Królowa śmierci - Miroslav Žamboch - ebook
Opis

Myślałem, że Praga, to miłe miasto w sercu Europy.

Taaa... właściwie to całkiem spokojne miejsce...

Rytualne morderstwa, znaleziska archeologiczne, moc, która wykrzywia rzeczywistość i deformuje podstawy wszechświata.

Ktoś musiał posprzątać ten bajzel.

Marika Zahaňská - młoda, wysportowana i diabelnie seksowna. Wyjątkowo precyzyjna maszyna do zabijania. W drugim tomie Wylęgarni staje na czele grupy profesjonalnych przestępców.

Ich życie należy do niej. A jej słowo jest świętym prawem.

Tapety na pulpit:

1280x800:

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 394

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Codzienne życie wraz ze wszystkimi jego problemami w jednej chwili stało się zaledwie wspomnieniem starych, dobrych czasów. Marika Zahaňská, niegdyś asystentka w szkole wyższej, musiała przywyknąć do życia w podziemiu, agentów fbi i tropiących ją morderców; oswoiła się również z myślą, że od jej rozkazów zależy życie wielu ludzi. Jedyne, do czego nie potrafi się przyzwyczaić, to fakt, że została porwana przez niepojęty i przez to jeszcze bardziej przerażający malstrom, który niszczy coraz więcej ludzi, wykrzywia rzeczywistość i deformuje podstawy świata. Marika Zahaňská i jej przyjaciele są gotowi na wszystko, ale jest ich tylko kilkoro, a ich przeciwnicy wydają się pochodzić nie z tego świata. Wszelkie tropy nie prowadzą zaś do Nowego Jorku, Londynu czy Tokio. Rozwiązanie zagadki, której wspólny mianownik stanowią ofiary z ludzi, kradzione eksponaty z muzeów, znaleziska archeologiczne i magazyny wojskowe, kryje się w nie tak znów wielkiej środkowoeuropejskiej metropolii – Pradze.

Napisanie tej książki wymagało mrówczej pracy przy wyszukiwaniu i weryfikowaniu informacji. Dziękuję wszystkim osobom, które przyczyniły się do jej powstania, za ich bezinteresowną pomoc:

Milenie M. za „ogrom” krytycznych i pożytecznych uwag, które pomogły mi wyszlifować cały tekst do postaci, w jakiej macie go w tej chwili przed sobą, Ondřejovi J. za mnóstwo informacji, zwłaszcza z dziedziny medycyny, dotyczących właściwości komórek, wytrzymałości ludzkich stawów i tym podobnych, Pavlovi K. za precyzyjną analizę partii tekstu zawierających wysoko wyspecjalizowane treści, Jirkovi V. za ciekawostki z dziedziny motoryzacji, dzięki którym bohaterowie książki nie jeżdżą nieistniejącymi samochodami, Janie J. za przeprowadzenie badań socjologicznych, z których dowiedziałem się wielu ciekawych rzeczy, a podczas lektury Wylęgarni dowiecie się ich również i wy, Františce V. za inspirację.

Miroslav Žamboch

Wszelkie błędy i nieścisłości dotyczące kwestii wysoce wyspecjalizowanych obciążają tylko i wyłącznie moje konto.

M. Ž.

Prolog

Otworzyłam lodówkę. Nie tę z jedzeniem, ale ogromną chłodnię, którą zamówił Yatson. W poszczególnych przegródkach wyposażonych w termometry cyfrowe poukładane były woreczki z roztworami fizjologicznymi, roztworem Hartmanna i Ringera. Dalej pojemniki z krwią posegregowane grupami, leki, całe zestawy igieł i wreszcie ampułki z Bóg jeden wie jakimi substancjami.

Pierwotnie sprawami związanymi z naszym zdrowiem zajmował się Yatson. Doktorek przerobił nawet jeden z pokojów na prowizoryczną, ale doskonale wyposażoną minisalę operacyjną. Twierdził, że poradzi sobie z osiemdziesięcioma dwoma procentami wszystkich obrażeń ciała, z wyjątkiem tych śmiertelnych. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, jakie obrażenia ma na myśli. Teraz już tak.

