Wiedźma - Anna Sokalska - ebook

39 osób właśnie czyta

Opis

Nadszedł czas „Wiedźmy”! Sięgnij po pierwszy tom cyklu urban fantasy „Opowieści z Wieloświata”.

Obłożona klątwą Wiedźma Jasna budzi się z długiego snu. Wyrwana ze swoich czasów, samotna i pozbawiona mocy, pragnie zemścić się za dawne krzywdy. Spotyka na swej drodze zmorę-uciekinierkę, szamana z przypadku i  anioła niezadowolonego z nowych obowiązków. Każdy z nich zmaga się z cieniami przeszłości, a Los wciąga ich w nieoczywistą rozgrywkę o ludzkie dusze i przygotowania do końca świata.

Wiedźmy i demony, wilkodłaki i łapiduchy, szamani i anioły śmierci – postaci ze słowiańskich legend i wierzeń całego świata spotykają się we współczesnym Wrocławiu, tworząc niezwykłą wizję Wieloświata. Dawne historie odżywają po wiekach w nowych kształtach, a uśpione moce wypełniają ulice miast XXI wieku. Na Ślęży, w dawnym miejscu słowiańskiego kultu, gdzie niegdyś starły się siły niebios i piekieł, ponownie otwiera się przejście między światami.

Wiedźma” rozpoczyna nowy cykl urban fantasy „Opowieści z Wieloświata”. Zapraszamy do niezwykłego uniwersum, przesyconego słowiańsko-fantastycznym kolorytem!

Autorka książki – Anna Sokalska – z serca wrocławianka, z zawodu radca prawny, a w wolnych chwilach kickbokserka. Dorastała z fantastyką, filmami o superbohaterach i Dostojewskim. Jest fanką Lovecrafta i Camusa. Pracę magisterską z kryminalistyki napisała o psychologii motywacji. Łączy wyobraźnię z nauką, niemożliwe z codziennością. Tworzy od dziesięciu lat i wierzy w sens spędzonych przy klawiaturze dni – ich owocem są m.in. powieści i opowiadania stanowiące oryginalny cykl słowiańsko-sensacyjny. „Wiedźma” to pierwszy tom cyklu.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 400

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


© Copyright by Lira Publishing Sp. z o.o., Warszawa 2019

© Copyright by Anna Sokalska, 2019

Projekt okładki: Magdalena Wójcik

Zdjęcia na okładce: © captblack76,

© Alina Maksimova/123rf.com

Zdjęcie Anny Sokalskiej: © Maciej Zienkiewicz Photography

Redaktor inicjujący: Paweł Pokora

Redakcja: Ewa Popielarz

Korekta: Marek Kowalik

Skład: Klara Perepłyś-Pająk

Wydanie elektroniczne 2019

Lira Publishing Sp. z o.o.

Wydanie pierwsze

Warszawa 2019

ISBN: 978-83-65838-97-1

Producenci wydawniczy: Marek Jannasz, Anna Laskowska

www.wydawnictwolira.pl

Wydawnictwa Lira szukaj też na:

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Zdarzyło się pewnego dnia, gdy synowie

Boży udawali się, by stanąć przed Panem,

że i szatan też poszedł z nimi.

I rzekł Bóg do szatana: „Skąd przychodzisz?”.

Szatan odrzekł Panu: „Przemierzałem

ziemię i wędrowałem po niej”.

Mówi Pan do szatana: „A zwróciłeś uwagę

na sługę mego, Hioba? (...) Oto cały

majątek jego w twej mocy. Tylko na

niego samego nie wyciągaj ręki”.

I odszedł szatan sprzed oblicza Pańskiego.

Księga Hioba 1, 6–8. 12

Miliony stworzeń duchowych po Ziemi

Krążą, lecz dla nas są niedostrzegalne

Tak kiedy śpimy, jak po przebudzeniu

John Milton, Raj utracony

(przekład Macieja Słomczyńskiego)

PROLOGCZĘŚĆ 1
Przeznaczenie nie jest wrogiem

Rok 1507 i 1517

Uwalana czarną ziemią i zwierzęcymi nieczystościami, toporna, szeroka dłoń o krótkich palcach i zrogowaciałej skórze sięgnęła do dziecięcych, niemalże białych kosmyków Jasnej. Drżąca ze strachu dziewczynka cofnęła się o krok i przycisnęła plecy do szorstkiej, zimnej skały, która bezlitośnie zamykała drogę dalszej ucieczki. Bijąca od mężczyzny ostra woń gnoju i zepsucia przyprawiała Jasną o mdłości. Nie dostrzegała dobrze jego twarzy, a jedynie ciemną, zwalistą sylwetkę przypominającą leśnego upiora – ledwie widzialną w świetle gasnącej pochodni, trzymanej przez drugiego z mężczyzn, który stał kilka kroków dalej, niecierpliwie wyczekując na swoją kolej. Jego postać, spowita pomarańczowym blaskiem ognia, majaczyła nawet bardziej przerażająca niż pochylający się nad Jasną bezkształtny, cuchnący cień. Dziewczynka chciała krzyczeć, ale głos uwiązł jej w gardle – wszelkie wołanie pozostałoby zresztą daremne, w gęstym lesie nie usłyszałby go nikt poza dziką zwierzyną i obojętnymi na ludzki los demonami.

– Zbliżże żagiew – wycharczał nagląco cień, a jego gorący oddech łapczywie przylgnął do twarzy dziewczynki.

Stojący za nim płomienny towarzysz podszedł blisko, kierując światło na pochwyconą ofiarę. Mimo strachu jej policzki rumieniły się z wysiłku – uciekając, biegła najszybciej, jak potrafiła. Krwią nabiegły też małe, dziecięce usteczka, a duże, wystraszone oczy błyszczały, wilgotne i błękitne jak czyste, dziewicze jeziora. Choć Jasna miała na sobie prostą chłopską sukieneczkę, wyglądała jak maleńka nimfa, jak nieszczęsna rybka, którą zły Los wyrzucił na wrogi ląd.

Cień złapał grubą dłonią jej delikatną twarzyczkę i obrócił do światła, by móc lepiej jej się przyjrzeć. Wtem jego towarzysz upuścił żagiew, wydając z siebie przeraźliwy, zwierzęcy krzyk, i zatoczył się do tyłu, wyrzucając przed siebie ręce. Lecz choć pochodnia przygasła śród mokrych liści, niesamowita, rdzawa poświata spowijająca mężczyznę nie zniknęła – przeciwnie, wzmogła się i zdawała na nim żerować, jakby światło oderwało się od płomienia i wiedzione tajemniczą wolą zyskało nowe życie. Mężczyzna krzyknął raz jeszcze, a potem kolejny, zaś trzymający Jasną cień puścił ją i zamarł w przerażeniu, a zarazem podziwie, patrząc, jak jego kompana trawi wynaturzony ogień. Blask zgęstniał, przeobraził się w okrutne, płomienne języki, których barwa w szaleńczym tańcu przełamała się w krwistą czerwień, nabierającą głębi wraz z ogłuszającym wrzaskiem swej ofiary; aż wreszcie ściemniała w węglową czerń. Wnet zapadła cisza, ogień gwałtownie się skurczył i po makabrycznej scenie ostała się tylko niepozorna gruda węgla, z którego z sykiem uleciała cienka strużka szarego dymu.

W drugim mężczyźnie pierwotną walkę podjęły paraliżująca zgroza, rozbudzona przeklętym zajściem, i histeryczny strach, wołający, by ratował swe życie. Gdy tylko Jasna poruszyła się, próbując przemknąć za jego plecami, mężczyzna wyzwolił się ze szponów zdumienia i rzucił na dziecko. Przewrócił je na ściółkę pachnącą wilgocią i ukrytą pod glebą grzybnią i przygniótł swym ciężarem do ziemi.

– Wiedźma! – wycharczał z obłędem w oczach. – Wiedźma! Wiedźma! – powtarzał z bezmyślną pasją, a gdy Jasna szarpała się, próbowała kopać i wiła się na boki, łapał na przemian to jej nogi, to tułów, to ręce lub szyję. Wreszcie udało mu się przysiąść na jej smukłych nóżkach i wyciągnąwszy jej ręce ponad głowę, całkowicie ją unieruchomił, używając jednej ręki do przytrzymania kruchych dziecięcych nadgarstków. Drugą dłonią począł na oślep dotykać małego ciałka, a twarz ponownie zbliżył do jej buzi. Choć przed oczami wciąż błyskał mu obraz płonącego towarzysza, jakieś szaleństwo kazało mu ponownie podjąć się swego obrzydliwego zamierzenia – czy to na przekór małej wiedźmie, czy też w akcie zemsty lub też z innego obłąkańczego powodu. I tak jak ledwie chwilę temu jego gorący, smrodliwy oddech znów bezcześcił niewinne policzki i zroszone łzami rzęsy Jasnej. Nie sapał jednak jak za pierwszym razem; nabierał powietrza zachłannie, lecz z wyraźnym trudem, coraz szybciej i coraz płycej, świszcząc i krztusząc się – aż padł bez przytomności, przygniatając Jasną.

