55,00 zł
Krytyczna biografia Wernhera von Brauna – twórcy rakiety V-2, „cudownej broni” Trzeciej Rzeszy, która zapoczątkowała rozwój nowoczesnych rakiet i lotów kosmicznych. Po wojnie von Braun stał się jednym z głównych architektów amerykańskiego programu kosmicznego, zwieńczonego lądowaniem na Księżycu. Autor, korzystając z utajnionych dokumentów i świadectw więźniów obozów koncentracyjnych, pokazuje cenę, jaką zapłacono za ten technologiczny postęp, oraz moralne kompromisy jego twórcy.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Rolę gwiazdy w świecie nauki Wernher von Braun odgrywał lepiej niż ktokolwiek inny w jego epoce, nie wyłączając Alberta Einsteina. Historię swoją wielokrotnie opowiadał osobiście, opowiadali ją także jego przyjaciele, koledzy i wielbiciele. Życie von Brauna wyglądało w tych opowieściach tak, jak przedstawił je sam bohater, a więc tajemnicą pozostało wiele informacji o jego wcześniejszej karierze w hitlerowskich Niemczech. A były tam sprawy, jakie mogły przerazić wielu jego wielbicieli i ludzi, na których mu zależało.
Wernher von Braun żył sześćdziesiąt pięć lat i w swym dążeniu ku przestrzeni kosmicznej zetknął się z wieloma technicznymi, politycznymi i moralnymi problemami XX wieku. Amerykanie wiedzą, że dla hitlerowskich Niemiec von Braun zaprojektował pocisk rakietowy V-2. Większość społeczeństwa przyjęła do wiadomości jego tłumaczenie, że był wtedy człowiekiem młodym, naiwnym i że pracował dla nazistów, by realizować swój własny cel, chciał budować rakiety do badania przestrzeni kosmicznej, nie identyfikując się z nazistowskimi ideami. Po klęsce Trzeciej Rzeszy von Braun przybył do Ameryki, gdzie najpierw konstruował dla wojsk lądowych pociski rakietowe będące podstawą uzbrojenia w czasach zimnej wojny, a potem tworzył dla NASA ogromne rakiety, które miały wynieść Amerykę w przestrzeń kosmiczną i zawieźć na Księżyc astronautów z Apolla.
Wielu ludzi do dziś pamięta stworzony przez Wernhera von Brauna własny wizerunek: arystokratyczny wygląd, lekki niemiecki akcent, świadomość własnej pozycji, absolutna wiara w naukę i technikę oraz pewność, że podróże kosmiczne są nie tylko możliwe, ale wręcz nieuniknione. Swoje przesłanie prezentował w telewizji, przed Kongresem i podczas uniwersyteckich wykładów. Był autorem nieskończonej ilości artykułów i książek, konsekwentnie poświęconych dążeniu ku kosmosowi. Pracował dla Stanów Zjednoczonych jako inżynier i energiczny menedżer, ale największy wysiłek włożył w realizowanie własnych celów. Był prorokiem epoki kosmicznej i człowiekiem, który sprzedał Księżyc.
Autor książki Wernher von Braun. Rakiety, terror i chwała opowiada o pracy von Brauna dla wojsk lądowych i dla NASA, a także o 30 latach niezmordowanego lansowania przez niego podróży kosmicznych. Analizuje jednak też jego nazistowską przeszłość, którą bardzo starał się ukryć. Przypomina lata, kiedy von Braun konstruował w Niemczech pociski V-2, był członkiem nazistowskiej partii i SS, ponosząc współodpowiedzialność za zbrodnie nazizmu; mówi o ukrywaniu przeszłości po imigracji do Stanów Zjednoczonych i o tym, jak nieuchronnie musiał rozwiać się mit, który Wernher von Braun tak starannie wokół siebie budował.
W odtworzeniu historii Wernhera von Brauna pomogło mi wiele znakomitych instytucji. Chcę tu podziękować Orange County Public Library, Los Angeles County Public Library, Centrum Szymona Wiesenthala w Los Angeles, bibliotece California State University w Fullerton, bibliotece University of California w Irvine oraz Bibliotece Kongresu. Dziękuję też pracownikom National Archives w Waszyngtonie, kierownictwu NASA w Waszyngtonie, Redstone Arsenal, Centrum Lotów Kosmicznych im. Marshalla oraz Freedom of Information Offices Sił Lądowych Stanów Zjednoczonych i FBI.
Za pomoc w odnalezieniu i udostępnienie archiwalnych fotografii dziękuję Centrum Lotów Kosmicznych im. Marshalla, Redstone Arsenal, kierownictwu NASA w Waszyngtonie, National Archives oraz National Air and Space Museum Smithsonian Institution.
Pracę tę mogłem zrealizować dzięki pomocy wielu osób; dziękuję zwłaszcza Aaronowi Breitbartowi z Centrum Szymona Wiesenthala w Los Angeles za udostępnienie mi akt dotyczących Wernhera von Brauna i jego zespołu rakietowego. Mam dług wdzięczności wobec rodziny Kaylorów – Marvina, Wilmy i oczywiście P. J. za ich pomoc w postaci rad, uwag krytycznych i korekty. Dziękuję także Erikowi Knabe, który przeczytał rękopis i przedstawił mi swój punkt widzenia na opisaną przeze mnie historię.
Rozpoczął się długo przygotowywany atak na Anglię pociskami bezzałogowymi. Jego celem był obszar Wielkiego Londynu.
Rakieta to budzące podziw osiągnięcie techniczne. […] Maksymalna prędkość wynosiła około 4000 mil na godzinę, a cały lot trwał nie więcej niż 3–4 minuty.
Winston S. Churchill1
Kolumna pojazdów pierwszej baterii 485 ruchomego pododdziału artylerii Wehrmachtu posuwała się w kierunku skrzyżowania dróg na peryferiach Hagi. Jej ładunek był efektem marzeń i twórczej pracy, ale oznaczał zniszczenie, terror i śmierć2,3. Pochód otwierały trzy pojazdy gąsienicowe holujące specjalne przyczepy; na każdym z pojazdów jechał oddział obsługi, a na każdej przyczepie pocisk o długości prawie czternastu metrów i średnicy ponad półtora metra. Za nimi podążały trzy cysterny; jedna z paliwem alkoholowym, druga z ciekłym tlenem, trzecia z zapasem paliwa i wyposażeniem, a po nich ciężarówka wioząca generator elektryczny i druga – załadowana urządzeniami naprowadzającymi. Pochód zamykały samochody dowodzenia, w których jechali oficerowie3. Druga bateria 485 ruchomego pododdziału również przemieszczała się na pozycję na pobliskim skrzyżowaniu. Każda z baterii mogła wystrzelić trzy pociski, tego dnia miały jednak odpalić tylko po jednym.
Żołnierze ustawili płytę startową na drodze i nadali pociskowi taką pozycję, by po starcie skierował się na zachód. Podjechały cysterny, które miały zaopatrzyć go w paliwo. Parę godzin później ciężarówki i obsługa odsunęły się na bezpieczną odległość – na wypadek, gdyby zdarzyło się coś nieoczekiwanego. Jedynym łącznikiem między pociskiem i obsługującymi go ludźmi były kable biegnące od niego do ciężarówek z generatorem i urządzeniami sterującymi. Dolną część pocisku, na wysokości zbiornika z ciekłym tlenem, otoczył szeroki pas białego szronu, powstałego z zawartej w powietrzu wilgoci. W pobliżu tylnej części tlen uchodzący przez otwór wylotowy oziębił wilgotne powietrze, tworząc małą, kłębiącą się chmurkę, która zniknęła po zamknięciu zaworu.
Snop iskier strzelił przez chmurę u dołu pocisku, odbijając się od stożkowego deflektora, i rozsypał się na powierzchni drogi. Opadły dwa przewody startowe, łączące pocisk z ziemią. Iskry z silnika zmieniły się w pomarańczowy płomień nadający straszliwą moc dwudziestu pięciu ton ciągu. 8 września 1944 roku, o godzinie 18.38, V-2 uniósł się z płyty startowej, błyskawicznie nabrał prędkości i wtargnął w historię. Pocisk i towarzyszący mu grzmot znikły w oddali, w kierunku zachodzącego słońca, pozostawiając za sobą smugę skondensowanych, gęstych spalin4. Kilka sekund później drugi pocisk wzniósł się z pobliskiego skrzyżowania na przedmieściach Hagi.
Tego samego dnia, dwieście mil na zachód, w znękanym Londynie panowało poczucie bezpieczeństwa, a nawet spokoju. Cztery miesiące wcześniej siły alianckie dokonały uwieńczonej sukcesem inwazji na kontynent, podczas której zniszczono lub zdobyto pochylnie wyrzutni, używanych przez Luftwaffe do wystrzeliwania samolotów-pocisków (latających bomb) V-1 w kierunku Londynu5. Miastu nie zagrażała już bezzałogowa broń niosąca śmierć i zniszczenie. Wieczorem 8 września 1944 roku mieszkańcy Londynu spokojnie wracali z pracy do domów albo szykowali wieczorny posiłek.
Pięćdziesiąt osiem sekund po starcie, zgodnie z planem, obsługa nadała sygnał radiowy odcinający dopływ paliwa do silnika pocisku i przerywający spalanie. V-2 leciał teraz lotem bezwładnym z prędkością ponad pięciu i pół tysiąca kilometrów na godzinę i nadal wznosił się wzdłuż krzywej balistycznej kierując się na zachód. Jego drogę wyznaczały prawa fizyki – bezwładność i grawitacja.