Z przyzwyczajenia sięgnęłam pod pachę, by sprawdzić, czy pistolet znajduje się na miejscu. Chodziło o rany zadawane takimi narzędziami i tylko dzięki jakiemuś cudowi Yatson nie miał dotychczas okazji skorzystać ze swojego sprzętu. Zwłaszcza że nasi wrogowie zdychali wyjątkowo opornie. Ale Yatson i tak już z niczego nie skorzysta. Zdradził nas. Zadecydowałam, że zamurujemy go żywcem na najniższym poziomie sutereny w willi, w której urządziliśmy bazę wypadową. Przypomniałam sobie wyraz jego twarzy, kiedy się dowiedział, co go czeka, i ciarki przeszły mi po plecach. Lepiej skupić się na pracy.

Pewnie nie potrafiłabym nikogo zoperować, ale ze zrobieniem zastrzyku, założeniem opatrunku czy podaniem leków jakoś sobie radzę. Wielkimi drukowanymi literami zapisałam na kartce imię Barbarossy, a obok jego grupę krwi, Rh+. Następnie wynotowałam kilka innych danych z dokumentacji Yatsona. Bardzo prawdopodobne, że kiedy już dojdzie do naprawdę poważnego starcia, to nawet osoba robiąca za sanitariusza nie będzie w najlepszej kondycji. Właśnie dlatego wszystkie informacje należało sformułować w maksymalnie przejrzysty sposób.

Drugiego w kolejności zapisałam Filipa. Ten ekscentryczny samuraj z doktoratem i francuskimi manierami może nawet potrafił operować, ale nie było okazji, żeby go o to zapytać. Bez przerwy braliśmy udział w jakichś akcjach – uciekaliśmy i goniliśmy jednocześnie, a przede wszystkim chcieliśmy się dowiedzieć, dlaczego tylu ludzi chce nas zabić. Ludzi? Nie byłam do końca przekonana, czy to rzeczywiście są ludzie. Z tego, co się orientowałam, Filip i Barby organizowali teraz posiłki. Coś czarno to widziałam – nikt przecież nie stanie po stronie zająca, który czuje na karku oddech sfory psów gończych. Chyba że ten zając ma w rękawie jakiegoś asa.

Potem przyszła kolej na Grubera. Facet prawie nie wychodził z willi – gromadził dane, kontrolował stan zdrowia Aleksa i zapewniał komunikację ze światem zewnętrznym. Mało prawdopodobne, żeby i on miał oberwać, ale na wszelki wypadek naniosłam na kartę jego dane. Dopisałam jeszcze, że jest uczulony na azitromycynę i wszystkie makrolidowe antybiotyki.

Karta Kasa, naszego wsparcia z Kirgizji, zawierała najmniej informacji. Zainteresowała mnie uwaga Yatsona, który w trakcie badań ustalił, że w przeszłości Kas miał długotrwały kontakt z jakimś gazem nerwowym. Przepisałam podstawowe informacje. Kas trochę przypominał brzytwę bez rękojeści – trzeba uważać, żeby się paskudnie nie poharatać.

Dalej dopisałam Křehůlka, który najczęściej współpracował z Kasem. W jakiś dziwny sposób ci dwaj skrajnie odmienni mężczyźni pasowali do siebie. Teraz szykowali się do wizyty u pisarza Rulhánka. Wydawało się to niedorzeczne, ale nasi wrogowie mieli dużo wspólnego z bohaterami jego książek – tak jakby się nimi inspirowali czy wręcz na nich wzorowali. A ponieważ przetłumaczone na kilkadziesiąt języków książki Rulhánka przeczytało ponad milion osób, trudno było zawęzić krąg poszukiwań. Minęła dobra chwila, zanim zrozumiałam ostatnią, zapisaną odręcznie uwagę Yatsona: Oprócz zasymilowanego ciała obcego w okolicach kręgów lędźwiowych (według zeznań pacjenta po ranie kopią) stan zdrowia bez zastrzeżeń.