Nie mogła się ruszyć. Był zbyt ciężki, a ona zbyt zmęczona szamotaniną i wcześniejszą ucieczką. Gdy tak leżała, tracąc nadzieję na uwolnienie wraz z ulatującym czuciem w członkach i wzmagającym się chłodem, koło niej pojawiła się smukła, zwinna postać.

– Jesteś! – jęknęła z ulgą cichym, dziewczęcym głosem. – On wciąż dyszy – dodała, usiłując zwalić z Jasnej grube cielsko.

Dopiero po kilku mozolnych próbach udało jej się ją wyswobodzić.

– Nie możem go tak zostawić – zawyrokowała, gdy skończyła pospiesznie rozcierać zimne dłonie Jasnej. – Przedsię może znów próbować... – urwała i zacisnęła zęby. Wyjęła zza pasa myśliwskie ostrze i nie wahając się ani chwili dłużej, poderżnęła mężczyźnie gardło, jakby był niczym innym jak bydlęciem lub świnią. Szczęśliwie dla niej w gęstniejącej ciemności niewiele mogła zobaczyć. Zaraz po tym Jasna dała się chwycić za dłoń przybyłej dziewczynie i razem pomknęły między drzewami w stronę najbliższej wsi, a drogę wskazywał im wiszący na czarnym niebie milczący sierp księżyca.

– Słyszyszli? – szepnęła Jasna, z trudem łapiąc kolejny oddech.

Zatrzymały się pośród posępnych drzew, nasłuchując. Umierające liście szeleściły urywanym, słabym szeptem, noc bowiem była niemal bezwietrzna. Wysoko, między konarami unosiły się upiorne piski młodych sów uszatek, a w pobliżu coś żerowało w ściółce, chrząkając i mlaskając w sposób niezwiastujący zagrożenia, lecz niezwykle obmierzły. Wreszcie między tymi dźwiękami do ich uszu dotarł odległy, niski warkot gotujący się w gardłach rozdrażnionych bestii i niezrozumiałe, lecz bez wątpienia zrozpaczone ludzkie wołanie.

– Słyszę – odparła jej towarzyszka głosem pozbawionym śladu zmęczenia czy lęku. – Ktoś woła pomocy. Chodźmy prędko.

Nie wahając się, ruszyły pospiesznie w stronę, z której dobiegał głos wzywający ratunku, aż dostrzegły przemykające szaleńczo między czarnymi pniami światło, wirujące i pulsujące niczym rozbiegane na niebie błyskawice. Warkot i przypominające szczeknięcia rozdzierające okrzyki dzikich zwierząt stawały się coraz wyraźniejsze, a należący do człowieka głos przekształcił się w żałosny, pozbawiony nadziei płacz. Przemierzyły ostatnie kroki dzielące ich od tajemniczej walki, by zza gałęzi ujrzeć chłopaka oganiającego się pochodnią od stada zdziczałych psów.

– Czekaj tu – szepnęła towarzyszka Jasnej i uniosła solidny kij, który przezornie zabrała po drodze. Wybiegła spomiędzy zarośli wprost na rozwścieczoną, wygłodniałą sforę. Rzuciła się ku największemu z psów, który stał na przedzie, najbliżej swej ofiary i który przewodził rozjuszonym towarzyszom. Bezlitośnie uderzyła go w bok drągiem, a zaskoczone ciosem zwierzę zwinęło się z bólu i zaskowytało jak przerażone ludzkie dziecko. Nie trwało to jednak długo, gdyż bezmyślna, dzika furia znieczuliła jego ciało i rozwścieczony wilczur rzucił się na dziewczynę. Nie zdołał jej jednak sięgnąć, bo padł na niego kolejny cios drągiem, z nadludzką niemal siłą trafiając go w pysk i bok czaszki. Oszołomiony tym razem padł na ziemię i nie mógł już się podnieść. Kilka kolejnych psów, obnażając groźnie kły, ruszyło na odsiecz swemu hersztowi, ale dzielna dziewczyna zdołała je odgonić nieznającymi łaski ciosami drąga. Skomląc i zawodząc, z podkulonymi ogonami, zdziczałe psy uciekły, pozostawiwszy za sobą nieprzytomnego przywódcę.

– Mira! – zawołała Jasna, która obserwowała koszmarną scenę zza drzew, i pewna, że nic już jej nie grozi, wybiegła do swojej towarzyszki i ocalonego chłopaka.

Ten zaś osunął się na ziemię, wsparty o pień strzelistej sosny, kurczowo trzymając w obu rękach płonącą pochodnię. W przeciwieństwie do Jasnej i Miry nie miał na sobie chłopskich łachmanów, lecz wytworne, kolorowe ubranie, złożone z kilku różnych warstw. Pewne było, że jest dzieckiem ze szlacheckiego domu.

– Rannyś, panie? – zapytała Mira z szacunkiem, jaki jej wpojono. Stanęła przed nieznajomym, ale nie wypuszczała jeszcze z dłoni drąga. Była wyższa i niewątpliwie starsza od Jasnej, lecz choć nadal pozostawała dzieckiem, jej okrągłej twarzy nie mąciły żadne emocje. Przedwczesną dojrzałość dopełniała biegnąca na skos, przez jej lewy policzek, poprzez wargi, aż do brody, głęboka białawo-różowa blizna.

– Kimże... kimże jesteś? – wyjąkał chłopak, wiekiem bliższy Mirze niż niespełna dziesięcioletniej Jasnej.

– Ja jestem Mira, a to siostra moja, Jasna – odparła spokojnie. – Mieszkamy we wsi, zaraz za lasem.

– Jesteście ze wsi? Tedy znać musicie mego ojca! Pomóżcie mi, pomóżcie! Zgubiłem drogę – wykrztusił.

Mira odebrała mu pochodnię i podała ją Jasnej, chłopakowi zaś wręczyła drąg, by się na nim wsparł, i pomogła mu dźwignąć się z ziemi. Choć gęsta i chłodna noc nie sprzyjała wędrówce przez las, wkrótce dotarli na skraj wsi. Całą drogę przebyli w milczeniu, znużeni i odganiający od siebie myśli o okropnościach tej nocy. Mira w jednej ręce niosła pochodnię, a drugą trzymała Jasną, jej siostra zaś prawą ręką chwyciła za dłoń uratowanego chłopaka. Ciepłe objęcia tych dwojga rozgrzewały jej zimne palce, splatając się wzajemnie jak nici przeznaczenia.

Ojciec uratowanego był majętnym szlachcicem – to do niego należały okoliczne folwarki, także i ten, w którym pracowała rodzina Miry i Jasnej. W nagrodę za uratowanie życia szlacheckiego dziedzica najstarszemu z ich braci pozwolono wyjechać do miasta, reszta rodziny otrzymała nowo wybudowaną chałupę, a ojcu dano pracę w karczmie. W czasach gdy chłop bez zgody swego pana nie mógł opuszczać wsi ani się żenić, gdy szlachcic był jego właścicielem i sędzią, a nieposłuszeństwo groziło zakuciem w dyby, chłostą lub śmiercią, szczęście, które spotkało pracującą w polu i chlewie rodzinę Miry i Jasnej, było niespotykane. Dola jest jednak bóstwem kapryśnym i nie można mieć nigdy pewności, czy wyciąga ku śmiertelnikom dłoń, by ich wesprzeć, czy też by popchnąć ich ku upadkowi.

Mira, mimo nieszczęśliwej blizny i prostej urody, wyrastała na dziewczynę roztaczającą osobliwy urok, czy to krzepkością swojego ciała, czy urzekającym spokojem oblicza i cichym, lecz zdecydowanym usposobieniem. Fakt, że w dziecięctwie cudem przeżyła nieszczęśliwy wypadek, kiedy to siekiera spadła na nią w stodole, zostawiając tylko bliznę na twarzy, zapewnił Mirze miano talizmanu szczęścia. W przeciwieństwie do jej pechowej, wiedźmiej siostry. Młody dziedzic zafascynowany był nieskomplikowaną, jakby naturalną szlachetnością Miry, lecz zarazem wspomnienie ratunku przed dzikimi psami sprawiało, że Mira jawiła mu się nie tylko jako kobieta, ale także wyzwanie. Wkraczając powoli w wiek młodzieńczy, wpierw zaprzyjaźnił się z nią, obierając na towarzyszkę polowań i wypraw w leśne ostępy, zaś z biegiem lat Mira z łowcy przemieniła się dlań w sarnę; i inne badali zakamarki, i inaczej zaczął pachnieć im mech, inaczej brzmieć śpiew ptaków nad ich głowami.

W tym samym, słodkim dla nich czasie, w coraz większym oddaleniu od siostry, wzrastała Jasna. Jej płowe włosy, inaczej niż u rodzeństwa, nie ściemniały wraz z wiekiem, lecz nabrały szaro-beżowej, matowej barwy. Zmieniły się też jej oczy, których błękit sposępniał jak chmurzące się niebo, a kształt z wiekiem czujnie się wydłużył, bezpowrotnie tracąc niewinny, naiwny wyraz z dziecięctwa. I jakkolwiek przywdziewała zniszczone sukienki, jakkolwiek miała ubrudzoną błotem skórę i upstrzony gałązkami ciasny warkocz, coś w tej niepokojącej szarości, zdobiącej Jasną tak jak innych zdobią piegi czy rumieńce, coś nie w pełni ziemskiego ściągało na nią wzrok ludzi i zarazem kazało im z trwogą odwracać oczy, gdy tylko spostrzegła ich zaintrygowane spojrzenie. Kobiety pierwsze dojrzały w dorastającej dziewczynie złą aurę. Nastraszyły nią swoje dzieci i przestrzegły mężów. Jasnej nie groziły już ataki podobne do tej męskiej napaści sprzed lat, co nie znaczyło, iż dane jej było odtąd żyć w spokoju.

