Śmierć zrodzona w Pradze - Miroslav Žamboch - ebook
Opis

Kim ty w ogóle jesteś? Pieprzony Bond w spódnicy?

Marika Zahaňská to młoda, wysportowana i niezwykle seksowna kobieta.

Pracuje jako asystentka w wyższej szkole i - nie licząc problemów uczuciowych czy pojawiającego się czasami debetu na koncie - prowadzi stosunkowo spokojne życie.

Do czasu.

W ciemnej uliczce gdzieś za Książęcą w Pradze natknie się na uzbrojonego bandytę i młodego człowieka, który pomoże jej wydostać się z tarapatów. W ciągu zaledwie kilku godzin wplącze się w niebezpieczną grę, którą prowadzą między sobą wywiad amerykański, poszukujący walizek nuklearnych i czesko-rosyjska mafia atakowana przez tajemniczych najemników.

Wyjaśnienie zagadki, śmierć albo życie, znajduje się właśnie w Pradze.

Tapety na pulpit:

1280x800:

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 431

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Marika Zahaňská to młoda, wysportowana kobieta. Pracuje jako asystentka w szkole wyższej i – nie licząc problemów uczuciowych czy pojawiającego się czasami debetu na koncie – prowadzi stosunkowo nudne i spokojne życie. Do momentu, kiedy w ciemnej uliczce gdzieś za Książęcą w Pradze natknie się na uzbrojonego bandytę i młodego człowieka, który pomoże jej wydostać się z tarapatów. Spotkanie to przewraca jej życie do góry nogami. W ciągu zaledwie kilku godzin wplątuje się w niebezpieczną grę, którą prowadzą między sobą wywiad amerykański, poszukujący walizek nuklearnych, i czesko-rosyjska mafia atakowana przez tajemniczych najemników, przy których agenci cia są równie niebezpieczni, co drużyna harcerska na obozowej musztrze. A wyjaśnienie tajemnicy, śmierć albo życie, znajduje się właśnie w Pradze...

Napisanie tej książki wymagało mrówczej pracy przy wyszukiwaniu i weryfikowaniu informacji. Dziękuję wszystkim osobom, które przyczyniły się do jej powstania, za ich bezinteresowną pomoc:

Milenie M. za „ogrom” krytycznych i pożytecznych uwag, które pomogły mi wyszlifować cały tekst do postaci, w jakiej macie go w tej chwili przed sobą, Ondřejovi J. za mnóstwo informacji, zwłaszcza z dziedziny medycyny, dotyczących właściwości komórek, wytrzymałości ludzkich stawów i tym podobnych, Pavlovi K. za precyzyjną analizę partii tekstu zawierających wysoko wyspecjalizowane treści, Jirkovi V. za ciekawostki z dziedziny motoryzacji, dzięki którym bohaterowie książki nie jeżdżą nieistniejącymi samochodami, Janie J. za przeprowadzenie badań socjologicznych, z których dowiedziałem się wielu ciekawych rzeczy, a podczas lektury Wylęgarni dowiecie się ich również i wy, Františce V. za inspirację.

Miroslav Žamboch

KSIĘGA PIERWSZA

Rozdział pierwszy

Kobieta w ciemnościach

Znowu się nie zjawił. Stałam w holu kina jak jakaś głupia gęś. Miałam nadzieję, że lada chwila nadejdzie, uspokoi mnie chociaż odrobinę oryginalnym i wiarygodnym usprawiedliwieniem. Ale, jak powszechnie wiadomo, nadzieja matką głupich. Nie zadzwonił, nie wysłał nawet sms-a. Wytrzymanie naporu spojrzeń przechodzących obok mężczyzn po jakimś czasie stało się ponad moje siły. Ruszyłam w stronę wyjścia.

