Wernher von Braun - Dennis Piszkiewicz - ebook

Wernher von Braun ebook

Dennis Piszkiewicz

0,0
55,00 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Krytyczna biografia Wernhera von Brauna – twórcy rakiety V-2, „cudownej broni” Trzeciej Rzeszy, która zapoczątkowała rozwój nowoczesnych rakiet i lotów kosmicznych. Po wojnie von Braun stał się jednym z głównych architektów amerykańskiego programu kosmicznego, zwieńczonego lądowaniem na Księżycu. Autor, korzystając z utajnionych dokumentów i świadectw więźniów obozów koncentracyjnych, pokazuje cenę, jaką zapłacono za ten technologiczny postęp, oraz moralne kompromisy jego twórcy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Słowo wstępne

Rolę gwiazdy w świe­cie nauki Wer­n­her von Braun odgry­wał lepiej niż kto­kol­wiek inny w jego epoce, nie wyłą­cza­jąc Alberta Ein­ste­ina. Histo­rię swoją wie­lo­krot­nie opo­wia­dał oso­bi­ście, opo­wia­dali ją także jego przy­ja­ciele, kole­dzy i wiel­bi­ciele. Życie von Brauna wyglą­dało w tych opo­wie­ściach tak, jak przed­sta­wił je sam boha­ter, a więc tajem­nicą pozo­stało wiele infor­ma­cji o jego wcze­śniej­szej karie­rze w hitle­row­skich Niem­czech. A były tam sprawy, jakie mogły prze­ra­zić wielu jego wiel­bi­cieli i ludzi, na któ­rych mu zale­żało.

Wer­n­her von Braun żył sześć­dzie­siąt pięć lat i w swym dąże­niu ku prze­strzeni kosmicz­nej zetknął się z wie­loma tech­nicz­nymi, poli­tycz­nymi i moral­nymi pro­ble­mami XX wieku. Ame­ry­ka­nie wie­dzą, że dla hitle­row­skich Nie­miec von Braun zapro­jek­to­wał pocisk rakie­towy V-2. Więk­szość spo­łe­czeń­stwa przy­jęła do wia­do­mo­ści jego tłu­ma­cze­nie, że był wtedy czło­wie­kiem mło­dym, naiw­nym i że pra­co­wał dla nazi­stów, by reali­zo­wać swój wła­sny cel, chciał budo­wać rakiety do bada­nia prze­strzeni kosmicz­nej, nie iden­ty­fi­ku­jąc się z nazi­stow­skimi ide­ami. Po klę­sce Trze­ciej Rze­szy von Braun przy­był do Ame­ryki, gdzie naj­pierw kon­stru­ował dla wojsk lądo­wych poci­ski rakie­towe będące pod­stawą uzbro­je­nia w cza­sach zim­nej wojny, a potem two­rzył dla NASA ogromne rakiety, które miały wynieść Ame­rykę w prze­strzeń kosmiczną i zawieźć na Księ­życ astro­nau­tów z Apolla.

Wielu ludzi do dziś pamięta stwo­rzony przez Wer­n­hera von Brauna wła­sny wize­ru­nek: ary­sto­kra­tyczny wygląd, lekki nie­miecki akcent, świa­do­mość wła­snej pozy­cji, abso­lutna wiara w naukę i tech­nikę oraz pew­ność, że podróże kosmiczne są nie tylko moż­liwe, ale wręcz nie­unik­nione. Swoje prze­sła­nie pre­zen­to­wał w tele­wi­zji, przed Kon­gre­sem i pod­czas uni­wer­sy­tec­kich wykła­dów. Był auto­rem nie­skoń­czo­nej ilo­ści arty­ku­łów i ksią­żek, kon­se­kwent­nie poświę­co­nych dąże­niu ku kosmo­sowi. Pra­co­wał dla Sta­nów Zjed­no­czo­nych jako inży­nier i ener­giczny mene­dżer, ale naj­więk­szy wysi­łek wło­żył w reali­zo­wa­nie wła­snych celów. Był pro­ro­kiem epoki kosmicz­nej i czło­wie­kiem, który sprze­dał Księ­życ.

Autor książki Wer­n­her von Braun. Rakiety, ter­ror i chwała opo­wiada o pracy von Brauna dla wojsk lądo­wych i dla NASA, a także o 30 latach nie­zmor­do­wa­nego lan­so­wa­nia przez niego podróży kosmicz­nych. Ana­li­zuje jed­nak też jego nazi­stow­ską prze­szłość, którą bar­dzo sta­rał się ukryć. Przy­po­mina lata, kiedy von Braun kon­stru­ował w Niem­czech poci­ski V-2, był człon­kiem nazi­stow­skiej par­tii i SS, pono­sząc współ­od­po­wie­dzial­ność za zbrod­nie nazi­zmu; mówi o ukry­wa­niu prze­szło­ści po imi­gra­cji do Sta­nów Zjed­no­czo­nych i o tym, jak nie­uchron­nie musiał roz­wiać się mit, który Wer­n­her von Braun tak sta­ran­nie wokół sie­bie budo­wał.

Podziękowania

W odtwo­rze­niu histo­rii Wer­n­hera von Brauna pomo­gło mi wiele zna­ko­mi­tych insty­tu­cji. Chcę tu podzię­ko­wać Orange County Public Library, Los Ange­les County Public Library, Cen­trum Szy­mona Wie­sen­thala w Los Ange­les, biblio­tece Cali­for­nia State Uni­ver­sity w Ful­ler­ton, biblio­tece Uni­ver­sity of Cali­for­nia w Irvine oraz Biblio­tece Kon­gresu. Dzię­kuję też pra­cow­ni­kom Natio­nal Archi­ves w Waszyng­to­nie, kie­row­nic­twu NASA w Waszyng­to­nie, Red­stone Arse­nal, Cen­trum Lotów Kosmicz­nych im. Mar­shalla oraz Fre­edom of Infor­ma­tion Offi­ces Sił Lądo­wych Sta­nów Zjed­no­czo­nych i FBI.

Za pomoc w odna­le­zie­niu i udo­stęp­nie­nie archi­wal­nych foto­gra­fii dzię­kuję Cen­trum Lotów Kosmicz­nych im. Mar­shalla, Red­stone Arse­nal, kie­row­nic­twu NASA w Waszyng­to­nie, Natio­nal Archi­ves oraz Natio­nal Air and Space Museum Smi­th­so­nian Insti­tu­tion.

Pracę tę mogłem zre­ali­zo­wać dzięki pomocy wielu osób; dzię­kuję zwłasz­cza Aaro­nowi Bre­it­bar­towi z Cen­trum Szy­mona Wie­sen­thala w Los Ange­les za udo­stęp­nie­nie mi akt doty­czą­cych Wer­n­hera von Brauna i jego zespołu rakie­to­wego. Mam dług wdzięcz­no­ści wobec rodziny Kay­lo­rów – Marvina, Wilmy i oczy­wi­ście P. J. za ich pomoc w postaci rad, uwag kry­tycz­nych i korekty. Dzię­kuję także Eri­kowi Knabe, który prze­czy­tał ręko­pis i przed­sta­wił mi swój punkt widze­nia na opi­saną przeze mnie histo­rię.

Preludium: Rakieta

Roz­po­czął się długo przy­go­to­wy­wany atak na Anglię poci­skami bez­za­ło­go­wymi. Jego celem był obszar Wiel­kiego Lon­dynu.

Rakieta to budzące podziw osią­gnię­cie tech­niczne. […] Mak­sy­malna pręd­kość wyno­siła około 4000 mil na godzinę, a cały lot trwał nie wię­cej niż 3–4 minuty.

Win­ston S. Chur­chill1

Kolumna pojaz­dów pierw­szej bate­rii 485 rucho­mego pod­od­działu arty­le­rii Wehr­machtu posu­wała się w kie­runku skrzy­żo­wa­nia dróg na pery­fe­riach Hagi. Jej ładu­nek był efek­tem marzeń i twór­czej pracy, ale ozna­czał znisz­cze­nie, ter­ror i śmierć2,3. Pochód otwie­rały trzy pojazdy gąsie­ni­cowe holu­jące spe­cjalne przy­czepy; na każ­dym z pojaz­dów jechał oddział obsługi, a na każ­dej przy­cze­pie pocisk o dłu­go­ści pra­wie czter­na­stu metrów i śred­nicy ponad pół­tora metra. Za nimi podą­żały trzy cysterny; jedna z pali­wem alko­ho­lo­wym, druga z cie­kłym tle­nem, trze­cia z zapa­sem paliwa i wypo­sa­że­niem, a po nich cię­ża­rówka wio­ząca gene­ra­tor elek­tryczny i druga – zała­do­wana urzą­dze­niami napro­wa­dza­ją­cymi. Pochód zamy­kały samo­chody dowo­dze­nia, w któ­rych jechali ofi­ce­ro­wie3. Druga bate­ria 485 rucho­mego pod­od­działu rów­nież prze­miesz­czała się na pozy­cję na pobli­skim skrzy­żo­wa­niu. Każda z bate­rii mogła wystrze­lić trzy poci­ski, tego dnia miały jed­nak odpa­lić tylko po jed­nym.

Żoł­nie­rze usta­wili płytę star­tową na dro­dze i nadali poci­skowi taką pozy­cję, by po star­cie skie­ro­wał się na zachód. Pod­je­chały cysterny, które miały zaopa­trzyć go w paliwo. Parę godzin póź­niej cię­ża­rówki i obsługa odsu­nęły się na bez­pieczną odle­głość – na wypa­dek, gdyby zda­rzyło się coś nie­ocze­ki­wa­nego. Jedy­nym łącz­ni­kiem mię­dzy poci­skiem i obsłu­gu­ją­cymi go ludźmi były kable bie­gnące od niego do cię­ża­ró­wek z gene­ra­to­rem i urzą­dze­niami ste­ru­ją­cymi. Dolną część poci­sku, na wyso­ko­ści zbior­nika z cie­kłym tle­nem, oto­czył sze­roki pas bia­łego szronu, powsta­łego z zawar­tej w powie­trzu wil­goci. W pobliżu tyl­nej czę­ści tlen ucho­dzący przez otwór wylo­towy ozię­bił wil­gotne powie­trze, two­rząc małą, kłę­biącą się chmurkę, która znik­nęła po zamknię­ciu zaworu.

Snop iskier strze­lił przez chmurę u dołu poci­sku, odbi­ja­jąc się od stoż­ko­wego deflek­tora, i roz­sy­pał się na powierzchni drogi. Opa­dły dwa prze­wody star­towe, łączące pocisk z zie­mią. Iskry z sil­nika zmie­niły się w poma­rań­czowy pło­mień nada­jący strasz­liwą moc dwu­dzie­stu pię­ciu ton ciągu. 8 wrze­śnia 1944 roku, o godzi­nie 18.38, V-2 uniósł się z płyty star­to­wej, bły­ska­wicz­nie nabrał pręd­ko­ści i wtar­gnął w histo­rię. Pocisk i towa­rzy­szący mu grzmot zni­kły w oddali, w kie­runku zacho­dzą­cego słońca, pozo­sta­wia­jąc za sobą smugę skon­den­so­wa­nych, gęstych spa­lin4. Kilka sekund póź­niej drugi pocisk wzniósł się z pobli­skiego skrzy­żo­wa­nia na przed­mie­ściach Hagi.

Tego samego dnia, dwie­ście mil na zachód, w znę­ka­nym Lon­dy­nie pano­wało poczu­cie bez­pie­czeń­stwa, a nawet spo­koju. Cztery mie­siące wcze­śniej siły alianc­kie doko­nały uwień­czo­nej suk­ce­sem inwa­zji na kon­ty­nent, pod­czas któ­rej znisz­czono lub zdo­byto pochyl­nie wyrzutni, uży­wa­nych przez Luft­waffe do wystrze­li­wa­nia samo­lo­tów-poci­sków (lata­ją­cych bomb) V-1 w kie­runku Lon­dynu5. Mia­stu nie zagra­żała już bez­za­ło­gowa broń nio­sąca śmierć i znisz­cze­nie. Wie­czo­rem 8 wrze­śnia 1944 roku miesz­kańcy Lon­dynu spo­koj­nie wra­cali z pracy do domów albo szy­ko­wali wie­czorny posi­łek.

Pięć­dzie­siąt osiem sekund po star­cie, zgod­nie z pla­nem, obsługa nadała sygnał radiowy odci­na­jący dopływ paliwa do sil­nika poci­sku i prze­ry­wa­jący spa­la­nie. V-2 leciał teraz lotem bez­wład­nym z pręd­ko­ścią ponad pię­ciu i pół tysiąca kilo­me­trów na godzinę i na­dal wzno­sił się wzdłuż krzy­wej bali­stycz­nej kie­ru­jąc się na zachód. Jego drogę wyzna­czały prawa fizyki – bez­wład­ność i gra­wi­ta­cja.

