Werdykt - John Grisham - ebook
Opis

Missisipi. W zatłoczonej sali sądowej ława przysięgłych wydaje zaskakujący Werdykt w sprawie przeciwko wytwórni chemicznej oskarżonej o zanieczyszczanie toksycznymi substancjami miejscowej wody. Jej zdaniem wytwórnia przyczyniła się w ten sposób do wzrostu liczby zachorowań na raka wśród mieszkańców miasteczka. Wytwórnia Krane Chemical nie zgadza się jednak z decyzją przysięgłych i zamierza walczyć o swe dobre imię. W tym celu składa apelację do Sądu Najwyższego stanu Missisipi. Od liczącego dziewięć osób składu sędziowskiego zależy przyszłość firmy.
Właścicielem wytwórni jest Carl Trudeau, drapieżnik z Wall Street, który nie wierzy w bezstronność sądu. Zdaniem Carla sędziowie są wobec jego firmy uprzedzeni. Aby zmniejszyć prawdopodobieństwo przegrania apelacji, Trudeau postanawia kupić sobie miejsce w składzie sędziowskim. Zbliżające się wybory będą do tego idealną okazją. Stołek w sądzie kosztuje wprawdzie kilka milionów dolarów, ale cóż to jest dla miliardera? Dzięki sieci wzajemnych powiązań współpracującym z Carlem Trudeau agentom udaje się znaleźć młodego, niczego niepodejrzewającego mężczyznę, który wydaje się doskonałym kandydatem na przyszłego sędziego. W ten sposób zamierzają zapewnić sobie przychylność sądu i uzyskać sprawiedliwość. Sprawiedliwość we własnym rozumieniu.
Wcześniej powieść ukazała się pod tytułem Apelacja.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 497

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


O książce

Ciągnący się latami proces sądowy w Missisipi kończy się szokującą decyzją ławy przysięgłych. Firma Krane Chemical ma zapłacić powódce 41 milionów dolarów jako odszkodowanie za śmierć męża i syna w wyniku skażenia wody gruntowej. Reprezentujący ją adwokaci zdają sobie jednak sprawę, że na pełną radość za wcześnie. Jest bowiem jedno „ale”: APELACJA.

Właściciel Krane Chemical oczywiście zamierza z niej skorzystać. Jego wytrawni prawnicy wiedzą, jak rozłożą się głosy w Sądzie Najwyższym, i nie mają wątpliwości, że jedyną osobą, która może zagrozić interesom ich klienta, jest sędzia Sheila McCarthy, niestety nie do przekupienia. Na szczęście właśnie zbliżają się wybory na urzędy sędziów. Więc dlaczego nie wystawić kontrkandydata? Nawet jeśli kampania wyborcza miałaby pochłonąć kilka milionów dolarów, to przecież rachunek jest prosty.

Rozpoczyna się wielka batalia, i to nie tylko w salach sądowych – właściwie głównie poza nimi. I poza prawem.

JOHN GRISHAM

John Grisham, współczesny amerykański pisarz, autor 36 powieści (w tym sześciu dla młodzieży), fabularyzowanego reportażu oraz zbioru opowiadań. Jego książki ukazują się w 40 językach, a ich łączny nakład przekroczył 300 milionów egzemplarzy. W 2011 r. otrzymał prestiżową nagrodę literacką Harper Lee. Po twórczość Grishama chętnie sięgają filmowcy, takiej miary co Sydney Pollack, Francis Ford Coppola, Robert Altman czy Alan J. Pakula, a ekranizacje jego powieści, m.in. Raport Pelikana z Julią Roberts i Denzelem Washingtonem, Firma z Tomem Cruise’em, Klientz Susan Sarandon czy Zaklinacz deszczu z Mattem Damonem, stały się megahitami.

www.facebook.com/JohnGrisham

Tego autora w Wydawnictwie Albatros

FIRMAKANCELARIAZAKLINACZ DESZCZUKRÓL ODSZKODOWAŃWIĘZIENNY PRAWNIKOSTATNI SPRAWIEDLIWYCALICO JOEKOMORADARUJMY SOBIE TE ŚWIĘTAUŁASKAWIENIENIEWINNY CZŁOWIEKRAPORT PELIKANAGÓRA BEZPRAWIACHŁOPCY EDDIEGOKLIENTSAMOTNY WILKADEPTWERDYKTDEMASKATORJake BriganceCZAS ZABIJANIACZAS ZAPŁATYTheodore BooneOSKARŻONYAKTYWISTA

Tytuł oryginału:

THE APPEAL

Copyright © Belfry Holdings, Inc. 2008

All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o. 2017

Polish translation copyright © Jan Kabat 2017

Redakcja: Marta Gral

Zdjęcie na okładce: © Patricia Turner/Arcangel Images

Projekt graficzny okładki: Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o.

ISBN 978-83-7985-423-3

WydawcaWYDAWNICTWO ALBATROS SP. Z O.O.(dawniej Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c.)Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawawww.wydawnictwoalbatros.comFacebook.com/WydawnictwoAlbatros | Instagram.com/wydawnictwoalbatros

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: Michał Nakoneczny, 88em.eu

Profesorowi Robertowi C. Khayatowi

Część pierwszaWERDYKT

Rozdział 1

Ława przysięgłych była gotowa.

Po czterdziestu dwóch godzinach narad, które zwieńczyły trwający siedemdziesiąt jeden dni proces – pięćset trzydzieści godzin zeznań składanych przez czterdziestu ośmiu świadków, siedzenie bez końca w całkowitym milczeniu, podczas gdy prawnicy przerzucali się argumentami, sędzia pouczał, publiczność zaś, niczym stado jastrzębi, wypatrywała wszelkich potknięć – ława przysięgłych była gotowa. Dziesięcioro ludzi przebywających w swoim pomieszczeniu, odosobnionym i zamkniętym, podpisało się z dumą pod werdyktem, podczas gdy dwoje pozostałych – wyobcowanych i żałosnych w swym odszczepieństwie – dąsało się w kącie. Były uściski, uśmiechy i szczere gratulacje, ponieważ przetrwali tę małą wojnę i mogli teraz znów wkroczyć dumnie na arenę, by ogłosić decyzję osiągniętą dzięki determinacji i uporczywemu poszukiwaniu kompromisu. Ich trud dobiegł końca, a cywilny obowiązek został spełniony. I to z nawiązką.

Przewodniczący ławy przysięgłych zapukał w drzwi i wyrwał Wuja Joego z drzemki. Wuj Joe, wiekowy woźny sądowy, strzegł ich bezpieczeństwa, a także dostarczał im posiłki, wysłuchiwał skarg i po cichu przekazywał sędziemu wiadomości od nich. Mówiło się, że za młodych lat, kiedy jeszcze nie doskwierała mu głuchota, Wuj Joe podsłuchiwał przysięgłych przez cienkie drzwi z sosnowego drewna, które osobiście wybrał i zamontował. Ale to już należało do przeszłości i jak wyznał tylko żonie, po znoju związanym z tą sprawą mógłby powiesić swój stary pistolet na kołku, i to raz na zawsze. Wysiłek związany z czuwaniem nad sprawiedliwością uszczuplał jego siły.

Uśmiechnął się i oznajmił: „To świetnie. Powiadomię sędziego”, jakby ten tylko czekał na informację od Wuja Joego, który jednak, jak to było w zwyczaju, odszukał urzędniczkę i przekazał jej wspaniałą wiadomość. Wydawało się to naprawdę ekscytujące. Ów stary budynek sądowy nie widział jeszcze tak długiego i skomplikowanego procesu. Jego zakończenie bez podjęcia decyzji byłoby hańbą.

Urzędniczka zapukała lekko do drzwi gabinetu sędziego, weszła do środka i oznajmiła z dumą: „Mamy werdykt”, jakby sama uczestniczyła w negocjacjach i teraz przekazywała ich wynik niczym dar.

Sędzia zamknął oczy i wydał z siebie głębokie, pełne zadowolenia westchnienie. Na jego twarzy pojawił się szczęśliwy i nerwowy uśmiech ulgi, prawie niedowierzania.

– Proszę wezwać strony – powiedział w końcu.

Po niemal pięciu dniach sędzia Harrison musiał pogodzić się ze swym najgorszym koszmarem – możliwością braku jednomyślności wśród sędziów przysięgłych. Po czterech latach zajadłych sporów prawnych i czterech miesiącach procesu, w którym strony walczyły ze sobą bezpardonowo, myśl o nierozstrzygniętej sprawie przyprawiała go niemal o chorobę. Nie wyobrażał sobie, by można było zacząć to wszystko od nowa.

Wsunął stopy w stare pantofle, zerwał się z krzesła, uśmiechając się jak mały chłopiec, i sięgnął po togę. Wreszcie było po wszystkim – najdłuższy proces w jego nad wyraz barwnej karierze dobiegł właśnie końca.

Urzędniczka zadzwoniła najpierw do Payton & Payton – miejscowej kancelarii adwokackiej, której wspólnikami było małżeństwo, zajmującej w gorszej części miasta lokal po dawnym sklepie z tandetą. Odebrał aplikant, słuchał przez kilka sekund, po czym odłożył słuchawkę i wrzasnął:

– Ława ustaliła werdykt!

Jego głos odbił się echem od przepastnego labiryntu małych i prowizorycznych pomieszczeń biurowych; wszyscy zerwali się z miejsc.

Krzyknął to jeszcze raz, biegnąc w stronę Dołka, jak nazywano salę posiedzeń, gdzie zbierali się pospiesznie pozostali pracownicy kancelarii. Wes Payton już tam był, jego żona, Mary Grace, właśnie się pojawiła; patrzyli sobie w oczy przez jedną sekundę pełną strachu i zdumienia. Dwóch aplikantów, dwie sekretarki i księgowa zebrali się przy długim zawalonym papierami stole. Znieruchomieli nagle i popatrzyli na siebie, jakby czekali, by ktoś odezwał się pierwszy.

Naprawdę było po wszystkim? Czekali całą wieczność, a skończyło się to tak nagle? Wystarczył jeden telefon?

– Może pomodlimy się w milczeniu – zaproponował Wes.

Wzięli się za ręce, tworząc zwarte koło, i zaczęli modlić się tak żarliwie jak nigdy dotąd. Zanoszono wszelkiego rodzaju prośby do Boga Wszechmogącego, ale błagano jednomyślnie o zwycięstwo. Błagam, najdroższy Panie, byś po tak długim czasie, kiedy kosztowało nas to tyle wysiłku i pieniędzy, kiedy doznawaliśmy lęku i zwątpienia, raczył wynagrodzić nas zwycięstwem. I wybaw nas od poniżenia, ruiny, bankructwa i wszelkiego zła, które zesłałby na nas niepomyślny werdykt.

