W służbie klanu - Miroslav Žamboch - ebook
Opis

Brutalny świat zajadłej wojny klanów. Wszystko co kochacie w prozie Żambocha.

Ducatti wydobywa aktywne drogie kamienie dla klanu czarodziejów w Górach Północnych. Nie jest łatwo, bo skoncentrowana tam magia w przeciągu kilku godzin potrafi wypalić mózg każdego zwyczajnego człowieka. Na dużej głębokości wystarczy do tego kilka sekund. W Głębinie mogą przeżyć jedynie czarodzieje.

Kamieni pożądają wszystkie klany. A o to, czego chcą wszyscy, zazwyczaj toczy się krwawa walka.

Ducatti chce tylko przeżyć… Chciał… przynajmniej na początku.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 484

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Prolog

Casir skorzystał z tego, że Kuril wraz z Peslem znajdowali się na czele, i znowu wskoczył na wóz, aby podjechać. Personel pomocniczy, zwany po prostu pomocnikami, nie odezwał się ani słowem. Nikt z nas, młodych, nie był czarodziejem i mieliśmy tylko minimalną szansę, by stać się jednym z nich. To znaczy rzeczywistym czarodziejem, w pełnym znaczeniu tego słowa, jak nam to w czasie ćwiczeń wbijano do głów. Dlatego nie chcieli nikogo z nas rozdrażniać.

Zostawiłem Casira z jego bumelanctwem i wspiąłem się na niewielkie wzniesienie obok drogi, żeby rozejrzeć się po okolicy. W odróżnieniu od pozostałych opuściłem Vegaši z zadowoleniem. Przygnębiający krajobraz i słońce widoczne na niebie tylko przez kilka godzin, a i to niejednokrotnie spoza zasłony smogu, w żaden sposób mnie nie cieszyły. A podróż po dwóch latach ćwiczeń była raczej odpoczynkiem niż czymkolwiek innym.

Pesl mnie dostrzegł, ale nie zareagował. Ucieczka była surowo karana, o czym niektórzy dobitnie się przekonali już w pierwszych miesiącach, więc teraz podjąć takie ryzyko mógł tylko głupiec.

Przed nami wznosiły się góry. Nie tak wysokie jak te, które otaczają Vegaši, ale poprzerywane, skaliste i dzikie, ciągnące się na przestrzeni setek kilometrów. Góry Północne, nazywane również Górami Klejnotów.

– Ty bękarcie, złaź stąd i nie wygniataj sobie tyłka!

Jechać na wozie z zapasami mógł tylko jeden. Zamiast się dogadać i wymieniać, kończyło się to zawsze w ten sam sposób. Kłótnią, o której dowiadywali się nasi szefowie, więc kłopoty później mieli wszyscy. Chociaż mnie na tym dogadywaniu się nie zależało, jazda cały dzień na wozie wydawała mi się trochę męcząca.

– Stać! – rozkazał Kuril.

Woźnica posłusznie zatrzymał zaprząg. Zbiegłem na dół.

– Nałóżcie czapki – rozkazał Kuril pomocnikom.

Byli oni członkami klanu, złożyli przysięgę i zobowiązali się mu służyć, jednak nie mieli uzdolnień magicznych, i to w żadnej dziedzinie. Wszystkich ośmiu szybko wykonało rozkaz czarodzieja i nałożyło na głowy czapki z mocnej skóry wołowej. Sama skóra nie miała znaczenia, ważne było obszycie drobnymi, zielonymi jadeitami, mające kształt diagramu wytwarzającego czar ochronny. Moc, zwłaszcza chaotycznie transformowana przez surowe kryształy, powodowała wypalenie ludzkiego mózgu w przypadku dużej intensywności promieniowania. Szczególnie mózgu człowieka nieposiadającego uzdolnień magicznych. Przynajmniej tak nam mówiono.

Kuril skontrolował wszystkie czapki i ruszyliśmy w dalszą drogę. Na początku rozglądałem się nerwowo, czy nie nastąpi coś niezwykłego, kłucie, iskrzenie albo pojawienie się linii sił, które jak dotąd zdołałem zobaczyć tylko w czasie nauki, przy użyciu specjalnych pomocy szkolnych. Jednak nic się nie zmieniło, więc przestałem o tym myśleć i zająłem się obserwowaniem okolicy.

Droga, którą się posuwaliśmy, już od dawna nie była brukowana. Od czasu do czasu musieliśmy wytężać wszystkie siły, żeby pomóc koniom wyciągnąć wóz z najróżniejszych podmokłych wybojów albo pokonać bardziej strome odcinki, a pomimo tego jasne było, że z traktu korzysta wiele wozów podobnych do naszego. Przyglądając się dokładnie, stwierdziłem, że tu i ówdzie odbiegają od niego mniejsze dróżki, czasem po prostu ścieżki prowadzące do spadzistych dolin u podnóża okolicznych gór.

Już przed kilkoma dniami uświadomiłem sobie, że pomimo dzikiego i bezludnego wyglądu krainy, przez którą podróżowaliśmy, na szlaku panuje nieoczekiwanie duży ruch. Właściwie nie powinno mnie to dziwić, uczono nas, że wydobywa się tu drogie kamienie. Wydobywają je wszystkie klany, które mają wystarczające środki i wiedzę, aby takie przedsięwzięcie realizować. I właśnie dlatego się tu znajdowałem. Ja, górnik, kopacz, poszukiwacz surowych klejnotów używanych do celów magicznych.

* * *

– Rozbijemy obóz – zarządził Kuril.

Według mnie była to decyzja przedwczesna, do zachodu słońca pozostawało jeszcze sporo czasu. Jednakże czarodziejom nie wolno się sprzeciwiać, wbijano nam to do głowy każdego dnia i w końcu wszyscy się z tym pogodzili.

Myślałem, że wybierzemy miejsce w pobliżu traktu, ale Kuril poprowadził nas w bok, tak daleko, że drogę straciliśmy z oczu. Potem starannie zatarł ślady.

– Po co to? – zapytał Bango. – Jest nas wielu, nie musimy obawiać się złodziei.

Był to jeden z nas, nowicjuszy. Prostolinijny, ciekawy, ot, taki drobny czyżyk. Bardzo mnie zdziwiło, że po ćwiczeniach zaliczono go w poczet górników. Pomyślałem, że z taką mizerną posturą nie wytrzyma zbyt wiele.

Pesl obserwował, jak przeznaczona do tego służba szykuje jedzenie. Mieliśmy ze sobą zapas drewna, ale – ku naszemu zdziwieniu – nakazano, żeby posiłek został ugotowany na żarze wydzielanym przez aktywny jaspis. Zauważyłem, że kucharze zdenerwowali się z tego powodu, jaspisy na ogół wydzielały silny żar. Jeśli nie uważało się dostatecznie, łatwo było roztopić naczynie kuchenne. Jednak poszło im dobrze, czar zawarty w kamieniach był specjalnie przystosowany do potrzeb obozowych, co oznaczało, że nie były to zwyczajne jaspisy, lecz ich droga, rzadko spotykana odmiana.

Już myślałem, że Kuril nie odpowie na pytanie, ale po chwili podniósł głowę i popatrzył na Banga.

– Ze zwyczajnymi złodziejami poradzilibyśmy sobie, tak.

– Przecież nie jesteśmy w stanie wojny z żadnym z klanów. – Bango pojął sens odpowiedzi prędzej niż ja.

– No nie, ale Vegaši i prawo są daleko – otrzymał nowe połowiczne wyjaśnienie.

Chłopak przytaknął z zadowoleniem. Zrozumiałem, że pytał tylko po to, żeby uzyskać potwierdzenie swoich domysłów.

Mnie to w pełni nie zadowoliło i nadal miałem o czym rozmyślać.

– Kolacja – oznajmiła służba. Kuskus jedliśmy w drodze praktycznie codziennie, ale przynajmniej było go dużo. Wczoraj i przedwczoraj nazbieraliśmy zresztą jakiejś dziko rosnącej zieleniny i dlatego smakował lepiej niż zazwyczaj. Fasola z mięsem, podstawowe jedzenie w czasie ćwiczeń, stała wyżej na mojej drabince ulubionych pokarmów, ale i tak cokolwiek bym wtedy jadł, było o wiele lepsze od tego, co jadałem w domu. Dotyczyło to zapewne nie tylko mnie, ale i większości pozostałych.

Po kolacji, przeglądzie zapasów i krótkiej kontroli pomocników poszliśmy spać. Ku naszemu zdziwieniu wartę tym razem pełnili nasi szefowie.

* * *

Obudziłem się w środku nocy, z zimna, jak sądziłem początkowo. Nos mi zlodowaciał, a ręka, którą przez sen wystawiłem spod przykrycia, przemarzła. Dawno już nauczyłem się spać skurczony, tak żeby zawsze mieć przykryte nogi. Zziębnięte nogi są najgorsze ze wszystkiego.

Głęboko odetchnąłem, w świetle księżyca wyraźnie widziałem parę wydobywającą się z ust. Mimo tego zbyt zimno mi nie było. Więc co właściwie mnie obudziło? Leżąc bez ruchu, poszukałem oczami wartownika. Pesl siedział w tym samym miejscu, w którym widziałem go przed zaśnięciem. To znaczyło, że nie minęła jeszcze połowa nocy, w przeciwnym razie zostałby zmieniony przez Kurila.

Coś zaskrzypiało, wydając dźwięk, jaki powoduje żelazo pocierające o kamień.

Odgłos był cichy, dobiegł z daleka, w dzień nie miałbym żadnej szansy, aby go usłyszeć. Ktoś na nas szedł? Przestraszyłem się tylko na moment i zaraz sam siebie nazwałem idiotą. Po prostu ktoś nocą wędrował po drodze. Pesl dalej siedział zupełnie nieruchomo. Czyżby zasnął?

Ostrożnie wypełzłem spod przykrycia. Sądząc po tym, jak błyszczały kamienie w świetle księżyca, już wieczorem pokrył je szron. Jak najostrożniej przesuwałem się dalej od naszego obozu. Ale nie w kierunku traktu, tylko równolegle do niego. Gdyby mnie ktoś przyłapał, powiedziałbym, że poszedłem się wysikać.