Źle się dzieje w państwie duńskim, skoro z moim wyglądem jedyne, na co można liczyć, to pożądliwy wzrok facetów. A kiedy ma już dojść do czegoś więcej niż tylko na wpół skrytego, pełnego podziwu i uznania dla moich wdzięków spojrzenia, nie przychodzą na spotkania i ulatniają się jak kamfora. Zaczęłam się nawet zastanawiać nad poradą psychiatryczną, ale szybko porzuciłam te myśli. Ostatni konował próbował pozbawić mnie kompleksów na kozetce relaksacyjnej. Nie byłam zainteresowana. Szukałam chłopaka, faceta, z którym mogłabym pójść do kina, pojechać nad wodę, a w niedzielę aż do południa wylegiwać się w łóżku i rozkoszować słodkim nicnierobieniem. Nie szukałam znajomości na jedną noc. Większość kobiet ich nie szuka.

Pogrążona w analizie swoich pragnień i kompleksów, przestałam myśleć o tym, którędy wracam do domu. Wąskie, kręte uliczki, którymi szłam na skróty, nie były zbyt bezpieczne nawet zaraz po zmierzchu, a co dopiero późno w nocy.

– Portfelik! I z tej kurteczki też możesz wyskoczyć! – usłyszałam. Natychmiast się zatrzymałam. Odrobinę za późno, o mało co na nich nie wpadłam.

Mówił ten niższy, trzymając na muszce swoją ofiarę, jakiegoś faceta. Miał trochę przytłumiony i nerwowy głos. W ciemnościach jego twarz wyglądała jak biała plama.

– A ta laska to z tobą? Ją też możesz zostawić – wykrzywił gębę i na chwilę wycelował we mnie lufę pistoletu. W jego uzębieniu brakowało kompletu jedynek.

– Eee? – bąknął w moją stronę ten napadnięty.

Był młody. Powiedziałabym, że zbyt młody, żeby mi się spodobać. O dziwo, nie czuł strachu, sprawiał raczej wrażenie zakłopotanego. Jego wyblakły welinowy płaszcz sięgał aż do kostek i wyglądał na bardzo drogi.

– Ta dama nie jest ze mną, ale oddam panu portfel, a pan pozwoli nam odejść – zaproponował obojętnym głosem, tak jakby myślami błądził zupełnie gdzie indziej.

Nie wiedziałam, czy się bać, czy przeklinać swoją głupotę, przez którą wpakowałam się w tę kabałę. A może cieszyć się, że bez większych problemów wyjdę z tego cało? Wzięłam głęboki oddech. Czółenka to nie najlepsze obuwie do biegania, ale dałabym radę zrzucić je po dwóch krokach.

– Nie, nie, nie. Kasiora, kufaja i jeszcze ten lachon. Wtedy możesz se iść – powtórzył swoje warunki oprych.

Byłam gotowa do biegu. Chciałam ruszyć w momencie, kiedy chłopak wyciągnie portfel.

– Pańskie warunki są nie do przyjęcia. Czy to ostateczne stanowisko? – upewniał się elegant, zupełnie jakby prowadził negocjacje biznesowe.

Rabuś machnął tylko pistoletem. W ogóle do niego nie docierało, że ten chłopak nie traktuje jego gróźb poważnie.

– Jak nie chcesz kulki w brzuchu, to wyskakuj z fantów!

Mój wzrok stopniowo przyzwyczajał się do półmroku. Pozostałe części garderoby młodzieńca również należały do tych z górnej półki cenowej. Taki francuski piesek, dziecko bogatych rodziców. Nie bardzo mogłam zrozumieć, co robi w tym przeklętym zaułku.

– W porządku, dostanie pan wszystko, czego pan żąda – powiedział dużo ciszej i sięgnął za pazuchę. Łokieć wyciągnął trochę wyżej, jakby jego kieszeń sięgała aż gdzieś pod pachę. Zorientowałam się, że nie łapie za portfel, ale do oprycha w ogóle to nie docierało.

Huknął strzał, rabuś padł na ziemię, a jego broń z głuchym stuknięciem uderzyła o bruk.

Dotarło do mnie, że oddycham tak szybko, jakbym przebiegła sprintem sto metrów. Zacisnęłam pięści. Powinnam była zdecydować się na pierwsze rozwiązanie i uciec.