Bez żadnego ostrzeżenia o godzinie 18.43 w Chiswick, niespełna dziesięć kilometrów na zachód od centrum Londynu, eksplodowała tona materiału wybuchowego. W środku betonowej nawierzchni drogi powstał lej ponaddziesięciometrowej średnicy; wybuch zniszczył sześć sąsiednich domów i poważnie uszkodził co najmniej dwa razy tyle. Jeszcze nie opadł gruz wyrzucony wybuchem, a Londyn usłyszał potężny, dwukrotny grzmot, zdaniem wielu ludzi przypominający uderzenie pioruna. Była to podwójna fala uderzeniowa powstała w chwili, gdy pocisk V-2 na końcowym odcinku swego lotu wchodząc z powrotem do atmosfery przekraczał barierę dźwięku, i docierająca dopiero po wybuchu śmiercionośnego ładunku.
Kiedy do Chiswick przybyły ekipy ratunkowe, okazało się, że wybuch zabił trzy przypadkowe osoby, a dziesięć ciężko zranił. Nowoczesny, balistyczny pocisk rakietowy pochłonął swoje pierwsze ofiary.
Szesnaście sekund po eksplozji w Chiswick drugi V-2 uderzył w Epping, położony około dwadzieścia cztery kilometry na północny wschód od centrum Londynu. Zniszczył kilka drewnianych baraków, ale nie spowodował żadnych poważniejszych strat ani ofiar2,3. Oba pociski wycelowane w Anglię poprzedził wcześniejszy, który tego samego ranka o godzinie 8.34 trafił w Paryż, ale, jak informowano, obyło się tam bez większych zniszczeń6.
Podejmując ostatnią, desperacką próbę odwrócenia straszliwymi bombardowaniami biegu wojny, przez następne siedem miesięcy nazistowskie Niemcy wystrzeliły w kierunku Anglii ponad 1300 pocisków V-2. Kiedy uprzątnięto gruzy i policzono zabitych, Anglicy doliczyli się 518 V-2, które spadły na Londyn, i 537, jakie eksplodowały w innych miejscach kraju7. Zabiły one 2724 osoby, a poważnie raniły dalszych 64678. 1265 pocisków V-2 Niemcy wystrzelili na Antwerpię, a setki kolejnych na Paryż i inne cele. Ustalenie dokładnej liczby ofiar na kontynencie nie jest możliwe.
W zestawieniu z ogólnymi rozmiarami zagłady, spowodowanej przez II wojnę światową, liczba ofiar pocisków V-2 była stosunkowo nieznaczna, co oczywiście nie umniejsza wymiaru spowodowanych przez nie ludzkich tragedii. Ci, którzy ginęli od pocisków, byli po prostu ofiarami anonimowych żołnierzy, zsyłających z nieba bezosobową śmierć. Minie wiele lat, zanim świat pozna nazwisko i twarz człowieka, który stworzył V-2, a z czasem zmienił charakter wojny. Miną dziesiątki lat, nim ten sam człowiek odmieni nasze spojrzenie na wszechświat.
ROZDZIAŁ PIERWSZY
Imigrant
Zawsze byłem i pozostałem Niemcem.
Wernher von Braun, 10 czerwca 1945 r.1
Młody człowiek, który wysiadł z samolotu transportowego C-54, uważał się za takiego samego imigranta, jak wielu innych, którzy przed nim przybywali do Ameryki, by realizować swoje marzenia, budować nowe życie, zostawiając za sobą zbrodnie przeszłości. Przylatując 18 września 1945 roku do wojskowej bazy lotniczej w Wilmington w stanie Delaware jakby narodził się na nowo, a oficjalne okoliczności tego przyjazdu stanowiły chrzest, który zmył grzech pierworodny jego wcześniejszego życia2.
Przybywał jednak nie jako człowiek wolny, lecz pod strażą Armii Stanów Zjednoczonych. Należał do grupy pierwszych siedmiu niemieckich ekspertów rakietowych, po których zjawił się następny, większy zespół ludzi ściągniętych w ramach operacji „Pochmurne Niebo” (Overcast), przemianowanej później na projekt „Spinacz” (Paperclip). Celem tej operacji było wykorzystanie niemieckiej wiedzy technicznej, a młody człowiek był najważniejszym, choć wcale nie najstarszym członkiem grupy, którą kierował w Niemczech od samego początku, zanim jeszcze naziści doszli do władzy. Nazywał się Wernher von Braun3.
Następnego dnia siedmiu Niemców weszło na pokład samolotu DC-3, by odbyć stosunkowo krótki przelot do Boston’s Logan Field4. Z lotniska dotarli wojskowym samochodem do portu w Bostonie, a stamtąd statkiem przebyli osiem kilometrów do Fort Strong na Long Island.
Fort Strong był placówką wywiadu Wojsk Lądowych Stanów Zjednoczonych. Grupa Niemców miała tam przejść badania i przesłuchania, zresztą już po raz drugi; pierwszy raz przesłuchiwano ich kilka miesięcy wcześniej w Niemczech, gdy poddali się armii amerykańskiej. Po zamknięciu całej procedury przesłuchań w wojsku sporządzono „Podstawowe teczki personalne”. Z akt Wernhera von Brauna wynika, że miał trzydzieści cztery lata, 186 cm wzrostu, 78 kg wagi, niebieskie oczy, blond włosy i jasną cerę. Jako znaki szczególne zanotowano bliznę pooperacyjną na lewym przedramieniu i bliznę na górnej wardze5.
Von Braun z pewnością cieszył się z przyjazdu do Ameryki, ale jego stan fizyczny był marny. Poprzedniej zimy, w ostatnich dniach wojny, uległ wypadkowi samochodowemu, po którym pozostały blizny wyliczone potem w aktach personalnych. Miał zgruchotany bark, a lewe ramię, złamane w dwóch miejscach, nie zostało prawidłowo złożone6. Nie nosił już wprawdzie paraliżującego ruchy opatrunku gipsowego, ale ręka wciąż go bolała, szczególnie przy złej pogodzie. Na domiar złego przypuszczalnie jeszcze przed opuszczeniem Europy nabawił się zapalenia wątroby3.
Dla zabicia czasu Niemcy grali w nieskończoność w monopoly albo odbywali długie jesienne spacery po plażach Long Island3. Nudne interludium w Forcie Strong skończyło się 1 października 1945 roku, kiedy nadzór nad siedmioma Niemcami przejął major James P. Hamill. Tego samego dnia Departament Wojny w specjalnym komunikacie prasowym poinformował społeczeństwo Ameryki o obecności w Stanach Zjednoczonych niemieckich ekspertów w dziedzinie rakiet, a także innych specjalistów objętych operacją „Pochmurne Niebo”.
WYBITNI NIEMIECCY NAUKOWCY SPROWADZENI DO USA
Sekretarz wojny zaaprobował plan, na podstawie którego do naszego kraju sprowadzani są wybitni naukowcy i technicy niemieccy. Operacja ta ma nam umożliwić pełne wykorzystanie istotnych osiągnięć mających żywotne znaczenie dla naszego bezpieczeństwa narodowego.
Przesłuchania oraz analiza dokumentów, urządzeń i obiektów stanowią sposób wykorzystania niemieckich osiągnięć naukowych i technicznych. Aby nasz kraj mógł z tych zasobów w pełni korzystać, przewozi się do Stanów Zjednoczonych – na zasadzie dobrowolności – pewną grupę starannie wybranych naukowców i techników. Są to osoby zajmujące się dziedzinami, w których niemieckie osiągnięcia mają dla nas szczególne znaczenie i w których ci właśnie specjaliści odegrali decydującą rolę.
W trakcie swego czasowego pobytu [podkreślenie w oryginale] w Stanach Zjednoczonych niemieccy naukowcy i eksperci techniczni objęci zostaną nadzorem Departamentu Wojny i będą wykorzystywani w odpowiednich projektach militarnych sił lądowych i morskich7.
Oświadczenie to przeszło w amerykańskiej prasie praktycznie nie zauważone. Dopiero rok później, kiedy wojsko ujawniło szczegóły i podało nazwiska niemieckich naukowców, Amerykanie zareagowali – i to zarówno pozytywnie, jak negatywnie.
Zadaniem majora Hamilla było zapoczątkowanie pierwszego w dziejach sił lądowych programu budowy pocisków kierowanych; miał więc już pierwszych siedmiu pracowników. Hamill zabrał von Brauna do Waszyngtonu, na spotkanie z wyższymi oficerami służb uzbrojenia sił lądowych. Pozostałych sześciu Niemców wysłał na poligon doświadczalny w Aberdeen w stanie Maryland. Na początek mieli przejrzeć i uporządkować siedem ton dokumentów technicznych, które w pośpiechu spakowali i zabrali ze sobą z dowództwa operacyjnego w Peenemünde w trakcie zorganizowanego odwrotu przed zbliżającą się Armią Sowiecką4.
Hamill i von Braun spędzili w Waszyngtonie kilka dni, dyskutując o rakietach z wojskowymi dostojnikami, po czym udali się na Union Station, skąd rozpoczęli pierwszy, kolejowy etap swej podróży do El Paso w Teksasie przez St. Louis. W St. Louis Hamill zorientował się, że dostał bilety na pociąg wiozący jedynie rannych weteranów 101 i 82 Dywizji Powietrznodesantowej. Umieszczanie von Brauna pomiędzy ludźmi, którzy odnieśli rany w walkach z Niemcami, wydało mu się nierozsądne, zdołał więc, choć nie bez kłopotów, zdobyć miejsca w zwykłym pociągu pasażerskim.
