49,90 zł
Jedna decyzja. Jedna podróż. Wyjazd, który zmieni wszystko.
Rosy od sześciu lat pracuje dla Cartera Bellamy i sumiennie wykonuje swoje obowiązki. Zna firmę lepiej niż ktokolwiek, wie, czego się od niej oczekuje i nigdy nie przekracza pewnych granic. A przynajmniej do dnia, w którym jej szef oznajmia, że to właśnie ona poleci z nim na delegację do słonecznej Kalifornii.
Kobieta jest w szoku, gdyż nie planowała żadnych wyjazdów z uwagi na zły stan zdrowia matki, którą się opiekuje. jednak Carter jest uparty, bo Rosy zna wszystkie szczegóły kontraktu, który będą omawiali w Santa Monika. Ale czy tak naprawdę będzie tam potrzebna? Po co szef ciągnie ją na spotkanie, na którym bardziej przydatny byłby dyrektor finansowy? Nie mając wyjścia, Rosy zgadza się i postanawia z nim lecieć. Zamienia tym samym mroźne Chicago na luksusowy hotel, ocean za oknem, kolacje w miejscach, do których zwykli ludzie nie mają wstępu.
Carter Bellamy – miliarder, mężczyzna przyzwyczajony do kontroli, chłodny, dominujący i niebezpiecznie pociągający, skrupulatnie realizuje swój plan i bierze to, czego chce. Każdy jego gest, spojrzenie i dotyk sprawiają, że Rosy zaczyna zapominać, kim jest… a coraz częściej myśli o tym, kim chciałaby się stać dla niego.
Między nimi rodzi się napięcie, którego nie da się dłużej ignorować. Pożądanie miesza się z emocjami, a granica między pracą
i pragnieniem zaczyna się zacierać. Rosy wie, że ten romans może ją kosztować wszystko – karierę, reputację, spokój. Czy powinna ulec i wejść w ten układ, w chwili, gdy to ona może wszystko stracić?
„Wakacje z szefem. Rosy” to intensywna, zmysłowa historia o pożądaniu silniejszym niż rozsądek, o wyborach, które bolą,
i o miłości, która pojawia się niespodziewanie i przez którą można wszystko stracić.
„Wakacje z szefem” to powieść oparta na krótkim erotycznym
opowiadaniu pod tym samym tytułem, które latem
2023 roku zyskało status bestsellera w Empik Go i Legimi.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 360
Rok wydania: 2026
Copyright: Wydawnictwo „Krople czasu”
Copyright: Iwona Feldmann
Autor: Iwona Feldmann
Tytuł: Wakacje zszefem, tom 1
ISBN 9788396384485
Redakcja: Agnieszka Węgrzyńska
Korekta: Agnieszka Węgrzyńska
Okładka istrony rozdziałów: Projektownia Justyna Fałek
Skład ikorekta techniczna:
Danuta Jarzembek
Grafiki / ilustracje wewnątrz książki: Beata Pondel – @zdrowe.zycie.czyta
Zdjęcia miasta Chicago: Małgorzata Nowak – @czytelniczka_gosia
Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część tej książki nie może być powielana lub przekazana wjakiejkolwiek formie bez pisemnej zgody wydawnictwa lub autora.
Wydawnictwo „Krople czasu”
Kontakt:
www.sklepiwonafeldmann.pl
Na podstawie krótkiego opowiadania erotycznego pod tytułem „Wakacje zszefem”, które latem 2023 roku, jako e-book, zdobyło status bestsellera wEmpik Go iLegimi.
Rozdział 1
Chicago
Początek listopada – poniedziałek
ROSY
Poprawiłam okulary na nosie i wstałam od biurka, zabierając z blatu dwie teczki z dokumentami i laptop. Musiałam uzgodnić z Frankiem, dyrektorem finansowym, szczegóły na dzisiejsze zebranie zarządu. Wprawdzie wszystko mieliśmy przygotowane i oboje dokładnie znaliśmy wszystkie dane, ale od lat mieliśmy swój ustalony rytuał: krótka rozmowa i wspólne omawianie strategii przed cotygodniowym spotkaniem. To dodawało nam pewności, że odpowiemy na wszystkie zadane pytania, a mnie pozwalało zachować względny spokój.
Szłam korytarzem, czując lekki ucisk w żołądku. Te zebrania zawsze wywoływały we mnie stres, choć z moim przełożonym u boku łatwiej było je przetrwać. Od dwóch miesięcy byłam jego zastępcą i wystąpienia przed zarządem nadal mnie stresowały, ale musiałam się z tym oswoić i nadal uczyłam się panować nad tremą. Księgowe, w przeciwieństwie do ludzi z działu marketingu czy handlowców, nie są tak narażone na kontakt z szerokim gronem współpracowników i klientów, do których muszą przemawiać. Ja się tego dopiero uczyłam, a Frank był w tym doskonały: wiedział, kiedy rzucić żartem czy spokojnie wyjaśnić zawiłości, szczególnie w momentach, gdy nasz prezes Carter Bellamy zaczynał swoje przesłuchania.
Weszłam do biura i zamarłam. Zamiast zastać Franka pochylonego nad papierami, gotowego do pracy, zobaczyłam, jak zamyka swój laptop i zbiera się do wyjścia. Jego zwykle spokojna twarz była napięta, a ruchy nerwowe, jakby ścigał się z czasem.
– Coś się stało? – zapytałam zaniepokojona.
Tu wszystko mogło się wydarzyć: afera z dostawcami, brak płatności, nagłe wezwanie na piętro zarządu czy plotki o zwolnieniach wśród pracowników.
– Niestety, Rosy – odezwał się poważnie, nie przerywając pakowania, po czym sięgnął po skórzaną teczkę i ruszył w moją stronę. Przystanął i spojrzał mi w oczy. Westchnął ciężko, a mnie drgnęło serce. – Przepraszam, ale nie będzie mnie na dzisiejszym zebraniu – rzucił pospiesznie. – Carter wysyła mnie w trybie awaryjnym do Nowego Jorku. Muszę zdążyć na samolot, bo jeden z funduszy chce zainwestować w naszą nową spółkę technologiczną… w te coboty1…
– W BellTech? – dopytałam.
– Tak, w nich, sto milionów i chce rozmawiać z kimś kompetentnym o prognozach zysku. Dzisiaj.
– Dzisiaj? – powtórzyłam, czując, jak żołądek mi się ściska. – Ale zebranie…
W tym momencie poczułam, jak grunt usuwa mi się spod nóg, bo zrozumiałam, co oznacza jego wyjazd w takim dniu. Serce zaczęło mi walić tak mocno, że przez chwilę byłam pewna, iż zaraz będę potrzebowała pomocy wykwalifikowanych sanitariuszy.
– Wiem, wiem, przepraszam… – Westchnął, przeczesując siwe włosy. – Carter mówi, że to priorytet. Pieniądze są ważne, ale ważniejsze są kontakty, bo bez tych znajomości nie ruszymy z ekspansją na rynek azjatycki. Są nam potrzebni i tyle. Muszę lecieć, a ty dasz radę i ogarniesz zebranie. Masz wszystkie raporty i znasz mnie – wiesz, co bym powiedział.
Klepnął mnie po ramieniu, jakby to miało dodać mi odwagi.
Spojrzałam na niego przerażona. W mojej głowie szalało tornado.
– Mam tam być sa-sama? – wyjąkałam, czując, jak krew odpływa mi z twarzy.
Zebrania zarządu były jak wejście do klatki z lwami, a Carter Bellamy był najgroźniejszym z nich. Frank zawsze stanowił moją tarczę – tłumaczył, łagodził, a czasem nawet brał na siebie krytykę. Bez niego byłam narażona na ataki Cartera i jego ekipy.
– Nie martw się, prezes o wszystkim wie i potraktuje cię ulgowo. Obiecał… że nie będzie drążył tak bardzo jak zawsze. On… on, zresztą… Jego też znasz. To będzie twój pierwszy samodzielny referat na takim spotkaniu i na pewno się uda – próbował dodać mi otuchy, ale jego słowa brzmiały jak marna pociecha.
– Dam sobie radę, a ty jedź i uważaj na siebie – powiedziałam, siląc się na optymizm.
Uśmiechnęłam się blado, choć przed oczami stanęły mi czarne wizje: Carter rozszarpujący moje analizy, jego zielone oczy przeszywające mnie na wylot, a reszta zarządu siedząca i kiwająca głowami, jakby każdy mój błąd potwierdzał, że nie nadaję się na to stanowisko. Dyrektor finansowy czy tak jak ja, jego zastępca, byli na takim zebraniu bez przerwy o coś pytani. Czasami zabieraliśmy głos częściej niż sam prezes czy jego kadra zarządzająca.
– Jesteś gotowa, Rosy. Zawsze byłaś – rzucił Frank na odchodne. Brzmiał szczerze, choć wyczuwałam w nim odrobinę zmęczenia.
Uścisnął mnie na pożegnanie i ruszył w kierunku drzwi. Wyszłam za nim na korytarz i odprowadziłam go wzrokiem, patrząc, jak wchodzi do windy. Kiedy drzwi się za nim zamknęły, stałam jeszcze chwilę w długim korytarzu, wpatrując się w przestrzeń. Zacisnęłam dłonie na teczkach, ale myślami byłam przy Carterze, który pewnie już ostrzył zęby, żeby mnie zagryźć na zebraniu. BellTech? Roboty? Sztuczna inteligencja? I ja sama wśród tych snobów naszego prezesa, bez Franka jako wsparcia?! Cudownie!
Carter Bellamy był nieobliczalny. Jednym spojrzeniem potrafił sprawić, że czułam się jak stażystka, która zapomniała przynieść mu kawę. Szanował Franka, ale odkąd awansowałam i brałam udział w zebraniach, nieraz testował mnie pytaniami, jakby chciał sprawdzić, czy nadążam za sprawami firmy. „Rosy, a co z prognozami na czwarty kwartał? Masz te dane w głowie czy tylko w tabelce?” – rzucał z tym swoim krzywym uśmieszkiem, a ja musiałam odpowiadać, czując na sobie wzrok całego zarządu. Wtedy odpytywał mnie na wyrywki. Dzisiaj będę musiała cały czas być czujna, aby podawać dane i wyjaśniać raporty finansowe, gdy zajdzie taka potrzeba. Nie chciałam zaliczyć żadnej wpadki, a bez Franka czekała mnie samotna walka. Jak ja to przetrwam?!
Carter nigdy nie był dla mnie łaskawy – jego szorstkość, ostre słowa i spojrzenie zawsze wytrącały mnie z równowagi. „Rosy, to nie żłobek, przyspiesz z tą odpowiedzią” – wspomniałam jego słowa sprzed tygodnia, wypowiedziane z taką pogardą, że chciałam zapaść się pod ziemię.
Wróciłam do swojego gabinetu i podeszłam do okna, próbując uspokoić oddech. Przede mną rozciągał się imponujący widok na Chicago – wieżowce, ruch uliczny, świat zalany słabym listopadowym słońcem, który zdawał się obojętny na moje lęki. Wiedziałam, że muszę wszystko powtórzyć, jeszcze raz przejrzeć notatki, przewidzieć pytania. Ale w głowie wciąż dźwięczały mi inne słowa Cartera: „Jeśli nie nadążasz, Rosy, to może poproszę kogoś innego”. Nie mogłam pozwolić, by mi tak dogadywał. „Dasz radę” – powtórzyłam w duchu, choć głos w głowie brzmiał jak echo słów Franka, a nie mój własny. Rozłożyłam dokumenty i zaczęłam sobie wszystko powtarzać, jak zaklęcia, które miały mnie uchronić przed Carterem Bellamy’m.
Do firmy trafiłam, gdy byłam jeszcze na studiach. Moja szefowa, Melinda Baar, codziennie zarzucała mnie stosami danych do wklepania i przeanalizowania. Starałam się wypełniać jej polecenia i jakoś sobie radzić, bo potrzebowałam tej pracy, a przede wszystkim pieniędzy. Potulnie wykonywałam swoje zadania i nie grymasiłam. Pamiętam też, jak po trzech miesiącach takiej harówki po raz pierwszy puściły mi nerwy. Właśnie drukowałam dla niej gotową analizę, gdy nagle dwie ostatnie kartki utkwiły w urządzeniu. Wyciągnęłam je, a właściwie wyrwałam z zakleszczenia, ale okazało się, że zostały zgniecione w harmonijkę.
– Rosy, czy raport jest gotowy?! – warknęła Melinda, wpadając właśnie w tym momencie do pokoju z ksero. – Spieszy mi się, nie mam czasu na twoją opieszałość!
Pokazałam jej wydrukowany materiał i trzymane w drugiej ręce zgniecione arkusze.
– Muszę zbindować i dodrukować, bo maszyna się zacięła, ale wszystko jest gotowe, tylko… – próbowałam wyjaśnić, ale nie dała mi dokończyć.
Dynamicznym ruchem wyszarpnęła z mojej dłoni gotowe materiały.
– Co to ma być?! – syknęła, wyrywając mi z drugiej ręki dwie zgniecione kartki i rzucając je na podłogę. Jej oczy ciskały gromy, jakby każda zniszczona strona była dla niej osobistą obrazą. – Myślisz, że mogę pokazać zarządowi coś takiego? Jesteś zupełnie niekompetentna! Najprostsze zadanie cię przerasta!
– To… proszę powiedzieć, że to przez drukarkę… – zaczęłam nieśmiało, czując, jak ziemia osuwa mi się spod nóg.
– Powiedzieć? Ty głupia niedorajdo! – Prychnęła z wściekłością, a jej usta wykrzywił nieprzyjemny grymas.
– Tak, że to moja wina…
– Myślisz, że ktokolwiek w zarządzie chce słyszeć o twoich żałosnych wymówkach? Nawet słowem nie pisnę, że miałaś cokolwiek wspólnego z tym raportem! To moja praca, moje nazwisko na nim widnieje, a nie jakiejś asystentki, która próbowała mnie zniszczyć! – W jej głosie brzmiała czysta wzgarda. Baar odwróciła się na pięcie, rzucając przez ramię: – Następnym razem zrób to dobrze albo pożałujesz, że tu pracujesz.
Stałam jak sparaliżowana, czując, że żołądek mi się ściska. Wreszcie do mnie dotarło, że dla Melindy jestem tylko niewidzialnym trybikiem, który odwala za nią całą robotę, podczas gdy ona zbiera laury. Moja praca, moje analizy, moje nieprzespane noce, ciągłe szukanie informacji i konsultacje, jak dobrze to wykonać – wszystko to przepadało, bo raport wychodził w świat podpisany jej nazwiskiem. Fakt, akurat o to nie miałam do niej pretensji, bo zdawałam sobie z tego sprawę, ale usłyszeć coś takiego na własne uszy to coś innego. To boli i przygnębia.
Nic jednak nie powiedziałam. Stałam ze spuszczoną głową i po raz pierwszy w życiu po moich policzkach spłynęły łzy bezsilności. „A czego się spodziewałaś, Rosy? – pytałam się w duchu. – Jesteś tu nowa i niedoświadczona i nic dla nikogo nie znaczysz”.
– Mogę w czymś pomóc? – Usłyszałam poważny męski głos i podniosłam zapłakane oczy.
W otwartych drzwiach pomieszczenia stał starszy mężczyzna w eleganckim garniturze, mniej więcej mojego wzrostu. Miał spokojne szare oczy, siwiejące na skroniach ciemne włosy, zaczesane schludnie na jedną stronę, i wpatrywał się we mnie z uwagą.
– Nie, przepraszam… to nic – odparłam, pociągając nosem i rozglądając się po pokoju, aby ukryć przed nim swoje łzy.
– Nie wygląda mi to na „nic” – stwierdził i wskazał na popsute urządzenie, które dziwnie burczało, a obok na podłodze leżały pogniecione kartki.
– Poradzę sobie… – rzuciłam. Nie chciałam wdawać się w dyskusję z obcym człowiekiem.
– Czasami warto podzielić się swoimi problemami z kimś starszym i bardziej doświadczonym – oznajmił, tarasując mi drogę, gdy chciałam go ominąć i stąd wyjść. – Nie trzeba radzić sobie samemu…
Spojrzałam na niego. Nadal nie znajdowałam powodów, aby tu zostać i z nim rozmawiać.
– Jestem Frank Jackson z działu finansów. To jak? Dowiem się, dlaczego płaczesz?
Westchnęłam i na chwilę przymknęłam oczy, zastanawiając się, w czym mógłby mi pomóc ten starszy pan. Wiedziałam, że pracował w dziale finansów, ale widziałam go po raz pierwszy. Wtedy chyba coś we mnie pękło. Poczułam, że muszę się przed kimś wygadać.
– Zawsze radziłam sobie sama i sama o wszystko walczyłam. W życiu nikt mi niczego nie ułatwiał i nie pomagał. Pracuję… i nie narzekam.
– Ale dzisiaj coś poszło nie tak – stwierdził ze zrozumieniem.
– To była bzdura… Mogłam to poprawić, a ktoś mnie sponiewierał i uświadomił, że moja praca się nie liczy – wyjaśniłam powoli.
Ponownie się zastanowiłam, czy w ogóle powinnam z nim rozmawiać. Pewnie nie, ale emocje wzbierające podczas roku pracy i te trzy ostatnie miesiące pod kierownictwem Melindy, codzienne starcia i dzisiejsza wzgarda wobec mnie przepełniły czarę. Musiałam się wygadać.
– Zrobiłam raport budżetowy z odchyleniami od planu…
– Naprawdę? – Zdziwił się i wpatrzył się we mnie uważnie.
– Tak, porównanie planowanego budżetu do faktycznych wyników i analiza, gdzie pojawiły się nadmierne koszty lub niedobory – wyjaśniłam. – Przyszłam tutaj po wydruk i wtedy zauważyłam, że maszyna zgniotła kilka ostatnich kartek. – Wskazałam na te leżące na podłodze. – Szefowa się wściekła, zrobiła mi awanturę i powiedziała, że jestem… głupią niedorajdą.
– Przykro mi…
– Napracowałam się… a tu o parę kartek taka awantura… – Westchnęłam, schylając się po zniszczone papiery. Zebrałam je z podłogi i wrzuciłam prosto do kosza.
– Powiem ci na pocieszenie, że głupie niedorajdy nie są w stanie zrobić takiego raportu.
– Fakt, nie jest prosty do przygotowania, ale od szefowej dostałam gotowy arkusz i dane, które wystarczyło przeanalizować i wpisać we właściwe miejsca. Trochę pomogła mi mama, trochę na uczelni podpowiedzieli…
– To nadal wykracza poza twoje obowiązki – stwierdził.
– Tak pan myśli? – Zdziwiłam się, zerkając na niego z zainteresowaniem.
– Ja to wiem… – Spojrzał na mnie wymownie, jakby chciał, abym podała mu swoje imię.
– Jestem Rosy… Rosalyn Lancaster – przedstawiłam się, wyciągając do niego dłoń.
Uścisnął ją i uśmiechnął się przyjaźnie.
– Zatem, Rosy, raport budżetowy z odchyleniami od planu leży w kompetencjach kadry kierowniczej. Nie należysz do niej, prawda?
– Nie, oczywiście, że nie – odpowiedziałam zgodnie z prawdą.
– Czyli zrobiłaś go dla… – Skinął powoli głową, jakby czekał, aż dokończę zdanie.
– Zrobiłam go dla mojej szefowej Melindy Baar – wyjaśniłam.
– Za nią, nie dla niej, a tak nie powinno być.
– Cholera, jeśli ktoś się o tym dowie, to Melinda mnie wyrzuci – jęknęłam i usiadłam na stojącym w kącie krześle. Załamana zakryłam twarz dłońmi.
– Nie martw się, nikt się nie dowie… – pocieszył mnie.
Spojrzałam na niego.
– Tak myślisz?
Uśmiechnął się i puścił do mnie oczko.
– Ja to wiem.
Ze zdziwienia aż otworzyłam szeroko usta. Faktycznie musiał pracować w dziale finansów, skoro się na tym znał. Tylko był zbyt pewny niektórych rzeczy.
– Niby skąd o tym wiesz, Frank?
– Wiem, że nie przedstawi dzisiaj tego raportu, bo dzisiaj zmienia się właściciel firmy.
– Jak to? Nikt nic nie mówił na ten temat!
– Bo to tajemnica, która zostanie ogłoszona i podana do wiadomości pozostałym kierownikom na zebraniu zarządu.
– Czy tak można?
– Co nie jest zabronione, jest dozwolone – stwierdził Frank.
– Więc mój raport się nie przyda – wywnioskowałam z jego słów.
– Pewnie nie, prawdopodobnie przejmie go nowy dyrektor finansowy.
– Ojej – jęknęłam przestraszona. – I co ja teraz zrobię?
– Myślę, że nie będzie tak źle – pocieszył mnie Frank z uśmiechem na twarzy. – Tak się składa, że prawdopodobnie trafi w moje ręce, bo ja jestem nowym dyrektorem tego działu, Rosy.
Patrzyłam na niego zszokowana i od razu zrozumiałam, że tego dnia zmieniał się nie tylko właściciel firmy, ale od razu wprowadzał on swoich ludzi na strategiczne stanowiska.
– Sprawdzę, co i jak tam napisałaś, a jeżeli będzie w miarę dobrze przygotowany… pozwolę ci nadal pracować. Jeśli nie, znajdziemy dla ciebie inne stanowisko w firmie.
W takich właśnie okolicznościach poznałam Franka, a w ciągu kolejnych kilku dni stałam się świadkiem burz, dramatów i zwolnień, gdy HR pod dyktando nowego właściciela robiło porządki. Likwidowano niedochodowe działy i zostawiano tylko najlepszych, najwydajniejszych i najbardziej rokujących pracowników. Ja zostałam, bo byłam nowa i właśnie „rokująca”. Frank pochwalił mój raport, powiedział, że nauczy mnie, jak robić go prawidłowo, i zaproponował pracę w swoim dziale. Dla mnie ten moment zmian był korzystny i dzięki temu po kolejnym roku pracy byłam drugą asystentką dyrektora finansowego Franka Jacksona, a nie popychadłem w pionie księgowym. Doskonale się dogadywaliśmy, a jego żona Edna okazała się wspaniałą kobietą. Pamiętam też, jakie wrażenie zrobiło na mnie wtedy pojawienie się nowego prezesa na naszym piętrze.
Wystarczyło spojrzeć i już dało się wyczuć kupę kasy i wielkie ego. Okazało się, że znałam go z okładek magazynów biznesowych. Ciemne włosy, zawsze idealnie ułożone, wysoki, pewnie z metr dziewięćdziesiąt, poruszał się z władczą pewnością siebie. Miał szerokie ramiona i wyglądał nieskazitelnie w szytych na miarę garniturach, które podkreślały jego opaloną skórę. Ta opalenizna była pewnie efektem drogich wakacji w miejscach, o których ja mogłam tylko marzyć. Jego twarz miała ostre rysy: mocna szczęka, prosty nos i oczy w kolorze głębokiej zieleni. Na serdecznym palcu prawej ręki błyszczała elegancka platynowa obrączka. Na szczęście oprócz żony miał jeszcze kilka innych wad. Dla większości ludzi był nieprzystępny i szorstki w obyciu i nie wiem, czy kiedykolwiek zwrócił na mnie uwagę. Ja byłam wtedy szeregowym pracownikiem, a on nawet nie wiedział, że tu jestem i jak się nazywam.
Dzisiaj, po sześciu latach od tamtych wydarzeń, byłam zastępcą dyrektora finansowego i po raz pierwszy miałam zasiąść przy wielkim stole na zebraniu zarządu jako główny referent działu finansów.
Poprosiłam asystentkę, aby podała mi kawę, i wróciłam do studiowania raportów, żeby o niczym nie zapomnieć.
*
Godzinę później wjechałam na piętro zarządu. Korytarz był cichy, urządzony w oszczędnym, nowoczesnym stylu – marmurowe podłogi, szklane ściany w stylu skyline2 i zapach drogich perfum unoszący się w powietrzu sugerowały, że w tym miejscu decyduje się o miliardowych transakcjach.
Przywitałam się z sekretarką Cartera, Celine, która rzuciła mi szybkie, uprzejme spojrzenie.
– Sala gotowa, Rosy. Parę osób już czeka. Powodzenia – dodała, wiedząc, jakie to dla mnie trudne spotkanie.
Podziękowałam jej skinieniem głowy, czując, jak żołądek skręca mi się w supeł. Położyłam swoje rzeczy na stoliku przy wejściu do sali konferencyjnej i w odbiciu mlecznej szyby sprawdziłam swój wygląd: poprawiłam niebieską marynarkę, wygładziłam spódnicę i sprawdziłam, czy z kucyka nie wymknęły się żadne kosmyki. Nie byłam wysoka, ale nadrabiałam to dziesięciocentymetrowymi szpilkami. Musiałam się dobrze prezentować.
I właśnie wtedy, gdy skończyłam oględziny, zauważyłam w szybie, jak za moimi plecami pojawia się cień wysokiego mężczyzny. Widziałam, jak podchodzi i staje blisko za moimi plecami. Byłam o pół głowy niższa od niego i nie miałam wątpliwości, że właśnie zostałam przyłapana na wdzięczeniu się do własnego odbicia przez mojego prezesa. Na chwilę przestałam oddychać, gdy Carter Bellamy pochylił się nade mną, a ja poczułam jego oddech na karku.
– Panno Lancaster, nie przeglądamy się. Pracujemy – mruknął niskim, zdecydowanym głosem.
Podskoczyłam ze strachu, gdy się odezwał, i od razu się odwróciłam. Spojrzałam na niego. Był wysoki, ale dopiero teraz, kiedy stał tak blisko, poczułam się przy nim maleńka. Kolana mi zadrżały.
– Właśnie… miałam wchodzić – wyszeptałam zestresowana. Momentalnie zapiekły mnie policzki.
Carter uniósł brew i uśmiechnął się kpiąco.
– Właśnie… widziałem. – Ominął mnie, trącając jakby niechcący moje ramię, ale zatrzymał się jeszcze i spojrzał na mnie z ukosa. Zmierzył mnie wzrokiem z góry na dół. – Nie każdy może być idealny, Rosy – rzucił, poprawiając z zadowoleniem błękitny krawat od Toma Forda.
Wyglądał perfekcyjnie w granatowym garniturze Armaniego, z gładko ogolonymi policzkami i ostrym zarysem szczęki. Jak zwykle chełpił się tym, że to on jest idealny i właśnie tak się prezentuje. Niestety, nie byłam w stanie zaprzeczyć.
Nie czekałam jednak i sięgnęłam po swoje rzeczy leżące na stoliku. Chciałam znaleźć się tam jeszcze przed Bellamy’m, jednak gdy odwróciłam się z impetem w stronę drzwi, aby wejść do środka, zderzyłam się z Carterem, sięgającym w tym momencie do klamki. Okulary zgrzytnęły i boleśnie wbiły mi się w nos.
– Aua! – jęknęłam.
Zdekoncentrowana i oszołomiona cofnęłam się i zachwiałam.
– Rosy! – upomniał mnie, zdegustowany moim zachowaniem, i chwycił mnie za ramię, żebym się nie przewróciła.
Przytrzymał mnie przy sobie i pomógł mi złapać równowagę. Stał tak blisko, że poczułam jego ciepło i przyjemny zapach.
– Przepraszam, nie zauważyłam… – powiedziałam, poprawiając okulary, które się skrzywiły.
– Nie zauważyłaś mnie? – Zdziwił się.
– Chciałam wejść…
– Wiem, że mamy równouprawnienie, ale to nie znaczy, że powinnaś odpychać swojego przełożonego od drzwi…
– Nie chciałam… – odparłam cicho.
Czułam się jak niezdara przy tym zdecydowanym i dominującym facecie, który właśnie przekręcał, i to chyba celowo, motywy tego zdarzenia. Przecież to był niefortunny wypadek, a on twierdził, że co? Że celowo chciałam się wepchnąć przed niego?
– Zastanów się na przyszłość, co robisz – dodał jeszcze, po czym nacisnął klamkę i wszedł jako pierwszy do sali konferencyjnej.
Od razu podniosły się radosne męskie głosy witające go z entuzjazmem.
– Carter, jak miło cię widzieć!
– Wspaniale, że już jesteś!
– Właśnie się zastanawialiśmy, kiedy przyjdziesz.
No cóż, zachowywali się, jakby zobaczyli jakieś bóstwo, a ktoś twierdził, że tylko kobiety się za nim oglądały.
Spojrzałam w stronę Celine obserwującej całe zajście. Jej wzrok był skupiony na mnie i poważny.
– Oddychaj, Rosy – powiedziała i zrobiła powolny wdech i wydech. Przynajmniej tak starała się mnie wspierać.
– Panno Lancaster, proszę nie stać w progu – doleciał mnie znowu głos szefa. – Chyba że potrzebuje pani specjalnego zaproszenia.
– Dziękuję – odpowiedziałam. Nie byłam w stanie zareagować w żaden inny sposób.
Weszłam do sali konferencyjnej i od razu poczułam na sobie spojrzenia paru osób. Cały fanklub Cartera Bellamy’ego stał przy długim stole, a każdy z mężczyzn miał nieodgadniony wyraz twarzy. Przytrzymując okulary, przywitałam się z nimi, uśmiechając się delikatnie, i skupiłam się, aby rozłożyć swoje rzeczy i przygotować się do spotkania.
– Przynajmniej jedna, która zna swoje miejsce – rzucił Carter, opierając się o krzesło, z krzywym uśmieszkiem, który sprawiał, że chciałam zapaść się pod ziemię.
Powiedział to niby cicho, ale ja doskonale to słyszałam. Jak niby miałam zareagować, pokłócić się tu z nim? Nie skomentowałam i nawet nie spojrzałam już w ich kierunku. Czułam jednak, że wgapiają się we mnie, bo byłam jedyną kobietą w tym gronie i, niestety, intruzem w ich męskim świecie. Wzięłam głęboki oddech. „Dasz radę” – powtórzyłam w duchu chyba po raz setny, a serce biło mi jak oszalałe.
Zajęłam swoje miejsce i zdjęłam okulary, po czym odłożyłam je na stół. Przez chwilę siedziałam i masowałam nasadę nosa, bo po tym zderzeniu bolała mnie i czułam, że będę miała siniaka. Dopiero wtedy uruchomiłam laptop.
Po pewnym czasie, gdy wszyscy już się zgromadzili, Carter otworzył zebranie głosem spokojnym, ale ostrym jak brzytwa.
– Zaczynamy, panowie… i panie – dodał szybko, reflektując się, że są nas tu teraz trzy kobiety: ja, Lily z działu handlowego i jego sekretarka Celine. – Rosy, Franka nie ma, więc ty przedstawisz raport finansowy. – Jego zielone oczy zatrzymały się na mnie, a ja przełknęłam ślinę, czując, jak wszyscy czekają na mój ruch. – Zacznij od raportu zysków i strat, a potem przejdziemy do analiz, chyba że bez Franka nie potrafisz i wolisz, gdy ktoś cię trzyma za rączkę. – Jego ton był przesycony kpiną, a kilku mężczyzn przy stole zachichotało, jakby właśnie opowiedział najlepszy żart.
Tego było za wiele. Przez kilka sekund patrzyłam na niego z wściekłością spod zmrużonych powiek. Wiedziałam, że gdy tylko wejdziemy na tematy finansowo-księgowe, od razu dam z siebie wszystko, tak że pójdzie mu w pięty.
Carter nie był mi dłużny i też się we mnie wpatrywał. Miał ściągnięte ciemne brwi i przez chwilę śledził mnie badawczym wzrokiem, jakby się zastanawiał, po co tu przyszłam. Faktycznie był przystojny, ale we mnie budził raczej niechęć i strach. Wiedziałam, jaki jest, już się o tym przekonałam.
Odchrząknęłam, założyłam okulary i rozpoczęłam, tak jak zawsze robił to Frank, starając się brzmieć pewnie i spokojnie. Omówiłam przychody, marże, prognozy na kolejny kwartał, wskazując na slajdy wyświetlane na ekranie. Carter słuchał, lekko przechylając głowę, a potem, bez ostrzeżenia, przerwał mi:
– Rosy, wyjaśnij, dlaczego wydatki operacyjne wzrosły o siedem procent w porównaniu z drugim kwartałem. Masz dane czy tylko zgadujesz?
Znów poczułam szybsze bicie serca i ciepło na policzkach, ale nie dałam się zbić z tropu. Ten bogaty dupek ewidentnie chciał mnie zdekoncentrować, ale w sprawach księgowych nie miał ze mną szans. Wiedziałam, że teraz mu się odgryzę, i to tak, że popamięta.
– Panie Bellamy, wzrost wydatków operacyjnych o siedem procent wynika z wdrożenia nowego systemu PRP w lipcu tego roku – odpowiedziałam, otwierając teczkę i wskazując na tabelę z danymi. – Koszty początkowe, w tym licencje, integracja i szkolenie personelu, wyniosły ponad dwa miliony dolarów, co szczegółowo rozpisałam na stronie czternastej raportu – podkreśliłam, stukając wymownie palcem w dokument i nie odrywając wzroku od prezesa. Potem z satysfakcją przesunęłam teczkę w jego stronę. – Inwestycja przyniosła już dwunastoprocentową redukcję czasu przetwarzania danych w dziale logistyki i księgowości, co przełożyło się na oszczędności operacyjne rzędu dwustu pięćdziesięciu tysięcy dolarów w trzecim kwartale. Czyli ROI na poziomie piętnastu procent w pierwszym kwartale przyszłego roku, zgodnie z prognozą zapisaną w slajdzie numer dwadzieścia prezentacji, którą przygotowałam dla zarządu. Jeśli mają państwo pytania, jestem do dyspozycji – podkreśliłam dobitnie, choć w środku cała drżałam, i poprawiłam okulary, które po zderzeniu z Carterem ewidentnie się uszkodziły i teraz ciągle zsuwały się z bolącego nosa.
Bellamy uniósł brew i zacisnął usta, jakby nie spodziewał się takiej riposty. W sali konferencyjnej zapanowało milczenie, a ja czułam na sobie spojrzenia innych członków zarządu – niektórzy kiwali głowami, inni przeglądali raport, jakby chcieli sprawdzić, czy nie blefuję. Wiedziałam, że trafiłam w punkt, a niektórzy nie zrozumieli z mojej wypowiedzi nawet połowy. „Niech Carter spróbuje mnie teraz przycisnąć” – pomyślałam zjadliwie. Wśród liczb i danych księgowych czułam się jak ryba w wodzie, i on o tym wiedział, podły skurczysyn. Teraz też się dowiedział, że nie jestem tu przypadkowo, tylko po to, aby swoją wiedzą i kompetencją zetrzeć mu ten podły uśmieszek z jego lalusiowatej gęby.
Nie skomentował mojej wypowiedzi, tylko skinął głową, co uznałam za jakiś cud.
Zebranie ciągnęło się jeszcze ponad godzinę, pełne drobnych przytyków, ale udało mi się odpowiedzieć na każde pytanie, nawet gdy Carter próbował mnie przycisnąć.
Kiedy w końcu zakończył spotkanie, poczułam, jak napięcie opada. Z ulgą pozbierałam swoje rzeczy – laptop, teczki, długopis – i ruszyłam do wyjścia, starając się nie patrzeć na ludzi, którzy nadal przebywali w sali, i na Cartera, który rozmawiał z kimś przy drzwiach wyjściowych, aby, nie daj Boże, nie zaczepił mnie i znów o coś nie zapytał. Miałam go tylko ominąć i wyjść z tego przeklętego pomieszczenia. W myślach odliczałam sekundy, by się wymknąć. Zacisnęłam mocniej dłonie na dokumentach, bo mi się wysuwały z rąk. Zawsze jakoś tak się zdarzało, że to ja miałam ze sobą mnóstwo wszelkich papierzysk i byłam najbardziej obładowana. Jakby tego było mało, moje okulary zsunęły się nagle na czubek nosa, a ja nie miałam żadnych szans, aby je złapać. Spadły, odbiły się zgrabnie od trzymanych przeze mnie dokumentów, i z cichym brzękiem upadły na podłogę, prosto pod nogi Cartera.
Bellamy od razu to zauważył.
„Kurwa!” – zaklęłam w duchu i schyliłam się, aby szybko je podnieść i uciec stąd jak najdalej, jednak zrobiliśmy to oboje w tym samym momencie. I to on miał lepszy refleks i jako pierwszy zgarnął z podłogi te nieszczęsne okulary. „Nie!” – krzyczała moja dusza. To jakaś katastrofa! Sekwencja niefortunnych zdarzeń, która nie powinna mieć miejsca, a jednak się wydarzyła. Mężczyzna podniósł wzrok i spojrzał na mnie. Oboje zastygliśmy na moment w bezruchu i żadne z nas się nie podniosło. Byłam tak blisko niego, że zobaczyłam delikatne żółte plamki na jego zielonych tęczówkach i poczułam drzewny ciepły zapach jego perfum. Serce przyspieszyło, jakby próbowało wyrwać się z mojej piersi.
Zerknęłam na niego błagalnie, aby oddał mi to, co moje, ale on się chyba zawiesił i tylko patrzył mi prosto w oczy, tak intensywnie, że zapomniałam, jak się oddycha. Przez moment mi się wydawało, że jego wzrok powoli zsuwa się niżej… na usta. Gorąco rozlało się po mojej skórze, a w głowie zapaliła się lampka alarmowa: „To tylko złudzenie. Carter nawet nie patrzy na inne kobiety, Rosy… On ma żonę!”.
Głośno przełknęłam ślinę i chyba w tym momencie oboje oprzytomnieliśmy. Carter szybko się podniósł i pomógł mi wstać, widząc, ile rzeczy trzymam. Stanęliśmy naprzeciw siebie.
– Dziękuję – wyjąkałam i wyciągnęłam dłoń po okulary.
On jednak nie miał zamiaru mi ich oddać. Oglądał je, jakby sprawdzał, czy nie są zarysowane, a potem poruszył jednym uszkiem, tym, które poluzowało się podczas naszego zderzenia.
– Mogę je odzyskać? – zapytałam, wskazując głową na moją własność, którą nadal trzymał w rękach.
Spojrzał na nie, obejrzał jeszcze raz i postukał palcem w popsuty element.
– Powiedz Frankowi, żeby dał ci premię, i kup sobie porządne okulary – rzucił w końcu swobodnie. Podał mi je i nie wiem, czy zrobił to świadomie, czy nie, ale jego palce musnęły moje.
Kilku mężczyzn, którzy jeszcze zostali w sali, miało niezły ubaw. Zabrałam od niego okulary.
– Dziękuję – wymamrotałam cicho i nawet ich nie zakładając, szybko ruszyłam do drzwi. Czułam na plecach jego spojrzenie, tak ciężkie i elektryzujące, że bałam się odwrócić. To wszystko było jak zły sen!
Uciekłam stamtąd, wściekła na te męskie uśmieszki i poprzysięgłam sobie, że zapomnę o tym incydencie,. Nie oglądałam się za Carterem, w przeciwieństwie do innych pracownic w firmie. Byłam tu, aby pracować i zarabiać, a potem cieszyć się życiem z moją rodziną i chłopakiem. Takie właśnie miałam plany.
*
Od razu po powrocie z zebrania zadzwoniłam do Franka, aby zdać relację z posiedzenia zarządu. Niestety, nie odbierał, być może znajdował się już na pokładzie samolotu lecącego do Nowego Jorku. Ponownie wybrałam numer, aby podkreślić, że chciałam się z nim skontaktować, i zabrałam się do pracy, chociaż wydarzenia tego dnia wciąż kierowały moje myśli w inną stronę. I po jakimś czasie doszło do tego, że siedziałam w swoim biurze, udając, że skupiam się na arkuszach kalkulacyjnych, ale dane rozmywały mi się przed oczami. Odnosiłam wrażenie, że zbyt mocno zostałam dzisiaj wystawiona na próbę – najpierw zebranie, później to dziwne spojrzenie Cartera, które nie dawało mi spokoju, a potem ta cisza w słuchawce, gdy próbowałam skontaktować się z Frankiem.
Zdjęłam okulary i obejrzałam je dokładnie ze wszystkich stron. Uszko się ruszało, wiedziałam o tym, ale nie miałam czasu sprawdzić w czasie zebrania. Od razu wyciągnęłam lusterko, aby zobaczyć, jak wygląda mój nos, i z przykrością musiałam stwierdzić, że będzie siniak! „Oby nie był zbyt widoczny” – jęknęłam w duchu. Nigdy bym się nie spodziewała, że moje okulary kiedykolwiek spadną, a już na pewno nie w takiej chwili, przy prezesie i reszcie tych garniaków, którzy gapili się na mnie jak na niezdarne zwierzątko.
– O czym tak myślisz, koleżanko? – Usłyszałam radosny głos i do mojego biura wkroczyła Lily Whitmore, kierowniczka działu handlowego.
Jeżeli ktoś myślał, że wyglądam jak biurowa służbistka, to dopiero patrząc na Lily, przekonywał się, co to znaczy prawdziwa bizneswoman. Miała włosy spięte w ciasny kok, śliczną buzię i duże niebieskie oczy, które zdawały się hipnotyzować każdego, kto ośmielił się z nią negocjować. Jej tyłek w mocno dopasowanych spódnicach podziwiali wszyscy mężczyźni w firmie, a ona doskonale wiedziała, jak to wykorzystać, rzucając im subtelny, profesjonalny uśmiech, mówiący: „Możesz tylko pomarzyć!”.
