Wydawca: Wydawnictwo Albatros Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2018

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 479 Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 12 godz. 42 min Lektor: Roch Siemianowski

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 12 godz. 42 min Lektor: Roch Siemianowski

Opis ebooka Bar Pod Kogutem - John Grisham

Trójka przyjaciół właśnie rozpoczyna ostatni semestr studiów na wydziale prawa.
Ale co potem?

Zola, Mark i Todd zgodnie dochodzą do wniosku, że opinia o nieograniczonych możliwościach kariery prawniczej to mit. Czeka ich spłacanie kredytów studenckich, dyplom ich uczelni ma niewielką wartość, a w Waszyngtonie roi się od młodych prawników szukających pracy. W sytuacji, gdy każde z nich zmaga się dodatkowo z prywatnymi problemami, potrzebują jakiegoś rozwiązania. I znajdują je. Rzucają studia i pod fikcyjnymi nazwiskami zakładają kancelarię.

Pomysł szalony, lecz wydaje się trafiony. Zwłaszcza kiedy wpadają na sprawę, która może im przynieść miliony dolarów.

Ale może ich również zdemaskować.

Świetna książka… Tym, co Grishamowi wychodzi najlepiej, jest ironiczne poczucie humoru, kiedy pisze o prawnikach i ich etyce zawodowej. A właśnie to robi w Barze pod Kogutem. - „USA Today”

Opinie o ebooku Bar Pod Kogutem - John Grisham

Fragment ebooka Bar Pod Kogutem - John Grisham

O książce

TRÓJKA ‌PRZYJACIÓŁ WŁAŚNIE ‌ROZPOCZYNA OSTATNI ‌SEMESTR ‌STUDIÓW ‌NA ‌WYDZIALE ‌PRAWA.ALE CO ‌POTEM?

Zola, Mark i Todd zgodnie ‌dochodzą ‌do ‌wniosku, że ‌opinia ‌o nieograniczonych możliwościach kariery prawniczej ‌to ‌mit. ‌Czeka ich ‌spłacanie kredytów ‌studenckich, dyplom ich uczelni ‌ma niewielką ‌wartość, a w Waszyngtonie roi się ‌od młodych prawników szukających ‌pracy. W sytuacji, ‌gdy każde ‌z nich zmaga ‌się dodatkowo ‌z prywatnymi problemami, ‌potrzebują jakiegoś rozwiązania. I je ‌znajdują. ‌Rzucają studia ‌i pod fikcyjnymi nazwiskami zakładają ‌kancelarię.

Pomysł szalony, lecz ‌wydaje się trafiony. ‌Zwłaszcza kiedy wpadają ‌na ‌sprawę, ‌która może im przynieść ‌miliony ‌dolarów.

Ale może ich również ‌zdemaskować.

JOHN GRISHAM

Współczesny amerykański pisarz, ‌autor 39 powieści (w tym ‌sześciu dla młodzieży), fabularyzowanego ‌reportażu oraz ‌zbioru opowiadań. Jego książki ‌ukazują się w 40 ‌językach, a ich łączny ‌nakład przekroczył 300 ‌milionów egzemplarzy. W 2011 ‌r. otrzymał prestiżową nagrodę ‌literacką Harper ‌Lee. Po twórczość ‌Grishama chętnie ‌sięgają filmowcy, takiej miary ‌jak Sydney Pollack, ‌Francis Ford Coppola, ‌Robert ‌Altman ‌czy Alan J. ‌Pakula, a ekranizacje ‌jego ‌powieści, m.in. Raport Pelikanaz Julią ‌Roberts i Denzelem ‌Washingtonem, ‌Firmaz Tomem ‌Cruise’em, Klientz Susan Sarandon ‌czy Zaklinacz ‌deszczuz Mattem Damonem, stały ‌się megahitami.

www.facebook.com/JohnGrisham

Tego ‌autora w Wydawnictwie Albatros

FIRMA

KANCELARIA

ZAKLINACZ DESZCZU

KRÓL ‌ODSZKODOWAŃ

WIĘZIENNY PRAWNIK

OSTATNI SPRAWIEDLIWY

CALICO JOE

KOMORA

DARUJMY ‌SOBIE ‌TE ‌ŚWIĘTA

UŁASKAWIENIE

NIEWINNY ‌CZŁOWIEK

RAPORT ‌PELIKANA

GÓRA BEZPRAWIA

CHŁOPCY EDDIEGO

KLIENT

SAMOTNY ‌WILK

ADEPT

WERDYKT

DEMASKATOR

ŁAWA PRZYSIĘGŁYCH

WEZWANIE

WSPÓLNIK

BAR ‌POD KOGUTEM

Jake Brigance

CZAS ‌ZABIJANIA

CZAS ZAPŁATY

Theodore Boone

MŁODY PRAWNIK

UPROWADZENIE

OSKARŻONY

AKTYWISTA

ZBIEG

AFERA

Tytuł oryginału:

THE ROOSTER BAR

Copyright © Belfry Holdings, Inc. 2017

All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o. 2018

Polish translation copyright © Lech Z. Żołędziowski 2018

Redakcja: Marta Gral

Zdjęcie na okładce: Alex Emanuel Koch/Shutterstock

Projekt graficzny okładki i serii: Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o.

ISBN 978-83-8125-291-1

WydawcaWYDAWNICTWO ALBATROS SP. Z O.O.(dawniej Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c.)Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawawww.wydawnictwoalbatros.comFacebook.com/WydawnictwoAlbatros | Instagram.com/wydawnictwoalbatros

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: Michał Nakoneczny, hachi.media

Rozdział 1

Końcówka roku przyniosła jak zwykle atmosferę świąteczną, choć w domu Frazierów nie było specjalnie co świętować. Pani Frazier ubrała niedużą choinkę, zapakowała kilka tanich prezentów i upiekła kruche ciasteczka, których nikt tak naprawdę nie chciał jeść. No i jak co roku z głośników non stop płynęły dźwięki Dziadka do orzechów, do których zawzięcie nuciła w kuchni, jakby rzeczywiście miała się z czego cieszyć.

Sytuacja jednak zupełnie nie skłaniała do okazywania radości. Pan Frazier wyprowadził się z domu trzy lata wcześniej, a jego nieobecność budziła nie tyle tęsknotę, ile gryzącą niechęć, bo bardzo szybko zamieszkał ze swoją dużo młodszą sekretarką, która, jak się okazało, była już w ciąży. Porzucona, upokorzona i załamana pani Frazier wciąż jeszcze walczyła z depresją.

Louie, jej młodszy syn, przebywał w areszcie domowym po zwolnieniu za kaucją i miał przed sobą trudny rok zmagań z oskarżeniem o handel narkotykami i pokrewne występki. Nawet nie próbował kupić matce prezentu; tłumaczył się tym, że z przyczepioną do nogi bransoletką dozoru elektronicznego nie wolno mu opuszczać domu. Ale i bez tego nikt nie oczekiwał, by Louie myślał o kupowaniu prezentów. Ani rok temu, ani dwa lata wcześniej, gdy kostki jego nóg nie były jeszcze niczym obciążone, chłopak też nie zawracał sobie głowy prezentami.

Markowi, starszemu synowi, udało się wyrwać na święta z młyna nauki na studiach prawniczych i choć miał jeszcze mniej pieniędzy od brata, kupił matce perfumy. Kończył studia w maju przyszłego roku, w lipcu miał stanąć do egzaminu adwokackiego i we wrześniu podjąć pracę w kancelarii prawnej w Waszyngtonie – przypadkowo w tym samym miesiącu, na który wyznaczono termin rozprawy brata. Tyle że sprawa Louiego wcale nie miała trafić do sądu, i to z dwóch istotnych powodów. Po pierwsze, tajni agenci przyłapali go na gorącym uczynku sprzedaży dziesięciu paczuszek cracku i uwiecznili to nawet na nagraniu, a po drugie, ani jego, ani matki nie było stać na wynajęcie przyzwoitego adwokata. Przez całe święta oboje przygadywali Markowi, że powinien się zająć obroną brata. No bo mógłby przecież opóźnić postępowanie na tyle, by zdążyć zdać egzamin adwokacki – do ukończenia prawa zostało mu już tylko parę miesięcy – a następnie jako pełnoprawny adwokat wykorzystać jakieś formalne uchybienia, o których tyle się czyta w gazetach, i doprowadzić do wycofania oskarżenia.

W obmyślonym przez matkę i brata scenariuszu było wiele dziur, ale Mark odmówił wdawania się w dyskusję, kiedy zaś okazało się, że Louie zamierza spędzić Nowy Rok na kanapie, okupując ją przez co najmniej dziesięć godzin i oglądając kolejno siedem meczów futbolowych, Mark cichaczem wymknął się z domu i pojechał do kolegi. Wracając wieczorem i prowadząc auto w stanie wskazującym, podjął decyzję, że pora stąd uciekać. Postanowił wrócić do Waszyngtonu i spożytkować resztę ferii na rozglądanie się po firmie, w której miał niedługo podjąć pracę. Przerwa w zajęciach trwała prawie dwa tygodnie, ale po dziesięciu dniach wysłuchiwania ciągłych narzekań Louiego i płynących z głośników dźwięków Dziadka do orzechów Mark miał tak serdecznie dość, że nawet czekający go ostatni semestr studiów wydawał się miłą alternatywą.

Nastawił budzik na ósmą i przy porannej kawie oświadczył matce, że wraca do Waszyngtonu. Przykro mi, mamo, że muszę wyjechać trochę wcześniej, niż planowałem, i że zostawiam cię samą z twoim nieudanym synem, ale muszę znikać. Louie nie jest moim dzieckiem, żebym miał obowiązek go wychowywać. Mam swoje własne problemy.

Pierwszym z nich był jego samochód, ford bronco, którym jeździł od czasów liceum. Licznik przestał działać przy stanie trzystu tysięcy przebiegu i zdarzyło się to w połowie college’u. Samochód wymagał pilnej wymiany pompy paliwowej, która zajmowała pierwsze miejsce na liście wielu części do wymiany. Za pomocą taśmy klejącej i spinaczy biurowych Markowi udawało się przez ostatnie dwa lata utrzymać silnik, układ napędowy i hamulce na chodzie, ale z pompą paliwową poniósł klęskę. Wprawdzie wciąż działała, lecz ze znacznie obniżoną wydajnością, przez co bronco rozpędzał się na płaskim terenie maksymalnie do siedemdziesięciu paru kilometrów na godzinę. By uniknąć rozjechania na autostradach i drogach szybkiego ruchu przez osiemnastokołowe smoki, Mark wybierał boczne drogi w wiejskim Delaware i na Wschodnim Wybrzeżu. W rezultacie dwugodzinna podróż z Dover do centrum Waszyngtonu zajmowała mu dwa razy dłużej, niż powinna.