Wreszcie oddaliłem się na tyle, żeby nie być widzianym, a przy odrobinie ostrożności również słyszanym, i skręciłem w kierunku drogi. Przez cały czas niczego nie słyszałem, oprócz uderzeń mojego serca, szelestu spodni i kurtki oraz chrzęstu kamieni pod nogami, gdy stąpnąłem nieostrożnie. Aż się z tego wszystkiego zadyszałem.

– Robisz taki hałas jak ciężarna maciora – usłyszałem z ciemności.

Kamienie pod moimi nogami zachrzęściły, gdy błyskawicznie przyjąłem postawę bojową.

– Szybki jesteś wystarczająco, ale jak na przyszłego czarodzieja, używasz niewłaściwych części ciała. Zamiast mięśni powinieneś użyć mózgu.

Poznałem Banga.

Stłumiłem przekleństwo. Poczułem sporą ulgę.

– Co tutaj robisz?

– To samo co ty. Chcę się przyjrzeć nocnym wędrowcom.

Zamierzałem odpowiedzieć, że żadnych wędrowców nie ma, ponieważ już dobry kawał czasu niczego nie słyszałem, ale naraz dobiegł mnie odgłos rozmowy. Jedno głośniej wypowiedziane zdanie, ale to wystarczyło. Bez dalszych ustaleń zaczęliśmy się ostrożnie zbliżać do drogi. Znaleźliśmy dobrą kryjówkę za kamieniem, który wprawdzie wydawał się nieco za daleko od traktu, żeby w ciemności można było coś dokładnie zobaczyć, ale odgłosy zbliżały się i nie chcieliśmy ryzykować, że nas spostrzegą.

Skuliliśmy się po obu stronach głazu. Małe kamyki boleśnie uciskały mnie w kolana, ale po naszym skradaniu się nie było mi już zimno i mogłem się nie bać, że zacznę szczękać zębami.

Odgłosy zbliżały się, ale w ciemnościach nie widzieliśmy tajemniczych wędrowców. W czystym górskim powietrzu dźwięki rozchodziły się daleko. Nareszcie się pojawili, czarne sylwetki na tle kamienistej ziemi pokrytej szronem.

Na czele posuwało się czterech jeźdźców na koniach; dostrzegłem skórzane czapki nabijane kryształami, w których błyskało światło księżyca. Pomocnicy, ale uzbrojeni i pewnie siedzący w siodłach. W miarę jak się zbliżali, zaczęło mi się wydawać, że nasza kryjówka wcale nie jest za daleko od drogi, ale przeciwnie, zbyt blisko.

Za nimi maszerowała czwórka wielkich mężczyzn w ciężkich kabatach. Wyglądali jak wędrujące szafy. Ręce mieli ukryte w szerokich rękawach, na głowach czapy, i nagle zrozumiałem, że to nie wojownicy w pancerzach, ale ktoś zupełnie inny i o wiele bardziej niebezpieczny. Czarodzieje bojowi w pełnych zbrojach.

Miałem ochotę uciec, ponieważ oni, gdyby chcieli, mogli odkryć naszą obecność przy pomocy jednego prostego zaklęcia. Ale gdybym się poruszył, zostalibyśmy dostrzeżeni. Więc wcisnąłem się jeszcze głębiej w ziemię, zapominając o ostrych kamieniach, i nadal obserwowałem dziwną karawanę, mając nadzieję, że nikt nas nie wykryje.

Za czarodziejami jechał wóz zaprzężony w dwa konie i przykryty plandeką. Czegokolwiek by tam nie wieziono, nie mogło tego być dużo. Wóz otaczali piesi pomocnicy, również uzbrojeni. Później znów czarodzieje, a na końcu jeźdźcy. Kiedy przejeżdżali obok mnie, wstrzymałem oddech. I nagle, bez żadnego ostrzeżenia, lewe przednie koło złamało się.

Metalowa obręcz pękła, woźnica nie zareagował w porę i konie jeszcze przez chwilę ciągnęły wóz, aż wreszcie koło rozpadło się i oś zaszorowała po ziemi.

Jeźdźcy i czarodzieje bez słowa utworzyli obronny krąg wokół uszkodzonego wozu. Wydawało mi się, że widzę odblask światła na grotach kopii i ostrzach obnażonych mieczy. Ale to mi się na pewno jedynie zdawało. W takie historyjki wierzyłem tylko na pierwszym roku nauki. Magia na ogół przejawiała się w o wiele bardziej pragmatycznym działaniu. Na ogół...

– Wszystko w porządku! – zawołał jeden z czarodziejów. – To wypadek, sprawdźcie skutki.

Powoli i bardzo ostrożnie wypuściłem z płuc długo wstrzymywany oddech i równie ostrożnie nabrałem powietrza. Pomimo uznania, że mają do czynienia z wypadkiem, czarodzieje nie przerwali obronnego kręgu.

Piesi bez żadnego rozkazu wyczarowali skądś koło zapasowe i zabrali się do roboty. Zapewne wieźli je umocowane po przeciwnej stronie wozu, tam gdzie nie mogłem go widzieć. Zdumiało mnie, że pracują bez światła. Jasną nocą, przy blasku księżyca odbitym od szronu, widoczność była niezła, ale do prac naprawczych nie mogło to wystarczać.

– Skrytka się poruszyła, urwało się mocowanie – zameldował jeden z pomocników.

Nawet ze swego oddalonego miejsca dostrzegłem, że czarodzieje zareagowali nerwowo.

– Przerwać pracę – rozkazał ten sam mężczyzna co poprzednio. – Janvir, sprawdź ładunek.

Napięcie zgęstniało. Poczułem strach, choć nie wiedziałem, przed czym.

Jeden z czarodziejów bojowych ostrożnie, żeby jak najmniej poruszyć uszkodzony pojazd, wspiął się do ładunku i przez chwilę coś badał.

– Zamki nie są uszkodzone – oznajmił.

– Otworzyć, podajcie mu klucze.

Nie mogłem dostrzec tych kluczy, ale wydawało mi się, że wyglądają zupełnie tak jak te normalne.

– Zamki otworzyły się bez trudu – zabrzmiał kolejny meldunek.

– Otworzyć skrzynię – rozkazał dowódca.

Wydawało się, że czarodziej na wozie waha się przez chwilę, ale rozkaz wykonał.

Wciągnąłem głęboko powietrze, gdy z otwartej skrzyni wystrzeliły niezliczone linie mocy, wbijające się głęboko w ziemię i ginące wysoko w ciemnym niebie. Właściwie nie ginące; gdyby starczyło mi odwagi i możliwości, to mógłbym je obserwować, aż... sam nie wiedziałem dokąd. Zamknąłem oczy, ale mimo to nadal je widziałem. Widziałem? Odczuwałem! Zmysłem, o którym nie sądziłem, że go mam, i o którym jak dotąd wszyscy mi tylko opowiadali.

– Skrytka nieuszkodzona, cechy zewnętrzne na swoim miejscu.

– W porządku. Zamknąć, umocować skrytkę, naprawić wóz.

Usłyszałem odgłos zatrzaskiwanego wieka skrzyni, linie mocy zniknęły, ale ja nadal widziałem je przed sobą, jak wypalone.

– Wszystko z tobą w porządku? – Uświadomiłem sobie, że Bango już od pewnego czasu mną potrząsa.

Tajemniczy wędrowcy byli już daleko, a mnie umknął spory kawał czasu.

– No, w porządku. Tylko że trochę to mną wstrząsnęło – powiedziałem, nie znajdując trafniejszego słowa.

– Już się bałem, że ci to wyżarło mózg – wymamrotał. – Tak się czasem zdarza.

Wiedziałem, że to może spotkać człowieka pozbawionego talentu, ale teraz zacząłem wierzyć, że coś podobnego może spotkać również człowieka posiadającego odpowiednie umiejętności.

Ruszyliśmy z powrotem w kierunku obozu, powoli, ale o wiele mniej ostrożnie niż w przeciwną stronę.

– Ciekawi mnie, co oni tam wieźli? – mruknąłem.

– A mnie, co by z nami zrobili, gdybyśmy rozbili obóz w pobliżu drogi – odparł.

Rozeszliśmy się i wrócili na swoje miejsca.

Jego pytanie było chyba ważniejsze od mojego.

* * *

Cel naszej podróży osiągnęliśmy po kolejnych dwóch dniach harówki na coraz bardziej stromych i trudnych do przebycia drogach, które miejscami stawały się raczej kozią ścieżką niż przejezdnym traktem. Ostatniego dnia Pesl i Kuril też musieli się zabrać do roboty.

Jeszcze dwa lata temu przeklinałbym ich, że nam nie pomogą jakimiś czarami, ale dzisiaj już wiedziałem, że to wcale nie jest proste. Czarów należy się nauczyć, zapamiętywać w najdrobniejszych szczegółach struktury uruchamiające moc, a podczas każdej ich zmiany konieczne jest dokładne rozważenie, jakie mogą być skutki. Wystarczy mały błąd, który z ludzkiego punktu widzenia nie musi zasługiwać na miano błędu, po prostu minimalne odchylenie w diagramie ukierunkowującym moc, zakłócenie jej przebiegu, a wywołane zostaną zawirowania, turbulencje narastające ponad wszelką miarę. Efektem będzie niekontrolowany wyciek energii; destrukcja i śmierć tego, kto zmienił diagram czaru.

Mówiono nam, że każdy nowy czar przypłaciło życiem dwóch lub trzech czarodziejów. A ten, który kosztem swego życia zdoła ulepszyć jeden zaledwie czar, zasłuży na umieszczenie jego nazwiska na Tablicy Pamięci klanu.

Ja nawet w myślach nie potrafiłem stworzyć i utrzymać choćby jednego czaru, a do tego część talentu utraciłem. Pogodziłem się z tym, chociaż na początku było to dla mnie wielkie rozczarowanie. Z tego zwłaszcza powodu, że po moim przybyciu do klanu dano mi do zrozumienia, iż posiadam wielki potencjał. Uwierzyłem wtedy na krótką chwilę, że zostanę wybitnym czarodziejem. Później się to skończyło. Ale przezwyciężyłem się i nigdy niczego nie żałowałem. Było to dość dawno, prawie dwa lata temu.