– Proszę mi pomóc! Może zdążymy go jeszcze uratować!

Zatkało mnie. Po chwili ściągałam z umierającego faceta ubranie, próbując przypomnieć sobie zasady pierwszej pomocy w przypadku rany postrzałowej płuca. Elegancki młodzieniec wzywał tymczasem karetkę przez telefon komórkowy.

– Gdzie my jesteśmy?

Najwidoczniej nie znał Pragi.

– Niech mu pan to przytrzyma na ranie, ja to załatwię – syknęłam, wyrwałam mu telefon i wytłumaczyłam operatorowi, jak się najszybciej dostać do jednej z tych uliczek za Książęcą.

Szybko przyklęknęłam przy niedoszłym rabusiu. Mimo naszych starań rana obficie krwawiła. W półmroku twarz pechowca wyglądała na białą jak śnieg.

– Nogi do góry – rozkazałam.

Nieznajomy natychmiast wykonał polecenie.

– Nie miałem zamiaru go zabić, ale trzymał w ręku broń. Musiałem go skutecznie obezwładnić, to podstawowa zasada samoobrony – powiedział cicho. – Miał szczęście, że zostawiłem czterdziestkę piątkę w domu, niewygodnie się ją nosi pod marynarką.

Dobrze go rozumiałam. Nie chciałam, żeby ten śmieć nam tu zszedł, ale z drugiej strony sytuacja wyglądała o wiele lepiej, niż gdybym to ja leżała na bruku – albo mój młody towarzysz niedoli. Ten oprych na pewno by nam nie pomógł.

– Będę zeznawała na pańską korzyść. Machał bronią, zmuszał pana, żeby mnie pan tu zostawił. Wykonał niebezpieczny gest, wypowiadał groźby karalne i wtedy pan do niego strzelił – powiedziałam w moim przekonaniu całkiem spokojnie. Jednocześnie zaczęło mną telepać z powodu przeżytego stresu.

Bałam się, cholernie się bałam, że ten bydlak umrze.

– Oczywiście – przytaknął młodzieniec na wpół nieobecnym tonem.

– Czy zna pan jakiegoś prawnika? Powinien pan do niego natychmiast zadzwonić – podsunęłam mu pomysł.

Dźwięk syren rozbrzmiewał coraz bliżej. Samochód z czerwonym krzyżem na masce wjechał rozpędzony w uliczkę, policja się spóźniała. Chwilę później łapiduchy i lekarz poprosili, żebyśmy odeszli od rannego.

– Chyba mam – prawie krzyknął chłopak, wyciągnął z kieszeni notes i zaczął coś gorączkowo zapisywać.

To musiał być wariat.

Pierwszy radiowóz właśnie zatrzymał się za karetką.

– Tego prawnika – dodał. Popatrzył na mnie, a potem wbił spojrzenie gdzieś w sobie tylko znany świat i podał mi wizytówkę. – Jest bardzo dobry, proszę się na mnie powołać. Z pewnością pani pomoże.

Wariat. To on potrzebował prawnika, nie ja.

Rozdzieliło nas dwóch policjantów. Kiedy dobiegli do nas technicy, zrobił się jeszcze większy chaos. Z miejsca zadali mi kilka pytań, a potem zaprosili do auta. Śmierdziało w nim wymiocinami, ale kiedy popatrzyłam na swoje dłonie i ubranie, było mi właściwie wszystko jedno. Wyglądałam, jakbym własnoręcznie obdarła ze skóry całą klientelę pubu albo dyskoteki. Nagle przyszła mi do głowy głupia myśl – czy w pralni chemicznej dadzą sobie z tym radę? Miałam nadzieję, że tak, bo brakowało mi pieniędzy na dokupienie czegoś do szafy.

A przecież wyszłam tylko na randkę.

Kiedy radiowóz zahamował, zadałam sobie pytanie, czy coś takiego zdarza się też innym, czy tylko mnie.

Formalności na komendzie zajęły dwie ciągnące się w nieskończoność godziny. Przesłuchujący mnie oficer permanentnie mylił na klawiaturze przyciski „Z” i „Y”, a na domiar złego komputer dwa razy się zawiesił.