– Cześć, super, że przyszłaś! – Ucieszyłam się, że nie muszę być sama. Odsunęłam papiery na bok i opadłam na oparcie, próbując rozluźnić napięte ramiona.
Lily z szerokim uśmiechem usiadła w fotelu przed moim biurkiem.
– Dobrze ci dzisiaj poszło na zebraniu. Carter próbował cię przycisnąć, a ty odpowiedziałaś mu jak profesjonalistka. – Puściła mi oczko. – Myślałam, że Frank celowo wystawił cię na obstrzał Cartera, żebyś trenowała z nim starcia, a tu nagle się dowiaduję, że wysłano go do NY.
Westchnęłam ciężko, czując, jak żołądek znów mi się ściska.
– Tak, dzwoniłam do niego, ale nie odbiera. Pewnie odezwie się, jak wyląduje.
Lily pokiwała głową, ale jej uśmiech zbladł.
– Niech szybko wraca, bo muszę z nim pogadać o szarlotce jego żony. Pamiętasz, jak kiedyś upiekła dla nas to wspaniałe ciasto? Mam nadzieję, że na tegoroczne spotkanie świąteczne też się takie pojawi. – Spojrzała na mnie, a jej oczy zaszkliły się na moment. – Edna i Frank to wspaniali ludzie.
– Wiem – mruknęłam. – Dlatego tak bardzo chciałam z nim porozmawiać i powiedzieć mu, że dałam sobie radę, ale nie odbiera. – Przygryzłam wargę, próbując odpędzić czarne myśli. – Dobrze, że to zebranie jakoś poszło. Carter był ostry, jak zawsze, ale nie dałam mu się zjeść. – Uśmiechnęłam się smutno. – Chociaż wtedy, gdy zapytał o wydatki operacyjne, myślałam, że zemdleję.
Lily się zaśmiała, a jej śmiech w jakiś sposób rozładował napięcie i niepokój, które we mnie zagościły.
– Nie zauważyłam, żebyś się przejęła. Odpowiedziałaś, jakbyś była do tego stworzona. „ROI w pierwszym kwartale przyszłego roku” – zacytowała, naśladując mój głos i służbowy ton, co wywołało u mnie uśmiech. – Serio, Rosy, powinnaś być z siebie dumna. Ja musiałam na szybko sprawdzić w internecie, co to znaczy. Wiesz, nie jestem taka mądra jak ty!
Zaśmiałam się. Lily była bystra i czasami odnosiłam wrażenie, że potrafi sprzedać wszystko, i to każdemu, kogo sobie upatrzy.
– Carter to rekin, a ty dałaś mu pstryczka w nos i nie pozwoliłaś mu się pożreć. Ale powiedz… – Nachyliła się konspiracyjnie. – Co to było z tymi okularami? Słyszałam, że przewróciłaś się, gdy już wyszłam, a on cię podniósł.
Zamarłam, czując, jak policzki mi płoną.
– O Boże, słyszałaś coś takiego!? – jęknęłam, zakrywając twarz dłońmi. – To wcale nie było tak. Proszę, błagam, powiedz mi, że po biurze nie krążą takie plotki.
– Krążą!
– Nie! Przecież zebranie zakończyło się godzinę temu…
– Właśnie dlatego przyszłam, bo usłyszałam o tym od mojej asystentki, a ona wie wszystko.
– Cholera, to jest właśnie najgorsze – westchnęłam ciężko i pokręciłam głową. – Nic nie zrobisz, a ludzie potrafią przekłamać rzeczywistość. Ja po prostu wychodziłam z sali, dokumenty trochę wymykały mi się z rąk i mocno je przytrzymywałam, aby stamtąd uciec, a te cholerne okulary zsunęły mi się z nosa i spadły na podłogę. I oczywiście Carter musiał być tuż obok. Schyliliśmy się razem, a on podniósł je i rzucił: „Powiedz Frankowi, żeby dał ci premię na porządne okulary”. A reszta tych facetów… Oni zaczęli się śmiać, jakby to był najlepszy żart roku. To było straszne.
Lily parsknęła śmiechem, ale szybko zasłoniła usta ręką.
– Przepraszam, Rosy, ale to brzmi jak scena z komedii romantycznej! Wyobrażam sobie, jak Carter, ten wielki pan prezes, klęczy przed tobą, a ty robisz się czerwona jak pomidor.
– Wcale tak nie było… – oburzyłam się.
Dziewczyna zachichotała, ale widząc moją minę, szybko spoważniała.
– No dobra, to nie było miłe. On czasem zachowuje się tak, jakby mógł gnębić ludzi tylko dlatego, że są jego podwładnymi. Ale wiesz co? Myślę, że on cię zauważył. Te jego komentarze… to nie jest zwykła złośliwość.
– Co ty gadasz?! – Prychnęłam, poprawiając okulary, które znów zsunęły mi się na czubek nosa. – Carter Bellamy widzi tylko siebie. Dla niego jestem jedynie trybikiem, który podaje mu raporty. A ten jego ton… jakby każdy mój ruch był dowodem, że nie nadaję się na to stanowisko.
Lily uniosła brew, a jej usta wykrzywiły się w lekkim uśmieszku.
– Może i tak, ale faceci tacy jak Carter nie schylają się po okulary każdej dziewczyny. I nie rzucają takich tekstów, jeśli im ktoś nie wpadł w oko. – Widząc, że chcę zaprotestować, uniosła rękę. – Czekaj, czekaj, nie mówię, że coś między wami iskrzy, tylko że… no, jesteś dla niego kimś więcej niż „asystentką Franka”. Zaufaj mojej intuicji. To znak, że w końcu zaakceptował cię w swoim otoczeniu jako kobietę pracującą dla niego i liczy się z tobą.
– Chyba mówisz o jakimś innym facecie. Tak nie zachowuje się i nie myśli Carter Bellamy. Twoja intuicja powinna wziąć sobie wolne – mruknęłam, ale w głębi duszy poczułam dziwny niepokój. To spojrzenie Cartera, gdy podawał mi okulary, te zielone oczy, które na chwilę tak intensywnie się we mnie wpatrzyły… Nie, to bzdura. On był szorstki, arogancki i żonaty, a ja miałam swoje życie.
Lily pochyliła się i ścisnęła moją dłoń.
– Rosy, jesteś jak czołg. Dajesz radę na zebraniach, dbasz o wszystkich i nawet Carter nie może cię złamać. Ale musisz też zadbać o siebie. Może pogadaj z Davidem? Jedźcie gdzieś na weekend, odpręż się i zabaw.
– Próbowałam – mruknęłam.
Na co dzień zaliczam tyle stresu, że pojechałam ze swoim chłopakiem na kilka dni nad jezioro Geneva – piękne widoki, czysta woda i lasy. Cudowne spa i wieczorne imprezy. Niestety, po powrocie zupełnie nie czułam, żebym odpoczęłam.
– Ale to wszystko siedzi we mnie cholernie głęboko – dodałam. – To napięcie jest okropne.
– Wierzę w ciebie, kochana. Kto jak nie ty – motywowała mnie Lily, po czym spojrzała na zegarek i westchnęła. – Muszę lecieć, Rosy. Mam jeszcze raport do dokończenia. Trzymam za ciebie mocno kciuki.
– Oczywiście, ja też za chwilę kończę i lecę do domu.
– Jasne, ale obiecaj, że znajdziesz chwilę na mały relaksik – rzuciła, wstając. – I kup sobie te okulary, bo jak Carter znowu zobaczy cię w starych, na bank coś palnie, a wtedy sama rozbiję mu je na głowie.
Zaśmiałam się mimowolnie, czując, że jakiś ciężar spada mi z serca.
– Dzięki, Lily. Jesteś nieoceniona.
– Staram się i liczę na efekty.
Kiedy wyszła, wróciłam do papierów, ale myślami byłam gdzieś indziej. W swoim życiu miałam tak wiele problemów, że wiedziałam, iż szybko zapomnę o tej dzisiejszej krepującej sytuacji i znów wpadnę w stresujący system pracy wielkiej korporacji.
1 Coboty – roboty współpracujące (z ang. collaborative robots lub cobots), zaprojektowane do pracy z ludźmi w środowisku produkcyjnym. Bezpieczne dla człowieka, wyposażone w czujniki i technologie umożliwiające współpracę bez ryzyka obrażeń. Element czwartej rewolucji przemysłowej.
