Wampiry z Morganville. Księga 8. Czarny świt - Rachel Caine - ebook

Wampiry z Morganville. Księga 8. Czarny świt ebook

Caine Rachel

0,0

Opis

[PK]

Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej! 

 

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego. 
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.  

 

 

 

Książka dostępna w zasobach: 
Wojewódzka Biblioteka Publiczna w Lublinie

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 457

Rok wydania: 2014

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



RACHEL CAINE

MICHAEL

CLAIRE

CLAIRE

SHANE

CLAIRE

MICHAEL

EVE

HANNAH

SHANE

OLIYER

CLAIRE

SHANE

Wampiry z Morganville

Księga 8

CZARNY

ŚWIT

RACHEL CAINE seria Wampiry z Morganville

Księga 1

Przeklęty dom Bal umarłych dziewczyn

Księga 2

Nocna aleja Maskarada szaleńców

Księga 3

Pan ciemności Godzina łowów

Księga 4

Rozwiane cienie Pocałunek śmierci

Księga 5

Miasto widmo

Księga 6

Pojedynek

Księga 7

Ostatni pocałunek

Księga 8

Czarny świt

Księga 9

Gorycz krwi

Księga 10

Wyjazd z Morganville Księga 11

9

Światło dnia

Wampiry z Morganville

Ksipga 8

CZARNY

ŚWIT

RACHEL CAINE

Przekład

Anna Cichowicz

AMBER

Redakcja stylistyczna Monika Kiersnowska

Korekta Renata Kuk Hanna Lachowska

Projekt graficzny okładki Małgorzata Cebo-Foniok

Zdjęcie na okładce © Ilona Wellmann/Arcangel Images

Tytuł oryginału

The Morganville Vampires: Black Dawn

Copyright © 2012 by Roxanne Longstreet Conrad.

By arrangement with the author.

Ali rights reserved.

For the Polish edition

Copyright © 2012 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o. Druk i oprawa:

OSDW Azymut Sp. z o.o., Łódź, ul. Senatorska 31 ISBN 978-83-241-5251-3

Warszawa 2014. Wydanie II

Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o. 02-952 Warszawa, ul. Wiertnicza 63 tel. 620 40 13,620 81 62

www.wydawnictwoamber.pl

Mojej przyjaciółce i mistrzyni w zawodzie pisarza,

Patricii Anthony. Bez jej wskazówek, fantastycznych rad i wspaniałego przykładu nigdy nie dotarłabym

tu, gdzie jestem dziś. Dziękuję za nadanie mi kierunku, Pat. Mam nadzieję, że będziesz to robić przez długie przyszłe lata.

Oraz Bexterowi i Ronanowi. Witaj na świecie, maluchu! Gratulacje, Mamusiu!

Co się zdarzyło wcześniej

Morganville w Teksasie nie przypomina innych miast. Owszem, jest małe, pokryte pyłem i pod wieloma względami całkiem zwyczajne, jednak rzecz w tym, że są tu te... wampiry. Miasto jest ich. One nim władają. Dotychczas stanowiły niekwestionowaną klasę rządzącą.

Ale obecnie to miasto w głębi suchego lądu zalały nienaturalne ulewy, które przyniosły coś jeszcze... drapieżców polujących na wampiry niemal do wyginięcia gatunku.

Draugi.

Kryją się w wodzie. Żywią się wampirami z wyboru, ludźmi z konieczności i odkąd się pojawiły, nawet w tym pustynnym mieście nie ma bezpiecznego miejsca. Ani dla wampirów, ani dla tych nielicznych ludzi, którzy wciąż przy nich trwają.

Tak więc trzymajcie się, ponieważ Morganville się zmieniło.

Nadszedł bardzo mroczny nowy dzień.

Rozdział i

CLAIRE

Lepiej byłoby, gdyby krzyczał.

Michael Glass nie krzyczał. Zamiast tego z głębi gardła wydał straszny, zawodzący dźwięk, wygiął plecy w łuk i zaczął się dziko miotać w śpiworze zapiętym na zamek błyskawiczny. Materiał rwał się na strzępy, watowanie wyłaziło z rozdarć, kiedy z siłą wampira starał się oswobodzić, ale nawet kiedy już mu się to udało, nie przestał się miotać.

W drugim końcu pokoju Claire Danvers zerwała się na równe nogi, potknęła o własny śpiwór i byłaby upadła na podłogę twarzą w dół, gdyby nie chwyciła się ściany. Jej serce waliło o żebra zdecydowanie za szybko, a w ustach miała cierpki posmak bezradnej paniki.

Oni tu są - było jedyną spójną myślą, jaka jej przyszła do głowy. Powinna być gotowa do walki, do ucieczki, do jakiejś reakcji, ale w tej chwili mogła myśleć tylko o tym, że jest kompletnie przerażona. I bezradna.

Gdzieś na świecie było coś, czego bały się wampiry, a teraz to coś pojawiło się tutaj. W ciągu zaledwie paru sekund obudziła się z lekkiego, niespokojnego snu, ale wiedziała, że koszmar senny bez trudu dotarł za nią do świata jawy. Draugi. Były czymś innym niż wampiry, czymś, co przemieszcza się wraz z wodą, formuje się z niej, sprowadza na wampiry powolną i straszną śmierć.

Jeszcze tydzień temu wyśmiałaby coś takiego jako kiepski żart, ale potem zobaczyła je w Morganville w stanie Teksas.

Nadciągnęły z deszczem, jaki nigdy nie padał w tym spalonym słońcem mieście pośrodku pustyni, które wampiry obrały sobie za swój ostatni bastion.

Dziś obudziła się ze ślepym, panicznym przeświadczeniem, że bez względu na to, jak zły był świat z wampirami, świat, na którym istnieją draugi, jest bez porównania gorszy. Przybywały do Morganville, przenikały ukradkiem, ich liczba rosła, aż stały się gotowe do walki, aż były w stanie śpiewać swoją nieskończenie potworną pieśń, która w jakiś nieprawdopodobny sposób była zarazem piękna i nikt nie mógł się jej oprzeć. Ani ludzie, ani wampiry.

Najsilniejsze z wampirów z Morganville wystąpiły przeciwko draugom i odniosły nawet parę sukcesów, ale nie obyło się bez kosztów. Amelie, lodowata, królewska władczyni miasta, została pokąsana, a bez niej działo się coraz gorzej i to w szybkim tempie.

Michael wciąż się rzucał, wydając ten straszny dźwięk i stopniowo dotarło do niej, że zamiast kulić się ze strachu, powinna, skoro już oprzytomniała, podejść do niego, pomóc mu.

Wtem półmrok w dużym, wyłożonym wykładziną pokoju rozjaśniło oślepiające światło i zobaczyła swojego chłopaka, Shane’a Collinsa, stojącego w drzwiach. Spojrzał na nią, po czym przeniósł wzrok na Michaela, który wciąż rozpaczliwie walczył z... niczym. Ze swoim koszmarem sennym.

Claire zrobiła głęboki wdech, na chwilę zamknęła oczy, następnie pokazała Shane’owi, że wszystko jest okej. Kiwnął głową i podszedł z boku do przyjaciela. Michael, zaplątany w postrzępione resztki śpiwora, nadal bezładnie wymachiwał rękami i na ile Claire mogła się zorientować, ciągle pogrążony był w głębokim śnie. Shane przykucnął i po chwili wahania wyciągnął rękę, którą położył na ramieniu przyjaciela.

Michael obudził się natychmiast, z szybkością wampira. W mgnieniu oka usiadł, łapiąc Shane’a za nadgarstek, z oczami otwartymi i połyskującymi czerwienią, z wysuniętymi kłami, na których ostrych krawędziach odbiło się światło.

Shane się nie poruszył, chociaż mógł się odchylić do tyłu na piętach, przynajmniej troszkę. To było lepsze od wszystkiego, co mogła zrobić Claire. Ona prawdopodobnie upadłaby, a Michael złamałby jej nadgarstek - niechcący, ale co komu po „przepraszam”, gdy chodzi o pogruchotane kości.

-    Spokojnie - powiedział Shane cichym, łagodnym głosem. - Spokojnie, stary, jesteś bezpieczny. Już w porządku. Po wszystkim. Tu nikt nie zrobi ci krzywdy.

Michael znieruchomiał. Czerwony żar w jego oczach zaczął stygnąć, a kiedy zamrugał, znikł zupełnie, zastąpiony chłodnym błękitem. Wyglądał blado, ale ostatnio było to u niego normalne. Claire widziała, jak pracuje jego gardło, kiedy przełknął ślinę i odetchnął spazmatycznie, puszczając przegub Shane’a.

-    Boże - szepnął i pokręcił głową. - Przepraszam, stary.

-    Nic się nie stało - odparł Shane. - Zły sen, tak?

Michael nie odpowiedział od razu. Patrzył gdzieś dalej,

poza Shane’a. Claire nie musiała się zastanawiać, co było treścią jego sennego koszmaru... Musiał śnić, że jest uwięziony w pływalni miejskiej w Morganville, zakotwiczony do dna pod mętną, zatrutą wodą... że służy za pożywienie draugom. Wysączany powoli, ale wciąż żywy, przez istoty, dla których wampiry są przysmakiem. Istoty, które teraz wdzierają się tu i biorą wszystko, na co tylko mają ochotę. Łącznie z każdym soczystym kąskiem wampira, aż do dna każdego zbiornika brudnej wody, gdzie się kryją.

Claire zauważyła, że drobne, czerwone ślady na skórze Michaela, jak od ukłucia szpilką, są bledsze, ale nie zniknęły całkiem. Wampir wracał do zdrowia wolniej niż zwykle albo wyrządzone mu szkody były dużo poważniejsze niż się wcześniej zdawało.

-    Tak - odezwał się w końcu. - Śniło mi się, że wciąż jestem w basenie i...