Zaprzestałem wspomnień, droga pięła się stromo i miałem coraz mniej sił. Po długiej godzinie mozolnej wspinaczki otworzył się przed nami widok na kolejną z niezliczonych dolin. W pierwszej chwili zauważyłem tylko stromy spad, który będziemy musieli pokonać. Zejście było kręte i obawiałem się, że kilku z nas zapłaci za nie połamanymi kośćmi lub nadwyrężonym kręgosłupem, obolałymi mięśniami i całkowitym wyczerpaniem.

– Hohe! – ryknął Casir. – Jesteśmy na miejscu!

Straciłem zainteresowanie stokiem.

– Kurwa, ale mi ulżyło – krzyknął do mnie Bango.

W dolinie pod nami leżała osada. Nie osada. Właściwie mała twierdza, pośrodku której wznosiła się wieża szybu kopalnianego. Był to nasz cel, zakład wydobywczy klanu. Zaskoczył mnie jego niewielki rozmiar, właściwie mizerność. W cytadeli mówiono o tym zakładzie w samych superlatywach. Może to było celowe, żebyśmy nie protestowali przeciw swemu losowi.

Otarłem pot z czoła i chociaż po niedawnym wysiłku było mi gorąco, starannie zapiąłem kożuszek. Ojczym mnie tego nauczył, zwracać uwagę na zimny wiatr, będąc spoconym. Znów skupiłem uwagę na zabudowaniach pod nami. Jedynie mury zewnętrzne sprawiały solidne wrażenie. Wysokie, zbudowane z niezliczonych głazów i kamieni, stopniowane z wewnętrznej strony, żeby można się było łatwo dostać na ich szczyt.

Wydało mi się, że stawianie takich murów nie ma sensu. Kopalnia znajdowała się w dolinie, z trzech stron otoczona była wysokimi grzebieniami górskimi – wystarczyłoby kilkunastu ludzi z katapultami i balistami, a zasypaliby obrońców gradem śmiercionośnych pocisków. Jednak po chwili przypomniałem sobie, że taka broń raczej nie bywała tutaj w użyciu.

Przestałem myśleć o sprawach dla nas drugorzędnych i znów zwróciłem uwagę na stok.

– Panie – zwróciłem się do Pesla – nie damy rady wyhamować wozu, spadek jest zbyt stromy.

Popatrzył na mnie z rozbawieniem w oczach, najwyraźniej nie podzielał moich obaw.

– Chłopcze, o to nie musisz się martwić, pomocników będziemy mieli pod dostatkiem.

I rzeczywiście, jak tylko dostrzeżono nas z twierdzy, spora grupa ruszyła w naszym kierunku. Praktycznie przybiegli, a spuszczenie wozu po pochyłości załatwili bez naszego udziału.

Przyglądałem się im, byli młodsi niż ci, których widywałem w cytadeli. Zmarszczki na twarzach podkreślał wbity w nie kurz, nosili ubrania z bezbarwnego materiału, a większość z nich miała na kolanach naszyte łaty z wołowej skóry. Takie same łaty mieli na łokciach.

Tak naprawdę to wóz po prostu znieśli na dół.

Poświęcali mu o wiele więcej uwagi niż nam. Nie przeszkadzało mi to, nauczyłem się, że niezauważanie to najlepsze, co mnie może w klanie spotkać.

Kopacz

Winda trzęsła się, kiedy kończący już swoją szychtę górnicy opuszczali nas na dół. Zaskoczyło mnie, że już po pierwszych dziesięciu metrach temperatura wzrosła, ale po chwili zrozumiałem. Ziemia wokół nas utrzymywała ciepło bez względu na to, czy na zewnątrz panował mróz, czy letni upał.

Na platformie windy tłoczyło się nas ośmiu, dwie trójki górników nowicjuszy i dwóch dowodzących czarodziejów. Brahl Polteo, szef naszej zmiany, i Hardmuth, dowodzący obozem, zjadą na samym końcu. Słuchałem skrzypienia kołowrotu i starałem się nie zwracać uwagi na to, że platforma trzęsie się, obija o nierówne ściany, a mechanizm opuszczający nas w głąb skrzypi i pojękuje. W końcu dotknęliśmy dna i lina nośna się poluzowała.

– Idźcie do tamtego chodnika – nakazał nam Cochran. Szmaragd umocowany na jego skórzanej opasce czołowej rozjarzył się, w zielonkawym świetle zauważyłem ruch ręki i zrozumiałem, który kierunek nam wskazuje.

Kamienie osadzone w jego rynsztunku początkowo nie świeciły, ale tutaj, głęboko pod ziemią, widać było, że są ożywione ukrytym czarem. Cochran był przewodnikiem, miał nas oprócz tego ochraniać, tylko nie miałem pojęcia, przed czym.

Platforma zaczęła się podnosić, zasłaniając niewielką ilość światła, jaka docierała na dno szybu. Powietrze również wydawało mi się nie najlepsze.

– Nie jestem całkiem pewny – powiedział Bango półgłosem – ale myślę, że to nie był mój cel życiowy. Chyba gdzieś po drodze zboczyłem ze słusznej drogi.

Kilku ludzi zaśmiało się.

– Każdy musi być użyteczny dla klanu, a wy z waszymi marnymi uzdolnieniami najużyteczniejsi będziecie właśnie tu. Żadnych podobnych rzeczy nie chcę już słyszeć – powstrzymał śmiechy Cochran.

Przyszło mi do głowy, jakie zatem muszą być jego umiejętności, jeśli jest dla klanu użyteczny właśnie tutaj, w tej zapomnianej okolicy, na stanowisku niewiele lepszym od naszego.

Coś z tych myśli musiało się odbić na mojej twarzy, bo Bango szturchnął mnie, szepcząc:

– Niezbyt rozgarnięty, co? Ale mówić mu o tym nie będziemy, przynajmniej nie teraz.

– Przejdźcie chodnikiem do składziku – usłyszeliśmy rozkaz.

Jak znajdziemy ten składzik? – pomyślałem natychmiast.

– To będzie pierwsze rozszerzenie chodnika, na jakie natraficie – brzmiała odpowiedź, jakby przewodnik odczytał moje myśli.

Jednak na pewno tak nie zrobił, tego czarodzieje nie umieli. Przynajmniej nigdy o tym nie słyszałem. Raczej odgadł trafnie.

– Bez światła? Pozabijamy się – protestował półgłosem Bango.

Kilka lekcji, jakie w życiu dostałem, było dość brutalnych. Poszedłbym i po ciemku. Ciemność zaczynała się zaledwie o kilka kroków od Cochrana. Nie była jednak nieprzenikniona.

– Każda trójka dostanie jedną lampę – oznajmił. – Bango, Ducatti, Duval – wywołał skład pierwszej trójki.

Duval był milkliwym, smagłym chłopakiem, który przez całą drogę z nikim właściwie nie rozmawiał, podobnie zresztą jak ja. Nauki podobno pobierał nie w cytadeli, ale w innym ośrodku. Wydawało mi się, że od nas, zwyczajnych nowicjuszy, trochę się różni, ale nigdy niczego na swój temat nie zdradził.

Podeszliśmy bliżej. Światło w postaci opaski podobnej do tej, jaką miał Cochran, złapał Bango. Włożył ją na głowę i przez chwilę zmagał się z aktywacją kamienia. Dopiero gdy go kilkakrotnie pogłaskał palcami, ten się powoli rozżarzył. Popatrzyliśmy na siebie i niepewnie ruszyliśmy w ciemność. Przypomniałem sobie, jak brzmiał głos Cochrana. Ten chodnik był długi, bardzo długi.

– Marnie to świeci, Cochran ma stokrotnie lepszy – poskarżył się Bango, zaraz potem uderzając głową w niski strop. – Do dupy z tym, zaraz sobie tu łeb rozwalę – narzekał.

– Pochyl się, czasami jest to potrzebne – poradził mu Duval.

Milczałem, nie mając nic do powiedzenia. Spróbowałem wyobrazić sobie, jak to wytrzymamy, dzień po dniu przez następne osiemnaście lat.

Po pięciu minutach ostrożnego posuwania się naprzód dotarliśmy do miejsca, w którym chodnik rozszerzał się, tworząc większe pomieszczenie. Jego rozmiarów w nędznym świetle nie zdołałem określić, a nie miałem najmniejszej ochoty iść gdziekolwiek po omacku.

– Czuję się, jakbym w najbliższej godzinie miał tutaj umrzeć – oznajmił Bango.

Ściany połyskiwały wilgocią, powietrze było dość ciężkie, ale nie zupełnie stęchłe. O ile początkowo wydawało mi się, że w podziemiach jest ciepło, o tyle teraz zaczynałem szczękać zębami.

– Przyzwyczaisz się – powiedział sucho Duval.

Tutaj, w podziemiach, powiedział więcej słów niż podczas całej podróży. Miałem nadzieję, że ma rację.

– Mam na to kilkanaście lat, na razie nie wiem – odparł Bango.

Pokręcił przy tym głową, a słaby stożek światła oświetlił ścianę półkolem kilka razy w tę i z powrotem.

– Popatrz tam! – powiedział Duval.

Chwilę potrwało, zanim się dogadali, co znaczy tam.

Duval podszedł do ściany, obejrzał ją, obmacał, a później z nieoczekiwaną zwinnością wspiął się aż do stropu, gdzie niczym ogromny pająk przywarł do niewidocznych dla mnie występów skalnych i z uwagą czemuś się przyglądał.

– Ma któryś z was nóż? Albo dłutko? – zapytał.

Niechętnie podałem mu swój składany nóż, jedyną rzecz, która była naprawdę moja i którą wysoko ceniłem. Był to podarunek. Nie widzieliśmy z dołu, co właściwie robi tam pod stropem. Słyszeliśmy tylko postukiwanie, oddech Duvala i w końcu skrzypnięcie. Później częściowo ześlizgnął się, a częściowo zeskoczył na ziemię.