Bez żad­nego ostrze­że­nia o godzi­nie 18.43 w Chi­swick, nie­spełna dzie­sięć kilo­me­trów na zachód od cen­trum Lon­dynu, eks­plo­do­wała tona mate­riału wybu­cho­wego. W środku beto­no­wej nawierzchni drogi powstał lej ponad­dzie­się­cio­me­tro­wej śred­nicy; wybuch znisz­czył sześć sąsied­nich domów i poważ­nie uszko­dził co naj­mniej dwa razy tyle. Jesz­cze nie opadł gruz wyrzu­cony wybu­chem, a Lon­dyn usły­szał potężny, dwu­krotny grzmot, zda­niem wielu ludzi przy­po­mi­na­jący ude­rze­nie pio­runa. Była to podwójna fala ude­rze­niowa powstała w chwili, gdy pocisk V-2 na koń­co­wym odcinku swego lotu wcho­dząc z powro­tem do atmos­fery prze­kra­czał barierę dźwięku, i docie­ra­jąca dopiero po wybu­chu śmier­cio­no­śnego ładunku.

Kiedy do Chi­swick przy­były ekipy ratun­kowe, oka­zało się, że wybuch zabił trzy przy­pad­kowe osoby, a dzie­sięć ciężko zra­nił. Nowo­cze­sny, bali­styczny pocisk rakie­towy pochło­nął swoje pierw­sze ofiary.

Szes­na­ście sekund po eks­plo­zji w Chi­swick drugi V-2 ude­rzył w Epping, poło­żony około dwa­dzie­ścia cztery kilo­me­try na pół­nocny wschód od cen­trum Lon­dynu. Znisz­czył kilka drew­nia­nych bara­ków, ale nie spo­wo­do­wał żad­nych poważ­niej­szych strat ani ofiar2,3. Oba poci­ski wyce­lo­wane w Anglię poprze­dził wcze­śniej­szy, który tego samego ranka o godzi­nie 8.34 tra­fił w Paryż, ale, jak infor­mo­wano, obyło się tam bez więk­szych znisz­czeń6.

Podej­mu­jąc ostat­nią, despe­racką próbę odwró­ce­nia strasz­li­wymi bom­bar­do­wa­niami biegu wojny, przez następne sie­dem mie­sięcy nazi­stow­skie Niemcy wystrze­liły w kie­runku Anglii ponad 1300 poci­sków V-2. Kiedy uprząt­nięto gruzy i poli­czono zabi­tych, Anglicy doli­czyli się 518 V-2, które spa­dły na Lon­dyn, i 537, jakie eks­plo­do­wały w innych miej­scach kraju7. Zabiły one 2724 osoby, a poważ­nie raniły dal­szych 64678. 1265 poci­sków V-2 Niemcy wystrze­lili na Antwer­pię, a setki kolej­nych na Paryż i inne cele. Usta­le­nie dokład­nej liczby ofiar na kon­ty­nen­cie nie jest moż­liwe.

W zesta­wie­niu z ogól­nymi roz­mia­rami zagłady, spo­wo­do­wa­nej przez II wojnę świa­tową, liczba ofiar poci­sków V-2 była sto­sun­kowo nie­znaczna, co oczy­wi­ście nie umniej­sza wymiaru spo­wo­do­wa­nych przez nie ludz­kich tra­ge­dii. Ci, któ­rzy ginęli od poci­sków, byli po pro­stu ofia­rami ano­ni­mo­wych żoł­nie­rzy, zsy­ła­ją­cych z nieba bez­oso­bową śmierć. Minie wiele lat, zanim świat pozna nazwi­sko i twarz czło­wieka, który stwo­rzył V-2, a z cza­sem zmie­nił cha­rak­ter wojny. Miną dzie­siątki lat, nim ten sam czło­wiek odmieni nasze spoj­rze­nie na wszech­świat.

Rozdział pierwszy. Imigrant

ROZ­DZIAŁ PIERW­SZY

Imi­grant

Zawsze byłem i pozo­sta­łem Niem­cem.

Wer­n­her von Braun, 10 czerwca 1945 r.1

Młody czło­wiek, który wysiadł z samo­lotu trans­por­to­wego C-54, uwa­żał się za takiego samego imi­granta, jak wielu innych, któ­rzy przed nim przy­by­wali do Ame­ryki, by reali­zo­wać swoje marze­nia, budo­wać nowe życie, zosta­wia­jąc za sobą zbrod­nie prze­szło­ści. Przy­la­tu­jąc 18 wrze­śnia 1945 roku do woj­sko­wej bazy lot­ni­czej w Wil­ming­ton w sta­nie Dela­ware jakby naro­dził się na nowo, a ofi­cjalne oko­licz­no­ści tego przy­jazdu sta­no­wiły chrzest, który zmył grzech pier­wo­rodny jego wcze­śniej­szego życia2.

Przy­by­wał jed­nak nie jako czło­wiek wolny, lecz pod strażą Armii Sta­nów Zjed­no­czo­nych. Nale­żał do grupy pierw­szych sied­miu nie­miec­kich eks­per­tów rakie­to­wych, po któ­rych zja­wił się następny, więk­szy zespół ludzi ścią­gnię­tych w ramach ope­ra­cji „Pochmurne Niebo” (Over­cast), prze­mia­no­wa­nej póź­niej na pro­jekt „Spi­nacz” (Paperc­lip). Celem tej ope­ra­cji było wyko­rzy­sta­nie nie­miec­kiej wie­dzy tech­nicz­nej, a młody czło­wiek był naj­waż­niej­szym, choć wcale nie naj­star­szym człon­kiem grupy, którą kie­ro­wał w Niem­czech od samego początku, zanim jesz­cze nazi­ści doszli do wła­dzy. Nazy­wał się Wer­n­her von Braun3.

Następ­nego dnia sied­miu Niem­ców weszło na pokład samo­lotu DC-3, by odbyć sto­sun­kowo krótki prze­lot do Boston’s Logan Field4. Z lot­ni­ska dotarli woj­sko­wym samo­cho­dem do portu w Bosto­nie, a stam­tąd stat­kiem prze­byli osiem kilo­me­trów do Fort Strong na Long Island.

Fort Strong był pla­cówką wywiadu Wojsk Lądo­wych Sta­nów Zjed­no­czo­nych. Grupa Niem­ców miała tam przejść bada­nia i prze­słu­cha­nia, zresztą już po raz drugi; pierw­szy raz prze­słu­chi­wano ich kilka mie­sięcy wcze­śniej w Niem­czech, gdy pod­dali się armii ame­ry­kań­skiej. Po zamknię­ciu całej pro­ce­dury prze­słu­chań w woj­sku spo­rzą­dzono „Pod­sta­wowe teczki per­so­nalne”. Z akt Wer­n­hera von Brauna wynika, że miał trzy­dzie­ści cztery lata, 186 cm wzro­stu, 78 kg wagi, nie­bie­skie oczy, blond włosy i jasną cerę. Jako znaki szcze­gólne zano­to­wano bli­znę poope­ra­cyjną na lewym przed­ra­mie­niu i bli­znę na gór­nej war­dze5.

Von Braun z pew­no­ścią cie­szył się z przy­jazdu do Ame­ryki, ale jego stan fizyczny był marny. Poprzed­niej zimy, w ostat­nich dniach wojny, uległ wypad­kowi samo­cho­do­wemu, po któ­rym pozo­stały bli­zny wyli­czone potem w aktach per­so­nal­nych. Miał zgru­cho­tany bark, a lewe ramię, zła­mane w dwóch miej­scach, nie zostało pra­wi­dłowo zło­żone6. Nie nosił już wpraw­dzie para­li­żu­ją­cego ruchy opa­trunku gip­so­wego, ale ręka wciąż go bolała, szcze­gól­nie przy złej pogo­dzie. Na domiar złego przy­pusz­czal­nie jesz­cze przed opusz­cze­niem Europy naba­wił się zapa­le­nia wątroby3.

Dla zabi­cia czasu Niemcy grali w nie­skoń­czo­ność w mono­poly albo odby­wali dłu­gie jesienne spa­cery po pla­żach Long Island3. Nudne inter­lu­dium w For­cie Strong skoń­czyło się 1 paź­dzier­nika 1945 roku, kiedy nad­zór nad sied­mioma Niem­cami prze­jął major James P. Hamill. Tego samego dnia Depar­ta­ment Wojny w spe­cjal­nym komu­ni­ka­cie pra­so­wym poin­for­mo­wał spo­łe­czeń­stwo Ame­ryki o obec­no­ści w Sta­nach Zjed­no­czo­nych nie­miec­kich eks­per­tów w dzie­dzi­nie rakiet, a także innych spe­cja­li­stów obję­tych ope­ra­cją „Pochmurne Niebo”.

WYBITNI NIE­MIECCY NAUKOWCY SPRO­WA­DZENI DO USA

Sekre­tarz wojny zaapro­bo­wał plan, na pod­sta­wie któ­rego do naszego kraju spro­wa­dzani są wybitni naukowcy i tech­nicy nie­mieccy. Ope­ra­cja ta ma nam umoż­li­wić pełne wyko­rzy­sta­nie istot­nych osią­gnięć mają­cych żywotne zna­cze­nie dla naszego bez­pie­czeń­stwa naro­do­wego.

Prze­słu­cha­nia oraz ana­liza doku­men­tów, urzą­dzeń i obiek­tów sta­no­wią spo­sób wyko­rzy­sta­nia nie­miec­kich osią­gnięć nauko­wych i tech­nicz­nych. Aby nasz kraj mógł z tych zaso­bów w pełni korzy­stać, prze­wozi się do Sta­nów Zjed­no­czo­nych – na zasa­dzie dobro­wol­no­ści – pewną grupę sta­ran­nie wybra­nych naukow­ców i tech­ni­ków. Są to osoby zaj­mu­jące się dzie­dzi­nami, w któ­rych nie­miec­kie osią­gnię­cia mają dla nas szcze­gólne zna­cze­nie i w któ­rych ci wła­śnie spe­cja­li­ści ode­grali decy­du­jącą rolę.

W trak­cie swego cza­so­wego pobytu [pod­kre­śle­nie w ory­gi­nale] w Sta­nach Zjed­no­czo­nych nie­mieccy naukowcy i eks­perci tech­niczni objęci zostaną nad­zo­rem Depar­ta­mentu Wojny i będą wyko­rzy­sty­wani w odpo­wied­nich pro­jek­tach mili­tar­nych sił lądo­wych i mor­skich7.

Oświad­cze­nie to prze­szło w ame­ry­kań­skiej pra­sie prak­tycz­nie nie zauwa­żone. Dopiero rok póź­niej, kiedy woj­sko ujaw­niło szcze­góły i podało nazwi­ska nie­miec­kich naukow­ców, Ame­ry­ka­nie zare­ago­wali – i to zarówno pozy­tyw­nie, jak nega­tyw­nie.

Zada­niem majora Hamilla było zapo­cząt­ko­wa­nie pierw­szego w dzie­jach sił lądo­wych pro­gramu budowy poci­sków kie­ro­wa­nych; miał więc już pierw­szych sied­miu pra­cow­ni­ków. Hamill zabrał von Brauna do Waszyng­tonu, na spo­tka­nie z wyż­szymi ofi­ce­rami służb uzbro­je­nia sił lądo­wych. Pozo­sta­łych sze­ściu Niem­ców wysłał na poli­gon doświad­czalny w Aber­deen w sta­nie Mary­land. Na począ­tek mieli przej­rzeć i upo­rząd­ko­wać sie­dem ton doku­men­tów tech­nicz­nych, które w pośpie­chu spa­ko­wali i zabrali ze sobą z dowódz­twa ope­ra­cyj­nego w Peenemünde w trak­cie zor­ga­ni­zo­wa­nego odwrotu przed zbli­ża­jącą się Armią Sowiecką4.

Hamill i von Braun spę­dzili w Waszyng­to­nie kilka dni, dys­ku­tu­jąc o rakie­tach z woj­sko­wymi dostoj­ni­kami, po czym udali się na Union Sta­tion, skąd roz­po­częli pierw­szy, kole­jowy etap swej podróży do El Paso w Tek­sa­sie przez St. Louis. W St. Louis Hamill zorien­to­wał się, że dostał bilety na pociąg wio­zący jedy­nie ran­nych wete­ra­nów 101 i 82 Dywi­zji Powietrz­no­de­san­to­wej. Umiesz­cza­nie von Brauna pomię­dzy ludźmi, któ­rzy odnie­śli rany w wal­kach z Niem­cami, wydało mu się nie­roz­sądne, zdo­łał więc, choć nie bez kło­po­tów, zdo­być miej­sca w zwy­kłym pociągu pasa­żer­skim.