Choć pracowała tak ciężko jak inni, nigdy nie podupadała na zdrowiu, a gdy szła opiekować się chorymi zwierzętami, te cudownie zdrowiały w ciągu kilku dni. Pewnego lata piorun uderzył w drzewo tuż koło ich chałupy – dąb spłonął doszczętnie, lecz ogień cudownie nie sięgnął ich drewnianego domostwa. A gdy goniący się kiedyś malcy z rozpędu wdrapali się na dach stodoły, biegnące pod drabinę baby dałyby sobie później ręce poucinać, że gdy jeden z maluchów, schodząc, spadł z drabiny, zawisnął na chwilę w powietrzu, akurat w czas, by zdążyła do niego dobiec Jasna. Skąd się tam wzięła, zamiast pracować na drugim końcu folwarku, tego też nikt pojąć nie potrafił. Jednak mimo tego wśród chłopstwa, a wkrótce także służby i państwa na dworze, szeptano o Jasnej, że jest wiedźmą, i rzucano jej ukradkowe, niechętne spojrzenia – na tyle nieśmiałe, by jej nie rozgniewać, lecz dostatecznie jednoznaczne, by wyrazić niezadowolenie i ostrzeżenie.

Jasna coraz więcej czasu spędzała pośród zwierząt hodowlanych, trzymając się jak najdalej od niechętnych jej ludzi, a nocami wymykała się po cichu z chałupy i biegła głęboko w las, nad dawny rybny staw, niewielki i płytki, nadający się w sam raz do kąpieli. I nawet te noce w głębi lasu spędzała samotnie – zamieszkujące okolicę demony i boginki pierzchały bowiem, wyczuwszy jej obecność; nikt, żywy, umarły czy zawieszony pomiędzy światami, nie myślał ryzykować spotkania z wiedźmą. Tylko Mira pozostawała nieulękłą, dobrą duszą, zawsze życzliwą dla swej młodszej, odtrącanej siostry. Ale i ona, ufnie zakochana w swoim panu, nie znajdowała dla Jasnej dość czasu, by wypełnić serce młodej wiedźmy ciepłem i czułością.

Jasna nie czuła jednak smutku. Odkąd sięgała pamięcią, przemożną część czasu spędzała z własnym cieniem, wyrosła w osamotnieniu i kto wie, być może trudno przyszłoby jej oswoić się z ciągłą obecnością innych ludzi. Z dala od wścibskich spojrzeń ćwiczyła się w swoich magicznych talentach, uzdrawiała leśne zwierzęta i puszczała nad wodą błędne ogniki, które na jej polecenie przybierały niby-ludzkie kształty i odgrywały wymyślane przez nią opowieści o dalekich lotach nad wierzchołkami sosen, o szczytach gór kryjących zapomniane grobowce i nieprzemijających, rozgwieżdżonych nocach – o wszystkim tym, co mogła dostrzec ze swego leśnego sanktuarium i co przynosiło jej sercu ukojenie.

Jednej z letnich nocy, gdy księżyc w pełni swym intensywnym, chorobliwym blaskiem popychał śmiertelników do najosobliwszych szaleństw, Jasna zmywała z siebie brud minionego dnia, stojąc nago w stawie, biała jak kość na tle czarnej tafli. Dookoła niej, jak trzmiele wokół otwierającego się kwiatu, lewitowały magiczne bańki wody, jaśniejące od wewnątrz uwięzionym w nich światłem gwiazd, zaś aksamitna kaskada popielatych włosów Jasnej migotała słabą, jakby płochliwą fluorescencją srebrzysto-błękitnej barwy. Piękny był to widok i nieprzeznaczony dla oczu śmiertelnika – lecz czy to za sprawą złośliwych demonów, czy kapryśnych boginek wracający ze schadzki z Mirą szlachecki dziedzic pomylił ścieżki w gęstwinie i wzrok jego padł wprost na ten cudowny spektakl z pogranicza światów. Od razu rozpoznał stojącą w wodzie Jasną. Zimny pot zlał jego ciało, a gorączka zajęła umysł. Zafascynowany, niczym łowczy na widok białego jelenia z legendy, by pochopnie nie stracić swego trofeum, wycofał się zwinnie i cicho jak jadowity, bystronogi pająk, w myślach tkając już sieć, w którą zamierzał pochwycić Jasną.

W kilka dni później, spotkawszy się znów z Mirą, dziedzic – wprawny łgarz, nie zdradzając twarzą ani tonem swych prawdziwych intencji, zagaił ją o młodszą siostrę.

– Miro moja, znów posłyszałem, jako czeladź szepce o twej biednej siostrzyczce. Nie smutno ci? Powiedzże mi prawdę. Zechceszli, a mogę posłać ją do jakiej roboty do miasta, gdzie lud nie jest tak przesądny.

Mira, jak zawsze, zwlekała z odpowiedzią, dopóki nie namyśliła się dobrze, przywołując na pomoc cały swój rozsądek.

– To prawda – przyznała wreszcie. – Wieśniacy stronią od niej i na jej widok znaki krzyża czynią, przedsię na nic więcej się nie ważą. A tutaj Jasna ma swoje ścieżki, kryjówki, do których czasami umyka. Czy gdzie indziej będzie jej dobrze? Będzieli bezpieczna?

– Cóż, zechceli, będzie mogła tu do nas nazad zawrócić – stwierdził dziedzic lekko. – Sprowadź ją ku mnie, wespół ją zapytamy, a decyzję niechaj sama podejmie.

Po tej rozmowie, choć dziedzic przemyślnie zaraz skierował ją na inne tory, Mira, wracając do chałupy, przez całą drogę myślała tylko o losie siostry. Przez kolejne dwa dni podglądała ją po kryjomu, jej samotną krzątaninę, jej boczne dróżki i pospieszne, wylęknione znaki krzyża, którymi obdarzały ją najstarsze wiejskie baby i naśladujące je dzieci. Ale była też świadkiem radosnych przywitań z prosiętami o krótkich nóżkach i rozgdakanymi kurami, skradzionych chwil bezczynnego ogrzewania twarzy w promieniach wychylonego zza chmur słońca, wesołego podrygiwania nogą podczas jedzenia świeżo zerwanego jabłka i pełnego napięcia zbliżania się do motyla, który zasiadł na sztachecie płotu.

Dokonawszy wyboru, Mira nie zdradziła Jasnej, dokąd i w jakim celu ją prowadzi. „Chodźże”, powiedziała tylko, „dam ci dzisiej coś, co może odmienić twój żywot. Wagę wszystek twoich trosk zdołamy umniejszyć”. Po zmierzchu, trzymając się za ręce, wkroczyły w królestwo ponurego lasu, którego najdalsze zakątki były ich przystaniami rozkoszy i wytchnienia. Choć droga była daleka i kręta, Mira przemierzała ją setki już razy, więc niemal nie poczuły upływu czasu. Stara, solidna leśniczówka, w której Mira spotykała się ze swym szlacheckim kochankiem, jak zawsze miała zamknięte okiennice, aby nie zdradzać obecności czekającego w środku dziedzica. Mira otworzyła drzwi bez lęku, przekonana zastać ciepłe światło lampy i skąpanego w nim ukochanego. Gdy uchylała ciężkie skrzydło, poczuła zaciskające się mocniej wokół jej dłoni zimne palce Jasnej; jednakże niepokój młodszej siostry okazał się chybiony. W leśniczówce, krążąc niecierpliwie wokół ławy, oczekiwał ich istotnie sam jak palec dziedzic. Mira podbiegła ku niemu i przywitała się czule, a Jasna, jakby nie dostrzegając ich wcale, rozglądała się uważnie po wnętrzu pomieszczenia. Wtem drzwi, które Mira ledwo co za nimi zamknęła, otworzyły się powtórnie. W progu stanął obcy, w stroju szlachcica, szczupły jak pień brzozy i jak drzewo wysoki – aby wejść do środka, musiał schylić głowę. Oczy miał wężowe, a skóra jego błyszczała, jakby pokryta cienką warstwą śluzu, i mieniła się w świetle olejnej lampy złocistymi drobinkami, podobnymi do proszku usypującego się z motylich skrzydeł. Jakież straszliwe bóstwa czcił, od jakiego plugawego rodu wywodził swe pochodzenie, o to nikt nie śmiałby zapytać.

– Nie lękajcie się go, przybył na moje wezwanie – zapewnił prędko dziedzic, widząc niepokój na twarzach Miry i Jasnej. Osobliwy przybysz na te słowa uśmiechnął się nieznacznie, acz nie mniej upiornie, i zamknął za sobą drzwi leśniczówki.

– Tyś jest Jasna, nie mylę się? – zwrócił się dziedzic do młodszej z sióstr.