Kiedy Hamill i von Braun wsiedli, okazało się, że pociąg jest pełny, a ich miejsca znajdują się w przeciwległych końcach przedziału. Zmartwiło to majora, który miał rozkaz nadzorować von Brauna i nie zezwalać mu na żadne rozmowy z postronnymi osobami. Ponieważ jednak von Braun pozostawał w zasięgu wzroku, Hamill pogodził się z sytuacją, jako że był to najszybszy sposób dotarcia do celu.
Mężczyzna siedzący w pullmanowskim wagonie obok von Brauna o coś go zagadnął i Niemiec, jako osoba towarzyska, wdał się w rozmowę. Akcent von Brauna łatwo było rozpoznać, zaintrygowany sąsiad spytał go więc, skąd pochodzi.
– Ze Szwajcarii – skłamał von Braun.
Okazało się, że sąsiad dobrze zna Szwajcarię. Zapytał von Brauna, czym się zajmował.
Niemiec wymijająco odparł, że pracował w branży stalowej.
Ku rozpaczy von Brauna Amerykanin zajmował się tą samą branżą i wyraźnie chciał dowiedzieć się czegoś więcej o jego życiu i pracy w Szwajcarii. Von Braun improwizował na tyle, na ile pozwalała mu skromna wiedza zdobyta w czasie półrocznego pobytu na studiach w Zurychu i podczas wypraw turystycznych.
Czym konkretnie zajmował się w metalurgii?
– Łożyskami kulkowymi.
Sąsiad von Brauna znał się i na łożyskach kulkowych.
Na szczęście dla von Brauna i Hamilla pociąg dotarł do Teksarkany, gdzie wysiadał rozmówca Niemca. Podając rękę na pożegnanie, powiedział:
– Gdyby nie wy, Szwajcarzy, wątpię, czy zdołalibyśmy pobić Niemców8.
Major Hamill i Wernher von Braun przybyli do El Paso w Teksasie 3 października 1945 roku. Ich baza znajdowała się w El Paso, w Forcie Bliss2. Von Brauna zakwaterowano na noc w kwaterze młodszych oficerów, gdzie przebywał i Hamill, który mógł tym samym formalnie sprawować nad nim nadzór. Następnego ranka u von Brauna wystąpiły wyraźne objawy zaostrzenia stanu zapalnego wątroby i został przyjęty do wojskowego szpitala im. Williama Beaumonta. Major Hamill przekazał szpitalnemu chirurgowi odpowiedzialność za nadzór nad von Braunem i mógł swobodnie poświęcić się swemu właściwemu zajęciu, czyli pracy nad programem pocisków kierowanych dla wojsk lądowych9.
Lekarze wojskowego szpitala im. Williama Beaumonta zalecili von Braunowi beztłuszczową dietę i kilka tygodni odpoczynku. Pobyt w szpitalu stał się dla niego zaskakująco przyjemną odmianą. Tak o tym pisał:
Sądziłem, że spotkam się z wrogością jako ekswróg, a w dodatku „gruba ryba”. Nic takiego nie nastąpiło. W Ameryce, jak się zdaje, niedawni wrogowie nie żywią do siebie urazy, jak to często bywa u Europejczyków. […] Urzędnicy radzili mi zatajać swą tożsamość, ale nie mogłem ukryć swej koślawej angielszczyzny. Żołnierze zorientowali się, że jestem cudzoziemcem, ale mówili o mnie „ten Holender” i zapraszali do gry w karty10.
Miasto El Paso leży na najdalej na zachód wysuniętym skrawku Teksasu, gdzie wijąca się między Teksasem i Starym Meksykiem rzeka Rio Grande dociera do stanu Nowy Meksyk. Rejon El Paso szczyci się najstarszą w Teksasie osadą, misją Nuestra Señora del Carmen leżącą w Ysleta, a założoną w 1682 roku dla hiszpańskich imigrantów i indiańskich tubylców. Teksas wszedł w skład Stanów Zjednoczonych w wyniku aneksji w 1845 roku, a w roku 1848 w El Paso wojsko założyło Fort Bliss. Kiedy sto lat później przybył tam Wernher von Braun, El Paso było niewielkim miastem położonym w środku rzadko zaludnionego i słabo rozwiniętego amerykańskiego Zachodu.
Dla Wernhera von Brauna tamtejszy krajobraz był mniej przyjazny niż ludzie. Oto jak opisywał swoje pierwsze wrażenia z pustyni:
Pewnego wieczoru […] patrzyłem na słońce, które ponad ogromną przestrzenią pustyni zachodziło za góry Sacramento. Pasmo górskie było oddalone ponad sto sześćdziesiąt kilometrów, ale w czystym powietrzu pustyni wydawało się bardzo bliskie, niemal o rzut kamieniem. Dla mych kontynentalnych oczu, nawykłych do zielonych dolin i wzgórz środkowej Europy, był to widok oszałamiający i wspaniały, w głębi serca czułem jednak, że bardzo trudno byłoby mi wzbudzić w sobie szczere, emocjonalne przywiązanie do tego bezlitosnego, noszącego ledwie ślady wegetacji krajobrazu, który przytłacza człowieka swymi rozmiarami11.
Wojsko wybrało Fort Bliss jako ośrodek dla badań rakietowych, ale potrzebny był też poligon doświadczalny, zdecydowano więc, że rakiety będą wystrzeliwane na poligonie White Sands w dolinie Tularosa, w stanie Nowy Meksyk. Wyrzutnia rakiet leżała prawie sześćdziesiąt kilometrów na północ od El Paso w linii prostej; dojazd drogą liczył około osiemdziesięciu kilometrów. White Sands było dość odległe, ale otaczały je ważne miejsca historyczne. Dokładnie na północ, w odległości niespełna stu czterdziestu kilometrów, na pustynnym odludziu leżało Trinity Site, gdzie w czerwcu poprzedniego roku zespół fizyków nuklearnych kierowany przez Jacoba Roberta Oppenheimera zdetonował pierwszą bombę atomową. Sto dziewięćdziesiąt kilometrów na północny wschód od wyrzutni, w pobliżu Roswell, znajdowało się Mescalero Ranch, skąd w latach trzydziestych odpalał swoje rakiety pionier amerykańskich badań rakietowych Robert Hutchings Goddard12.
Kiedy von Braun w szpitalu wracał do zdrowia, major Hamill czynił przygotowania do przyjęcia niemieckich pracowników. Pojechał sprawdzić, jak wyglądają prace przygotowawcze w White Sands, ale znalazł tam jedynie dwie chałupy i niewiele ponadto8. Nie było to nowoczesne centrum techniczne, jakim dysponowali Niemcy w Peenemünde, ale Peenemünde już nie istniało, bo zostało zbombardowane przez RAF w sierpniu 1943 roku13, a na początku 1945 roku Niemcy ogołocili je ze wszystkiego, co przedstawiało jakąkolwiek wartość14. Kilka dni później Hamill uznał, że idealną siedzibą dla niemieckich specjalistów rakietowych byłby zespół pawilonów szpitala im. Williama Beaumonta. Były to dość przyjemne, koszarowe budynki położone jeszcze w obrębie strefy bezpieczeństwa. Po negocjacjach przekazano je do dyspozycji majora9.
23 lutego 1946 roku przybył do El Paso ostatni ze 118 niemieckich specjalistów rakietowych, przewiezionych do Stanów Zjednoczonych w ramach operacji „Pochmurne Niebo”. (Jeden z członków grupy, wkrótce po przyjeździe niestety zmarł; tym samym zespół zmalał do 117 osób). Grupa otrzymała nazwę wydziału specjalnych pracowników wojska (Department of the Army Special Employees – DASE)15. Większość niemieckich członków DASE zakwaterowano w Forcie Bliss; grupę liczącą dwanaście do piętnastu osób wysłano nieco dalej na północ, do White Sands, polecając im montowanie rakiet16. The Team, Zespół, jak ich nazywano, znów był w komplecie, gotów do działania w nowym kraju17. Miał funkcjonować w ten sposób – jako wyizolowana grupa, szanowana, ale nie darzona sympatią – aż do chwili, kiedy pierwsi ludzie, rodowici Amerykanie, stanęli na Księżycu.
Wprawdzie grupa niemieckich ekspertów rakietowych nie miała oficjalnej nazwy, jej członkowie, przyjaciele i krytycy określali ją w późniejszych latach jako The Team (Zespół), The Rocket Team (Zespół Rakietowy), The Peenemünde Team (Zespół z Peenemünde) albo von Braun’s Team (Zespół von Brauna). Poza operacją „Pochmurne Niebo” i innymi przedsięwzięciami rządowymi, stanowiącymi jej kontynuację, grupa Niemców nie miała żadnej formalnej organizacji. W rzeczywistości jednak członków zespołu obowiązywały surowe prawa i feudalna zależność. Wszyscy byli rodowitymi Niemcami. Wszyscy wchodzili w skład działającego w niemieckiej armii i kierowanego przez von Brauna zespołu do spraw badań rakietowych, a niektórzy pracowali tam od jego powstania na początku lat trzydziestych. Wszyscy byli szczęśliwi mogąc żyć w cieniu swego przywódcy i rzecznika, Wernhera von Brauna, wobec którego zachowywali całkowitą lojalność.