Miał dzięki temu dużo czasu na dumanie o swych innych problemach. Numerem dwa na liście był dławiący go dług studencki. Kończąc college, miał zaciągnięte kredyty w wysokości sześćdziesięciu tysięcy dolarów i był bez pracy. Ojciec był wprawdzie w tym czasie szczęśliwy z nową żoną, ale tak jak syn tonął w długach i próbował zniechęcić go do dalszej nauki.

– Cholera, chłopcze, cztery lata nauki i masz sześćdziesiąt kawałków w plecy – mówił. – Odpuść, zanim jeszcze bardziej popłyniesz.

Mark uważał jednak, że słuchanie ojca w sprawach finansowych byłoby głupotą, więc przez dwa lata pracował dorywczo tu i tam, nalewając drinki, dostarczając pizzę i jednocześnie użerając się z wierzycielami. Teraz nawet nie bardzo umiał powiedzieć, skąd się wziął pomysł studiów prawniczych, pamiętał tylko podsłuchaną przypadkiem rozmowę dwóch facetów przy barze, którzy omawiali jakieś poważne sprawy, nie przestając ostro tankować. Mark stał za barem, w lokalu było pustawo i po czwartej kolejce wódki z sokiem żurawinowym goście zaczęli mówić tak głośno, że trudno było ich nie słuchać. Spośród wielu usłyszanych ciekawostek dwie utkwiły mu mocno w pamięci: „Wielkie kancelarie prawne w Waszyngtonie przyjmują ludzi jak szalone” i „Pensje zaczynają się od stu pięćdziesięciu kawałków rocznie”.

Niedługo potem spotkał kolegę z college’u, który był studentem pierwszego roku prawa w Foggy Bottom w Waszyngtonie. Roztoczył przed Markiem plany szybkiego ukończenia studiów w ciągu dwóch i pół roku i podjęcia pracy w firmie prawniczej z pensją idącą w grube tysiące. Władze federalne oferowały kredyty studenckie każdemu, kto spełniał wymogi, co oznaczało, że wprawdzie skończy studia z gigantycznym długiem, ale przy takich zarobkach spłaci go po pięciu latach. Kolega uważał to za rozsądne rozwiązanie i zaciągnięcie długu nazywał „inwestowaniem w siebie”, bo dzięki temu zapewniał sobie doskonałe zarobki na przyszłość.

Mark połknął przynętę i rozpoczął przygotowania do egzaminu wstępnego. Osiągnął na nim niezbyt imponujący wynik 146 punktów, ale to – tak jak jego mizerna średnia 2,8 z college’u – wyraźnie nie zraziło komisji rekrutacyjnej w Foggy Bottom. Przyjęto go z otwartymi ramionami, jego wnioski o kredyt studencki zostały bez trudu zaakceptowane i w rezultacie Departament Edukacji przekazywał co roku kwotę sześćdziesięciu pięciu tysięcy dolarów na konto szkoły. Żałosna rzeczywistość na semestr przed ukończeniem studiów była taka, że jego zadłużenie za czas nauki w college’u i na wydziale prawa wynosiło łącznie z odsetkami dwieście sześćdziesiąt sześć tysięcy dolarów.

Następnym problemem było zatrudnienie, okazało się bowiem, że rynek pracy wcale nie jest tak chłonny, jak Mark sądził. Nie był też aż w takim rozkwicie, jak by to wynikało z kolorowych prospektów reklamowych Foggy Bottom czy wręcz oszukańczej strony w internecie. Absolwenci renomowanych uczelni prawniczych z najwyższej półki rzeczywiście wciąż dostawali oferty pracy za godne pozazdroszczenia wynagrodzenie, ale Foggy Bottom zdecydowanie do nich się nie zaliczała. W końcu udało mu się znaleźć pracę w średniej wielkości kancelarii prawnej, specjalizującej się w „relacjach państwowych”, co w przekładzie na ludzki język znaczyło niewiele więcej niż lobbing. Jego pensji wyjściowej na razie nie ustalono, bo zarząd firmy miał się zebrać w początkach stycznia, dokonać przeglądu wyników finansowych za rok ubiegły i dopiero na tej podstawie ustalić politykę płacową na rok bieżący. Za kilka miesięcy Mark był umówiony ze swym „doradcą kredytowym” na poważną rozmowę na temat restrukturyzacji swego zadłużenia i uzgodnienie sposobu wybrnięcia z tego bagna. Niemniej doradca już zdążył wyrazić zaniepokojenie tym, że Mark do dziś nie wie, ile będzie zarabiał. Marka też to niepokoiło, zwłaszcza że żadna z osób poznanych w jego przyszłej firmie nie wzbudziła w nim zaufania. I choć nie przestawał się łudzić, w głębi duszy czuł, że jego przyszłość jest daleka od stabilizacji.

Kolejnym problemem był czekający go egzamin adwokacki. W związku z sytuacją na rynku pracy waszyngtoński egzamin zaliczał się do najbardziej wymagających w kraju i zastraszająco wysoki procent absolwentów Foggy Bottom go oblewał. Tymczasem ci, co kończyli renomowane uczelnie, radzili sobie na nim dobrze; w ubiegłym roku wskaźnik powodzenia wyniósł 91 procent dla Georgetown i 89 procent dla Uniwersytetu George’a Waszyngtona, ale tylko żałosne 56 procent dla Foggy Bottom. By zdać egzamin, Mark powinien zasiąść do nauki od razu na początku stycznia i ślęczeć nad książkami przez następne sześć miesięcy.

Ale brakowało mu do tego zapału, zwłaszcza w zimne, ponure i przygnębiające dni. Chwilami ciężar zadłużenia przygniatał go jak betonowe bloczki przytroczone do pleców. Chodzenie stawało się udręką. Uśmiechanie się sprawiało trudność. Żył w biedzie, a jego przyszłość, nawet przy perspektywie pracy, rysowała się mgliście. Większość jego kolegów ze studiów miała zaciągnięte kredyty i żadnej pracy. Pamiętał, że już na pierwszym roku słychać było narzekania, po czym z każdym semestrem robiło się coraz gorzej i narastała atmosfera przygnębienia i podejrzliwości. Sytuacja na rynku pracy systematycznie ulegała pogorszeniu. Wyniki egzaminów adwokackich absolwentów Foggy Bottom wprawiały w zakłopotanie. Długi rosły. Na zajęciach trzeciego roku coraz częściej dochodziło do scysji studentów z wykładowcami. Dziekan nie wyściubiał nosa ze swego gabinetu. Blogerzy wyżywali się na szkole i stawiali zaczepne pytania: „Czy to jest przekręt?”, „Czy wpuszczono nas w maliny?”, „Gdzie się podziały nasze pieniądze?”.

Wszyscy znajomi Marka w większym czy mniejszym stopniu byli zdania, że po pierwsze, Foggy Bottom jest uczelnią poniżej wymaganego poziomu; po drugie, składa zbyt wiele obietnic bez pokrycia; po trzecie, kosztuje za drogo; po czwarte, zachęca do zaciągania zbyt wysokich kredytów; po piąte, przyjmuje za słabych kandydatów, którzy tak naprawdę nie mają czego szukać na studiach prawniczych; a po szóste, jej absolwenci są nieodpowiednio przygotowani do egzaminu adwokackiego lub są za głupi, by go zdać.

Krążyły pogłoski, że rekrutacja spadła o pięćdziesiąt procent. Taki spadek zainteresowania szkołą bez wsparcia ze strony władz oświatowych i dotacji państwowych musiał oznaczać różnego rodzaju bolesne cięcia kosztów, w wyniku czego zła uczelnia mogła tylko jeszcze bardziej się pogorszyć. Marka Fraziera i jego kolegów z roku akurat to specjalnie nie bolało. Jakoś przebiedują ostatnie cztery miesiące zajęć i z radością opuszczą Foggy Bottom, by już nigdy do niej nie powrócić.

* * *

Mark mieszkał w pięciopiętrowym budynku, który w ciągu osiemdziesięciu lat istnienia uległ znaczącej degradacji, ale czynsz był niski i to przyciągało studentów George’a Waszyngtona i Foggy Bottom. Początkowo kamienica nosiła nazwę Domu Coopera, ale po trzech dekadach okupowania jej przez studenterię przyjęła się skrócona nazwa Coop1. Ponieważ windy rzadko działały, Mark wspiął się po schodach na trzecie piętro i wszedł do swego ciasnego, skromnie umeblowanego mieszkanka o powierzchni czterdziestu sześciu metrów kwadratowych, za które płacił osiemset dolarów miesięcznie. Po ostatnim egzaminie coś mu strzeliło do głowy i przed wyjazdem na święta dokładnie je wysprzątał. Zapaliwszy światło, z przyjemnością stwierdził, że wszystko jest na swoim miejscu. I nie było powodu, by mogło być inaczej. Właściciel tej rudery nigdy się w niej nie pokazywał. Mark rozpakował torby i z zaskoczeniem wsłuchiwał się w panującą ciszę. Zwykle dom był pełen studentów i przez cienkie ściany przenikały różne hałasy. Muzyka, odgłosy telewizji, kłótnie, śmiechy, awantury przy pokerze oraz dźwięki gitar, a nawet puzonu palanta z czwartego piętra, który pierdział na nim tak, że cały dom drżał w posadach, stanowiły nieodłączny akompaniament. Ale nie dziś. Wszyscy rozjechali się do domów na święta i w budynku panowała głucha cisza.