– Tak, to ja, panie – odparła grzecznym, lecz nie uniżonym tonem. Patrzyła przy tym śmiało w oczy dziedzica, jakby nie przejmowała się absolutną władzą, jaką miał nad jej życiem. Mira zaś, usunięta na bok, dostrzegła, iż jej ukochany po pospiesznym powitaniu wcale nie zwraca na nią uwagi, lecz wzrok skupia na samej tylko Jasnej, badając przy tym zachłannie każdy kawałek jej ciała.

– Miłujeszli swą siostrę? – pytał dalej.

– Tak, panie, bardzo – przyznała wprost Jasna.

– Czy dla powodzenia jej i swojego nie żal by ci było się z nią rozłączyć?

– Dla jej powodzenia gotowam jest... – Jasna zawahała się i spojrzała na Mirę, na jej wydoroślałą, okaleczoną twarz, na zmęczone codziennym wysiłkiem ręce i liche ubranie. Pamiętała jej ciepły dotyk, najcieplejszy, jakiego doświadczyła ze strony ludzi, jej pomoc, troskę i towarzystwo, gdy były jeszcze młodsze i zadawanie się z Jasną nie skazywało na wzgardę. – Gotowam wszystko oddać – dokończyła, zgadując, iż dziedzic nakaże jej dla dobra Miry opuścić wieś, by ludzie więcej nie gadali, że jest siostrą wiedźmy.

– Wszystko, powiadasz... – powtórzył dziedzic z okrutnym błyskiem w oku. – Dajże mi tedy swe ciało, a wówczas ja oszczędzę jej życie.

Mira zamarła, nie wierząc w usłyszane słowa, Jasna zaś przekonana była, że dziedzicowi chodzi o coś zgoła innego, niż zdawało się wynikać z ich brzmienia. Czyżby chciał złożyć z niej ofiarę, aby oczyścić rodzinę jej i Miry ze skazy?

– Nie rozumiem – rzekła, łudząc się, że istotnie źle pojęła sens dziedzicowych słów.

– Czyż nie dość jasno powiedziałem? – wycedził. – Słuchaj mych rozkazów, to nie ubiję ci siostry. Weź ją stąd precz! – polecił swemu dziwnemu pomocnikowi, wskazując przy tym władczym gestem na Mirę.

– Nie! – krzyknęła Mira z oburzeniem, gdy obcy mężczyzna chwycił ją za ręce, lecz daremnie próbowała mu się wyszarpnąć. Jasna zaś natychmiast utkwiła intensywny, groźny wzrok w lampie, lecz ani płomień, ani chroniący go szklany kaptur nie zadrżały pod jej spojrzeniem. Dziedzic, przejrzawszy jej zamiary, roześmiał się okrutnie.

– Nie masz tu swej mocy! Za sprawą mego towarzysza nie przeklniesz nawet muchy!

Usłyszawszy to, Mira nadludzkim wysiłkiem zdołała wyswobodzić się z objęć czarnoksiężnika. Dobrze rozumiała, że bez mocy Jasnej nie zdołają się uchronić przed dwójką rosłych mężczyzn, zwłaszcza gdy jeden z nich władał magiczną sztuką. Wprawnym ruchem dobyła zza pasa myśliwskiego noża i zamachnęła się nim w kierunku swego przeciwnika. Lecz czarnoksiężnik był potężniejszy, niż to przewidziała – nóż w jej dłoni zaciążył jak potężny głaz i miast podążyć lekko ku piersi wroga, pociągnął jej rękę w dół, rozpruł powietrze przeklętym łukiem i ugodził ją zdradziecko prosto w serce. Długie było ostrze, a Mira dobrze o nie dbała, z łatwością więc rozdarło jej jędrne ciało. Ledwie zdołała się obrócić, by spojrzeć na siostrę oczami jak zawsze łagodnymi i pełnymi uczucia. Nie wypowiedziawszy już ani jednego słowa, padła na podłogę i skonała.

Jasna nie mogła oderwać wzroku od ciała siostry, z którego jak rubiny wypływała świeża, ciepła krew. Chwila ta zdawała się rozciągać na całe wieki, lecz w rzeczywistości Jasna zaraz zerwała się do stołu, przewróciła lampę, tłukąc jej osłonę, i chwyciła za jeden z odłamków szkła, by przyłożyć go sobie do szyi. Oliwa rozlała się po blacie i płonęła, ogień jednak nie spieszył się zstąpić z tłustej kałuży na nagą powierzchnię wilgotnego, gnijącego drewna.

Ręka Jasnej, zaciśnięta na ostrym szkle, zastygła tuż przy szyi. Choć chciała, nie mogła nią poruszyć. To czarnoksiężnik wstrzymywał ją siłą swego nadnaturalnego umysłu, nie tylko ograniczając jej magiczną moc, ale i władztwo nad własnym ciałem. Dusza Jasnej kipiała od gniewu, żalu i rozpaczy, wzniecając ogień w żyłach i podburzając energię myśli. Gdy odwróciła spojrzenie w stronę znienawidzonego dziedzica, coś pękło i ręka Jasnej wyrwała się spod rozkazu czarnoksiężnika. Czy z rozpędu, czy z rozmysłem, rozwścieczona wiedźma przecięła sobie szkłem policzek, po czym rzuciła się w kierunku zdradzieckiego kochanka siostry. Ten jednak, wykorzystując zwyczajną, fizyczną siłę śmiertelnika, chwycił ją za nadgarstki i ścisnął tak mocno, że wypuściła z pokrwawionych palców jedyną broń.

– Głupia! – wrzasnął dziedzic, widząc krwawiącą ranę na jej twarzy, tak podobną do tej, która zabliźniła się niegdyś na obliczu Miry.

– Umorduję! Umorduję! Nic mnie nie powstrzyma! – wysyczała z pasją Jasna.

– Zróbże coś! – warknął dziedzic do czarnoksiężnika, ten jednakże tylko przymrużył wężowe oczy i uśmiechnął się szyderczo, ukazując długie, wąskie zęby.

– Mam ją zabić? – spytał, nie przestając się uśmiechać, a głos jego zabrzmiał jak wiatr, jak donośny szept jesiennego wichru, który przybywa z odległych krain. Słysząc to, Jasna roześmiała się obłąkańczo, jakby całkiem postradała zmysły.

– Zabij mię! – krzyknęła ku dziedzicowi z ogniem w źrenicach. – Zabij mię, a wrócę jako zjawa i umorduję cię we śnie! Wyrwę twoją czarną duszę i porwę do najobrzydliwszych pieczar Zaświatów!

– Na miłość boską! Prawda li to?! – zawył dziedzic do czarnoksiężnika, zarazem starając się trzymać Jasną jak najdalej od siebie. Ona zaś, umocniona emocjami, napierała na niego całą siłą swego delikatnego, dziewiętnastoletniego ciała.

– Prawda, tak się stać może – przyznał czarnoksiężnik, nie tracąc okrutnego humoru. – To mocna czarownica.

– To pożryj jej duszę, jakeś robił z wieśniakami! Abo jej moc odbierz! – podsunął dziedzic, czując narastającą panikę.

Krew z twarzy Jasnej poczęła spływać w dół, po jej szyi, brudzić popielato-beżowe włosy i wsiąkać w sukienkę, jakby i ona, tak jak siostra, nosiła ranę przy sercu. W rysach jej twarzy, spiętych grymasem rozpaczy, pojawiło się nadto coś tak groźnego i nieziemskiego, iż dziedzic gotów byłby dobić najplugawszego targu, byleby na wieki zniknęła mu z oczu.

– Tego uczynić nie mogę, a nawet bym nie chciał. Inny zgoła mam zamysł wobec tej duszyczki – wyznał czarnoksiężnik, lecz ani dziedzic, ani Jasna nie pojęli w pełni znaczenia jego słów.

– Bądźże przeklęty, czarcie! Uwolnij mnie od niej! – wykrzykiwał dziedzic w przerażeniu. – Dam ci, czego zażądasz! Dam ci wieś całą! Dam ci tyle chłopstwa, ile zechcesz! Z każdego domu poślę ci dziewicę! Kupię ci dziewki z innych folwarków! Zróbże coś tylko!

– Klątwa – podchwycił czarnoksiężnik z podłym zadowoleniem. – To uczynić mogę. Tyle tu nieszczęścia i tyle nadziei – dodał, znów niezrozumiale dla rozszalałej w gniewie i strachu dwójki. Zbliżył się bezgłośnie, jakby płynął przez eter, i zawisnął przed Jasną, która wbrew swej woli rozluźniła ciało, a dziedzic puścił ją ostrożnie i cofnął się kilka kroków, chowając się za czarnoksiężnikiem. Ten zaś długimi palcami sięgnął ku ranie wiedźmy i zebrał z niej krew, roztarł między oślizłymi opuszkami i przyłożył sobie do warg, by móc jej posmakować.

– Sama dla się jesteś największym przekleństwem, sama sobie zadasz najokrutniejsze cierpienie. Poczucie winy nieustannym bólem będzie trzymać cię przy życiu, wstyd jako kotwica uwięzi cię na tym padole, a strach i żal sparaliżują twój talent. W jeden tylko sposób będziesz mogła się wyzwolić – przecząc sobie! Póki nie zapragniesz swej mocy, póki nie rozmiłujesz się w mężczyźnie, póki nie zapomnisz o siostrze, póty trwać będziesz jako nieboskłon bez słońca i jako noc bez księżyca, niczym wieczna próżnia pozbawiona treści. Oto klątwa, którą sama sobie zadałaś i przede którą się nie uchowasz!