Po trzech filiżankach lurowatej kawy bolał mnie żołądek, czułam się brudna i wstrząsały mną dreszcze.

– Nie powinna pani pałętać się tak ubrana po ciemnych uliczkach – oficer zakończył przesłuchanie morałem. Przesunął przy tym wzrokiem po mojej kiecce, kończącej się wysoko nad kolanami.

Zerkał zresztą ot tak, niby przypadkiem, przez całe przesłuchanie. Byłam zmęczona i wściekła jednocześnie, a ta uwaga skapnęła z jego ust jak kropla, która przepełnia czarę.

– Proszę pana – rzuciłam ostro – to wasz obowiązek stać na straży prawa i porządku. Dostajecie za to pieniądze. To, że nie powinnam chodzić tak ubrana ciemnymi uliczkami, świadczy o waszej nieudolności. I jeśli dalej będzie mnie pan tu trzymał bez obecności policjantki, mój prawnik natychmiast złoży zażalenie na ręce pańskich przełożonych, a ja pana oskarżę o molestowanie!

Mina wyraźnie facetowi zrzedła. Przez chwilę zastanawiał się, jak zareagować na moje dictum, ale ostatecznie dał sobie spokój.

– Będziemy powoli kończyć. Mam pani numer telefonu, skontaktuję się z panią, jeśli będziemy czegoś potrzebowali – starał się zachować równowagę pomiędzy formą i treścią wypowiedzi. – Za moment wracam – zakończył efektownie.

Totalnie wyczerpana i zniesmaczona czekałam na niewygodnym krześle na rozwój sytuacji. W momencie kiedy naszła mnie ochota na czwarty kubek kawy, oficer wrócił.

– Jeśli pani sobie życzy, odwiozę panią do domu – zaproponował od drzwi.

– Dziękuję.

Kiedy szliśmy do wyjścia, w komendzie panowała grobowa cisza. Policjanci spoglądali na mnie ukradkiem – z pewnością zostali ostrzeżeni przez przełożonego.

Prawie zrobiło mi się go żal.

Rozdział drugi

Egzotyczna noc

Moja kawalerka w kamienicy z okresu międzywojennego wydawała się rajem po całonocnej golgocie. Miałam gdzieś rachunek za wodę. Ułożyłam się wygodnie w wannie i leżałam tak, dopóki nie zaczęły mi się kleić oczy, a potem zanurzyłam się naga w pachnącej pościeli. Ostatnia rzecz, jaką pamiętam, to pisanie sms-a z prośbą o usprawiedliwienie mojej nieobecności w pracy.

Obudziłam się po dziesiątej z czystym i jasnym umysłem. Wczorajszy dzień nie był może taki, jak go sobie zaplanowałam, nie miał jednak żadnych tragicznych następstw – oczywiście prócz zakrwawionych i prawdopodobnie zniszczonych ciuchów.

W łazience postałam chwilę w zadumie przed lustrem. Koleżanki często powtarzają, że zazdroszczą mi wyglądu. Wysoka, szczupła, piersi co prawda nieco za małe, ale większe przeszkadzałyby mi przy skakaniu i w ogóle w ruchu. Może jestem też zbyt umięśniona – to wina sportu albo po prostu taka budowa ciała. Ale jak to się, do cholery, stało, że te same koleżanki znalazły już w miarę przyzwoitych facetów, a ja ciągle jestem sama? Odepchnęłam od siebie te przemyślenia, zanim zaczęły jadowicie kąsać i zatruwać umysł.

Zwolniłam się z porannych zajęć na temat wpływu długotrwałego wysiłku ruchowego na ekstremalne stany fizjologiczne, ale na popołudniowe zamierzałam iść. Choć zarobki asystenta na uczelni nie są szczególnie atrakcyjne, nie mogłam sobie pozwolić na stratę tego źródła dochodów.