Po półgodzinie Mark zaczął się nudzić i wyszedł z domu. Szedł New Hampshire Avenue i czuł, jak pędzony wiatrem ziąb przenika jego cienką kurtkę i stare spodnie khaki. Coś mu kazało skręcić w Dwudziestą Pierwszą i sprawdzić, czy jego szkoła jest otwarta. W mieście, w którym nie brakowało okropnych nowoczesnych budynków, siedzibie Foggy Bottom i tak udawało się kłuć w oczy wyjątkową brzydotą. Był to powojenny ośmiokondygnacyjny budynek z wypłowiałej żółtej cegły, z niesymetrycznymi skrzydłami bocznymi, co zapewne świadczyło o próbie oryginalności architektonicznej projektanta. Pierwotnie znajdowały się tu jakieś biura, potem jednak porozwalano ściany działowe i utworzono ciasne sale wykładowe na czterech niższych kondygnacjach. Na piątej mieściła się biblioteka w postaci labiryntu sporych nor króliczych z regałami pełnymi rzadko dotykanych ksiąg i ścianami ozdobionymi portretami nikomu nieznanych sędziów i wykładowców prawa. Administracja szkoły zajmowała szóste i siódme piętro, na ostatnim – ósmym – piętrze, możliwie jak najdalej od studentów, mieściły się gabinety kierownictwa szkoły, w tym także schowany w najdalszym kącie gabinet dziekana, którego ten prawie w ogóle nie opuszczał.

Drzwi frontowe nie były zamknięte i Mark wszedł do pustego holu. Wprawdzie z przyjemnością powitał panujące w nim ciepło, ale wnętrze jak zwykle zrobiło na nim przygnębiające wrażenie. Całą jedną ścianę zajmowała ogromna tablica z przyczepionymi do niej niezliczonymi komunikatami i ogłoszeniami, w tym kilkoma plakatami reklamującymi studia za granicą i masą ręcznie wypisanych ofert sprzedaży książek, rowerów, biletów i konspektów wykładów, korepetycji i lokali do wynajęcia. Nad całą szkołą wisiała groźba egzaminu adwokackiego jak ciemna gradowa chmura i na tablicy nie brakowało ofert zachwalających kursy powtórkowe do egzaminu. Pewnie gdyby się uparł, znalazłby też kilka ofert zatrudnienia, ale ostatnio zdarzało się to w murach Foggy Bottom coraz rzadziej. W rogu tablicy natknął się na ulotkę, którą już znał – z propozycją dalszych kredytów studenckich. W kącie holu mieścił się niewielki barek kawowy z automatami z napojami, ale najwyraźniej na czas ferii wszystko zostało wyłączone i zamknięte.

Opadł na mocno sfatygowany skórzany fotel i zanurzył się w ponurej atmosferze szkoły. Czy to naprawdę uczelnia, czy tylko drukarnia dyplomów? Odpowiedź na to pytanie stawała się coraz bardzie oczywista i Mark po raz tysięczny pożałował, że w ogóle wszedł przez te drzwi jako naiwny i niewinny student pierwszego roku. Teraz, niemal trzy lata później, uginał się pod ciężarem zadłużenia, którego spłacenia w ogóle sobie nie wyobrażał. Jeśli w tym tunelu było jakieś światełko, on go nie dostrzegał.

I dlaczego ktoś nazwał uczelnię „mglistym dnem”2? Jakby wkuwanie prawa nie było wystarczająco odstraszające, dwadzieścia lat temu jakiś dowcipniś nadał uczelni dodatkowo odstraszającą nazwę. Ów dowcipniś, dziś już nieżyjący, sprzedał potem szkołę grupie inwestorów z Wall Street, do których należała cała sieć uczelni prawniczych. Mówiło się o tych placówkach, że choć przynoszą godziwe zyski, nie są znane z wypuszczania wybitnych prawników.

Jak w ogóle się sprzedaje i kupuje szkoły prawnicze? Dla Marka stanowiło to nadal zagadkę.

Usłyszał jakieś głosy i w pośpiechu opuścił budynek. Poszedł dalej New Hampshire aż do Dupont Circle, gdzie wstąpił do księgarni Kramer Books, żeby się rozgrzać i wypić kawę. Generalnie wszędzie chodził pieszo, bo jego bronco za bardzo szarpało i gasło w ulicznym ruchu. Trzymał samochód na placyku za Coop, zawsze z kluczykami w stacyjce, ale niestety jak dotąd nikt się nie skusił, żeby go ukraść.

Rozgrzany ruszył na północ Connecticut Avenue. Sześć przecznic dalej kancelaria prawna Ness Skelton zajmowała kilka pięter w nowoczesnym biurowcu niedaleko hotelu Hinckley Hilton. Podczas ubiegłorocznych wakacji Markowi udało się wyprosić w niej letnią praktykę za stawkę poniżej urzędowej płacy minimalnej. Letnie praktyki w takich wielkich firmach służyły oswajaniu najlepszych studentów z życiem prawnika i nie wymagano od nich zbyt wiele pracy. Praktykantów, których obowiązywał bardzo łagodny reżim biurowy, kuszono dodatkowo biletami na mecze i zaproszeniami na koktajle w ogrodach wspaniałych rezydencji bogatych wspólników. Wszystko po to, by ich złowić, namówić do podpisania umowy i tuż po dyplomie wrzucić w tryby maszynki mielącej biurowe mięso przez sto godzin tygodniowo.

Ale nie w Ness Skelton. Ta firma zatrudniała zaledwie pięćdziesięciu prawników i było jej daleko do czołówki kancelarii prawnych w mieście. Klientami były stowarzyszenia branżowe i pracownicze, takie jak Forum Plantatorów Soi, Związek Emerytowanych Pracowników Poczty, Komitet Wołowiny i Jagnięciny, Krajowe Stowarzyszenie Firm Asfaltowych, Stowarzyszenie Niepełnosprawnych Pracowników Kolei, a także kilka firm z przemysłu obronnego, które pragnęły uszczknąć coś dla siebie. Eksperci Ness Skelton – jeśli w ogóle tacy byli – utrzymywali kontakty z Kongresem, a firmowy program praktyk letnich nastawiony był bardziej na wykorzystywanie taniej siły roboczej niż na wyszukiwanie zdolnych studentów do przyszłej pracy. Mark pracował jak wół i zmagał się jak mógł z ogłupiającą pracą. W rezultacie, gdy pod koniec lata dostał propozycję, którą można było uznać za coś w rodzaju oferty pracy – pod warunkiem zdania egzaminu adwokackiego – nie wiedział, czy się z tego ucieszyć, czy rozpłakać. Ale i tak ją przyjął – nie miał nic innego w zanadrzu – i z dumą stał się jednym z nielicznych studentów Foggy Bottom z zapewnioną przyszłością. Przez całą jesień delikatnie naciskał swego opiekuna w firmie o sprecyzowanie warunków przyszłego zatrudnienia, lecz niczego nie wskórał. Być może nastąpi fuzja. Być może dojdzie do rozbicia firmy na mniejsze części. Być może wydarzą się różne inne rzeczy, ale podpisanie z nim umowy nie było jedną z nich.

Więc czekał. Popołudniami, w soboty, w dni świąteczne, kiedy tylko zaczynał się nudzić, wpadał do firmy – zawsze ze sztucznie radosnym uśmiechem na twarzy i równie udawaną gorliwością, by w czymś pomóc. Nie miał pewności, czy mu to w czymś pomoże, zakładał jednak, że nie zaszkodzi.

Jego opiekunem był niejaki Randall, prawnik z dziesięcioletnim stażem, o krok od zostania wspólnikiem firmy. Prawnikowi, który po dziesięciu latach pracy w Ness Skelton nie kwalifikował się na wspólnika, dyskretnie pokazywano drzwi. Randall był absolwentem Uniwersytetu George’a Waszyngtona, co w kategoriach rankingowych plasowało go szczebel niżej od tych, którzy ukończyli Georgetown, ale kilka szczebli wyżej od absolwentów Foggy Bottom. Hierarchia była pod tym względem jasna, a jej najbardziej zaciekłymi obrońcami byli absolwenci George’a Waszyngtona. Czuli się upokorzeni tym, że banda z Georgetown patrzy na nich z góry, i z tym większą zawziętością dawali odczuć swoją wyższość wszystkim absolwentom Foggy Bottom. W firmie aż się roiło od różnego rodzaju klik i układów i Mark wielokrotnie się zastanawiał, jak sobie z tym poradzi. Pracowało w niej już dwóch absolwentów jego uczelni, lecz obaj byli tak zajęci dystansowaniem się od dawnej szkoły, że nie mieli czasu na wyciągnięcie pomocnej dłoni do Marka. Prawdę mówiąc, ignorowali go nawet bardziej niż inni.

Często krzywił się pod nosem na stosunki panujące w firmie, był jednak skłonny pogodzić się z tym, że w każdym zawodzie obowiązuje specyficzna hierarchia. Poza tym za bardzo zajmowało go chronienie własnej skóry, by zastanawiać się, kto gdzie kończył prawo. Miał na głowie inne problemy.

Wysłał wcześniej do Randalla maila, że wpadnie do biura sprawdzić, czy może się do czegoś przydać. Ten powitał go krótkim burknięciem „Już wróciłeś?”.

Jasne, Randall, a tobie jak minęły święta? Wspaniale cię znów widzieć.

– Znudziło mnie już to świętowanie. Co słychać?

– Dwie sekretarki rozłożyła grypa – odparł Randall, wskazując na stertę papierów grubości trzydziestu centymetrów. – Potrzebuję po czternaście kopii z każdego, ułożonych i spiętych w komplety.

No pewnie, wracamy do kopiarni.

– Oczywiście – powiedział Mark z takim entuzjazmem w głosie, jakby już nie mógł się doczekać włączenia kopiarki. Zaniósł stertę dokumentów do podziemnego lochu z rzędem kopiarek i następne trzy godziny spędził na bezmyślnym zajęciu, za które nie dostanie ani centa.

Niemal zatęsknił za Louiem i jego bransoletką dozoru elektronicznego na nodze.

Rozdział 2

Dla Todda Lucero inspiracją do pójścia na studia prawnicze była, tak jak dla Marka, podsłuchana rozmowa o wyraźnie alkoholowym charakterze. Od trzech lat był barmanem w barze Pod Starym Rudym Kotem, wódopoju w stylu angielskiego pubu, cieszącym się popularnością wśród studentów George’a Waszyngtona i Foggy Bottom. Po skończeniu college’u we Frostburgu wyjechał z Baltimore do Waszyngtonu w poszukiwaniu pracy. Gdy jego wysiłki skończyły się niepowodzeniem, zaczepił się dorywczo Pod Starym Rudym Kotem, po czym szybko zdał sobie sprawę, że napełnianie kufli i nalewanie mocniejszych drinków bardzo mu pasuje. Pokochał życie barowe, odkrył w sobie talent do pogaduszek z klientami i umiejętność łagodzenia scysji. Szybko zyskał popularność i był po imieniu z setkami bywalców.