Zespół powstał w październiku 1932 roku, gdy jego pierwszy członek i lider, dwudziestojednoletni Wernher von Braun rozpoczął pracę w istniejącej w niemieckiej armii grupie do spraw balistyki i amunicji. Zadaniem grupy było wykorzystanie rakiet na paliwo ciekłe do celów militarnych. Z ramienia armii grupą kierował pułkownik, później generał, Walter Domberger18. Przez następne trzynaście lat do zespołu, którego dyrektorem technicznym był młody von Braun, trafiło kilka tysięcy naukowców i inżynierów. Pod koniec II wojny światowej zespół rozproszył się, a centrum techniczne w Peenemünde uległo zniszczeniu; jednak niewielka grupa pod kierownictwem von Brauna poddała się Armii Stanów Zjednoczonych i zaoferowała swoje usługi zwycięzcom. Armia amerykańska przyjęła ofertę i zaproponowała sześciomiesięczne kontrakty dla 118 osób19.
Ponieważ Stany Zjednoczone miały skromne doświadczenie w kwestii rakiet, a żadnego w zakresie dużych pocisków rakietowych w rodzaju V-2, zadanie wyłonienia najlepszych fachowców z zespołu ekspertów, którzy mogliby przekazać Amerykanom wiedzę techniczną, powierzono liderowi grupy. Wybór, jakiego dokonał von Braun, dowodzi zarówno jego lojalności, jak i zrozumienia potrzeb wojska. Wśród 118 członków zespołu, którzy przybyli do Fortu Bliss, znaleźli się:
– Walter Riedel, inżynier uczestniczący w amatorskich próbach rakietowych w Niemczech pod koniec lat dwudziestych i na początku trzydziestych. Jako jeden z pierwszych rozpoczął współpracę z von Braunem w badaniach nad rakietami dla armii niemieckiej18.
– Arthur Rudolph, również uczestnik amatorskich prób rakietowych w Niemczech, niemal od początku pracujący w zespole von Brauna w armii niemieckiej20. Rudolph był dyrektorem technicznym w zakładach Mittelwerk w Niemczech, produkujących pociski V-2.
– Herbert Axster, w cywilu prawnik; podpułkownik zwyciężonej armii niemieckiej21. Axster był szefem sztabu generała Waltera Dombergera, który przez trzynaście lat kierował programem budowy rakiet. Do zespołu z Peenemünde doszedł pod koniec II wojny światowej22.
– Magnus von Braun, młodszy brat Wernhera von Brauna; chemik z wykształcenia, odpowiadał za produkcję żyroskopów do pocisków V-223.
Niemcy, którzy przybyli do Stanów Zjednoczonych na czasowe kontrakty w ramach operacji „Pochmurne Niebo”, pozostawili za oceanem swoje rodziny i najbliższych. Ich żony, dzieci i rodziców umieszczono w zarządzanym przez wojsko amerykańskie obozie w bawarskim mieście Landshut. Standard życia był tam wyższy niż gdzie indziej, a okoliczni mieszkańcy, niewpuszczani do obozu, uważali to za jawną dyskryminację. Operacja „Pochmurne Niebo” (Overcast) była, czemu trudno się dziwić, publiczną tajemnicą; siedzibę osób bliskich naukowcom powszechnie nazywano więc obozem Overcast. Na skutek przecieków sytuacja stała się dość krępująca, poza tym program się rozwijał i konkretyzował, tak więc 13 marca 1946 roku operacja „Pochmurne Niebo” przekształciła się w projekt „Spinacz” (Paperclip)24.
Przyjazd na inny kontynent, odmienny klimat i dieta na amerykańskiej pustyni mogły niemieckim naukowcom przysporzyć nieco kłopotów, od początku jednak byli gotowi pracować dla Armii Stanów Zjednoczonych. Poza tym ich sytuacja nie tak bardzo się zmieniła, ponieważ w Niemczech większość z nich stanowili cywile, zatrudnieni przez wojsko, dla którego prowadzili badania rakietowe. Przez lata słuchali rozkazów i gotowi byli robić to nadal. Zmienił się tylko rozkazodawca25.
Szef działu technicznego w biurze szefa uzbrojenia armii postawił przed niemieckimi specjalistami trzy zadania. Przede wszystkim mieli przeszkolić personel wojskowy, przemysłowy i naukowy w projektowaniu, konstrukcji i eksploatacji rakiet i pocisków kierowanych. Po drugie, zmontować pociski V-2 z części przewiezionych drogą morską z fabryki Mittelwerk w środkowych Niemczech i wystrzelić je na poligonie White Sands. Po trzecie, niemiecki zespół miał zbadać możliwości wykorzystania rakiet do celów wojskowych i badawczych. Wojsko zawarło umowę z General Electric Company w sprawie pomocy technicznej, a także po to, by uzyskać pewność, że w pełni wykorzystano kwalifikacje nowych pracowników26.
Personel amerykański miał wprawdzie sprawować kontrolę nad całością operacji, jednak to Niemcy, obeznani z funkcjonowaniem rakiet, przeprowadzali próby na poligonie. 15 marca 1946 roku, podczas testu naziemnego, ich pierwsza rakieta działała przez pięćdziesiąt siedem sekund, aż do wyczerpania paliwa. Miesiąc później, 16 kwietnia, wystrzelono drugi V-2, ale jego silnik wyłączono sygnałem radiowym po dziewiętnastu sekundach, kiedy gwałtownie odpadła brzechwa stabilizująca (statecznik)27,28. Pocisk osiągnął wysokość około ośmiu kilometrów. Pierwszy zakończony sukcesem lot V-2 z poligonu White Sands nastąpił 10 maja 1946 roku. Pocisk dotarł na zaplanowaną wysokość ponad stu dwunastu kilometrów i pokonał odległość około pięćdziesięciu kilometrów27.
29 maja 1946 roku okazało się, że V-2 może wyrządzić nie tylko fizyczne, ale i polityczne szkody28. Pocisk wystrzelony z poligonu White Sands wzniósł się zgodnie z planem, ale zamiast zatoczyć łuk na północ, ku najdalszej części poligonu, skierował się na południe. Było jasne, że zawiódł system sterowania żyroskopowego. Zwykła procedura przewidywała, że w takim wypadku oficer odpowiedzialny za bezpieczeństwo podczas prób wyłącza sygnałem radiowym dopływ paliwa. Oficerem do spraw bezpieczeństwa był Ernst Steinhoff, członek niemieckiego zespołu von Brauna. Powinien był wydać polecenie przerwania dopływu paliwa obsługującemu przekaźnik marynarzowi z laboratorium badawczego marynarki wojennej. Steinhoff zdawał sobie jednak sprawę, że jeśli V-2 zbyt wcześnie przerwie lot, spadnie na ziemię z ogromnym zapasem wybuchowego paliwa, które rozpryśnie się w dużym promieniu na południe od White Sands, w rejonie miast El Paso lub Ciudad Juarez, jeszcze dalej na południe od Rio Grande. Zdecydował więc, że pocisk będzie leciał dalej aż do wyczerpania paliwa, po czym spadnie na ziemię w bezludnym terenie na południe od Juarez, nie czyniąc żadnych szkód. Udało się, choć niewiele brakowało, by finał był inny.
V-2 rozbiło się o skaliste wzgórze sąsiadujące z cmentarzem Tepayec, dwa i pół kilometra na południe od Juarez. Energia kinetyczna pustego pocisku była jeszcze tak wielka, że w miejscu upadku powstał lej o głębokości ponad dziewięciu i średnicy piętnastu metrów.
Podpułkownik Harold R. Turner, dowódca poligonu doświadczalnego White Sands, natychmiast przystąpił do badania strat. Skontaktował się z dowódcą meksykańskiego stanu Chihuahua i dowiedział się, że nie było żadnych ofiar, a poza lejem w ziemi – żadnych zniszczeń. Meksykański generał miał zająć się ewentualnymi problemami natury dyplomatycznej, gdyby takie zaistniały ze strony władz w Meksyku – Waszyngton wykazał mniej wyrozumiałości. Turner rychło musiał tłumaczyć się z tego incydentu przed szefem sztabu armii amerykańskiej gen. Dwightem D. Eisenhowerem i sekretarzem stanu Georgem C. Marshallem. Później sprawę wypadku badała oficjalna komisja śledcza, która potwierdziła słuszność decyzji Steinhoffa.
Mniejszy zakres odpowiedzialności pozwalał na uproszczone oceny wydarzenia. Pewien porucznik z White Sands chełpił się, że był członkiem pierwszej jednostki armii amerykańskiej, która wystrzeliła pocisk rakietowy w kierunku obcego państwa. Po drugiej stronie Rio Grande przedsiębiorcy meksykańscy robili pieniądze na V-2, zanim jeszcze ostygły jego szczątki. Jak donoszono, już niespełna dziesięć minut po runięciu pocisku można było kupić niezidentyfikowane kawałki metalu, jako pamiątki po V-2. Ernst Steinhoff oszacował, że handlarze meksykańscy sprzedali co najmniej dziesięć do piętnastu ton fragmentów pocisku (często podejrzanie przypominających kawałki puszek), który pusty, bez paliwa, ważył cztery tony29.
Głównym celem projektu „Spinacz” było oczywiście przejęcie technologii zwyciężonych Niemców przez ich nowych, amerykańskich zwierzchników. Oprócz prowadzonych w White Sands praktycznych pokazów montażu rakiet i ich odpalania, Niemcy w imponującym tempie porządkowali dokumenty i sporządzali raporty. Do 19 kwietnia 1946 roku major James Hamill nadzorował przygotowanie dwunastu raportów, które później rozsyłał do instytucji wojskowych – od dowództwa w Waszyngtonie aż po laboratorium napędu odrzutowego w Pasadenie w stanie Kalifornia30. A kiedy wojsku brakowało własnych nowych pomysłów w kwestii rakiet, dostarczał ich Wernher von Braun31.