Następnie urzędniczka sądowa zadzwoniła na komórkę Jareda Kurtina, architekta obrony. Pan Kurtin wylegiwał się na wypożyczonej skórzanej kanapie w swoim tymczasowym biurze przy Front Street w śródmieściu Hattiesburga, trzy przecznice od gmachu sądu. Czytał jakąś biografię i rejestrował upływające godziny warte w jego przypadku siedemset pięćdziesiąt dolarów. Wysłuchał spokojnie wiadomości i rozłączył się.

– Chodźmy. Ława przysięgłych jest gotowa – oznajmił.

Jego żołnierze w ciemnych garniturach stanęli niemal na baczność, a potem ustawili się w szeregu, by eskortować go w drodze do kolejnego spektakularnego zwycięstwa. Wyruszyli bez słowa komentarza, bez modlitwy na ustach.

Zawiadomiono innych prawników, potem dziennikarzy i w ciągu paru minut wieść trafiła na ulicę i zaczęła rozchodzić się lotem błyskawicy.

* * *

Na szczycie wysokiego budynku na dolnym Manhattanie pewien ogarnięty paniką młody człowiek wpadł do sali, w której odbywało się właśnie ważne spotkanie, i przekazał szeptem pilną wiadomość panu Carlowi Trudeau, który z miejsca stracił zainteresowanie omawianą sprawą i podniósł się gwałtownie z miejsca.

– Wygląda na to, że przysięgli ustalili werdykt – oznajmił.

Wyszedł i ruszył korytarzem do dużego narożnego apartamentu, gdzie zdjął marynarkę, poluzował krawat, podszedł do okna i popatrzył w dal, na pogrążoną we wczesnym mroku rzekę Hudson. Czekał i jak zwykle zadawał sobie pytanie, jakim cudem tak wielka część jego imperium mogła opierać się na zbiorowej mądrości dwunastu przeciętnych ludzi w jakiejś dziurze w stanie Missisipi.

Choć wiedział bardzo dużo, nie potrafił na to odpowiedzieć.

* * *

Ludzie spieszyli do sądu ze wszystkich stron, kiedy Paytonowie zaparkowali samochód w uliczce na jego tyłach. Zostali przez chwilę w samochodzie, wciąż trzymając się za ręce. Przez cztery miesiące, przebywając w pobliżu tego budynku, starali się unikać kontaktu fizycznego. Ktoś zawsze obserwował. Może sędzia przysięgły albo reporter. Należało w miarę możności zachowywać się profesjonalnie. Fakt, że zespołem prawniczym była para małżeńska, zadziwiał ludzi, więc Paytonowie starali się traktować nawzajem jak prawnicy, a nie małżonkowie.

W trakcie procesu, z dala od budynku sądu, zdarzały im się cenne chwile wzajemnej bliskości.

– Co myślisz? – spytał Wes, nie patrząc na żonę. Serce waliło mu jak młot, czoło było mokre od potu. Wciąż zaciskał lewą dłoń na kierownicy i powtarzał sobie, by się odprężyć.

Odprężyć! Niezły żart.

– Nigdy jeszcze się tak nie bałam – wyznała Mary Grace.

– Ani ja.

Milczeli długą chwilę, oddychając głęboko; wóz transmisyjny którejś ze stacji telewizyjnych omal nie zmasakrował przechodnia.

– Zdołamy przeżyć porażkę? – spytała. – Oto jest pytanie.

– Musimy przeżyć. Nie mamy wyboru. Ale nie przegramy.

– Tak trzymać! Chodźmy.

Przyłączyli się do pozostałych pracowników swojej niedużej kancelarii i weszli razem do budynku sądu. Tam gdzie zawsze, na pierwszym piętrze, obok automatu z napojami, czekała ich klientka, powódka Jeannette Baker; gdy zobaczyła prawników, od razu się rozpłakała. Wes ujął ją za ramię z jednej strony, Grace z drugiej i ruszyli po schodach do sali rozpraw na drugim piętrze. Równie dobrze mogliby ją wnieść. Ważyła niespełna pięćdziesiąt kilogramów i podczas procesu postarzała się o pięć lat. Była w depresji, chwilami miała urojenia i choć nie cierpiała na anoreksję, po prostu nie jadała. W wieku trzydziestu czterech lat pochowała już dziecko i męża i teraz dobrnęła do końca koszmarnego procesu, żałując w głębi duszy, że w ogóle do niego doszło.

W sali panowała atmosfera podniecenia, jakby wyły syreny, a lada chwila miało dojść do bombardowania. Tłoczyły się tu dziesiątki ludzi, którzy szukali swoich miejsc albo rozglądając się, rozmawiali nerwowo. Kiedy w bocznych drzwiach ukazał się Jared Kurtin ze swoją armią obrony, wszyscy wlepili w niego wzrok, jakby wiedział coś, o czym oni nie mieli pojęcia. Dzień w dzień przez ostatnie cztery miesiące udowadniał, że jest niezwykle przenikliwy, ale w tym momencie jego twarz niczego nie zdradzała. Otoczony podwładnymi, emanował powagą.

Po drugiej stronie sali, w odległości kilku metrów, przy stole powódki zajmowali miejsca Paytonowie i Jeannette. Te same krzesła, te same pozy, ta sama wyszukana strategia, której celem było zrobienie odpowiedniego wrażenia na przysięgłych: oto biedna wdowa i jej dwoje samotnych prawników rzuciło wyzwanie gigantycznej korporacji o nieograniczonych zasobach i środkach. Wes Payton zerknął na Jareda Kurtina i ich oczy spotkały się na chwilę; skinęli grzecznie głowami. Cud tego procesu polegał na tym, że tych dwóch ludzi wciąż traktowało się z pewną dozą uprzejmości, ba, nawet rozmawiali, gdy było to nieodzowne. Stało się to kwestią dumy. Zdarzały się mało przyjemne sytuacje, i to często, więc obaj byli zdecydowani wznieść się ponad małostkowość i wyciągać do siebie rękę.

Mary Grace nie podniosła wzroku, ale nawet gdyby to zrobiła, nie skinęłaby głową ani się nie uśmiechnęła. Chwała Bogu, że nie nosiła w torebce broni, bo nie byłoby już połowy siedzących po drugiej stronie mężczyzn w ciemnych garniturach. Położyła przed sobą czysty notatnik w linie, zapisała w nim datę, a następnie swoje imię i nazwisko. Potem nie przyszło jej do głowy już nic więcej. W ciągu siedemdziesięciu jeden dni procesu wypełniła sześćdziesiąt sześć takich notatników, wszystkie o tym samym rozmiarze i kolorze; spoczywały teraz w idealnym porządku w metalowej szafce w Dołku. Podała Jeannette chusteczkę. Choć Mary Grace liczyła dosłownie wszystko, nie prowadziła ewidencji środków higienicznych, które jej klientka zużyła podczas procesu. A było tego mnóstwo.

Jeannette płakała niemal non stop i choć Mary Grace współczuła jej głęboko, czuła się zmęczona tym przeklętym chlipaniem. Miała dość wszystkiego – wyczerpania, stresu, bezsennych nocy, ciągłego analizowania, braku kontaktu z dziećmi, zaniedbanego mieszkania, góry niezapłaconych rachunków, lekceważonych klientów, zimnej chińszczyzny o północy, konieczności – istne wyzwanie – malowania się i układania włosów każdego ranka, by wyglądać atrakcyjnie przed ławą przysięgłych. Tego po niej oczekiwano.

Udział w poważnym procesie jest jak skok do ciemnego i zarośniętego stawu z pasem obciążonym kamieniami. Człowiek utrzymuje się jakoś na powierzchni, choć reszta świata się nie liczy, i ma bezustannie wrażenie, że tonie.

Kilka rzędów za Paytonami, na końcu ławy, która szybko się zapełniała, siedział ich bankier, który obgryzał nerwowo paznokcie i starał się jednocześnie zachować spokój. Nazywał się Tom Huff, dla przyjaciół Huffy. Wpadał od czasu do czasu do sądu, przysłuchiwał się procesowi i odmawiał swoją prywatną modlitwę. Paytonowie byli winni jego bankowi czterysta tysięcy dolarów, a jedynym zabezpieczeniem tej pożyczki był kawałek ziemi uprawnej w hrabstwie Cary, należący do ojca Mary Grace. Poszedłby w najlepszym razie za sto tysięcy, tym samym pozostałoby jeszcze mnóstwo długu bez pokrycia. Gdyby Paytonowie przegrali sprawę, oznaczałoby to koniec obiecującej niegdyś kariery Huffy’ego jako bankowca. Prezes banku już dawno przestał na niego wrzeszczeć. Teraz wszelkie groźby miały formę maili.

To, co zaczęło się niewinnie od prostej pożyczki wysokości dziewięćdziesięciu tysięcy dolarów pod drugą hipotekę ich uroczego domu na przedmieściach, przerodziło się w ziejącą otchłań piekielną długów i idiotycznych wydatków. Idiotycznych w każdym razie w przekonaniu Huffy’ego. Ładny dom przepadł, podobnie jak ładne biuro w śródmieściu, także importowane samochody i cała reszta. Paytonowie ryzykowali wszystko, a Huffy siłą rzeczy ich podziwiał. Dobry werdykt i był geniuszem. Niewłaściwy werdykt i ustawiłby się za nimi w kolejce do sądu orzekającego upadłość.

Finansiści po drugiej stronie sali sądowej nie obgryzali nerwowo paznokci i nie martwili się szczególnie o bankructwo, choć poruszali ten temat. Firma Krane Chemical miała mnóstwo gotówki, zysków i aktywów, ale też setki potencjalnych pozwów ze strony ludzi, którzy niczym sępy czekali na to, co miał usłyszeć cały świat. Idiotyczny werdykt i posypałyby się procesy sądowe.

W tej chwili jednak sprawiali wrażenie grupy pewnych siebie ludzi. Jared Kurtin to najlepszy prawnik, jakiego można było znaleźć. Akcje firmy spadły tylko nieznacznie. Pan Trudeau, który przebywał w Nowym Jorku, wydawał się zadowolony.

Nie mogli się doczekać, kiedy wreszcie wrócą do domów.

Dzięki Bogu, że światowe giełdy już tego dnia nie funkcjonowały.

Wuj Joe zawołał: „Proszę zajmować miejsca” i w drzwiach na tyłach sali pojawił się sędzia Harrison. Już dawno porzucił głupi zwyczaj, który wymagał, by wszyscy stali, kiedy on zasiadał na swym tronie.