W ciągu minionych dwóch i pół roku wielokrotnie zmagał się z chęcią rzucenia studiów i zrealizowania marzenia o własnym barze, jednak jego ojciec był zdecydowanie temu przeciwny. Pan Lucero był policjantem w Baltimore i od zawsze namawiał syna do zdobycia zawodu z dyplomem uniwersyteckim. Tyle że namawianie nie szło niestety w parze z pomocą finansową i Todd, tak jak Mark, wpadł w pułapkę studenckiego zadłużenia.

Trafili na siebie od razu pierwszego dnia, podczas wstępnego zapoznawania się z uczelnią, gdy obaj widzieli przed sobą wielkie kariery prawnicze i jeszcze większe zarobki, wykazując się taką samą naiwnością jak reszta trzystu pięćdziesięciu pierwszoroczniaków. Po pierwszym roku Todd postanowił zrezygnować, ale ojciec strasznie na niego nawrzeszczał i Todd się ugiął. Obowiązki barmana nie zostawiały czasu na pukanie do różnych drzwi w Waszyngtonie i szukanie miejsca na letnią praktykę. Postanowił rzucić studia po drugim roku i powstrzymać przyrost długu, jednak jego doradca kredytowy zdecydowanie mu to odradził. Uświadomił mu, że dopóki studiuje, nie musi się borykać z bezwzględnym reżimem spłat zadłużenia, i że bardziej mu się opłaci pożyczać dalej, skończyć studia i znaleźć dobrze płatną pracę, która – przynajmniej w teorii – pozwoli szybko wyjść z długów. Teraz, kiedy do skończenia studiów został mu już tylko jeden semestr, Todd doskonale wiedział, że takiej pracy po prostu nie ma.

Gdyby wtedy pożyczył z banku te same sto dziewięćdziesiąt pięć tysięcy dolarów i otworzył własny bar, dziś tarzałby się w pieniądzach i wiódł barwne życie.

* * *

Mark przyszedł do Rudego Kota tuż po zmroku i usiadł na swym ulubionym stołku przy końcu baru. Stuknęli się z Toddem pięściami.

– Fajnie cię widzieć, stary – powiedział Mark.

– Ciebie też. – Todd przysunął mu oszroniony kufel lekkiego piwa. Jego status w barze pozwalał mu stawiać wszystkim, którym chciał, i Mark już od lat nie płacił za drinki.

Studenci rozjechali się do domów na ferie i w barze było pustawo.

– No to co u ciebie? – spytał Todd, opierając się łokciami o ladę.

– Spędziłem urocze popołudnie w drogim starym Ness Skelton na kopiowaniu i sortowaniu makulatury, której nikt nigdy nie będzie czytał. Kolejne durne zadanie. Nawet personel pomocniczy patrzy na mnie z góry. Nienawidzę tego miejsca. Nadal nie raczyli podpisać ze mną umowy.

– Nie masz jeszcze umowy?

– Nie, a obraz staje się coraz bardziej mglisty.

Todd upił łyk z kubka trzymanego pod ladą. Nawet status pierwszego barmana nie upoważniał go do picia podczas pracy, ale właściciela akurat nie było.

– To jak minęły święta w domu Frazierów? – spytał.

– Ho, ho, ho. Wytrzymałem dziesięć żałosnych dni i zwiałem. A u ciebie?

– Trzy dni, potem obowiązki wezwały mnie do powrotu. Co u twojego brata?

– Ma wciąż poważne kłopoty, nadal grozi mu odsiadka. Powinienem mu współczuć, ale trudno współczuć komuś, kto przez pół dnia śpi, a drugą połowę spędza na kanapie, oglądając Sędzię Judy i użalając się na bransoletkę dozoru elektronicznego na nodze. Biedna mama.

– Jesteś dla niego strasznie surowy.

– I tak niewystarczająco. Na tym polega jego problem. Nikt nigdy nie dobrał mu się do skóry. Złapali go z prochami, kiedy miał trzynaście lat. Zrzucił winę na kolegę i oczywiście rodzice przybiegli mu na pomoc. Nigdy nie ponosił za nic winy. Aż do teraz.

– Cholera, nie wyobrażam sobie mieć brata w kiciu.

– No, to głupia sytuacja. Chciałbym mu pomóc, ale nie ma szans.

– O ojca nawet nie spytam.

– Nie widziałem się z nim ani nie rozmawiałem przez telefon. Nie przysłał nawet kartki na święta. Ma pięćdziesiąt lat i jest dumnym tatusiem trzylatka, więc pewnie musiał odgrywać przed nim Świętego Mikołaja. Zwalił pod choinką stertę zabawek i uśmiechał się jak idiota, a dzieciak z piskiem zbiegał ze schodów. Koszmar.

Para młodych ludzi weszła do baru i Todd przeszedł wzdłuż lady, by ich obsłużyć. Mark wyjął telefon i sprawdził wiadomości.

– Widziałeś już jakieś oceny? – spytał Todd po powrocie.

– Nie. Ale co za różnica? I tak wszyscy jesteśmy najlepsi.

Oceny w Foggy Bottom były przedmiotem żartów. Dla reputacji szkoły było ważne, by opuszczający ją absolwenci mieli czym się pochwalić, więc profesorowie sypali piątkami i czwórkami jak z rogu obfitości. Na tej uczelni nikt nie oblewał egzaminów końcowych, co oczywiście rodziło wśród studentów lekceważący stosunek do nauki, a to z kolei podważało sens współzawodnictwa i mierni studenci stawali się jeszcze bardziej mierni. Nic dziwnego, że późniejszy egzamin adwokacki był takim wyzwaniem.

– A poza tym chyba sobie nie wyobrażasz, że nasi suto opłacani profesorowie będą w czasie ferii ślęczeli nad wystawianiem ocen – dodał Mark.

Todd pociągnął następny łyk i pochylił się nad barem.

– Mamy większy problem – mruknął.

– Z Gordym?

– Z Gordym.

– Tego się bałem. Wysłałem mu esemesa i próbowałem dzwonić, ale ma wyłączony telefon. A co się dzieje?

– Niedobrze. Wygląda na to, że pojechał na ferie do domu i święta zeszły mu na kłótniach z Brendą. Ona życzy sobie wielkiego ślubu w kościele z tysiącem zaproszonych gości, a Gordy w ogóle nie chce się żenić. Jej matka ma w tej sprawie dużo do powiedzenia, jego matka nie rozmawia z jej matką i cała sprawa wisi na włosku.

– Ślub jest piętnastego maja, Todd. I o ile dobrze pamiętam, jesteśmy obaj proszeni na drużbów pana młodego.

– No więc ja bym na to nie stawiał. Wrócił już i przestał brać leki. Zola była tu dziś po południu i poskarżyła się.

– Jakie leki?

– To długa historia.

– Jakie leki?

– On ma dwubiegunówkę, Mark. Zdiagnozowano ją już parę lat temu.

– Żartujesz?

– Jak mógłbym żartować z czegoś takiego? Ma chorobę dwubiegunową i Zola mówi, że odstawił lekarstwa.

– Czemu miałby to przed nami ukrywać?

– Na to nie umiem odpowiedzieć.

Mark pociągnął długi łyk piwa i pokręcił głową.

– To Zola już wróciła? – spytał.

– Tak, najwyraźniej ona i Gordy przyśpieszyli powrót o parę dni, żeby się sobą nacieszyć, choć nie jestem pewien, czy aż tak bardzo się cieszą. Zola twierdzi, że odstawił leki jakiś miesiąc temu, w trakcie nauki do egzaminów końcowych. Jednego dnia jest w euforii i skacze pod sufit, następnego popada w otępienie, sączy tequilę i pali trawkę. I plecie jakieś bzdury. Mówi, że chce rzucić studia i uciec na Jamajkę, oczywiście z Zolą. Ona się boi, że Gordy może popełnić jakieś głupstwo i zrobić sobie coś złego.

– Głupi jest. Od dawna jest zaręczony z ukochaną z liceum, naprawdę fajną dziewczyną, która w dodatku ma forsę. A on ugania się za Afrykanką, której rodzice i bracia przebywają w naszym kraju jako nielegalni imigranci, i to teraz, kiedy wokół nielegalnych jest tyle szumu. Koleś naprawdę jest głupi.

– Gordy ma kłopoty, Mark. Od paru tygodni tonie i naprawdę potrzebuje naszej pomocy.

Mark odsunął od siebie piwo, ale tylko na parę centymetrów, i splótł dłonie za głową.

– Jakbyśmy nie mieli dość własnych kłopotów. I niby jak mamy mu pomóc?

– Ty mi powiedz. Zola próbuje go pilnować i chce, żebyśmy przyszli dziś wieczór.

Mark parsknął śmiechem i łyknął piwa.

– Co cię tak śmieszy? – obruszył się Todd.

– Nic, ale wyobrażasz sobie ten skandal w Martinsburgu, jeśli się rozejdzie, że Gordonowi Tannerowi, którego ojciec jest diakonem w miejscowym kościele, a narzeczona córką znanego lekarza, odbiło, rzucił studia prawnicze i uciekł na Jamajkę z afrykańską muzułmanką?

– Naprawdę uważasz, że to zabawne?

– Musisz się bardziej postarać. Bo to śmieszne jak cholera – powiedział Mark, ale sam przestał się śmiać. – Słuchaj, Todd, nie możemy zmusić go do łykania lekarstw. Jeśli spróbujemy, nakopie nam obu do tyłków.

– On potrzebuje naszej pomocy. Kończę dziś o dziewiątej i pojedziemy tam.

Przy barze usiadł mężczyzna w eleganckim garniturze i Todd podszedł, by przyjąć zamówienie. Mark nie ruszył się. Sącząc piwo, popadł w jeszcze większą zadumę.

Rozdział 3

Trzy lata przed narodzinami Zoli Maal jej rodzice uciekli z Senegalu. Wraz z dwoma synami zagnieździli się w slumsach Johannesburga i utrzymywali się z dorywczych prac przy myciu podłóg i kopaniu rowów. Przez dwa lata zaoszczędzili na bilety na statek i z pomocą miejscowego przemytnika odbyli wraz z kilkunastoma Senegalczykami męczącą podróż na pokładzie liberyjskiego frachtowca do portu w Miami. Po przeszmuglowaniu na brzeg spotkali się z jej wujkiem, który ich zabrał do swego domu w Newark w New Jersey, gdzie zamieszkali w dwupokojowym mieszkanku w bloku pełnym uchodźców z Senegalu. Nikt z mieszkańców tego bloku nie posiadał zielonej karty.