– Możliwe, że zrobiłem szczerbę na ostrzu – usprawiedliwiał się, zwracając mi nóż. – Ale inaczej się nie dało.

Szczerbą się nie przejąłem, przeważyła ciekawość tego, co tam właściwie znalazł.

– Pożycz mi, proszę, opaskę – zwrócił się do Banga. Ten podał mu ją z pewnym wahaniem.

Powiedział „proszę”, najwyraźniej nie chciał pretendować do objęcia dowództwa.

Poświecił sobie na dłoń i wtedy zobaczyliśmy, że pomiędzy kciukiem a palcem wskazującym trzymał przezroczysty kryształ.

– Kryształ krzemienia – wyjaśnił. – Nie zauważyli go i został tutaj. Pewnie znalazłoby się ich więcej. Chyba im na nich nie zależało – dodał, wzruszając ramionami.

Położył oba kamienie na dłoni i uważnie je obserwował. Czułem, że używa mocy, że w jakiś sposób używa magii. Nic więcej stwierdzić nie mogłem, moje zdolności dalej nie sięgały.

– No, teraz to powinno działać.

Wtłoczył mały kryształ do obejmy obok szmaragdu, zamocował go kilkoma skrawkami materiału.

– Aktywuj je i dezaktywuj, oba powinny działać wspólnie – powiedział do Banga, zwracając mu opaskę. – Spróbuj je rozświetlić, a potem zgasić, tak jak to robiłeś poprzednio – dodał, widząc, że Bango nie zareagował na jego słowa.

Dopiero teraz posłuchał Duvala i od razu mieliśmy do dyspozycji o wiele lepszy reflektor.

– Myślałem, że kryształy służą tylko do leczenia – rzekł zaskoczony Bango, świecąc po ścianach wokół siebie. Leżało pod nimi sporo narzędzi, których przeznaczenia nie mogłem się nawet domyślać.

– Bzdura, każdego aktywnego kamienia można użyć do wszystkiego. Różnią się tylko skutecznością. Jeśli jest ci to potrzebne i zależy ci na tym, to nawet w obsydian możesz włożyć jakiś czar – oznajmił Duval.

Skąd on to wszystko wiedział? Bardzo uważnie słuchałem nauk i założyłbym się, że niczego nie przegapiłem. Ale o takich sprawach nie padło tam ani jedno słowo.

Usłyszeliśmy szuranie nogami i stłumione przekleństwa, kiedy nadchodzący uderzali głowami o ściany. Bango zgasił dodatkowe światło, pozostawiając tylko mocno już zużyty szmaragd.

Pomieszczenie zapełniło się, wyczuwałem to nawet bez rozglądania się wokół. Po prostu powietrza jakby nieco ubyło.

– Wszyscy już są – oznajmił Cochran. – Cisza! – zawołał, żeby przerwać nasilający się gwar. – Teraz przemówi do was dowódca obozu!

Widziałem go wcześniej tylko przez chwilę, przy wejściu do szybu. Nazywał się Hardmuth.

– To jest wasza pierwsza zmiana – głos odezwał się z innego miejsca, niż przemawiał Cochran. – Wyjątkowo zebraliśmy się na dole, żebyśmy sobie uświadomili, że jesteśmy tu wszyscy razem i wszyscy razem pracujemy dla klanu. Pamiętajcie, że pod ziemią nigdy nie jesteście sami. Gdy zajdzie potrzeba, pomożecie innym, a oni pomogą wam. Gdy pomożecie klanowi, klan pomoże wam.

Jego przemowa wzbudziła lekkie niedowierzanie, ale ja poczułem pewien optymizm. Hardmuth przerwał na chwilę, a później kontynuował:

– Dziś nie jest istotne, ile pracy zdołacie wykonać, ważne jest, abyście poznali potrzebną wam wiedzę i technikę, abyście nauczyli się ostrożności. Nigdy nie zapominajcie, że nie wydobywamy węgla ani rudy żelaznej albo złota, tylko kamienie, aktywne klejnoty, kamienie półszlachetne, które wchodzą w interakcję z mocą. Dlatego to wy tu jesteście, a nie zwyczajni górnicy. Mogą was tutaj spotkać takie zjawiska, na które was nie przygotowano podczas nauki. Macie swoich przewodników, ochroniarzy i dowódców zmiany i oni pomogą wam w razie potrzeby.

Nie wiedziałem, co ma na myśli, ale pytać o cokolwiek nie zamierzałem, podobnie jak pozostali.

– Życzę wam pomyślnego pierwszego dnia pracy – zakończył przemowę Hardmuth. Później przez jakiś czas półgłosem rozmawiał o czymś z przewodnikami – Cochranem i Zimwelem – po czym usłyszeliśmy, jak odchodzi, a w końcu dobiegło nas skrzypienie podnoszonej platformy.

– Rozejść się na miejsca pracy – zarządził Cochran.

Pozostaliśmy na swoich miejscach, nie wiedząc, dokąd iść.

Zimwel odprowadził swoje dwie trójki w głąb jednego z bocznych tuneli. Cochran popatrzył na nas z pogardą.

– Dziś wystarczy, jak wyrąbiecie połowę normy, jutro pójdzie to już na poważnie – oświadczył.

W zielonkawym świetle wyglądał jak ktoś od kilku dni nieżywy. My zresztą tak samo.

– Praca jest prosta – zaczął wyjaśniać. – Z góry spuszczą kosz. – Jakby na potwierdzenie jego słów znów zaskrzypiał mechanizm windy. – Wózek transportuje wydobyty materiał od przodka sztolni do kosza. – Wskazał na prymitywne wózki na kołach. Pod ścianą znajdowało się ich kilka, sprawny był jeden, może dwa. – Rębacz pracuje na przodku sztolni, tym oto narzędziem.

Uniósł stalowy drąg o średnicy pięciu centymetrów. Z jednej strony zakończony był ostrym grotem, z drugiej obejmą z łożem wykonanym z częściowo utwardzonej żywicy. Wcisnął w nią drobny krzemień, a potem nawlekł na drąg pierścień z brązu o dwóch wygładzonych uchwytach. Krzemień miękko się rozżarzył. Popatrzyłem na kolegów, ciekawy, co na to powiedzą, ale wszyscy skupiali uwagę na wyjaśnieniach Cochrana.

Aktywowany czar utrzymywał teraz drąg wewnątrz pierścienia. Cochran odwrócił się i przybliżył konstrukcję do ściany. Stal bez żadnego rozmachu zaczęła poruszać się w przód i w tył, aż jej obraz się rozmazał. Czarodziej zaparł się, ustabilizował ruch ostrza, uderzającego w ścianę z prędkością, której nie zapewniłby żaden człowiek.

– Najbardziej aktywne kamienie muszą być zebrane i odstawione – ryczał, żeby było go słychać poprzez hałas urządzenia. – Po to jest odbieracz, który czyści miejsce pod nogami, odbiera znalezione kryształy, a w przypadku, kiedy drąg utknie w skale, uwolni go, żeby nie doszło do uszkodzenia narzędzia! Jasne?

Cochran zakończył pokaz, odwrócił się i uważnie na nas popatrzył.

– To, czym będziecie pracować, ma znaczną cenę, którą klan zapłacił, żebyście mieli łatwiejszą pracę. Dlatego każdy, który narzędzie uszkodzi albo zniszczy, poniesie odpowiednie koszty.

– Raczej idzie o to, że normalny górnik wkrótce by tu oszalał, a nie ma tylu biedaków, jakimi my jesteśmy, żeby to wyłupywać ręcznie – szepnął Bango.

Zgadzałem się z nim, ale nie odważyłem się nic powiedzieć, ponieważ Cochran się zbliżył.

– Ktoś coś mówił? – zagrzmiał.

– Tak, panie – odezwał się Bango. Sam chciałbym mieć jego zuchwałość i odwagę. – Na pewno będziemy potrzebowali materiału do stemplowania.

Cochran, milcząc, patrzył na Banga, jakby chciał go uciszyć.

– Chodzi o to, żeby strop nie spadł nam na głowy – kontynuował spokojnie chłopak.

Trochę już go poznałem i miałem wrażenie, że się z naszego przewodnika nabija.

– Wiem, co to jest stemplowanie! Dla jutrzejszej zmiany wszystko będzie przygotowane, to nie wasze zmartwienie. Dziś tego nie potrzebujecie, to dzień treningowy.

– Ale powiedział pan, że mamy wydobyć połowę normy. Wobec tego materiał do stemplowania będzie potrzebny. – Bango nie dał się zakrzyczeć.

– Dziś go nie potrzebujecie. Dalej, do roboty! – wrzasnął wściekle Cochran.

– Tak, panie. – Bango zasalutował prawie po wojskowemu.

Potykając się w zielonym półmroku, ruszyliśmy wskazanym nam korytarzem. Ja ciągnąłem za sobą poskrzypujący wózek. Po pięćdziesięciu krokach doszliśmy do końca tunelu. Cochran odwrócił się, jego reflektor przestał nam przyświecać i ogarnęła nas prawie fizycznie odczuwalna ciemność. Bango aktywował krzemień.

– To idiota – ocenił krótko, podczas gdy rozglądaliśmy się po miejscu, w którym mieliśmy spędzić szereg długich lat.

– Lubisz prowokować, co? – zagadnął go Duval.

– Zasłużył sobie, nie cierpię idiotów. A jeszcze do tego zupaków.

Denerwowałem się, mieliśmy wydobyć połowę normy, a ja nie wiedziałem, ile to jest i jak nam to właściwie pójdzie.

– To czarodziej, ktoś inny od nas – ostrożnie mówił dalej Duval.

Ja czarodziejem na pewno nie byłem, ale co do niego nie miałem pewności, zwłaszcza po tym, co nam pokazał z tym kamieniem.

– To dureń, inaczej nie skończyłby na tak marnym stanowisku... o ile jest czarodziejem. – Bango pokręcił głową.