Jasna, nagle otrzeźwiała z zamętu, który opanował jej myśli, słuchała go z napiętą twarzą, o oczach rozwartych od strachu i nozdrzach rozdętych od gniewu. Nie podobało jej się to, co wypowiedział, zbytnio osobiste były to słowa, jakby czarnoksiężnik nieruchomymi złotymi oczyma zajrzał do głębi jej duszy i rozebrał z wszelkich pancerzy.

– Tyle tylko? Nic ponadto? – zakrzyknął dziedzic, zawiedziony i wzburzony ułożonym przez czarnoksiężnika zaklęciem.

– Nie jęczże, śmiertelniku – odparł mu ten surowo, tonem chłodnym jak północne wiatry. – Nic ci od niej więcej nie grozi. O mnie się teraz martw i o zapłatę za moje usługi. Odejdź precz! – ponaglił go wyniośle, jakby on był tu panem i jego należało się lękać, i może w istocie tak właśnie było. Wówczas właśnie począł dziedzic przeczuwać, że zawarł pakt z podlejsza Istotą, niż pierwej sądził, za późno jednak już było, by móc się z tego wycofać, posłusznie więc wyśliznął się z leśniczówki i pognał do dworu.

– Cofnij klątwę – rzekła hardo Jasna, patrząc wprost w oczy diablego maga.

– Nie leży to w mej mocy. – Uśmiechnął się okrutnie. – Sama się nią spętałaś, ja ci tylko dopomogłem. Przekleństwo to nie miecz, lecz oślizły pasożyt. Jedynym sposobem, by go ubić, jest pospolite zagłodzenie go. Pociesz się myślą, że jeśli zwyciężysz, staniesz się mocniejsza jeszcze niż dotychczas i nic wówczas nie stanie na drodze twej zemsty. O ile, rzecz jasna, będziesz wciąż o niej pamiętać.

Co powiedziawszy, odwrócił się ku drzwiom i popłynął przed siebie, nie wzniecając żadnych dźwięków.

– Czekajże! Stój! – zawołała Jasna, ale nie usłuchał. Ruszyła za nim, lecz on już zamknął drzwi, a gdy wybiegła na zewnątrz, rozpłynął się bez śladu w leśnym mroku. Niemal w tej samej chwili leśniczówka zapłonęła nagle jak potarta zapałka. Zajęła się ogniem z lampy, którego żarłoczność dotychczas powstrzymywał czarnoksiężnik.

Jasna, by schronić się od lecących ku niej wielkich jak owady iskier, pobiegła przed siebie, z trudem odnajdując drogę nad porzucony przez ludzi staw. Wędrówka między drzewami, zawsze tak prosta, jakby kto ją prowadził za rękę, teraz zmieniła się w błądzenie po omacku, nieporadne, przynależne śmiertelnikom. Wreszcie, z poranionymi stopami i rozdartą o zarośla sukienką, Jasna dotarła do swojego sanktuarium. Płytka woda nie przywitała jej jednak cudami, jak to się działo dotychczas. Stała cicha, martwa, ponuro odbijając w swej toni czarne niebo. Jasna przysiadła przy brzegu i objęła kolana rękoma. Wpatrywała się w taflę stawu, ale myśl jej nie była już władna odmienić wód.

– Świeć! Tańcz! Zafaluj choćby! Faluj, słyszysz? Faluj! – zawołała ze złością do jeziora, a gdy to nie usłuchało, cisnęła w nie kamieniem, lecz nawet plusk zdał się mdły i daleki, a wzniecone jego upadkiem kręgi płaskie i ledwie widoczne.

Jasna opuściła głowę i wtuliła twarz w kolana. Myśli jej krążyły chaotycznie, jak bijące skrzydłami w powietrzu spłoszone chmary ptaków.

– Nigdy... nigdy... – zaklinała z przejęciem na głos, tą mantrą próbując przełamać zły czar. I niejako w odpowiedzi na jej ciche wołanie zza napęczniałych chmur wychylił się księżyc, chudy, groteskowy, tak jak ona odarty z większości swej siły i bliski zgaśnięcia. Po ścieżce jego wątłych promieni zstąpiła ku Jasnej ćma o białych, półprzezroczystych skrzydłach i żółtawym odwłoku, której ogromne czarne oczy nigdy nie mrugały, a złote, pierzaste czułki otaczały owadzią głowę niczym święta korona. Niewiele mogło dla Jasnej uczynić nocne bóstwo, a nade wszystko nie mogło uwolnić jej od własnej klątwy. Jasna powtarzała swe żałośliwe zaklęcie, a szarość jej włosów i stalowy błękit oczu rozlały się po całym jej ciele i okrywającej ją tkaninie, matowiejąc i nadając jej topornej chropowatości. I zamilkło szeptane „nigdy”, i zatarły się ludzkie kształty, tracąc ostrość życia. Ciało Jasnej przycichło, zwolniło, zapadło w sen, schroniło się w nowiu. Podobna do ogromnego kryształu adularu, księżycowego kamienia, jak wyrzeźbiona ręką prymitywnego artysty i w pozie bliźniaczej do rozpaczliwie zwiniętego, kryjącego się przed zagrożeniem jeża, Jasna zamarła w bezdechu, czekając.

PROLOGCZĘŚĆ 2
Przeznaczenie nie jest przyjacielem

Rok 2016, styczeń – maj

Nina... pieniądze na wyjazd... Zniknęły! – wyszeptała zrozpaczona Karolina, a stres wypełnił jej policzki gorącą krwią.

– Jak to zniknęły? – syknęła w odpowiedzi przyjaciółka, odruchowo zakładając za ucho niedawno obcięte włosy. Rude kosmyki sięgały teraz jej brody i uciekały z objęć szalika w kratę, którym właśnie szczelnie się owinęła.

– Włożyłam je rano do szafki, jak już zebrałam wpłaty od wszystkich, ale teraz ich nie ma – powtórzyła drżącym głosem Karolina.

Stały na końcu korytarza, z dala od szatni, choć i tak nikt nie mógł ich usłyszeć – był już wieczór i wszyscy dawno rozeszli się do domów po zajęciach. Nina dopiero co wróciła z pobliskiej czytelni – musiała przebiec kilkaset metrów między budynkami przez śnieg w samych jeansach i swetrze, a wszystko po to, żeby skorzystać z mniej obleganej, czytelnianej szatni. Karolina zaś chwilę temu skończyła zebranie samorządu studenckiego – jego pozostali uczestnicy już wyszli, a ona czekała na spóźniającą się przyjaciółkę.

– Ile tego było? – dopytywała Nina, ściągając brwi.

Karolina spuściła głowę i wbiła wzrok w bezradnie trzymany w ręce płaszcz i szalik.

– Prawie pięć tysięcy – wymamrotała.

– O kur... cze – niemal zaklęła Nina, ale ugryzła się w język, wiedząc, że Karolina nie lubi takiego języka. – To masz prze... prze... przerąbane – dodała, z pewnym trudem dobierając cenzuralne słowa.

– Nie wiem, co ja teraz zrobię – jęknęła Karolina. – Wyrzucą mnie z samorządu. Ze studiów mnie wyrzucą.

– Może na policję zadzwonić, co? – podpowiedziała trzeźwo Nina, nie dając się uwieść dramatyzmowi przyjaciółki. – Pewnie ktoś ten hajs zawinął. Gdzie wy to trzymacie?

– W szafce na kluczyk.

– No widzisz! Przecież będzie widać, że ktoś się włamał, na pewno są jakieś ślady, przecież musiał dłubać czymś w zamku albo nie wiem co...

– Nic nie ma – przerwała jej Karolina z ciężkim westchnieniem.

– Jak to nie ma? – obruszyła się Nina.

– Nie ma – powtórzyła Karolina uparcie. – Już sprawdzałam.

– Czyli ktoś musiał mieć klucz?! – Nina irytowała się, że przyjaciółka cedzi informacje, zamiast żwawiej analizować wersję wydarzeń.

– No, może... ale klucz miałam tylko ja, jako skarbnik, i Dawid, bo jest starostą roku. Nikt poza tym, starości innych lat mają inne szafki.

– Czyli jednak włam. Albo ten Dawid – mruknęła Nina ponuro.

– To na pewno nie on.

– Skąd wiesz? – spytała Nina, coraz bardziej tracąc wojowniczy zapał. – Macie tam jakieś kamerki przy szafkach?

– Nie mamy – odparła z rezygnacją Karolina.

Nina trawiła zgromadzone fakty, a w tym czasie Karolina powoli, jakby uleciały z niej wszelkie siły, naciągnęła na siebie płaszcz i niedbale przewiesiła przez szyję szalik. Gdy przeczesywała wnętrze torebki w poszukiwaniu czapki i rękawiczek, Nina, w zamyśleniu marszcząc czoło, wbiła w nią badawczy, skupiony wzrok.

– Powiedz mi... – zaczęła, powoli przeciągając litery. – Zamknęłaś tę szafkę?