Rok po ich przyjeździe do Stanów w szpitalu uniwersyteckim w Newark urodziła się Zola, co automatycznie zapewniło jej amerykańskie obywatelstwo. Podczas gdy rodzice imali się różnych zajęć, pracując w dwóch czy trzech miejscach naraz, zawsze za wynagrodzenie niższe od minimalnej ustawowej płacy, Zola i jej dwaj bracia chodzili do miejscowej szkoły, wtapiając się w otoczenie. Byli pobożnymi muzułmanami i z zapałem praktykowali swoją religię, choć trzeba przyznać, że Zolę od początku pociągał zachodni styl życia. Ojciec był człowiekiem pryncypialnym i upierał się, by dzieci zastąpiły angielskim rodzime języki wolof i francuski. Chłopcy szybko opanowali angielski i pomagali rodzicom w uczeniu się nowego języka. Rodzina przenosiła się z jednego do drugiego ciasnego mieszkania w Newark, zawsze w sąsiedztwie innych Senegalczyków, którzy tak jak oni żyli w strachu przed deportacją. Trzymanie się w większej grupie było bezpieczniejsze, przynajmniej tak im się zdawało, niemniej każde pukanie do drzwi wywoływało dreszcz strachu. Unikanie wszelkich awantur było nakazem chwili, więc Zola i jej bracia zostali nauczeni, że nie wolno im dać się wciągnąć do czegokolwiek, co mogłoby zwrócić na nich uwagę. I choć Zola miała w pełni legalne prawo pobytu, zdawała sobie sprawę, że jej rodzina jest w niebezpieczeństwie. Cały czas żyła w strachu przed aresztowaniem i deportacją rodziców i braci do Senegalu.

W wieku piętnastu lat znalazła pierwszą pracę na zmywaku w lokalnej knajpce, oczywiście za gotówkę płatną z ręki do ręki, i to nędzną. Bracia także pracowali i rodzina ciułała grosz do grosza.

Zola nie zapominała też o nauce, skończyła liceum z dobrym wynikiem i podjęła studia zaoczne w państwowym college’u. Uzyskanie niewielkiego stypendium pozwoliło jej przenieść się na studia stacjonarne i nawet podjąć pracę w uczelnianej bibliotece, ale nadal zmywała naczynia, wraz z matką sprzątała po domach i jako babysitterka pilnowała dzieci w rodzinach znajomych, którym powodziło się lepiej. Starszy brat ożenił się z niemuzułmanką i choć to, że była Amerykanką, oznaczało łatwiejszą drogę do uzyskania obywatelstwa, wywołało poważny rozdźwięk z rodzicami. Wyjechał z żoną do Kalifornii, by tam zacząć nowe życie.

W wieku dwudziestu lat Zola wyniosła się z domu i rozpoczęła naukę na uniwersytecie stanowym Montclair. Zamieszkała w akademiku z dwiema Amerykankami, dość skromnie sytuowanymi. Jako główny przedmiot obrała księgowość, bo zawsze dobrze czuła się wśród cyfr i miała smykałkę do finansów. Uczyła się pilnie, jednak obowiązki wynikające z paru prac dodatkowych nie zostawiały jej zbyt wiele czasu na naukę. Kiedy współlokatorki wprowadziły ją w świat studenckich imprez, okazało się, że do tego też ma smykałkę. I o ile uparcie przestrzegała muzułmańskiej abstynencji w odniesieniu do napojów wyskokowych – zresztą bez większego trudu, bo alkohol tak naprawdę jej nie smakował – o tyle w innych kwestiach, szczególnie mody i seksu, była dużo bardziej otwarta. Miała prawie metr osiemdziesiąt wzrostu i często słyszała zachwyty nad tym, jak wygląda w obcisłych dżinsach. Jej pierwszy chłopak szczęśliwie nauczył ją wszystkiego o seksie, dzięki drugiemu poznała narkotyki. Pod koniec pierwszego roku po cichu, ale zdecydowanie zaczęła się uważać za niepraktykującą muzułmankę, o czym jej rodzice nie mieli pojęcia.

Czekały ich zresztą poważniejsze kłopoty. Podczas jesiennego semestru ostatniego roku studiów Zoli jej ojca aresztowano, w wyniku czego przesiedział dwa tygodnie w areszcie, zanim udało się zorganizować kaucję. Przed aresztowaniem pracował jako malarz u przedsiębiorcy budowlanego, także Senegalczyka, ale z zieloną kartą. Szef firmy najwidoczniej wykosił konkurencyjną firmę związkową, sprzątnąwszy jej sprzed nosa lukratywny kontrakt na pomalowanie nowego kompleksu biurowego w Newark. Wściekły związkowiec powiadomił władze, że w firmie konkurenta pracują nielegalni imigranci. Już samo to było poważnym przestępstwem, ale dodatkowo ponoć zginęły jakieś materiały biurowe i oskarżycielski palec wskazał firmę Senegalczyka. W rezultacie ojca Zoli i czterech innych pracowników bez zielonej karty oskarżono o kradzież. Wszyscy dostali wezwania do stawienia się przed sądem imigracyjnym, w dodatku zostali oskarżeni o przestępstwo kryminalne.

Zola wynajęła adwokata, który rzekomo specjalizował się w takich sprawach, i rodzina wyłuskała ponad dziewięć tysięcy dolarów, praktycznie wszystkie swoje oszczędności. Adwokat okazał się strasznie zajęty, prawie nigdy go nie było i rzadko oddzwaniał na ich telefony. Rodzice i brat trzymali się w ukryciu, więc użeranie się z prawnikiem spadło na Zolę. Szybko znienawidziła tego faceta, który zalewał ją potokiem słów i bezwstydnie naciągał fakty. Najchętniej by go zwolniła, ale brakowało pieniędzy na wynajęcie kogoś innego. Kiedy jednak nie stawił się w sądzie w wyznaczonym terminie, sam sędzia odsunął go od sprawy. Ostatecznie Zoli udało się dotrzeć do prawnika z organizacji pomocy prawnej, a ten doprowadził do oddalenia oskarżenia o przestępstwo kryminalne. Nie miało to jednak wpływu na zagrożenie deportacją; sprawa wlekła się w nieskończoność i wyniki Zoli na uczelni mocno na tym ucierpiały. Po wielu rozprawach i przesłuchaniach doszła do wniosku, że wszyscy prawnicy są leniwi albo głupi i lepiej poradziłaby sobie z tym sama.

Dała się złapać na lep propagandy, że łatwe kredyty federalne umożliwiają wszystkim studiowanie prawa, i podjęła pierwsze odważne kroki na drodze do Foggy Bottom. Będąc obecnie w połowie ostatniego roku studiów, miała dług większy, niż mieściło się to w jej głowie. Rodzicom i nieżonatemu bratu wciąż groziła deportacja, choć ich sprawa utknęła gdzieś w masie podobnych spraw imigracyjnych.

* * *

Mieszkała przy Dwudziestej Trzeciej Ulicy, w budynku niepodupadłym aż tak bardzo jak Coop, ale pod wieloma względami podobnym. Zajmowała go gromada studentów gnieżdżących się w małych, mizernie umeblowanych klitkach. Na początku trzeciego roku poznała Gordona Tannera, przystojnego, atletycznie zbudowanego blondyna, mieszkającego dokładnie po drugiej stronie korytarza. Sprawy szybko nabrały tempa, wybuchł gorący romans i wkrótce zaczęły się rozmowy o wspólnym zamieszkaniu, naturalnie ze względów oszczędnościowych. Gordon ostatecznie wycofał się z pomysłu, bo Brenda, jego urodziwa narzeczona z rodzinnej miejscowości, polubiła wielkomiejskie życie i często go odwiedzała.

Lawirowanie między dwiema kobietami przerastało Gordona. Z Brendą był zaręczony praktycznie od zawsze, ale teraz ze wszystkich sił chciał uniknąć małżeństwa. Życie z Zolą pociągało jednak za sobą szereg problemów, więc wcale nie był pewien, czy jest gotów uciec z czarną dziewczyną i porzucić na zawsze rodziców i wszystkich przyjaciół. Na to nałożył się stres związany z szukaniem zatrudnienia na ciasnym czy wręcz niedostępnym rynku pracy, z trzymającym za gardło zadłużeniem i obawa, że nie zda egzaminu adwokackiego. W końcu Gordon się załamał. Pięć lat wcześniej zdiagnozowano u niego chorobę dwubiegunową, jednak leki i psychoterapia zrobiły swoje i nie licząc jednego przerażającego epizodu w college’u, jego życie praktycznie wróciło do normy. Utrata kontroli nastąpiła na trzecim roku w Foggy Bottom, w okolicach Święta Dziękczynienia, gdy nagle odstawił leki. Zola przez jakiś czas z przerażeniem obserwowała nagłe skoki nastroju, aż w końcu się wtrąciła. Gordon przyznał się jej do swojej choroby i wrócił do zażywania lekarstw. Przez następne kilka tygodni jego stany euforyczne i depresyjne nie występowały.

Skończyli sesję egzaminacyjną i rozjechali się do domów na święta, choć żadne z nich się do tego nie paliło. Gordy był zdecydowany doprowadzić do ostatecznej kłótni z Brendą i odwołać ślub. Zola nie chciała spędzać świąt z rodziną. Wiedziała, że mimo własnych kłopotów ojciec znajdzie czas i energię na wygłaszanie kazań potępiających jej grzeszne życie w zachodnim stylu.

Po tygodniu oboje wrócili do Waszyngtonu: ona nienawrócona, Gordy nadal jako narzeczony z terminem ślubu wyznaczonym na piętnastego maja. Co gorsza, znów przestał przyjmować leki i zaczął się zachowywać w sposób nieprzewidywalny. Przez dwa dni potrafił nie wyściubić nosa ze swojego pokoju; spał albo siedział zapatrzony w pustą ścianę, z brodą opartą o kolana. Zola przychodziła i wychodziła, nie wiedząc, co z tym fantem począć. Potem na trzy dni gdzieś zniknął i powiadomił ją tylko SMS-em, że pojechał pociągiem do Nowego Jorku „pogadać z pewnymi ludźmi”. I że jest na tropie wielkiego spisku, w związku z czym jest bardzo zajęty. Spała u siebie, gdy o czwartej nad ranem wtargnął do jej pokoju, zerwał z siebie ubranie i zażądał seksu. W godzinach popołudniowych znów gdzieś zniknął, by – jak powiedział – „tropić złoczyńców i grzebać się w brudach”. Wrócił w stanie skrajnego podniecenia i spędził wiele godzin nad laptopem, uprzedziwszy ją, by nie zawracała mu głowy, bo ma strasznie dużo do zrobienia.