Zamiast wziąć udział w dyskusji, przyglądałem się sztolni, którą przeszliśmy. Wiodła głównie w litej skale; tylko w jednym miejscu, gdzie widać było sieć pęknięć, znajdował się podstemplowany tunel. Przyglądałem się, w jaki sposób nasi poprzednicy to wykonali. Osobiście użyłbym jeszcze jednego filara, po prostu dla pewności. Wprawdzie nigdy nie robiłem stemplowania, ale ten jeden filar więcej bym postawił.

– Chodźcie, weźmiemy się do pracy – zachęciłem pozostałych. – Zróbmy tę połówkę.

Popatrzyli na mnie obaj.

– Możemy na to plunąć. – Bango poruszył pogardliwie głową, aż światło krzemienia wyczarowało ze skały niezliczoną ilość mikroskopijnych błysków.

Jego reakcja mnie nie zdziwiła, Duval jednak również przytaknął na znak zgody.

– Ostatnie słowo ma Hardmuth, a on powiedział: zaznajomić się. Wszyscy to słyszeliśmy – wyjaśnił.

Wzruszyłem ramionami. Wyglądało na to, że z tą dwójką spędzę dużo czasu, nie miało sensu wszczynać kłótni. Co więcej, dosyć mi się spodobali.

* * *

Osiem godzin pod ziemią wydawało mi się strasznie długie, i kiedy wyjeżdżaliśmy na powierzchnię, nie mogłem się doczekać widoku słońca. Na próżno się jednak cieszyłem, słońce już zapadło za szczyty gór na zachodzie, a cały obóz tonął w półmroku, który przyniósł szczypiący przymrozek.

Pod sztolnią spotkaliśmy drugą zmianę. Przyjrzałem się im: nie byli to nowicjusze jak my, codzienna praca była dla nich rutyną. Nie patrzyli na nas z góry, raczej jak na partnerów w kłopotach i trudnościach.

Zauważyłem, że wszyscy mieli w skórzanych czapkach osadzone aktywne kamienie, i to różnego rodzaju.

– Jak wam poszło? – zapytał starszy mężczyzna, który miał na czole osadzony przepiękny topaz, jak trzecie oko.

Nie ze względu na szlif ani na wielkość, ale coś mi mówiło, że kamień ten jest po prostu doskonały.

Pytający nie patrzył na Cochrana ani na Zimwela, którzy schodzili z platformy z drugiej strony. Patrzył prosto na mnie.

– Dobrze, nic nie robiliśmy, tylko byliśmy tam na próbę – powiedziałem prawdę.

– To w porządku, trzeba być ostrożnym, narobicie się jeszcze solidnie. – Skrzywił się porozumiewawczo i przeszedł pomiędzy płaszczyzną platformy oraz ścianą sztolni z pewnością wskazującą na długie doświadczenie. – Nazywam się Veront, ale wszyscy mówią mi Głaz. Zobaczymy się w wolny dzień albo gdy będziecie mieli służbę porządkową.

– Herbert, Herbert Ducatti – przedstawiłem się i z nieprzyjemnym uczuciem zeskoczyłem na ziemię. Platforma zakołysała się nieoczekiwanie, wychodziło i wchodziło mnóstwo kolejnych ludzi.

Obowiązujący rozkład dnia ogłoszony został już wczoraj wieczorem. Teraz mieliśmy czas na higienę osobistą, potem miała być kolacja i czas wolny aż do rana, kiedy znów powinniśmy przystąpić do pracy. Pod ziemią pracowało się na dwie zmiany. Trzecia, o której mówiono – służba porządkowa – zajmowała się utrzymaniem obozu w porządku, czasem jego rozbudową, naprawą muru i innymi pracami. Praca trwała sześć dni w tygodniu, siódmy był wolny, o ile dowódca obozu nie zarządził inaczej. A szychty się zmieniały.

Rozebrałem się i wszedłem pod strumień lodowatej wody, dniem i nocą wylewający się z kamiennego koryta. Nasi poprzednicy wybudowali akwedukt doprowadzający wodę ze zbocza ponad nami.

– Czyścioszek, co?

Jakiś rudowłosy chłopak, którego nie znałem, przyglądał się mi z rozbawieniem. Wyglądał na nieco starszego ode mnie i jeśli się nie myliłem, należał do zespołu Zimwela. Też był nowicjuszem, ale wraz ze swymi towarzyszami dotarł do obozu dwa dni przede mną i miał już czas się zagospodarować i zorientować, jak wszystko działa. Dziś jednak byli w pracy po raz pierwszy, tak jak my.

– Dobrze jest się umyć – odparłem ogólnikowo.

Spoza dużej kupy kamieni pojawiło się jeszcze czterech. Rudzielec nie był najstarszy z nich, ale wyraźnie im przewodził.

Nałożyłem buty i szybko je zawiązałem.

– Lubisz być goły, co? Dobrze, że nie wypinasz jeszcze na mnie tyłka! – Wykrzywił twarz.

Wyglądało na to, że ma ochotę stać się kogutem, który stanie na wierzchołku kupki gnoju, albo raczej kamieni. To bardziej odpowiadałoby naszemu otoczeniu.

W cytadeli też czasem bywało trudno, ale tam nas bardziej pilnowali i do ekscesów nie dochodziło. Najwyżej kilka wybitych zębów lub złamanych kości. Tu było inaczej, zdawałem sobie z tego sprawę już w trakcie podróży. Staliśmy się już pełnoprawnymi członkami klanu, odpowiedzialnymi sami za siebie, przynajmniej oficjalnie. Rudzielec moje milczenie zrozumiał po swojemu, uważał, że mnie zastraszył. Teraz podchodził z uśmieszkiem, mając po obu stronach po dwóch kamratów.

Nie było sensu grać na zwłokę. Wyszedłem mu naprzeciw i zanim się zorientował, walnąłem go z całej siły w splot słoneczny.

Stęknął, spojrzał na mnie z niedowierzaniem i upadł. Oczekiwałem, że teraz rzuci się na mnie tych czterech, ale zupełnie osłupieli i nie wiedzieli, co robić.

– Może byście go tak podnieśli, co? – rzuciłem. – Żeby złapał oddech.

Nie patrzyli na mnie, ale raczej poza mnie. Odwróciłem się ostrożnie. Nadchodzili Duval i Bango. Żaden z nich nie był osiłkiem, jednak zdecydowanie stanęli obok mnie.

Kamraci otoczyli swego wodza, pomogli mu stanąć na nogi i odprowadzili na bok. Patrzyłem za nimi, aż nagle poczułem, że trzęsę się z zimna. A może ze strachu; udało mi się uniknąć porządnego lania. Szybko zacząłem nakładać spodnie.

– Mówiłem ci, że to nie żaden guzdrała – powiedział Bango, zwracając się do Duvala. – Kiedy idzie na poważnie, bierze sprawy w swoje ręce. A krzepę ma.

Duval zmierzył mnie taksującym spojrzeniem, aż byłem rad, że jestem choć częściowo ubrany.

– Mamy nowych kolegów – oznajmił.

Myślałem nad tym przez chwilę.

– Prędzej czy później będziemy musieli sprawę z nimi załatwić, to, co się stało tutaj, nie wystarczy – powiedziałem.

Teraz nie było już „ja”, tylko „my”. Popatrzyłem na nich, obaj przytaknęli. Odbierali rzecz tak samo. Ucieszyło mnie to. Wiedziałem, że z podobnymi uczuciami należy być ostrożnym, ale tym razem byłem pewny swego.

– No, a teraz kolacja – przerwał milczenie Bango. – Jak się spóźnimy, niczego nie dostaniemy. Byłbym bardzo niezadowolony.

Zgodziłem się z nim.

Kolację dostaliśmy na dużym drewnianym blacie z topolowego drewna, który później można było sztywną szczotką łatwo wyczyścić, polewając wodą. Jedzenie nie było niczym nadzwyczajnym, ale za to było go dużo. Tłuczone kartofle, łykowate mięso i zielenina nie wyglądały zachęcająco, ale smakowało to wszystko znakomicie. Albo byłem po prostu wygłodzony, co na jedno wychodziło, efekt był taki sam. Zjadłem całą swoją porcję i jeszcze wszystko, czemu nie dał rady Duval.

W jadalni było ciepło i nikomu nie chciało się z niej wychodzić. Ludzie ze służby porządkowej zaznajamiali się z nami, niektórzy w końcu wyciągnęli butelki wina lub palinki. Zrozumiałem, że jesteśmy oczekiwaną zmianą w życiu obozu. Z rozmów, do których za bardzo się nie mieszałem, raczej się im przysłuchując, pojąłem, że dotychczas pracowało się na jedną zmianę. Zwiększenie liczby górników wymógł sam Hardmuth.

– Ale chciał minimum trzech doświadczonych czarodziejów bojowych, jednak ich nie dostał – powiedział ktoś.

Po co tu czarodzieje bojowi? Chętnie dowiedziałbym się więcej, ale pozostawało mnóstwo spraw do załatwienia. Miałem nadzieję, że Bango i Duval wszystko mi opowiedzą.

Wstałem i wyszedłem z jadalni. Jeszcze rankiem przydzielono nam na nocleg niedawno postawiony kamienny domek – lepszą nazwą byłaby raczej kamienna chatka – składający się z jednego sporego pomieszczenia. Jak dotąd nie miałem okazji mu się przyjrzeć, zostawiliśmy tam tylko nasze rzeczy.

Okien nie było, krokwie dachu wyglądały dobrze, ale sam dach, wykonany z popękanych dachówek z łupków, na pewno przeciekał podczas deszczu. Ponieważ kamienne ściany miały grubość około metra, jasne było, że wewnątrz nie będzie ciepło. Podobnych kamiennych budowli naliczyłem dziesięć. Hardmuth wyraźnie liczył na większy przypływ ludzi; przypuszczałem, że zażądał trzydziestu czy czterdziestu pracowników, a dostał zaledwie połowę tej liczby.

Powróciłem do najważniejszego dla nas problemu: co zrobić, żebyśmy wewnątrz nie marzli. Najprościej byłoby wstawić okna. Obok kupy głazów służących jako materiał budowlany odkryłem resztki drewna, a gdzie znajdują się narzędzia, już wiedziałem. Zbiłem deski ze sobą i wsadziłem pierwsze drewniane rusztowanie w miejsce na okno. Szpar było dużo, ale lepsze to niż otwarta dziura. Do zmroku mogłem sporządzić wszystkie pięć okien, czy też okiennic.

– Nie uważasz za bardzo, co? – usłyszałem zza pleców.

Podniosłem wzrok od roboty. Byli to Bango i Duval.

– A na co?

– No na tego rudzielca i jego bandę – przypomniał Bango.

W ogóle o nich nie myślałem.

– Jak możemy ci pomóc? – zapytał Duval.

– Ty podawaj mi deski, jeśli można takiej samej długości, piła jest tutaj. A ty uszczelniaj okna. Mchem, gliną. Później będziemy mieli czas, żeby to poprawić.

Nagle zamilkłem. Kim byłem, żeby im rozkazywać? Ale oni, ku mojemu zdziwieniu, posłuchali.

Wieczorem leżeliśmy blisko siebie, a z sąsiednich domków słychać było szczękanie zębami.

– O czym myślicie? – zapytał Bango. – Bo ja o tym, jak tu będzie zimno, kiedy nadejdzie prawdziwa zima.

– A ja o tym, jak nam pójdzie z tym rudzielcem i jego bandą. Nazywa się Burghil. Ma raczej złą opinię – mruknął Duval.

Drzemałem już i nic nie powiedziałem.

– Hej. – Bango mnie szturchnął.

– Jak tu postawić kominek i wyprowadzić komin.

Bango się zaśmiał.

– No to będziemy się tego trzymać, kominek załatwi mój problem, a Duvalowi pomożemy z jego.

Obudziłem się lodowatym porankiem i na krótkich wąsach namacałem szron. Muszę częściej się golić. Zaczął się nowy dzień, a po nim następny, jeden podobny do drugiego. Dzienna zmiana zmieniała nocną, potem służba porządkowa, i znów dzienna.

* * *

Do jadalni zazwyczaj przychodziłem jako jeden z pierwszych. Duval wstawał wprawdzie wcześniej, ale poświęcał trochę czasu na swoje poranne medytacje. Był skryty, podobnie jak ja, i o swoich sprawach niewiele mówił. Nie przeszkadzało mi to, lubiłem go. Żartownisia Banga właściwie również. Uważałem, że go już znam, ale i po upływie kilku miesięcy potrafił mnie zaskoczyć. Głównie tym, że jego buzia była jeszcze bardziej wyszczekana, niż uważałem za możliwe. A do tego z pozornie mało ważnych szczegółów potrafił wyciągać bardzo trafne wnioski.

Zjadłem swoją porcję i wyszedłem, żeby się rozejrzeć.

Odetchnąłem głęboko, wpuszczając do płuc zimne powietrze. Śnieg błyszczał oświetlony blaskiem księżyca, ale na wschodzie niebo już bladło. Niedługo słońce oświeci wierzchołek najwyższej góry. Nie wiedziałem, jak naprawdę się nazywa, ale mówiono o niej Niedosiężna. Według niektórych sięgała do wysokości, na której panowało takie zimno, że aż krew marzła w żyłach.

Przez ostatnie trzy dni śnieg nie padał i służba porządkowa zdążyła już oczyścić teren obozu. Hardmuth nie cierpiał nieporządku, czy to byłby śnieg, czy błoto, czy pył albo materiał wydobyty z podziemi.

– Otworzyć bramę! – usłyszałem rozkaz dowódcy warty.

Brevier, odgadłem po głosie.

Należał do starej obsady obozu, oczywiście starej z mojego punktu widzenia. Pod jego komendą trzej wartownicy otwierali bramę z... kamieni. Nigdy wcześniej niczego takiego nie widziałem. Nie wykonano jej z żelaza ani z drewna, które tutaj było towarem trudno dostępnym, ale z kamiennych paneli spojonych czymś, co chciałbym później zbadać. Ciągle było tu co odkrywać, czego się uczyć, co robić z wolnym czasem. Mężczyźni naparli ze wszystkich sił i mechanizm wprowadzający w ruch wielotonową masę zaskrzypiał.

Pomimo że było mi zimno w nogi, zatrzymałem się, żeby zobaczyć, kto przyjechał o tak wczesnej porze. Z baszty, jak nazywano główny budynek twierdzy, zamieszkany przez Hardmutha i pozostałych czarodziejów, pośpiesznie wyszedł dowódca obozu. Wierzeje powoli się otwierały, odsłaniając widok na przybyszów. Była to karawana złożona z konnych oraz kilku załadowanych dwukółek. Musieli to być ludzie bardzo doświadczeni, a i tak, dowożąc towary aż tutaj, sporo ryzykowali.

Koła zębate przestały skrzypieć, warta usunęła się na bok, żeby umożliwić przejazd. Przywódca karawany, jeździec na silnym, dużym koniu, żadnej zachęty nie potrzebował; wjechał do środka, a za nim wszyscy pozostali.

– Brevier, zostaw jednego człowieka na warcie, a reszta niech zajmie się wierzchowcami – rozkazał Hardmuth.

Przywódca karawany zsiadł z konia, jego towarzysz, który trzymał się za nim, zawahał się przez chwilę. Zauważyłem, że jego rumak zatrzymał się na skraju zamarzniętej kałuży. Jeździec był niewysoki i obawiał się upadku przy zeskoku na śliską powierzchnię lodu. Uświadomiłem sobie, że to kobieta.

– Rad jestem, że dotarliście szczęśliwie, Demetrze – Hardmuth powitał przybyłego mężczyznę.

Przeszedłem obok nich. Nie zwrócili na mnie żadnej uwagi.

– Pomogę ci, pani – powiedziałem, przytrzymałem strzemię i zaoferowałem oparcie, żeby mogła łatwo zsiąść.

– Dziękuję.

Głos miała młody, przyjemnie brzmiący.

Przerzuciła nogę przez konia, wsparła się na mnie i ostrożnie zeskoczyła. Stanęła wyprostowana i popatrzyła mi w oczy.

Nie jestem wielkoludem, a mimo to głową sięgała mi zaledwie do ramienia.

– Jeszcze raz dziękuję.

Regularne rysy twarzy, nos, a właściwie nosek, wyraźnie zarysowane ciemne brwi i włosy schowane pod czapką, czy raczej kapturkiem, ciasno obejmującym całą twarz. Czapeczka pokryta była drobnymi kryształami, tworzącymi skomplikowany wzór. Bez trudu wyczuwałem ich aktywność. Odchylały moc od znajdującego się pod nimi mózgu.

– Nie jestem panią – z uśmiechem zwróciła mi uwagę.

Usta miała nieduże, wargi niepomalowane, ale naturalnie wyraźne, trochę spierzchnięte od mrozu. Odsłonięte w uśmiechu zęby białe jak perełki.

– Przepraszam.

Aktywne topazy przymocowano również do białego kożuszka. Chyba sobolego, nie byłem pewny. Wytwarzały one strukturę ochronną podobną do tej, która znajdowała się na czapce. Zapięty na kożuszku pas podkreślał smukłość jej sylwetki, jak również kobiecość.

– Powinna pani założyć kaptur – poradziłem jej.

– Dlaczego, młodzieńcze? – zwrócił się do mnie przywódca karawany.

Był trochę wyższy niż ja i znacznie bardziej rozłożysty. Częściowo można było złożyć to na karb okazałego brzucha.

– Jeden z kamieni na czapce zaczyna być zużyty. Czaru to oczywiście nie narusza, ale zaniża jego skuteczność.

Demeter, tak się nazywał, jak usłyszałem, popatrzył na mnie o wiele uważniej.

– Córka pod zewnętrzną czapką ma jeszcze jedną, ale dziękuję za pomoc.

Zrozumiałem, że jest to sygnał do odejścia, ukłoniłem się i ruszyłem z powrotem do jadalni. Przez tę niedługą chwilę dobrał się do mnie mróz, palce mi zdrętwiały i zaczynałem trząść się z zimna. Gorąca kawa dobrze mi zrobi.

– Wyglądasz trochę niewyraźnie – przywitał mnie Bango, stojący przed drzwiami jadalni. Duval popatrzył w milczeniu.

Jeśli oni też już przyszli na posiłek, to całe moje spotkanie musiało trwać dłużej, niż przypuszczałem. I dlatego aż tak zmarzłem.

– To jest Demeter Davaskert, handlujący aktywnymi kamieniami. Jeden z niewielu laików, którzy odważają się wjeżdżać tak głęboko w góry – wyjaśnił Duval, gdy siedliśmy nad gorącą owsianką i opowiedziałem im, co mnie spotkało.

Dolałem sobie jeszcze jedną porcję kawy. Chciałbym, żeby było w niej więcej cukru i suszonych owoców, ale i tak gorąco płynu dobrze mi zrobiło.

– Laików? – zapytałem.

– Ludzi niemających talentu do posługiwania się magią, którym Góry Północne bardzo szybko wypalają mózg – uzupełnił Bango. – Ty jesteś dziś jeszcze bardziej tępy niż zazwyczaj. Co się dzieje?

Do jego czasami niegrzecznych uwag zdążyłem się już przyzwyczaić.

– A ta dziewczyna?

– To Lenka Davaskert, jego córka.

Zamilkłem, nabierając kolejną łyżkę.

– Poważnie ryzykuje, zabierając ją ze sobą. Wystarczy głupi przypadek, uszkodzony kamień, czapka, która spadnie z głowy, a będzie z niej bełkocząca idiotka – oznajmiłem po chwili.

Duval i Bango popatrzyli na siebie.

– Zależy mu na niej, widzisz? – rzekł Bango. – Chyba się zakochał. A wystarczyło mu do tego kilka zdań zamienionych przy koniu. Tych wieśniaków biorą tu naprawdę prosto od wideł.

Na łyżce miałem resztkę owsianki, rzuciłem mu ją w twarz, a minę musiałem mieć tak groźną, że aż zasłonił się rękami.

– Czekaj, czekaj! Nie bierz tego na poważnie.