– Dzień dobry – powiedział. Była prawie siedemnasta. – Zostałem poinformowany przez ławę przysięgłych, że ustalono werdykt. – Rozejrzał się, chcąc mieć pewność, że wszyscy gracze są obecni. – Nadal oczekuję właściwego zachowania. Żadnych wybryków. Nikt nie wyjdzie, dopóki nie zwolnię przysięgłych. Jakieś pytania? Niepoważne wnioski ze strony obrony?

Jared Kurtin zachowywał całkowity spokój. Nie zwracał najmniejszej uwagi na sędziego, tylko bazgrał w notatniku, jakby tworzył malarskie arcydzieło. Gdyby spółka Krane Chemical przegrała, złożyłby apelację – i to z całą determinacją – którą oparłby na uprzedzeniach czcigodnego Thomasa Alsbrooka Harrisona IV, byłego adwokata, znanego z głębokiej niechęci wobec wielkich korporacji, a w szczególności wobec Krane Chemical.

– Panie woźny, proszę wezwać przysięgłych.

Drzwi obok ławy, na której zasiadali sędziowie, otworzyły się na oścież i nagle jakiś gigantyczny odkurzacz wyssał z sali każdą cząstkę powietrza. Serca zamarły. Ciała zesztywniały. Oczy szukały obiektów, by skupić na nich spojrzenie. Słychać było tylko szuranie stóp sędziów przysięgłych na mocno wytartym dywanie.

Jared Kurtin kontynuował swe metodyczne gryzmolenie. Miał w zwyczaju nigdy nie patrzeć na twarze przysięgłych, kiedy ci powracali z werdyktem. Po stu rozprawach wiedział, że nic się nie da z nich wyczytać. Zresztą po co? I tak po kilku sekundach ogłaszali swoją decyzję. Jego ludzie otrzymali ścisłe instrukcje, by nie zwracać uwagi na przysięgłych i bez względu na werdykt nie okazywać żadnych emocji.

Oczywiście, Jared Kurtin nie stał w obliczu finansowej i zawodowej klęski. W przeciwieństwie do Wesa Paytona, który nie odrywał wzroku od oczu przysięgłych, gdy zasiadali na swoich miejscach. Pracownik mleczarni uciekł spojrzeniem, niedobry znak. Nauczyciel patrzył wprost na Wesa, jakby przenikał go na wylot, kolejny zły znak. Kiedy przewodniczący ławy przysięgłych podawał sekretarce kopertę, żona pastora zerknęła na Wesa ze współczuciem, ale z drugiej strony prezentowała to smutne oblicze od początku procesu.

Mary Grace dostrzegła pewien znak, choć nawet go nie wypatrywała. Podsuwając następną chusteczkę Jeannette Baker, która szlochała teraz otwarcie, zerknęła ukradkiem na sędziego numer sześć, siedzącego najbliżej niej, doktor Leonę Rochę, emerytowaną wykładowczynię języka angielskiego na uniwersytecie. Doktor Rocha mrugnęła do niej zza okularów do czytania w czerwonej oprawce – szybko, nieznacznie, odruchowo, jak nigdy dotąd.

– Czy ustaliliście werdykt? – spytał w tym momencie sędzia Harrison.

– Tak, Wysoki Sądzie, ustaliliśmy – odparł przewodniczący.

– Czy jest jednomyślny?

– Nie, Wysoki Sądzie.

– Czy na werdykt zgadza się co najmniej dziewięcioro z was?

– Tak, Wysoki Sądzie. Wynik głosowania wynosi dziesięć do dwóch.

– To najważniejsze.

Mary Grace zaczęła sporządzać notatkę na temat mrugnięcia doktor Rochy, ale w całym tym napięciu nie była w stanie odczytać własnego pisma. Spróbuj zachować spokój, powtarzała sobie uparcie.

Sędzia Harrison wziął kopertę od sekretarki, wyjął z niej kartkę i zaczął zapoznawać się z werdyktem – na jego czole pojawiły się głębokie zmarszczki; zmrużył oczy, ściskając palcami grzbiet nosa. Po chwili długiej jak wieczność oznajmił:

– Wszystko w porządku.

Nawet drgnienia, najdrobniejszego grymasu, uniesienia powiek, niczego, co pozwalałoby się domyślić treści, którą zawierała kartka.

Spojrzał w dół i skinął głową protokolantce, po czym odchrząknął, najwyraźniej rozkoszując się tą chwilą. Zmarszczki wokół oczu wygładziły się, mięśnie szczęki rozluźniły, ramiona przygarbiły nieznacznie i, przynajmniej w przypadku Wesa, pojawiła się nadzieja, że przysięgli dowalili pozwanemu.

Sędzia Harrison zaczął niespiesznym i donośnym głosem czytać:

– Pytanie numer jeden: czy w obliczu dowodów uznajecie, że będące przedmiotem sporu wody gruntowe zostały skażone przez Krane Chemical Corporation? – Po podstępnej pauzie, która trwała niespełna pięć sekund, kontynuował: – Odpowiedź: tak.

Jedna strona sali zdołała odetchnąć, podczas gdy druga zaczęła przyoblekać się bladością.

– Pytanie numer dwa: czy w obliczu dowodów uznajecie, że skażenie było bezpośrednią przyczyną zgonów Chada Bakera lub Pete’a Bakera, albo ich obu? Odpowiedź: tak, w obu przypadkach.

Mary Grace zdołała wyjąć chusteczki z pudełka lewą ręką, pisząc coś gorączkowo prawą, Wes tymczasem zerknął na sędziego numer cztery, który akurat obdarzył go przelotnym spojrzeniem i żartobliwym uśmiechem, jakby mówił: „Teraz będzie najlepsze”.

– Pytanie numer trzy: odnośnie do osoby Chada Bakera. Jaką kwotę zasądzacie na rzecz jego matki, Jeannette Baker, tytułem odszkodowania za jego śmierć? Odpowiedź: pięćset tysięcy dolarów.

Martwe dzieci nie są wiele warte, bo nie zarabiają, ale to pokaźne odszkodowanie za śmierć Chada rozbrzmiało niczym dzwonek alarmowy, ponieważ stanowiło króciutką zapowiedź tego, co ma jeszcze nastąpić. Wes spojrzał na zegar wiszący nad głową sędziego i podziękował Bogu za oddalenie wizji bankructwa.

– Pytanie numer cztery: odnośnie do osoby Pete’a Bakera. Jaką sumę pieniędzy przyznajecie wdowie po nim, Jeannette Baker, tytułem odszkodowania za jego śmierć? Odpowiedź: dwa i pół miliona dolarów.

Wśród bogatych chłopców siedzących w pierwszym rzędzie za plecami Jareda Kurtina nastąpiło poruszenie. Krane Chemical mogła z pewnością wybulić trzy miliony dolarów, ale ten początek potencjalnego efektu lawinowego nagle ich przeraził. Kurtin nawet nie drgnął.

Na razie.

Jeannette Baker zaczęła zsuwać się z krzesła. Jej adwokaci pospieszyli z pomocą: pomogli jej usiąść i otoczyli drobne barki powódki ramionami, coś do niej szepcząc. Szlochała, nie mogąc nad sobą zapanować.

Na liście było sześć pytań opracowanych przez prawników i gdyby przysięgli odpowiedzieli twierdząco na pytanie numer pięć, to cały świat by oszalał. Sędzia Harrison doszedł właśnie do tego punktu; odchrząknął, studiując z uwagą odpowiedź. I wtedy ujawnił typową dla siebie złośliwość, bo uśmiechnął się przy tym. Podniósł odrobinę wzrok znad kartki, którą trzymał, po czym spojrzał na Wesa Paytona nad oprawką tanich okularów osadzonych na nosie. Uśmiech był nieznaczny, konspiratorski, a mimo to pełen radosnej satysfakcji.

– Pytanie numer pięć: czy w obliczu dowodów uznajecie, że działania Krane Chemical Corporation były albo celowe, albo odznaczające się takim niedbalstwem, że usprawiedliwia to zasądzenie odszkodowania za straty moralne? Odpowiedź: tak.

Mary Grace przestała pisać i popatrzyła ponad ruchliwą głową swojej klientki na męża, który wlepiał w nią wzrok. Wygrali i to już samo w sobie budziło radość, niemal nieopisaną euforię. Ale jak wielkie było ich zwycięstwo? W tym jednym ułamku sekundy oboje wiedzieli, że będzie spektakularne.

– Pytanie numer sześć: jaka jest wysokość odszkodowania za straty moralne? Odpowiedź: trzydzieści osiem milionów dolarów.

Rozległy się westchnienia, pokasływania i ciche gwizdy, kiedy po sali przetaczały się fale uderzeniowe. Jared Kurtin i jego gang zapisywali gorączkowo wszystko i starali się wyglądać na nieporuszonych tym podmuchem eksplozji. Szefowie Krane’a w pierwszym rzędzie próbowali dojść do siebie i oddychać normalnie. Większość spoglądała gniewnie na przysięgłych, a w ich głowach kłębiły się pogardliwe myśli o ignorantach, prowincjonalnej głupocie i temu podobnych.

Pan i pani Payton znów obrócili się w stronę klientki przygniecionej brzemieniem werdyktu i próbującej podnieść się nieporadnie. Wes szeptał do Jeannette, dodając jej odwagi, i jednocześnie powtarzał w głowie liczby, które właśnie usłyszał. Jakimś cudem zdołał zachować powagę i nie uśmiechać się głupkowato.

Huffy przestał obgryzać paznokcie. W ciągu niespełna trzydziestu sekund przestał być okrytym hańbą, zrujnowanym wiceprezesem banku, a stał się wschodzącą gwiazdą z widokami na wyższą pensję i stanowisko. Czuł się nawet mądrzejszy. Och, wyobrażał sobie, jak z samego rana zaczyna ćwiczyć wejście do sali zarządu. Sędzia mówił o formalnościach i dziękował przysięgłym, ale Huffy nie przywiązywał do tego wagi. Usłyszał wszystko, co pragnął usłyszeć.

Przysięgli wstali i wyszli gęsiego, podczas gdy Wuj Joe przytrzymywał im drzwi i kiwał aprobująco głową. Później powiedział żonie, że przewidział taki werdykt, choć ona niczego takiego sobie nie przypominała. Twierdził, że nie pomylił się ani razu w ciągu tych dziesiątków lat pracy woźnego sądowego. Kiedy przysięgli wyszli, Jared Kurtin podniósł się z miejsca i wyklepał zwyczajowe zapytania dotyczące wyroku, na co teraz, kiedy krew się już rozlała, sędzia Harrison odpowiadał z głębokim współczuciem. Mary Grace nie obchodziło to w najmniejszym stopniu. Miała to, na czym jej zależało.

Wes rozmyślał o czterdziestu jeden milionach dolarów i starał się zapanować nad emocjami. Wiedział, że ich kancelaria przetrwa, tak jak ich małżeństwo i reputacja, i w ogóle wszystko.