Przerażona i zdesperowana Zola w końcu wybrała się Pod Starego Rudego Kota i opowiedziała wszystko Toddowi.

Rozdział 4

Czekała na nich na schodkach przed budynkiem i wszyscy razem weszli do jej mieszkania na drugim piętrze. Zamknęła za nimi drzwi i wylewnie podziękowała za przyjście. Widać było, że jest podenerwowana, wręcz zestresowana.

– Gdzie on jest? – spytał Mark.

– U siebie – odparła, wskazując głową korytarz. – Nie chce mnie wpuścić ani wyjść. Zdaje się, że przez ostatnie dwie doby prawie nie spał. Miota się po mieszkaniu i obija o ściany.

– Nie bierze lekarstw? – wtrącił Todd.

– Chyba nie, w każdym razie żadnych z apteki. Podejrzewam, że sam się czymś kuruje.

Spojrzeli po sobie, czekając, by ktoś zrobił pierwszy ruch.

– No to chodźmy – powiedział w końcu Mark i wyszedł z pokoju.

W korytarzu zapukał do drzwi.

– Gordy, tu Mark. Jest ze mną Todd i Zola. Chcemy z tobą porozmawiać.

Cisza. Gdzieś w tle ledwo słyszalny głos Springsteena.

Zapukał ponownie i powtórzył swoje słowa. Muzyka ucichła. Kopnięte krzesło – czy stołek – z rumorem przewróciło się na podłogę, klamka się poruszyła. Odczekali jeszcze chwilę i Mark pchnął drzwi.

Gordy stał pośrodku ciasnego pokoiku w samych żółtych spodenkach Redskins, w których widzieli go już setki razy, i wpatrywał się w ścianę, całkowicie ignorując ich wejście. W znajdującej się po lewej wnęce kuchennej panował nieopisany bałagan. Wszędzie walały się puszki po piwie i puste butelki, podłoga była zasłana papierowymi kubkami, zgniecionymi serwetkami i plastikowymi opakowaniami po kanapkach; stół po prawej, na którym stał otwarty laptop i drukarka, był zawalony stosami papierów. Kanapę, telewizor, fotel i stolik Gordy odsunął w kąt, jakby chciał zrobić jak najwięcej miejsca przy ścianie.

Ściana była obwieszona tablicami, do których kolorowymi pinezkami i taśmą klejącą przypiął plansze, ułożone w jakimś dziwacznym porządku. Linie i opisy zrobione czarnym, niebieskim i czerwonym markerem świadczyły o tym, że Gordy jest w trakcie rozgryzania jakiejś skomplikowanej struktury korporacyjnej, jakiegoś wielkiego spisku z umieszczonymi na samej górze podobiznami przywódców.

Wyglądało na to, że właśnie im się przypatruje. Był blady i wymizerowany; bardzo schudł, czego Mark ani Todd nie zauważyli dwa miesiące wcześniej podczas egzaminów końcowych. Był pasjonatem sali gimnastycznej i siłowni, ale jego wyrzeźbione mięśnie gdzieś się zapodziały. Gęsta blond czupryna – przedmiot jego dumy – wisiała w od dawna niemytych strąkach. Patrząc na niego i otoczenie, obaj koledzy nie mieli wątpliwości, że Gordy’emu potężnie odbiło. Stał przed nimi osamotniony i zaburzony niczym maniakalny malarz przed dziełem swego życia.

– Czemu zawdzięczam zaszczyt? – zapytał, zwracając ku nim głowę i przewiercając ich wzrokiem. Oczy i policzki miał zapadnięte, na twarzy tygodniowy zarost.

– Musimy porozmawiać – zaczął Mark.

– Musimy. Ale to ja będę mówił, bo mam wam dużo do powiedzenia. Wszystko już przemyślałem. Rozgryzłem skurwieli i musimy szybko działać.

– Dobra, Gordy – powiedział niepewnym głosem Todd. – Jesteśmy tu i słuchamy. Co się dzieje?

– Proszę, siadajcie. – Gordy wskazał kanapę.

– Wolę postać, jeśli ci to nie przeszkadza – rzucił Mark.

– Przeszkadza! – syknął Gordy. – Właśnie, że przeszkadza. Róbcie, co mówię, i wszystko będzie gites. Siadajcie. – Prychał jak rozeźlony pies i wyglądało to tak, jakby za chwilę miał się na nich rzucić. Mark ani Todd nie wytrzymaliby dziesięciu sekund w walce wręcz z Gordym. Byli świadkami dwóch takich bójek w barach, obu zakończonych nokautem przeciwników.

Todd i Zola usiedli na kanapie, Mark przyciągnął sobie stołek z części kuchennej i wszyscy troje ze zdumieniem spojrzeli na ścianę. Na planszach przedstawiono cały labirynt powiązań, strzałki rozchodziły się w różnych kierunkach i łączyły dziesiątki nazwisk, firm i liczb. Jak uczniacy skarceni przez nauczyciela, w milczeniu wpatrywali się w diagramy, czekając na dalszy ciąg.

Gordy podszedł do stołu i wziął do ręki do połowy opróżnioną butelkę tequili. Nalał porcję do swego ulubionego kubka do kawy i zaczął popijać małymi łyczkami, jakby to była herbata.

– Schudłeś, Gordy – zauważył Mark.

– Nie zauważyłem. Z powrotem utyję. Ale nie jesteśmy tu po to, żeby rozmawiać o mojej wadze. – Z kubkiem w ręce i najwyraźniej nie zamierzając proponować gościom nic do picia, Gordy podszedł do ściany i wskazał palcem jedną z twarzy. – To jest Główny Szatan. Nazywa się Hinds Rackley i jest prawnikiem z Wall Street, zamienionym w oszusta inwestycyjnego, z majątkiem tylko czterech miliardów, więc biedak ledwie zasługuje na wzmiankę w „Forbesie”. Tylko drobny miliarder, ale z odpowiednimi zabawkami: rezydencją przy Piątej Alei z widokiem na park, wielką posiadłością w Hamptons, jachtem, dwoma odrzutowcami, żoną jak z obrazka, z wszystkim co potrzeba. Skończył prawo na Harvardzie, potem pracował kilka lat w wielkiej korporacji prawniczej. Nie spodobało mu się tam, więc wraz z paroma kolegami poszedł na swoje, przeprowadził kilka fuzji tu i tam i obecnie jest właścicielem lub kontroluje cztery kancelarie prawne. Jak na miliardera jest dość nieśmiały i ceni sobie prywatność. Działa za kurtyną osłaniającą wiele różnych firm. Udało mi się namierzyć tylko kilka, ale to wystarczy.

Gordy mówił do ściany zwrócony plecami do słuchaczy i gdy unosił do ust kubek z tequilą, widać było na jego plecach drabinkę żeber. Schudł wręcz zdumiewająco. Mówił spokojnym tonem, jakby delektował się własnymi odkryciami.

– Jego głównym narzędziem jest Shiloh Square Financial, prywatna firma inwestycyjna zajmująca się między innymi wykupami lewarowanymi i skupem zagrożonych długów, typowymi machinacjami z Wall Street. Do Shiloh należy część Varanda Capital, ale nie wiadomo jak duża, bo ich księgi są oskrobane do kości i wszystko, co dotyczy tego człowieka, pachnie przekrętem. Do Varandy z kolei należy część Baytrium Group, a jak wam może wiadomo, Baytrium Group jest właścicielem wielu firm, w tym między innymi naszej drogiej uczelni Foggy Bottom. Naszej i jeszcze trzech innych. Natomiast na pewno nie wiecie, że Varanda jest też właścicielem czegoś o nazwie Lacker Street Trust z Chicago, do którego należą cztery inne prywatne uczelnie prawnicze. To razem osiem.

Na planszy po prawej stronie ściany widniały duże prostokąty z nazwami Shiloh Square Financial, Varanda Capital i Baytrium Group, pod nimi równym szeregiem ciągnęły się nazwy ośmiu uczelni prawniczych: Foggy Bottom, Midwest, Poseidon, Gulf Coast, Galveston, Bunker Hill, Central Arizona i Staten Island. Pod każdą z nazw Gordy umieścił liczby i podpisy, ale tak drobne, że z kanapy były nieczytelne.

Podszedł do stołu i nalał sobie następną porcję tequili. Upił łyk, zawrócił pod ścianę i stanął twarzą do swoich gości.

– Rackley zaczął budować sieć uczelni jakieś dziesięć lat temu, oczywiście zawsze kryjąc się za różnymi parawanami. Posiadanie prywatnej szkoły podstawowej, średniej czy wyższej nie jest nielegalne, ale on i tak woli się z tym kryć. Pewnie się obawia, że ktoś zacznie grzebać w jego brudach. A ja to zrobiłem. – Upił kolejny łyk i wlepił w nich rozjarzony wzrok. – W dwa tysiące szóstym mędrcy w Kongresie postanowili, że każdy szaraczek ma prawo radykalnie polepszyć swój byt, zdobywając lepsze wykształcenie. W tym celu owi mędrcy stwierdzili, że praktycznie każdy, w tym tacy jak my, może zaciągnąć taki kredyt, jaki mu będzie potrzebny do zdobycia wyższego wykształcenia w wybranej dziedzinie. Kredyty dostępne dla wszystkich, łatwa forsa na pokrycie czesnego, kupno podręczników, nawet na utrzymanie, obojętnie ile. Oczywiście poręczone przez władze federalne.

– Wszyscy o tym wiemy, Gordy – wtrącił Mark.

– Och, dzięki, Mark. A teraz, jeśli zechciałbyś się przymknąć, to będę mówił dalej.

– Tak jest, szefie.

– Nie wszyscy natomiast wiedzą o tym, że po przejęciu przez Rackleya ośmiu uczelni prawniczych zaczął się ich gwałtowny rozwój. W dwa tysiące piątym roku Foggy Bottom miało czterystu studentów. Kiedy zaczynaliśmy w dwa tysiące jedenastym, ich liczba wynosiła już tysiąc, i tylu jest obecnie. Podobnie wygląda to w innych uczelniach. Każda ma mniej więcej po tysiąc studentów. Zakupiły nowe budynki, zaangażowały wszystkich niedorobionych wykładowców, jakich dało się znaleźć, i sowicie opłacają personel administracyjny o jakich takich kwalifikacjach. No i oczywiście reklamują się na całego. Dlaczego? No cóż, jedną z rzeczy, o których nie wszyscy wiedzą, są finanse prywatnych uczelni prawniczych.

Kolejny raz łyknął z kubka, przesunął się do prawej krawędzi ściany i stanął pod planszą zapełnioną słupkami cyfr.

– Teraz trochę szkolnej matmy – powiedział. – Weźmy Foggy Bottom. Zdzierają z nas czterdzieści pięć tysięcy rocznie czesnego i tyle płacą wszyscy studenci. Nikt nie dostaje żadnych stypendiów ani zapomóg, jakie oferują prawdziwe uczelnie. To daje czterdzieści pięć milionów brutto. Wykładowcy zarabiają około stu tysięcy rocznie, co bardzo odstaje od średniej krajowej w dobrych uczelniach, wynoszącej około dwustu pięćdziesięciu tysięcy, ale dla niektórych klaunów z Foggy Bottom to i tak uśmiech losu. Stoi niekończąca się kolejka wykładowców prawa, którzy błagają o pracę, bo oczywiście tak kochają studentów. Uczelnia lubi się chwalić niskim wskaźnikiem liczby studentów na jednego wykładowcę, wynoszącym u nas dziesięć do jednego. Jak byśmy byli uczeni przez zdolnych profesjonalistów w małych przytulnych salkach, prawda? Pamiętacie męczarnię w pierwszym semestrze? Jak siedzieliśmy po dwieście osób na zajęciach Steve’a Jąkały?

– Skąd wiesz, ile zarabiają? – przerwał mu Todd.

– Bo dotarłem do jednego z nich. Wykładał prawo administracyjne na trzecim roku, ale nie mieliśmy z nim zajęć, bo dwa lata temu wywalili go za picie w pracy. Upiliśmy się razem i wszystko mi opowiedział. Mam swoje źródła informacji, Todd, i wiem, co mówię.

– Dobrze, dobrze, po prostu spytałem z ciekawości.

– W Foggy Bottom jest około stu pięćdziesięciu wykładowców stanowiących największe obciążenie w budżecie szkoły, powiedzmy piętnaście milionów dolarów rocznie. – Gordy wskazał ręką masę niemal nieczytelnych liczb. – Następna co do wielkości pozycja to koszty administracyjne z górnego piętra. Wiedzieliście, że nasz pan dziekan zarabia osiemset tysięcy rocznie? Oczywiście, że nie. Dziekan wydziału prawa na Harvardzie zarabia pół miliona, ale on nie ma pod sobą drukarni dyplomów, w której chodzi tylko o wynik finansowy. Nasz dziekan ma imponujące CV na papierze, płynną wymowę, z której czasami korzysta, i świetnie się nadaje na szefa tego bajzla. Rackley dobrze płaci wszystkim swoim dziekanom i oczekuje, że w zamian za to będą kupczyli marzeniami. Dorzućmy następne trzy miliony na wysokie zarobki reszty kierownictwa i załóżmy, że koszty administracyjne Foggy Bottom mieszczą się w granicach czterech milionów dolarów rocznie. Bądźmy rozrzutni i powiedzmy, że sięgają pięciu milionów, co łącznie z wynagrodzeniami wykładowców daje dwadzieścia milionów kosztów. W ubiegłym roku pozostałe koszty prowadzenia szkoły – budynki, personel techniczny i oczywiście marketing – wyniosły cztery miliony dolarów, z czego prawie dwa miliony poszły na reklamę mającą otumanić więcej kandydatów. Namówić, by zapisali się do szkoły, zaciągnęli kredyt i rozpoczęli chwalebną karierę prawniczą. Wiem to wszystko, bo znam niezłego hakera. Pewne rzeczy wyciągnął, do innych nie udało mu się dotrzeć. Przyznał, że jest pełen uznania dla ich zabezpieczeń. Mówi, że bardzo pieczołowicie chronią swoje dane.

– W sumie to daje dwadzieścia cztery miliony dolców – podsumował Mark.

– Szybki jesteś. Zaokrąglijmy to do dwudziestu pięciu. Główny Szatan zgarnia więc dwadzieścia milionów dolarów na czysto z jednej tylko kochanej Foggy Bottom. Pomnóżcie to przez osiem i zrobi wam się słabo. – Gordy odchrząknął i splunął na ścianę. Pociągnął tequili, powoli przełknął i zrobił kilka kroków. – Jak mu się to udaje? – Zawiesił głos. – Sprzedaje marzenia, a myśmy się na to złapali. Gdy jego osiem uczelni ruszyło do ataku, drzwi otworzyły się dla wszystkich, niezależnie od predyspozycji i wyników egzaminów wstępnych. Przeciętny wynik egzaminu wstępnego, który zapewnia przyjęcie do Georgetown, wynosi sto sześćdziesiąt pięć punktów, a jak wiemy, wydział prawa w Georgetown należy do krajowej czołówki. W uczelniach z Ligi Bluszczowej jest nawet wyższy. Nie wiemy, jak to wygląda w Foggy Bottom, bo to tajemnica i mojemu hakerowi nie udało się do tego zajrzeć, ale myślę, że możemy spokojnie przyjąć, że poniżej stu pięćdziesięciu, bardzo możliwe, że bliżej stu czterdziestu. Podstawową wadą tego chorego systemu jest to, że nie istnieje wynik egzaminu wstępnego zbyt niski dla przyjęcia. Takie gówniane szkoły prawnicze przyjmą każdego, kto zaciągnie federalny kredyt, a jak już mówiłem, kredyty są dostępne dla wszystkich. Amerykańskie Stowarzyszenie Prawników da akredytację nawet przedszkolu, jeśli tylko nazwie się uczelnią prawniczą. Nikogo tam nie obchodzi, że kandydat może być głupi jak but. To samo dotyczy ludzi udzielających kredytów. Nie chcę obrazić nikogo w tym pokoju, ale wszyscy znamy swoje wyniki z egzaminu. Wszyscy poza Zolą upijaliśmy się na tyle, by mówić o nich głośno. Tak na marginesie Zola ma z naszej czwórki i tak najlepsze stopnie. Więc dyplomatycznie powiem, że średnia dla całej naszej czwórki wynosi sto czterdzieści pięć. Statystycznie rzecz biorąc, szanse na zdanie egzaminu adwokackiego z wynikiem sto czterdzieści pięć wynoszą pięćdziesiąt procent. Ale nikt nas o tym nie uprzedził przy składaniu papierów, bo nikomu na nas nie zależy. Zależy im tylko na naszych pieniądzach. Zostaliśmy wydymani w chwili przejścia przez próg szkoły.

– Nawracasz nawróconych – burknął Mark.

– Jeszcze nie skończyłem tego kazania – prychnął Gordy i na chwilę zamilkł; wpatrywał się w ścianę, a oni wymieniali się spłoszonymi spojrzeniami.

Kazanie było ciekawe i przygnębiające, ale bardziej martwił ich stan kaznodziei.

– Znaleźliśmy się w tym szambie – podjął Gordy – bo dostrzegliśmy szansę realizacji naszych marzeń, na co inaczej nie byłoby nas stać. Żadne z nas nie powinno studiować na uczelni prawniczej, a teraz siedzimy w tym po uszy. To nie dla nas, ale my uwierzyliśmy, że jesteśmy stworzeni do lukratywnej kariery prawniczej. Wszystko to czysty marketing i mydlenie oczu pracą. Praca, praca, praca, świetna praca z wielkimi zarobkami. Prawda jest jednak taka, że taka praca nie istnieje. W zeszłym roku największe kancelarie na Wall Street oferowały najlepszym absolwentom zarobki na poziomie stu siedemdziesięciu pięciu tysięcy rocznie. Tu, w Waszyngtonie, to już tylko sto sześćdziesiąt tysięcy. Od lat słyszymy o tych posadach i jakimś cudem uwierzyliśmy, że możemy taką dostać. Ale teraz znamy już prawdę, że zdarzają się propozycje zatrudnienia na poziomie pięćdziesięciu tysięcy rocznie, w rodzaju tych, jakie znalazłeś ty, Mark. Choć tak naprawdę nawet tego nie możesz być pewny, bo ci jeszcze nie powiedzieli, ile będziesz zarabiał. To nieduże firmy, w których praca to brutalna orka, a przyszłość jest niepewna. Wielkie firmy płacą minimum sto sześćdziesiąt tysięcy i między tymi skrajnościami nie ma nic. Zero. Mamy za sobą rozmowy kwalifikacyjne, pukanie do drzwi i szukanie w internecie i wiemy, jak wygląda rynek.

Wszyscy pokiwali głowami, głównie, by go nie drażnić. Gordy upił kolejny łyk, przesunął się w lewo i wyciągnął rękę.

– A tu zobaczycie prawdziwy koszmar, o którym nie macie nawet pojęcia. Rackley jest właścicielem nowojorskiej kancelarii prawnej o nazwie Quinn and Vyrdoliac. Być może o niej słyszeliście, ja nie. W branży nazywają ją w skrócie Quinn. Ma oddziały w sześciu miastach, zatrudnia około czterystu prawników, czyli nie mieści się w pierwszej setce firm. W Waszyngtonie ma niewielki oddział z trzydziestoma prawnikami. – Wskazał planszę z pogrubioną nazwą firmy w nagłówku. – Quinn zajmuje się głównie finansami, dość trefnymi: przejęciami nieruchomości, wywłaszczeniami, egzekwowaniem odsetek za zwłokę, bankructwami, praktycznie wszystkim, co się wiąże z zagrożonymi długami. W tym także kredytami studenckimi. Quinn dobrze płaci, przynajmniej na początku. – Wskazał ręką przyszpiloną do ściany kolorową broszurkę reklamową. – Zwróciłem na nią uwagę cztery lata temu, kiedy zastanawiałem się nad Foggy Bottom. Wy pewnie też ją widzieliście. Na okładce jest uśmiechnięta twarz niejakiego Jareda Molsona, absolwenta Foggy Bottom, którego Quinn zatrudnił z początkową pensją stu dwudziestu pięciu tysięcy dolarów. Pamiętam, jak wtedy pomyślałem: kurczę, jeśli absolwenci Foggy Bottom znajdują takie posady, to ja też chcę. No więc odszukałem pana Molsona i przeprowadziłem z nim długą rozmowę przy kieliszku. Rzeczywiście dostał propozycję pracy w Quinn, ale kontrakt podpisał dopiero po zdaniu egzaminu adwokackiego. Pracował w firmie sześć lat i zrezygnował, bo jego pensja, zamiast rosnąć, z czasem malała. Opowiedział, jak co roku zbierał się zarząd firmy, analizował wyniki i decydował o dalszych oszczędnościach. W ostatnim roku pracy zarabiał już tylko nieco ponad sto tysięcy i powiedział sobie: pieprzyć to. Mówi, że żył jak szmaciarz pod presją spłacanego zadłużenia. Teraz pracuje w nieruchomościach i dorabia jako kierowca Ubera. Mówi, że ta firma to wyżymaczka i że stał się ofiarą propagandowej maszyny Foggy Bottom.