Kiedy Hamill i von Braun wsie­dli, oka­zało się, że pociąg jest pełny, a ich miej­sca znaj­dują się w prze­ciw­le­głych koń­cach prze­działu. Zmar­twiło to majora, który miał roz­kaz nad­zo­ro­wać von Brauna i nie zezwa­lać mu na żadne roz­mowy z postron­nymi oso­bami. Ponie­waż jed­nak von Braun pozo­sta­wał w zasięgu wzroku, Hamill pogo­dził się z sytu­acją, jako że był to naj­szyb­szy spo­sób dotar­cia do celu.

Męż­czy­zna sie­dzący w pul­l­ma­now­skim wago­nie obok von Brauna o coś go zagad­nął i Nie­miec, jako osoba towa­rzy­ska, wdał się w roz­mowę. Akcent von Brauna łatwo było roz­po­znać, zain­try­go­wany sąsiad spy­tał go więc, skąd pocho­dzi.

– Ze Szwaj­ca­rii – skła­mał von Braun.

Oka­zało się, że sąsiad dobrze zna Szwaj­ca­rię. Zapy­tał von Brauna, czym się zaj­mo­wał.

Nie­miec wymi­ja­jąco odparł, że pra­co­wał w branży sta­lo­wej.

Ku roz­pa­czy von Brauna Ame­ry­ka­nin zaj­mo­wał się tą samą branżą i wyraź­nie chciał dowie­dzieć się cze­goś wię­cej o jego życiu i pracy w Szwaj­ca­rii. Von Braun impro­wi­zo­wał na tyle, na ile pozwa­lała mu skromna wie­dza zdo­byta w cza­sie pół­rocz­nego pobytu na stu­diach w Zury­chu i pod­czas wypraw tury­stycz­nych.

Czym kon­kret­nie zaj­mo­wał się w meta­lur­gii?

– Łoży­skami kul­ko­wymi.

Sąsiad von Brauna znał się i na łoży­skach kul­ko­wych.

Na szczę­ście dla von Brauna i Hamilla pociąg dotarł do Tek­sar­kany, gdzie wysia­dał roz­mówca Niemca. Poda­jąc rękę na poże­gna­nie, powie­dział:

– Gdyby nie wy, Szwaj­ca­rzy, wąt­pię, czy zdo­ła­li­by­śmy pobić Niem­ców8.

Major Hamill i Wer­n­her von Braun przy­byli do El Paso w Tek­sa­sie 3 paź­dzier­nika 1945 roku. Ich baza znaj­do­wała się w El Paso, w For­cie Bliss2. Von Brauna zakwa­te­ro­wano na noc w kwa­te­rze młod­szych ofi­ce­rów, gdzie prze­by­wał i Hamill, który mógł tym samym for­mal­nie spra­wo­wać nad nim nad­zór. Następ­nego ranka u von Brauna wystą­piły wyraźne objawy zaostrze­nia stanu zapal­nego wątroby i został przy­jęty do woj­sko­wego szpi­tala im. Wil­liama Beau­monta. Major Hamill prze­ka­zał szpi­tal­nemu chi­rur­gowi odpo­wie­dzial­ność za nad­zór nad von Brau­nem i mógł swo­bod­nie poświę­cić się swemu wła­ści­wemu zaję­ciu, czyli pracy nad pro­gra­mem poci­sków kie­ro­wa­nych dla wojsk lądo­wych9.

Leka­rze woj­sko­wego szpi­tala im. Wil­liama Beau­monta zale­cili von Brau­nowi bez­tłusz­czową dietę i kilka tygo­dni odpo­czynku. Pobyt w szpi­talu stał się dla niego zaska­ku­jąco przy­jemną odmianą. Tak o tym pisał:

Sądzi­łem, że spo­tkam się z wro­go­ścią jako eks­w­róg, a w dodatku „gruba ryba”. Nic takiego nie nastą­piło. W Ame­ryce, jak się zdaje, nie­dawni wro­go­wie nie żywią do sie­bie urazy, jak to czę­sto bywa u Euro­pej­czy­ków. […] Urzęd­nicy radzili mi zata­jać swą toż­sa­mość, ale nie mogłem ukryć swej kośla­wej angielsz­czy­zny. Żoł­nie­rze zorien­to­wali się, że jestem cudzo­ziem­cem, ale mówili o mnie „ten Holen­der” i zapra­szali do gry w karty10.

Mia­sto El Paso leży na naj­da­lej na zachód wysu­nię­tym skrawku Tek­sasu, gdzie wijąca się mię­dzy Tek­sa­sem i Sta­rym Mek­sy­kiem rzeka Rio Grande dociera do stanu Nowy Mek­syk. Rejon El Paso szczyci się naj­star­szą w Tek­sa­sie osadą, misją Nuestra Señora del Car­men leżącą w Ysleta, a zało­żoną w 1682 roku dla hisz­pań­skich imi­gran­tów i indiań­skich tubyl­ców. Tek­sas wszedł w skład Sta­nów Zjed­no­czo­nych w wyniku anek­sji w 1845 roku, a w roku 1848 w El Paso woj­sko zało­żyło Fort Bliss. Kiedy sto lat póź­niej przy­był tam Wer­n­her von Braun, El Paso było nie­wiel­kim mia­stem poło­żo­nym w środku rzadko zalud­nio­nego i słabo roz­wi­nię­tego ame­ry­kań­skiego Zachodu.

Dla Wer­n­hera von Brauna tam­tej­szy kra­jo­braz był mniej przy­ja­zny niż ludzie. Oto jak opi­sy­wał swoje pierw­sze wra­że­nia z pustyni:

Pew­nego wie­czoru […] patrzy­łem na słońce, które ponad ogromną prze­strze­nią pustyni zacho­dziło za góry Sacra­mento. Pasmo gór­skie było odda­lone ponad sto sześć­dzie­siąt kilo­me­trów, ale w czy­stym powie­trzu pustyni wyda­wało się bar­dzo bli­skie, nie­mal o rzut kamie­niem. Dla mych kon­ty­nen­tal­nych oczu, nawy­kłych do zie­lo­nych dolin i wzgórz środ­ko­wej Europy, był to widok osza­ła­mia­jący i wspa­niały, w głębi serca czu­łem jed­nak, że bar­dzo trudno byłoby mi wzbu­dzić w sobie szczere, emo­cjo­nalne przy­wią­za­nie do tego bez­li­to­snego, noszą­cego led­wie ślady wege­ta­cji kra­jo­brazu, który przy­tła­cza czło­wieka swymi roz­mia­rami11.

Woj­sko wybrało Fort Bliss jako ośro­dek dla badań rakie­to­wych, ale potrzebny był też poli­gon doświad­czalny, zde­cy­do­wano więc, że rakiety będą wystrze­li­wane na poli­gonie White Sands w doli­nie Tula­rosa, w sta­nie Nowy Mek­syk. Wyrzut­nia rakiet leżała pra­wie sześć­dzie­siąt kilo­me­trów na pół­noc od El Paso w linii pro­stej; dojazd drogą liczył około osiem­dzie­się­ciu kilo­me­trów. White Sands było dość odle­głe, ale ota­czały je ważne miej­sca histo­ryczne. Dokład­nie na pół­noc, w odle­gło­ści nie­spełna stu czter­dzie­stu kilo­me­trów, na pustyn­nym odlu­dziu leżało Tri­nity Site, gdzie w czerwcu poprzed­niego roku zespół fizy­ków nukle­ar­nych kie­ro­wany przez Jacoba Roberta Oppen­he­imera zde­to­no­wał pierw­szą bombę ato­mową. Sto dzie­więć­dzie­siąt kilo­me­trów na pół­nocny wschód od wyrzutni, w pobliżu Roswell, znaj­do­wało się Mesca­lero Ranch, skąd w latach trzy­dzie­stych odpa­lał swoje rakiety pio­nier ame­ry­kań­skich badań rakie­to­wych Robert Hut­chings God­dard12.

Kiedy von Braun w szpi­talu wra­cał do zdro­wia, major Hamill czy­nił przy­go­to­wa­nia do przy­ję­cia nie­miec­kich pra­cow­ni­ków. Poje­chał spraw­dzić, jak wyglą­dają prace przy­go­to­waw­cze w White Sands, ale zna­lazł tam jedy­nie dwie cha­łupy i nie­wiele ponadto8. Nie było to nowo­cze­sne cen­trum tech­niczne, jakim dys­po­no­wali Niemcy w Peenemünde, ale Peenemünde już nie ist­niało, bo zostało zbom­bar­do­wane przez RAF w sierp­niu 1943 roku13, a na początku 1945 roku Niemcy ogo­ło­cili je ze wszyst­kiego, co przed­sta­wiało jaką­kol­wiek war­tość14. Kilka dni póź­niej Hamill uznał, że ide­alną sie­dzibą dla nie­miec­kich spe­cja­li­stów rakie­to­wych byłby zespół pawi­lo­nów szpi­tala im. Wil­liama Beau­monta. Były to dość przy­jemne, kosza­rowe budynki poło­żone jesz­cze w obrę­bie strefy bez­pie­czeń­stwa. Po nego­cja­cjach prze­ka­zano je do dys­po­zy­cji majora9.

23 lutego 1946 roku przy­był do El Paso ostatni ze 118 nie­miec­kich spe­cja­li­stów rakie­to­wych, prze­wie­zio­nych do Sta­nów Zjed­no­czo­nych w ramach ope­ra­cji „Pochmurne Niebo”. (Jeden z człon­ków grupy, wkrótce po przy­jeź­dzie nie­stety zmarł; tym samym zespół zma­lał do 117 osób). Grupa otrzy­mała nazwę wydziału spe­cjal­nych pra­cow­ni­ków woj­ska (Depart­ment of the Army Spe­cial Employ­ees – DASE)15. Więk­szość nie­miec­kich człon­ków DASE zakwa­te­ro­wano w For­cie Bliss; grupę liczącą dwa­na­ście do pięt­na­stu osób wysłano nieco dalej na pół­noc, do White Sands, pole­ca­jąc im mon­to­wa­nie rakiet16. The Team, Zespół, jak ich nazy­wano, znów był w kom­ple­cie, gotów do dzia­ła­nia w nowym kraju17. Miał funk­cjo­no­wać w ten spo­sób – jako wyizo­lo­wana grupa, sza­no­wana, ale nie darzona sym­pa­tią – aż do chwili, kiedy pierwsi ludzie, rodo­wici Ame­ry­ka­nie, sta­nęli na Księ­życu.

Wpraw­dzie grupa nie­miec­kich eks­per­tów rakie­to­wych nie miała ofi­cjal­nej nazwy, jej człon­ko­wie, przy­ja­ciele i kry­tycy okre­ślali ją w póź­niej­szych latach jako The Team (Zespół), The Roc­ket Team (Zespół Rakie­towy), The Peenemünde Team (Zespół z Peenemünde) albo von Braun’s Team (Zespół von Brauna). Poza ope­ra­cją „Pochmurne Niebo” i innymi przed­się­wzię­ciami rzą­do­wymi, sta­no­wią­cymi jej kon­ty­nu­ację, grupa Niem­ców nie miała żad­nej for­mal­nej orga­ni­za­cji. W rze­czy­wi­sto­ści jed­nak człon­ków zespołu obo­wią­zy­wały surowe prawa i feu­dalna zależ­ność. Wszy­scy byli rodo­wi­tymi Niem­cami. Wszy­scy wcho­dzili w skład dzia­ła­ją­cego w nie­miec­kiej armii i kie­ro­wa­nego przez von Brauna zespołu do spraw badań rakie­to­wych, a nie­któ­rzy pra­co­wali tam od jego powsta­nia na początku lat trzy­dzie­stych. Wszy­scy byli szczę­śliwi mogąc żyć w cie­niu swego przy­wódcy i rzecz­nika, Wer­n­hera von Brauna, wobec któ­rego zacho­wy­wali cał­ko­witą lojal­ność.