Karolina, choć odnalazła rękawiczki i czapkę, zamiast je założyć, nieruchomo wpatrywała się w zawartość torebki.

– Skup się i przypomnij sobie – powiedziała Nina z naciskiem. – Zamknęłaś ją?

Karolina zagryzła dolną wargę.

– Nie wiem – ledwie wymamrotała. – Nie pamiętam. Chyba nie. Nie... Nie wiem... Spieszyłam się.

Nina zamknęła oczy i przełknęła przekleństwo.

– Nie możesz im tego powiedzieć – oznajmiła, teraz rozumiejąc, jak poważny jest kłopot. – Wyjdzie, że to twoja wina.

– To co mam zrobić? – Karolina była coraz bliższa płaczu.

– Chodź się napić. Pomyślimy – zdecydowała pewnie Nina i wyjąwszy Karolinie czapkę z dłoni, naciągnęła ją na jej głowę. – No, dawaj, Karol, idziemy – ponagliła i biorąc dziewczynę pod rękę, pociągnęła ją za sobą ku wyjściu.

Na zewnątrz było już ciemno, a padający śnieg mienił się na żółto w świetle latarni. Był piątek, na ulicach kręciło się mnóstwo osób, w większości głośno rozmawiających i śmiejących się studentów. Gdy Nina i Karolina, idąc pod rękę, przemierzały marudnym krokiem jedną z wypełniających się nocnym życiem ulic, Nina – jak zawsze rozglądająca się bystro dookoła – wypatrzyła pośród wędrujących grupek znajome twarze.

– Patrz! – szepnęła pospiesznie do ucha przyjaciółki. – Dawid tam jest.

– No i co? – mruknęła Karolina bezsilnie.

– Jajco – skrzywiła się Nina i niczego nie tłumacząc, pociągnęła przyjaciółkę za sobą. Wprost ku Dawidowi i jego przyjaciołom. – O! Nasz starosta! – zakrzyknęła przyjaźnie, jak gdyby nigdy nic. – A wy jesteście z trzeciej grupy, c’nie? – Uśmiechnęła się lisio do pozostałych osób.

– Cześć, Karol. – Dawid przywitał Karolinę swobodnie. Był typem wzorowego ucznia, spokojnego, sumiennego i utrzymującego ze wszystkimi poprawne kontakty. Niezbyt wylewny, nie przekraczał granic i nie pakował się w kłopoty. Wiele od siebie wymagał, ale zarazem nie krytykował innych i nie oczekiwał, by byli ideałami; przeciwnie, tolerował nawet najmniej godne pochwały wybryki. Być może dlatego ludzie przy nim uśmiechali się, lecz obgadywali go za jego plecami. Nazywali go nieszczerym świętoszkiem, podejrzewając, że w myślach gardzi nimi i tylko dla zachowania dobrego wizerunku udaje anioła. Nina, zawsze będąc w centrum wydarzeń i znając każdą plotkę krążącą po uczelni i akademikach, nie była pewna, co o nim myśleć. Jej zaintrygowanie z czasem urosło do większych niż przeciętne rozmiarów i przekształciło się w jednostronne zauroczenie. Dbając o własną reputację wyluzowanej równiary, nigdy nie śmiała podchodzić zbyt blisko Dawida, aby nie skalać się jego aurą, ale gdy tylko jej radar wyczuwał jego obecność, niemal obsesyjnie go obserwowała.

– Karol? – powtórzył jeden z trzech kolegów Dawida, śmiejąc się przy tym bez zażenowania.

– Od Karolajn – wytłumaczyła Nina. – Ka–ro–li–na jakoś nie brzmi. Za długie.

– My się chyba nie znamy – zauważył inny chłopak. – Tomek jestem – przedstawił się, po czym wymienili uściski.

– Dokąd idziecie? – zapytała Nina. Karolina cały czas milczała, skupiając się na swej markotnej minie.

– Do klubu, tylko jeszcze nie zdecydowaliśmy którego – odpowiedziała jedna z dwóch towarzyszących im dziewczyn, pocierając przy tym dłońmi ukrytymi w puszystych rękawiczkach bez palców. Było coraz zimniej i cała ósemka zaczęła instynktownie podrygiwać w miejscu.

– Właśnie planowałyśmy coś sobie chlapnąć. – Nina z zawadiackim uśmiechem wykonała gest przechylanego kielonka, klikając przy tym językiem, aż nawet Karolina uśmiechnęła się blado. Reszta parsknęła wesoło i w dobrych nastrojach ruszyli na poszukiwanie odpowiedniego miejsca.

Noc mijała szybko, a pod wpływem alkoholu nawet Karolina zapomniała o swoich troskach i szczebiotała wesoło z jednym z kolegów Dawida. Siedzieli przy wspólnym stole, ciasno stłoczeni, zamawiając kolejne dzbanki z wybuchową zawartością. Nina z niezadowoleniem dostrzegła, że Dawid bardzo oszczędnie dawkuje sobie procenty, wymyślała więc kolejne preteksty do wznoszenia toastów, podkręcała konkurencję w szybkości picia, wygłaszała komentarze, że „tu chyba wodę leją”, bo nie może się upić, i bezwstydnie stukała się kieliszkiem z Dawidem, używając sprawdzonego szantażu emocjonalno-społecznego w postaci „no dajesz, ze mną się nie napijesz?”. Jednocześnie chytrze obejmowała swój kieliszek, ukrywając fakt, że nie opróżnia go w całości. Ze dwa razy niby przypadkiem go wywróciła, by pozbyć się kolejnej porcji zdradzieckiego płynu, a raz, gdy wszyscy patrzyli na kłócącą się głośno, stojącą kawałek dalej parę, przelała zawartość swego kieliszka do stojącego na środku stołu dzbana. Wreszcie jej wysiłek się opłacił. Karolina i jej dwóch nowych kolegów poszli szaleć na parkiecie w rytmach disco polo, trzeci znajomy Dawida i jedna z koleżanek oddalili się do baru, by po chwili zniknąć gdzieś bez śladu, a druga dziewczyna chwilę wcześniej wyszła na zewnątrz zapalić fajkę albo dwie. Dawid i Nina zostali przy stole sami, a że z racji odmiennych temperamentów nie czuli się w swojej obecności zbyt komfortowo, chłopak pierwszy złamał się i oznajmił, że zaraz wróci, po czym skierował swe kroki ku ubikacji.

Nina czekała na ten moment cały wieczór. W półmroku, przysłonięta falującymi jak Hatifnatowie ludźmi, bez wahania sięgnęła po torbę Dawida i zaczęła dokładnie przeczesywać jej zawartość. Po chwili, balansując na krawędzi własnych nerwów, odnalazła – zagrzebany w najdalszej kieszeni, w dodatkowym etui – klucz do szafki.

– To chyba ten – mruknęła pod nosem, obracając go szybko w palcach. Był to zwykły, prosty kluczyk z dopiętym plastikowym breloczkiem opisanym jako „107”.

Nina wcisnęła etui z powrotem do torby, a kluczyk schowała do kieszeni jeansów; zamknęła klapę teczki i podniosła wzrok – natrafiając na oczy Dawida, stojącego nieruchomo pośród tłumu, wpatrzonego prosto w nią. Zaklęła szpetnie, instynktownie chwyciła swoją kurtkę i plecak i nawet ich nie zakładając, zerwała się z miejsca i wybiegła z klubu, nie oglądając się za siebie.

Biegła najszybciej, jak potrafiła, omal nie gubiąc własnych nóg. Z impetem wpadła do nocnego autobusu, czym ściągnęła na siebie mętny wzrok podpitych i kiwających się na granicy snu współpasażerów. Los był po jej stronie – po Dawidzie nie było śladu. Nina sprawdziła, czy klucz nie wypadł jej z kieszeni, i z ulgą wyczuwając jego obecność, wreszcie założyła kurtkę i zarzuciła plecak na ramię. Wysiadła kilka przystanków dalej, w pobliżu rzeki.

– Widział mnie – powiedziała na głos, jakby chciała zbadać ciężar tych słów. – Widział mnie. No i co z tego? Jego słowo przeciw mojemu. Nie ma żadnych dowodów. Chyba... – zmarszczyła czoło, powoli analizując w myślach listę ewentualnych pułapek.

Mimo swych wybiegów wypiła dość sporo, ale miała mocną głowę i całkiem nieźle szło jej utrzymywanie kontroli nad własnym umysłem.

– Nie ma! – zawyrokowała ostatecznie. Wyciągnęła kluczyk i utkwiła w nim zafrasowane spojrzenie. – Ach, Karol... – westchnęła z niezadowolonym grymasem. Zaciskając palce na kluczyku, cofnęła rękę za głowę. Wydała z siebie jeszcze jeden, nieartykułowany dźwięk głębokiej frustracji, po czym cisnęła klucz daleko przed siebie, posyłając go wprost w brudne i zimne objęcia rzeki. Mimo zakończonej powodzeniem misji, a przynajmniej kluczowego jej etapu, daleka była od zadowolenia. Nie pozwoliła sobie nawet na drobną przyjemność rzucenia przekleństwa i bez słowa zawróciła do akademika.