Arnošt Křehůlek ugodzony kopią? Absurd. Chociaż z drugiej strony może niekoniecznie. Wszyscy otaczający mnie ludzie – Kas, Barby, Filip, Křehůlek i Gruber – byli w jakimś sensie profesjonalnymi przestępcami świadczącymi usługi najsilniejszym z silnych. Absurdalne i groteskowe wydawały się raczej okoliczności, w jakich do nich dołączyłam – zwykła dziewczyna pracująca jako asystentka w szkole wyższej. Zakochałam się w Aleksie, ich szefie (geniusz i syn bossa czesko-rosyjskiej mafii w jednej osobie), który właśnie w tej chwili siedział w podziemnym laboratorium i szukał jakiegoś sposobu na wyeliminowanie naszych nieprzyjaciół. Wyeliminowanie? Zabicie, zniszczenie, pogrzebanie tak głęboko, żeby już nigdy nie zdołali wyleźć z grobów.

Na samym końcu zapisałam swoje nazwisko i odpowiednie dane. Przylepiłam kartkę do drzwi chłodziarki i zamknęłam cały ten interes. Czekało mnie jeszcze mnóstwo pracy.

KSIĘGA TRZECIA

Rozdział pierwszy

Barbarossa i Filip wynajmują strzelców

Nowak Barbarossa przekręcił kluczyk w stacyjce i silnik ucichł. Para przeszła tuż przed maską samochodu, chłopak obejmował dziewczynę w pasie. Śmiali się. Obydwoje mieli plecaki, w których zmieściłby się ekwipunek na pieszą wycieczkę w okolice ostatnich przystanków komunikacji miejskiej.

– Strasznie dużo tu studentów – zauważył Filip. Otworzył schowek w desce rozdzielczej i wyciągnął dwie pary okularów. Jedne podał Barbarossie, drugie założył. – Zabawki Grubera, które mają nam pomóc poruszać się w świecie potworów – skwitował. – Doskonale zminiaturyzowane.

– Wyglądają na całkiem normalne. – Barbarossa spojrzał na nie przelotnie. – Chociaż te moje są trochę inne. Ciekawe dlaczego. – I znowu obserwował okolicę.

Samochód stał w cieniu betonowej ściany gigantycznego stadionu. Mieli przed sobą wystarczająco dużo miejsca, by wykręcić bez cofania, gdyby zaszła taka potrzeba.

– Wywaliłem te oprawki, które dał nam Gruber, i długo go męczyłem, żeby całe to ustrojstwo zainstalował w okularach od Armaniego. Musiał wszystko jeszcze bardziej pomniejszyć. Ma pan pociągłą twarz, więc zamówiłem dla pana trochę inny model.

– Skąd to nagłe zainteresowanie modą? – zaciekawił się Barbarossa. Ustawiwszy pudełeczko ze źródłem M-pola na desce rozdzielczej, dwoma miniaturowymi potencjometrami regulował krążek lokalizatora, dopóki ten nie zaczął pokazywać prawidłowego ustawienia.

Okulary leżały doskonale. Nawet przy gwałtownym ruchu głową nie przesuwały się ani o milimetr.

– Pana płaszcz kosztuje tyle, ile wynosi równowartość dwóch średnich płac w tym kraju. Chyba każdego by zastanawiało, dlaczego nosi pan okulary à la Terminator iv. A teraz pański image nie budzi podejrzeń, dzięki czemu nie będzie pan zwracał na siebie niepotrzebnej uwagi. Po prostu manekin w średnim wieku.

– Bardzo lubię płaszcze i w ogóle ubrania wysokiej jakości – wyznał po chwili Barbarossa. – Kiedy byłem mały, nosiłem buty po ojczymie i żeby z nich nie wypaść, musiałem wypychać je słomą.