Zespół powstał w paź­dzier­niku 1932 roku, gdy jego pierw­szy czło­nek i lider, dwu­dzie­sto­jed­no­letni Wer­n­her von Braun roz­po­czął pracę w ist­nie­ją­cej w nie­miec­kiej armii gru­pie do spraw bali­styki i amu­ni­cji. Zada­niem grupy było wyko­rzy­sta­nie rakiet na paliwo cie­kłe do celów mili­tar­nych. Z ramie­nia armii grupą kie­ro­wał puł­kow­nik, póź­niej gene­rał, Wal­ter Domber­ger18. Przez następne trzy­na­ście lat do zespołu, któ­rego dyrek­to­rem tech­nicz­nym był młody von Braun, tra­fiło kilka tysięcy naukow­ców i inży­nie­rów. Pod koniec II wojny świa­to­wej zespół roz­pro­szył się, a cen­trum tech­niczne w Peenemünde ule­gło znisz­cze­niu; jed­nak nie­wielka grupa pod kie­row­nic­twem von Brauna pod­dała się Armii Sta­nów Zjed­no­czo­nych i zaofe­ro­wała swoje usługi zwy­cięz­com. Armia ame­ry­kań­ska przy­jęła ofertę i zapro­po­no­wała sze­ścio­mie­sięczne kon­trakty dla 118 osób19.

Ponie­waż Stany Zjed­no­czone miały skromne doświad­cze­nie w kwe­stii rakiet, a żad­nego w zakre­sie dużych poci­sków rakie­to­wych w rodzaju V-2, zada­nie wyło­nie­nia naj­lep­szych fachow­ców z zespołu eks­per­tów, któ­rzy mogliby prze­ka­zać Ame­ry­ka­nom wie­dzę tech­niczną, powie­rzono lide­rowi grupy. Wybór, jakiego doko­nał von Braun, dowo­dzi zarówno jego lojal­no­ści, jak i zro­zu­mie­nia potrzeb woj­ska. Wśród 118 człon­ków zespołu, któ­rzy przy­byli do Fortu Bliss, zna­leźli się:

– Wal­ter Rie­del, inży­nier uczest­ni­czący w ama­tor­skich pró­bach rakie­to­wych w Niem­czech pod koniec lat dwu­dzie­stych i na początku trzy­dzie­stych. Jako jeden z pierw­szych roz­po­czął współ­pracę z von Brau­nem w bada­niach nad rakie­tami dla armii nie­miec­kiej18.

– Arthur Rudolph, rów­nież uczest­nik ama­tor­skich prób rakie­to­wych w Niem­czech, nie­mal od początku pra­cu­jący w zespole von Brauna w armii nie­miec­kiej20. Rudolph był dyrek­to­rem tech­nicz­nym w zakła­dach Mit­tel­werk w Niem­czech, pro­du­ku­ją­cych poci­ski V-2.

– Her­bert Axster, w cywilu praw­nik; pod­puł­kow­nik zwy­cię­żo­nej armii nie­miec­kiej21. Axster był sze­fem sztabu gene­rała Wal­tera Domber­gera, który przez trzy­na­ście lat kie­ro­wał pro­gra­mem budowy rakiet. Do zespołu z Peenemünde doszedł pod koniec II wojny świa­to­wej22.

– Magnus von Braun, młod­szy brat Wer­n­hera von Brauna; che­mik z wykształ­ce­nia, odpo­wia­dał za pro­duk­cję żyro­sko­pów do poci­sków V-223.

Niemcy, któ­rzy przy­byli do Sta­nów Zjed­no­czo­nych na cza­sowe kon­trakty w ramach ope­ra­cji „Pochmurne Niebo”, pozo­sta­wili za oce­anem swoje rodziny i naj­bliż­szych. Ich żony, dzieci i rodzi­ców umiesz­czono w zarzą­dza­nym przez woj­sko ame­ry­kań­skie obo­zie w bawar­skim mie­ście Land­shut. Stan­dard życia był tam wyż­szy niż gdzie indziej, a oko­liczni miesz­kańcy, nie­wpusz­czani do obozu, uwa­żali to za jawną dys­kry­mi­na­cję. Ope­ra­cja „Pochmurne Niebo” (Over­cast) była, czemu trudno się dzi­wić, publiczną tajem­nicą; sie­dzibę osób bli­skich naukow­com powszech­nie nazy­wano więc obo­zem Over­cast. Na sku­tek prze­cie­ków sytu­acja stała się dość krę­pu­jąca, poza tym pro­gram się roz­wi­jał i kon­kre­ty­zo­wał, tak więc 13 marca 1946 roku ope­ra­cja „Pochmurne Niebo” prze­kształ­ciła się w pro­jekt „Spi­nacz” (Paperc­lip)24.

Przy­jazd na inny kon­ty­nent, odmienny kli­mat i dieta na ame­ry­kań­skiej pustyni mogły nie­miec­kim naukow­com przy­spo­rzyć nieco kło­po­tów, od początku jed­nak byli gotowi pra­co­wać dla Armii Sta­nów Zjed­no­czo­nych. Poza tym ich sytu­acja nie tak bar­dzo się zmie­niła, ponie­waż w Niem­czech więk­szość z nich sta­no­wili cywile, zatrud­nieni przez woj­sko, dla któ­rego pro­wa­dzili bada­nia rakie­towe. Przez lata słu­chali roz­ka­zów i gotowi byli robić to na­dal. Zmie­nił się tylko roz­ka­zo­dawca25.

Szef działu tech­nicz­nego w biu­rze szefa uzbro­je­nia armii posta­wił przed nie­miec­kimi spe­cja­li­stami trzy zada­nia. Przede wszyst­kim mieli prze­szko­lić per­so­nel woj­skowy, prze­my­słowy i naukowy w pro­jek­to­wa­niu, kon­struk­cji i eks­plo­ata­cji rakiet i poci­sków kie­ro­wa­nych. Po dru­gie, zmon­to­wać poci­ski V-2 z czę­ści prze­wie­zio­nych drogą mor­ską z fabryki Mit­tel­werk w środ­ko­wych Niem­czech i wystrze­lić je na poli­go­nie White Sands. Po trze­cie, nie­miecki zespół miał zba­dać moż­li­wo­ści wyko­rzy­sta­nia rakiet do celów woj­sko­wych i badaw­czych. Woj­sko zawarło umowę z Gene­ral Elec­tric Com­pany w spra­wie pomocy tech­nicz­nej, a także po to, by uzy­skać pew­ność, że w pełni wyko­rzy­stano kwa­li­fi­ka­cje nowych pra­cow­ni­ków26.

Per­so­nel ame­ry­kań­ski miał wpraw­dzie spra­wo­wać kon­trolę nad cało­ścią ope­ra­cji, jed­nak to Niemcy, obe­znani z funk­cjo­no­wa­niem rakiet, prze­pro­wa­dzali próby na poli­go­nie. 15 marca 1946 roku, pod­czas testu naziem­nego, ich pierw­sza rakieta dzia­łała przez pięć­dzie­siąt sie­dem sekund, aż do wyczer­pa­nia paliwa. Mie­siąc póź­niej, 16 kwiet­nia, wystrze­lono drugi V-2, ale jego sil­nik wyłą­czono sygna­łem radio­wym po dzie­więt­na­stu sekun­dach, kiedy gwał­tow­nie odpa­dła brze­chwa sta­bi­li­zu­jąca (sta­tecz­nik)27,28. Pocisk osią­gnął wyso­kość około ośmiu kilo­me­trów. Pierw­szy zakoń­czony suk­ce­sem lot V-2 z poli­gonu White Sands nastą­pił 10 maja 1946 roku. Pocisk dotarł na zapla­no­waną wyso­kość ponad stu dwu­na­stu kilo­me­trów i poko­nał odle­głość około pięć­dzie­się­ciu kilo­me­trów27.

29 maja 1946 roku oka­zało się, że V-2 może wyrzą­dzić nie tylko fizyczne, ale i poli­tyczne szkody28. Pocisk wystrze­lony z poli­gonu White Sands wzniósł się zgod­nie z pla­nem, ale zamiast zato­czyć łuk na pół­noc, ku naj­dal­szej czę­ści poli­gonu, skie­ro­wał się na połu­dnie. Było jasne, że zawiódł sys­tem ste­ro­wa­nia żyro­sko­po­wego. Zwy­kła pro­ce­dura prze­wi­dy­wała, że w takim wypadku ofi­cer odpo­wie­dzialny za bez­pie­czeń­stwo pod­czas prób wyłą­cza sygna­łem radio­wym dopływ paliwa. Ofi­ce­rem do spraw bez­pie­czeń­stwa był Ernst Ste­in­hoff, czło­nek nie­miec­kiego zespołu von Brauna. Powi­nien był wydać pole­ce­nie prze­rwa­nia dopływu paliwa obsłu­gu­ją­cemu prze­kaź­nik mary­na­rzowi z labo­ra­to­rium badaw­czego mary­narki wojen­nej. Ste­in­hoff zda­wał sobie jed­nak sprawę, że jeśli V-2 zbyt wcze­śnie prze­rwie lot, spad­nie na zie­mię z ogrom­nym zapa­sem wybu­cho­wego paliwa, które roz­pry­śnie się w dużym pro­mie­niu na połu­dnie od White Sands, w rejo­nie miast El Paso lub Ciu­dad Juarez, jesz­cze dalej na połu­dnie od Rio Grande. Zde­cy­do­wał więc, że pocisk będzie leciał dalej aż do wyczer­pa­nia paliwa, po czym spad­nie na zie­mię w bez­lud­nym tere­nie na połu­dnie od Juarez, nie czy­niąc żad­nych szkód. Udało się, choć nie­wiele bra­ko­wało, by finał był inny.

V-2 roz­biło się o ska­li­ste wzgó­rze sąsia­du­jące z cmen­ta­rzem Tepayec, dwa i pół kilo­me­tra na połu­dnie od Juarez. Ener­gia kine­tyczna pustego poci­sku była jesz­cze tak wielka, że w miej­scu upadku powstał lej o głę­bo­ko­ści ponad dzie­wię­ciu i śred­nicy pięt­na­stu metrów.

Pod­puł­kow­nik Harold R. Tur­ner, dowódca poli­gonu doświad­czal­nego White Sands, natych­miast przy­stą­pił do bada­nia strat. Skon­tak­to­wał się z dowódcą mek­sy­kań­skiego stanu Chi­hu­ahua i dowie­dział się, że nie było żad­nych ofiar, a poza lejem w ziemi – żad­nych znisz­czeń. Mek­sy­kań­ski gene­rał miał zająć się ewen­tu­al­nymi pro­ble­mami natury dyplo­ma­tycz­nej, gdyby takie zaist­niały ze strony władz w Mek­syku – Waszyng­ton wyka­zał mniej wyro­zu­mia­ło­ści. Tur­ner rychło musiał tłu­ma­czyć się z tego incy­dentu przed sze­fem sztabu armii ame­ry­kań­skiej gen. Dwi­gh­tem D. Eisen­ho­we­rem i sekre­ta­rzem stanu Geo­r­gem C. Mar­shal­lem. Póź­niej sprawę wypadku badała ofi­cjalna komi­sja śled­cza, która potwier­dziła słusz­ność decy­zji Ste­in­hoffa.

Mniej­szy zakres odpo­wie­dzial­no­ści pozwa­lał na uprosz­czone oceny wyda­rze­nia. Pewien porucz­nik z White Sands cheł­pił się, że był człon­kiem pierw­szej jed­nostki armii ame­ry­kań­skiej, która wystrze­liła pocisk rakie­towy w kie­runku obcego pań­stwa. Po dru­giej stro­nie Rio Grande przed­się­biorcy mek­sy­kań­scy robili pie­nią­dze na V-2, zanim jesz­cze osty­gły jego szczątki. Jak dono­szono, już nie­spełna dzie­sięć minut po runię­ciu poci­sku można było kupić nie­zi­den­ty­fi­ko­wane kawałki metalu, jako pamiątki po V-2. Ernst Ste­in­hoff osza­co­wał, że han­dla­rze mek­sy­kań­scy sprze­dali co naj­mniej dzie­sięć do pięt­na­stu ton frag­men­tów poci­sku (czę­sto podej­rza­nie przy­po­mi­na­ją­cych kawałki puszek), który pusty, bez paliwa, ważył cztery tony29.

Głów­nym celem pro­jektu „Spi­nacz” było oczy­wi­ście prze­ję­cie tech­no­lo­gii zwy­cię­żo­nych Niem­ców przez ich nowych, ame­ry­kań­skich zwierzch­ni­ków. Oprócz pro­wa­dzo­nych w White Sands prak­tycz­nych poka­zów mon­tażu rakiet i ich odpa­la­nia, Niemcy w impo­nu­ją­cym tem­pie porząd­ko­wali doku­menty i spo­rzą­dzali raporty. Do 19 kwiet­nia 1946 roku major James Hamill nad­zo­ro­wał przy­go­to­wa­nie dwu­na­stu rapor­tów, które póź­niej roz­sy­łał do insty­tu­cji woj­sko­wych – od dowódz­twa w Waszyng­to­nie aż po labo­ra­to­rium napędu odrzu­to­wego w Pasa­de­nie w sta­nie Kali­for­nia30. A kiedy woj­sku bra­ko­wało wła­snych nowych pomy­słów w kwe­stii rakiet, dostar­czał ich Wer­n­her von Braun31.