W połowie 1946 roku mijał pierwszy rok pobytu w Stanach Zjednoczonych wielu niemieckich ekspertów i inżynierów rakietowych. Ze względów bezpieczeństwa, a także dlatego, że byli formalnie, jak to później określono, „cudzoziemcami bez dokumentów”, wojsko surowo ograniczało ich podróże. Grupa przebywająca w Forcie Bliss mogła się poruszać tylko w obrębie zamkniętego terenu o powierzchni około dwóch i pół hektara. Wszelkie wyjazdy były możliwe jedynie pod eskortą wojska32. Z początkiem września restrykcje wojskowe nieco zelżały; Niemcy otrzymali przepustki DASE, dzięki którym mogli swobodnie podróżować po całym rejonie El Paso. Pod koniec listopada wojsko przysłało im do podpisu kontrakty, przedłużające ich zatrudnienie na następny rok33. Początkowo siły lądowe zamierzały zdobyć technologię budowy rakiet na paliwo ciekłe, a przede wszystkim poznać pociski V-2. Minął pierwszy rok, minął następny, a potem zaczęły się długie lata zimnej wojny. Stany Zjednoczone zatrzymały Niemców jako stałych pracowników.
Obecność niemieckich ekspertów rakietowych w Forcie Bliss i w White Sands była od początku publiczną tajemnicą, ale istniała realna groźba, że po przyjeździe z Niemiec rodzin naukowców, co będzie oznaczało dwu-, a nawet trzykrotne powiększenie niemieckiej kolonii, sprawa stanie się nie tylko powszechnie znana, lecz także kłopotliwa i krępująca. Armia przejęła inicjatywę, przedstawiając mediom swych ekspertów rakietowych jako prawomyślnych pracowników instytucji rządowej, walczących o pokój i przeciwdziałających komunizmowi.
Media chętnie podjęły temat. Wkrótce mieszkańcy El Paso, a być może całych Stanów Zjednoczonych wiedzieli o imigrantach więcej niż zapewne chcieliby wiedzieć, choć docierały do nich wyłącznie informacje zatwierdzone przez wojsko. Zmasowana medialna ofensywa była ćwiczeniem starannie obliczonej jawności:
„Niemieccy naukowcy udzielą wywiadu. Niemieccy naukowcy, o których funkcjonariusze Fortu Bliss mówią szeptem, odpowiedzą wkrótce na pytania reporterów” („El Paso Herald Post”, 13 listopada 1946 roku)34. W latach Trzeciej Rzeszy osoba Wernhera von Brauna i jego badania objęte były tajemnicą państwową. Społeczeństwo niemieckie dowiedziało się o istnieniu pocisku rakietowego V-2 dopiero w ostatnich miesiącach wojny i nikt z osób niepowołanych nie słyszał nigdy ani o Wernherze von Braunie, ani o jego zespole. (Kiedy z końcem wojny von Braun oddał się w ręce Armii Stanów Zjednoczonych, reporterzy rozmawiali z nim i robili mu zdjęcia, szybko jednak o tym zapomniano. W Stanach Zjednoczonych jego osoba ponownie została objęta tajemnicą państwową).
Wernher von Braun był bez wątpienia poruszony tą jawnością amerykańskiej armii, ponieważ potrzebował uznania i miał własne plany. Miał wystąpić w świetle reflektorów, jak dyrygent przed swą orkiestrą.
„118 czołowych niemieckich ekspertów od V-2 przebywa w E.P. – konstruktorzy tajnej broni nazistów pracują w USA” („El Paso Times”, 4 grudnia 1946 roku)34. Tego samego dnia „El Paso Herald Post” zamieścił tekst ilustrowany zdjęciami przedstawiającymi uzupełnianie paliwa w pocisku V-2.
„Niemieccy naukowcy opowiadają, jak z małej, eksperymentalnej rakiety powstał pocisk V-2” („El Paso Herald Post”, 5 grudnia 1946 roku). W opublikowanym na pierwszej stronie artykule Wernher von Braun wyjaśniał dziennikarzom historię budowy V-2 i poddania się całego jego zespołu amerykańskiej armii. Na temat wykorzystania pocisków w czasie wojny niewiele miał do powiedzenia35.
„Próby V-2 udane w 33%” („El Paso Times”, 6 grudnia 1946 roku). Treść artykułu korygowała informację zawartą w tytule; stwierdzono w niej mianowicie, że 33 procent prób wystrzelenia pocisków V-2 z poligonu White Sands nie udało się, co oznaczało, że pozostałe 67 procent zakończyło się sukcesem. Wernher von Braun spędził trzy godziny w ogniu pytań reporterów na temat rakiet, po czym zapowiedział swój rychły ślub z Marią Luizą von Quistorp. Zdaniem Niemców ceremonia miałaby się odbyć pod „skrzyżowanymi rakietami”36.
„Pocisk rakietowy V-2 ustanawia nowy rekord prędkości”. W tym samym numerze „El Paso Times” doniósł o udanej próbie odpalenia V-2, podczas której pocisk osiągnął prędkość ponad 1500 metrów na sekundę (prawie 5500 kilometrów na godzinę). W krótkim artykule zapowiedziano też odpalenie 17 grudnia rakiety, która wyrzuci „wykonane przez człowieka meteoryty”, czyli sztuczne ognie dla mieszkańców Teksasu i Nowego Meksyku37.
„Niemieccy naukowcy ustanowili własny sąd, który zajmuje się wypadkami naruszeń kontraktów” („El Paso Herald Post”, 6 grudnia 1946 roku)38. Przebywając w Stanach Zjednoczonych bez wiz i paszportów niemieccy eksperci rakietowi dopuszczali się naruszeń prawa, choć byli opłacani i nadzorowani przez wojsko. Pozornie niewinne zdarzenia w rodzaju wyjazdu poza teren objęty kontrolą armii mogły stać się dla wojska powodem poważnych komplikacji, zagrozić pobytowi Niemców i ich nadziejom na pracę i karierę przy budowie rakiet. Major Hamill poprosił von Brauna o ustanowienie wewnętrznego organu utrzymującego porządek w grupie. Ten „sąd ludowy”, jak nazwali go Niemcy, rozpatrywał przypadki działań mogących narazić na szwank dobrą reputację lub zgoła naruszenia prawa i określał wymiar kary. Funkcję sędziego von Braun powierzył Dieterowi Huzelowi, wyznaczył też kilku przysięgłych39.
W przechowywanych przez FBI aktach Wernhera von Brauna znaleziono niezwykle ciekawy przykład sprawy, z jakimi miewał do czynienia „sąd ludowy”, a także sposobu wymierzania sprawiedliwości:
Major James Hamill poinformował, że w czerwcu 1946 r. Magnus von Braun, brat Wernhera, sprzedał jubilerowi w El Paso w Teksasie sztabkę platyny za sto tysięcy dolarów. Magnus von Braun powiedział przy tym, że platynę przywiózł z Holandii do Stanów Zjednoczonych jego ojciec, który służył w Europie podczas I wojny światowej. (Ojciec von Braunów przybył do Stanów Zjednoczonych dopiero w końcu marca 1947 roku, dziewięć miesięcy po tym incydencie). Tożsamość von Brauna ustalono na podstawie jego nazwiska i numeru telefonu, jakie zostawił jubilerowi. Przesłuchiwany w tej sprawie przez majora Hamilla Magnus von Braun z miejsca przyznał, że wwiózł sztabkę platyny do Stanów Zjednoczonych z naruszeniem przepisów celnych. Major Hamill oznajmił, że powiadomiony o incydencie Wernher von Braun, kierownik zespołu niemieckich ekspertów, skazał swego brata na chłostę40.
„Niemieccy naukowcy planują budowę stacji paliwowej na niebie w drodze na Księżyc” („El Paso Herald Post”, grudzień 1946 roku). Rzeczywiście, niemieccy naukowcy stawiali sobie pokojowe, choć niezbyt praktyczne cele34.
„Jesteśmy z Zachodem” („Time”, 9 grudnia 1946 roku). „Time”, jako pierwszy tygodnik o ogólnokrajowym zasięgu opublikował reportaż z pobytu von Brauna i jego zespołu w Forcie Bliss. Tekst zilustrowano fotografią, na której von Braun stoi na tle elementów pocisku rakietowego V-2; trzyma ręce w kieszeniach, wygląda na człowieka pewnego siebie, dumnego, może lekko aroganckiego, w każdym razie kogoś, kto odnosi sukcesy, pracując po stronie zwycięzców – co faktycznie właśnie robił. „Time” donosił, że Niemcy są „cywilami czasowo zatrudnionymi [podkreślenie autora] w USA przez wydział europejski Departamentu Wojny Stanów Zjednoczonych”. Według informacji gazety zarobki niemieckich specjalistów wynosiły od 2 do 11 dolarów dziennie plus 6 dolarów za każdy dzień rozłąki z rodziną. Artykuł kończył się słowami: „Powiedziano im, że pewnego dnia być może zostaną obywatelami USA. Sprowadzenie przez państwo ich rodzin [do Fortu Bliss] wydaje się czymś w rodzaju gwarancji, pozwalającej to traktować jako obietnicę”41.
Klub rotariański w El Paso zaprosił Wernhera von Brauna, znanego już lidera grupy niemieckich konstruktorów rakiet, by wystąpił na klubowym spotkaniu 16 stycznia 1947 roku42. Von Braun, trzymany w cieniu przez piętnaście lat najpierw przez nazistowskie Niemcy, a potem przez wojsko Stanów Zjednoczonych, był zachwycony perspektywą publicznego występu. Przygotował się na tę okazję; przygotował także opowieść o sobie.