Kiedy sędzia Harrison oznajmił w końcu: „Zamykam posiedzenie sądu”, tłum ruszył do wyjścia. Wszyscy chwycili za telefony komórkowe.

* * *

Carl Trudeau wciąż stał przy oknie i patrzył, jak resztki słońca zachodzą daleko za New Jersey. Po drugiej stronie dużego pokoju jego asystent Stu odebrał telefon i zrobił kilka kroków, nim zdobył się na odwagę, by powiedzieć:

– Dzwonili z Hattiesburga. Trzy miliony odszkodowania dla powódki, trzydzieści osiem odszkodowania za straty moralne.

Jego szef przygarbił się nieznacznie, westchnął sfrustrowany i wymamrotał jakieś przekleństwo.

Odwrócił się powoli i spojrzał gniewnie na asystenta, jakby zamierzał zabić posłańca przynoszącego złe wieści.

– Jesteś pewien, że się nie przesłyszałeś? – spytał.

Stu pragnął rozpaczliwie, by tak właśnie było.

– Nie.

Za jego plecami otworzyły się drzwi i do pokoju wszedł pospiesznie Bobby Ratzlaff; brakowało mu tchu, był zszokowany i wystraszony. Pełnił funkcję głównego prawnika firmy i wiedział, że to jego głowa jako pierwsza pójdzie pod topór.

– Sprowadź tu swoich chłopców. Za pięć minut – warknął Trudeau, a potem znów odwrócił się do okna.

* * *

Konferencja prasowa odbywała się na parterze sądu. Wes i Mary Grace rozmawiali cierpliwie z dziennikarzami stojącymi w dwóch niewielkich grupkach. Oboje udzielali takich samych odpowiedzi na takie same pytania. Nie, werdykt nie jest rekordowy w stanie Missisipi. Tak, uważają, że jest usprawiedliwiony. Nie, nie spodziewali się go, zwłaszcza tak wysokiego odszkodowania. Z pewnością dojdzie do apelacji. Wes przyznał, że ma wiele szacunku dla Jareda Kurtina, ale nie dla jego klienta. Ich kancelaria reprezentuje obecnie trzydziestu innych powodów, którzy skarżą Krane Chemical. Nie, nie spodziewają się, by doszło w tych sprawach do ugody.

Tak, są zmęczeni.

Pół godziny później poprosili, by dano im wreszcie spokój, i wyszli razem z budynku sądu okręgowego, każde z ciężką teczką w dłoni. Robiono im zdjęcia, kiedy wsiadali do samochodu i odjeżdżali.

Nie odzywali się. Cztery przecznice, pięć, sześć. Upłynęło dziesięć minut bez choćby jednego słowa. Samochód, poobijany ford taurus z milionem kilometrów na liczniku i co najmniej jednym niedopompowanym kołem, dryfował przy bezustannym stukocie obluzowanego zaworu po ulicach wokół uniwersytetu. Milczenie przerwał Wes:

– Ile wynosi jedna trzecia czterdziestu jeden milionów?

– Nawet o tym nie myśl.

– Nie myślę. Żartowałem.

– Po prostu jedź.

– Chodzi ci o jakieś konkretne miejsce?

– Nie.

Taurus zapuszczał się na przedmieścia, zmierzając donikąd, ale z pewnością nie z powrotem do biura. Trzymali się z dala od okolicy z uroczym domem, który kiedyś do nich należał.

W miarę jak znikało otępienie, powracała rzeczywistość. Pozew, który wnieśli cztery lata wcześniej, i to z wielką niechęcią, został rozpatrzony w najbardziej dramatyczny sposób. Wycieńczający maraton dobiegł końca i choć odnieśli tymczasowe zwycięstwo, jego koszty okazały się ogromne. Rany wciąż były otwarte, blizny wojenne wciąż świeże.

Wskaźnik poziomu paliwa pokazywał jedną czwartą baku. Przed dwoma laty Wes nie zwróciłby na to uwagi. Teraz sprawa wyglądała znacznie poważniej. Wtedy jeździł bmw – Mary Grace miała jaguara – i kiedy potrzebował benzyny, zajeżdżał po prostu na ulubioną stację benzynową i tankował, płacąc kartą kredytową. Nigdy nie oglądał rachunków; zajmowała się nimi księgowa. Karty kredytowe zniknęły, podobnie jak bmw i jaguar, a ta sama księgowa pracowała za połowę wynagrodzenia i wydzielała im po kilka dolarów gotówką, żeby utrzymać kancelarię Paytonów na powierzchni.

Mary Grace też spojrzała na wskaźnik, co ostatnio stało się u niej zwyczajem. Notowała i zapamiętywała cenę wszystkiego – galonu benzyny, bochenka chleba, kartonu mleka. Ona lubiła oszczędzać, a on wydawać, ale jeszcze nie tak wiele lat temu, kiedy bezustannie dzwonili klienci i zawierane były ugody, rozluźniła się trochę za bardzo i cieszyła wspólnym sukcesem. Oszczędzanie i inwestowanie nie wydawało się priorytetem. Byli młodzi, firma prosperowała, przyszłość wydawała się nie mieć granic.

To, co Mary Grace wniosła do wspólnych funduszy, zostało już dawno pochłonięte przez sprawę Baker.

Jeszcze przed godziną byli spłukani, w każdym razie na papierze, obarczeni rujnującymi długami, które przekraczały znacznie nędzne środki, jakimi mogli dysponować. Zobowiązania nie zniknęły, ale bilans nie przedstawiał się już tak czarno.

Ale czy naprawdę?

Kiedy ujrzą na własne oczy całość albo choć część tego, co zapewniał ten wspaniały werdykt? Czy Krane Chemical zamierzała zaproponować ugodę? Ile czasu mogliby teraz poświęcić swojej praktyce?

Żadne z nich nie chciało rozważać pytań, które ich dręczyły. Byli po prostu zbyt zmęczeni i odczuwali zbyt głęboką ulgę. Przez całą wieczność rozmawiali tylko o tym, a teraz nie rozmawiali o niczym. Nazajutrz albo za dwa dni będą mogli zacząć konferencje.

– Nie mamy prawie benzyny – zauważyła.

Jego znużony umysł nie potrafił się zdobyć na jakąś cięta odpowiedź, więc Wes tylko spytał:

– Co z kolacją?

– Zjemy z dzieciakami makaron z sosem serowym.

Proces wyczerpał nie tylko ich siły i majątek; spalił też nadwagę, którą oboje mieli na samym początku. Wes schudł przynajmniej o siedem kilogramów, choć nie był tego pewien, ponieważ od miesięcy się nie ważył. Nie zamierzał też poruszać tej delikatnej kwestii z żoną, ale nie ulegało wątpliwości, że musi jeść. Często rezygnowali z posiłków – śniadania, kiedy ubierali pospiesznie dzieci i zawozili do szkoły, czy lunchu, kiedy jedno z nich omawiało wnioski w gabinecie Harrisona, podczas gdy drugie przygotowywało się do kolejnej rundy przesłuchań, wreszcie kolacji, kiedy to pracowali do północy i po prostu zapominali cokolwiek zjeść. Funkcjonowali dzięki batonom i napojom energetycznym.

– Świetny pomysł – odparł i skręcił w ulicę, która prowadziła do ich domu.

* * *

Ratzlaff i dwaj inni prawnicy zajęli miejsca przy eleganckim skórzanym stole w kącie biurowego apartamentu Carla Trudeau. Ściany były szklane i zapewniały wspaniały widok na wieżowce skupione w dzielnicy finansowej, ale nikt nie był w nastroju do podziwiania tej scenerii. Trudeau, siedząc przy chromowanym biurku na końcu pokoju, rozmawiał przez telefon. Prawnicy czekali nerwowo. Przeprowadzili mnóstwo rozmów ze świadkami w Missisipi, ale jak dotąd uzyskali niewiele odpowiedzi.

Szef przerwał połączenie i ruszył zdecydowanym krokiem w ich stronę.

– Co się stało? – warknął. – Jeszcze godzinę temu byliście cholernie pewni siebie, a teraz okazuje się, że dostaliśmy kopa w tyłek. Co się stało? – Usiadł i popatrzył gniewnie na Ratzlaffa.

– Rozprawa przed ławą przysięgłych. Zawsze wiąże się z ryzykiem – wyjaśnił Ratzlaff.

– Uczestniczyłem w procesach, i to wielu, i zwykle wygrywałem. Wydawało mi się, że opłacamy najlepszych krętaczy w biznesie prawniczym. Najlepsze papugi, jakie można tylko znaleźć. Nie szczędziliśmy forsy, prawda?

– O, tak. Płaciliśmy sowicie. Wciąż płacimy.

Trudeau walnął dłonią w stół.

– Co poszło nie tak? – rzucił wściekle.

No cóż, pomyślał Ratzlaff i chciał powiedzieć to głośno, tyle że bardzo cenił sobie swoją posadę. Zacznijmy od tego, że nasza firma zbudowała fabrykę pestycydów w jakiejś dziurze w stanie Missisipi, ponieważ ziemia i siła robocza były tam cholernie tanie, a potem przez następne trzydzieści lat zwałowaliśmy chemikalia i odpady przemysłowe w ziemi i w rzekach, całkiem nielegalnie oczywiście, i zanieczyszczaliśmy wodę pitną, aż smakowała jak zepsute mleko, co samo w sobie nie było jeszcze najgorsze wobec tego, że potem ludzie zaczęli umierać na raka i białaczkę.

To właśnie szefie, prezesie, korporacyjny spekulancie, poszło nie tak.

– Prawnicy są dobrej myśli, jeśli chodzi o apelację – oznajmił tylko, ale bez wielkiego przekonania.

– Och, po prostu super! W tej chwili naprawdę ufam tym prawnikom. Skąd wytrzasnąłeś takich klaunów?

– Są najlepsi.

– Jasne. I wyjaśnijmy prasie, że jesteśmy zachwyceni z powodu apelacji i że być może nasze akcje nie polecą jutro na łeb na szyję. To właśnie chcesz mi powiedzieć?

– Możemy to trochę ubarwić – odparł Ratzlaff.

Dwaj pozostali prawnicy wpatrywali się w szklane ściany. Który zamierzał skoczyć pierwszy?

Jedna z komórek Trudeau zadzwoniła; wziął ją ze stołu.

– Cześć, kochanie – powiedział, wstał i odszedł na bok.

Była to (trzecia) pani Trudeau, ostatnia zdobycz, niesamowicie młoda kobieta, której Ratzlaff i wszyscy inni w firmie unikali jak ognia. Mąż wyszeptał coś do niej i pożegnał się.