Przerwał, ale nie musiał mówić dalej. Claire była tam, widziała to. Shane nie tylko widział, ale i czuł - nie do wiary, zanurkował, żeby ratować cudze życie. Życie wampira, ale zawsze

życie. Jego też zaatakowały draugi, czego dowodem były czerwonawe wybroczyny na skórze.

Claire stanął przed oczami żywy w najdrobniejszym szczególe obraz pływalni... niesamowity, chory obraz podwodnego ogrodu pełnego uwięzionych wampirów przywiązanych do dna, oszołomionych i bezradnych, podczas gdy draugi wysysają z nich siłę i życie. Była to jedna z najgorszych, najbardziej przerażających rzeczy, jakie kiedykolwiek widziała. Widok, który dotknął ją do głębi. Nikt nie zasłużył sobie na taki los. Nikt.

-    Rzeczywiście było kiepsko. - Shane pokiwał głową, przytakując Michaelowi. - A przecież ja tam byłem o wiele krócej od ciebie, Mikey. - Znów sięgnął do ramienia Michaela i ścisnął je, podciągnął się i stanął. - Jeśli masz ochotę wrzeszczeć jak dziewczyna, zrób to, chłopie. Nikt cię nie będzie osądzał.

Michael jęknął i przesunął dłonią po twarzy.

-    Pieprz się, Shane. W ogóle, to dlaczego ja cię trzymam koło siebie?

-    Potrzebujesz kogoś, kto nie pozwoli, żeby ci woda sodowa uderzyła do głowy, gwiazdo rocka. Jak zawsze.

Claire uśmiechnęła się, słysząc, że Michael zaczyna z powrotem być dawnym sobą. Shane potrafił to zrobić z każdym z nich - cięta uwaga, swobodnie rzucona złośliwość i wszystko znów było w porządku. Normalne życie.

Nawet jeżeli nic nie było normalne. Absolutnie nic.

Teraz, kiedy panika trochę ustąpiła, była ciekawa, która jest godzina - pokój nie dawał żadnych wskazówek, po których można by się zorientować, czy jest dzień, czy noc. Ewakuowali się do gmachu Rady Starszych, który - jak większość budowli wznoszonych przez wampiry - nie miał zbyt wielu okien. Miał natomiast na wyposażeniu mnóstwo śpiworów, trochę łóżek polowych i dużo wolnej przestrzeni. Najwyraźniej wampiry przygotowywały się na najgorsze, co nie było dla Claire zaskoczeniem: tysiąclecia doświadczeń nauczyły je przewidywać kłopoty i wiedzieć, co jest potrzebne, aby sobie poradzić z wrogiem (lub go unikać).

Teraz akurat ona, Michael i Shane jako jedyni spali w tym pokoju, który mógłby pomieścić co najmniej trzydzieści osób, a nie odczuwałoby się tłoku.

Nie było śladu obecności czwartej współlokatorki, dziewczyny Michaela, Eve. Jej śpiwór, w pobliżu śpiwora Michaela, był rozkopany i przesunięty na bok.

-    Shane - powiedziała Claire, czując ponowny przypływ strachu - nie ma Eve.

-    Tak, wiem, już wstała - odpowiedział. - Organizuje kawę, wierzcie lub nie. Można zabrać baristkę z kawiarni, a ona i tak...

Znów poczucie ogromnej ulgi. Shane wyspecjalizował się w dbaniu o samego siebie (i wszystkich pozostałych). Michael natomiast był świetny w samoobronie. Claire, chociaż drobna i raczej nie w typie kulturystki, też całkiem nieźle potrafiła się obronić... dzięki sprytowi, ostrożności i przyjaciołom stojącym u jej boku.

Z kolei Eve... no cóż, Eve podobało się życie na krawędzi, ale nie była bynajmniej nowym wcieleniem Buffy, postrachu wampirów. I mimo że sprawiała wrażenie szorstkiej, z nich wszystkich była najbardziej krucha. Dlatego Claire martwiła się w momentach takich jak ten, i to bardzo.

-    Mógłbym zabić za kawę - jęknął Michael, masując sobie głowę. Po tak trudnej nocy nie powinien wyglądać tak świeżo, nie wspominając o włosach, które nawet nie były w nieładzie. Układały się swobodnie wijącymi się pasmami, w surferskim stylu. Claire odwróciła wzrok, kiedy wampir odrzucił śpiwór, sięgając po koszulę, bo chociaż przyjemnie było na niego patrzeć, był poważnie zaangażowany uczuciowo, a poza tym obok stał Shane.

Shane.

Przemknęło jej przez głowę oszałamiające wspomnienie, jak to bladym świtem zatrzymał ją w drodze do tego miejsca. „Chcę, żebyś mi coś obiecała. Obiecaj, że za mnie wyjdziesz. Nie teraz. Kiedyś”.

I obiecała, nawet jeśli był to na razie tylko ich prywatny, mały sekret. Znów poczi^ą^^pj^jsŁtp^delikatne drżenie, trzepot

motyli. Była też przeszywająca błyskawica, splot radości, przerażenia, podniecenia i przede wszystkim miłości.

Shane spojrzał na nią z uwagą i ciepłem w oczach, a ona poczuła się tą jedyną na świecie. Patrzyła, jak podchodzi do niej i ogarnęło ją przyjemne odczucie. Michael był śliczny, niezaprzeczalnie, ale Shane... przy nim po prostu się rozpływała. Wszystko w nim tak na nią działało - jego siła, skupienie, krzywy uśmieszek, głód w oczach. Pod zbroją, jaką nosił, było coś rzadkiego i kruchego, a ona czuła się szczęśliwa i uprzywilejowana, bo pozwalał jej to zobaczyć.

-    Wszystko w porządku? - spytał Shane, więc spojrzała na niego. Wzrok jego ciemnych oczu stał się poważny, bo zobaczył... za dużo. Przed nim nie potrafiła ukryć swojego przerażenia, ale też on nigdy nie wziąłby go za oznakę słabości. Uśmiechnął się lekko i na chwilę oparł czoło o jej czoło. - No, świetnie sobie radzisz. Dzielna dziewczyna.

Odepchnęła od siebie strach, wzięła głęboki wdech i przytaknęła.

-    Jasne.

Przeczesała palcami swoje potargane, sięgające do ramion włosy koloru ciemnobrązowego - w odróżnieniu od Michaela, jej fryzura ucierpiała wskutek nocy spędzonej na twardej poduszce - następnie spojrzała po sobie, na swój T-shirt i dżinsy. Przynajmniej one nie pogniotły się zanadto... a jeśli nawet, to nie miało to znaczenia. Były czyste, choć nie należały do niej. Okazało się, że w piwnicach gmachu Rady Starszych znajduje się magazyn ubrań, starannie popakowanych w skrzyniach opatrzonych informacją o rozmiarach. Niektóre pochodziły z epoki wiktoriańskiej - suknie na obręczach, gorsety i nakrycia głowy, starannie owinięte pachnącym papierem i złożone w cedrowych skrzyniach.

Claire nie była pewna, czy chce wiedzieć, skąd się wzięły te wszystkie ubrania, miała co do tego nieprzyjemne podejrzenia. Na pewno dawniejsze stroje wampiry zachowały na pamiątkę, ale było tam także dużo współczesnych w modnych stylach, więc takie wyjaśnienie do nich nie pasowało. Claire jakoś nie wyobrażała sobie Amelie, na przykład, w koszulce z koncertu Train, więc bardzo się starała nie zastanawiać nad tym. skąd się wzięły. Takich źródeł, które padły ofiarą.

-    Też miałeś koszmary? - spytała Shane’a. Obejmujące ją ramię na moment znieruchomiało.

-    Nie takie, żebym sobie nie mógł poradzić. W końcu jestem kimś w rodzaju eksperta od tych wszystkich złych snów -odparł. Mój Boże, to prawda. Claire miała niewielkie pojęcie o tym, ile zła widział, ale i to wystarczyłoby, żeby się leczyć do końca życia. - Jednak wczoraj było groźnie, a na ogół nie jest to słowo, którego nadużywam. Może dzisiejszy ranek będzie lepszy.

-    Jest rano? - Claire spojrzała na zegarek.

-    To zależy od definicji. Minęło południe, więc technicznie rzecz biorąc, raczej nie. Spaliśmy chyba jakieś pięć godzin. Przynajmniej ty. Eve zerwała się z godzinę temu, a ja wstałem, bo... - Pokręcił głową. - Cholera, to miejsce mnie przeraża. Nie potrafię tu dobrze spać.

-    Przeraża cię bardziej niż to, co się dzieje na zewnątrz?

-    Słuszna uwaga - przyznał.

Świat na zewnątrz - w każdym razie Morganville - nie był już tym bezpiecznym miejscem jak jeszcze kilka dni temu. Wiadomo, miastem rządziły wampiry. Były drapieżne i na swój sposób złe - coś pośredniego między rodziną królewską w starym stylu a mafią - ale przynajmniej trzymały się zasad. Chodziło w nich nie tyle o etykę i moralność, co o względy praktyczne... Jeżeli nawet chciały mieć zapewnione dostawy świeżej krwi, nie mogły tak po prostu zabijać przypadkowych ludzi przez cały czas.

Aczkolwiek licencje łowieckie były zjawiskiem niepokojącym.

Za to teraz... teraz wampiry zostały włączone w łańcuch pokarmowy. Nigdy nie bagatelizowały zagrożenia, jakie mogli stanowić ludzie, ale teraz ta kwestia przestała mieć znaczenie. Prawdziwy wróg wampirów pokazał wreszcie swoją obmierzłą twarz. To draugi. Claire wiedziała o nich tylko tyle, że żyją w wodzie i potrafią wabić wampiry (i ludzi) swoim śpiewem, prowadząc ich na pewną śmierć. Dla ludzi była ona dość szybka, ale nie dla wampirów. Te drugie uwięzione na dnie zbiornika zimnej wody mogły żyć i żyć, dopóki draugi nie wysączyły z nich ostatniej kropli energii.