Kilka dni później wydało się, że pieniądze zniknęły. Nina, rzecz jasna, odpowiednio przygotowała przyjaciółkę, zdradzając jej, co zrobiła z kluczem. Gdy Karolinie przyszło wraz z Dawidem tłumaczyć się z zaginięcia kilku tysięcy złotych, dziewczyna, odgoniwszy wyrzuty sumienia, skłamała, że zamknęła szafkę, a klucz miała cały czas dobrze schowany. Na dowód pokazała swój kluczyk, cały i zdrowy, lśniący niewinnie na jej dłoni. Dawid nie mógł się w ten sposób wytłumaczyć.

– Mój klucz zniknął – przyznał przed profesorem, zachowując zimną krew.

– Zniknął? – powtórzył profesor, wyraźnie na granicy pomiędzy drwiną a złością.

– Ktoś go musiał ukraść – dodał Dawid, spoglądając przelotnie na Karolinę. Dziewczyna podchwyciła jego wzrok i zadrżała, ale uparcie trwała w swoim kłamstwie.

Profesor potarł twarz obiema dłońmi, po czym złożył je jak do modlitwy i przytknął do ust. Przez chwilę w milczeniu wpatrywał się w Dawida.

– Nie chcę mieszać w to policji – stwierdził profesor. – Pieniędzy i tak nie znajdą, a zrobi się tylko niepotrzebny skandal. Jedno jest pewne, Dawidzie, pieniądze zniknęły przez twoje zaniedbanie.

– Wiem – przerwał mu chłopak ze zdecydowaniem. – Pokryję tę stratę z własnej kieszeni.

Karolina, słysząc to, nie mogła powstrzymać malującej się na jej twarzy przykrości, ale zabrnęła już zbyt daleko, by cokolwiek teraz powiedzieć. Miałaby wydać Ninę?

– Tak będzie najlepiej – mruknął ponuro profesor. – Idźcie już. – Ponaglił ich niedbałym ruchem ręki.

– Do widzenia – odparł Dawid z godnością, a Karolina zawtórowała mu słabym, zawstydzonym głosem. Zamknąwszy drzwi, chłopak nawet na nią nie spojrzał; minął ją i szybkim krokiem poszedł w swoją stronę.

Tydzień albo i dwa później w najmniej oczekiwanym momencie, gdy Nina wracała z pobliskiego sklepu do akademika, niosąc w reklamówce kilka piw i parę paczek chipsów, zza zakrętu wprost na nią wyszedł Dawid. Stanęła jak wryta, jakby zobaczyła ducha. Od tamtej imprezy wiele razy zastanawiała się, co zrobi, gdy go spotka, ale nie potrafiła wymyślić dla siebie żadnego wytłumaczenia.

– To ty – powiedział oschle na jej widok.

– Ja?... – odpowiedziała bezmyślnie.

– Nie udawaj głupiej. – W jego oczach widać było wzgardę.

Nina wzięła głęboki oddech i pogodziła się ze swoją hańbą. Spojrzała mu prosto w twarz, wzruszając obojętnie ramionami.

– Czego ode mnie chcesz? Mam ci zapłacić? – wypaliła.

Chłopak, w swoistym podziwie dla jej buty, parsknął gorzkim śmiechem.

– Myślisz, że to wystarczy?

– A czego byś chciał? Może mam klęknąć i bić czołem o ziemię? – odpyskowała twardo Nina, ale w środku serce jej pękało, tak ze wstydu, jak i żalu, że musiało trafić właśnie na niego.

– Widzę, że jesteś z siebie dumna.

– A co miałam zrobić? Musiałam jakoś pomóc Karolinie – wyrzuciła z siebie.

– Nie wiem, co ona zrobiła, i nie chcę wiedzieć – odpowiedział z niechęcią. – Ale gdybyście miały chociażby krztynę wstydu, mogłybyście udawać, że to jej ukradziono klucz, albo wymyślić inną historyjkę.

– Gdyby wyszło, że to jej wina, byłaby skończona – broniła się Nina, z coraz większym trudem ukrywając swoje rozgoryczenie. – Nie każdy jest taką gwiazdą jak ty. Poza tym nie stać jej na to, żeby oddać te pieniądze.

– Nie mam ochoty słuchać twoich tłumaczeń – odparował Dawid, być może z obawy, że po kilku kolejnych zdaniach mógłby jej wybaczyć. – Nie chcę mieć z wami więcej do czynienia, ani z tobą, ani z twoją koleżanką. Rozumiesz? – zakończył gniewnie.

– Spokojna głowa, my też nic od ciebie nie chcemy – warknęła Nina. – W ogóle mało kto ma ochotę się z tobą zadawać. Wiesz o tym? – rozpędziła się. – Wszyscy szczerzą do ciebie zęby, ale jak tylko pokażesz im plecy, zaczynają plotkować. Mówią, że jesteś cwanym draniem i lizusem, który przejmuje się tylko karierą. Myślisz, że co? Że wszystko kręci się wokół ciebie? Niby dlaczego miałabym zdradzić Karol? Znam ją od dziecka! Jeśli miałoby to jej pomóc, wrobiłabym cię jeszcze trzy razy i nawet by mi powieka nie drgnęła. Zejdź mi z drogi.

Nina zacisnęła pięści i nie czekając na reakcję Dawida, wyminęła go i pospiesznie odeszła. Oniemiały chłopak ani myślał za nią biec.

Zamiast do akademika Nina powlokła się aż na nadrzeczne bulwary, które studenci oblegali w weekendy, a które teraz świeciły pustkami. Siadła na jednym z szerokich schodów i sięgnęła do zakupów. Zajadając chipsy i popijając je piwem z puszki, patrzyła w dal nieobecnym wzrokiem. Miała na sobie ciepłą, puchową kurtkę i choć robiło się coraz zimniej i ciemniej, nie zamierzała prędko wracać. Zapaliły się uliczne latarnie, dołączając do zimnych świateł w oknach biurowców i jaśniejącego na horyzoncie stadionu.

Gdy rozdzwonił się jej telefon, a na ekranie wyświetliło się „Karol”, Nina wyciszyła sygnał i schowała komórkę z powrotem do kieszeni kurtki.

– Daj spokój – wypowiedziała swoje myśli na głos. – Nie ma o czym gadać.

Dopiła piwo, zapakowała śmieci do torby i powoli ruszyła w kierunku samotnego kosza, poszczącego przed zbliżającym się piątkiem. W przypływie niezwykłego natchnienia nakarmiła go samymi tylko opakowaniami po chipsach, a foliówkę z opróżnionymi puszkami związała i zawiesiła na podtrzymującym kubeł słupku, z myślą o zbieraczach aluminium. Przyglądając się swojemu dziełu, jakby było instalacją godną miana sztuki nowoczesnej, doznała refleksji, że musiałaby uzbierać i oddać biednym kilka ton puszek, jeśli miałaby w ten sposób zrównoważyć swoje złe uczynki z ostatniego miesiąca. Zrezygnowana zaklęła pod nosem i – niczym najprawdziwsze zaklęcie – dodało jej to animuszu. Wymamrotała głośniej jeszcze kilka przekleństw i z nową odwagą sięgnęła po komórkę.

Doskonale znała profil Dawida w mediach społecznościowych. Nie wrzucał do internetu zbyt wielu zdjęć czy informacji o sobie, a jeśli już to robił, dotyczyły konferencji, wolontariatów albo rozmaitych akcji, w których brał udział. Pojawiał się czasem na zdjęciach innych osób, uśmiechniętych i pełnych ambicji, tak jak on sam. Na tym etapie życia jeszcze się lubili, wierząc, że poznali ludzi nadających na tych samych falach, ale coraz śmielej w ich sercach odzywała się zazdrość i wzajemnie napędzana rywalizacja.

Nina kliknęła przycisk otwierający okno wiadomości i płynąc na fali wewnętrznego impulsu, napisała:

Ej, ja ci odam te hajsy, postram sie szybko, nie chcialam zeby to tak wyszlo chbeznadzijnie, i to co mowilam to ja tak wcale nie mysle, bylam zla i wgle. Wiem ze glupio zrobilam ale bylam pijana a Karol znam cale zycie i jej nie jest latwo i nie chcialam zeby się u niej wszystko posypalo bo i tak ma trudno. Prosze cie zrozum i jak nie chcesz to mi nie wybaczaj, ale zrozum i daj mi jakas kare zebym mogla zaplacic za swoj blad i zeby ci pomoc w tym co ci zepsulam i proszę nie bądź zly na Karol, to nie jej wina.

Nie czytając drugi raz, nacisnęła „wyślij” i z wzrokiem wlepionym w ekran powoli ruszyła przed siebie. Przeszła tak ze dwie ulice, nim status wiadomości zmienił się na „odczytany”. Z nerwów aż zakłuło ją serce. Bojąc się odpowiedzi, opuściła rękę z telefonem i przyspieszyła kroku, w nadziei, że intensywny spacer otrzeźwi ją i popędzi bieg czasu. Gdy minęło kilkanaście minut, a ściskające ją napięcie rozluźniło swój kłujący uścisk, odważyła się znów spojrzeć na ekran. Odblokowała komórkę i włączyła aplikację. Ale coś było nie tak. Imię Dawida w oknie rozmowy stało się szare, a linki do jego konta nieaktywne.