Filip rzucił wspólnikowi krótkie spojrzenie, ale nic nie powiedział.

– Te szare pudła za nami to akademiki. Mieszkania studentów – zmienił temat.

– Tak – przytaknął Barbarossa. Wyciągnął jeden ze swoich rewolwerów i sprawdził, czy któryś z nabojów nie ma uszkodzonej spłonki. Wszystko w porządku. Wiedział to już wcześniej, ale przecież nigdy nie zaszkodzi sprawdzić dwa razy.

– Dlaczego przywódcy miejscowego półświatka spotykają się właśnie tutaj? Bliskość akademików? – zapytał Filip.

– To nie są żadni przywódcy. To takie typki, co mają pod sobą kilku ludzi i najmują się do różnych niebezpiecznych robót. Na Strahovie jest dużo klubów, w większości chodzą do nich studenci i obcokrajowcy. Potężne obroty, żadnych problemów z policją. Traktują tę okolicę jak swoją bazę. Utrzymują porządek i dzięki temu nieźle zarabiają. Poza tym w tych betonowych koszmarach jest niezła strzelnica i burdel.

– Ciekawa kombinacja – stwierdził Filip. – Idziemy werbować?

Zamiast cokolwiek odpowiedzieć, Barbarossa wysiadł i ruszył w stronę odrapanych drzwi wtopionych bezpośrednio w betonową skorupę stadionu. Okoliczne słupy nośne były niemal w całości pokryte graffiti, ale szara ściana przy wejściu nie miała nawet jednej plamki. Bez wahania otworzył drzwi i wszedł do środka. Młody chłopak w sportowej kurtce, który stał przy schodach prowadzących w dół, zerknął w jego stronę, ale szybko się odwrócił. Widać było na pierwszy rzut oka, że od dawna nie prał dżinsów. Adidasy miał rozwiązane i sznurówki luźno leżały na ziemi.

– Styl moskiewskiej młodzieży mniej więcej sprzed pięciu lat – powiedział Filip po francusku.

Chłopak spojrzał na niego podejrzliwie.

– Przestępcy na całym świecie zawsze są trochę w tyle – odparł Barbarossa również po francusku.

– Z prawej strony ma rewolwer. Pythona.

– Już mówiłem, zawsze są w tyle. – Barbarossa wzruszył ramionami. – Powinien się uczyć języków obcych i zostać przestępcą międzynarodowego formatu. Jak my dwaj.

Na dole przywitał ich smród dymu papierosowego i dźwięki zderzających się kul bilardowych. Najwyraźniej maniacy tego sportu korzystali z przedpołudniowych zniżek i ofert specjalnych. Półmrok rozjaśniany jedynie słabym światłem papierowych lamp wiszących nad stołami bilardowymi nie był w stanie zamaskować brzydoty tego miejsca. Tuż przy suficie leniwie kręciły się śmigła wentylatorów, tworząc w powietrzu wiry z dymu.

– Bar i salon dla prominentów znajduje się na tyłach. – Barbarossa wskazał właściwy kierunek.

– Wygląda to jak scenografia kiepskiego filmu o amerykańskim podziemiu alkoholowym z lat dwudziestych – skomentował Filip ponurą atmosferę lokalu.

– Zawsze są w tyle – stwierdził raz jeszcze Barbarossa. – Już panu mówiłem.

Szli środkiem pomieszczenia pomiędzy stołami bilardowymi. Tłuścioch z kijem w ręku przerwał na moment grę i zrobił im przejście.

– Będzie ich dwóch. Wydaje im się, że są nieźli. Igor, taki łysy wąsacz, to Rosjanin. W Chorwacji nabrał wprawy w zabijaniu. Tutaj też najczęściej załatwia sprawy własnoręcznie. Póki co całkiem nieźle sobie radzi. Potem taki młodszy facet, gdzieś koło trzydziestki, na karku kilka złotych łańcuchów. Nazywają go Grzechotnik. Jest trochę bardziej niebezpieczny. Myśli, ale kiedy już podejmie decyzję, nie ma żadnych oporów i strzela. Zlikwidował dwóch ludzi, którzy chcieli kontrolować Strahov jeszcze przed nim.