W poło­wie 1946 roku mijał pierw­szy rok pobytu w Sta­nach Zjed­no­czo­nych wielu nie­miec­kich eks­per­tów i inży­nie­rów rakie­to­wych. Ze wzglę­dów bez­pie­czeń­stwa, a także dla­tego, że byli for­mal­nie, jak to póź­niej okre­ślono, „cudzo­ziem­cami bez doku­men­tów”, woj­sko surowo ogra­ni­czało ich podróże. Grupa prze­by­wa­jąca w For­cie Bliss mogła się poru­szać tylko w obrę­bie zamknię­tego terenu o powierzchni około dwóch i pół hek­tara. Wszel­kie wyjazdy były moż­liwe jedy­nie pod eskortą woj­ska32. Z począt­kiem wrze­śnia restryk­cje woj­skowe nieco zelżały; Niemcy otrzy­mali prze­pustki DASE, dzięki któ­rym mogli swo­bod­nie podró­żo­wać po całym rejo­nie El Paso. Pod koniec listo­pada woj­sko przy­słało im do pod­pisu kon­trakty, prze­dłu­ża­jące ich zatrud­nie­nie na następny rok33. Począt­kowo siły lądowe zamie­rzały zdo­być tech­no­lo­gię budowy rakiet na paliwo cie­kłe, a przede wszyst­kim poznać poci­ski V-2. Minął pierw­szy rok, minął następny, a potem zaczęły się dłu­gie lata zim­nej wojny. Stany Zjed­no­czone zatrzy­mały Niem­ców jako sta­łych pra­cow­ni­ków.

Obec­ność nie­miec­kich eks­per­tów rakie­to­wych w For­cie Bliss i w White Sands była od początku publiczną tajem­nicą, ale ist­niała realna groźba, że po przy­jeź­dzie z Nie­miec rodzin naukow­ców, co będzie ozna­czało dwu-, a nawet trzy­krotne powięk­sze­nie nie­miec­kiej kolo­nii, sprawa sta­nie się nie tylko powszech­nie znana, lecz także kło­po­tliwa i krę­pu­jąca. Armia prze­jęła ini­cja­tywę, przed­sta­wia­jąc mediom swych eks­per­tów rakie­to­wych jako pra­wo­myśl­nych pra­cow­ni­ków insty­tu­cji rzą­do­wej, wal­czą­cych o pokój i prze­ciw­dzia­ła­ją­cych komu­ni­zmowi.

Media chęt­nie pod­jęły temat. Wkrótce miesz­kańcy El Paso, a być może całych Sta­nów Zjed­no­czo­nych wie­dzieli o imi­gran­tach wię­cej niż zapewne chcie­liby wie­dzieć, choć docie­rały do nich wyłącz­nie infor­ma­cje zatwier­dzone przez woj­sko. Zma­so­wana medialna ofen­sywa była ćwi­cze­niem sta­ran­nie obli­czo­nej jaw­no­ści:

„Nie­mieccy naukowcy udzielą wywiadu. Nie­mieccy naukowcy, o któ­rych funk­cjo­na­riu­sze Fortu Bliss mówią szep­tem, odpo­wie­dzą wkrótce na pyta­nia repor­te­rów” („El Paso Herald Post”, 13 listo­pada 1946 roku)34. W latach Trze­ciej Rze­szy osoba Wer­n­hera von Brauna i jego bada­nia objęte były tajem­nicą pań­stwową. Spo­łe­czeń­stwo nie­miec­kie dowie­działo się o ist­nie­niu poci­sku rakie­to­wego V-2 dopiero w ostat­nich mie­sią­cach wojny i nikt z osób nie­po­wo­ła­nych nie sły­szał ni­gdy ani o Wer­n­he­rze von Brau­nie, ani o jego zespole. (Kiedy z koń­cem wojny von Braun oddał się w ręce Armii Sta­nów Zjed­no­czo­nych, repor­te­rzy roz­ma­wiali z nim i robili mu zdję­cia, szybko jed­nak o tym zapo­mniano. W Sta­nach Zjed­no­czo­nych jego osoba ponow­nie została objęta tajem­nicą pań­stwową).

Wer­n­her von Braun był bez wąt­pie­nia poru­szony tą jaw­no­ścią ame­ry­kań­skiej armii, ponie­waż potrze­bo­wał uzna­nia i miał wła­sne plany. Miał wystą­pić w świe­tle reflek­to­rów, jak dyry­gent przed swą orkie­strą.

„118 czo­ło­wych nie­miec­kich eks­per­tów od V-2 prze­bywa w E.P. – kon­struk­to­rzy taj­nej broni nazi­stów pra­cują w USA” („El Paso Times”, 4 grud­nia 1946 roku)34. Tego samego dnia „El Paso Herald Post” zamie­ścił tekst ilu­stro­wany zdję­ciami przed­sta­wia­ją­cymi uzu­peł­nia­nie paliwa w poci­sku V-2.

„Nie­mieccy naukowcy opo­wia­dają, jak z małej, eks­pe­ry­men­tal­nej rakiety powstał pocisk V-2” („El Paso Herald Post”, 5 grud­nia 1946 roku). W opu­bli­ko­wa­nym na pierw­szej stro­nie arty­kule Wer­n­her von Braun wyja­śniał dzien­ni­ka­rzom histo­rię budowy V-2 i pod­da­nia się całego jego zespołu ame­ry­kań­skiej armii. Na temat wyko­rzy­sta­nia poci­sków w cza­sie wojny nie­wiele miał do powie­dze­nia35.

„Próby V-2 udane w 33%” („El Paso Times”, 6 grud­nia 1946 roku). Treść arty­kułu kory­go­wała infor­ma­cję zawartą w tytule; stwier­dzono w niej mia­no­wi­cie, że 33 pro­cent prób wystrze­le­nia poci­sków V-2 z poli­gonu White Sands nie udało się, co ozna­czało, że pozo­stałe 67 pro­cent zakoń­czyło się suk­ce­sem. Wer­n­her von Braun spę­dził trzy godziny w ogniu pytań repor­te­rów na temat rakiet, po czym zapo­wie­dział swój rychły ślub z Marią Luizą von Quistorp. Zda­niem Niem­ców cere­mo­nia mia­łaby się odbyć pod „skrzy­żo­wa­nymi rakie­tami”36.

„Pocisk rakie­towy V-2 usta­na­wia nowy rekord pręd­ko­ści”. W tym samym nume­rze „El Paso Times” doniósł o uda­nej pró­bie odpa­le­nia V-2, pod­czas któ­rej pocisk osią­gnął pręd­kość ponad 1500 metrów na sekundę (pra­wie 5500 kilo­me­trów na godzinę). W krót­kim arty­kule zapo­wie­dziano też odpa­le­nie 17 grud­nia rakiety, która wyrzuci „wyko­nane przez czło­wieka mete­oryty”, czyli sztuczne ognie dla miesz­kań­ców Tek­sasu i Nowego Mek­syku37.

„Nie­mieccy naukowcy usta­no­wili wła­sny sąd, który zaj­muje się wypad­kami naru­szeń kon­trak­tów” („El Paso Herald Post”, 6 grud­nia 1946 roku)38. Prze­by­wa­jąc w Sta­nach Zjed­no­czo­nych bez wiz i pasz­por­tów nie­mieccy eks­perci rakie­towi dopusz­czali się naru­szeń prawa, choć byli opła­cani i nad­zo­ro­wani przez woj­sko. Pozor­nie nie­winne zda­rze­nia w rodzaju wyjazdu poza teren objęty kon­trolą armii mogły stać się dla woj­ska powo­dem poważ­nych kom­pli­ka­cji, zagro­zić poby­towi Niem­ców i ich nadzie­jom na pracę i karierę przy budo­wie rakiet. Major Hamill popro­sił von Brauna o usta­no­wie­nie wewnętrz­nego organu utrzy­mu­ją­cego porzą­dek w gru­pie. Ten „sąd ludowy”, jak nazwali go Niemcy, roz­pa­try­wał przy­padki dzia­łań mogą­cych nara­zić na szwank dobrą repu­ta­cję lub zgoła naru­sze­nia prawa i okre­ślał wymiar kary. Funk­cję sędziego von Braun powie­rzył Die­te­rowi Huze­lowi, wyzna­czył też kilku przy­się­głych39.

W prze­cho­wy­wa­nych przez FBI aktach Wer­n­hera von Brauna zna­le­ziono nie­zwy­kle cie­kawy przy­kład sprawy, z jakimi mie­wał do czy­nie­nia „sąd ludowy”, a także spo­sobu wymie­rza­nia spra­wie­dli­wo­ści:

Major James Hamill poin­for­mo­wał, że w czerwcu 1946 r. Magnus von Braun, brat Wer­n­hera, sprze­dał jubi­le­rowi w El Paso w Tek­sa­sie sztabkę pla­tyny za sto tysięcy dola­rów. Magnus von Braun powie­dział przy tym, że pla­tynę przy­wiózł z Holan­dii do Sta­nów Zjed­no­czo­nych jego ojciec, który słu­żył w Euro­pie pod­czas I wojny świa­to­wej. (Ojciec von Brau­nów przy­był do Sta­nów Zjed­no­czo­nych dopiero w końcu marca 1947 roku, dzie­więć mie­sięcy po tym incy­den­cie). Toż­sa­mość von Brauna usta­lono na pod­sta­wie jego nazwi­ska i numeru tele­fonu, jakie zosta­wił jubi­le­rowi. Prze­słu­chi­wany w tej spra­wie przez majora Hamilla Magnus von Braun z miej­sca przy­znał, że wwiózł sztabkę pla­tyny do Sta­nów Zjed­no­czo­nych z naru­sze­niem prze­pi­sów cel­nych. Major Hamill oznaj­mił, że powia­do­miony o incy­den­cie Wer­n­her von Braun, kie­row­nik zespołu nie­miec­kich eks­per­tów, ska­zał swego brata na chło­stę40.

„Nie­mieccy naukowcy pla­nują budowę sta­cji pali­wo­wej na nie­bie w dro­dze na Księ­życ” („El Paso Herald Post”, gru­dzień 1946 roku). Rze­czy­wi­ście, nie­mieccy naukowcy sta­wiali sobie poko­jowe, choć nie­zbyt prak­tyczne cele34.

„Jeste­śmy z Zacho­dem” („Time”, 9 grud­nia 1946 roku). „Time”, jako pierw­szy tygo­dnik o ogól­no­kra­jo­wym zasięgu opu­bli­ko­wał repor­taż z pobytu von Brauna i jego zespołu w For­cie Bliss. Tekst zilu­stro­wano foto­gra­fią, na któ­rej von Braun stoi na tle ele­men­tów poci­sku rakie­to­wego V-2; trzyma ręce w kie­sze­niach, wygląda na czło­wieka pew­nego sie­bie, dum­nego, może lekko aro­ganc­kiego, w każ­dym razie kogoś, kto odnosi suk­cesy, pra­cu­jąc po stro­nie zwy­cięz­ców – co fak­tycz­nie wła­śnie robił. „Time” dono­sił, że Niemcy są „cywi­lami cza­sowo zatrud­nio­nymi [pod­kre­śle­nie autora] w USA przez wydział euro­pej­ski Depar­ta­mentu Wojny Sta­nów Zjed­no­czo­nych”. Według infor­ma­cji gazety zarobki nie­miec­kich spe­cja­li­stów wyno­siły od 2 do 11 dola­rów dzien­nie plus 6 dola­rów za każdy dzień roz­łąki z rodziną. Arty­kuł koń­czył się sło­wami: „Powie­dziano im, że pew­nego dnia być może zostaną oby­wa­te­lami USA. Spro­wa­dze­nie przez pań­stwo ich rodzin [do Fortu Bliss] wydaje się czymś w rodzaju gwa­ran­cji, pozwa­la­ją­cej to trak­to­wać jako obiet­nicę”41.

Klub rota­riań­ski w El Paso zapro­sił Wer­n­hera von Brauna, zna­nego już lidera grupy nie­miec­kich kon­struk­to­rów rakiet, by wystą­pił na klu­bo­wym spo­tka­niu 16 stycz­nia 1947 roku42. Von Braun, trzy­many w cie­niu przez pięt­na­ście lat naj­pierw przez nazi­stow­skie Niemcy, a potem przez woj­sko Sta­nów Zjed­no­czo­nych, był zachwy­cony per­spek­tywą publicz­nego występu. Przy­go­to­wał się na tę oka­zję; przy­go­to­wał także opo­wieść o sobie.