2 Chicagowski skyline – charakterystyczna panorama wieżowców w centrum Chicago (tzw. The Loop).
Rozdział 2
Dwa dni później – środa
ROSY
Przez kolejne dwa dni pracowałam na najwyższych obrotach, bo rozmowy Franka przesunięto z uwagi na opóźnienie samolotu azjatyckich inwestorów. Wprawdzie już dzisiaj wracał do Chicago, po owocnych negocjacjach i z zarysem przyszłego kontraktu, ale to wszystko przecież trwało: lotnisko, odprawa i sam lot, więc nie liczyłam, że dotrze dzisiaj do firmy. Wiedziałam, że konsultował wszystko z Carterem i innymi dyrektorami, i wszyscy są zadowoleni, a analizy, które robiłam pod ten kontrakt, okazały się wielce obiecujące.
Zastępując przez te parę dni mojego przełożonego, byłam urobiona po łokcie. Kierownictwo i członkowie zarządu bez przerwy coś ode mnie chcieli i momentami odnosiłam wrażenie, że jestem z nimi w stałym kontakcie i przez cały dzień odpowiadałam na ich pytania, a moi współpracownicy na równi ze mną pracowali na najwyższych obrotach. Jednak najbardziej zdziwiłam się, gdy w drzwiach mojego gabinetu zobaczyłam Cartera. Stał przez chwilę, onieśmielająco przystojny, w szarym garniturze, który idealnie na nim leżał. Dzisiaj dobrał do niego krawat w kolorze ciemnego fioletu w drobny deseń, który podkreślał jego zielone oczy, spoglądające na mnie z nieodgadnioną intensywnością.
– Byłem pewien, że uciekłaś, a ty tu jednak jesteś – stwierdził. Jego głos, choć spokojny, miał w sobie nutę uszczypliwości i sprawił, że coś we mnie drgnęło. Od razu wszedł w głąb mojego gabinetu.
– Zapraszam – bąknęłam zaskoczona.
Czułam, że dłonie mi się pocą. Carter Bellamy w moim biurze? To nie zdarzało się często – zwykle to ja biegałam do niego z raportami, starając się unikać jego świdrującego spojrzenia. Wziąwszy pod uwagę to, jak potraktował mnie parę dni temu na zebraniu, drżałam z przejęcia, czego może ode mnie chcieć.
On tymczasem rozejrzał się dookoła, jakby był tu pierwszy raz, i usiadł w fotelu naprzeciw mojego biurka, rozpinając marynarkę z taką swobodą, jakby to on był tu gospodarzem.
Odchrząknęłam, poprawiając okulary, które, jak na złość, znów zsunęły mi się na czubek nosa.
– Jeszcze ich nie naprawiłaś – zauważył, czerpiąc z tego niebywałą satysfakcję.
„Arogancki palant” – pomyślałam od razu. To przez niego tak je uszkodziłam! Na dodatek potem kpił sobie ze mnie w obecności innych szefów działów.
– Nie miałam czasu. Pracuję – odpowiedziałam chłodno i siląc się na profesjonalny ton, zapytałam: – W czym mogę pomóc, panie Bellamy?
Miałam wrażenie, jakbym znalazła się w klatce z lwem. Może i Carter siedział spokojnie w fotelu, ale wszystko analizował czujnym wzrokiem. Co on tu robił? Przyszedł na przeszpiegi? Sprawdzić, czy jestem, a jeśli jestem, to czy nie tonę w obowiązkach Franka? A może chciał mnie przycisnąć, tak jak na zebraniu, kiedy rzucał pytania, jakby testował, ile jeszcze zniosę?
Ten złośliwy tyran oparł łokcie na kolanach i pochylił się lekko w moją stronę.
– Słyszałem, że nawet jakoś radzisz sobie bez Franka – powiedział, a jego usta wykrzywiły się w lekkim uśmieszku, który nie wiedziałam, czy jest pochwałą, czy zapowiedzią kolejnego ataku. – Powiedz, Rosy, jesteś tak zdesperowana czy pracowita, że nie odpuszczasz i harujesz?
Zmrużyłam oczy.
– Ani jedno, ani drugie – odparłam ku jego zaskoczeniu. – Ja to po prostu kocham.
Zdziwił się! Widziałam, że się zdziwił! Kurwa, zszokowałam czymś mojego szefa, i to było najwspanialsze uczucie!
Carter oparł się wygodnie o fotel i od niechcenia stwierdził:
– Owen z marketingu nie mógł się nachwalić, jak ogarnęłaś na zebraniu pytanie o wydatki operacyjne. Pomyślałem, że wpadnę i zobaczę, co tu słychać.
– Daję radę i… wbrew temu, co pomyślałeś, nie uciekłam. Miło z twojej strony, że się o mnie troszczysz, Carter – zwróciłam się do niego po imieniu i zbladłam z przerażenia. – Przepraszam, oczywiście panie prezesie… – poprawiłam się. Chciałam być złośliwa a, cholera, wyszło niezręcznie.
– Przestań, Rosy – przerwał mi od razu. Uśmiechnął się, jakbym tym razem go rozbawiła. – Już dawno powinnaś mówić mi po imieniu. Dlaczego tak się nie stało? – zagadnął poważnie zainteresowany i zmrużył oczy.
Byłam tak zaskoczona, że przez chwilę nie wiedziałam, co powiedzieć. Carter Bellamy, który zwykle rzucał komentarze typu: „Rosy, to nie żłobek, przyspiesz z danymi”, teraz siedział w moim biurze i… co? Nagle troszczył się o mnie i chciał, abym mówiła mu po imieniu? To brzmiało jak jakiś żart.
– A jakie to ma teraz znaczenie? – zapytałam. – Najważniejsze, że robię co do mnie należy i znam swoje miejsce, jak uważają niektórzy członkowie zarządu – wypomniałam mu jego słowa sprzed paru dni.
Chyba zreflektował się, o co chodzi i odchrząknął.
– Tak, masz rację, jakie to ma teraz znaczenie…
– Wszystko jest pod kontrolą – wydukałam, choć moje biurko, zasłane papierami i notatkami, mówiło coś innego. – Po prostu jak zwykle robię to, co do mnie należy.
– Wygląda, jakbyś miała tu mały chaos – zauważył i zakreślił w powietrzu koło, wskazując bałagan przed sobą. W głosie Cartera usłyszałam cichą nutę rozbawienia. – Frank zostawił cię z niezłą górą pracy, co?
– To wersja artystyczna i nikomu nic do tego – odparłam, może trochę za ostro, bo poczułam, jak krew i adrenalina w kosmicznym tempie krążą w moich żyłach, a policzki stają się ciepłe.
Nie chciałam, by myślał, że tonę w chaosie. Ale prawda była taka, że ledwo nadążałam. Dyrektorzy zasypywali mnie pytaniami o budżety, prognozy, a nawet o szczegóły, które zwykle omawiał z nimi Frank. Do tego dochodziły telefony od współpracowników, którzy prosili o wskazówki, jakby nagle wszyscy zapomnieli, jak korzysta się z firmowych analiz znajdujących się w chmurze i własnych mózgów.
Carter wyprostował się, a jego spojrzenie złagodniało, choć nadal miało w sobie coś, co sprawiało, że czułam się, jakby mnie prześwietlał.
– Nie wątpię, Rosy. Ale nie musisz robić wszystkiego sama. Jeśli potrzebujesz wsparcia, powiedz. – Zamilkł na chwilę, a potem dodał: – Myślę, że po prostu sprowadzę ci do pomocy jakąś księgową lub analityka z agencji.
– Nie trzeba, daję radę.
– Nie robię tego dlatego, by ułatwić ci życie i ci pomóc. Robię to dla swojej firmy, aby nie upadła przez źle podjęte decyzje czy niewłaściwe analizy, jeżeli będziesz zestresowana lub przemęczona i się pomylisz.
– Nie mylę się.
– Ale mogłabyś, a ja wolę zapobiegać niż leczyć – skwitował.
– Nie ma czego leczyć – zirytowałam się. – Frank już jutro będzie w pracy i wszystko wróci do normy.
Carter patrzył na mnie jakoś niepewnie, a potem wykrzywił usta w dziwnym grymasie.
– Hmmm… – mruknął, najwyraźniej nieprzekonany.