Żyć, wiedząc, co się dzieje. Wiedząc, że są pożerane żywcem.

Draugi były jedynym, czego wampiry bały się naprawdę i szczerze. Ludzie traktowani przez draugi z nonszalancką pogardą przystąpili natychmiast do masowej ewakuacji, z wyjątkiem tych nielicznych, którzy postanowili zostać i spróbować uratować pożerane wampiry.

Wszyscy próbowali - wampiry i ludzie, współpracując ze sobą. Nawet zbuntowani mieszkańcy miasta nienawidzący wampirów wzięli udział w akcji przeciwko draugom. Przeprowadzono imponującą operację militarną, stoczono bitwę, która była najbardziej przejmującym doświadczeniem w życiu Claire. Wciąż nie mogła uwierzyć, że uszła z życiem, że w ogóle ktokolwiek ocalał.

Mimo wysiłków uratowali z pokrytego pleśnią, zapuszczonego basenu zaledwie troje wampirów: Michaela, elegancką (i prawdopodobnie śmiertelnie niebezpieczną) Naomi oraz zdecydowanie śmiertelnie niebezpiecznego 01ivera. Potem sprawy przybrały jeszcze gorszy obrót i zmuszeni byli zostawić całą resztę.

Poza Amelie. Uratowali Amelie, Założycielkę Morganville... w pewnym sensie. O tym też Claire starała się nie myśleć.

-    Hej. - Shane szturchnął ją delikatnie. - Kawa, pamiętasz? Eve będzie bardzo smutnym gotyckim emo, jeśli nie wypijesz.

I znów Shane wykazał się bardzo praktycznym podejściem, a Claire musiała się uśmiechnąć, bo miał całkowitą rację. Eve jako smutne gotyckie emo nie była dziś nikomu potrzebna. Zwłaszcza samej Eve.

-    Mogłabym zabić za kubek kawy. Jeżeli jest, no wiesz, śmietanka. I cukier.

-    Dwa razy tak.

-    I czekolada?

-    Nie przeginaj.

Michael, który zdąży! się w tym czasie pozbierać, dołączył do nich. Wciąż wyglądał blado - bledziej niż zwykle - i miał coś dzikiego w oczach, jakby się bał, że ciągle jest uwięziony w basenie. Tonąc.

Claire wzięła go za rękę. Jak zawsze była trochę chłodniejsza od temperatury pokojowej, ale nie zimna... żywe ciało, tylko działające na dużo wolniejszych obrotach. Michael był niemal tak wysoki jak Shane, spojrzał na nią i uśmiechnął się tym swoim uśmiechem gwiazdy rocka, od którego topniały wszystkie dziewczyny. Ona jednak była uodporniona. Prawie. Topniała tylko troszeczkę, w tajemnicy.

-    Co? - spytał, a ona pokręciła głową.

-    Nic. Nie jesteś sam, Michael. Nie pozwolimy, żeby to się znów stało. Obiecuję.

Uśmiech znikł. Michael przyglądał się jej z dziwną uwagą, jakby ją widział pierwszy raz w życiu. Albo jakby dostrzegł w niej coś nowego.

-    Wiem - powiedział. - A pamiętasz, jak o mało nie wpuściłem cię do domu, tego dnia, kiedy tu przyjechałaś?

Stanęła w jego drzwiach zdesperowana, poraniona, przerażona i o wiele za młoda, żeby stawić czoło Morganville. Słusznie miał wątpliwości.

-    No.

-    No więc bardzo się myliłem - przyznał. - Może nigdy tego nie powiedziałem głośno, ale naprawdę tak uważam, Claire. To wszystko, co się stało od tego czasu... nie poradzilibyśmy sobie z tym. Ani ja, ani Shane, ani Eve. Bez ciebie nie.

-    Tu nie chodzi o mnie - odparła zaskoczona Claire. -Nie! To my i tyle. Po prostu razem jest lepiej. My... troszczymy się o siebie nawzajem.

Michael skinął głową, ale nie miał szans odpowiedzieć, bo Shane wyjął dłoń Claire z jego dłoni i powiedział, dzięki Bogu żartem:

-    Przestań wampirzyc moją dziewczynę, stary. Ona potrzebuje kawy.

-    Jak my wszyscy - przyznał Michael i klepnął Shane’a w ramię na tyle mocno, że ten się zachwiał. - Wampirzyc twoją dziewczynę? Chłopie, to dno.

-    Głębokie jak stąd do Chin - zgodził się Shane z kamienną twarzą. - Chodź.

Zapach świeżo parzonej kofeiny wskazywał Claire drogę do Eve, jakby wytyczoną ziarenkami kawy. Nadawał sterylnemu, pogrzebowemu, pozbawionemu okien budynkowi Rady Starszych jakąś dziwacznie domową atmosferę, pomimo zimnych, marmurowych ścian i grubych, tłumiących dźwięki dywanów.

U wylotu korytarza znajdowało się szersze, okrągłe pomieszczenie - oś koła - z wielkim, owalnym stołem pośrodku ozdobionym równie wielką wiązanką ze świeżych kwiatów, co potęgowało nastrój domu pogrzebowego. Teraz kwiaty zostały przesunięte na bok, a ich miejsce zajął ogromny, lśniący termos z kawą, zgrabne cukierniczki, łyżeczki, serwetki, filiżanki i spodki. Nawet dzbanuszki ze śmietanką i mlekiem.

Dla Claire był to widok surrealistyczny, jakby prosto z sennego koszmaru przeszła do luksusowego hotelu, bez żadnego etapu pośredniego. W drzwiach, które musiały prowadzić do czegoś w rodzaju kuchni, ukazała się Eve z tacą. Postawiła tacę na brzegu wielkiego stołu.

Claire wgapiała się w nią, bo chociaż to była Eve, wyglądała zupełnie jak nie ona. Żadnego gotyckiego makijażu. Rozpuszczone włosy opadały wokół twarzy miękkimi, czarnymi falami. Nawet bez pudru ryżowego jej skóra miała jasny, kremowy odcień. Wyglądała pięknie, jak gwiazda filmowa. Eve w wersji naturalnej była zjawiskowa, choćby w pożyczonym ubraniu. Znalazła jednak czarną sukienkę retro, w stylu lat pięćdziesiątych XX wieku, z suto marszczoną spódniczką na halce, która pasowała do niej idealnie.

Na szyi zawiązała czerwony szalik, o beztrosko powiewających końcach, zakrywający ślady po ugryzieniach i siniaki,

które zadał jej Michael, wygłodzony i oszalały, po wyciągnięciu z basenu.

Ona i cała ta scenografia, wszystko wyglądało trochę za idealnie. Shane z Michaelem wymienili spojrzenia i Claire wiedziała, że przekazują sobie tę samą myśl.

Eve obdarzyła ich promiennym uśmiechem, mówiąc:

-    Dzieńdoberek, obozowicze! Kawki?

-    Hej - powiedział Michael tak łagodnym i czułym głosem, że Claire poczuła, jak coś ją ściska w środku. - Powinnaś odpoczywać.

Wyciągnął do niej rękę, a Eve się uchyliła. Uchyliła się, jakby próbował ją uderzyć. Jego ręka opadła. Claire nie była w stanie spojrzeć mu w twarz.

-    Eve. ..

Eve zaczęła szybko mówić, jakby chciała zagadać tę chwi-

lę-

-    Mamy tu gorącą kawkę i takie dobre rzeczy. Przepraszam, że nie mogę wam podać ożywczej mochi, ale to miejsce ma poważne braki w ekspresach. Za to croissanty są gorące, prosto z pieca, częstujcie się.

-    Ty to upiekłaś? - Uniesionym brwiom Shane’a groziło, że zaczną lewitować nad twarzą.

-    To są gotowce z pudełka. Nawet ja potrafię upiec coś takiego - Uśmiech Eve nie był już tak promienny. - Nie sądzę, żeby ktoś kiedykolwiek korzystał z tej kuchni, ale przynajmniej jest zaopatrzona. Jest nawet świeże masło i mleko. Ciekawe, kto o tym pomyślał?

-    Eve - zaczął znów Michael, a ona wreszcie na niego spojrzała. Nie powiedziała nic, tylko wzięła filiżankę i napełniwszy ją gorącą, czarną kawą, podała mu. Wziął ją, nie spuszczając wzroku z Eve, i napił się, nie jakby naprawdę chciał, ale jakby robił to, żeby sprawić jej przyjemność. - Eve, możemy po prostu...

-    Nie możemy - przerwała mu. - Akurat nie teraz.

Odwróciła się, żeby wrócić do kuchni. Pchnęła ramieniem

drzwi, a one po chwili zatrzasnęły się za nią.

Ich trójka stała w ciszy, którą przerwało jedynie skrzypienie zawiasów w drzwiach. Wreszcie Shane, napełniając swoją filiżankę, odchrząknął.

-    No tak - odezwał się. - Czy zostawiając temat półtonowego goryla w tym pokoju, o którym nie będziemy rozmawiać, ktoś tu ma chociaż częściowy plan, jak przeżyć ten dzień?

-    Mnie nie pytaj - powiedział Michael. - Ja dopiero wstałem.

Słowa brzmiały normalnie, ale nie ton. Był tak samo dziwny jak poprzednio ton Eve i tak samo wyczuwało się w nim napięcie. Michael odstawił swoją kawę, po chwili wahania wziął croissanta i poszedł z powrotem do pokoju, w którym spali. Shane ruszył za nim, ale Claire złapała go za rękę.

-    Zostaw - powiedziała. - Nic nie możemy z tym zrobić, prawda? Niech sam to przemyśli.

-    To nie była jego wina.

-    Wiem. Ona też to wie. Ale jej się stała krzywda i on to zrobił, i potrzeba czasu, tak?

Tym razem patrzyła Shane’owi w oczy i to on pierwszy odwrócił wzrok. On też ją kiedyś skrzywdził - bardziej emocjonalnie niż w jakikolwiek inny sposób - i też miał wtedy zaćmiony umysł. Niekiedy wyjaśnienia nie mogą zdziałać tyle, co czas. To była trudna lekcja dla nich obojga, a dla Michaela i Eve miała być jeszcze trudniejsza.

Boże, czasami dorastanie potrafi człowiekowi dokopać.

-    Dobra, więc wracamy do nas. Wciąż potrzebujemy planu - zauważył Shane. Upił kawę. Clair doprawiła swoją i przełknęła gorący, gorzki, cudowny płyn. Potem croissant, wciąż parujący w środku, niebo w postaci pieczywa, rozpuszczający się w ustach. - Nie, skreśl to. Potrzebujemy oddziału sił specjalnych Marynarki Wojennej Stanów Zjednoczonych. Antyterrorystów z SEAL Team Six, ale w tej chwili zgodzę się i na pół tego.

Claire przełknęła.

-    Nie mów z pełnymi ustami.

Shane zrobił dokładnie to, co zrobiłby każdy chłopiec -nie, mężczyzna - w jego wieku: pokazał jej wnętrze ust pełnych przeżutego croissanta, co było paskudne, potem popił kawą i pokazał znowu. Poszło.

-    To niesmaczne. Nigdy już cię nie pocałuję.

-    Pocałujesz - stwierdził i dowiódł tego, przyciskając usta do jej ust. Chciała się wywinąć, tylko po to, żeby nie być gołosłowną, ale uwielbiała się z nim całować, zachwycało ją, że jego usta są takie ciepłe i słodkie, i gorzkie od kawy... uwielbiała być tak blisko niego, balansować na krawędzi. - Widzisz?

-    Nie było źle - przyznała, całując go znowu. - Ale naprawdę musisz popracować nad techniką.

-    Kłamczucha. Moja technika jest fantastyczna. Chcesz, żebym ci to udowodnił?

Zanim zdążyła zaprotestować, jego wargi dotknęły jej warg i dowód został przeprowadzony. Wsunęła dłonie pod luźny brzeg jego koszuli, lekko przesunęła palcami po napinających się mięśniach brzucha, w górę, do twardej, gładkiej płaszczyzny jego piersi. Jego skóra była jak ciepły aksamit, ale pod spodem wyczuwało się stal jego mięśni; zaparło jej dech.

Albo tak jej się zdawało, bo kiedy podniósł jej ciasny T-shirt zespołu Train i objął silnymi dłońmi jej talię, przyciągając ją jeszcze bliżej, westchnęła z ustami przy jego ustach, jęknęła słabo i po prostu... rozpłynęła się.

Gorący, złoty moment został przecięty w pół zimnym głosem:

-    Mogę znieść wiele rzeczy, ale to nie jest jedną z nich. Nie teraz.

Claire odskoczyła od Shane’a, z poczuciem winy, jak złodziejaszek złapany na gorącym uczynku. Był to bez wątpienia głos Ołivera i dobiegał zza jej pleców. Nie cierpiała okrągłych pomieszczeń. Zbyt wiele możliwości zaskoczenia człowieka znienacka, zwłaszcza dla podstępnych, zrzędliwych wampirów. Odwróciła się twarzą do tego, który właśnie zmierzał w ich stronę - nie, w stronę kawy, bo odepchnął ich i napełnił sobie filiżankę. Nigdy nie widziała go pijącego kawę, choć oczywiście mógłby ją pijać, skoro był właścicielem miejscowej kawiarni Common Grounds, przynajmniej wtedy, kiedy Mor-ganville jeszcze tętniło życiem.

Common Grounds jak wszystko w mieście było zamknięte.

OHver zawsze doktadał starań, żeby prezentować się jak człowiek. Może dlatego, że właśnie on jeden ze wszystkich wampirów wydawał się jak najdalszy od tego. Był zimny, nieczuły, kwaśny i sarkastyczny, i to kiedy miał dobry dzień. Kłóciło się to z wizerunkiem przyjaznego, podstarzałego hipisa w farbowanych domowym sposobem podkoszulkach i dżinsach, które nosił w kawiarni, ale które teraz sobie odpuścił. Włożył strój, który bardziej do niego pasował, groźny i ponury: czarne spodnie, czarny płaszcz, który musiał mieć ze sto lat, i białą koszulę z rubinową szpilą w miejscu, gdzie normalnie nosi się krawat. Gdyby nie brak cylindra, można by go wziąć za kogoś z przełomu XIX i XX wieku. Claire czuła, że jest to jego ubranie. Ołiver nie nosiłby czegoś po kimś.

-    Domyślam się, że nie ma sensu mówić dzień dobry -odezwał się Shane.

-    Zwłaszcza że dzień już prawie minął i wcale nie jest dobry - odparł Ołiver, nie biorąc do siebie przytyku. - Nie próbuj się ze mną droczyć, Collins, nie jestem w nastroju. - Claire dostrzegła czerwone plamki na jego bladej skórze, podobne do pamiątki, jaką wyniósł Michael ze swojego pobytu w basenie. Ciekawa była, jak spał, jeśli w ogóle spał. - A co do planów, to owszem, mam plan i owszem, jest on w drodze.

-    Miałbyś coś przeciwko temu, żebyśmy spytali...?

-    Owszem, jak najbardziej miałbym - odwarknął 01iver. W jego oczach widać było błyski czerwieni. Claire pomyślała, że wygląda na zmęczonego i że chwilami ma w sobie coś prawie ludzkiego. - Jeżeli chcecie być użyteczni, znajdźcie Theo Goldmana i sprowadźcie mi go. Natychmiast.

-    Theo? - Claire była zaskoczona, ponieważ słyszała, że Theo zaginął, tak jak wiele innych wampirów z Morganville, więc przypuszczała, że trafił do basenu. Mógł tam zginąć, kiedy Amelie zarządziła atak srebrem, aby wybić draugi. Wraz z nimi ofiarą padły uwięzione tam wampiry. - To on jest tutaj?

-    Gdyby go tu nie było, nie prosiłbym was, żebyście go znaleźli, czyż nie tak?

Shane zesztywniał, przybierając wyzywającą pozę. Nie podobało mu się, kiedy Ołiver traktował ją - albo któreś z nich -jak idiotów. Ale zwłaszcza ją. Ostatnią rzeczą, jakiej dziś potrzebowali, była walka między sobą. Mieli współpracować -tak czy inaczej - bo było to konieczne, żeby przetrwać. Zatem Claire położyła rękę na ramieniu Shane’a, powstrzymując go i spytała bardzo rozsądnie:

-    Masz jakiś pomysł, gdzie go szukać?

Dłoń Ołivera drżała, trochę tylko, ale wystarczająco, żeby filiżanka lekko dzwoniła o spodek. Powinno to dodać Claire pewności, bo zazwyczaj był taki groźny, ale zamiast tego poczuła się jeszcze bardziej bezbronna.

-    Nie - zaprzeczył. - Nie mam. Ale wymagam jego obecności, więc wy go znajdziecie. - Po chwili milczenia dodał, nie patrząc na żadne z nich: - Dla dobra Założycielki.

Dla Amelie. Kiedy to mówił, w tonie jego głosu zaszła drobna zmiana, odnosiło się wrażenie, że zabrzmiał... łagodniej.

-    Pogorszyło się jej? - zapytała. Ołiver odwrócił się i odszedł bez słowa, więc spojrzała na Shane’a. - Jest z nią gorzej, tak?

-    Możliwe. Kto za nim trafi? - Ale Shane myślał to samo, co ona, wiedziała to. Gdyby Amelie umarła, byliby na łasce Ołivera. Nic dobrego. Był generałem i kiedy toczył wojny, lubił, żeby były krwawe. Po obu stronach. - Może powinniśmy byli wyjechać z miasta, kiedy mieliśmy szansę. Pozbierać się i zwiewać, żeby się ratować.

-    I zostawić Michaela? I Eve? Ona by go nie zostawiła, wiesz przecież.

Nic nie odpowiedział. Wiedziała, że Shane nie jest z tych, co uciekają, ale nie mógł o tym nie myśleć - takie puszczanie wodzów fantazji, w wersji z Morganville. Po chwili wzruszył ramionami i powiedział:

-    I tak na to za późno. Gdzie twoim zdaniem powinniśmy zacząć, jeśli mamy wytropić Goldmana?

-    Nie ma sensu szukać w szpitalu. Jest zamknięty. Wszystkich pacjentów wywieźli karetkami i autobusami. Za dużo jest miejsc, w których mógłby być. To nie jest wielkie miasto, ale wystarczająco duże na ukrycie jednego wampira. Wiesz, że odesłał swoją rodzinę.

Theo, w odróżnieniu od większości znanych Claire wampirów, naprawdę miał rodzinę o którą się troszczył. To było bardzo w jego stylu - dopilnować, żeby jego bliskim nic nie groziło, a samemu zostać.

-    Nie moglibyśmy nawet zbliżyć się do szpitala - zauważył Shane. - Cała dzielnica to strefa, do której się nie wchodzi. Jak tylko się zbliżysz, zaczyna się śpiew.

Śpiew draugów był nie tylko niesamowity, ale i bardzo niebezpieczny. Brał w posiadanie, kazał zapomnieć, sprawiał, że było się bezbronnym wobec nich. Claire przytaknęła.

-    Lepiej trzymajmy się z daleka także od wszelkiej wody.

-    A co z toaletami? Proszę, powiedz, że nie miałaś na myśli toalet, bo to nagle robi się zupełnie niezabawne. Chodzi mi o to, że co prawda lubię sikać na ścianę, jak pierwszy lepszy pijany burak, ale...

-    Są toalety chemiczne - podpowiedziała Claire. - Amelie sprowadziła je z jakiejś firmy budowlanej. I proszę, powiedz, że nie sikasz na ściany.

-    Kto, ja? - Shane położył rękę na sercu z miną skrzywdzonej niewinności. - Musiałaś mnie pomylić z jakimś innym nieokrzesanym palantem. Robię się zazdrosny.

Mogłaby kontynuować tę zabawę, ale myśl o wodzie z kranu przypomniała jej nagle, że trzyma w ręku filiżankę z kawą, którą pije. Stłumiła gwałtowny odruch wymiotny.

-    Brr, ta kawa...

-    Zrobiona na najlepszej wodzie butelkowanej - powiedziała Eve. Wróciła, tym razem niosąc kruche ciasteczka. - One też są z gotowców, więc nie myśl sobie, że taka ze mnie Mar-tha Stewart, Shane. Wampy zmagazynowały tu wodę w butelkach już jakiś czas temu. Domyślam się, że to była taka ich wersja szkoły przetrwania, skoro od tak dawna bały się draugów. Wszystkie te plastikowe pojemniki może i szkodzą środowisku, ale dla nas w tej sytuacji są jak znalazł. Czyli... szukacie Theo?

-    Tak mówi OHver - stwierdził Shane, pakując sobie do ust całe ciasteczko.

-    Wierz mi, pracuję u Pana Strasznego Kierownika i wiem, że lepiej go nie zawieść, nawet jeśli się tylko macha dźwigniami ekspresu. Zwłaszcza teraz. A tak przy okazji, to mieć tu Theo byłoby przyjemną odtrutką na to całe - Eve zatoczyła ręką krąg, wskazując marmury, dywany, przyćmione światło - ponuractwo. Theo przynajmniej jest wesoły.

Owszem, na ogół był. Jednak Claire wiedziała, że tak jak wszystkie wampiry, z którymi miała do czynienia - z wyjątkiem Michaela i jego dziadka Sama - Theo zasadniczo skupiał się przede wszystkim na własnym przetrwaniu. Kiedy zaakceptuje się sposób widzenia świata przez wampiry, dużo łatwiej jest zrozumieć, co robią i dlaczego. Na przykład Morganvil-le. Odizolowane miasto, nad którym sprawują pełną kontrolę dla własnego bezpieczeństwa. To było pragmatyczne. Czasami bywały okrutne, ale w ich pojęciu była to samoobrona... Obawiały się, że gdyby dać ludziom wolną rękę, wcześniej czy później wampiry zostałyby wybite. Claire nie zgadzała się z tym, ale to rozumiała.

Theo był pod tym względem mniej pragmatyczny niż większość. Na szczęście. Eve miała rację. Jego obecność podziałałaby łagodząco... jeżeli tylko nie pływał w jakimś zbiorniku wodnym, pożerany żywcem.

Claire się wzdrygnęła.

-    Idziesz z nami? - spytał Shane, zlizując z warg rozpuszczoną czekoladę. Co było dość nęcące. Claire odczuła przemożny impuls, żeby mu w tym pomóc, opanowała się jednak. Czas i miejsce, Claire, czas i miejsce... - Ona nie może iść z nami - rzuciła, zanim Eve otworzyła usta, żeby się zgodzić. -Daj spokój, Eve, zeszłej nocy straciłaś z litr krwi. Jesteś osłabiona i wiesz o tym. Musisz odpoczywać.

Eve posłała Claire przeciągłe, chłodne spojrzenie, jakby zawiodła ją samą wzmianką o tym, co się stało zeszłej nocy. Aczkolwiek było zupełnie jasne, że Eve i Michael dużo na ten temat myśleli.

-    Racja - przerwał milczenie Shane. - Coś palnąłem. Eve, ty tu zostań i... upiecz coś albo co.

-    Jeszcze czego - odburknęła Eve, zdecydowanie zbyt nerwowo. - Jak nie chcecie mnie wziąć ze sobą, to może po prostu skrzyknę ze dwóch chłopaków Amelie i pójdę z nimi na zakupy, po więcej broni. Musimy się uzbroić i to szybko. Czy może mam włożyć perełki i fartuszek, i umrzeć jak grzeczna dziewczynka?

Shane podniósł ręce w geście poddania się i zrobił krok w tył.

-    Ja nie mam tu nic do gadania. - Bystry chłopak, pomyślała Claire. - Ale jeżeli masz zamiar wyjść, weź ze sobą więcej niż dwa wampiry, Eve. Mówię serio. Weź Michaela.

-    Hm, wiesz, jak to mówią: mniej znaczy więcej - odparła Eve. W żaden sposób nie odniosła się do kwestii Michaela, ale był w niej jakiś upór i uraza. Unikała wzroku Shane’a.

-    Akurat w tej chwili więcej to więcej, a im więcej, tym lepiej. Nie można sobie robić jaj z tego... czegoś. Masz tego świadomość, prawda?

-    Och, mam - żachnęła się Eve. Jej ciemne oczy pełne były cieni, jak okna w nawiedzonym domu. - Ja tylko pomyślałam sobie, że nie jest złym pomysłem zacząć gromadzić broń na mieście. Jak dojdzie do walki, musimy być dobrze uzbrojeni.

Claire uświadomiła sobie, że jest to bardzo dobry pomysł, więc skinęła głową bez słowa. Shane był pod pełnym szacunku wrażeniem, co było u niego niecodzienne. Niewiele rzeczy mogło go zaskoczyć.

-    Zbieraj srebro - poradził. - Jeśli możesz, obrób jubilera i zabierz wszystkie srebrne łańcuszki. Możemy je porwać na kawałki. Będą z tego niezłe granaty. - Srebro szkodziło, nawet śmiertelnie, zarówno wampirom, jak i draugom. To, co mówił Shane, było bardzo praktyczne, ale przecież, kiedy jeszcze był w szkole średniej, ojciec nienawidzący wampirów ciągał go z miejsca na miejsce. Prawdopodobnie Shane o zabijaniu swoich wrogów wiedział więcej niż ktokolwiek inny... poza samymi wampirami, oczywiście. - To jest chyba jedyna rzecz, która

działa na te sukinsyny. Pogadaj też z Myrninem o robieniu nabojów.

Wampir Myrnin był szefem Claire, jeśli w ogóle tak zwariowaną relację można nazwać stosunkiem pracy. Była Igorem, a on był Frankensteinem. Miał podziemne laboratorium, które w trakcie terminowania u niego udało jej się przekształcić w dużo mniej niesamowite... choć nie mniej chaotyczne. Myrnin sam był wcielonym chaosem i zazwyczaj było to zabawne.

Czasami zaś nie tak bardzo.

Eve przewróciła oczami, stając się z powrotem prawie tą samą, dawną, beztroską dziewczyną, którą znała Claire.

-    Jasne, Collins. Przecież ja sama nie pomyślałabym o Myrninie. Pewnie, że z nim pogadam. On jeden ogarniał cały ten syf, zanim zaczęliśmy za pierwszym razem.

-    Ej!

-    Przypuszczalnie z wyjątkiem obecnego tu towarzystwa.

-    Teraz lepiej - powiedział Shane i znienacka zamknął ją w mocnym uścisku. - Uważaj na siebie, dobrze?

-    Będę - zgodziła się Eve, po czym przytrzymała go na długość ramion, przyglądając mu się w skupieniu. - Ha, ty nie przytulasz, wiesz. Dopóki ktoś nie przytuli ciebie.

-    Nie?

-    Nie, nigdy, przenigdy.

Shane wzruszył ramionami.

-    Chyba każdy się zmienia co jakiś czas.

Claire uderzyło nagle spostrzeżenie, jak bardzo byli teraz inni. Eve stała się stateczniejsza, bardziej myśląca. Shane opanował swoją agresję, zaczynał ją rozumieć, ukierunkowywać. Był nawet trochę bardziej otwarty niż wcześniej.

Michael... Zmiany zachodzące w Michaelu były trochę bardziej niepokojące, trudniejsze do przyjęcia, ale i on zmienił się zdecydowanie. Chociaż starał się to powstrzymać - nie dać się znieść dalej od swojego ludzkiego życia.

Co do samej Calaire, to nie potrafiła określić, na czym polega różnica. Naprawdę, trudno było powiedzieć... Przypuszczała, że stała się bardziej pewna siebie, że nabrała odwagi, że więcej rozumiała, ale trudno jej było wyobrazić sobie siebie z zewnątrz. Po prostu... była. Ciągle była mniej więcej tą samą Claire.

Eve pomachała na pożegnanie, mocno uścisnęła Claire -w typowy dla Eve sposób - po czym skierowała się do pokoju, w którym mieli swoje rzeczy. Był tam Michael. Claire miała nadzieję, że zdołają rozwiązać swoje... „problemy” wydawało się za słabym słowem, a „kwestie” brzmiało zbyt przyziemnie. Naprawdę nie było słowa na określenie tego, co działo się między jej najlepszymi przyjaciółmi, poza tym że było to „skomplikowane”.

Claire łyknęła kawy na drogę, chwyciła dwa ciasteczka - z gotowca czy nie, były gorące, pyszne, rozpływające się w ustach - i ruszyła za Shane’em jakimś innym korytarzem. Pomyślała, że mógł to być ten, którym nadszedł Ołiver, ale w tym budynku trudno było się zorientować. Jeżeli były tu jakieś znaki, to musiały być widoczne tylko dla wampirów. Tymczasem Shane skręcił w prawo, w identyczny korytarz, potem w lewo, następnie znaleźli się w kolejnym okrągłym pomieszczeniu z zaryglowanymi, potężnymi drzwiami. Wejścia strzegła straż. Osobista ochrona Amelie, pomyślała Claire, rozpoznając niektórych wartowników. Nie prezentowali się tak nienagannie jak zwykle. Szyte na miarę czarne garnitury zniknęły, tak samo jak ciemne okulary. Mieli na sobie ubrania z tych samych archiwalnych zasobów, z których skorzystała ona i jej przyjaciele, a ich wybór wskazywał przynajmniej, w jakiej epoce historycznej czuli się najlepiej.

Weźmy na przykład dwóch strażników przy samych drzwiach. Wyższy i chudszy z nich, z jasnoorzechowymi oczami i krótko przyciętymi blond włosami, ubrany był w czarną, skórzaną kurtkę o poszerzonych ramionach, nabijaną ćwiekami i mnóstwem sprzączek, a do tego wąskie dżinsy. Lata osiemdziesiąte, jak nic. Jego kolega o ostro zarysowanych kościach policzkowych i wąskich szparkach oczu miał na sobie najbardziej obcisłe poliestrowe spodnie, jakie w życiu widziała, z wciętą marynarką do kompletu i przyciasną koszulę w duże wzory w kolorach ziemi.

-    O masz, a co to znów za disco interno - mruknął Shane, na co Claire stłumiła śmiech.

Nie miało to co prawda znaczenia, bo wampiry i tak słyszały, i gdyby chciały się obrazić, to by to zrobiły. Miłośnik estetyki lat siedemdziesiątych tylko uśmiechnął się pod nosem, pokazując czubki kłów, natomiast jego kolega z lat osiemdziesiątych nie zadał sobie trudu, żeby zareagować choćby w taki sposób. Wzdłuż ścian stali kolejni strażnicy, nieruchomi jak posągi. Większość wybrała stroje, które nie były aż tak... retro, ale jeden miał na sobie coś, co wyglądało na garnitur gangstera z epoki prohibicji. Claire gotowa była spodziewać się po nim pudła na skrzypce z karabinem maszynowym w środku, jak na filmach.

-    Nikt nie wchodzi do arsenału - oznajmił Disco Inferno. Najwyraźniej był rzecznikiem ochrony drzwi. - Proszę się cofnąć.

-    Rozkaz Ołivera - powiedziała Claire. - Mamy odszukać Theo Goldmana.

-    Na wczoraj. - Przyszedł jej z pomocą Shane. - I wolelibyśmy nie zginąć. No. Arsenał, w tym rzecz.

-    Nikt nie wchodzi do arsenału - powtórzył wampir znudzonym tonem, patrząc gdzieś nad głową Shane’a, co było pewną sztuką, nawet dla wysokiego faceta. - Nie wolno bez autoryzacji.

-    Którą oni mają - odezwał się głos za ich plecami. Claire odwróciła się szybko, wykorzystując to, że wampiry nie zwracają na nią uwagi. Okazało się, że to śliczna blond wampirzyca Naomi, „siostra” Amelie - nie z racji więzi rodzinnej, ale poprzez wampirzą krew, relację, której szczegóły nie do końca były dla Claire jasne - stoi metr od nich, zjawiwszy się bezszelestnie, co samo w sobie było niesamowite. Naomi z uśmiechem lekko skłoniła głowę. Wciąż zachowywała się bardzo oficjalnie, prezentując maniery, które wpojono jej setki lat temu, ale przynajmniej się starała. Nie był to więc pełny dworski dyg, bo czegoś takiego nie praktykuje się, będąc ubranym w bojówki khaki i dżinsową koszulę. - Osobiście rozmawiałam

z 01iverem. Mam towarzyszyć tym dwojgu i pomóc im zlokalizować doktora Goldmana.

Miało to swoją wagę. Disco Inferno i jego odpowiednik z lat osiemdziesiątych - Billy Idol? - za pomocą skomplikowanego zamka dźwignęli solidne, stalowe sztaby. Wreszcie drzwi stanęły przed nimi otworem. Naomi wyminęła ich, oglądając się przez ramię z tym samym czarującym, choć lekko zakłopotanym uśmiechem.

-    Mam nadzieję, że nie macie nic przeciwko temu, abym wam towarzyszyła? - zapytała z tym swoim akcentem, staroświeckim i francuskim, który, jak zauważyła Claire, działał na mężczyzn, nawet na Shane’a będącego przecież przeciwnikiem wampirów w dowolnej formie.

-    Nie - powiedział Shane. - Dla mnie w porządku. Claire?

-    Dla mnie też. - Claire lubiła Naomi. Podobało się jej, że ta odwieczna wampirzyca tak bardzo się stara być... nowoczesna. Podobało się jej też, że Naomi w końcu nie zainteresowała się Michaelem, jak się im wszystkim z początku zdawało. - Hm, Naomi, a ty właściwie umiesz walczyć?

-    Ależ oczywiście - odparła Naomi, idąc przodem. Weszli do dużego, kwadratowego pomieszczenia z regałami wypełnionymi od podłogi do sufitu skrzyniami. Claire nie widziała w tym nic dziwnego. Paranoja wampirów naprawdę nie zna granic. Naomi zatrzymała się przy pierwszej skrzyni i uniosła jej wieko na zawiasach. W środku leżały strzelby. Wyjęła jedną, złamała, po czym wprawnym ruchem nadgarstka zamknęła z powrotem, uśmiechając się. - Wszystkie wampiry umieją walczyć. Nowoczesna broń jest mi mniej znana, ale broń biała nie jest tak skuteczna na draugi, o czym przekonaliśmy się, ku naszemu przerażeniu, dawno temu.

-    Czego jeszcze używaliście, kiedy je pokonaliście ostatnim razem? - drążyła Claire.

Naomi właśnie otwierała następną skrzynię. Ta zawierała szpady, więc tylko smutno pokręciła głową i pozwoliła opaść wieku.

-    Odwagi. - Zaczęła wyliczyć. - Desperacji. I sporej dozy szczęścia. Srebro jest najlepszym czarem, jakim dysponujemy, ale nas też parzy. Nie znaleźliśmy niczego, co by im wyrządzało szkody, poza ogniem, który jest niebezpieczny i dla nas... Ach - odchyliwszy wieko kolejnej skrzyni wyjęta coś dużego, nieporęcznego i skomplikowanego, ze zbiornikami i wężem. Niewątpliwie wynalazek Myrnina, sądząc po mosiężnych dekoracjach, pod którymi jednak to coś miało gładki, industrialny wygląd. - No właśnie.

-    Co to jest? - spytała Claire, marszcząc brwi. Wyglądało to trochę jak jeden z tych odrzutowych silników rakietowych przyczepianych do pleców, ulubiony rekwizyt filmów science fiction.

-    To - Shane wziął przedmiot z delikatnych dłoni Naomi -jest niesamowicie fantastyczna rzecz.

-    Ale co to jest dokładnie? - dopytywała się Claire.

-    Miotacz ognia - powiedział i stęknął z wysiłku, zarzucając to sobie na ramię, jak ogromny plecak. Były tam zatrzaskowe klamry, które zapiął sobie na piersi i ramionach. - Więc to działa na draugi?

-    Owszem - potwierdziła Naomi. - Ale bądź bardzo ostrożny. Draugi nie tylko chowają się w wodzie, one są płynem. A kiedy płyn zetknie się z ogniem, wytwarza się para. One potrafią przeżyć w parze przez krótki czas. Jeśli zaczerpniesz ją z oddechem, bardzo szybko zabiją cię od wewnątrz. Nawet kontakt skóry z nimi w jakiejkolwiek formie jest bardzo niebezpieczny dla ludzi albo wampirów.

Mimo że entuzjazm Shane’a dla miotacza ognia ostygł nieco, nie zdjął go z ramienia. Dlatego, jak przypuszczała Claire, że w paradowaniu z bronią zionącą ogniem musiał się czuć jak macho. Clair nie próbowała nawet tego zrozumieć. Gdyby nawet się postarała, mogła jedynie dojść do przekonania, że ta broń jest po prostu łatwopalna.

-    Dobra. Trzeba z dystansu - podsumował Shane.

-    Uważaj też, proszę, w którą stronę go kierujesz - spokojnie kontynuowała Naomi. - Myślę, że mówię to także

w imieniu małej Claire. Ogień podczas bitwy nie jest przyjacielem ludzi.

Claire zrezygnowała z kuszy znalezionej w następnej skrzyni. Groty strzał były co prawda srebrne, ale wyrządzone przez nie szkody byłyby znikome. Przeszłyby co najwyżej na wylot przez ciało draugów, o konsystencji pośredniej między żelkami a błotem. Bardziej niebezpieczny był pan draugów, Magnus. Ten był silny. Silny na tyle, żeby, powiedzmy, łamać karki. Było to dla Claire przerażająco znajome, więc starała się z całych sił o tym nie myśleć. Wcale.

-    A co powiesz o zapalonych strzałach? - spytała. - Mogą być skuteczne?

-    Nie bardzo. Natura draugów zdusi mały płomień. Tylko coś kalibru takiego, jak ma Shane, jest w stanie im zaszkodzić. Nawet zapalone butelki z benzyną...

-    My nazywamy je koktajlami Mołotowa - usłużnie wtrącił Shane.

Naomi zbyła go obojętnym spojrzeniem i mówiła dalej:

-    ...nie spowolnią ich. To tak, jakbyście wrzucili taką butelkę do wody. Najprawdopodobniej płomień zgaśnie. Może odniosłoby to jakiś skutek, ale wątpię, czy to czas na eksperymenty. Kiedy toczy się bitwa, nie można dopracowywać technik i narzędzi.

-    No tak. Podobały mi się naboje do strzelb Myrnina -podsunęła Claire. - Czy zrobił...?

-    Więcej? Tak, znalazłem je! - wykrzyknął Shane znad otwartej skrzyni. - Skończył sporą partię i dostarczył ją tutaj.

-    Jesteś pewien, że to nie są zwykłe...

Shane bez słowa rzucił jej jeden. Na łusce narysowany był czarnym markerem alchemiczny symbol srebra. Niezaprzeczalnie Myrninowe, bo tylko on wpadłby na pomysł umieszczenia ostrzeżenia, którego nikt poza nimi dwojgiem nie byłby w stanie zrozumieć.

-    Skąd wiesz, co to znaczy?

Shane zrobił lekko urażoną minę.

-    Mam interes w tym, żeby wiedzieć wszystko o srebrze.

I zaglądałem do twoich notatek. Poza tym badam wszystko, co dotyczy twojego szefa.

Pobrzmiewała w tym nutka zazdrości, ale Claire nie miała ani czasu, ani energii, żeby się nad tym zastanawiać. Ani nad tym, czy jej się to podoba, czy nie.

-    Przecież tu są tego setki - ze zdziwieniem stwierdziła Claire, pochylając się nad skrzynią. Miała teraz dłuższe włosy, które opadły jej na twarz, więc je odgarnęła niecierpliwym gestem. Trzeba by je umyć, pomyślała, tęskniąc za prysznicem, ale oblanie się zimną wodą z butelki było wszystkim, na co mogła liczyć w najbliższej przyszłości. - Myślałam, że zeszłej nocy, podczas bitwy, zużył wszystko, co miał.

-    Od tamtej pory pracował nieprzerwanie - powiedziała Naomi. - Zamknął się w pokoju na końcu korytarza. Dopiero godzinę temu wezwał strażników, żeby przenieśli to tutaj. Rozumiem, że zatrudnił innych do robienia tych naboi.

Skoro Myrnin pracował tak gorączkowo, mogło to oznaczać, że albo był rozpaczliwie przerażony, albo właśnie opętała go kolejna mania. Albo i to, i to. Żadne nie wróżyło nic dobrego. Przerażony Myrnin był zupełnie nieprzewidywalny. Myrnin w manii nieuchronnie zmierzał do poważnego załamania, a teraz nie było czasu na takie rzeczy.

Jakby czytając jej w myślach, Naomi powiedziała:

-    Trzeba o niego zadbać, ale można z tym poczekać do czasu, aż odnajdziemy Theo.

-    Z Amelie jest aż tak źle? - spytał Shane.

-    Tak, obawiam się, że jest z nią aż tak źle. Gdybym wciąż miała serce, bolałoby mnie z powodu mojej dzielnej, niemądrej siostry. Nigdy nie powinna była nas ratować. Prawo jest prawem. Ci schwytani przez draugi już są martwi. Ratując nas, naraziła wszystkich innych.

Clair przerwała napełnianie swojej torby nabojami, żeby spojrzeć na nią.

-    Uratowała ciebie. I Michaela. I Oliyera.

-    Nieważne, kogo uratowała. Rzecz w tym, że naraziła się dla innych. To jest niemądre. Czasy Elżbiety w zbroi dawno minęły. Królowe zawsze rządzą z dała od bitew.

-    Wiadomość na pasku, droga pani. Nie ma już królowych - oznajmił Shane. Załadował strzelbę, zamknął ją, po czym poszukał miejsca do przewieszenia jej sobie przez ramię, tak żeby nie przeszkadzała miotaczowi ognia. - Nie ma królowych, nie ma królów, nie ma cesarzy. Nie w Ameryce. Są tylko dyrektorzy generalni. To samo, ale bez tylu koron.

-    Wampiry zawsze będą mieć władców. Taki jest porządek rzeczy - stwierdziła Naomi, jakby oznajmiała oczywisty fakt, że niebo jest niebieskie. Shane wzruszył ramionami, spoglądając na Claire, która odpowiedziała tym samym. Polityka wampirów to nie ich sprawa. - Chodźcie, musimy znaleźć doktora.

Shane pokręcił głową.

-    On jest jedynym, jakiego macie?

-    Nie, ale on jest najlepszy - odparła Naomi. - I tylko on wyszedł poza średniowieczne techniki upuszczania krwi i stawiania baniek. - Wręczyła Claire strzelbę i spojrzała na nią z powątpiewaniem. - Umiesz strzelać?

Claire skinęła głową, ładując strzelbę.

-    Shane mnie nauczył.

Nie było to łatwe dla kogoś jej postury. Strzelba kopała w ramię, więc Claire zawsze wracała z ćwiczeń posiniaczona i obolała. Naomi była jeszcze delikatniejsza, ale Claire gotowa była się założyć, że dla niej to betka.

Shane poprawił sobie miotacz ognia na ramionach.

-    Panie, proszę przodem.

-    Cham - rzuciła Claire.

-    No co, to było uprzejme!

-    Nie wtedy, kiedy idziesz z miotaczem ognia.

Rozdział; 2

MICHAEL

CLAIRE

CLAIRE

SHANE

CLAIRE

MICHAEL

EVE

HANNAH

SHANE

OLIYER

CLAIRE

SHANE

MICHAEL

Brak mi mojej gitary.

Zabrzmiało to głupio w mojej głowie i prawdopodobnie było głupie, ale palce mnie świerzbiły, żeby poczuć jej ciężar. Muzyka zawsze wyciszała mój wewnętrzny hałas, sprawiała, że wszystko wydawało się uporządkowane, logiczne, nie tak poza kontrolą i przerażające. Odkąd po raz pierwszy wziąłem instrument do rąk, zdałem sobie sprawę, że te dźwięki, które tworzą inni ludzie, sławni ludzie... że one mogą być moje, że mogę nad nimi panować, wykorzystywać je do mówienia bez słów. I to było więcej niż magia.

To było ocalenie.

Teraz, bez gitary, czułem się nagi, samotny, pozbawiony kontroli. Byłoby jednak bardzo ryzykowne wracać do domu, żeby coś odzyskać, tym bardziej coś, czego nikt nie uznałby za rzecz pierwszej potrzeby. Może mógłbym dostać się do sklepu muzycznego, gdzie dawałem lekcje - znajdował się na peryferiach, z dala od obszaru, gdzie zamelinowały się draugi. Nieważne, że był zamknięty. Wampir nie musi martwić się takimi rzeczami, jak drzwi zamknięte na klucz i stalowe kraty w oknach, a zakazy wstępu nie dotyczą sklepów.

Wciąż nie mogłem się z tym do końca pogodzić. Byłem wampirem.

Wiem, nic nowego, właściwie... Żyłem jak wampir już od jakiegoś czasu, a przedtem byłem na wpół wampirem, na wpół upiorem uwięzionym we własnym domu, zawieszonym między życiem a śmiercią. Ale aż do dziś nie czułem się tak... nieswojo. Tak obco.

Tak bardzo nie sobą.

Naomi, która wykazała więcej zainteresowania mną niż inni, ostrzegała mnie, że tak się stanie, że zacznę odczuwać dystans między sobą a swoim dawnym człowieczeństwem.

Ostrzegała, że żyjąc tak, jak żyłem, usiłując wciąż być tym, kim byłem, zacznę krzywdzić siebie i łudzi, na których mi zależy.

I miała rację. Dowiodłem tego, prawda? Straciłem kontrolę. Pogryzłem Eve.

Omal jej nie zabiłem.

Koszula, którą mi dali, zamiast tej przesiąkniętej śmierdzącą wodą i krwią Eve... ta koszula mnie paliła. Czułem się w niej źle. Zdarłem ją przez głowę i rzuciłem na podłogę, krążąc w tę i z powrotem po pokoju. Patrząc na siebie, widziałem skórę zbyt bladą, żyły zbyt niebieskie. Wyglądałem jak żywy marmur i czułem się zimny jak on.

Za to w środku się trząsłem. Cały mój świat się trząsł. Nie chodziło o draugi, chociaż wszyscy baliśmy się ich... ja bałem się siebie, tego, czym jestem, tego, co jestem w stanie zrobić ludziom, których rzekomo kochałem.

Miłość. Czy ja w ogóle wiedziałem, co to teraz znaczy? Czy kiedykolwiek to wiedziałem? Co ja, u diabła, robiłem? Co sobie myślałem, narażając jej życie za każdym razem, kiedy znalazłem się w pobliżu? Myślałem, że mam to wszystko pod kontrolą, że sobie z tym radzę, trzymam to w ryzach i wtedy... wtedy wszystkie moje iluzje o panowaniu nad monstrum prysły.

Krążyłem po pokoju, starając się nie myśleć o tym, jak dobrze się z tym czułem. Nie zdawałem sobie sprawy, jak bardzo się pilnowałem, jak kruche było moje opanowanie, dopóki nie odpuściłem tego sobie.

Coś we mnie znieruchomiało, więc i ja przerwałem swoją wędrówkę, ponieważ zbliżała się Eve. Słyszałem, pomimo grubego chodnika, jak idzie w moim kierunku korytarzem. Czułem zapach skóry Eve, łagodną woń właściwą tylko jej.

Drzwi otworzyły się i zamknęły za mną. Teraz wyczuwałem zapach brzoskwiniowego szamponu, którego używała Eve, i mydła, i słonej, gorącej krwi pod tym wszystkim.

Nie zawróciłem.

- Gdzie masz koszulę? - spytała.

-    Ona drapie - powiedziałem. - Nieważne. Nie jest mi zimno. - Ale było. Moje ciało miało temperaturę pokojową, z wyjątkiem chwil, kiedy grzała mnie jej skóra. Byłem zimny jak trup. - Poszukam sobie czegoś innego.

Zawróciłem, ale Eve stanęła mi na drodze do drzwi. Moje serce już nie biło - w każdym razie nie często - jednak kiedy zobaczyłem ją z bliska, poczułem dźgnięcie prosto w serce. Stała tam, nieustraszona, z uniesioną brodą, z białym bandażem na szyi i szalikiem usiłującym ukryć szkody, jakie wyrządziłem. To była Eve, przede wszystkim... zraniona i ukrywająca to. Gotycka stylizacja zawsze była zbroją, sposobem na jej strach przed wampirami. Teraz sukienka w kropki w stylu retro, pantofelki, wszystko to było po prostu inną formą zbroi. Pancerzem osłaniającym prawdziwą dziewczynę przed światem.