Von Braun doskonale wiedział, że musi pokonać barierę językową. Szlifował swoją angielszczyznę nagrywając własny głos na taśmę magnetofonową, którą później odtwarzał, by sprawdzić jego brzmienie. Starał się nabrać biegłości i pozbyć się obcego akcentu. Uczył się slangu i kolokwializmów i stosował je w rozmowie43.
Wernher von Braun nie mógł oczywiście opowiedzieć członkom klubu rotariańskiego o swych objętych klauzulą tajności pracach dla Sił Lądowych Stanów Zjednoczonych. Mógł jednak poruszyć temat „Rakiety przyszłości”. Przedstawił więc własny plan wypraw kosmicznych wraz ze szczegółowym opisem urządzeń, które chciał zbudować. Oto jego punkty:
– powiększona rakieta V-2 jako „statek kosmiczny”;
– projekt trójstopniowej rakiety, która wyniesie na orbitę sztucznego satelitę;
– rakieta zaopatrzona w skrzydła, dzięki którym zdoła powrócić do atmosfery i bezpiecznie wylądować;
– stacja kosmiczna w kształcie koła, które wirując będzie wytwarzało sztuczną grawitację;
– wykorzystanie stacji kosmicznej jako bazy do podróży na Księżyc i do planet42.
Von Braunowi mogło się zapewne marzyć bardziej wpływowe forum, jego przesłanie zaś znacznie wyprzedzało ówczesną epokę. W swym pierwszym publicznym wystąpieniu w Ameryce nakreślił jednak kierunek swej przyszłej pracy – i kariery. Swoją koncepcję będzie mógł jeszcze przedstawić ponownie, ale społeczeństwo amerykańskie dowie się o niej dopiero za pięć lat.
Dla wykształconych Europejczyków, żyjących z dala od swych domów i borykających się z nową dla nich kulturą, południowy wschód Ameryki był odludziem. Tęsknili do swoich bliskich, wojsko uznało więc, że ma wobec nich pewne zobowiązania. W marcu 1947 roku do El Paso przybyły żony i rodziny niemieckich naukowców44. W miarę jak członkowie rakietowego zespołu Wernhera von Brauna osiedlali się na stałe i zakładali domy, nie można było pominąć i jego samego. Poprzedniej jesieni, 7 listopada 1946 roku, von Braun poinformował o swych zaręczynach z Marią Luizą von Quistorp i zwrócił się z prośbą o wyrażenie zgody na przyjazd narzeczonej i jej rodziców z Landshut w Niemczech do Fortu Bliss, gdzie małżeństwo miało zostać zawarte45.
Maria von Quistorp była osiemnastoletnią siostrą cioteczną Wernhera von Brauna. Jej ojciec, dr Alexander von Quistorp, był bratem matki von Brauna, Emmy z domu von Quistorp46. Maria była atrakcyjną, niebieskooką blondynką, obdarzoną wdziękiem właściwym niemieckiej arystokracji, do której oboje z Wernherem należeli. Po raz ostatni spotkali się zimą 1945 roku, kiedy Maria miała szesnaście lat, a jej rodzina uciekając przed nadciągającą armią sowiecką w pośpiechu przygotowywała się do opuszczenia swego domu nad Bałtykiem w północnych Niemczech i wyjazdu do miasteczka w pobliżu granicy holenderskiej. Nie była to pora na romantyczne rozmowy47.
W późniejszych latach von Braun opowiadał, jak to w wieku lat siedemnastu trzymał w ramionach swą nowo narodzoną kuzynkę podczas uroczystości chrztu w kościele luterańskim. „W tej właśnie chwili – mówił – popatrzyłem w jej oczy i postanowiłem, że zostanie moją żoną”48. Była to piękna historia, ale z rodzaju tych, jakie się opowiada wnukom. Wprawdzie von Braun w wieku trzydziestu czterech lat nie był jeszcze żonaty, nie ominęły go jednak romantyczne związki. Był czas, kiedy przechwalał się, że jego przyjaciółką jest legendarna niemiecka pilotka Hanna Reitsch49. Spotkali się jako nastolatkowie latem 1932 roku na szkoleniu szybowcowym w ośrodku treningowym Grunau (Jeżów Sudecki) na Śląsku50. Pozostali przyjaciółmi do końca życia, Hanna związała się jednak z generałem Luftwaffe, Robertem Ritterem von Greimem, a w ostatnich dniach wojny znalazła się w najbliższym kręgu Hitlera51, 52.
Najpoważniejszy chyba związek łączył von Brauna z Dorothee Brill, dwudziestosiedmioletnią mieszkanką Berlina, urodzoną w Tybindze, w południowo-zachodnich Niemczech. 5 kwietnia 1943 r. von Braun złożył oficjalne podanie do SS-Rasse-und Siedlungshauptamt (SS-RuSHA, Centralny Urząd SS do spraw Rasy i Osiedlenia) o zgodę na małżeństwo z Dorothee53. W aktach von Brauna jest to pierwsza i jedyna o niej wzmianka.
Czy wśród przodków Dorothee SS-RuSHA doszukało się Żydów, co z genetycznego punktu widzenia czyniłoby ją osobą niewłaściwą do poślubienia von Brauna? Czy zawarli małżeństwo? Czy Dorothee padła ofiarą ciągłych nalotów na Berlin? A może po prostu miłość wygasła? Odpowiedź pozostaje tajemnicą, podobnie jak wiele innych spraw z życia Wernhera von Brauna przed jego przybyciem do Ameryki; tak postanowił on sam, a przyjaciele i koledzy okazali się dyskretni. Na dodatek w wyniku wojny i następującego po niej podziału Niemiec tamtejsze archiwa uległy zniszczeniu.
W pierwszych miesiącach po zakończeniu wojny rodzice Wernhera von Brauna zdołali przedostać się z sowieckiej strefy okupacyjnej Niemiec do obozu Overcast w Landshut, w strefie amerykańskiej. Maria von Quistorp znalazła się w strefie brytyjskiej, ale miała kontakt z von Braunami przebywającymi w Landshut54. Los jej ojca nie był znany aż do września 1948 roku55; później poinformowano, że Alexander von Quistorp przebywa w obozie jenieckim we wschodniej strefie Niemiec56. Starszy z braci von Braunów stał się opiekunem Marii. Jego ojciec pośredniczył w planowaniu ich związku, który miał zapewnić bezpieczeństwo Marii, a synowi szczęście54, 57.
Wśród Niemców przewiezionych do Stanów Zjednoczonych prócz von Brauna było wielu ludzi samotnych, którym też marzyły się przyjemności domowego życia na łonie rodziny. W zniszczonych, pobitych i podzielonych między zwycięzców Niemczech nie brakowało z kolei samotnych, młodych i pozbawionych szans kobiet, które chętnie wyjechałyby do Stanów Zjednoczonych i poślubiły praktycznie nieznanych im mężczyzn, byle tylko uniknąć ponurej przyszłości. Wojsko nie zamierzało jednak zajmować się wysyłką narzeczonych dla swych niemieckich DASE, nie wyłączając von Brauna. Jeżeli von Braun lub ktokolwiek inny chce się żenić, może to zrobić w Niemczech i przywieźć żonę do Teksasu.
Wernher von Braun wyruszył do Niemiec 14 lutego 1947 roku58. Pobrali się z Marią 1 marca 1947 roku w kościele luterańskim w Landshut59. W El Paso dowiedziano się o tym dwa dni później, kiedy „El Paso Herald Post” opublikował tekst pt. „Historia małżeństwa Wernhera von Brauna, jego osiągnięcia w budowie rakiet w Niemczech oraz przeszłość jego rodziny”44.
26 marca 1947 roku Wernher von Braun wrócił do Fortu Bliss w towarzystwie swej młodej żony i rodziców. Był tam już jego brat Magnus, a więc większość członków rodziny von Braunów stała się imigrantami. Jedynie brat Sigismund, były przedstawiciel dyplomatyczny w Watykanie, pozostał w Niemczech, gdzie pracował jako tłumacz w Międzynarodowym Trybunale Wojskowym w Norymberdze60.
Maria wniosła szczęście w życie von Brauna, ale i z punktu widzenia jej osobistej kariery małżeństwo było posunięciem znakomitym. Jeden z kolegów Wernhera z niemieckiego zespołu, Ernst Stuhlinger, powiedział o niej: „Od samego początku wszyscy uwielbiali Marię za jej młodzieńczą urodę i wdzięk, ale też głęboko ją szanowali, gdyż rolę pierwszej damy pełniła z wielką godnością”48.
Historia niemieckich ekspertów rakietowych, tak jak przedstawiano ją w gazetach wydawanych w El Paso, zaczynała przybierać zdumiewający obrót:
„Niemieccy uczniowie śpiewają Eyes of Texas; chętnie recytują ślubowanie na amerykański sztandar” („El Paso Herald Post”, 5 sierpnia 1947 roku)61.
„Konkursy Speak English (Mów po angielsku) pomagają w amerykanizacji niemieckich dzieci” („El Paso Herald Post”, 6 sierpnia 1947 roku)62.
„Naukowcy nie ubiegają się o obywatelstwo” („El Paso Times”, 27 lipca 1947 roku). W odpowiedzi na krytyczne uwagi, że niemieccy eksperci rakietowi starają się o obywatelstwo Stanów Zjednoczonych, rzecznik Departamentu Stanu oznajmił, że nikt z nich takiego wniosku nie składał i w ciągu najbliższych dwóch lat nikt nie będzie miał prawa tego zrobić63. Sytuacja miała ulec zmianie już po trzech miesiącach.