– Zablokował mnie – powiedziała na głos w zdumieniu, nie wierząc własnym oczom. Nerwowo dotykała telefonu, ale nic się nie zmieniało. – Zablokował mnie – powtórzyła ponuro.

Pierwsze uczucie przygnębienia niemal natychmiast zalał wrzątek wzburzenia i niezgody. Nina nie traciła czasu na myślenie – od razu przechodziła do działania, wierząc swojej intuicji, szczęściu i umiejętności wyłgania się z niemal każdego rodzaju tarapatów. Zacisnęła dłonie w pięści – w jednej trzymała zdjętą rękawiczkę, w drugiej telefon – i puściła się pędem w stronę akademika. Chciała odnaleźć Dawida i mu powiedzieć... Co – tego dokładnie jeszcze nie wiedziała, ale nie to było ważne. Musiała jakoś to załatwić. Musiała coś zrobić. Wierzyła, że uda jej się coś wykombinować, zaczarować rzeczywistość tak, żeby wszystko jakoś się ułożyło.

Czy to jej myśli biegły zbyt szybko, by mogło za nimi nadążyć ciało, czy to z opóźnieniem zadziałał alkohol wzmocniony pulsem gorącej krwi, dość, że Ninie zakręciło się w głowie. Albo może to świat wywinął orła, w każdym razie niebo i ulica zamieniły się miejscami i zaraz po tym zgasły wszystkie światła.

Nina ocknęła się na środku jezdni. Nad nią, klęcząc na jednym kolanie, pochylał się młody mężczyzna ze znużoną miną i podkrążonymi oczami. Jego skóra była tak jasna, jakby pokrywał ją szron. Bił od niego swoisty blask mimo cienia rzucanego przez czarny kapelusz tkwiący na czubku jego głowy.

– Proszę pani, czy pani mnie słyszy? – powtórzył formułkę podniesionym, lecz beznamiętnym głosem, jednocześnie bez większego zaangażowania potrząsając ramieniem Niny. Dziewczyna wprawdzie odczuwała, że jej ręka się porusza, ale doznanie to zdawało się dochodzić z jej wnętrza, a nie z zewnątrz. Co gorsza, przez całe jej ciało przebiegało mrowienie połączone z irytującym łaskotaniem. Gdy, chcąc usiąść, oparła się rękami o asfalt, nie poczuła ani jego chropowatej struktury, ani bijącego od ulicy zimna.

– Dziwnie się czuję – powiedziała z trudem, przyciskając ręce do skroni.

– To minie – odparł mężczyzna i wyprostował się, prezentując wysoką, szczupłą sylwetkę, podkreśloną dopasowanym czarnym płaszczem sięgającym za kolana. Ninie przeszło przez myśl, że może jest księdzem, ale zaraz dostrzegła wojskowe oficerki i brak koloratki. Wzrokiem powędrowała ku jego długim, białym jak kości palcom, którymi sięgnął właśnie do wewnętrznej kieszeni na piersi, by wyjąć z niej mały tablet obsługiwany rysikiem. Aktywował urządzenie, odblokowując je odciskiem palca, i nie pytając o zgodę, zrobił siedzącej bezradnie na ulicy Ninie zdjęcie sytuacyjne. Dziewczyna, słysząc dźwięk imitujący migawkę i nie rozumiejąc, co nieznajomy wyprawia, przezwyciężyła dziwne odrętwienie i niezgrabnie dźwignęła się na nogi.

– Co to miało być? – warknęła na niego. – Kim pan jest w ogóle? Gadaj albo dzwonię na policję!

W poszukiwaniu komórki zaczęła obmacywać kieszenie kurtki, gdy przypomniała sobie, że przecież miała ją w ręce. Rozglądając się dookoła po ulicy, odwróciła się i spojrzała za siebie.

– Czas zgonu: pierwsza osiemnaście w nocy, dwudziesty drugi stycznia roku dwa tysiące szesnastego. – Mężczyzna w czerni na głos odczytywał to, co zapisywał właśnie na tablecie.

Niną wstrząsnął gwałtowny, zimny dreszcz, po którym uczucie mrowienia i łaskotania zaczęło gwałtownie słabnąć, pozostawiając po sobie nienaturalną pustkę, osobliwą iluzję stanu nieważkości. Kilkanaście metrów dalej, na przejściu dla pieszych leżała Nina. Oblewało ją światło reflektorów samochodu, a obok niej krążył kierowca, wydeptując nerwowe kółka w oczekiwaniu na przyjazd pogotowia i policji.

– Przyczyna śmierci: wypadek drogowy. Dane osobowe... – Mężczyzna tym razem sięgnął do zewnętrznej kieszeni płaszcza i wyciągnął z niej złożoną na czworo karteczkę. – Przepraszam, mogłaby pani mi pomóc? – zwrócił się do Niny tonem rzeczowym i pozbawionym emocji. – Mieliśmy awarię systemu i muszę zweryfikować dane.

Nina odwróciła się do niego, gapiąc się oczami otwartymi tak szeroko jak nigdy za całego swojego życia.

– Data urodzenia: dwudziesty sierpnia tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiąt trzy. PESEL... Niestety nie mamy. Mogłaby pani podać? Bez tego nie wypełnię...

Nina gwałtownie wyrwała mu kartkę z rąk, zgniotła ją i cisnęła do najbliższej studzienki burzowej. Mężczyzna zniósł to ze stoickim spokojem, ale na wszelki wypadek schował tablet z powrotem do kieszeni płaszcza, nie chcąc narażać urządzenia na temperament dziewczyny.

– Skąd znasz moje dane? – wybuchła Nina, doskakując z powrotem do niego. – Kim jesteś? I... w ogóle... – Język plątał się jej i potykał o własne myśli. – Jaki zgon? Jaki zgon?! Co ja tam... co ja... przecież...

– Proszę się uspokoić. Jestem aniołem śmierci – wyjaśnił sucho. W tej samej chwili dobiegł ich sygnał zbliżającej się karetki, mknącej przez opustoszałe, nocne ulice. – Proszę, to moja legitymacja. – Mężczyzna znów sięgnął do wewnętrznej kieszeni i wyjął z niej oprawioną w plastikowe etui plakietkę. Podał ją Ninie, przezornie jednak nie wypuszczając z rąk czarnej smyczy, która była do niej przymocowana. Na legitymacji z ciemnego plastiku znajdowało się jego zdjęcie oraz wypisane srebrnym kolorem: jakiś numer, dziwaczny hologram i obco brzmiące imię, którego Nina nie zapamiętała, a także słowa: „Anioł śmierci – legitymacja/Grim reaper – ID card”. Nina, odczytawszy to, wybuchnęła histerycznym śmiechem i cisnęła legitymacją przed siebie. Ta odwinęła się na smyczy i zatrzymała na piersi swojego właściciela. Mężczyzna schował ją, wciąż nie zdradzając najmniejszego śladu zniecierpliwienia, i z pełnym profesjonalizmem udzielił Ninie dalszych odpowiedzi.

– Przed chwilą uległa pani wypadkowi na przejściu dla pieszych. To, co tam widać, to pani ciało. Po śmierci pani substancja duchowa oddzieliła się od niego, przeniknęła do sąsiadującego wymiaru i skrystalizowała w bliźniaczej formie. Po ocknięciu się przez jakiś czas może pani odczuwać nieprzyjemne mrowienie, związane ze stabilizacją cząsteczek i adaptacją do nowej atmosfery energetycznej, ale szybko się pani przyzwyczai.

Nina nic nie rozumiała z tego, co do niej mówił, ale monotonny głos i abstrakcyjna treść wbrew pozorom wcale jej nie uspokoiły. Jej uwaga przeniosła się na karetkę pogotowia, która właśnie wjechała na ulicę i zatrzymała się tuż obok pechowego przejścia dla pieszych. Nie zastanawiając się, Nina machnęła na anioła śmierci ręką i pobiegła w stronę miejsca wypadku. Nadal nie czuła ciężaru swojego ciała, ale tak jak zapewnił anioł, nie utrudniało jej to poruszania się.

Dziwnie było widzieć samą siebie. Nina zatrzymała się kilka kroków przed swoim ciałem, jak zahipnotyzowana. Zaraz jednak między nią a nią stanęli ratownicy medyczni, a Nina, oderwawszy od siebie wzrok, spojrzała w inną stronę i dostrzegła leżący obok krawężnika swój telefon komórkowy. Podeszła do niego i schyliła się, by go podnieść. Udało jej się go złapać, choć wciąż nie czuła dotykanej powierzchni, ale gdy spróbowała zadziałać na niego siłą, jej palce ześliznęły się. Z natury uparta, nie poddała się od razu. Podjęła jeszcze kilka prób, mimo braku czucia starała się chwytać telefon delikatniej lub mocniej, samymi palcami lub obiema dłońmi, ale między jej nowym ciałem a materialnym światem przebiegała niewidzialna, oleista ściana. Gdy w narastającej złości Nina z rozmachem kopnęła telefon, jej stopa, zamiast wpaść w poślizg, przepłynęła przez niego jakby utkana z mgły.

– To na nic – powiedział anioł śmierci, który poruszając się cicho jak kot, stanął tuż za nią.

Nina aż podskoczyła, przestraszona, po czym posłała mu wściekłe spojrzenie.

– Przecież to niemożliwe! – fuknęła.