I przede mną.

-    To wszystko? - ironizowała. - Koszula cię drapie, więc idziesz po inną? Do tego zamierzasz sprowadzić tę rozmowę?

Nie mogłem spojrzeć jej w oczy. Zamiast tego, usiadłem na polowym łóżku przykrytym śpiworem - nie moim, mój był kupą podartego na strzępy watowania. Gniotłem w rękach koszulę, wreszcie naciągnąłem ją z powrotem przez głowę. W końcu nie ubranie było tu problemem. To ja, to mnie paliło całe ciało na wspomnienie... na wspomnienie tego, jak się czułem, całkowicie poddając się głodowi. Nie powstrzymałem się. Ja nie powstrzymałbym siebie. Picie jej krwi było... błogością. Niebem. Na tyle, na ile w ogóle byłbym w stanie się do niego zbliżyć w zaistniałej sytuacji.

Zdawało mi się, że rozumiem, o co chodzi w byciu wampirem, aż do momentu czystej, nieograniczonej rozkoszy, kiedy chwyciłem Eve i bez zastanowienia nasyciłem się nią. To było tak, jakby ziemia rozstąpiła się pode mną wraz ze wszystkimi moimi założeniami, i teraz spadałem swobodnie, chwytając się życia, które oddalało się ode mnie z prędkością światła.

Gdyby nie Claire, która jakimś cudem - używając chyba siły desperacji - odciągnęła mnie, co trwało wystarczająco

długo, żebym odzyskał choć trochę zdrowych zmysłów, byłbym zabił ukochaną kobietę.

Ta kobieta stała teraz przede mną, czekając na moją odpowiedź.

-    Nie mogę - powiedziałem. Słowa były stłumione i bezbarwne, jakbym miał w ustach ołów, i ciężko jak ołów spadły na nią. Nie patrzyłem jej w twarz, nie mogłem, ale w umyśle miałem żywy obraz cierpienia w jej oczach. I gniewu. - Zostaw to w spokoju, Eve.

-    Chcesz powiedzieć, że mam zostawić w spokoju ciebie? - Przykucnęła, zachowując równowagę na tych śmiesznych, przesadnie retro, wysokich obcasach, żeby mi zajrzeć w oczy. Jej oczy były wielkie i ciemne, i rzeczywiście były udręczone i pełne bólu. Bólu, który ja jej zadałem i robiłem to teraz. - Michael, to nie była twoja wina, ale zrobiłeś mi krzywdę i musimy o tym porozmawiać, zanim to... wlezie w nas. Wiesz, co mam na myśli, prawda?

Wiedziałem. Tylko że to już w nas było. W każdym razie we mnie, żrące jak kwas, palące, skwierczące i toksyczne.

-    Porozmawiać o tym - powtórzyłem. - Ty chcesz o tym rozmawiać.

Skinęła głową.

-    Chcesz rozmawiać o tym, jak cię złapałem i rzuciłem na ziemię, i zabrałem ci coś bardzo osobistego, podczas gdy ty krzyczałaś i próbowałaś mnie odepchnąć. - Uniosłem się. -I jak ktoś inny musiał mnie powstrzymać, bo zachowywałem się jak zwierzę.

Nie była głupia, ta moja Eve. Wiedziała, o czym mówię. Zbladła tak, że jej twarz przybrała prawie taki sam odcień, jaki miała w gotyckim makijażu.

-    Michael, ty mnie nie zgwałciłeś.

-    Właśnie to zrobiłem - stwierdziłem. - Wiesz, jak Shane to nazywa? Gwałt kłami.

-    Shane nie ma pojęcia, o czym mówi. - Słowom tym brakowało jednak siły przekonywania, a głos Eve zdradzał zdenerwowanie i to niemałe. - Ty po prostu... nie panowałeś nad sobą, Michael.

-    Więc to ma mnie usprawiedliwiać, chociaż nie usprawiedliwia nikogo innego, kto robi komuś krzywdę? - Chciałem jej dotknąć, ale nie śmiałem. Szczerze. Otworzyła usta, jednak nic się z nich nie wydobyło, więc je w końcu zamknęła. Jej oczy zaszły łzami, ale poradziła sobie z nimi mruganiem. - To nie jest żadne usprawiedliwienie i świetnie o tym wiesz. Nie może być, jeśli mamy być razem.

-    Cierpiałeś. Miałeś zaćmiony umysł. To ma znaczenie, Michael.

Wyciągnąłem rękę i położyłem jej na ramieniu - z szybkością właściwą wampirom, nie starając się zrobić tego wolniej. Oboje poczuliśmy szarpnięcie, kiedy próbowała się wyrwać, zanim zapanowała nad instynktowną reakcją.

Potwierdzało to, że mam rację. Wiedziała o tym.

-    Eve, uchylasz się, kiedy cię dotykam. Odsuwasz się. Pamiętasz, jak to było. Robiłem ci krzywdę, przytrzymywałem cię, a ty nie wiedziałaś, czy przestanę, czy cię w końcu zabiję. Oczywiście to ma znaczenie. Dla nas obojga.

-    Ja... - Słowa uwięzły jej w gardle, pozostając niewymó-wione i tylko wpatrywała się we mnie. Ponieważ, oczywiście, miałem rację. Widziałem to. Ona wiedziała.

-    Nieważne, czy to była moja wina, czy nie, czy miałem jasny umysł, czy byłem chorym sukinsynem, którego poniosło. Ja jestem wampirem, Eve. My to właśnie robimy. Wysysamy z ludzi krew. Czasami dają z własnej woli i to jest przyjemne, to jest naprawdę wygodne, ale czasami po prostu bierzemy, co chcemy. Fakt, że to jest instynkt, niczego nie usprawiedliwia. Kończy się tak samo: dzieje ci się krzywda, możesz stracić życie, nawet mimo że cię kocham. Ostrzegali nas. Ty i ja to tragedia, która tylko czeka, żeby się spełnić.

-    Nie! - Pochyliła się, próbując objąć mnie za szyję, ale ja jestem wampirem, niełatwo mnie chwycić, kiedy nie chcę być chwycony. Cofnąłem się i zanim zdążyła się zorientować, że to zrobiłem, już trzymałem ją za przedramiona. Mocno.

Wzdrygnęła się i poczułem drżenie przechodzące przez całe jej ciało, ale nie próbowała się wyrwać. - Michael, nie, nie rób tak. Ja tylko potrzebuję czasu, to wszystko. To się stało dopiero zeszłej nocy. Daj mi trochę czasu, żebym mogła się z tym uporać i wszystko będzie ze mną...

-    W porządku? - Pozwoliłem, żeby moje oczy powoli na-biegły czerwienią. Pozwoliłem, żeby wysunęły się moje kły. -Rzeczywiście. Będziesz przy mnie bezpieczna.

Teraz szarpnęła się w tył. Mocno. Nie puściłem. Jej siła była niczym w porównaniu z moją, nie teraz, kiedy miałem wspomaganie.

-    Próbujesz mnie przestraszyć, ale to ci się nie uda!

Puściłem jedną jej rękę i paznokciem rozdarłem szalik na

jej szyi. Widok plamek krwi na jasnej powierzchni bandaża sprawił, że coś we mnie, głęboko w środku, wydało pomruk i chociaż nienawidziłem tej bestii, wiedziałem, że nie mogę jej trzymać w klatce w nieskończoność. Dlatego w Morganville wprowadzono licencje łowieckie i pozwalano wampirom polować, na starannie przestrzeganych zasadach. To z powodu tej bestii Amelie dopuszczała czasami przemoc w Morganville -ponieważ bez tego stawaliśmy się toksyczni. I ja stałem się toksyczny dla Eve.

-    Przestań - jęknęła głosem, który teraz wcale nie brzmiał tak mocno. - Cholera jasna, ty palancie, przestań!

-    Czy nie to mi mówiłaś zeszłej nocy? - spytałem, mocno potrząsając nią. - Nie to? Czy ja przestałem, Eve? Przestałem?

Wykręciła się gwałtownie i dała mi w twarz. Nie zabolało, ale nagła eksplozja ciepła na mojej skórze w zetknięciu z jej dłonią kazała mi zamrugać. Puściłem jej drugą rękę. Zatoczyła się do tyłu i wtedy, znienacka, coś mnie dźgnęło. Nie w serce, bardziej w bok. Coś weszło w moje ciało, powodując przerażające doznanie zimna, a zarazem palenia.

Srebro.

Spojrzałem w dół. Mały, srebrny nóż zagłębiony był w moim prawym boku po rękojeść. Skóra wokół niego zaczynała tlić się i parzyć.

Eve ciężko dyszała, łzy spływały po jej twarzy, ale ona była twarda. Nieugięta.

-    Mogę cię powstrzymać - rzuciła. - Zawsze mogę cię powstrzymać, jeśli muszę, Michael, niech cię szlag. Mogłam wbić ci go w serce, ponieważ nie byłeś na to przygotowany, ponieważ zawsze będziesz wobec mnie bezbronny, nawet jeśli nie chcesz. Tak więc jesteśmy kwita. Bo ja też zawsze będę dla ciebie taka. To się nazywa zaufanie. To się nazywa miłość.

Złapała nóż i wyciągnęła go płynnym ruchem. Krztusząc się, opadłem na bok, na śpiwór. Boże, jak to bolało. Okropnie. Drżałem i zwijałem się, podczas gdy działanie srebra trwało, karząc mnie, ale nie była to rana śmiertelna - ani trochę. Eve bardzo dobrze wymierzyła miejsce ciosu i czas. W jakiś pokrętny sposób pokochałem ten ból. Potrzebowałem go.

Zasłużyłem na niego.