Von Braun dosko­nale wie­dział, że musi poko­nać barierę języ­kową. Szli­fo­wał swoją angielsz­czy­znę nagry­wa­jąc wła­sny głos na taśmę magne­to­fo­nową, którą póź­niej odtwa­rzał, by spraw­dzić jego brzmie­nie. Sta­rał się nabrać bie­gło­ści i pozbyć się obcego akcentu. Uczył się slangu i kolo­kwia­li­zmów i sto­so­wał je w roz­mo­wie43.

Wer­n­her von Braun nie mógł oczy­wi­ście opo­wie­dzieć człon­kom klubu rota­riań­skiego o swych obję­tych klau­zulą taj­no­ści pra­cach dla Sił Lądo­wych Sta­nów Zjed­no­czo­nych. Mógł jed­nak poru­szyć temat „Rakiety przy­szło­ści”. Przed­sta­wił więc wła­sny plan wypraw kosmicz­nych wraz ze szcze­gó­ło­wym opi­sem urzą­dzeń, które chciał zbu­do­wać. Oto jego punkty:

– powięk­szona rakieta V-2 jako „sta­tek kosmiczny”;

– pro­jekt trój­stop­nio­wej rakiety, która wynie­sie na orbitę sztucz­nego sate­litę;

– rakieta zaopa­trzona w skrzy­dła, dzięki któ­rym zdoła powró­cić do atmos­fery i bez­piecz­nie wylą­do­wać;

– sta­cja kosmiczna w kształ­cie koła, które wiru­jąc będzie wytwa­rzało sztuczną gra­wi­ta­cję;

– wyko­rzy­sta­nie sta­cji kosmicz­nej jako bazy do podróży na Księ­życ i do pla­net42.

Von Brau­nowi mogło się zapewne marzyć bar­dziej wpły­wowe forum, jego prze­sła­nie zaś znacz­nie wyprze­dzało ówcze­sną epokę. W swym pierw­szym publicz­nym wystą­pie­niu w Ame­ryce nakre­ślił jed­nak kie­ru­nek swej przy­szłej pracy – i kariery. Swoją kon­cep­cję będzie mógł jesz­cze przed­sta­wić ponow­nie, ale spo­łe­czeń­stwo ame­ry­kań­skie dowie się o niej dopiero za pięć lat.

Dla wykształ­co­nych Euro­pej­czy­ków, żyją­cych z dala od swych domów i bory­ka­ją­cych się z nową dla nich kul­turą, połu­dniowy wschód Ame­ryki był odlu­dziem. Tęsk­nili do swo­ich bli­skich, woj­sko uznało więc, że ma wobec nich pewne zobo­wią­za­nia. W marcu 1947 roku do El Paso przy­były żony i rodziny nie­miec­kich naukow­ców44. W miarę jak człon­ko­wie rakie­to­wego zespołu Wer­n­hera von Brauna osie­dlali się na stałe i zakła­dali domy, nie można było pomi­nąć i jego samego. Poprzed­niej jesieni, 7 listo­pada 1946 roku, von Braun poin­for­mo­wał o swych zarę­czy­nach z Marią Luizą von Quistorp i zwró­cił się z prośbą o wyra­że­nie zgody na przy­jazd narze­czo­nej i jej rodzi­ców z Land­shut w Niem­czech do Fortu Bliss, gdzie mał­żeń­stwo miało zostać zawarte45.

Maria von Quistorp była osiem­na­sto­let­nią sio­strą cio­teczną Wer­n­hera von Brauna. Jej ojciec, dr Ale­xan­der von Quistorp, był bra­tem matki von Brauna, Emmy z domu von Quistorp46. Maria była atrak­cyjną, nie­bie­sko­oką blon­dynką, obda­rzoną wdzię­kiem wła­ści­wym nie­miec­kiej ary­sto­kra­cji, do któ­rej oboje z Wer­n­he­rem nale­żeli. Po raz ostatni spo­tkali się zimą 1945 roku, kiedy Maria miała szes­na­ście lat, a jej rodzina ucie­ka­jąc przed nad­cią­ga­jącą armią sowiecką w pośpie­chu przy­go­to­wy­wała się do opusz­cze­nia swego domu nad Bał­ty­kiem w pół­noc­nych Niem­czech i wyjazdu do mia­steczka w pobliżu gra­nicy holen­der­skiej. Nie była to pora na roman­tyczne roz­mowy47.

W póź­niej­szych latach von Braun opo­wia­dał, jak to w wieku lat sie­dem­na­stu trzy­mał w ramio­nach swą nowo naro­dzoną kuzynkę pod­czas uro­czy­sto­ści chrztu w kościele lute­rań­skim. „W tej wła­śnie chwili – mówił – popa­trzy­łem w jej oczy i posta­no­wi­łem, że zosta­nie moją żoną”48. Była to piękna histo­ria, ale z rodzaju tych, jakie się opo­wiada wnu­kom. Wpraw­dzie von Braun w wieku trzy­dzie­stu czte­rech lat nie był jesz­cze żonaty, nie omi­nęły go jed­nak roman­tyczne związki. Był czas, kiedy prze­chwa­lał się, że jego przy­ja­ciółką jest legen­darna nie­miecka pilotka Hanna Reitsch49. Spo­tkali się jako nasto­lat­ko­wie latem 1932 roku na szko­le­niu szy­bow­co­wym w ośrodku tre­nin­go­wym Gru­nau (Jeżów Sudecki) na Ślą­sku50. Pozo­stali przy­ja­ciółmi do końca życia, Hanna zwią­zała się jed­nak z gene­ra­łem Luft­waffe, Rober­tem Rit­te­rem von Gre­imem, a w ostat­nich dniach wojny zna­la­zła się w naj­bliż­szym kręgu Hitlera51, 52.

Naj­po­waż­niej­szy chyba zwią­zek łączył von Brauna z Doro­thee Brill, dwu­dzie­sto­sied­mio­let­nią miesz­kanką Ber­lina, uro­dzoną w Tybin­dze, w połu­dniowo-zachod­nich Niem­czech. 5 kwiet­nia 1943 r. von Braun zło­żył ofi­cjalne poda­nie do SS-Rasse-und Sie­dlung­shaup­tamt (SS-RuSHA, Cen­tralny Urząd SS do spraw Rasy i Osie­dle­nia) o zgodę na mał­żeń­stwo z Doro­thee53. W aktach von Brauna jest to pierw­sza i jedyna o niej wzmianka.

Czy wśród przod­ków Doro­thee SS-RuSHA doszu­kało się Żydów, co z gene­tycz­nego punktu widze­nia czy­ni­łoby ją osobą nie­wła­ściwą do poślu­bie­nia von Brauna? Czy zawarli mał­żeń­stwo? Czy Doro­thee padła ofiarą cią­głych nalo­tów na Ber­lin? A może po pro­stu miłość wyga­sła? Odpo­wiedź pozo­staje tajem­nicą, podob­nie jak wiele innych spraw z życia Wer­n­hera von Brauna przed jego przy­by­ciem do Ame­ryki; tak posta­no­wił on sam, a przy­ja­ciele i kole­dzy oka­zali się dys­kretni. Na doda­tek w wyniku wojny i nastę­pu­ją­cego po niej podziału Nie­miec tam­tej­sze archiwa ule­gły znisz­cze­niu.

W pierw­szych mie­sią­cach po zakoń­cze­niu wojny rodzice Wer­n­hera von Brauna zdo­łali prze­do­stać się z sowiec­kiej strefy oku­pa­cyj­nej Nie­miec do obozu Over­cast w Land­shut, w stre­fie ame­ry­kań­skiej. Maria von Quistorp zna­la­zła się w stre­fie bry­tyj­skiej, ale miała kon­takt z von Brau­nami prze­by­wa­ją­cymi w Land­shut54. Los jej ojca nie był znany aż do wrze­śnia 1948 roku55; póź­niej poin­for­mo­wano, że Ale­xan­der von Quistorp prze­bywa w obo­zie jeniec­kim we wschod­niej stre­fie Nie­miec56. Star­szy z braci von Brau­nów stał się opie­ku­nem Marii. Jego ojciec pośred­ni­czył w pla­no­wa­niu ich związku, który miał zapew­nić bez­pie­czeń­stwo Marii, a synowi szczę­ście54, 57.

Wśród Niem­ców prze­wie­zio­nych do Sta­nów Zjed­no­czo­nych prócz von Brauna było wielu ludzi samot­nych, któ­rym też marzyły się przy­jem­no­ści domo­wego życia na łonie rodziny. W znisz­czo­nych, pobi­tych i podzie­lo­nych mię­dzy zwy­cięz­ców Niem­czech nie bra­ko­wało z kolei samot­nych, mło­dych i pozba­wio­nych szans kobiet, które chęt­nie wyje­cha­łyby do Sta­nów Zjed­no­czo­nych i poślu­biły prak­tycz­nie nie­zna­nych im męż­czyzn, byle tylko unik­nąć ponu­rej przy­szło­ści. Woj­sko nie zamie­rzało jed­nak zaj­mo­wać się wysyłką narze­czo­nych dla swych nie­miec­kich DASE, nie wyłą­cza­jąc von Brauna. Jeżeli von Braun lub kto­kol­wiek inny chce się żenić, może to zro­bić w Niem­czech i przy­wieźć żonę do Tek­sasu.

Wer­n­her von Braun wyru­szył do Nie­miec 14 lutego 1947 roku58. Pobrali się z Marią 1 marca 1947 roku w kościele lute­rań­skim w Land­shut59. W El Paso dowie­dziano się o tym dwa dni póź­niej, kiedy „El Paso Herald Post” opu­bli­ko­wał tekst pt. „Histo­ria mał­żeń­stwa Wer­n­hera von Brauna, jego osią­gnię­cia w budo­wie rakiet w Niem­czech oraz prze­szłość jego rodziny”44.

26 marca 1947 roku Wer­n­her von Braun wró­cił do Fortu Bliss w towa­rzy­stwie swej mło­dej żony i rodzi­ców. Był tam już jego brat Magnus, a więc więk­szość człon­ków rodziny von Brau­nów stała się imi­gran­tami. Jedy­nie brat Sigi­smund, były przed­sta­wi­ciel dyplo­ma­tyczny w Waty­ka­nie, pozo­stał w Niem­czech, gdzie pra­co­wał jako tłu­macz w Mię­dzy­na­ro­do­wym Try­bu­nale Woj­sko­wym w Norym­ber­dze60.

Maria wnio­sła szczę­ście w życie von Brauna, ale i z punktu widze­nia jej oso­bi­stej kariery mał­żeń­stwo było posu­nię­ciem zna­ko­mi­tym. Jeden z kole­gów Wer­n­hera z nie­miec­kiego zespołu, Ernst Stuh­lin­ger, powie­dział o niej: „Od samego początku wszy­scy uwiel­biali Marię za jej mło­dzień­czą urodę i wdzięk, ale też głę­boko ją sza­no­wali, gdyż rolę pierw­szej damy peł­niła z wielką god­no­ścią”48.

Histo­ria nie­miec­kich eks­per­tów rakie­to­wych, tak jak przed­sta­wiano ją w gaze­tach wyda­wa­nych w El Paso, zaczy­nała przy­bie­rać zdu­mie­wa­jący obrót:

„Nie­mieccy ucznio­wie śpie­wają Eyes of Texas; chęt­nie recy­tują ślu­bo­wa­nie na ame­ry­kań­ski sztan­dar” („El Paso Herald Post”, 5 sierp­nia 1947 roku)61.

„Kon­kursy Speak English (Mów po angiel­sku) poma­gają w ame­ry­ka­ni­za­cji nie­miec­kich dzieci” („El Paso Herald Post”, 6 sierp­nia 1947 roku)62.

„Naukowcy nie ubie­gają się o oby­wa­tel­stwo” („El Paso Times”, 27 lipca 1947 roku). W odpo­wie­dzi na kry­tyczne uwagi, że nie­mieccy eks­perci rakie­towi sta­rają się o oby­wa­tel­stwo Sta­nów Zjed­no­czo­nych, rzecz­nik Depar­ta­mentu Stanu oznaj­mił, że nikt z nich takiego wnio­sku nie skła­dał i w ciągu naj­bliż­szych dwóch lat nikt nie będzie miał prawa tego zro­bić63. Sytu­acja miała ulec zmia­nie już po trzech mie­sią­cach.