– Myślałem, że Praga to spokojne miasto w sercu Europy – stwierdził w zadumie Filip.

Barbarossa zerknął na niego z ukosa. Odniósł wrażenie, że jego towarzysz pustym wzrokiem patrzy gdzieś w przestrzeń, jakby nic go nie interesowało. Z doświadczenia wiedział jednak, że obserwuje i rejestruje wszystko i wszystkich dookoła. O wiele dokładniej i staranniej niż on sam.

– No tak, właściwie to całkiem spokojne miejsce. Kiedyś nawet chciałem się tu osiedlić, ale... – nie dokończył. Stanęli przed przeszklonymi drzwiami oddzielającymi pokój dla miejscowych szych od ponurej sali bilardowej.

– Niech pan się nie odzywa za często. Było tutaj kilka strzelanin z Wietnamczykami. Nie przepadają za Azjatami. Dopóki będą myśleli, że jest pan moim ochroniarzem, wszystko będzie ok.

– Rasizm w sercu Europy? Przerażające, dokąd ten świat zmierza.

Barbarossa pchnął drzwi czubkiem buta i wszedł do środka. Jedną trzecią pomieszczenia zajmował owalny bar, jedną trzecią wielki stół otoczony wygodnymi fotelami, a resztę stoliki – kombinacja szkła i błyszczącego metalu – oraz utrzymane w podobnym stylu krzesła bez oparć. Oświetlenie zabudowane w suficie łagodziło nieco futurystyczny wystrój.

Przy największym stole siedziało w fotelach ośmiu mężczyzn – Igor na jednym końcu, Grzechotnik na drugim.

– Wielki pan rewolwerowiec zaszczycił nas wizytą – burknął Rosjanin.

Jego czeski wciąż był nienaturalnie miękki.

– Przynajmniej są ludźmi, a nie jakimiś potworami nie z tego świata – mruknął pod nosem Filip po francusku.

Barbarossa nie zareagował. Podszedł do stołu i kolejno patrzył każdemu z mężczyzn w oczy. Połowa odwróciła głowę, dwóch zrobiło wystraszoną minę. Tylko Igor i Grzechotnik wytrwali w zupełnym bezruchu.

– Potrzebuję ludzi. Ludzi ze spluwami, którzy nie boją się z nich korzystać. Nie mam czasu, żeby gadać z każdym z osobna. Będę rozmawiał tylko z szefami.

– A z jakiego powodu mielibyśmy cię słuchać? Nie przepadamy za kolesiami, którzy pozują na elitę gangsterki – warknął urażony Igor.

Barbarossa od razu się zorientował, że ci faceci nie kierują się zasadą staroświeckich dżentelmenów, by nie tykać alkoholu przed czwartą po południu.

– Dobrze płacę.

– To jest argument, który przebije wiele innych – szepnął Filip. – Czasami przekonania religijne, a czasami nawet miłość do ojczyzny.

– Dla każdego po sto pięćdziesiąt euro za każdy dzień czekania, a w razie jakichkolwiek działań cztery razy więcej. Dla szefa dodatkowo trzy dychy za każdego faceta, którego ze sobą przyprowadzi.

– Dlaczego euro? A jak będę chciał w dolarach? – zapytał spokojnie Grzechotnik.

– Kwoty pozostają bez zmian.

– Ale to jest niekorzystny kurs! – nie potrafił zrozumieć Igor.

Barbarossa milczał. Wiedział, że młody gangster go sprawdza, chce się przekonać, czy jego potencjalni pracodawcy mogą załatwić inną walutę. W rzeczywistości każdy chciał mieć płacone w euro.