Zbliżył się do okna, stanął obok prawników i popatrzył na rozświetlone wieże.

– Bobby – odezwał się, nie odwracając nawet głowy – wiesz w ogóle, skąd przysięgli wytrzasnęli tę sumę trzydziestu ośmiu milionów odszkodowania za straty moralne?

– Trudno mi tak od razu powiedzieć.

– Oczywiście, że ci trudno. Przez pierwsze dziewięć miesięcy tego roku Krane Chemical osiągała średni zysk wysokości trzydziestu ośmiu milionów dolarów miesięcznie. Banda tępych wieśniaków, którzy nawet razem nie mogliby zarobić stu tysięcy w ciągu roku, a siedzą tam jak bogowie zabierający bogatym i dający biednym.

– Wciąż mamy te pieniądze, Carl – zauważył Ratzlaff. – Upłyną lata, zanim choć dziesięciocentówka przejdzie z rąk do rąk, jeśli w ogóle do tego dojdzie.

– Świetnie! Przedstaw to jutro tym wilkom, kiedy nasze akcje wylądują w błocie.

Ratzlaff przymknął się i przygarbił na krześle. Dwaj pozostali prawnicy nie zamierzali wypowiadać choćby słowa.

Carl Trudeau zaczął krążyć nerwowo po pokoju.

– Czterdzieści jeden milionów dolarów. I ile zostało tam jeszcze pozwów, Bobby? Ktoś powiedział: dwieście, trzysta? No cóż, jeśli dziś rano groziło nam trzysta, to jutro rano będzie ich trzy tysiące. Każdy ciemniak z opryszczką na południu Missisipi będzie teraz utrzymywał, że napił się w Bowmore magicznego wywaru. Każda czyhająca na okazję miernota prawnicza pędzi tam w tej chwili, żeby szukać klientów. Nie tak miało być, Bobby. Zapewniałeś mnie.

Ratzlaff miał pewien raport, który trzymał pod kluczem. Został sporządzony pod jego nadzorem osiem lat wcześniej. Liczył sto stron i opisywał z budzącymi przerażenie szczegółami, jak firma w Bowmore pozbywa się w nielegalny sposób odpadów toksycznych. Opisywał też skrótowo wysiłki firmy mające na celu ukrycie tego faktu, wprowadzanie w błąd Agencji Ochrony Środowiska i przekupywanie polityków na szczeblu lokalnym, stanowym i federalnym. Zawierał zalecenie, by potajemnie, ale skutecznie zlikwidować składowiska kosztem około pięćdziesięciu milionów dolarów. Krzyczał niemal w oczy, by zaprzestać tego procederu.

I, co ważniejsze w tym krytycznym momencie, przewidywał, że któregoś dnia dojdzie w sądzie do wydania niekorzystnego dla firmy wyroku.

Tylko dzięki szczęściu i rażącemu lekceważeniu procedur Ratzlaff zdołał zachować ten dokument w tajemnicy.

Jego szef dostał kopię osiem lat wcześniej, choć teraz zaprzeczał, że widział ją na oczy. Ratzlaff odczuwał pokusę, by odkurzyć ten raport i przeczytać kilka wybranych stron, ale za bardzo zależało mu na posadzie.

Trudeau podszedł do stołu, wsparł się obiema dłońmi o blat kryty włoską skórą i popatrzył groźnie na Bobby’ego Ratzlaffa.

– Przysięgam ci, że to się nigdy nie stanie – oświadczył. – Ani jedna dziesięciocentówka z naszych ciężko wypracowanych zysków nie trafi w łapy tych wieśniaków z przyczep mieszkalnych.

Trzej prawnicy wpatrywali się w szefa, w jego zmrużone i wściekłe oczy. Oddychał przez chwilę ciężko, a potem oznajmił:

– Nawet jeśli będę musiał ogłosić upadłość albo podzielić firmę na piętnaście spółek, to i tak, przysięgam na grób własnej matki, ci ignoranci nie tkną nawet jednego centa z pieniędzy należących do Krane Chemical.

Złożywszy tę obietnicę, ruszył po perskim dywanie, wziął z wieszaka marynarkę i wyszedł z gabinetu.

Rozdział 2

Krewni zawieźli Jeannette Baker do Bowmore, jej rodzinnego miasta, oddalonego od sądu o jakieś trzydzieści pięć kilometrów. Była osłabiona z powodu szoku i środków uspokajających; nie chciała oglądać tłumów i udawać, że się cieszy. Suma odszkodowania oznaczała zwycięstwo, ale werdykt był jednocześnie kresem długiej wyczerpującej podróży. Poza tym jej mąż i mały synek wciąż spoczywali w ziemi.

Mieszkała wraz z Bette, siostrą przyrodnią, w starej przyczepie przy żwirowej drodze, w opuszczonej okolicy znanej jako Pine Grove. Inne przyczepy skupiły się wokół nieutwardzonych ulic. Parkujące tam samochody osobowe i  pick-upy miały w większości po kilkadziesiąt lat, były przerdzewiałe i poobijane. Kilka domów odznaczało się bardziej trwałym charakterem; zostały przed pięćdziesięciu laty osadzone na betonowych podporach, ale i one starzały się nieubłaganie i zdradzały oznaki zaniedbania. W Bowmore było trudno o pracę, jeszcze trudniej w Pine Grove, a spacer ulicą, przy której mieszkała Jeannette, przygnębiłby każdego, kto by się tu zjawił.

Wieści ją wyprzedziły; gdy dotarła do domu, czekał już na nią niewielki tłumek ludzi. Położyli ją do łóżka, a potem usiedli w ciasnym pomieszczeniu; rozmawiali szeptem o werdykcie i zastanawiali się, co to wszystko oznacza.

Czterdzieści jeden milionów dolarów? Jak to wpłynie na inne pozwy? Czy Krane Chemical zostanie zmuszona do posprzątania całego tego bałaganu? Kiedy Jeannette zobaczy jakiekolwiek pieniądze? Byli dostatecznie ostrożni, by nie rozwodzić się nad tą ostatnią kwestią, ale ta myśl wydawała się dominująca.

Zjawiło się więcej przyjaciół i tłum wylał się z przyczepy na chybotliwy drewniany taras; ludzie ustawili tam krzesła ogrodowe, a potem siedzieli i rozmawiali w chłodnym powietrzu wczesnego wieczoru. Raczyli się wodą mineralną i napojami bezalkoholowymi. Dla nich, którzy cierpieli już od dawna, zwycięstwo miało słodki smak. W końcu wygrali. Czegoś dokonali. Rzucili się na Krane’a – firmę, której nienawidzili z całego serca – każdą cząstką energii, jaką mogli z siebie wykrzesać, i ostatecznie zdołali odpłacić jej pięknym za nadobne. Może fala się cofała. Może gdzieś tam, daleko od Bowmore, ktoś wreszcie zaczął słuchać.

Rozmawiali o adwokatach i zeznaniach, Agencji Ochrony Środowiska, o najnowszych raportach toksykologicznych i geologicznych. Choć nie byli szczególnie wykształceni, posługiwali się biegle żargonem dotyczącym odpadów toksycznych, skażenia wód gruntowych i komórek nowotworowych. Żyli w istnym koszmarze.

Jeannette leżała w ciemnej sypialni, słuchając przytłumionych rozmów, które toczyły się wokół niej. Czuła się bezpieczna. To byli bliscy jej ludzie – przyjaciele, rodzina, ofiary tak jak i ona. Łączyły ich ścisłe więzy; dzielili się cierpieniem. I mieli też podzielić się pieniędzmi. Postanowiła, że jeśli dostanie choćby nędzne grosze, to je rozda.

Wpatrując się w ciemny sufit, nie czuła oszołomienia z powodu werdyktu. Ulga zrodzona ze świadomości, że ta gehenna procesu dobiegła już końca, znacznie przewyższała radość ze zwycięstwa. Chciałaby spać przez tydzień i obudzić się w całkowicie nowym świecie, ze swoją małą rodziną, wiedząc, że wszyscy są szczęśliwi i zdrowi. Z drugiej strony, po raz pierwszy od chwili, gdy usłyszała werdykt, zadawała sobie pytanie, co właściwie mogłaby nabyć za te pieniądze.

Godność. Godne miejsce do życia i godne miejsce pracy. Gdzie indziej, oczywiście. Z dala od Bowmore i hrabstwa Cary, z dala od jego zanieczyszczonych rzek i strumieni. Ale niezbyt daleko, ponieważ wszyscy, których kochała, mieszkali w pobliżu. Marzyła jednak o nowym życiu w nowym domu, z czystą wodą, która nie cuchnęła, nie plamiła i nie wywoływała choroby i w konsekwencji śmierci.

Znów usłyszała trzask drzwi samochodu; była wdzięczna przyjaciołom. Zastanawiała się, czy nie uczesać włosów i nie wyjść na zewnątrz, żeby się przywitać. Poszła do maleńkiej łazienki, zapaliła światło, odkręciła kran, usiadła na brzegu wanny i popatrzyła na strumień szarawej wody, która spadała na ciemne plamy pokrywające sztuczną porcelanę.

Ta woda nadawała się do spłukiwania ludzkich odchodów – do niczego innego. Stacja pomp, która ją dostarczała, należała do miasta Bowmore, a miasto zakazywało picia swojej własnej wody. Trzy lata wcześniej lokalne władze wydały rezolucję, w której nakłaniały mieszkańców, by używali jej wyłącznie do spłukiwania. W każdej toalecie publicznej wisiało ostrzeżenie: „NIE PIĆ WODY – rozporządzenie Rady Miejskiej”. Czystą wodę dostarczano z Hattiesburga i każdy dom w Bowmore, czy to na kołach, czy jakikolwiek inny, był wyposażony w dwudziestolitrowy pojemnik i dozownik. Ci, którzy mogli sobie na to pozwolić, instalowali na tyłach posesji czterystulitrowe zbiorniki na wspornikach, a najzamożniejsi cysterny, w których zbierała się deszczówka.

Woda stanowiła w Bowmore codzienne wyzwanie. Zastanawiano się nad każdym jej kubeczkiem, cackano się z nią i używano jej oszczędnie, bo dostawy były niepewne. Każda kropla, która wnikała w ludzkie ciało albo go dotykała, pochodziła z butelki o zawartości czerpanej z kontrolowanego i opatrzonego odpowiednim certyfikatem źródła. Picie i gotowanie były łatwe w porównaniu z kąpielą i zmywaniem. Higiena nastręczała kłopotów i większość kobiet w Bowmore obcinała włosy na krótko. Mężczyźni zapuszczali brody.