„72 spo­śród nie­miec­kich naukow­ców pra­cu­ją­cych nad V-2 ubiega się o oby­wa­tel­stwo” („El Paso Times”, 5 listo­pada 1947 roku). 72 Niem­ców obję­tych pro­jek­tem „Spi­nacz” zło­żyło poda­nia o oby­wa­tel­stwo ame­ry­kań­skie. Major Hamill poin­for­mo­wał, że zro­bili to wszy­scy Niemcy z Fortu Bliss upraw­nieni do zło­że­nia takiego wnio­sku, a pozo­stali, któ­rzy jesz­cze nie nabyli takiego prawa, zade­kla­ro­wali wolę zrze­cze­nia się oby­wa­tel­stwa nie­miec­kiego64.

W ciągu nie­spełna roku w oczach prasy, a zwłasz­cza gazet wyda­wa­nych w El Paso, von Braun i jego rakie­towi spe­cja­li­ści prze­stali być grupą wro­gich cudzo­ziem­ców, sta­jąc się sza­no­wa­nymi, oto­czo­nymi rodziną imi­gran­tami oraz kan­dy­da­tami na oby­wa­teli USA. Byli to już kon­kretni ludzie, nor­malni faceci, przy­naj­mniej na tyle, na ile nor­mal­nym face­tem może być eks­cen­tryczny geniusz.

Oczy­wi­ście nie wszy­scy Ame­ry­ka­nie mieli ochotę wyba­czyć i zapo­mnieć, że Niemcy, któ­rzy przy­byli do Sta­nów Zjed­no­czo­nych pod ochron­nym para­so­lem pro­jektu „Spi­nacz”, byli pupi­lami nazi­stów. Gwał­towne pro­te­sty roz­po­częły się wkrótce po pierw­szym spo­tka­niu Niem­ców z dzien­ni­ka­rzami. 30 grud­nia 1946 roku grupa wybit­nych postaci, a wśród nich Albert Ein­stein, poli­tyk Richard Neu­ber­ger, dzia­łacz związ­kowy Phi­lip Mur­ray oraz przy­wódcy reli­gijni – rabbi Ste­phen Wise i Nor­man Vin­cent Peale, prze­ka­zała pre­zy­den­towi Harry’emu S. Tru­ma­nowi pro­test: „Uwa­żamy, że ludzie ci mogą stać się poten­cjal­nie nie­bez­piecz­nymi nosi­cie­lami nie­na­wi­ści raso­wej i reli­gij­nej. Wysoka pozy­cja, jaką zaj­mo­wali jako człon­ko­wie i zwo­len­nicy par­tii nazi­stow­skiej, każe podać w wąt­pli­wość sto­sow­ność przy­zna­nia im oby­wa­tel­stwa ame­ry­kań­skiego i powie­rza­nia klu­czo­wych sta­no­wisk w ame­ry­kań­skich insty­tu­cjach prze­my­sło­wych, nauko­wych i edu­ka­cyj­nych”65.

24 marca 1947 roku sekre­tarz wyko­naw­czy Fede­ra­cji Ame­ry­kań­skich Uczo­nych W. A. Higen­bo­tham także zwró­cił się do pre­zy­denta Tru­mana z żąda­niem, by naukow­ców pra­cu­ją­cych nad pro­jek­tem „Spi­nacz” nie zatrud­niano w prze­my­śle pry­wat­nym i w szkol­nic­twie wyż­szym. „Wszelka przy­chyl­ność oka­zana tego rodzaju jed­nost­kom, nawet ze wzglę­dów mili­tar­nych, jest znie­wagą wobec ludzi wszyst­kich kra­jów, któ­rzy tak nie­dawno wal­czyli ramię w ramię z nami; wobec uchodź­ców, któ­rych życie zruj­no­wał nazizm; wobec naszych kole­gów ze śro­do­wi­ska nauko­wego ziem do nie­dawna oku­po­wa­nych oraz wszyst­kich tych, któ­rzy cier­pieli pod jarz­mem narzu­ca­nym z pomocą tych wła­śnie ludzi” – pisał66. Zda­niem Fede­ra­cji Ame­ry­kań­skich Uczo­nych „masowy import naukow­ców jest nie­zgodny z dobrze poj­mo­wa­nymi celami ame­ry­kań­skiej poli­tyki wewnętrz­nej i zagra­nicz­nej”67.

1 lipca 1947 roku „El Paso Times” dono­sił: „Nie­mieccy naukowcy z El Paso pod obstrza­łem”. Kon­gres­men John D. Din­gell, demo­krata z Detroit, poin­for­mo­wał Izbę Repre­zen­tan­tów o pro­jek­cie „Spi­nacz” i oso­bach, które w związku z nim zna­la­zły się w Sta­nach Zjed­no­czo­nych.

– Ni­gdy nie przy­pusz­cza­łem – powie­dział Din­gell – że ten kraj jest tak słaby inte­lek­tu­al­nie, iż budu­jąc wła­sny sys­tem obrony musi szu­kać pomocy u nazi­stow­skich mor­der­ców.

Nie­miec ozna­cza nazi­stę, nazi­sta ozna­cza Niemca. Te dwa poję­cia są syno­ni­mami.

Z per­spek­tywy pół­wie­cza słowa Din­gella mogą wyda­wać się surowe, wów­czas jed­nak odzwier­cie­dlały powszechne prze­ko­na­nie, a nie­spełna dwa lata wcze­śniej wyra­żały poli­tykę pań­stwa.

Nieco dalej komen­tarz „El Paso Times” brzmiał nie­po­ko­jąco:

Bry­tyj­ska prasa ostrze­gła, że nie­któ­rzy z naukow­ców budo­wali poci­ski rakie­towe, które zabi­jały bry­tyj­skie kobiety i dzieci; są i tacy, któ­rych obcią­żają zbrod­nie wojenne poważ­niej­sze niż te, za które gdzie indziej nazi­stów posy­łano na szu­bie­nicę.

Przez kilka mie­sięcy w publi­ka­cjach zamiesz­czo­nych w „New York Times” ostrze­gano Ame­ry­ka­nów, że wśród naukow­ców z El Paso znaj­dują się także nie­zwy­kle aktywni człon­ko­wie par­tii nazi­stow­skiej68.

W tek­ście nie przy­to­czono kon­kret­nych przy­kła­dów zbrodni wojen­nych. Nie podano też nazwisk aktyw­nych człon­ków NSDAP.

Dla rów­no­wagi przed­sta­wiono sta­no­wi­sko woj­ska: eks­perci rakie­towi są zatrud­nieni w siłach lądo­wych od ponad roku i „z tech­nicz­nego oraz moral­nego punktu widze­nia w oce­nie Depar­ta­mentu Wojny wypa­dają zado­wa­la­jąco”. Wsku­tek tego „stwo­rzono im szer­sze moż­li­wo­ści badań nauko­wych”68.

Dla woj­ska sprawa stała się jasna: jeśli armia chce zatrzy­mać swych nie­miec­kich naukow­ców w Sta­nach Zjed­no­czo­nych, musi poka­zać, że są wzo­ro­wymi imi­gran­tami, a przy­naj­mniej zatrzeć ich nazi­stow­ską prze­szłość.

Rozdział drugi. Autoryzowana biografia

ROZ­DZIAŁ DRUGI

Auto­ry­zo­wana bio­gra­fia

Byłem mło­dym chło­pa­kiem, mia­łem dwa­dzie­ścia parę lat i po pro­stu nie zda­wa­łem sobie sprawy z tego, co ozna­czają zmiany we wła­dzach poli­tycz­nych. Mój ojciec oka­zał się mądrzej­szy. Był przed­tem odpo­wied­ni­kiem sekre­ta­rza do spraw rol­nic­twa przy pre­zy­den­cie Hin­den­burgu, ale gdy do wła­dzy doszedł Hitler, zre­zy­gno­wał ze wszel­kich publicz­nych sta­no­wisk. Ostrze­gał mnie, że wszystko to skoń­czy się tra­gicz­nie dla Nie­miec i nie tylko dla nich. Byłem jed­nak zbyt pochło­nięty rakie­tami, by zwa­żać na jego ostrze­że­nia.

Wer­n­her von Braun1

Jak wiele zna­nych oso­bi­sto­ści, Wer­n­her von Braun bacz­nie kon­tro­lo­wał prze­do­sta­jące się do wia­do­mo­ści publicz­nej infor­ma­cje na temat jego prze­szło­ści. Histo­rię von Brauna opo­wia­dano wiele razy. On sam gor­li­wie współ­pra­co­wał ze swymi licz­nymi bio­gra­fami i prze­glą­dał ich ręko­pisy, by unik­nąć nie­do­kład­no­ści. Kil­ka­krot­nie też oso­bi­ście opo­wia­dał o swoim życiu1, 2, 3, 4, 5. W razie potrzeby nagi­nał fakty, od czasu do czasu wtrą­cał wygodne kłam­stwa, ale cze­muż miał tego nie robić, skoro zawsze tak postę­po­wali poli­tycy, gwiazdy fil­mowe, a także imi­granci?

Pra­wie wszystko, co wie­dziano na temat przy­by­łego do Ame­ryki Wer­n­hera von Brauna, jego przod­ków oraz dzia­łal­no­ści na rzecz nazi­stow­skich Nie­miec, pocho­dziło od niego samego, jego przy­ja­ciół i współ­pra­cow­ni­ków, a także z oca­la­łych pozo­sta­ło­ści archi­wów pań­stwo­wych. Wiele spraw pozo­stało nie­zna­nych, ponie­waż część archi­wów znisz­czyła wojna; inne zapewne świa­do­mie nisz­czono póź­niej. Jeśli nawet prze­trwały jakieś doku­menty, dla Sił Lądo­wych Sta­nów Zjed­no­czo­nych były one nie­osią­galne, jako że powstały i znaj­do­wały się w sowiec­kiej stre­fie oku­pa­cyj­nej. W Ame­ryce von Braun zaczął swoje życie na nowo; w jego opo­wie­ściach o prze­szło­ści naj­bar­dziej intry­gu­jące jest nie to, co opo­wia­dał albo wysnuł z wła­snej wyobraźni, lecz to, co pomi­nął.

Ame­ry­kań­ski imi­grant był naj­czę­ściej czło­wie­kiem z ludu, chło­pem, Murzy­nem, któ­rego sprze­dano w nie­wolę. Rzadko zda­rzało się, by szczę­ścia na nowej ziemi szu­kał ary­sto­krata, który popadł w kło­poty. Wer­n­hera von Brauna spo­tkało wła­śnie coś takiego.

Nazwi­sko rodowe von Brau­nów wywo­dzono od ryce­rza Heni­ma­nusa de Bruno, który w 1285 roku miesz­kał w bawar­skim mie­ście Bra­nau. W następ­nych wie­kach nazwi­sko przy­bie­rało formę Bruno, Bru­nowe, Bro­nav, de Bronne, Braw­naw oraz Braun. Potom­ko­wie de Bruna przez setki lat byli wła­ści­cie­lami mająt­ków ziem­skich na Ślą­sku i w Pru­sach Wschod­nich. Ojciec Wer­n­hera von Brauna, Magnus Ale­xan­der Mak­sy­mi­lian baron von Braun (1878–1972) zgod­nie z rodzinną tra­dy­cją posia­dał majątki w obu pro­win­cjach.

Matką Wer­n­hera von Brauna była Emma von Quistorp (1886–1959). Jej przod­ków nie można wpraw­dzie wywieść z prze­szło­ści rów­nie odle­głej, jak w wypadku von Brau­nów, była to jed­nak rodzina w Niem­czech bar­dzo znana. Von Quistor­po­wie pocho­dzili ze Szwe­cji, ale od kil­ku­set lat żyli na Pomo­rzu i w Meklem­bur­gii; wśród człon­ków rodu byli pasto­rzy lute­rań­scy, pro­fe­so­ro­wie uni­wer­sy­te­tów, ban­kie­rzy i wła­ści­ciele ziem­scy.

Magnus baron von Braun poślu­bił Emmę von Quistorp w roku 1910. W następ­nym roku Emma uro­dziła pier­wo­rod­nego syna Sigi­smunda. 23 marca 1912 roku w Wyrzy­sku k. Nakla w pro­win­cji poznań­skiej przy­szedł na świat Wer­n­her Magnus Mak­sy­mi­lian baron von Braun. W 1919 roku von Brau­nom uro­dził się trzeci syn, Magnus6.