– Demeter Davaskert handluje aktywnymi klejnotami. Nie należy do tych najwyżej postawionych, ale ma bardzo dobrą opinię i dzięki temu więcej klanów chętnie robi z nim interesy. Górnik oczywiście nie spełnia warunków koniecznych do ożenku z jego córką. A o tym, żebyś ją uwiódł, możesz zapomnieć. Pilnuje jej jak oka w głowie – rzekł Duval, uważnie mi się przypatrując.

Uwieść ją? Absurd, nawet o tym nie pomyślałem. A czy się zakochałem? Zupełny idiotyzm. Chyba że Duval wiedział lepiej niż ja sam.

– Ale tak ryzykuje jej życie... – mruknąłem, zamiast protestować.

– No tak. Ale gdyby ją zostawił gdzieś bez nadzoru, to też by ryzykował. A możesz mi wierzyć, że ta czapeczka, którą widziałeś, to niejedyna ochrona, jaką mają do dyspozycji. Bo Davaskert jest bardzo sprytny i bardzo bogaty.

No tak, jeszcze i kożuszek ją chronił, przypomniałem sobie.

– Idziemy? – zapytałem, żeby skończyć tę niezbyt dla mnie przyjemną rozmowę.

Dziewczyna była piękna, nieprzeciętna.

* * *

Rąbaliśmy sztolnię zmierzającą pod północny stok, wznoszący się nad obozem. W ciągu ubiegłego miesiąca wgryźliśmy się w litą skałę na wiele dziesiątków metrów.

Światło krzemienia z mojej opaski wzbudzało chwiejące się cienie, szyja spływała mi potem, a drąg z nieludzką szybkością tłukł w ścianę. Miałem wrażenie, że pracuję tu całe życie, że kamień przede mną dobrze poznałem, umiem w nim czytać, odgadywać jego słabe miejsca i wykorzystywać je do jak najszybszego posuwania się naprzód.

Wybiłem ze ściany ponad piętnastokilogramową bryłę. Duval aż stęknął, starając się szybko ją odciągnąć. Przemieściłem grot w inne miejsce. Po długich minutach nieprzerwanej pracy rękojeści się rozgrzały, aż zaczęły parzyć, w oczy szczypała sól. Kolejny kawał skały, i kolejny. Z daleka dobiegało mnie skrzypienie kółek wózka, na jakim Bango odwoził wydobyty materiał do przekładaczy, którzy przebierali go i część odwozili na powierzchnię.

– Wystarczy, dosyć! – Uświadomiłem sobie, że ktoś do mnie krzyczy. Pękająca skała i łomot żelaza wprost ogłuszały.

Odsunąłem narzędzie od ściany i wyćwiczonym ruchem je wyłączyłem. W powietrzu unosiło się mnóstwo pyłu o woni spalonego kamienia. Poranne zimno dawno zostało zapomniane, wszyscy się rozebraliśmy i pracowaliśmy w samych koszulach.

– Co się dzieje? – zapytałem, z przyzwyczajenia niepotrzebnie krzycząc.

– Mamy ukopaną całodzienną normę, możemy odpocząć – wyjaśnił Bango.

Duval tymczasem kucnął i przyglądał się ostatnio wyrąbanemu kamieniowi.

– Coś znaleźliśmy. – Podniósł bryłę przed oczy i oglądał ją z wielką uwagą.

Kucnąłem obok niego i z bliska dostrzegłem miniaturowe kryształy, czasem nieco większe, wszystkie wrośnięte w skałę.

– Nie są widoczne – skonstatowałem, mając na myśli widzenie oczami.

– Są zatopione w kamieniu, trzeba je wydobyć i wyczyścić – przytaknął Duval. Nigdy nie słyszałem, żeby ktoś mówił o aktywnych kamieniach w taki sposób jak on. – To nie krzemienie, ale topazy – stwierdził, a potem rzucił do Banga, który próbował jak najwygodniej ułożyć się na jednej z belek: – A ty gadałeś, że Cochran nie ma pojęcia i posłał nas w złym kierunku.

– I dalej tak uważam – odpowiedział zamyślony Bango. Nawet twarde drewno było bardziej miękkie niż zwietrzały kamień. – Według mnie natrafiliśmy na odizolowaną kieszeń i dalej będzie tylko jałowa skała.

– Masz. –Duval rzucił mu bryłę kamienia. – Jest w tym solidny kryształ, daj go do kontroli. Chyba nam go zostawią. Potem możemy zrobić z nim coś pożytecznego.

Czasami mogliśmy jakiś kamień zostawić dla siebie, na potrzeby osobiste, oczywiście za zgodą kierownictwa. Hardmuth stał na stanowisku, że wszystkie znaleziska powinny podlegać jego kontroli, żeby klanowi nie umknął jakiś unikat.

– Dzięki – kiwnął głową Bango. – Czemu nie wybierzesz czegoś i dla naszego milkliwego przyjaciela? – Wskazał na mnie.

Bango gadał za nas wszystkich. Duval był małomówny, a mnie podobno wystarczały trzy słowa dziennie: „Dzień dobry” i „Dobranoc”. Przesadzał. Ale niedużo.

– Bo on w kamieniu widzi lepiej niż ja.

Jego odpowiedź zdumiała mnie, Banga również. Popatrzyłem na Duvala, ale on tylko przytaknął.

– No tak. Po prostu zauważyłem, co zrobiłeś z naszym drągiem. – Pokazał narzędzie, z którym pociłem się przez ostatnią godzinę.

Wzruszyłem ramionami.

– Ja tylko naprawiłem diagramy magiczne. Usunąłem niedokładności wynikające ze zużycia, niektóre segmenty odsunąłem od pojawiających się wad materiałowych, które mogłyby spowodować defekt. To nic takiego.

– Ktoś idzie. Cochran – syknął Duval.

Natychmiast rzuciliśmy się do pracy.

– Nie rąbać, stawiamy podstemplowanie – nakazał Duval.

To było sprytne, ta czynność była o wiele cichsza niż wydobycie i mogliśmy twierdzić, że pracujemy nad tym już od dawna.

– No to przerwa, panowie. – Duval otarł sobie czoło dokładnie w tej chwili, gdy w ciemnej sztolni pojawił się Cochran. Szedł bez światła, chciał nas przyłapać i ukarać dodatkową pracą lub służbą. – Wsporniki są przygotowane, wsadzimy je po przerwie obiadowej.

– Co to ma znaczyć? Obijacie się? Dostaniecie dodatkową zmianę – zaburczał Cochran.

– Panie, właśnie oczekujemy na przerwę obiadową – zareagował Bango. – Dobrze nam szło, na pewno wypełnimy normę.

Normę już mieliśmy wypełnioną, wystarczyło się przyjrzeć.

– Przerwa obiadowa? Za wcześnie na nią!

– Nie mieliśmy jak dotąd przerwy, pracowaliśmy cały czas, ale teraz musimy postawić stemple, wystarczy spojrzeć na te pęknięcia, skała nie jest tu zbyt wytrzymała. Potrzebujemy więcej materiału! Panie! – wykrzykiwał Bango.

Cochran skąpił drewna na podpory, według mnie aż za bardzo, co zmuszało nas do niepotrzebnego ryzyka.

– Żadnych podpór tu nie potrzeba – oznajmił, nawet się nie rozglądając. – Zabierajcie się jak najszybciej do pracy! – dodał i odszedł rozzłoszczony.

– Najlepszą obroną jest atak – stwierdził z zadowoleniem Bango. – Już nas dzisiaj zostawi w spokoju, mamy labę.

Nie posiadałem takich mocnych nerwów, ale Bango się uparł i do końca zmiany nie pracowaliśmy, tylko na samym końcu jeszcze raz uruchomiliśmy zbijak, żeby dodać do urobku chociaż jeden wózek kamieni.

Zanim skończyliśmy, wybrałem sobie dwa małe kryształy, obydwa zatopione w skale. Dotykałem ich palcami, co zintensyfikowało mój odbiór struktur magicznych. Odczucie było bardzo przyjemne.

Na powierzchni oczekiwało nas zaskoczenie. Do karawany handlarzy dołączyli nowi goście. Wystarczyła mi chwila, żebym stwierdził, co to za jedni. Klanowe kolory miałem w małym palcu, tak zresztą jak wszyscy. Do obozu zawitała delegacja Maleriatu.

– Czego oni tu, do cholery, mogą chcieć? – zapytał półgłosem Bango, zaledwie przywykliśmy do światła dziennego. – To przecież nasi wrogowie!

– Konkurenci, powinieneś powiedzieć: konkurenci – poprawił go Duval. – Chodzi o handel, Davaskert chyba się z nimi umówił właśnie tutaj. Może jesteśmy jego gwarancją.

Poszliśmy do umywalni, brudni, zakurzeni, a czarodzieje z Maleriatu obserwowali nas znudzeni. Jeden z nich nawet nie trudził się, żeby zakryć rynsztunek bojowy. Młodzik, zaledwie o kilka lat starszy ode mnie; sądząc po ilości i rodzaju wyekwipowania, czarodziej bojowy. Nie nosił zwykłego ubrania, tylko segmentową zbroję, a na niej rynsztunek. Zaopatrzony był w ogromną ilość kamieni, topazów, rubinów, szafirów. W bandolierze trzymał jakieś płytki z brązu, pokryte skomplikowanymi rycinami, a wokół pasa płytki ceramiczne, których przeznaczenie było dla mnie zagadką.

Zauważył, że mu się przyglądam, skrzywił się pogardliwie i powiedział coś do swego towarzysza. Przyśpieszyłem, żeby dogonić swoich.

– To jest Vakusi Mithel, jeden z najmłodszych czarodziejów bojowych, o jakich słyszałem – objaśnił mi Duval, chociaż o nic nie pytałem.

– Mithel to przecież także jeden z mistrzów swego klanu, prawda? – włączył się Bango. W sprawach klanowej i międzyklanowej polityki moi towarzysze byli lepiej zorientowani niż ja.

– Tak – potwierdził Duval.

– Jakaś wysoka protekcja.