Włożyłam zwykłe bawełniane majtki, wypłukałam wczorajsze koronkowe cudeńka, wskoczyłam w dżinsy, T-shirt i bluzę z polaru. Przed zajęciami chciałam wyskoczyć jeszcze na godzinkę aerobiku i trochę się porozciągać w siłowni. Większość moich rzeczy została u Jurka, ale nawet po trzech miesiącach nie miałam ochoty się z nim kłócić.

Zakrwawione bolerko, halkę i krótką spódnicę wepchnęłam do torby. Miałam nadzieję, że nie wyrzucą mnie z pralni, kiedy to zobaczą. Krew zdążyła już zbrązowieć i wyglądała jak każde inne zabrudzenie. Wyleciała mi przy tym wizytówka, którą dostałam od tego chłopaka. Widniało na niej nazwisko Josef Josifovicz Gubkin i numer komórki.

Przez chwilę się wahałam, ale w końcu sięgnęłam po telefon, sprawdziłam stan konta i zadzwoniłam.

– Słucham? – odezwał się ktoś przyjemnym barytonem.

Przyjemnym i ciekawym.

Dotarło do mnie, że właściwie nie wiem, co powiedzieć. Cała wczorajsza noc jawiła się jakby odrobinę nierzeczywista.

– Dzwonię do pana w sprawie pewnego młodego człowieka. W zasadzie nawet nie wiem, jak on się nazywa. Wczoraj został zatrzymany przez policję, a ten numer dał mi jako kontakt do swojego prawnika. Chciałabym tylko zapytać, czy udało mu się z panem skontaktować.

– Nie dzwonił do mnie – usłyszałam po krótkiej pauzie. – Byłbym zobowiązany, gdyby zechciała pani przedstawić zaistniałą sytuację bardziej szczegółowo.

Zawahałam się.

– Wczoraj spędziłam całą noc na posterunku policji. Nie chciałabym ciągnąć tej sprawy dłużej niż to konieczne – spróbowałam odmówić.

– Wydam polecenie, by przyjechał pod pani mieszkanie samochód z szoferem, a z mojej kancelarii zostanie pani odwieziona, gdzie tylko sobie pani zażyczy.

Tyle mogłam zrobić dla chłopaka, dzięki któremu nie miałam wczoraj większych problemów.

– Dobrze, poczekam na pańskiego człowieka na Vodiczkowej przy McDonaldzie.

– Jak panią rozpozna?

– Jak ja go rozpoznam? – odbiłam piłeczkę.

– Oczywiście, rozumiem. Czarny płaszcz, czarny kapelusz, wysoki, opalony. W ręku będzie miał gazetę zwiniętą w rulon.

– Dobrze, za pół godziny koło McDonalda – ostatecznie potwierdziłam i przerwałam połączenie.

Wystarczyła jedna rozmowa, żeby się znaleźć w samym środku akcji jakiegoś filmu sensacyjnego. Prawie mnie to rozśmieszyło.

Rozpoznałabym kierowcę i bez tej gazety. Wyglądał jak typowy czarny charakter z westernu z lat sześćdziesiątych. Samochód, do którego otworzył mi drzwi, bezczelnie tarasował drogę tramwajowi.

– Praga jest strasznie zakorkowana. Trochę potrwa, zanim dojedziemy do gabinetu pana Gubkina – powiedział, kiedy wsiadł zaraz po mnie do samochodu. – Jeśli ma pani ochotę, może się pani posilić czymś z minibaru – zaproponował, a następnie skupił się już tylko na prowadzeniu. Mówił z jakimś dziwnym, ledwo wyczuwalnym akcentem. Nie potrafiłam wywnioskować na jego podstawie, skąd pochodził ten facet.

Silnika prawie nie słyszałam, a hałas generowany przez ruch uliczny był mniej uciążliwy niż u mnie w domu. Delikatny szum klimatyzacji, w powietrzu subtelna woń wypalonych cygar i likieru, którą prawdopodobnie nasiąkła tapicerka. Sięgnęłam do baru, żeby nie czuć się jak mała dziewczynka w czasie wizyty u wujka. Pełen zestaw alkoholi i cygar. W lodówce znalazłam kawę mrożoną, na którą poczułam nagle dziką ochotę.