Wer­n­her uro­dził się dwa lata przed wybu­chem I wojny świa­to­wej. Baron von Braun zaj­mo­wał się w tym cza­sie swymi dobrami ziem­skimi oraz peł­nił urząd poznań­skiego lan­drata. Dla Nie­miec i dla von Brau­nów wojna zakoń­czyła się kata­strofą. Nale­żącą do Nie­miec pro­win­cję poznań­ską w koń­co­wym posta­no­wie­niu przy­znano Pol­sce, to samo oczy­wi­ście spo­tkało poło­żone w niej majątki barona von Brauna3. Główną sie­dzibą rodu stała się wtedy posia­dłość barona koło Lwówka Ślą­skiego. Z dala od sto­łecz­nego Ber­lina von Brau­no­wie wie­dli tam życie spo­kojne, chro­nieni przed poli­tycz­nymi i eko­no­micz­nymi zamiesz­kami, które w latach dwu­dzie­stych prze­ta­czały się przez mia­sta. W ciągu dzie­się­ciu lat po zakoń­cze­niu I wojny świa­to­wej baron von Braun zdo­by­wał wpływy poli­tyczne; wresz­cie otrzy­mał tekę mini­stra rol­nic­twa Repu­bliki Weimar­skiej. Spa­ko­wał wtedy rodzinę i prze­niósł się do Ber­lina6.

Zain­te­re­so­wa­nie nauką i inży­nie­rią Wer­n­her von Braun wią­zał z dniem swej kon­fir­ma­cji w kościele lute­rań­skim. W pre­zen­cie od matki dostał wtedy, na pamiątkę tego dnia, tele­skop. Jak póź­niej pisał, ciąg dal­szy był nie­unik­niony: „Sta­łem się więc astro­no­mem ama­to­rem, potem zain­te­re­so­wa­łem się wszech­świa­tem, a w ślad za tym – stat­kiem, który pew­nego dnia zawie­zie czło­wieka na Księ­życ”3. Stat­kiem tym była oczy­wi­ście rakieta.

Z rakietą zazna­jo­mili Wer­n­hera von Brauna dwaj Niemcy, któ­rym zale­żało na rekla­mie, Max Valier i Fritz von Opel. Valier pisał o podróży kosmicz­nej i napę­dzie rakie­to­wym. Opel był kon­struk­to­rem samo­cho­dów, ale miał przy tym wyczu­cie dra­ma­tur­gii i doce­niał dobre chwyty rekla­mowe. Valier pozy­skał Opla jako spon­sora swych eks­pe­ry­men­tów rakie­to­wych. Rakiet na paliwo stałe lub pro­cho­wych uży­wano w poło­wie lat dwu­dzie­stych do wystrze­li­wa­nia sygna­łów świetl­nych lub prze­rzu­ca­nia lin w akcjach ratow­ni­czych na morzu. Valier i Opel kupili gotowe rakiety pro­chowe i mon­to­wali je w samo­cho­dach wyści­go­wych, szy­bow­cach i boje­rach, dzięki czemu usta­na­wiali rekordy pręd­ko­ści, robiąc jed­no­cze­śnie reklamę samo­cho­dom Opla i pojaz­dowi kosmicz­nemu Valiera7.

Kiedy młody Wer­n­her usły­szał o wyczy­nach Valiera i Opla, kupił w Ber­li­nie u pobli­skiego sprze­dawcy ogni sztucz­nych pół tuzina rakiet. Przy­mo­co­wał je do wózka i takim pojaz­dem wybrał się na Tier­gar­ten Allee, czyli na główną arte­rię komu­ni­ka­cyjną Ber­lina. Tam pod­pa­lił rakiety i natych­miast stra­cił kon­trolę nad pojaz­dem, który pędził ulicą cią­gnąc za sobą ogon pło­mieni. Prze­chod­nie roz­pierz­chli się w panice, a począt­ku­ją­cego eks­perta rakie­to­wego aresz­to­wała poli­cja. Na szczę­ście obyło się bez ofiar, a młody von Braun został oddany pod opiekę swego ojca, mini­stra rol­nic­twa.

Mają­tek i pozy­cja ojca oraz pobyt w sto­licy otwarły przed mło­dym Wer­n­he­rem dostęp do naj­lep­szego wykształ­ce­nia, jakie mogły zaofe­ro­wać Niemcy. Rodzice wysłali go do miesz­czą­cego się w Ber­li­nie gim­na­zjum z języ­kiem wykła­do­wym fran­cu­skim. Fran­cu­skiego nauczył się szybko, twier­dząc, że zdol­no­ści języ­kowe odzie­dzi­czył po matce. Oblał jed­nak mate­ma­tykę i fizykę. Baron von Braun nie ukry­wał nie­za­do­wo­le­nia i zawie­dziony przez syna, który nie speł­nił jego nadziei, wysłał go do szkoły Her­manna Leitza. Szkoła leżała w pobliżu Weimaru, miała inter­nat i znana była z wpro­wa­dza­nia nowych metod naucza­nia, bli­skich kon­tak­tów mię­dzy uczniami i nauczy­cie­lami oraz wyso­kich wyma­gań.

W tej wła­śnie szkole, w cza­so­pi­śmie poświę­co­nym astro­no­mii, Wer­n­her zoba­czył kie­dyś reklamę książki, którą zapa­mię­tał jako Drogę ku pla­ne­tom (była to przy­pusz­czal­nie Wege zur Raum­schif­fahrt opu­bli­ko­wana w 1929 roku) autor­stwa Her­manna Obe­r­tha. Reklamę wypeł­niały obrazy ogrom­nej rakiety i odle­głego Księ­życa. Wer­n­her zamó­wił sobie egzem­plarz, pewien, że dowie się w ten spo­sób, jak odbyć podróż w prze­strzeń mię­dzy­pla­ne­tarną. Kiedy zaj­rzał do otrzy­ma­nej książki, osłu­piał. Wypeł­niały ją rów­na­nia mate­ma­tyczne i tabele danych. Ni­gdy nie dowie się, jak dotrzeć w kosmos, chyba że nauczy się mate­ma­tyki i fizyki. Bodziec był silny, a zasto­so­wa­nie obu nauk oczy­wi­ste, Wer­n­her zagłę­bił się więc w stu­diach i pomyśl­nie ukoń­czył szkolną edu­ka­cję3.

Wio­sną 1930 roku Wer­n­her von Braun wró­cił do Ber­lina i zapi­sał się na stu­dia inży­nie­ryjne na ber­liń­skiej poli­tech­nice (Tech­ni­sche Hoch­schule) w dziel­nicy Char­lot­ten­burg8. Pod koniec lat dwu­dzie­stych w Niem­czech, a zwłasz­cza w Ber­li­nie, wię­cej było mło­dych ludzi marzą­cych o podró­żach w kosmos i pla­nu­ją­cych budowę rakiet, które by ich tam zanio­sły. W zre­ali­zo­wa­niu tych marzeń pomóc im miało zało­żone przez nich Sto­wa­rzy­sze­nie Podróży Kosmicz­nych (Verein kür Raum­schif­fahrt) czyli VfR. Po przy­jeź­dzie do Ber­lina Wer­n­her aktyw­nie włą­czył się w dzia­łal­ność VfR. Tam też poznał mło­dego lite­rata nazwi­skiem Willy Ley. W póź­niej­szych latach Ley, pierw­szy histo­ryk nie­miec­kich badań rakie­to­wych, tak zwięźle opi­sy­wał Wer­n­hera von Brauna z cza­sów stu­denc­kich: „Fizycz­nie był wręcz dosko­na­łym przy­kła­dem typu okre­śla­nego nie­wiele lat póź­niej przez nazi­stów jako «aryj­sko-nor­dycki». Miał jasno­nie­bie­skie oczy i jasno­blond włosy, a jedna z moich krew­nych porów­ny­wała go do słyn­nej foto­gra­fii lorda Alfreda Douglasa, oto­czo­nego roz­gło­sem w stylu Oscara Wilde’a. Jego maniery, ukształ­to­wane przez surowe wycho­wa­nie, były dosko­nałe”9.

Willy Ley znał w Niem­czech każ­dego, kto poważ­nie inte­re­so­wał się rakie­tami; przed­sta­wił też Wer­n­hera patriar­sze nie­miec­kich badań rakie­to­wych, Her­man­nowi Obe­r­thowi, któ­rego książka roz­pa­liła wyobraź­nię von Brauna w ostat­nim roku jego pobytu w szkole śred­niej. Obe­rth był aku­rat w Ber­li­nie, ponie­waż testo­wał zapro­jek­to­wany przez sie­bie sil­nik rakie­towy. Pierw­sza roz­mowa odbyła się przy­pusz­czal­nie przez tele­fon i von Braun natych­miast wyko­rzy­stał oka­zję.

– Jestem jesz­cze stu­den­tem poli­tech­niki – powie­dział Obe­r­thowi – i mogę ofia­ro­wać jedy­nie wolny czas i entu­zjazm, ale może przy­dał­bym się na coś?

Obe­rth, który finan­so­wał swoje bada­nia nie z wła­snej kie­szeni, lecz dzięki dota­cjom, też sko­rzy­stał z oka­zji. – Oczy­wi­ście. – Pro­szę przyjść – powie­dział i w taki spo­sób Wer­n­her von Braun zyskał w oso­bie Her­manna Obe­rtha swego pierw­szego nauczy­ciela tech­niki rakie­to­wej3.

Her­mann Obe­rth uro­dził się w 1894 roku w Sied­mio­gro­dzie, w odle­głym zakątku cesar­stwa austro-węgier­skiego. Podob­nie jak jego ojciec, zde­cy­do­wał się na stu­dia medyczne i wstą­pił na uni­wer­sy­tet w Mona­chium. Pierw­sza wojna świa­towa prze­rwała jego edu­ka­cję, a kiedy zakoń­czył służbę w jed­no­stce ambu­lan­sów polo­wych, roz­stał się z medy­cyną. Ponadto po zakoń­cze­niu wojny Sied­mio­gród stał się czę­ścią Rumu­nii, czyli strony nie­przy­ja­ciel­skiej wobec Nie­miec; dla Nie­miec, choć nie dla kul­tury nie­miec­kiej, Obe­rth stał się więc cudzo­ziem­cem. Wró­cił jed­nak do Nie­miec, by kon­ty­nu­ować stu­dia mate­ma­tyczno-fizyczne. Pisząc swą roz­prawę dok­tor­ską prze­pro­wa­dził samo­dzielne, teo­re­tyczne stu­dia nad rakie­tami jako stat­kami kosmicz­nymi. Był to temat, który fascy­no­wał go od dzie­ciń­stwa. Na uni­wer­sy­te­cie w Heidel­bergu jego pracę odrzu­cono, na czym zawa­żyły zapewne nie­do­statki samej teo­rii Obe­rtha; można jed­nak sądzić, że i tam­tej­szemu śro­do­wi­sku nauko­wemu zabra­kło wyobraźni, by ją zaak­cep­to­wać.

Obe­rth ni­gdy nie zapo­mniał, że nie­miec­kie auto­ry­tety naukowe nie chciały go bez­stron­nie wysłu­chać; nie pozwo­lił jed­nak, by jego kon­cep­cja podróży kosmicz­nych poszła w zapo­mnie­nie. Wła­snym sump­tem wydał swoją pracę pod tytu­łem Die Rakete zu den Pla­ne­ten­rau­men (Rakietą w prze­strze­nie mię­dzy­pla­ne­tarne). Cienka ksią­żeczka zdo­była zdu­mie­wa­jącą popu­lar­ność, a Obe­r­tha oto­czyła grupa mło­dych człon­ków VfR, któ­rzy marzyli o budo­wa­niu rakiet. Zain­te­re­so­wa­nie ze strony śro­do­wisk spoza głów­nego nurtu nauki było dla Obe­r­tha bar­dzo ważne; w 1929 r. opu­bli­ko­wał znacz­nie roz­sze­rzoną wer­sję swej książki, zaty­tu­ło­waną Wege zur Raum­schif­fahrt (Drogi do podróży w kosmos), która zwró­ciła uwagę mło­dego Wer­n­hera von Brauna10.

W tym samym 1929 roku Obe­rth, który dotych­czas był nauczy­cie­lem w szkole śred­niej w Rumu­nii, wziął urlop i wyje­chał do Ber­lina, gdzie wszedł w dość oso­bliwą spółkę z wiel­kim nie­miec­kim reży­se­rem Frit­zem Lan­giem. Lang krę­cił film Frau im Mond (Kobieta na Księ­życu) o podróży zało­gową rakietą na Księ­życ. W celu doda­nia fil­mowi posmaku auten­tycz­no­ści Lang zatrud­nił Obe­r­tha i Willy’ego Leya jako dorad­ców tech­nicz­nych i namó­wił Obe­r­tha, by zbu­do­wał rakietę i odpa­lił ją 15 paź­dzier­nika 1929 roku, w dniu pre­mie­ro­wego pokazu filmu. Film Frau im Mond odniósł wielki suk­ces, jed­nak rakieta ni­gdy nie została ukoń­czona. Obe­rth był wspa­nia­łym teo­re­ty­kiem, ale do skon­stru­owa­nia rakiety zabra­kło mu prak­tycz­nych umie­jęt­no­ści11.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki