W szponach hazardu - Janusz Grzegorski - ebook

W szponach hazardu ebook

Janusz Grzegorski

0,0

Opis

Jeden dzień potrafi zaważyć na reszcie naszego życia i wrzucić nas w macki uzależnienia, które niczym złowrogi cień nieustannie nam towarzyszy, czekając jedynie na nasze potknięcie.

 

Mirek prowadził spokojne życie rodzinne u boku żony i przyjaciół. Jedna wizyta na torze wyścigów konnych i niewinna zabawa w obstawianie gonitw powoduje, że początkowa ciekawość szybko przeradza się w fascynację światem zakładów i ryzyka.

 

Łatwo zarobione pieniądze i nieustanna adrenalina uzależniają. Pierwsze wygrane dają poczucie kontroli i przekonanie, że można opracować skuteczny system. Z czasem mężczyzna coraz bardziej angażuje się emocjonalnie i finansowo, a hazard zaczyna wpływać na jego decyzje, zdrowie i relacje z innymi.

 

Mimo chwilowych przerw i prób zdystansowania się, Mirek nie potrafi całkowicie zerwać z grą. Wciągnięty w cykl wygranych i przegranych, stopniowo traci kontrolę, ulegając złudzeniu, że może pokonać los.

 

Wyrwany z jednego nałogu, wpada w kolejny, tor wyścigowy zastępując salonami gier. Czy kiedykolwiek uda mu się odzyskać wolność?

 

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
lub macOS

Liczba stron: 180

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Opieka redakcyjna[/b]

Agnieszka Gortat

Redaktor prowadzący

Monika Bronowicz-Hossain

Korekta

Słowa na warsztatEwa AmbrochAgata Czaplarska

Opracowanie graficzne i skład

Marzena Jeziak

Projekt okładki

Aleksandra Sobieraj

© Copyright by Janusz Grzegorski© Copyright for this edition by Borgis 2026

Wszelkie prawa zastrzeżone

Wydanie I

Warszawa 2026

ISBN 978-83-68768-09-1ISBN (e-book) 978-83-68768-12-1

Wydawca

Borgis Sp. z o.o.ul. Ekologiczna 8 lok. 10302-798 [email protected]/borgis.wydawnictwowww.instagram.com/wydawnictwoborgis

Wydrukowano w Polsce

Druk: Sowa Sp. z o.o.

W każdym człowieku istnieje coś takiegoJak wewnętrzny dysonans i niespójność.Każdy chciałby być dobry, a jedynie dokonujeCzynów, których sam często nie rozumie.

Ojciec Phil Bosmans (1922–2012)

Spis treści

Wyścigi

Landmarks

Table of Contents

Cover

Wyścigi

Był niedzielny poranek. Zapowiadał się ładny majowy dzień. Ewa i Mirek kończyli jeść śniadanie, gdy rozległo się pukanie do drzwi.

– To na pewno Krzysiek. On nigdy nie używa dzwonka, kiedy do nas przychodzi – powiedział Mirek. – Idę, zobaczę.

Przed drzwiami do mieszkania faktycznie stał Krzysiek.

– Dzień dobry. Przyszedłem zapytać, czy macie jakieś plany na dziś.

– Proszę, Krzysiu, wejdź do środka.

– Nie, nie będę wchodził, bo na dole czeka Ola.

– W zasadzie to jeszcze nic konkretnego nie planowaliśmy – powiedziała Ewa, która pojawiła się w przedpokoju. – Wieczorem chcemy się wybrać do kina. A co, masz jakąś propozycję?

– No właśnie. Po to do was przyszedłem. Chcę wam zaproponować wspólny, dłuższy spacer.

– Bardzo chętnie, prawda, Mirku? Dokończymy tylko śniadanie i ja się trochę ogarnę.

– Tylko nie grzebcie się za długo.

Ola i Krzysiek, podobnie jak Ewa i Mirek, byli młodym małżeństwem i mieszkali piętro niżej, w mieszkaniu rodziców Oli. W zasadzie Krzysiek tylko tam pomieszkiwał w przerwach między kolejnymi kłótniami.

Pan Marian nie lubił zięcia. Krzysztof należał do tego typu ludzi, którzy wszystko wiedzą, wszędzie byli i wszystko widzieli. Ta pyszałkowatość zięcia drażniła pana Mariana. Między panami dochodziło do ostrych sprzeczek, a często wręcz kłótni. Większość z nich kończyła się tym, że Krzysiek pakował swoje rzeczy i wracał do mieszkania rodziców. Ci, po dwóch, trzech dniach przywozili syna i godzili zwaśnionych. Zgoda nie trwała dłużej niż tydzień, po czym historia się powtarzała. Ola starała się łagodzić konflikty między ojcem a mężem, ale nie przynosiło to żadnych rezultatów. Sytuacja miała się niebawem rozwiązać sama, jako że młodzi planowali się przeprowadzić do własnego M-3.

Na zmianę mieszkania oczekiwali również Ewa i Mirek. Tymczasem mieszkali razem z bratem i mamą Ewy w jej mieszkaniu. Ta sytuacja była dla Mirka bardzo niezręczna, jako że pani Wanda, aby nie krępować młodych, postanowiła spać w kuchni. Drugi pokój zajmował brat Ewy ze swoją żoną. Pani Wanda była wspaniałym i szlachetnym człowiekiem. Pomimo tragicznych przeżyć wojennych była osobą niezwykle pogodną i zrównoważoną, a przy tym bardzo szlachetną i skromną. Tylko nieodległa perspektywa własnego mieszkania łagodziła stres Mirka.

– Jestem gotowa do wyjścia – powiedziała Ewa, wychodząc z łazienki.

– No to schodzimy.

– Szybcy jesteście.

– Moja żona jest tak piękna, że nie musi poprawiać swojej urody – powiedział Mirek, obejmując Ewę.

Cała czwórka zaczęła się śmiać.

– No to co proponujecie? – zapytała Ewa. – Tylko nie mówcie, że pójdziemy na spacer do Królikarni!

Królikarnią nazywano nieduży park z uroczym pałacykiem myśliwskim na ulicy Puławskiej przy zbiegu z Woronicza, na warszawskim Mokotowie. Od bloku, w którym mieszkali, do parku było nie więcej niż siedemset metrów. Dziewczyny jeszcze w latach szkolnych chodziły do parku się opalać, czytać lektury szkolne i plotkować. Do parku chodziło się również odpocząć po pracy.

– Proponuję, byśmy poszli się poopalać nad Jeziorko Czerniakowskie, a może uda się wypożyczyć łódkę – zaproponował Krzysztof.

– Nie, to za daleko – stwierdziły zgodnie kobiety.

– No to może pojedziemy na Służewiec? Przy okazji zobaczymy tor wyścigowy.

– Jestem za – powiedział Mirek. – Jeszcze nigdy tam nie byłem.

– No i całe szczęście! – Ewa się roześmiała.

– Proponuję, byśmy najpierw poszli Ksawerów, jest tam mniejszy ruch samochodów niż na Puławskiej, a zatem i czystsze powietrze – powiedział Krzysztof. – Ola musi mieć teraz dużo ruchu na świeżym powietrzu.

– Co, Olu, może jesteś w ciąży? – zapytała podnieconym głosem Ewa.

– Ale ten Krzysiek to klepa. Nic jeszcze na pewno nie wiadomo, ale wiele wskazuje na to, że tak.

– Cieszy się chłop, że będzie ojcem! Ja też bym się cieszył – powiedział Mirek, filuternie spoglądając na żonę.

– A chcecie, żeby był chłopiec czy dziewczynka? – dopytywała Ewa.

– Oczywiście, że dziewczynka!

– Ty to masz najmniej do powiedzenia. Będzie chłopiec i koniec! – powiedziała Ola tonem nieznoszącym sprzeciwu.

– Nie ma rady, Krzysiu, musisz się pogodzić z tym, że będzie chłopiec – skwitował ze śmiechem Mirek.

– Nie, właśnie, że będzie Karolinka!

– Zamykamy dyskusję na temat płci mojego dziecka.

– Tak to już jest, że kobieta chce mieć pierwszego chłopczyka, a mężczyzna dziewczynkę – powiedziała Ewa takim tonem, jakby była osobą niezwykle doświadczoną w tych sprawach.

Wywołało to wybuch śmiechu pozostałej trójki, aż w końcu i ona zaczęła się śmiać.

– No bo wiecie, jest tak na zasadzie przeciwieństw! – nie dawała za wygraną.

– Ewuniu, ty jesteś bardzo mądra i w stu procentach masz rację – powiedział Mirek, przytulając ją do siebie.

– Olu, już zapewne zaczynasz się rozglądać za ubrankami?

Całe towarzystwo wybuchło głośnym śmiechem.

– Dziewczyny, rozmawiajcie sobie o tych swoich ciuszkach, a my zostaniemy nieco w tyle i zapalimy.

– Ty to nawet na spacerze musisz się truć, a jeszcze wciągasz w to Krzyśka! Naprawdę mógłbyś się pohamować.

– Krzyśka wcale nie trzeba do palenia namawiać. On potrafi wypalić pół paczki dziennie, i to pali te najdroższe, Marlboro, bo inne panisku nie smakują.

– No to Mirek pali całą paczkę dziennie, może nawet więcej. Ile tracą zdrowia, nie mówiąc o pieniądzach.

– Masz rację, chłopy są głupie – podsumowała rozmowę na ten temat Ola.

Nawet się nie spostrzegli, jak znaleźli się przed bramą wejściową na teren wyścigów.

– Poczekajcie chwilę, podejdę do kasy i zapytam, ile kosztują bilety – oznajmił Mirek.

– Jak nie chcecie wchodzić na trybunę honorową, to wstęp na główną jest bezpłatny – zakomunikowała stojąca w bramie wejściowej kobieta, zapewne bileterka.

– To co, wchodzimy? Skoro już tu przyszliśmy, to zobaczmy, jak to wszystko wygląda.

Całe towarzystwo weszło na teren torów.

– O patrzcie, patrzcie, tam, z prawej strony chodzą konie! Podejdźmy bliżej – powiedziała Ewa.

Odbywała się właśnie prezentacja koni, które – jak miało się okazać – wzięły udział w wyścigu. Po przeciwnej stronie, przy budynku, na którego ścianie zawieszono ogromną tablicę, zgromadzeni byli ubrani w różnobarwne koszule i białe obcisłe spodnie niewysocy mężczyźni.

– Jacy oni są niscy – dziwiła się Ewa.

– To dżokeje, a są niscy, bo muszą mało ważyć, żeby nie obciążać za bardzo konia podczas biegu.

Mirek spojrzał na mężczyznę, który wyjaśnił Ewie, dlaczego dżokeje nie są wysokiego wzrostu. Ku jego zaskoczeniu był to znajomy z pracy, pan Sławek.

– Dzień dobry, panie Sławku! Co za miłe spotkanie! Przyszliśmy tu z żoną i przyjaciółmi na spacer. Pan Sławek jest moim znajomym z pracy – zakomunikował Mirek.

Nagle rozległ się dzwonek. Dżokeje przy pomocy stajennych zaczęli dosiadać koni.

– Teraz odbędzie się prezentacja, ale już pod jeźdźcami – wyjaśnił fachowo pan Sławek.

– A gdzie oni będą się ścigać? Chyba nie na takim małym placyku.

Pan Sławek parsknął śmiechem.

– To jest tak zwany padok, na którym odbywa się tylko prezentacja, a same gonitwy są prowadzone na torze. O tam, za nami. – Pokazał, odwracając się. – Tor na Służewcu jest podobno jednym z największych i najpiękniejszych w Europie. Te koniki też nie są za wielkie. W tej gonitwie pobiegną konie arabskie, które mają w kłębie nie więcej niż sto pięćdziesiąt pięć centymetrów – objaśniał pan Sławek.

– Teraz już wszystko rozumiesz? – zapytał Mirek.

Całe towarzystwo zaczęło się śmiać.

– Z czego się tak śmiejecie? A wy wiecie, co znaczy sto pięćdziesiąt pięć centymetrów w kłębie? – odcięła się Ewa.

Wokół padoku zbierało się coraz więcej ludzi.

– Co, panie Mieciu, do przodu?

– Ja zawsze do przodu – odparł indagowany dżokej.

– Za każdym razem tak mówi, a potem jedzie, jak chce.

– To po co pan go pyta? – włączył się inny kibic. – Przecież wiadomo, że nie powie panu, który będzie.

– Ma pan rację. Chyba tylko z głupoty.

Rozległ się śmiech zgromadzonych ludzi.

– Głupotą nie jest to, że się pyta, tylko to, że się gra! – powiedział ktoś.

– Skoro już tu państwo przyszli, to nie wypada nie zagrać. To jakby być w Rzymie i nie widzieć papieża.

– Ja byłem w Rzymie dwa razy i nie widziałem papieża! – wystrzelił Krzysiek.

– A tu jest pan po raz pierwszy i może zagrać – powiedział żartobliwie pan Sławek.

– Ale my zupełnie nie wiemy, o co w tym chodzi.

– Wszystko państwu wytłumaczę, chociaż, w zasadzie, co tu tłumaczyć? Mogę wam dać swój typ, to znaczy powiedzieć, co moim zdaniem zagrać. Jakby to przyszło, to byłby wybuch jak cholera!

– No to niech pan mówi, co mamy zagrać i gdzie to się robi.

– Zagrajcie sobie porządek dwa trzy. Obojętnie, czy przyjdzie dwa trzy czy trzy dwa, to wygracie. Jak biegnie więcej niż pięć koni, to w obie strony. Kasy są tam, w hali głównej. Zresztą, jak tam pójdziecie, to zobaczycie przed okienkami kas kolejki graczy. Za ile chcecie zagrać?

– Za ile, Krzysiu? – zapytał Mirek.

– Myślę, że za sto złotych wystarczy.

– Sto złotych to jest pięciokrotność stawki podstawowej, która wynosi dwadzieścia złotych.

– To co, dziewczyny, usiądźcie sobie na ławeczce, a my idziemy obstawić.

Weszli do hali głównej. Było tam gęsto od dymu papierosowego. Przed każdą z kilkunastu usytuowanych w rzędzie kas stały kolejki grających.

– To jak zagramy, Mirku?

– Myślę, że po sto złotych, w sumie za dwieście. Czyli trzeba kupić dwa zielone bilety.

– Krzysiu, to stań w kolejce, a ja popatrzę, co grają w kasach.

Jeszcze tylko trzy osoby były przed Krzyśkiem, gdy dołączył do niego Mirek.

– Słuchaj, tego dwa trzy to prawie nigdzie nie grają. Sławek musiał się chyba pomylić.

– Mirku, nic nie zmieniajmy. Jak nie przyjdzie, to trudno, aż tak wielkiej straty nie poniesiemy.

– Jak zaobserwowałem, to najbardziej grane jest jeden cztery, jeden pięć i jeden trzy. Może dokupimy w tańszych kasach dwa bilety z tymi końmi?

– Poproszę dwa bilety dwa trzy i jeden dwa – zadecydował Krzysiek i zwrócił się do kolegi: –Kupiłem na wszelki wypadek jeden dwa, tak jak chciałeś, dla asekuracji. To co, idziemy do dziewczyn?

– Nie musicie do nas przychodzić, my przyszłyśmy do was. – Rozległ się głos Ewy. – Już obstawiliście?

– Tak, Krzysztof kupił bilety.

– To co, wychodzimy? Bo tu jest okropny zaduch – powiedziała Ewa.

Rozległ się dzwonek. Pozamykano okienka kasowe. Nie wszyscy gracze zdążyli kupić bilety i obstawić.

– Ależ tu jest dużo ludzi – powiedziała Ola, gdy wyszli z hali. – Chyba będzie z pięć, sześć tysięcy!

– Nie przesadzaj!

– Ja, Mireczku, nie przesadzam. Zobacz, ile osób siedzi na trybunach, ile jest jeszcze koło tego białego budynku i w samym budynku, w loży. Bo to jest chyba loża, o ile dobrze kojarzę?

– No tak. Może być nawet więcej.

– Co, zdążyliście zagrać? To dobrze. Ale dowiedziałem się, że groźna może tu być czwórka. Czwórka to, jak zauważyłem, jeden z faworytów.

– No nie, głównym faworytem jest jedynka!

– Jej to się nie boję, ale czwórka...

– Trudno, panie Sławku, mleko się rozlało, bądźmy dobrej myśli – powiedział Mirek.

– Panie Sławku, jak się nazywają te nasze konie, bo znamy tylko numery?

– Dwójka to Skrzyp, a trójka to Zagon. O! Już bomba idzie w górę, za chwilę będzie start. Muszę państwa przeprosić, bo czeka na mnie kolega.

– Ruszyły! – rozległ się z głośników głos spikera.

Na prostą wyszły w zwartej grupie. Tak szły aż do połowy prostej. Następnie od stawki zaczęły się oddalać dwa konie.

– To chyba nasze dwa trzy.

Spiker potwierdził, że do mety zmierzają kilka długości przed stawką Skrzyp i Zagon.

– Wygraliśmy! Wygraliśmy! – krzyczał Mirek.

– Złodzieje! Złodzieje! – wrzeszczał jakiś zawiedziony gracz.

Nagle zjawił się pan Sławek.

– Ależ to będzie wypłata! Jak pan myśli, ile?

– Tysiąc to najmniej! Co ja mówię? Tysiąc dwieście, a może być dwa tysiące!

– Najważniejsze, że trafiliście. Zatwierdzony wynik wisi już na tablicy. Jak wół! Dwa trzy, a czwórka trzecia. Ale miałem nosa! Zaraz ogłoszą przez głośnik wypłaty.

Dosłownie kilkanaście sekund później spiker podał oficjalne wyniki. Wypłata za porządek dwa trzy i trzy dwa wyniosła tysiąc trzysta dwadzieścia złotych.

– No to idźcie teraz państwo po pieniądze. Wypłacają w kasach. Jak wejdziecie, to w okienkach od wejścia. Kolejek chyba nie będzie.

Wszyscy zaczęli się śmiać.

– Muszę państwa opuścić. Idę rozpoznać, co będzie w tej gonitwie. Gratuluję wygranej!

– Panie Sławku, niech pan poczeka! Należy się panu od nas jakiś grant.

– Jaki grant? Cieszę się, że wygraliście! No, najwyżej za ile tam będziecie uważali, postawicie mi porządek, a jaki, to powiem, jak rozeznam sytuację.

– To niech pan jednak chwilę poczeka. Odbierzemy wygraną i pan sam sobie zagra, bo my chyba pojedziemy już do domu.

– No dobrze, jak tak nalegacie, to poczekam. O, można już odbierać! Otworzyli okienka.

Mirek z Krzysztofem podeszli do kasy.

– To ile mu damy?

– Myślę, Mirku, że po pięćset złotych.

– Zgoda. Na pewno będzie zadowolony.

– Panie Sławku, dziękujemy za trafny typ, a to dla pana. – Mirek dał mężczyźnie ustaloną kwotę.

– Dziękuję bardzo. Będę miał za co zagrać w następnych gonitwach.

– To co, idziemy do postoju taksówek? Stać nas na to! Wracamy jak paniska! – zarządził Krzysztof.

– A może jeszcze obstawimy tę gonitwę?

– Nie, idziemy! Tak postanowiliśmy i koniec – zareagowała Ewa.

– Czuję po wesołych nastrojach, że państwo wygrali – zagadnął kierowca, gdy wsiedli do taksówki.

– A pan coś obstawił w tej gonitwie? – zapytał Krzysiek.

– Jak wszyscy, jeden cztery i jeden pięć, no i jakbym coś przeczuwał, na wszelki wypadek jeden dwa. Ale ta trójka... Człowiek to jest głupi! Przyjeżdżam tu niby do pracy, robię dwa, najwyżej trzy kursy, a resztę czasu spędzam na torze. To, co zarobię, to i tak tu zostawiam. Gdzie się zatrzymujemy? Jesteśmy już na Bukietowej.

– Dobrze, niech się pan tu zatrzyma. Ile płacimy?

– Sto pięćdziesiąt złotych.

Krzysztof wyjął z portfela dwieście złotych.

– Dziękuję, reszty nie trzeba – powiedział z właściwą sobie nonszalancją i zwrócił się do Mirka: – To o której się spotkamy?

Ten spojrzał na zegarek.

– Jest piętnasta dwadzieścia. Myślę, Krzysiu, że o wpół do piątej. Tak, dziewczyny? Zdążymy zjeść obiad?

– Zaraz, ile to będzie czasu?

– Ponad godzinę. Tak, zdążymy na pewno – powiedziała Ewa.

*

W poniedziałek, zaraz po dotarciu do pracy, Mirek zadzwonił do pana Sławka i zaprosił go na kawę. Na spotkanie umówili się w zakładowym bufecie.

– Panie Sławku, jak poszło w następnych gonitwach? – zagadnął Mirek, gdy tylko usiedli przy stoliku.

– W zasadzie wyszedłem na zero. Jedną gonitwę trafiłem, a jedną przegrałem.

– Przepraszam na chwilę, pójdę do bufetu zamówić kawę. I jakieś ciastko?

Sławek zaczął się śmiać.

– Ciacho dla mnie koniecznie, najlepiej wuzetkę! Pan nie wie, jakim jestem łakomczuchem! Aż wstyd się przyznać, że stary chłop tak lubi słodycze.

– Nie ma się czego wstydzić, ja to doskonale rozumiem, bo sam też je lubię. To idę zamówić. – Wstał i skierował się do baru. – Kelnerka przyniesie – powiedział Mirek, wróciwszy do stolika. – Panie Sławku, pan od dawna pasjonuje się wyścigami?

– Miłość do koni mam zakodowaną w genach. Czy może być inaczej? Mój ojciec jest warszawskim dorożkarzem, dorożkarzami byli też dziadek i pradziadek. Od kiedy pamiętam, ojciec nie opuścił żadnego dnia wyścigowego. Gdy tylko trochę podrosłem, często zabierał mnie ze sobą na Służewiec. Matka ciągle kłóciła się z nim o to, że nie dość, że nie zarabia, jak jedzie na wyścigi, koń za darmo je owies, to jeszcze przegrywa i wciąga w hazard dziecko. Ojciec przyznawał matce rację, ale robił swoje. Panie Mirku, znam na pamięć życiorysy większości biegających na torze koni i to od kilku pokoleń. Moja żona też nie jest zadowolona, delikatnie mówiąc, z tego, że tam jeżdżę i gram, ale co ma biedna zrobić... Musi się z tym faktem pogodzić. Choć przyznam, że coraz częściej robi mi awantury z tego powodu.

– To z pana, jak widzę, jest prawdziwy pasjonat.

– Subtelnie pan to określił, bo wszyscy nazywają to hazardem.

Do końca spotkania Kowalczyk, bo takie nazwisko nosił pan Sławek, opowiedział jeszcze o kilku swoich przygodach związanych z wyścigami. Historyjek tych Mirek wysłuchał z wielkim zainteresowaniem. Ledwie zdążył wrócić do pokoju, w którym pracował, gdy rozległ się dźwięk telefonu.

– Panie Mirku – usłyszał w słuchawce głos swojego kierownika, Pawlaka. – Proszę przyjść do mnie, muszę z panem porozmawiać.

Co on może ode mnie chcieć, przemknęło Mirkowi przez głowę. Z duszą na ramieniu wszedł do pokoju przełożonego.

– Proszę siadać. Panie Mirku, jest pan w naszej firmie od niedawna i nie zna pan wszystkich ludzi tu pracujących. Dzisiaj w bufecie widziałem pana w towarzystwie pana Kowalczyka. Oczywiście jest to absolutnie pana sprawa, z kim się pan spotyka na kawie, ale jako przełożony muszę pana przed nim przestrzec. Jest to przesympatyczny człowiek, bardzo dobry i zdolny pracownik, ale ma jedną wadę. Krótko mówiąc, jest hazardzistą. Znany jest z tego, że pożycza od znajomych pieniądze. Co prawda nie słyszałem o przypadku, żeby ich nie oddał, ale często nie dotrzymuje ustalonych terminów zwrotu. Nierzadko osoby, które mu zawierzyły, musiały na swoje pieniądze czekać tygodniami, a w kilku przypadkach miesiącami. To wszystko, co chciałem panu przekazać. Proszę, aby ta rozmowa została między nami.

– Ależ tak, oczywiście, panie kierowniku. Dziękuję za ostrzeżenie.

Mirek do końca dnia nie mógł się pozbyć myśli o niedzielnej przygodzie. Cholera! W ciągu godziny wygrałem więcej, niż zarobię przez trzy miesiące. Postanowił zdobyć od Kowalczyka więcej informacji o wyścigach na służewieckim torze. Następnego dnia rano zaprosił go na kawę, ale tym razem umówili się na późniejszą godzinę. Uznał, że lepiej będzie, jak kierownik nie zobaczy go znowu ze Sławkiem.

– To co, panie Sławku, to samo co wczoraj? Kawa i wuzetka? – zapytał Mirek, gdy usiedli przy stoliku w bufecie.

– Może być to samo, ale dzisiaj to ja stawiam.

– Ależ, panie Sławku, to ja zapraszam, a poza tym mam do pana interes.

– No dobrze, nie będę się kłócił. Zamieniam się w słuch.

– Chcę, żeby opowiedział mi pan więcej o wyścigach i przybliżył, jak typować, jak grać, na jakich danych opiera pan swoją grę i tak dalej.

– Panie Mirku, jak widzę, mamy wspólne zainteresowania. Pracujemy w jednej firmie, jako starszy wiekiem i stażem proponuję, abyśmy mówili sobie po imieniu. Tak będzie się łatwiej rozmawiało.

– Ależ tak, oczywiście, zgadzam się!

– No więc muszę ci powiedzieć, że nie ma żadnej recepty na wygraną. Jest taka stara prawda, że gdzie łatwe pieniądze, tam nie ma uczciwości. Nie wszystkie gonitwy są rozgrywane nieuczciwie, ale część na pewno tak. W każdym razie można czasami wygrać, ale powiem ci szczerze, że nie znam takiego, który by się na wyścigach wzbogacił. Niektórzy stracili fortuny. Tam można pójść, popatrzeć, jak ktoś lubi konie, od czasu do czasu można coś lekko obstawić. Ale kto ma słaby charakter, przepadnie. Wiem coś na ten temat. Wracając do twojego pytania, duża część graczy opiera grę na podstawie typowania w gazetach i programie wyścigów na każdy dzień wyścigowy. Program można kupić w kasach na torze albo w niektórych kioskach. Teraz, na początku sezonu, gonitwy są rozgrywane w soboty i niedziele, ale już za dwa tygodnie będą również w środy. Co chcesz jeszcze wiedzieć?

– Powiedz mi, w jakich gazetach są typowania.

– Według mnie najlepiej typują „Expres Wieczorny” i „Dziennik Ludowy”, ale typy są również w „Słowie Powszechnym”, „Kurierze Polskim”, w zasadzie to we wszystkich dziennikach. Jak chcesz się pobawić i nie grać za grubo, to opierając grę na tych typach – jeżeli przegrasz, to niewiele, ale mało też można wygrać.

– Dziękuję ci, Sławku, za spotkanie.

– A ja dziękuję za kawę. Może się jeszcze kiedyś spotkamy na Służewcu.

Mirek postanowił podejść do sprawy bardzo racjonalnie. Przez dwa tygodnie kupował programy wyścigów i wszystkie dzienniki, które typowały wyniki gonitw. Na podstawie gazetowych typów sporządzał rankingi, a następnie porównywał prognozy z wynikami. Po przejrzeniu tych analiz doszedł do wniosku, że jeśli oprze grę na czterech pierwszych koniach z rankingów, szansa trafnego wytypowania będzie wynosiła siedemdziesiąt, osiemdziesiąt procent. Przy takim sposobie typowania należało obstawić sześć porządków w gonitwie. W przekroju całego dnia można było wygrać niewielkie kwoty. Na znacznie więcej można było liczyć raz albo dwa razy w dniu wyścigowym, gdy przychodziły trzeci i czwarty koń z rankingu.