Droga zajęła nam ponad pół godziny. Kancelaria pana Gubkina znajdowała się w jednym z domów na Małej Stronie, w pobliżu japońskiej ambasady. Za drzwiami wejściowymi, doskonale dobranymi do utrzymanej w klasycznym stylu fasady, czekał ochroniarz. Zaprowadzono mnie do przedpokoju, w którym urzędowała sekretarka. Meble, dystyngowana asystentka, na ścianach obrazy – wszystko to stanowiło immanentną część panującego tu przepychu. Kobieta zmierzyła mnie z góry na dół badawczym wzrokiem, nacisnęła kilka przycisków na pulpicie i natychmiast otworzyły się drzwi po jej lewej stronie.

Pojawił się w nich niski, korpulentny mężczyzna w znakomicie skrojonym garniturze.

– Jestem zaszczycony, że zechciała pani przyjąć moje zaproszenie – powiedział, kłaniając się.

W dżinsach i polarze nawet nie pretendowałam do miana damy, ale zarówno on, jak i jego pracownica zachowywali pełną powagę.

W związku z tym ja też postanowiłam być maksymalnie poważna.

Przy obowiązkowej w takich sytuacjach kawie, która smakowała mniej więcej trzykrotnie lepiej od tej na komisariacie, opowiedziałam o wczorajszym zajściu. Gdy tylko skończyłam, facet podniósł słuchawkę i połączył się z jakimś oficerem policji. Sądząc po rozmowie, wysoko postawionym w policyjnej hierarchii.

– W porządku, zakładam, że wszystko jest tak, jak mi pan powiedział. Jeden z moich pracowników stawi się po pana Alexandra. Z niecierpliwością czekam na niedzielną partyjkę golfa – zakończył rozmowę Gubkin. – Alexander nie prosił o prawnika. Właściwie, jeśli mam być szczery, nie przejawiał zbytniej ochoty do rozmów na komisariacie – zdradził mi. – Pani wizyta była dla nas nieoceniona, madame. Gdyby potrzebowała pani porady prawnej bądź jakiejkolwiek innej pomocy, będzie pani łaskawa zwrócić się bezpośrednio do mnie. Numer telefonu, który otrzymała pani od Aleksa, proszę sobie zostawić, ale nikomu go nie dawać. Jest, ekhm, bardzo prywatny.

Forma pożegnania nasuwała skojarzenia z brazylijską telenowelą – szofer pana Gubkina zawiózł mnie zgodnie z obietnicą do Podolí, dzięki czemu miałam jeszcze czas na godzinkę aerobiku u Svietlany. Potem poćwiczyłam jeszcze trochę w klubie fitness, poszłam do sauny i tramwajem pojechałam na zajęcia. Studenci byli zawiedzeni, że nie mam spódnicy, studentki szeptały miedzy sobą, że ktoś musiał mi porządnie przetrzepać tyłek, skoro nie pokazuję „tych swoich nóg”. Chociaż jeden plus.

Całe popołudnie pisałam pracę związaną z grantem, dzięki któremu mogłabym wyjechać w Andy. Zdążyłam jeszcze odrzucić zaproszenie na bilard. Mieli się tam spotkać ludzie z naszego klubu wspinaczkowego, ale wszyscy byli w parach – jako singiel źle bym się między nimi czuła.

Ze szkoły wyszłam dopiero wieczorem. Rozejrzałam się, minęłam przystanek tramwajowy i ruszyłam piechotą na następny. Natężenie ruchu na ulicach o tej porze malało, a ja potrzebowałam spaceru, żeby się pozbyć podłego nastroju. Piątki są najgorsze. Wszyscy gdzieś się bawią, a ja jestem sama.