Woda stała się przedmiotem legendy. Przed dziesięciu laty miasto zainstalowało system irygacyjny z myślą o boisku futbolowym dla młodzieży, trawa jednak szybko zbrązowiała i obumarła. Miejski basen zamknięto, kiedy jakiś specjalista spróbował dodać do wody znaczną ilość chloru, ta zaś nabrała słonego smaku i zaczęła cuchnąć niczym szambo. Gdy spłonął kościół metodystów, strażacy w trakcie przegranej walki z pożarem uświadomili sobie, że pompowana z niesprawdzonego źródła woda tylko wzmaga ogień. Już przed laty niektórzy mieszkańcy Bowmore podejrzewali, że woda po kilkakrotnym umyciu samochodu powoduje maleńkie pęknięcia na lakierze karoserii.

I piliśmy ją przez lata, powiedziała sobie w duchu Jeannette. Piliśmy, gdy zaczęła cuchnąć. Piliśmy, kiedy zmieniała kolor. Piliśmy, składając skargi do władz miejskich. Piliśmy, kiedy wodę zbadano, a miasto zapewniło nas, że jest nieszkodliwa. Piliśmy ją po przegotowaniu. Piliśmy ją jako kawę i herbatę, pewni, że wysoka temperatura ją oczyści. A kiedy przestaliśmy ją pić, braliśmy prysznic, kąpaliśmy się w niej i wdychaliśmy jej opary.

Co mieliśmy robić? Zbierać się każdego ranka przy studni jak starożytni Egipcjanie i przynosić wodę do domów w glinianych dzbanach na głowie? Kopać własne studnie za dwa tysiące dolarów i znaleźć tę samą cuchnącą mieszaninę, którą czerpało miasto? Jechać do Hattiesburga i znaleźć kran, a potem przytargać wodę w wiadrach?

Słyszała zapewnienia – te z dawnych czasów, kiedy eksperci pokazywali swoje wykresy i robili wykłady przedstawicielom władz miejskich i ludziom tłoczącym się w sali konferencyjnej, przekonując ich uparcie, że woda została zbadana i że będzie dobra, jeśli oczyści się ją odpowiednią dawką chloru. Słuchała elokwentnych specjalistów, których Krane Chemical sprowadziła do sądu i którzy mówili przysięgłym, że, owszem, przez lata mogło dochodzić w fabryce w Bowmore do „wycieków”, ale nie ma powodu do obaw, ponieważ bichloronylen i inne „niepożądane” substancje zostały wchłonięte przez glebę i odprowadzone przez podziemny strumień, a tym samym nie stwarzają żadnego zagrożenia, jeśli chodzi o miejską wodę pitną. Słuchała naukowców z ramienia rządu, którzy posługując się swoim żargonem, zapewniali ludzi, że woda o trudnym do zniesienia zapachu jest zdatna do picia.

Zewsząd zapewnienia, podczas gdy liczba ofiar rosła. Rak atakował w każdym zakątku Bowmore, na każdej ulicy, w niemal każdej rodzinie. Czterokrotnie powyżej średniej krajowej. Potem sześciokrotnie, dziesięciokrotnie. Podczas procesu ekspert zatrudniony przez Paytonów wyjaśnił przysięgłym, że w granicach miasta Bowmore wskaźnik zachorowalności na raka przewyższał piętnastokrotnie średnią krajową.

Nowotwory rozprzestrzeniły się tak bardzo, że mieszkańców poddawano wszelkiego rodzaju badaniom, prowadzonym zarówno przez naukowców z sektora prywatnego, jak i państwowego. Określenie „skupisko rakowe” stało się w mieście powszechne, a samo Bowmore uznano za radioaktywne. Jakiś bystry dziennikarz ochrzcił Cary mianem „Hrabstwa Raka” i ten przydomek się przyjął.

Hrabstwo Raka. Woda stała się dużym problem dla miejscowej izby handlowej. Nastąpił koniec rozwoju gospodarczego i miasto zaczęło się szybko pogrążać w kryzysie.

Zakręciła kran, ale woda wciąż tam była, kryjąc się w rurach, które biegły niewidoczne w ścianach i w ziemi pod jej stopami. Zawsze tam była, czekając z niewyczerpaną cierpliwością niczym uparty prześladowca. Cicha i groźna, pompowana z ziemi zanieczyszczonej przez Krane Chemical.

Jeannette leżała często nocą, nasłuchując wody, która płynęła w ścianach.

Kapiący kran był jak uzbrojony złoczyńca.

Uczesała włosy – nie wysilając się zbytnio i unikając patrzenia w lustro – i umyła zęby, używając wody z dzbanka, który zawsze stał na umywalce. Zapaliła w pokoju światło, otworzyła drzwi, przywołała uśmiech na twarz, po czym weszła do ciasnego salonu, gdzie pod ścianami siedzieli jej przyjaciele.

Był najwyższy czas, by udać się do kościoła.

* * *

Carl Trudeau jeździł czarnym bentleyem z czarnoskórym szoferem Toliverem, który podawał się za Jamajczyka, choć jego dokumenty imigracyjne były równie podejrzane, jak udawany karaibski akcent. Toliver woził wielkiego człowieka od dziesięciu lat i potrafił przewidzieć jego nastroje. Tym razem szef był zły, jak szybko ocenił Toliver, kiedy zmagali się z gęstym ruchem ulicznym na East River Drive, zmierzając w stronę centrum miasta. Pierwszy sygnał pojawił się w chwili, gdy pan Trudeau zatrzasnął drzwi po prawej stronie, zanim szofer zdążył chociażby kiwnąć palcem.

Jego szef, jak doskonale się orientował, potrafił w sali zarządu utrzymać nerwy na wodzy. Był niewzruszony, zdecydowany, wyrachowany i tak dalej. Jednak w zaciszu tylnego siedzenia limuzyny, nawet przy podniesionej szybie oddzielającej go od kierowcy, ujawniał często swój prawdziwy charakter. Ten człowiek był narwańcem o wybujałym ego. Kimś, kto nienawidzi przegrywać.

A tym razem zdecydowanie przegrał. Rozmawiał właśnie przez telefon; nie wrzeszczał, ale też nie mówił szeptem. Akcje miały polecieć na łeb, na szyję. Prawnicy byli głupcami. Wszyscy go okłamywali. Ograniczenie strat. Toliver mógł wychwycić tylko strzępy tej rozmowy, ale nie ulegało wątpliwości, że skutki tego, co wydarzyło się w Missisipi, są katastrofalne.

Jego szef miał sześćdziesiąt jeden lat i, według magazynu „Forbes”, zgromadził majątek wartości dwóch miliardów dolarów. Toliver zastanawiał się często, ile pieniędzy oznaczałoby dosyć. Co ten człowiek mógłby zrobić z kolejnym miliardem, i jeszcze kolejnym? Po co pracować tak ciężko, skoro miał więcej, niż był w stanie wydać? Domy, odrzutowce, żony, jachty, bentleye, wszelkiego rodzaju zabawki, których pożądał biały człowiek.

Toliver znał jednak prawdę. Nie było takich pieniędzy, które usatysfakcjonowałyby kiedykolwiek pana Trudeau. W mieście byli więksi od niego ludzie, on zaś starał się za wszelką cenę im dorównać.

Szofer skręcił na zachód, w Sześćdziesiątą Trzecią, i ruszył powoli w stronę Piątej Alei, po czym znów skręcił i znalazł się przed masywną żelazną bramą, która otworzyła się bezzwłocznie. Bentley zniknął pod ziemią i w końcu się zatrzymał; obok czekał już pracownik ochrony, który otworzył tylne drzwi limuzyny.

– Odjeżdżamy za godzinę – warknął Trudeau i oddalił się, niosąc dwie grube teczki.

Winda pokonała szybko szesnaście kondygnacji i dotarła na samą górę, gdzie w zbytku i luksusie mieszkali państwo Trudeau. Ich penthouse obejmował dwa najwyższe piętra, a jego liczne i gigantyczne okna wychodziły na Central Park. Kupili to mieszkanie za dwadzieścia osiem milionów dolarów krótko po szybkim ślubie, przed sześciu laty, a potem wydali kolejne dziesięć, by spełniało standardy lokum z magazynu poświęconego ekskluzywnym wnętrzom. Koszty stałe obejmowały wynagrodzenie dla dwóch pokojówek, szefa kuchni, majordoma, dwóch kamerdynerów – jego i jej – przynajmniej jednej niani i obowiązkowej osobistej asystentki, która czuwała nad właściwym porządkiem dnia pani Trudeau i pilnowała, by lunch podawano o właściwej porze.

Kamerdyner wziął płaszcz i teczki od swojego chlebodawcy, a ten ruszył po schodach do prywatnego apartamentu, by spotkać się z żoną. Nie miał wielkiej ochoty oglądać jej w tej chwili, ale drobne rytuały były nieodzowne i wyczekiwane. Przebywała w swojej przebieralni w towarzystwie dwóch fryzjerów, którzy zajmowali się z przejęciem jej blond włosami.

– Witaj, kochanie – rzucił, bardziej ze względu na fryzjerów, dwóch młodych mężczyzn, którzy najwyraźniej nie zwracali najmniejszej uwagi na fakt, że jest na dobrą sprawę naga.

– Podobają ci się moje włosy? – spytała Brianna, spoglądając gniewnie w lustro, podczas gdy fryzjerzy czesali i układali, pracując bezustannie na cztery ręce.

Nie: „Jak ci upłynął dzień?”, nie: „Witaj, mój drogi”, nie: „Jak tam proces?”. Tylko po prostu: „Podobają ci się moje włosy?”.

– Są cudowne – odparł, już się wycofując.

Rytuał dobiegł końca, mógł odejść i zostawić ją pod opieką fryzjerów. Zatrzymał się przy wielkim łożu i spojrzał na suknię wieczorową – Valentino, jak poinformowała go już wcześniej. Była jasnoczerwona i miała głęboki dekolt, który odpowiednio – albo i nie – odsłaniał jej fantastyczne nowe piersi. Krótka i niemal przezroczysta, ważyła pewnie niespełna sześćdziesiąt gramów i kosztowała prawdopodobnie co najmniej dwadzieścia pięć tysięcy dolarów. Miała rozmiar dwa, co oznaczało, że będzie odpowiednio leżeć na wychudzonym ciele Brianny, tak aby inne anorektyczki obecne na przyjęciu mogły wyrażać udawany podziw dla jej „świetnej figury”. Prawdę mówiąc, Trudeau czuł się coraz bardziej znużony jej obsesyjną rutyną: godzina dziennie z trenerem (300$), godzina ćwiczeń jogi (300$), godzina dziennie z dietetykiem (200$), wszystko po to, by spalić każdą komórkę tłuszczu i utrzymać wagę między czterdziestoma pięcioma i czterdziestoma siedmioma kilogramami. Zawsze była gotowa na seks – stanowiło to jeden z warunków ich małżeńskiej umowy – ale ostatnio martwił się, że przebije go sterczącą kością biodrową albo że sam zmiażdży ją w łóżku. Miała tylko trzydzieści jeden lat, ale zauważył już ze dwie zmarszczki nad jej nosem. Mogła się ich pozbyć dzięki operacji plastycznej, ale czy nie płaciła zbyt wysokiej ceny, głodząc się tak koszmarnie?

Miał na głowie ważniejsze rzeczy. Młoda, zachwycająca żona stanowiła tylko część jego wspaniałego wizerunku; Brianna Trudeau wciąż robiła kolosalne wrażenie.

Mieli dziecko, bez którego z łatwością by się obył. Dorobił się ich już sześciorga, mnóstwa, jak uważał. Troje z nich było starszych od Brianny. Ale uparła się z oczywistych powodów. Dziecko stanowiło zabezpieczenie, a ponieważ wyszła za mężczyznę, który uwielbiał kobiety i szanował głęboko instytucję małżeństwa, oznaczało rodzinę, więzy i korzenie, a także, choć nikt o tym nie wspomniał, poważne komplikacje natury prawnej, gdyby sprawy potoczyły się niewłaściwie. Dziecko oznaczało ochronę, której potrzebowała każda żona na pokaz.

Brianna urodziła dziewczynkę i wybrała dla niej koszmarne imię Sadler – Sadler MacGregor Trudeau. MacGregor było jej panieńskim nazwiskiem, a Sadler wygrzebała nie wiadomo skąd. Początkowo twierdziła, że tak miał na imię jej szkocki krewny, wyjątkowy hultaj, ale dała sobie spokój z tą fikcją, kiedy mąż przejrzał księgę imion dla dzieci. Guzik go to w gruncie rzeczy obchodziło. Dziecko było jego tylko w sensie biologicznym. Próbował już ojcostwa z poprzednimi rodzinami, i to z miernym skutkiem.

Sadler miała teraz pięć lat i była w sensie dosłownym porzucona przez rodziców. Brianna, niegdyś tak heroiczna w swych pragnieniach posiadania dziecka, straciła szybko wszelkie zainteresowanie macierzyństwem i scedowała obowiązki na kolejne nianie. Obecna, grubokoścista kobieta, pochodziła z Rosji, a jej dokumenty były równie wątpliwe jak w przypadku Tolivera. Trudeau nie potrafił przypomnieć sobie w tej chwili, jak ma na imię. Zatrudniła ją Brianna, bardzo podekscytowana, bo kobieta mówiła po rosyjsku i mogła nauczyć tego języka Sadler. „A po jakiemu miałaby mówić?” – spytał kiedyś Carl, ale żona tego nie skomentowała.

Wszedł do pokoju dziecięcego, wziął dziewczynkę na ręce, jakby nie mógł się doczekać, kiedy to wreszcie zrobi, wymienił z nią uściski i pocałunki, spytał, jak spędziła dzień, i po kilku minutach zdołał umknąć taktownie do swojego gabinetu, gdzie z miejsca chwycił za telefon i zaczął wrzeszczeć na Bobby’ego Ratzlaffa.

Po kilku bezowocnych rozmowach wziął prysznic, wysuszył doskonale ufarbowane blond włosy o popielatym odcieniu i włożył nowy smoking od Armaniego. Był trochę przyciasny w pasie, prawdopodobnie rozmiar trzydzieści cztery, o dwa centymetry za mały w porównaniu z wczesnymi dniami, kiedy to Brianna uganiała się za nim po ich penthousie. Ubierając się, przeklinał ten wieczór, przyjęcie i ludzi, których miał tam spotkać. Wiedzieli, oczywiście. W tej właśnie chwili wieść obiegała świat finansowy lotem błyskawicy. Telefony dzwoniły bezustannie, a jego konkurenci ryczeli ze śmiechu i napawali się niepowodzeniem Krane Chemical. Internet huczał od najświeższych wiadomości z Missisipi.

Gdyby chodziło o inne przyjęcie, on, wielki Carl Trudeau, zadzwoniłby i powiedział, że jest chory. Robił w życiu to, co mu się podobało, i jeśliby postanowił wymigać się w ostatniej chwili od jakiejś imprezy, to czemu nie, do cholery? Ale to nie była zwykła impreza.

Brianna wkręciła się do zarządu Muzeum Sztuki Abstrakcyjnej, które tego wieczoru organizowało wielką wyprzedaż. Oznaczało to niezliczone suknie od znanych projektantów, paradę płaskich brzuchów po operacjach plastycznych, nowych jędrnych piersi, nowych podbródków i nieskazitelnej opalenizny, brylanty, szampan, foie gras, kawior, kolację przyrządzoną przez słynnego szefa kuchni, cichą aukcję dla ostrożnych i głośną dla wielkich graczy. Co ważniejsze, miały tam być niezliczone kamery, dostatecznie dużo, by przekonać gości, że tylko oni stanowią centrum świata. Noc Oscarów mogłaby się schować.

Gwoździem wieczoru, przynajmniej dla niektórych, miała być aukcja pewnego dzieła sztuki. Co roku komitet zlecał „obiecującemu” malarzowi albo rzeźbiarzowi stworzenie czegoś wyłącznie z myślą o tej imprezie i zazwyczaj zgarniał za to ponad milion dolarów. W poprzednim roku wystawiono zdumiewające wyobrażenie ludzkiego mózgu po postrzale, które to dzieło poszło za sześć milionów. W tym roku wystawiono przygnębiający wzgórek czarnej gliny ze sterczącymi prętami z brązu, które tworzyły zarys młodej dziewczyny. Było to zatytułowane Wykorzystana Imelda i spoczywałoby zapomniane w jakiejś galerii w Duluth, gdyby nie osoba twórcy, udręczonego i bliskiego samobójstwa argentyńskiego geniusza, jak mówiono; smutny los, który z miejsca podwajał wartość jego dzieł, a fakt ten nie umknął uwadze przebiegłych inwestorów sztuki z Nowego Jorku. Brianna porozkładała broszury po całym penthousie i wspomniała kilkakrotnie, że Wykorzystana Imelda wyglądałaby wspaniale w ich korytarzu, tuż obok wejścia do windy.

Wiedział, że oczekuje się po nim zakupu tego paskudztwa, i miał nadzieję, że aukcja przebiegnie spokojnie. I liczył na to, że jeżeli zostałby jego właścicielem, to artysta szybko ze sobą skończy.

Brianna wyszła z przebieralni, ona i Valentino. Chłopcy od włosów już się ulotnili, sama zdołała włożyć sukienkę i biżuterię.

– Fantastycznie! – rzucił Carl.

Absolutnie szczerze. Mimo sterczących kości i żeber wciąż była piękną kobietą. Włosy wyglądały tak jak o szóstej rano, kiedy piła kawę, a on całował ją na pożegnanie. Teraz, po wizycie fryzjerów, kiedy w kieszeni miał tysiąc dolarów mniej, dostrzegał tylko nieznaczną różnicę.

Machnął na to ręką. Znał doskonale cenę żony na pokaz. Umowa przedmałżeńska gwarantowała Briannie sto tysięcy miesięcznie na drobne wydatki w trakcie trwania związku i dwadzieścia milionów w razie rozwodu. Miałaby też przyznaną opiekę nad Sadler, a on prawo do odwiedzin bez ograniczeń, gdyby tak chciał.

Kiedy już siedzieli w bentleyu i ruszali szybko spod apartamentowca w stronę Piątej Alei, Brianna zawołała:

– Och, Boże, zapomniałam pocałować Sadler! Co ze mnie za matka?

– Przeżyje to – zapewnił ją mąż, który też się z córką nie pożegnał.

– Czuję się okropnie – wyznała Brianna, udając obrzydzenie.

Jej długi płaszcz od Prady był rozchylony, więc na tylnym siedzeniu dominowały jej zdumiewające nogi. Niesamowicie długie, nieokryte rajstopami, materiałem ani czymkolwiek innym. Nogi, na które mógł patrzeć, których mógł dotykać, które mógł podziwiać i pieścić, a jej nie obchodziło, czy Toliver to widzi. Lubiła się jak zawsze pokazywać.

Carl głaskał je, bo były przyjemne w dotyku, ale miał ochotę powiedzieć coś w rodzaju: „Zaczynają przypominać kij od szczotki”.

Dał sobie spokój.

– Jakieś wiadomości na temat procesu? – spytała w końcu.

– Przysięgli nas przygwoździli – odparł.

– Tak mi przykro.

– Damy radę.

– Ile?

– Czterdzieści jeden milionów.

– Co za ignoranci!

Mówił jej niewiele o skomplikowanym i tajemniczym świecie Trudeau Group. Miała swoje sprawy, imprezy charytatywne, lunche i osobistych trenerów; zajmowało ją to w dostatecznym stopniu. Nie życzył sobie i nie tolerował zbyt wielu pytań.

Brianna zajrzała wcześniej do internetu, wiedziała więc bardzo dobrze, co zadecydowali przysięgli. Wiedziała, co prawnicy mówią o apelacji, wiedziała też, że Krane Chemical zanotuje nazajutrz rano znaczny spadek akcji. Przeprowadziła rozpoznanie i robiła w sekrecie notatki. Tak, była olśniewająca i szczupła, ale nie głupia. Carl rozmawiał właśnie przez telefon.

Budynek Muzeum Sztuki Abstrakcyjnej znajdował się w odległości kilku przecznic na południe, między Piątą Aleją a Madison. Widzieli już błyski fleszy setek aparatów. Brianna wyprostowała się, napięła mięśnie doskonałego brzucha, odsłoniła najnowsze nabytki i wyznała:

– Boże, nienawidzę tych ludzi.

– Kogo?

– Tych wszystkich fotografów.

Uśmiechnął się, słysząc to oczywiste kłamstwo. Samochód się zatrzymał i mężczyzna w smokingu otworzył drzwi; obiektywy skierowały się na czarnego bentleya. Wielki Carl Trudeau wysiadł bez uśmiechu, a za nim ukazały się długie nogi. Brianna wiedziała dokładnie, jak zaoferować fotografom z plotkarskiej prasy i może kilku magazynów poświęconych modzie to, o co chodziło – mnóstwo zmysłowego ciała – nie odsłaniając jednocześnie wszystkiego. Najpierw ukazała się prawa noga, w bucie od Jimmy’ego Choo za sto dolarów od palca, a potem jej właścicielka obróciła się z wprawą; Valentino rozchylił się usłużnie i cały świat zobaczył, jakie korzyści płyną z majątku wartego miliardy dolarów i posiadania takiej żony.