To nie miało sensu i Bango musiał o tym wiedzieć, ponieważ czarodzieje bojowi mieli w klanowej hierarchii własny, szczególny status. Ponosili największe ryzyko nawet w okresie, gdy nie szalała żadna wojna klanów: spełniali specjalne zadania, których sekret nie mógł wyjść na światło dzienne. Podeszłego wieku dożywali tylko najlepsi z nich. Młody Mithel musiał mieć znaczne uzdolnienia, jeśli taką godność osiągnął. Gdyby zawdzięczał to tylko protekcji swego ojca, w krótkim czasie poniósłby śmierć.

– Czy wy nie używacie do pracy pod ziemią zwyczajnych ludzi? – usłyszałem jeszcze, jak jeden z przybyłych czarodziejów pyta Zimwela.

Hardmutha ani Davaskerta nigdzie nie widziałem, co oznaczało, że negocjują z przywódcą nowo przybyłych wewnątrz budynku. Ci na zewnątrz byli ich świtą. Pluskałem się w zimnej wodzie, starając się pozbyć warstwy pyłu, a równocześnie obserwowałem naszych gości.

Przypatrywali się obozowi, szczególnie uważnie taksując wzrokiem nasze mury, od czasu do czasu wymieniali półgłosem jakieś uwagi. Znałem słabe punkty tych murów, często o nich dyskutowaliśmy, a podczas służby porządkowej staraliśmy się je umocnić. A oni na pewno zauważyli je od razu.

W jadalni szybko nałożyłem sobie swoją porcję, a potem usiłowałem wyprosić dokładkę, niestety bez powodzenia. Ale szczęście mi dopisało. Duval, który zjadał mniej, znów się ze mną podzielił. Pilno mi było do naszego domu, który starałem się w wolnych chwilach ulepszać jak umiałem. Zabierało mi to większość wolnego czasu.

Hardmuth zezwolił nam na dostęp do narzędzi i materiałów. A jeśli ktoś potrzebował czegoś specjalnego, mógł o to poprosić podczas niedzielnego zgromadzenia, kiedy spotykały się wszystkie trzy zmiany. Przekazywano wtedy ważne informacje, wydawano rozkazy obowiązujące wszystkich. Była to jedyna sytuacja, kiedy spotykaliśmy się z dowódcą obozu. W innych przypadkach rozmawiali z nami tylko szefowie zmiany lub przewodnicy.

Przed trzema tygodniami poprosiłem o glinę do wyłożenia kominka pełniącego rolę pieca, a dziś od szefa naszej zmiany, Brahla Poltea, otrzymałem informację, że mam sobie ten materiał pobrać z magazynu. Nie mogłem się doczekać, kiedy się do tego zabiorę. Bango i Duval nie byli zbyt skorzy do pracy, ale ciepło w domu chcieliśmy mieć wszyscy, dlatego bez szemrania pomagali.

– Panie?

W pierwszej chwili nie dotarło do mnie, że to słowo skierowane jest do mojej osoby. Nikt jeszcze tak się do mnie nie zwrócił.

– Proszę? – powiedziałem niepewnie, kiedy stwierdziłem, że mówi do mnie Lenka Davaskert, jako że nikogo innego w pobliżu nie było.

Pozbyła się kożuszka. Stała przede mną w krótkim kabaciku z wąskim paskiem ozdobionym wyszywaniem ze srebrnej nici i w spodniach do jazdy konnej z jeleniej skóry, których nogawki wpuściła w wysokie, skórzane buty. Na głowie miała czapkę z ochronnymi kryształami, mocno zapiętą pod brodą. To jeszcze bardziej podkreślało owalny kształt jej twarzy.

– Dziękuję, że ostrzegliście mnie o tym kamieniu – powiedziała.

Nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Powiedziała do mnie „panie”, zwracała się przez „wy”, a ja byłem tylko zwyczajnym górnikiem. Dla nieutalentowanych może nawet czarodziejem, członkiem klanu, w rzeczywistości zaś kimś najniższym w tutejszej hierarchii.

– Nie ma za co. Po prostu nie chciałem, żeby się wam coś stało. Tutaj jest to... – Nie miałem pojęcia, jak to dokładnie ująć, i zakończyłem, mówiąc: – Po prostu niebezpieczne.

– Niebezpieczne dla ludzi nieposiadających uzdolnień magicznych – uściśliła.

– Tak.

– Cieszę się, że was spotkałam – powiedziała na pożegnanie.

Odważyłem się tylko na ukłon. Nie umiałem postępować z pięknymi dziewczynami, właściwie z żadnymi dziewczynami tego nie potrafiłem. Prawdę mówiąc, z ludźmi też nie umiałem.

Patrzyłem, jak odchodzi, i spostrzegłem Vakusiego Mithela. Przyglądał mi się z wyraźną złością. Pojąłem, że jemu również podobała się Lenka Davaskert. Komu zresztą mogłaby się nie podobać? Jego zazdrość była niepotrzebna, między nami ziała ogromna przepaść bogactwa i pozycji społecznej, a co więcej, ja byłem niewolnikiem klanu na dwadzieścia lat.

Zapewne czarodziej uświadomił sobie ten stan rzeczy, bo rozluźnił się, oparł wygodnie o stos drewna przeznaczonego do stemplowania i zadowolony, zaczął bębnić palcami po grubo pociętych belkach. Nadal obserwował przechodzącą dziewczynę, podobnie jak ja.

Skupiłem się na pracy, żeby odpędzić wspomnienie jej niebieskich oczu, piersi, których nie zdołało ukryć nawet zimowe ubranie, i lekkiego ruchu bioder, gdy szła.

Zaniosłem do naszego domku wszystkie pięć obwiązanych słomą bloków gliny, które pobrałem z magazynu. Zamarzła i była twarda jak kamień. Namyślałem się, co robić dalej. Właściwy kominek z kamienia był już postawiony, pracowałem nad tym prawie trzy miesiące. Zbudowałem go z granitu, którego było wokół pod dostatkiem. Wbrew przepisom wypożyczyłem sobie zbijak i usprawniłem go tak, żeby z granitowych głazów wyrzeźbić foremne bloki o wymaganych rozmiarach. Mimo moich wysiłków dym przenikał szparami do pomieszczenia. Dlatego miałem zamiar oblepić kominek kamiennymi płytkami, a do tego potrzebna była glina.

Teraz powinienem rozrobić ją z wodą, żeby można było wszystko rozsmarować i na końcu zmieszać ze słomą. Z powątpiewaniem spoglądałem na materiał, który musiałem przepracować. Zapowiadało się mnóstwo mozolnej pracy na wiele dni. A jeśli nastąpi okres tęgich mrozów, podczas których pękały nawet drewniane belki podtrzymujące dach, to mogę z tą robotą nie zdążyć przed końcem zimy.

Zawiasy naszych drzwi, zrobione z gwoździ i blaszanych tulejek giętych na zimno, zaskrzypiały. One również potrzebowały ulepszenia.

– Przyszliśmy tutaj, bo zniknąłeś, nic nam nie mówiąc – wykrzykiwał Bango już z przedsionka.

Kolejną barierą zatrzymującą ciepło wewnątrz była zasłona ze skóry. Usłyszałem, że drzwi się zamykają i że Duval też tu jest. Weszli do środka.

– Wyglądasz jakoś dziwnie. O czym myślisz?

– O tym, jak najszybciej uruchomić kominek – odparłem, ale to nie była prawda. Cały czas miałem przed oczami obraz Lenki Davaskert.

– Jak możemy ci pomóc? – zapytał praktyczny Duval.

– Przynieście wody, zdejmijcie buty – poleciłem. Wskazując na twarde bloki gliny, dodałem: – Musimy to rozdeptać na gęstą masę.

* * *

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Czarodziej

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Demon

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Weteran

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Epilog

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Książki Miroslava Žambocha wydane nakładem naszego wydawnictwa

SierżantMroczny Zbawiciel – tom 1Mroczny Zbawiciel – tom 2Wylęgarnia. Śmierć zrodzona w PradzeWylęgarnia 2. Królowa śmierciŁowcyPercepcjaW służbie klanu

Cykl o Baklym:

Bez litościCzas żyć, czas zabijać

Cykl o Koniaszu:

Na ostrzu noża – tom 1Na ostrzu noża – tom 2Krawędź żelaza – tom 1Krawędź żelaza – tom 2Koniasz. Wilk samotnik – tom 1Koniasz. Wilk samotnik – tom 2

Cykl o agencie JFK:

JFK 1 – PrzemytnikJFK 2 – Nie ma krwi bez ogniaJFK 3 – Miecz i tomahawkJFK 4 – Armie NieśmiertelnychJFK 6 – Ze śmiercią za plecamiJFK 7 – Płonące Anioły

copyright© by Miroslav Žambochcopyright © by Fabryka Słów sp. z o.o., lublin 2014 copyright © for translation by Andrzej Kossakowski, 2014

tytuł oryginału Ue Službách Klanu

wydanie i

isbn 978-83-7964-009-6

Wszelkie prawa zastrzeżone All rights reserved

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

projekt i adiustacja autorska wydania Eryk Górski, Robert Łakuta

projekt okładki black gear Paweł Zaręba

grafika na okładce Dominik Broniek

redakcja Michał Cetnarowski

korekta Agnieszka Pawlikowska

skład wersji elektronicznej pan@drewnianyrower.com

sprzedaż internetowa

zamówienia hurtoweFirma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o. sp.j. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 tel./faks: 22 721 30 00 www.olesiejuk.pl, e-mail: hurt@olesiejuk.pl

wydawnictwoFabryka Słów sp. z o.o. 20-834 Lublin, ul. Irysowa 25a tel.: 81 524 08 88, faks: 81 524 08 91www.fabrykaslow.com.pl e-mail: biuro@fabrykaslow.com.plwww.facebook.com/fabryka


Ta nie miała lat siedemnastu ani dwudziestu, nie była też jakąś wybitną pięknością, ale to, jak się poruszała, jaki miała wyraz twarzy i skupione spojrzenie, nawet jaki miała wykrój warg, wszystko to powodowało, że nie spuszczałem z niej oczu.