ko­wi, wiecz­nie za­ję­te­mu swym pra­so­wym im­pe­rium, a tro­chę dla zro­bie­nia na złość Con­stan­ce Ben­nett i hra­bi­nie Di Fras­so. „Bug­sy” prze­le­ciał ją z ra­do­ścią, a po­tem za­czął szan­ta­żo­wać.

We wrze­śniu 1939 roku wła­dze fe­de­ral­ne prze­pro­wa­dzi­ły za­kro­jo­ną na sze­ro­ką ska­lę ak­cję prze­ciw­ko zor­ga­ni­zo­wa­nej prze­stęp­czo­ści na te­re­nie ca­łe­go kra­ju. Ben­ja­min „Bug­sy” Sie­gel zo­stał oskar­żo­ny przez pro­ku­ra­to­ra fe­de­ral­ne­go J.T. Can­hil­la o przy­na­leż­ność do zor­ga­ni­zo­wa­nej gru­py gang­ste­rów. Jego ze­zna­nia zło­żo­ne przed są­dem w dniu 4 paź­dzier­ni­ka były ste­kiem kłamstw gru­by­mi nić­mi szy­tych, ale nikt nie był mu w sta­nie ni­cze­go udo­wod­nić. Ża­den z ak­to­rów i pro­du­cen­tów Hol­ly­wo­odu nie miał tyle od­wa­gi, aby świad­czyć prze­ciw­ko nie­mu.

8 paź­dzier­ni­ka zo­stał jed­nak­że po­now­nie aresz­to­wa­ny i osa­dzo­ny w wię­zie­niu Los An­ge­les Co­un­ty, w wy­ni­ku dzia­ła­nia nie­ustra­szo­ne­go tę­pi­cie­la gang­ste­rów, pro­ku­ra­to­ra Tho­ma­sa E. De­weya. Ocze­ki­wa­nie w wię­zie­niu na roz­pra­wę nie było zbyt uciąż­li­we. „Bug­sy” miał spe cjal­ną celę, po­sił­ki przy­no­sił mu z ze­wnątrz oso­bi­sty ku­charz, Fi­li­piń­czyk, któ­ry pra­co­wał w naj­lep­szych ho­te­lach, a jego spe­cjal­no­ścią był ba­żant z roż­na, po­la­ny so­sem i skro­pio­ny ma­de­rą. Straż­ni­cy wię­zien­ni ga­pi­li się z za­chwy­tem na od­wie­dza­ją­cych gang­ste­ra: Geo­r­ge’a Ra­fta, Gary Co­ope­ra, Clar­ka Ga­ble’a, Ca­roll Lom­bard, Joan Craw­ford, Ty­ro­ne’a Po­we­ra i Erol­la Flyn­na, któ­rzy przy­cho­dzi­li po­cie­szyć sta­re­go kom­pa­na za­baw po­grą­żo­ne­go w ta­ra­pa­tach.

Co­dzien­nie od­wie­dza­ła go żona Es­te­ra, ale bez có­rek. Nig­dy jed­nak nie zo­sta­wa­ła w celi na noc. Z wiel­ką ra­do­ścią za­stę­po­wa­ły ją inne ochot­nicz­ki. Czy było coś bar­dziej pod­nie­ca­ją­ce­go od ko­cha­nia się w celi wię­zien­nej z uro­czym gang­ste­rem, o któ­rym nie było wia­do­mo, czy za pół roku nie do­sta­nie bi­le­tu w jed­ną stro­nę do ko­mo­ry ga­zo­wej w wię­zie­niu San Qu­en­tin?

Na prze­pust­ki Sie­gel wy­cho­dził naj­czę­ściej ze swą ak­tu­al­ną przy­ja­ciół­ką, an­giel­ską ak­tor­ką Wen­dy Bar­rie, któ­rej po­ma­gał w ka­rie­rze, wy­ko­rzy­stu­jąc swo­je sze­ro­kie zna­jo­mo­ści. 30 stycz­nia 1942 roku zo­stał oskar­żo­ny o za­bój­stwo Har­ry’ego „Big Gre­enie” Gre­en­ber­ga, lecz 21 lu­te­go ława przy­się­głych wy­da­ła de­cy­zję: not gu­il­ty! (nie­win­ny!).