Ruszyli ramię w ramię po czerwonym dywanie, machając fotografom i ignorując reporterów, z których jeden miał czelność zawołać:

– Hej, Carl, jakiś komentarz na temat werdyktu w Missisipi?

Carl oczywiście nie usłyszał albo udawał, że nie słyszy. Przyspieszył jednak nieco kroku i wkrótce oboje znaleźli się w budynku, na bezpieczniejszym terenie. Taką przynajmniej miał nadzieję. Powitali ich opłacani w tym celu ludzie; obdarzano ich uśmiechami; pojawiły się przyjazne aparaty fotograficzne; zmaterializowali się starzy przyjaciele; wkrótce państwo Trudeau wniknęli w serdeczny tłum prawdziwie bogatych ludzi, którzy udawali, że cieszą się swoim towarzystwem.

Brianna znalazła sobie bratnią duszę, inną anorektyczną żonę bogacza, o takim samym niezwykłym ciele – wszystko doskonale wychudzone z wyjątkiem groteskowo dużych piersi. Carl ruszył prosto do baru i niemal dotarł do niego, nim został zatrzymany przez palanta, którego miał nadzieję uniknąć.

– Carl, chłopie, co ja słyszę?! Złe wiadomości z Południa? – huknął tak głośno, jak to tylko było możliwe.

– Tak, bardzo złe – przyznał Carl znacznie cichszym głosem, wziął kieliszek szampana i wypił łyk.

Pete Flint zajmował dwieście dwudzieste miejsce na publikowanej przez „Forbesa” liście czterystu najbogatszych Amerykanów. Carl zajmował miejsce trzysta dziesiąte i każdy z nich wiedział dokładnie, gdzie na owej drabinie znajduje się ten drugi. Numery osiemdziesiąty siódmy i sto czterdziesty pierwszy też były tu obecne, wraz z tłumem niesklasyfikowanych konkurentów.

– Myślałem, że twoi chłopcy kontrolują sytuację – nie dawał za wygraną Flint, popijając hałaśliwie z wysokiej szklanki pełnej scotcha albo bourbona. Udało mu się nawet zmarszczyć czoło, kiedy starał się ukryć radość.

– Owszem, też tak myśleliśmy – przyznał Carl, mając ochotę walnąć w ten tłusty podbródek oddalony od niego o trzydzieści centymetrów.

– Co z apelacją? – spytał poważnie Flint.

– Jesteśmy w dobrej formie.

Podczas aukcji poprzedniego roku Flint wytrwał mężnie do samego końca i wszedł w posiadanie Mózgu po postrzale, artystycznego śmiecia w cenie sześciu milionów dolarów, ale jednocześnie zapoczątkował kolejną kampanię muzeum, mającą na celu zdobycie odpowiednich środków. Nie ulegało wątpliwości, że i tego wieczoru zapoluje na główną nagrodę.

– Dobrze, że sprzedaliśmy w zeszłym tygodniu akcje Krane’a.

Carl miał ochotę rzucić pod jego adresem jakieś przekleństwo, ale zachował spokój. Flint nadzorował znany ze śmiałych posunięć fundusz hedgingowy. Naprawdę wyprzedał akcje Krane Chemical w przewidywaniu niekorzystnego werdyktu? Zagadkowe i groźne spojrzenie Carla niczego nie ujawniało.

– O, tak – ciągnął Flint. Napił się ze szklanki i cmoknął. – Nasz człowiek na Południu powiedział, że przerżniecie sprawę.

– Nie zapłacimy ani grosza – oznajmił Carl odważnie.

– Zapłacisz rano, stary. Jesteśmy pewni, że akcje Krane’a spadną o dwadzieścia procent.

Flint odwrócił się i odszedł, a Carl dopił szampana i sięgnął po następnego. Dwadzieścia procent? Dokonał w swoim laserowym umyśle szybkich obliczeń. Posiadał czterdzieści pięć procent udziałów w Krane Chemical, firmie o wartości rynkowej trzech miliardów dwustu milionów dolarów. Dwudziestoprocentowy spadek kosztowałby go na papierze dwieście osiemdziesiąt milionów. Nie była to oczywiście żadna znacząca strata, ale nazajutrz czekał go ciężki dzień w biurze.

Bardziej prawdopodobny był spadek dziesięcioprocentowy. Chłopcy w dziale finansowym zgadzali się z nim w tym wypadku.

Czy fundusz hedgingowy Flinta mógł sprzedać znaczną część akcji tak, aby on, Carl, o tym nie wiedział? Wpatrywał się w zmieszanego barmana i rozważał tę kwestię. Tak, to było możliwe, lecz mało prawdopodobne. Flint tylko się odgrywał.

Nagle, jakby znikąd, pojawił się dyrektor muzeum, ku radości Carla, który był pewien, że ten człowiek nie wspomni o werdykcie, jeśli w ogóle o nim wiedział. Że będzie mu mówił tylko miłe rzeczy i oczywiście napomknie o tym, jak wspaniale wygląda Brianna. Że spyta o Sadler i zainteresuje się remontem ich domu w Hamptons.

Gawędzili o tego rodzaju sprawach, przechadzając się z drinkami po zatłoczonej sali i omijając grupki pogrążonych w rozmowach ludzi, i w końcu stanęli przed Wykorzystaną Imeldą.

– Niesamowite, prawda? – odezwał się w zamyśleniu dyrektor.

– Piękne – zgodził się Carl, zerkając w lewo, gdy obok przeszedł numer sto czterdziesty pierwszy z listy „Forbesa”. – Za ile pójdzie?

– Rozmawiamy o tym przez cały dzień. Kto to może wiedzieć? Powiedziałbym, że za co najmniej pięć milionów.

– A ile to jest warte?

Dyrektor uśmiechnął się, gdy jeden z fotografów zrobił im zdjęcie.

– To całkiem inna kwestia, prawda? Ostatnie większe dzieło tego rzeźbiarza zostało sprzedane pewnemu japońskiemu dżentelmenowi za mniej więcej dwa miliony. Oczywiście, ten Japończyk nie przekazywał dużych sum na rzecz naszego małego muzeum.

Carl łyknął szampana, świadomy gry, jaka się tu toczy. Celem kampanii muzeum było zebranie stu milionów dolarów w ciągu pięciu lat. Jak twierdziła Brianna, mieli już połowę tej sumy i potrzebowali znacznego dochodu z tej aukcji.

Podszedł do nich krytyk z „Timesa”, przedstawił się i włączył do rozmowy. Ciekawe, czy zna werdykt, pomyślał Carl. Krytyk i dyrektor muzeum zaczęli mówić o argentyńskim rzeźbiarzu i jego problemach psychicznych, podczas gdy on przyglądał się Imeldzie i zadawał sobie pytanie, czy naprawdę chce, by trafiła na stałe do przedpokoju jego luksusowego penthouse’u.

Jego żona z pewnością tego chciała.

Rozdział 3

Tymczasowe lokum Paytonów było mieszkaniem z trzema sypialniami na pierwszym piętrze starego kompleksu niedaleko uniwersytetu. Wes mieszkał w tej okolicy za czasów studenckich i wciąż trudno było mu uwierzyć, że znalazł się tu ponownie. Dostrzegał jednak tak drastyczne zmiany w otoczeniu, że trudno było skupić się choć na jednej.

Tymczasowe lokum? Jak bardzo tymczasowe? Poważna kwestia w przypadku męża i żony, choć nie dyskutowali o tym od tygodni, i nie zamierzali robić tego teraz. Może za dzień albo dwa, kiedy zmęczenie i szok odrobinę ustąpią, a oni znajdą spokojną chwilę, żeby porozmawiać o przyszłości. Wes ruszył powoli przez parking; ominął przepełniony kontener na śmieci, wokół którego walały się odpadki, głównie puszki po piwie i potłuczone butelki. Była to ulubiona zabawa studentów – rzucać pojemniki z wyższych pięter, przez cały parking, nad samochodami, mniej więcej w kierunku kontenera. Kiedy szkło się roztrzaskiwało, dźwięk, niczym huk eksplozji, rozbrzmiewał w całym kompleksie, a studenci nie posiadali się z radości. W przeciwieństwie do pozostałych mieszkańców. Dla złaknionych snu Paytonów ten hałas był czasami nie do zniesienia.

Właściciel, ich dawny klient, był uważany za najgorszego gościa od wynajmu, przynajmniej przez studentów. Zaoferował to lokum Paytonom, a umowa przypieczętowana uściskiem ręki opiewała na tysiąc dolarów czynszu. Mieszkali tu od siedmiu miesięcy i choć zapłacili za trzy, właściciel twierdził uparcie, że nie ma pretensji. Czekał cierpliwie w kolejce wraz z wieloma innymi wierzycielami. Kancelaria prawnicza Payton & Payton udowodniła niegdyś, że potrafi przyciągać klientów i generować zyski, a jej dwoje wspólników z pewnością stać było na triumfalny comeback.

Łatwo powiedzieć, pomyślał Wes. Czy werdykt wartości czterdziestu jeden milionów dolarów był dostatecznym triumfem? Przez chwilę czuł się jak zwycięzca, ale potem znów ogarnęło go zmęczenie.

Wysiedli z samochodu i niczym niewolnicy koszmarnego nałogu chwycili za teczki leżące na tylnym siedzeniu.

– Nie – rzuciła nagle Mary Grace. – Nie pracujemy dziś wieczorem. Zostawiam to w samochodzie.

– Rozkaz, madame.

Weszli pospiesznie na ganek; z pobliskiego okna dobiegał dźwięk nieprzyzwoitego rapu. Mary Grace zagrzechotała kluczami i otworzyła drzwi, po czym nagle znaleźli się w środku, gdzie dwójka ich dzieci oglądała telewizję w towarzystwie Ramony, opiekunki z Hondurasu. Dziewięcioletnia Liza podbiegła do rodziców.

– Mamo, wygraliśmy, wygraliśmy! – zawołała, a Mary Grace wzięła ją w ramiona i przytuliła mocno.

– Tak, kochanie, wygraliśmy.

– Czterdzieści miliardów!

– Milionów, kochanie, nie miliardów.

Mack, pięciolatek, podbiegł do ojca, a ten podniósł syna. Przez długą chwilę stali oboje w wąskim przedpokoju, ściskając dzieci. Po raz pierwszy od ogłoszenia werdyktu Wes dostrzegł w oczach żony łzy.

– Widzieliśmy was w telewizji – powiedziała Liza.

– Wyglądałeś na zmęczonego – dodał Mack.

– Jestem zmęczony – przyznał Wes.

Ramona przyglądała się z boku, na jej twarzy błąkał się prawie niewidoczny uśmiech. Nie bardzo wiedziała, co oznacza werdykt, ale ucieszyła się z wiadomości w telewizji.