– A co to za robota? Nie chcę, żeby moi ludzie wpakowali się w jakieś kłopoty z policją – kontynuował zaczepnie Grzechotnik.

– Trzeba pokazać kilku kolesiom, gdzie jest ich miejsce. Oni na pewno nie będą mieszali do tego policji – odparł Barbarossa. – Zwłaszcza że na koniec powinni być martwi.

Wszyscy wbili w niego wzrok, nikt nie zwracał uwagi na stojącego tuż za nim Filipa.

– Wchodzę w to. Razem ze mną będzie jeszcze trzech – powiedział mężczyzna o niesymetrycznej twarzy.

Barbarossa kiwnął głową na znak, że przyjmuje ofertę. Spoglądał na każdego z osobna, a jednocześnie na nikim nie zatrzymywał wzroku. Znał faceta, który pierwszy zgodził się na współpracę. Z niewiadomych przyczyn przezywali go Lucie i ze wszystkich tu obecnych cieszył się w światku przestępczym najniższymi notowaniami. Zaproponowana kwota była dla niego i jego soldateski czymś więcej niż solidnym zarobkiem.

– Ja też – momentalnie poparł go Igor, żeby przypadkiem nikt go nie ubiegł. – Razem ze mną będzie jeszcze ośmiu.

Jako ostatni przyłączył się Grzechotnik. Obiecał załatwić czterech strzelców. Barbarossa wiedział, że ma ich na podorędziu co najmniej trzy razy tyle. Prawdopodobnie zgodził się wejść w to tylko po to, by sprawdzić, o co właściwie chodzi.

– No to jesteśmy umówieni – stwierdził Barbarossa i przypomniał na odchodnym, kto obiecał ilu ludzi.

– Zaliczka. Ja chcę zaliczkę. – Igor wykrzywił twarz w szyderczym grymasie.

– Za gotowość do działania płacę za trzy dni z góry. Po trzech dniach kolejna wypłata, pasuje? – zapytał Barbarossa beznamiętnie. Nie czekając na odpowiedź, sięgnął do kieszeni płaszcza i wyciągnął gruby rulon banknotów.

Zapadła cisza. Wprawdzie przed chwilą też nikt nic nie mówił, ale teraz cisza miała o wiele większy ciężar, o wiele większą gęstość i zagłuszała nawet stukot przypadkowych zderzeń kul bilardowych. Barbarossa miał w ręku plik banknotów o nominale pięciuset euro. Wszyscy domyślali się, ile może być pieniędzy w takim pliku. Barbarossa wiedział to dokładnie – trzymał dwieście pięćdziesiąt banknotów, czyli milion dwieście pięćdziesiąt tysięcy euro.

– Cholera, potrzebne mi są drobne – mruknął, schował pieniądze do kieszeni i sięgnął do drugiej. Tym razem wyjął równie okazały rulon banknotów o nominale stu euro. Bez mrugnięcia odliczył dla każdego gangstera odpowiednią kwotę. Zachował beznamiętny wyraz twarzy, jakby w ogóle nie zdawał sobie sprawy z chciwych spojrzeń. – No to jesteśmy umówieni. – Położył na stole ostatni banknot.

Nikt nie protestował, osiem par błyszczących oczu gapiło się hipnotycznie na jego kieszenie.

Barbarossa ruszył w stronę wyjścia, ignorując wzrok Igora. Łysol wstał, żaden z obecnych nawet nie chrząknął. Barbarossa szedł dalej, w przytłumionym świetle błysnął chromowany pistolet.

– Ten szmal...

Świst uciął zdanie i rękę, która trzymała broń. Z tętnicy trysnęła krew i obryzgała szklany stół. Barbarossa powoli się odwrócił. Tym razem to na niego nikt nie zwracał uwagi, wszyscy byli skupieni na Filipie stojącym niespełna metr od Igora. Na klindze miecza nie został nawet najmniejszy ślad krwi. Zszokowany Igor patrzył tępo na kikut zakończony tryskającą fontanną. Potem spojrzał z wyrzutem na Filipa, ale nic nie powiedział. W momencie kiedy ugięły się pod nim kolana, miecz znowu błysnął. Głowa spadła na stół, pomiędzy szklanki, a kostki lodu z przewróconej miski rozsypały się niczym kry płynące w rzece krwi.