W pierwszą środę wyścigową sezonu z programem i sporządzonym we wtorek rankingiem na wszystkie gonitwy udał się na Służewiec. W portfelu miał czterysta złotych, za tę kwotę można było dostać dwadzieścia pojedynczych porządków. Jak wynikało z Mirkowego rankingu, w pierwszej gonitwie najwięcej punktów otrzymały w kolejności konie z numerami startowymi dwa, pięć, jeden i siedem. Mirek obstawił sześć pojedynczych porządków. Na pierwszych dwóch miejscach przyszły dwa pierwsze konie z rankingu. Wypłata była tak mała, że stracił w tej gonitwie osiemdziesiąt złotych. W drugiej gonitwie obstawił również sześć porządków, trzymając się tych samych zasad. W porządku nie zmieścił się główny faworyt i wypłata wynosiła trzysta dwadzieścia złotych. Zbilansował straty i zyski w tych dwóch gonitwach i wyszło, że jest do przodu dwieście złotych.

Zamierzał obstawić kolejną gonitwę według tego samego klucza, gdy pojawił się Sławek.

– Słuchaj, dostałem ten porządek na klawo. Graj za wszystkie pieniądze trzy cztery, bo biegnie tu pięć koni i płacą tylko w jedną stronę.

Mirek spojrzał w swoje typy. Wynikało z nich, że była to pierwsza gra.

– Idź, obstaw, bo możesz nie zdążyć. Zobacz, jakie kolejki przed kasami.

– Sławek, ale ty myślisz, że ja mam jakieś wielkie pieniądze?

– To zagraj dla mnie, chociaż trzy razy trzy cztery, dwa razy cztery trzy.

– No dobrze. Za tyle mogę zagrać.

Mirek nie był specjalnie przekonany do takiej gry, ale obstawił tak, jak Sławek prosił, a dla siebie wziął trzy cztery za dwieście złotych i cztery trzy za sto złotych. Przyszedł porządek dwa pięć, za który zapłacono czterysta dwadzieścia złotych za dwadzieścia. Gdyby grał konsekwentnie, jak sobie postanowił, toby wygrał. Był zły na Sławka, ale porażka nie zniechęciła go do dalszej gry.

Poszedł na padok, aby obejrzeć konie biegające w kolejnej gonitwie. Wydawało mu się, że najlepiej prezentowała się piątka. Spojrzał do notatek. Piątka była w jego rankingu na czwartym miejscu, dwójka na pierwszym. Zastanawiał się, jak rozegrać ten porządek, gdy zjawił się Sławek.

– Zobacz, co zrobili, złodzieje! W ostatniej chwili dowiedziałem się, że ma przyjść dwa pięć, ale nie zdążyłem ci przekazać. Jak jeszcze masz kasę, to zagraj teraz dwa pięć. Podobno ma być na klawo.

Mirek postanowił zagrać Sławkowe dwa pięć za sześćdziesiąt złotych oraz trzy pięć i jeden pięć po czterdzieści. Prawie od startu prowadziły jeden pięć i trzy pięć i w takiej kolejności przybiegły do mety. Za taki porządek zapłacono czterysta dziewięćdziesiąt złotych.

Jestem wygrany prawie tysiąc złotych. Zostało mi dziewięćset. Nie jest źle, pomyślał. Zapalił papierosa i zaczął się zastanawiać, co zagrać w zbliżającej się gonitwie, gdy podszedł do niego mężczyzna w zbliżonym do jego wieku.

– Bardzo pana przepraszam. Czy mógłby mnie pan poczęstować papierosem? Moje się już skończyły, a przed kioskiem długa kolejka. Pójdę chyba kupić, dopiero jak się rozpocznie gonitwa i ludzie się rozejdą.

– Ależ tak, oczywiście, nie ma sprawy! – Mirek wyjął z kieszeni swoje ekstramocne i poczęstował nimi mężczyznę.

– Pan chyba od niedawna na wyścigach, bo, szczerze powiem, że nigdy pana tu nie widziałem.

– Dokładnie to jestem drugi raz.

Cała ksiazka dostępna po zakupie