„72 spośród niemieckich naukowców pracujących nad V-2 ubiega się o obywatelstwo” („El Paso Times”, 5 listopada 1947 roku). 72 Niemców objętych projektem „Spinacz” złożyło podania o obywatelstwo amerykańskie. Major Hamill poinformował, że zrobili to wszyscy Niemcy z Fortu Bliss uprawnieni do złożenia takiego wniosku, a pozostali, którzy jeszcze nie nabyli takiego prawa, zadeklarowali wolę zrzeczenia się obywatelstwa niemieckiego64.
W ciągu niespełna roku w oczach prasy, a zwłaszcza gazet wydawanych w El Paso, von Braun i jego rakietowi specjaliści przestali być grupą wrogich cudzoziemców, stając się szanowanymi, otoczonymi rodziną imigrantami oraz kandydatami na obywateli USA. Byli to już konkretni ludzie, normalni faceci, przynajmniej na tyle, na ile normalnym facetem może być ekscentryczny geniusz.
Oczywiście nie wszyscy Amerykanie mieli ochotę wybaczyć i zapomnieć, że Niemcy, którzy przybyli do Stanów Zjednoczonych pod ochronnym parasolem projektu „Spinacz”, byli pupilami nazistów. Gwałtowne protesty rozpoczęły się wkrótce po pierwszym spotkaniu Niemców z dziennikarzami. 30 grudnia 1946 roku grupa wybitnych postaci, a wśród nich Albert Einstein, polityk Richard Neuberger, działacz związkowy Philip Murray oraz przywódcy religijni – rabbi Stephen Wise i Norman Vincent Peale, przekazała prezydentowi Harry’emu S. Trumanowi protest: „Uważamy, że ludzie ci mogą stać się potencjalnie niebezpiecznymi nosicielami nienawiści rasowej i religijnej. Wysoka pozycja, jaką zajmowali jako członkowie i zwolennicy partii nazistowskiej, każe podać w wątpliwość stosowność przyznania im obywatelstwa amerykańskiego i powierzania kluczowych stanowisk w amerykańskich instytucjach przemysłowych, naukowych i edukacyjnych”65.
24 marca 1947 roku sekretarz wykonawczy Federacji Amerykańskich Uczonych W. A. Higenbotham także zwrócił się do prezydenta Trumana z żądaniem, by naukowców pracujących nad projektem „Spinacz” nie zatrudniano w przemyśle prywatnym i w szkolnictwie wyższym. „Wszelka przychylność okazana tego rodzaju jednostkom, nawet ze względów militarnych, jest zniewagą wobec ludzi wszystkich krajów, którzy tak niedawno walczyli ramię w ramię z nami; wobec uchodźców, których życie zrujnował nazizm; wobec naszych kolegów ze środowiska naukowego ziem do niedawna okupowanych oraz wszystkich tych, którzy cierpieli pod jarzmem narzucanym z pomocą tych właśnie ludzi” – pisał66. Zdaniem Federacji Amerykańskich Uczonych „masowy import naukowców jest niezgodny z dobrze pojmowanymi celami amerykańskiej polityki wewnętrznej i zagranicznej”67.
1 lipca 1947 roku „El Paso Times” donosił: „Niemieccy naukowcy z El Paso pod obstrzałem”. Kongresmen John D. Dingell, demokrata z Detroit, poinformował Izbę Reprezentantów o projekcie „Spinacz” i osobach, które w związku z nim znalazły się w Stanach Zjednoczonych.
– Nigdy nie przypuszczałem – powiedział Dingell – że ten kraj jest tak słaby intelektualnie, iż budując własny system obrony musi szukać pomocy u nazistowskich morderców.
Niemiec oznacza nazistę, nazista oznacza Niemca. Te dwa pojęcia są synonimami.
Z perspektywy półwiecza słowa Dingella mogą wydawać się surowe, wówczas jednak odzwierciedlały powszechne przekonanie, a niespełna dwa lata wcześniej wyrażały politykę państwa.
Nieco dalej komentarz „El Paso Times” brzmiał niepokojąco:
Brytyjska prasa ostrzegła, że niektórzy z naukowców budowali pociski rakietowe, które zabijały brytyjskie kobiety i dzieci; są i tacy, których obciążają zbrodnie wojenne poważniejsze niż te, za które gdzie indziej nazistów posyłano na szubienicę.
Przez kilka miesięcy w publikacjach zamieszczonych w „New York Times” ostrzegano Amerykanów, że wśród naukowców z El Paso znajdują się także niezwykle aktywni członkowie partii nazistowskiej68.
W tekście nie przytoczono konkretnych przykładów zbrodni wojennych. Nie podano też nazwisk aktywnych członków NSDAP.
Dla równowagi przedstawiono stanowisko wojska: eksperci rakietowi są zatrudnieni w siłach lądowych od ponad roku i „z technicznego oraz moralnego punktu widzenia w ocenie Departamentu Wojny wypadają zadowalająco”. Wskutek tego „stworzono im szersze możliwości badań naukowych”68.
Dla wojska sprawa stała się jasna: jeśli armia chce zatrzymać swych niemieckich naukowców w Stanach Zjednoczonych, musi pokazać, że są wzorowymi imigrantami, a przynajmniej zatrzeć ich nazistowską przeszłość.
ROZDZIAŁ DRUGI
Autoryzowana biografia
Byłem młodym chłopakiem, miałem dwadzieścia parę lat i po prostu nie zdawałem sobie sprawy z tego, co oznaczają zmiany we władzach politycznych. Mój ojciec okazał się mądrzejszy. Był przedtem odpowiednikiem sekretarza do spraw rolnictwa przy prezydencie Hindenburgu, ale gdy do władzy doszedł Hitler, zrezygnował ze wszelkich publicznych stanowisk. Ostrzegał mnie, że wszystko to skończy się tragicznie dla Niemiec i nie tylko dla nich. Byłem jednak zbyt pochłonięty rakietami, by zważać na jego ostrzeżenia.
Wernher von Braun1
Jak wiele znanych osobistości, Wernher von Braun bacznie kontrolował przedostające się do wiadomości publicznej informacje na temat jego przeszłości. Historię von Brauna opowiadano wiele razy. On sam gorliwie współpracował ze swymi licznymi biografami i przeglądał ich rękopisy, by uniknąć niedokładności. Kilkakrotnie też osobiście opowiadał o swoim życiu1, 2, 3, 4, 5. W razie potrzeby naginał fakty, od czasu do czasu wtrącał wygodne kłamstwa, ale czemuż miał tego nie robić, skoro zawsze tak postępowali politycy, gwiazdy filmowe, a także imigranci?
Prawie wszystko, co wiedziano na temat przybyłego do Ameryki Wernhera von Brauna, jego przodków oraz działalności na rzecz nazistowskich Niemiec, pochodziło od niego samego, jego przyjaciół i współpracowników, a także z ocalałych pozostałości archiwów państwowych. Wiele spraw pozostało nieznanych, ponieważ część archiwów zniszczyła wojna; inne zapewne świadomie niszczono później. Jeśli nawet przetrwały jakieś dokumenty, dla Sił Lądowych Stanów Zjednoczonych były one nieosiągalne, jako że powstały i znajdowały się w sowieckiej strefie okupacyjnej. W Ameryce von Braun zaczął swoje życie na nowo; w jego opowieściach o przeszłości najbardziej intrygujące jest nie to, co opowiadał albo wysnuł z własnej wyobraźni, lecz to, co pominął.
Amerykański imigrant był najczęściej człowiekiem z ludu, chłopem, Murzynem, którego sprzedano w niewolę. Rzadko zdarzało się, by szczęścia na nowej ziemi szukał arystokrata, który popadł w kłopoty. Wernhera von Brauna spotkało właśnie coś takiego.
Nazwisko rodowe von Braunów wywodzono od rycerza Henimanusa de Bruno, który w 1285 roku mieszkał w bawarskim mieście Branau. W następnych wiekach nazwisko przybierało formę Bruno, Brunowe, Bronav, de Bronne, Brawnaw oraz Braun. Potomkowie de Bruna przez setki lat byli właścicielami majątków ziemskich na Śląsku i w Prusach Wschodnich. Ojciec Wernhera von Brauna, Magnus Alexander Maksymilian baron von Braun (1878–1972) zgodnie z rodzinną tradycją posiadał majątki w obu prowincjach.
Matką Wernhera von Brauna była Emma von Quistorp (1886–1959). Jej przodków nie można wprawdzie wywieść z przeszłości równie odległej, jak w wypadku von Braunów, była to jednak rodzina w Niemczech bardzo znana. Von Quistorpowie pochodzili ze Szwecji, ale od kilkuset lat żyli na Pomorzu i w Meklemburgii; wśród członków rodu byli pastorzy luterańscy, profesorowie uniwersytetów, bankierzy i właściciele ziemscy.
Magnus baron von Braun poślubił Emmę von Quistorp w roku 1910. W następnym roku Emma urodziła pierworodnego syna Sigismunda. 23 marca 1912 roku w Wyrzysku k. Nakla w prowincji poznańskiej przyszedł na świat Wernher Magnus Maksymilian baron von Braun. W 1919 roku von Braunom urodził się trzeci syn, Magnus6.