Kiedy przechodziłam przez jezdnię, zorientowałam się, że śledzi mnie facet w dżinsowej marynarce. Zauważyłam go już w szkole, kiedy czytał coś na tablicy ogłoszeń. Znajdował się blisko, gdybym weszła do tramwaju, z pewnością zdążyłby za mną wskoczyć. Założyłam plecak na obydwa ramiączka i wydłużyłam krok. Nauczyłam się szybko chodzić już jako mała dziewczynka. Było jeszcze zbyt jasno, żeby się poważnie bać. A nawet jeśli, to co? W domu zawsze mieli do mnie pretensje, że jestem przesadnie i niezdrowo odważna.

Przez cały czas utrzymywałam taki sam dystans. Mój ogon poruszał się jakoś tak niezgrabnie. Jego ruchy wyglądały na coś pomiędzy chodem a kłusem, jak u ludzi, którzy za nic w świecie nie chcą biegać. Wzruszyłam ramionami. Miałam na sobie trampki i dżinsy, właściwie dlaczego by go nie przećwiczyć?

Obejrzałam się po kilku krokach. Biegł za mną! Było mu wszystko jedno, czy go zobaczę, czy nie? To mnie zaniepokoiło. Narzuciłam regularne tempo. Zdecydowałam się po prostu zwiększyć dystans i wskoczyć do jakiegoś tramwaju. O dziwo, cały czas utrzymywał tę samą odległość! Przyspieszyłam i biegłam tuż przy krawędzi chodnika, żeby nie kluczyć pomiędzy przechodniami. Wyregulowałam oddech, na czole pojawiły się pierwsze krople potu. Nie mógł wytrzymać długo tego tempa. Ja – dwa, trzy kilometry na pewno. Nie zwracałam uwagi na pełne zdziwienia spojrzenia i zrobiłam minę, jakby bieganie po ulicach wśród spalin stanowiło dla mnie część codziennej aktywności. Nareszcie przystanek. Już chciałam wsiąść do tramwaju, ale zauważyłam go w identycznej odległości jak na początku naszej zabawy w ganianego.

Twarz blada i obojętna, jakby to szatańskie tempo nie kosztowało go zbyt wiele wysiłku. Musiał być w doskonałej formie, choć wcale na takiego nie wyglądał.

Przez chwilę zastanawiałam się, czy nie zacząć krzyczeć, ale stwierdziłam, że to bez sensu. Co powiem – że mnie ten facet goni? Zwolniłam. On też. Przestałam biec. On też. Właściwie do domu nie miałam już daleko. Jeśli chciał mi coś przekazać, to z pewnością nie na ulicy przy świadkach. A może tylko sprawdzał, gdzie mieszkam? Ta myśl zdenerwowała mnie jeszcze bardziej.

Zatrzymałam się i odwróciłam w jego stronę. On też się zatrzymał. Stał dziesięć, piętnaście metrów ode mnie z rękami w kieszeniach i pochyloną głową. Niski, kręcone włosy, żylasty, ale na sprintera nie wyglądał. Sięgnęłam do plecaka po gaz łzawiący, ukryłam pojemnik w dłoni i ruszyłam w jego stronę. Matka zawsze twierdziła, że jestem wariatką. Poniekąd podzielam jej opinię.

Zmieszał się, odwrócił i szybkim krokiem ruszył przed siebie. Ulżyło mi. Zniknął za rogiem, a ja błyskawicznie skręciłam w jakąś boczną uliczkę, potem na następnej krzyżówce jeszcze raz. Pozbyłam się go albo on pozbył się mnie.

Nieco spokojniejsza wróciłam do domu. Gdy tylko wbiegłam na piętro, zdębiałam – przed drzwiami mojego mieszkania siedział jakiś facet. Musiał już bardzo długo czekać – drzemał z głową opartą o drzwi. Na oczy miał zsunięty kapelusz.

Sięgnęłam do kieszeni po gaz łzawiący i niechcący brzęknęłam kluczami. To go obudziło. Poruszył się i uchylił rondo kapelusza. Rozpoznałam chłopaka, którego spotkałam wczoraj w tak niemiłych okolicznościach.

– Dzień dobry, nazywam się Alexander Rubin. Przyszedłem do pani – zawahał się – podziękować za to, co pani dla mnie zrobiła – dokończył i wstał.