Z oczu zgromadzonych znikła chciwość, w jej miejsce pojawił się strach.

– Czy ktoś z was może sprowadzić do mnie ludzi Igora? Są mi bardzo potrzebni – Barbarossa przerwał ciszę.

– Ja – zgłosił się Grzechotnik, choć nawet wtedy nie oderwał wzroku od głowy leżącej między drinkami.

– W takim razie teraz pracujemy dla ciebie – wywnioskował mężczyzna, który jako pierwszy przyjął propozycję Barbarossy. W jego głosie wyraźnie dało się słyszeć rozpacz.

Barbarossa analizował to przez chwilę.

– Nie, pracujecie dla...

– ...dla królowej – dokończył za niego Filip. – Posprzątajcie tu, ale porządnie, nie chcemy żadnych problemów z policją.

Nikt nie śmiał się sprzeciwić. Problem z uprzedzeniami rasowymi nagle znikł.

– I tak nie dalibyście rady udzielić mu pierwszej pomocy.

– Jest pan bardzo szybki, ale mimo to pozwolił mu pan wyciągnąć broń – ocenił całe zajście Barbarossa już na zewnątrz.

– Pozwoliłem mu się łudzić, że ma szansę – przytaknął Filip. – Jestem też bardzo skromny.

Obok nich przeszła kobieta – ubrana prosto, zwyczajnie. Jej płaszcz łopotał na wietrze i owijał się wokół ciała. Obydwaj jak na komendę zatrzymali się i długo w nią wpatrywali.

– Nie dla nas – powiedział w końcu Barbarossa.

– I to jest w niej fascynujące. Piękna i czysta.

– Używa Chanel No. 19.

– Nie znam się na perfumach.

– Czasami to się przydaje.

– Pewnie tak.

Wsiedli do samochodu. Parkę, którą spotkali, zanim jeszcze weszli do knajpy, zauważyli teraz za jednym z betonowych słupów. Całowali się. Barbarossa wolno przejechał przez kałużę i włączył się w prąd samochodów na ulicy Vanička.

– Muszę sprawdzić pocztę. Pojadę do centrum zobaczyć, co jest w skrzynce.

Filip tylko przytaknął.

– Czeka pan na jakiś list? – zapytał, kiedy stali na czerwonym przy Andělu.

– Nie, zabroniłem jej pisać. Ale i tak pójdę sprawdzić.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Copyright© Miroslav ŽambochCopyright © by Fabryka Słów sp. z o.o., lublin 2009 Copyright © for translation by Rafał Wojtczak, 2009

TYTUŁ oryginału: Líheň 2. Královna smrti

Wydanie I

ISBN 978-83-7574-497-2

Wszelkie prawa zastrzeżone All rights reserved

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

Projekt i adiustacja autorska wydania: Eryk Górski, Robert Łakuta

Projekt oraz grafika na okładce: Piotr Cieśliński

Ilustracje: Filip Myszkowski

Redakcja: Łukasz Małecki

Korekta: Ewa Hartman, Magdalena Byrska

Skład wersji elektronicznej: pan@drewnianyrower.com

Sprzedaż internetowa:

Zamówienia hurtowe:Firma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o. sp.j. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 tel./faks: 22 721 30 00 www.olesiejuk.pl, e-mail: hurt@olesiejuk.pl

Wydawnictwo:Fabryka Słów sp. z o.o. 20-834 Lublin, ul. Irysowa 25a tel.: 81 524 08 88, faks: 81 524 08 91www.fabrykaslow.com.pl e-mail: biuro@fabrykaslow.com.plwww.facebook.com/fabryka