Wernher urodził się dwa lata przed wybuchem I wojny światowej. Baron von Braun zajmował się w tym czasie swymi dobrami ziemskimi oraz pełnił urząd poznańskiego landrata. Dla Niemiec i dla von Braunów wojna zakończyła się katastrofą. Należącą do Niemiec prowincję poznańską w końcowym postanowieniu przyznano Polsce, to samo oczywiście spotkało położone w niej majątki barona von Brauna3. Główną siedzibą rodu stała się wtedy posiadłość barona koło Lwówka Śląskiego. Z dala od stołecznego Berlina von Braunowie wiedli tam życie spokojne, chronieni przed politycznymi i ekonomicznymi zamieszkami, które w latach dwudziestych przetaczały się przez miasta. W ciągu dziesięciu lat po zakończeniu I wojny światowej baron von Braun zdobywał wpływy polityczne; wreszcie otrzymał tekę ministra rolnictwa Republiki Weimarskiej. Spakował wtedy rodzinę i przeniósł się do Berlina6.
Zainteresowanie nauką i inżynierią Wernher von Braun wiązał z dniem swej konfirmacji w kościele luterańskim. W prezencie od matki dostał wtedy, na pamiątkę tego dnia, teleskop. Jak później pisał, ciąg dalszy był nieunikniony: „Stałem się więc astronomem amatorem, potem zainteresowałem się wszechświatem, a w ślad za tym – statkiem, który pewnego dnia zawiezie człowieka na Księżyc”3. Statkiem tym była oczywiście rakieta.
Z rakietą zaznajomili Wernhera von Brauna dwaj Niemcy, którym zależało na reklamie, Max Valier i Fritz von Opel. Valier pisał o podróży kosmicznej i napędzie rakietowym. Opel był konstruktorem samochodów, ale miał przy tym wyczucie dramaturgii i doceniał dobre chwyty reklamowe. Valier pozyskał Opla jako sponsora swych eksperymentów rakietowych. Rakiet na paliwo stałe lub prochowych używano w połowie lat dwudziestych do wystrzeliwania sygnałów świetlnych lub przerzucania lin w akcjach ratowniczych na morzu. Valier i Opel kupili gotowe rakiety prochowe i montowali je w samochodach wyścigowych, szybowcach i bojerach, dzięki czemu ustanawiali rekordy prędkości, robiąc jednocześnie reklamę samochodom Opla i pojazdowi kosmicznemu Valiera7.
Kiedy młody Wernher usłyszał o wyczynach Valiera i Opla, kupił w Berlinie u pobliskiego sprzedawcy ogni sztucznych pół tuzina rakiet. Przymocował je do wózka i takim pojazdem wybrał się na Tiergarten Allee, czyli na główną arterię komunikacyjną Berlina. Tam podpalił rakiety i natychmiast stracił kontrolę nad pojazdem, który pędził ulicą ciągnąc za sobą ogon płomieni. Przechodnie rozpierzchli się w panice, a początkującego eksperta rakietowego aresztowała policja. Na szczęście obyło się bez ofiar, a młody von Braun został oddany pod opiekę swego ojca, ministra rolnictwa.
Majątek i pozycja ojca oraz pobyt w stolicy otwarły przed młodym Wernherem dostęp do najlepszego wykształcenia, jakie mogły zaoferować Niemcy. Rodzice wysłali go do mieszczącego się w Berlinie gimnazjum z językiem wykładowym francuskim. Francuskiego nauczył się szybko, twierdząc, że zdolności językowe odziedziczył po matce. Oblał jednak matematykę i fizykę. Baron von Braun nie ukrywał niezadowolenia i zawiedziony przez syna, który nie spełnił jego nadziei, wysłał go do szkoły Hermanna Leitza. Szkoła leżała w pobliżu Weimaru, miała internat i znana była z wprowadzania nowych metod nauczania, bliskich kontaktów między uczniami i nauczycielami oraz wysokich wymagań.
W tej właśnie szkole, w czasopiśmie poświęconym astronomii, Wernher zobaczył kiedyś reklamę książki, którą zapamiętał jako Drogę ku planetom (była to przypuszczalnie Wege zur Raumschiffahrt opublikowana w 1929 roku) autorstwa Hermanna Obertha. Reklamę wypełniały obrazy ogromnej rakiety i odległego Księżyca. Wernher zamówił sobie egzemplarz, pewien, że dowie się w ten sposób, jak odbyć podróż w przestrzeń międzyplanetarną. Kiedy zajrzał do otrzymanej książki, osłupiał. Wypełniały ją równania matematyczne i tabele danych. Nigdy nie dowie się, jak dotrzeć w kosmos, chyba że nauczy się matematyki i fizyki. Bodziec był silny, a zastosowanie obu nauk oczywiste, Wernher zagłębił się więc w studiach i pomyślnie ukończył szkolną edukację3.
Wiosną 1930 roku Wernher von Braun wrócił do Berlina i zapisał się na studia inżynieryjne na berlińskiej politechnice (Technische Hochschule) w dzielnicy Charlottenburg8. Pod koniec lat dwudziestych w Niemczech, a zwłaszcza w Berlinie, więcej było młodych ludzi marzących o podróżach w kosmos i planujących budowę rakiet, które by ich tam zaniosły. W zrealizowaniu tych marzeń pomóc im miało założone przez nich Stowarzyszenie Podróży Kosmicznych (Verein kür Raumschiffahrt) czyli VfR. Po przyjeździe do Berlina Wernher aktywnie włączył się w działalność VfR. Tam też poznał młodego literata nazwiskiem Willy Ley. W późniejszych latach Ley, pierwszy historyk niemieckich badań rakietowych, tak zwięźle opisywał Wernhera von Brauna z czasów studenckich: „Fizycznie był wręcz doskonałym przykładem typu określanego niewiele lat później przez nazistów jako «aryjsko-nordycki». Miał jasnoniebieskie oczy i jasnoblond włosy, a jedna z moich krewnych porównywała go do słynnej fotografii lorda Alfreda Douglasa, otoczonego rozgłosem w stylu Oscara Wilde’a. Jego maniery, ukształtowane przez surowe wychowanie, były doskonałe”9.
Willy Ley znał w Niemczech każdego, kto poważnie interesował się rakietami; przedstawił też Wernhera patriarsze niemieckich badań rakietowych, Hermannowi Oberthowi, którego książka rozpaliła wyobraźnię von Brauna w ostatnim roku jego pobytu w szkole średniej. Oberth był akurat w Berlinie, ponieważ testował zaprojektowany przez siebie silnik rakietowy. Pierwsza rozmowa odbyła się przypuszczalnie przez telefon i von Braun natychmiast wykorzystał okazję.
– Jestem jeszcze studentem politechniki – powiedział Oberthowi – i mogę ofiarować jedynie wolny czas i entuzjazm, ale może przydałbym się na coś?
Oberth, który finansował swoje badania nie z własnej kieszeni, lecz dzięki dotacjom, też skorzystał z okazji. – Oczywiście. – Proszę przyjść – powiedział i w taki sposób Wernher von Braun zyskał w osobie Hermanna Obertha swego pierwszego nauczyciela techniki rakietowej3.
Hermann Oberth urodził się w 1894 roku w Siedmiogrodzie, w odległym zakątku cesarstwa austro-węgierskiego. Podobnie jak jego ojciec, zdecydował się na studia medyczne i wstąpił na uniwersytet w Monachium. Pierwsza wojna światowa przerwała jego edukację, a kiedy zakończył służbę w jednostce ambulansów polowych, rozstał się z medycyną. Ponadto po zakończeniu wojny Siedmiogród stał się częścią Rumunii, czyli strony nieprzyjacielskiej wobec Niemiec; dla Niemiec, choć nie dla kultury niemieckiej, Oberth stał się więc cudzoziemcem. Wrócił jednak do Niemiec, by kontynuować studia matematyczno-fizyczne. Pisząc swą rozprawę doktorską przeprowadził samodzielne, teoretyczne studia nad rakietami jako statkami kosmicznymi. Był to temat, który fascynował go od dzieciństwa. Na uniwersytecie w Heidelbergu jego pracę odrzucono, na czym zaważyły zapewne niedostatki samej teorii Obertha; można jednak sądzić, że i tamtejszemu środowisku naukowemu zabrakło wyobraźni, by ją zaakceptować.
Oberth nigdy nie zapomniał, że niemieckie autorytety naukowe nie chciały go bezstronnie wysłuchać; nie pozwolił jednak, by jego koncepcja podróży kosmicznych poszła w zapomnienie. Własnym sumptem wydał swoją pracę pod tytułem Die Rakete zu den Planetenraumen (Rakietą w przestrzenie międzyplanetarne). Cienka książeczka zdobyła zdumiewającą popularność, a Obertha otoczyła grupa młodych członków VfR, którzy marzyli o budowaniu rakiet. Zainteresowanie ze strony środowisk spoza głównego nurtu nauki było dla Obertha bardzo ważne; w 1929 r. opublikował znacznie rozszerzoną wersję swej książki, zatytułowaną Wege zur Raumschiffahrt (Drogi do podróży w kosmos), która zwróciła uwagę młodego Wernhera von Brauna10.
W tym samym 1929 roku Oberth, który dotychczas był nauczycielem w szkole średniej w Rumunii, wziął urlop i wyjechał do Berlina, gdzie wszedł w dość osobliwą spółkę z wielkim niemieckim reżyserem Fritzem Langiem. Lang kręcił film Frau im Mond (Kobieta na Księżycu) o podróży załogową rakietą na Księżyc. W celu dodania filmowi posmaku autentyczności Lang zatrudnił Obertha i Willy’ego Leya jako doradców technicznych i namówił Obertha, by zbudował rakietę i odpalił ją 15 października 1929 roku, w dniu premierowego pokazu filmu. Film Frau im Mond odniósł wielki sukces, jednak rakieta nigdy nie została ukończona. Oberth był wspaniałym teoretykiem, ale do skonstruowania rakiety zabrakło mu praktycznych umiejętności11.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