Był młody, ale nie aż tak, jak mi się wczoraj wydawało. Moje pierwsze wrażenie wynikało zapewne z jego postawy i trochę naiwnego, czy może raczej niewinnego spojrzenia.

– Nie poszłaby pani ze mną na kolację?

Powiedział to bez ogródek, prosto z mostu, z rozpaczliwym błaganiem w oczach.

Zawahałam się. Byłam brudna i spocona, właściwie go nie znałam, ale z drugiej strony czemu nie? Intrygował mnie, poznałam go w bardzo ciekawych okolicznościach.

– A zaczeka pan na mnie? Na zewnątrz – uściśliłam.

– Oczywiście, z przyjemnością – odparł z uśmiechem.

Zostawiłam go na korytarzu i wbiegłam do mieszkania. Wzięłam prysznic, naciągnęłam ciemnobrązowe pończochy ze szwem, prezent od mamy na imieniny, założyłam ulubioną spódnicę i nałożyłam tapetę. Już dawno nikt mnie nie zaprosił na kolację, a mówiąc ściślej, nikt, kogo zaproszenie bym przyjęła. On spłacał swój wczorajszy dług, a ja chciałam to wykorzystać. W każdym razie był co najmniej tajemniczy. Po niespełna półgodzinie wyszłam na zewnątrz.

Ciągle siedział na schodach, mój widok wyrwał go z zadumy.

Badawczo, prawie jak laborant obserwujący preparaty pod mikroskopem, otaksował mnie wzrokiem.

– Bardzo pani w tym ładnie – ocenił z uśmiechem.

Był dziwny. Był inny. Widział mnie, krótką spódnicę, dopasowany do niej żakiecik do pasa, bluzkę podkreślającą biodra, z linią stanika, a jednocześnie jakby nie widział. Kobiety – a przynajmniej ja – nie interesowały go.

– Idziemy? – odpowiedziałam na jego uśmiech.

Po schodach szedł pierwszy i przytrzymał mi drzwi, kiedy wychodziłam. Uroczo staroświecki.

Wybrał restaurację, w której za swoje dzienne wynagrodzenie mogłabym zamówić jedynie przystawkę – pod warunkiem, że wybrałabym którąś z tych tańszych.

– Jestem w Pradze dopiero od tygodnia, a ten lokal polecił mi mój stryj, Josef. Jem tutaj codziennie.

– Josef Gubkin to pana stryj? – zdziwiłam się.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Copyright© Miroslav ŽambochCopyright © by Fabryka Słów sp. z o.o., Lublin 2009 Copyright © for translation by Rafał Wojtczak, 2009

Tytuł oryginału: Líheň Smrt zrozená v Praze

Wydanie I

ISBN 978-83-7574-493-4

Wszelkie prawa zastrzeżone All rights reserved

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

Projekt i adiustacja autorska wydania: Eryk Górski, Robert Łakuta

Projekt oraz grafika na okładce: Piotr Cieśliński

Ilustracje: Filip Myszkowski

Redakcja: Łukasz Małecki

Korekta: Ewa Hartman, Magdalena Byrska

Skład wersji elektronicznej: pan@drewnianyrower.com

Sprzedaż internetowa:

Zamówienia hurtowe:Firma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o. sp.j. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 tel./faks: 22 721 30 00 www.olesiejuk.pl, e-mail: hurt@olesiejuk.pl

Wydawnictwo:Fabryka Słów sp. z o.o. 20-834 Lublin, ul. Irysowa 25a tel.: 81 524 08 88, faks: 81 524 08 91www.fabrykaslow.com.pl e-mail: biuro@fabrykaslow.com.plwww.facebook.com/fabryka


z innych zdobienia starł czas. To mieszkanie wydawało się najdziwniejszym miejscem, jakie można wybrać, by spędzić z kobietą kilka upojnych chwil. Dopiero wychodząc, Křehůlek uświadomił sobie, co odkrył. W pokojach leżały indiańskie totemy. Widział je kiedyś na zdjęciach, chyba z Kanady.