– Czy ty chcesz mi powiedzieć, że jednak nie wróci? – zaniepokoiłam się brakiem odpowiedzi.
– Poprosił o dzień urlopu po delegacji.
– Wytrzymam.
– Dałem mu wolne do końca tygodnia. Zasłużył – oznajmił dobitnie Carter, ale wpatrywał się we mnie, czekając na moją reakcję.
Niestety, z moich ust wydobył się cichy jęk.
– Sprowadzę pomoc – zdecydował w jednej chwili, słysząc moje zawodzenie.
– Nie! – sprzeciwiłam się, wstałam i podeszłam do niego. Bezsilnie opadłam na fotel obok. – Dziękuję, że tak bardzo dbasz o niektórych ludzi – stwierdziłam uszczypliwie i dodałam: – Nie chcę nikogo obcego z agencji, bo stracę więcej czasu na wyjaśnianie, co trzeba zrobić. Wolę moich pracowników. Na te kilka dni przeorganizuję zespół – zaproponowałam.
– Dobrze, co jeszcze? – zainteresował się Carter, bacznie wpatrując się we mnie.
– Rozdzielę pracę między ludzi, a pracowników z agencji upchnie się do tych mniej odpowiedzialnych spraw papierkowych.
– Panno Lancaster, to doskonała strategia – przyznał, pochylając się odrobinę w moją stronę. – Jest jeszcze coś, co mogę dla ciebie zrobić? – dopytał.
– Może… jakiś cud?
– Słucham uważnie, czego byś chciała? – zapytał i z uśmiechem przekrzywił głowę.
Miałam wrażenie, że ta sytuacja ewidentnie go bawi. Skoro tak, postanowiłam wystawić go na próbę, wykorzystać zdolności i wpływy mojego CEO.
– Spraw, aby dyrektorzy nie męczyli mnie codziennie setkami telefonów, najczęściej o to samo, i ciągle mnie niepokoili. Tracę czas na rozmowy z nimi i tłumaczenie, że nad tym pracuję.
Carter uniósł kciuk.
– Załatwię to – obiecał.
– Byłoby wspaniale – podekscytowałam się.
– Mniej telefonów. Niech myślą, o co cię proszą, zanim zadzwonią po raz… który? – chciał wiedzieć.
– Po raz piąty w ciągu godziny – wyjaśniłam.
Zdziwił się.
– Nawet ja nie jestem taki upierdliwy – skomentował.
Delikatnie uniosłam brew, dając mu do zrozumienia, że nie jest aniołem.
– Jestem upierdliwy? – nie potrafił uwierzyć.
– Czasami – szepnęłam cicho.
Carter podpadł brodę dłonią i dokładniej mi się przyjrzał.
– Wiesz, że się nie zmienię, Rosy?
– Nie proszę o to.
Jakiś błysk zadowolenia pojawił się na chwilę w jego oczach.
– To dobrze – pochwalił mnie. – Taka odpowiedź mi się podoba.
Oblizał wargi i odniosłam wrażenie, że jego myśli pobiegły gdzieś daleko, jakby nagle rozważał zupełnie coś innego. Potem spojrzał mi w oczy, a w kąciku jego ust pojawił się tajemniczy uśmiech.
– Frank to dobry człowiek, te parę dni odpoczynku dobrze mu zrobi – rzucił znienacka, niespodziewanie zmieniając temat.
– Z jego charakterem nie wiem, czy to możliwe – odparłam, wiedząc, jak niecierpliwy czasami bywa mój bezpośredni przełożony.
– Przy właściwej kobiecie, Rosy, wszystko jest możliwe – wyjaśnił, zbyt spokojnie jak na niego. Ale widocznie przypomniało mu się coś, co dotyczyło jego małżeństwa, może coś o żonie, i z nostalgią w głosi właśnie tak to skomentował.
– Pewnie masz rację… – przyznałam, myśląc o swoim, na razie jak najbardziej udanym związku.
– Frank to twardy gość, a Edna to jego cały świat. Niech pobędą trochę razem. – Spojrzał na mnie kontrolnie. – Co o tym myślisz?
– Tak, oczywiście, należy im się trochę wytchnienia – odparłam, nagle zdając sobie sprawę, jak blisko mnie znalazł się nagle Carter.
Znów patrzyłam w jego zielone oczy w ciemnej oprawie rzęs i na proste ciemne brwi. Usta miał pełne i wyraźnie zarysowane, wilgotne i apetyczne, i musiałam przyznać, że robił wrażenie. W ogóle był facetem, który robi wrażenie, gdy tylko pojawia się w pobliżu. Poczułam się dziwnie, bo ten moment bliskości był czymś, czego się nie spodziewałam. Na pewno nie spodziewałam się jego w mojej przestrzeni osobistej, bo mogłabym wyciągnąć rękę i dotknąć jego twarzy. Teraz już zupełnie się nie dziwiłam, że tak wiele kobiet się za nim ogląda.
– A ty? Dasz radę? – Wskazał głową na moje biurko.
Jego głos był… ciepły? To nie pasowało do Cartera, którego znałam – szorstkiego, wymagającego, z tym krzywym uśmieszkiem, który zawsze sprawiał, że czułam się jak stażystka.
– Muszę, nie mam wyjścia – odpowiedziałam, wzruszając ramionami. Nie zamierzałam mu mówić, jak bardzo jestem zmęczona, a każdy dzień to walka o to, żeby nie rozsypać się na kawałki. – To tylko chwilowe, prawda? Frank wróci, a ja… dam radę. Wtedy dostanę przynajmniej jeden dzień urlopu, prawda? – zasugerowałam, aby mi to jakoś zrekompensował.
Carter roześmiał się i z niedowierzaniem pokręcił głową. W takim wydaniu widziałam go po raz pierwszy. Spojrzał mi w oczy i po chwili rzucił:
– Ty nie żartowałaś. No tak, księgowe nie potrafią żartować.
– Za to potrafią dobrze liczyć – odparłam odważnie, ale czułam, jak moje serce bije szybciej, gdy Carter tak uważnie wpatrywał się we mnie, jakby mnie analizował w sobie tylko znany sposób.
– Wiesz, Rosy, zawsze myślałem, że jesteś dobra w tym, co robisz. Ale teraz widzę, że jesteś trochę więcej niż dobra. – Zamilkł, a potem, jakby się opamiętał, dodał: – Tak, trochę więcej, ale tylko trochę.
– Nie spodziewałam się takiej pochwały – wyznałam cicho. Zszokował mnie tymi słowami.
Carter odchrząknął, wstał i poprawił marynarkę, a potem spojrzał na mnie nieco groźnie.
– Zawsze mogę zmienić zdanie – rzucił.
Zabrzmiało to tak, jakby mnie przed czymś ostrzegał lub… straszył? „Kurwa, jakim trzeba być dupkiem, żeby tak się zachowywać?” – pomyślałam, chociaż od zawsze wiedziałam, że to przecież apodyktyczny tyran.
Napięcie, które między nami zapanowało, było dziwne i bardzo nieprzyjemne.
– Nie przeszkadzam ci dłużej. Jakby coś się działo, wiesz, gdzie mnie szukać, gdybyś jednak pogubiła się w tych twoich tabelkach.
Najchętniej wydrapałabym mu oczy, ale uśmiechnęłam się nieznacznie. To był jego stały przytyk, chociaż nigdy mi się to nie zdarzało.
– Tabelki są moim drugim domem – zdradziłam mu swój „sekret”.
– Dobrze wiedzieć – przyznał, zerkając na mnie.
Cholera, dziwnie się czułam, gdy tak stał nade mną i patrzyliśmy na siebie. Coś wisiało w powietrzu. Czułam, że zaraz mu nagadam, chociaż moje zmysły rejestrowały również to, jaki był przystojny, wręcz idealny. Ta biała wyprasowana koszula, przylegająca do jego ciała, klamra paska i… „Cholera, Rosy!” – skarciłam sama siebie, gdy mój wzrok zaczął przesuwać się coraz niżej. Aż zrobiło mi się gorąco.
– Też tak sądzę… – szepnęłam i zamierzałam wstać, ale zatrzymałam się, widząc wyciągniętą w moją stronę dłoń Cartera. Spojrzałam na niego zdziwiona i odruchowo skorzystałam z jego pomocy. Ujęłam jego rękę.
– Pracuj na spokojnie, a ja zajmę się resztą – powiedział, gdy stanęłam przy nim tak blisko, że przekroczyłam jego i swoją strefę komfortu.