– I pewnie nie jest w tym odosobniony – zauważył Todd.

– O nie. Molson był jednym z wielu. Quinn ma rozbudowaną stronę w internecie i przeczytałem na niej biogramy wszystkich czterystu prawników. Trzydzieści procent pochodzi z uczelni prawniczych Rackleya. Trzydzieści procent! Czyli Rackley angażuje ich za godne pozazdroszczenia wynagrodzenie, a potem wykorzystuje ich uśmiechnięte buźki i gadki o sukcesach zawodowych w celach propagandowych.

Przerwał, upił łyk i uśmiechnął się, jakby czekał na aplauz. A potem podszedł do ściany i wskazał kolejną twarz, czarno-białą odbitkę ksero, jedną z trzech pod wizerunkiem Głównego Szatana.

– Ten oszust to Alan Grind, prawnik z Seattle i wspólnik w firmie Varanda. Jest właścicielem kancelarii prawnej o nazwie King and Roswell, kolejnej niewielkiej kancelarii z dwustoma prawnikami w pięciu miastach, głównie na zachodzie kraju. – Wskazał miejsce po lewej stronie ściany, gdzie King and Roswell zajmowała miejsce obok Quinn and Vyrdoliac. – Na dwustu prawników Grinda czterdziestu pięciu to absolwenci ośmiu uczelni prawniczych Rackleya.

Dopił resztkę tequili i podszedł do stołu, żeby sobie dolać.

– Wydudlisz całą butelkę? – spytał kwaśno Mark.

– Jeśli tak mi się spodoba…

– Może powinieneś trochę zwolnić.

– A ty powinieneś martwić się o siebie. Nie jestem pijany, tylko nabuzowany. A kim ty jesteś, żeby kontrolować moje picie.

Mark westchnął, ale już się nie odezwał. Gordy rzeczywiście mówił wyraźnie i sensownie, a jego umysł pracował sprawnie. Wbrew swemu niezbornemu zachowaniu zdawał się w pełni panować nad sobą, przynajmniej jak dotąd. Wrócił pod ścianę i powiódł ręką po fotografiach.

– Ten gość w środku to Walter Baldwin z Chicago, prowadzi kancelarię prawną o nazwie Spann and Tatta, trzystu prawników w siedmiu miastach od wybrzeża do wybrzeża. Tego samego typu zlecenia, taka sama miłość do absolwentów mniej znanych uczelni prawniczych. – Dotknął palcem trzeciej twarzy w rzędzie pod Rackleyem. – Ostatnim członkiem bandy jest pan Marvin Jockety, starszy wspólnik w firmie z Brooklynu o nazwie Ratliff and Cosgrove. Podobna struktura, podobny model biznesowy.

Gordy pociągnął łyk i z dumą przyjrzał się swojemu dziełu, po czym odwrócił głowę i spojrzał na słuchaczy.

– Nie chcę się rozwodzić nad sprawami oczywistymi, ale powtórzę, że Rackley ma na skinienie ręki cztery firmy z dwudziestoma siedmioma oddziałami, w których zatrudnia tysiąc stu prawników. W tych firmach pracuje wystarczająco wielu absolwentów jego uczelni, żeby było się czym chwalić i by waliły do nich tłumy frajerów z forsą zapewnioną przez Kongres. – Jego głos przybrał nagle histeryczny ton i Gordy zaczął niemal krzyczeć: – Wspaniale! Cudownie! Jeden wielki przekręt ze studiami prawniczymi! Jeśli zawiedziemy, zapłacą za nas podatnicy. Rackley chowa do kieszeni zyski, a stratami obciąża społeczeństwo.

Gwałtownym ruchem wyrżnął kubkiem o ścianę, a ten odbił się od cienkiej płyty gipsowej i nieuszkodzony potoczył po podłodze. Gordy klapnął na podłogę plecami do ściany i wyciągnął przed siebie nogi. Podeszwy stóp miał czarne od brudu.

W pokoju zapadła cisza, obie strony wpatrywały się w siebie i przez dłuższą chwilę nikt nic nie mówił. Mark przeniósł wzrok na ścianę i zaczął przyglądać się diagramom. Nie było powodu nie wierzyć rewelacjom Gordy’ego. Todd wpatrywał się w ścianę, zafascynowany przedstawionym spiskiem, Zola nie spuszczała wzroku z Gordy’ego, zastanawiając się, co powinni z nim zrobić.

W końcu ciszę przerwał Gordy.

– Moje zadłużenie łącznie z tym semestrem wynosi dwieście siedemdziesiąt sześć tysięcy dolarów – powiedział niemal szeptem. – A twoje, Mark?

Nie było między nimi tajemnic. Cała czwórka za dobrze się znała.

– Łącznie z tym semestrem dwieście sześćdziesiąt sześć.

– Todd?

– Sto dziewięćdziesiąt pięć.

– Zola?

– Sto dziewięćdziesiąt jeden.

Gordy pokręcił głową i parsknął, bardziej z niedowierzaniem niż rozbawieniem.

– W sumie blisko milion. Kto mający dobrze w głowie pożyczyłby takim jak my milion dolarów? – Rzeczywiście brzmiało to absurdalnie.

Po kolejnej długiej chwili ciszy powiedział:

– Nie mamy wyjścia. Okłamano nas, wyprowadzono na manowce, oszukano i wrzucono w to żałosne szambo. Jesteśmy bez wyjścia.

Todd wolno wstał i podszedł do ściany.

– Co to są Wierzyciele Sorvann? – spytał, wskazując ręką środek diagramu.

Gordy znów parsknął sztucznym śmiechem.

– To dalszy ciąg historii – odparł. – Poprzez jeszcze inną firmę i za pośrednictwem tego faceta Rackley działa w kolejnej branży. Ma ich więcej niż galeria handlowa. Jest właścicielem firmy Sorvann, czwartego co do wielkości prywatnego pożyczkodawcy dla studentów. Jeśli nie dostajesz wystarczająco dużego kredytu od państwa, szukasz pomocy u prywatnych pożyczkodawców, u których… cóż za niespodzianka!... oprocentowanie kredytu jest wyższe, a w porównaniu z ich windykatorami mafijni egzekutorzy to harcerzyki. Sorvann pożycza więc studentom i w swoim portfelu ma kredyty na mniej więcej dziewięćdziesiąt milionów. I firma się rozrasta. Najwyraźniej Rackley poczuł krew także w sektorze prywatnych kredytodawców.

– A co to jest Passant? – spytał Todd.

Gordy skwitował pytanie kolejnym wymuszonym parsknięciem, wstał z podłogi, podszedł do stołu i pociągnął duży łyk wprost z butelki. Skrzywił się, przełknął ślinę i wytarł usta przedramieniem.

– Passant to jest Piss Ant3, trzeci największy w kraju windykator studenckich długów. Mają podpisaną umowę z Departamentem Edukacji na, jak to nazywają, „obsługę” zadłużenia studentów. Durnie tacy jak my zadłużeni są łącznie na ponad bilion dolarów. Passant to banda terrorystów, którzy już wielokrotnie stawali przed sądem za niedopuszczalne metody ściągania długów. Część Passanta należy do Rackleya. Ten człowiek to samo zło.

Podszedł do kanapy i usiadł obok Zoli, a Mark poczuł bijący od niego fetor niedomytego ciała. Tymczasem Todd przedarł się przez stertę śmieci na podłodze wnęki kuchennej, otworzył lodówkę i wyjął dwie puszki piwa. Podał jedną Markowi i obie syknęły, kiedy je otworzyli. Zola pogłaskała Gordy’ego po nodze, jakby nieświadoma bijącego od niego smrodu.

– To jak długo nad tym siedziałeś? – spytał Mark, wskazując głową ścianę.

– Nieważne. Mam jeszcze dużo więcej do powiedzenia, jeśli chcecie posłuchać.

– Wystarczy mi to, co usłyszałem. Przynajmniej na razie. Może byśmy wyskoczyli i kupili pizzę? Mario jest jeszcze otwarty.

– Świetny pomysł – rzucił Todd, ale nikt się nie ruszył.

– Moi rodzice już są obciążeni dziewięćdziesięcioma tysiącami kredytu, który ciągnie się za mną od czasu college’u. Jesteście w stanie uwierzyć? Bardzo się wtedy wahali i mieli rację, ale ja się uparłem. Co za idiota! Tata zarabia pięćdziesiąt tysięcy rocznie, handlując maszynami rolniczymi, i zanim się zadłużyłem, miał na głowie tylko dług hipoteczny. Mama pracuje na pół etatu w szkole. Okłamałem ich. Wmówiłem im, że mam nagraną świetną pracę i bez trudu spłacę zadłużenie. Brendę też okłamałem. Wyobraża sobie, że po ślubie zamieszkamy w wielkim mieście, a ja co rano będę w eleganckim garniturze wychodził do kancelarii i robił karierę. Znalazłem się w potrzasku, koledzy, i nie widzę wyjścia.

– Jakoś się wykaraskamy, Gordy – powiedział Mark, ale bez przekonania w głosie.

– Uporamy się z tym – dodał Todd, choć nie zdefiniował, co się kryje pod „tym”. Uczelnia prawnicza? Zadłużenie? Brak pracy? A może załamanie Gordy’ego? Tak wiele było spraw, z którymi musieli się uporać.

Zapadła kolejna złowróżbna cisza, Mark i Todd w milczeniu sączyli piwo.