Wy­da­wa­ło się, że Ben­ja­min Sie­gel do­ży­je sta­ro­ści w szczę­ściu i bo­gac­twie. Sta­ło się jed­nak in­a­czej. Wy­koń­czy­ła go – jak wie­lu in­nych – ko­bie­ta. W 1943 roku po­znał Vir­gi­nię Hill. Była wy­so­ka, mia­ła dłu­gie, kru­czo­czar­ne wło­sy, wspa­nia­łe zie­lo­ne oczy, smu­kłe nogi i bio­dra, któ­re ko­ły­sa­ły się jak ku­ter przy zbli­ża­ją­cym się cy­klo­nie. Mó­wi­ła z prze­cią­głym ak­cen­tem Po­łu­dnia i ema­no­wa­ła sza­lo­ną zmy­sło­wo­ścią. Była cór­ką ka­mie­nia­rza z Ala­ba­my i mia­ła dzie­wię­cio­ro ro­dzeń­stwa. W wie­ku 16 lat ucie­kła z ko­chan­kiem do Chi­ca­go. Szyb­ko po­rzu­ci­ła na­rze­czo­ne­go i za­czę­ła wy­stę­py jako re­wio­wa „girl”. Tam za­uwa­żył ją pe­wien gang­ster trze­ciej ka­te­go­rii i po jął za żonę. Za­li­czy­ła trzech mę­żów i do­pie­ro po trze­cim roz­wo­dzie zro­zu­mia­ła, że wol­ność jest naj­pięk­niej­szą rze­czą na świe­cie. Była przy­ja­ciół­ką naj­gło­śniej­szych bos­sów prze­stęp­cze­go pod­zie­mia: Luc­ky’ego Lu­cia­no, Fran­ka Co­stel­lo, Joe Ado­ni­sa, „Lon­gy’ego” Zwil­l­ma­na i Mey­era Lan­sky’ego. W prze­stęp­czym Syn­dy­ka­cie peł­ni­ła rolę skarb­ni­ka. Sły­nę­ła z roz­rzut­no­ści i pi­jac­kich wy­bry­ków. W cią­gu jed­nej nocy po­tra­fi­ła wy­dać na al­ko­ho­le 10 ty­się­cy do­la­rów! Służ­bie ho­te­lo­wej i kel­ne­rom da­wa­ła stu­do­la­ro­we na­piw­ki. Twier­dzi­ła, że ma dwa nie­ogra­ni­czo­ne źró­dła do­cho­dów: ko­nie i męż­czyzn. Prze­słu­chi­wa­na kie­dyś przed spe­cjal­ną ko­mi­sją se­na­tu ame­ry­kań­skie­go, zaj­mu­ją­cą się zwal­cza­niem zor­ga­ni­zo­wa­nej prze­stęp­czo­ści i dzia­ła­ją­cą pod prze­wod­nic­twem Es­te­sa Ke­fau­ve­ra, wy­zna­ła:

– Wszy­scy gang­ste­rzy, o któ­rych mówi się, że by­łam ich ko­chan­ką, da­wa­li mi kosz­tow­ne pre­zen­ty – od­po­wie­dzia­ła.

Na py­ta­nie, dla­cze­go da­wa­li jej te pre­zen­ty, po­iry­to­wa­na od­par­ła:


Życie Hearsta zainspirowało 24-letniego wówczas reżysera Orsona Wellesa do nakręcenia głośnego filmu Obywatel Kane . Prasa zachwyciła się geniuszem filmowca, ale pisma Hearsta przedstawiały film jako „bezpardonowy i nieodpowiedzialny atak na wspaniałego człowieka”. Sam bohater próbował wszelkimi sposobami zablokować dystrybucję filmu, wykupić taśmy, spalić negatyw. Podobno wściekłość magnata wywołał nie sposób przedstawienia jego samego, lecz to, że film w złym świetle ukazał ukochaną Marion.