54,90 zł
Obowiązek ponad miłością, a może miłość ponad obowiązkiem?
Młody książę Alecsey, przyszły władca królestwa Valland, ceni własną niezależność i lubi się bawić. Wcale go nie cieszy perspektywa poślubienia nieznajomej księżniczki z sąsiedniego kraju. Niestety, tego właśnie życzy sobie jego ojciec, despotyczny król Caldwell.
Księżniczka Leanne z Artonn patrzy na świat trzeźwo i gotowa jest spełnić swoją powinność. Jej zagrożony zbrojnym najazdem kraj może uratować jedynie sojusz z silniejszym Vallandem. Sojusz przypieczętowany małżeństwem z dziedzicem sąsiedniego królestwa.
Alecsey i Leanne, choć się nie kochają, zamierzają wypełnić wolę rodziców.
Tylko czy ich młode serca i umysły oprą się pokusie wolności?
I co wspólnie odkryją w cieniu korony?
Książka dla czytelników powyżej szesnastego roku życia.Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 599
Natalia Muniowska
Valland.
Przeklęta krew
Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione. Wykonywanie kopii metodą kserograficzną, fotograficzną, a także kopiowanie książki na nośniku filmowym, magnetycznym lub innym powoduje naruszenie praw autorskich niniejszej publikacji.
Wszystkie znaki występujące w tekście są zastrzeżonymi znakami firmowymi bądź towarowymi ich właścicieli.
Niniejszy utwór jest fikcją literacką. Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci — żyjących obecnie lub w przeszłości — oraz do rzeczywistych zdarzeń losowych, miejsc czy przedsięwzięć jest czysto przypadkowe.
Redaktor prowadzący: Adrian Matuszkiewicz
Redakcja: Dominika Bronk
Korekta: Anna Smutkiewicz
Zdjęcie na okładce wykorzystano za zgodą Shutterstock.
Helion S.A.
ul. Kościuszki 1c, 44-100 Gliwice
tel. 32 230 98 63
e-mail: [email protected]
WWW: beya.pl
Drogi Czytelniku!
Jeżeli chcesz ocenić tę książkę, zajrzyj pod adres
beya.pl/user/opinie/vallan_ebook
Możesz tam wpisać swoje uwagi, spostrzeżenia, recenzję.
ISBN: 978-83-289-4344-5
Copyright © Natalia Muniowska 2026
Dla mojego męża, Daniela, który zawsze był obok iwspierał mnie wchwilach zwątpienia. Kocham Cię idziękuję, że jesteś.
Drogie Czytelniczki, drodzy Czytelnicy!
W trosce o Was informujemy, że w książce pojawiają się wątki takie jak: utrata bliskiej osoby, problemy rodzinne, przemoc, pozbawienie życia, sceny intymne czy niecenzuralne słownictwo, które mogą być nieodpowiednie dla osób wrażliwych bądź tych, które przeżyły traumę. Zalecamy ostrożność przy lekturze.
Pamiętajcie – jeśli zmagacie się z problemami, trudnym czasem, smutkiem, porozmawiajcie o tym z kimś bliskim lub zgłoście się po pomoc do specjalistów.
▶ Nervous – The Neighbourhood
▶ Solitude – M83 (Felsmann + Tiley Reinterpretation)
▶ You Are the Right One – Sports
▶ The World Retreats – David O’Dowda
▶ London – breathe.
▶ Moonlight – Skycabin
▶ in my prime – Dominic Donner
▶ FEEL – Beneld, BURY
▶ Yesterday – breathe.
▶ Born in the North – Blue in Tokio
▶ i don’t know you anymore – sombr
▶ Make Me Feel – Elvis Drew
▶ Sinners – Ari Abdul, Thomas LaRosa
▶ Stay on the Edge – SHUNÉ
▶ Shadows - supwel
▶ Midas – Skott
▶ You? – Two Feet
Niektóre rzeczy po prostu ze sobą nie współgrały. Na przykład książęca godność i pijackie wieczory w wiejskiej karczmie. Zwłaszcza gdy towarzyszył ci kuzyn idiota, który upijał się samym zapachem wina.
Powiedzieć, że Colton miał bardzo słabą głowę, to jak nie powiedzieć nic. Czasami wystarczyły dwa kufle piwa, zaprawione odrobiną bimbru pędzonego przez karczmarza na zapleczu, i już trudno było go zrozumieć, bo zaczynał strasznie bełkotać. Żeby tylko to okazało się najgorsze! Coltonowi, tracącemu zdolność wyraźnego artykułowania myśli, często zbierało się na amory. Jak łatwo się domyślić, nadmierna kochliwość spowodowana nietrzeźwością z reguły przysparzała mojemu kuzynowi kłopotów. Zdarzało się, że wyznawał miłość pierwszej pannie, która nieopatrznie posłała mu uśmiech. Co gorsza, choć był pałacowym chuchrem, nierzadko ochoczo stawał do bitki o jej względy… z jej mężem. Gdyby chociaż ci byli normalnej postury! Niestety Colton miał szczęście do mężów osiłków, którzy mogliby go złamać jak zapałkę.
Wówczas do akcji wkraczałem ja. Nienachalny gabarytem, o raczej poczciwej facjacie i gotowości zaprowadzenia pokoju, jak na księcia koronnego przystało.
Zdaniem Coltona była to największa zaleta mojego towarzystwa. Mógł robić, co mu się żywnie podobało, i nie ponosić żadnych konsekwencji. Bo przecież nikt nie podniesie ręki na królewskiego syna, który się za nim wstawi, prawda? Zwłaszcza gdy ów syn paraduje z widocznym książęcym sygnetem, na wypadek gdyby ktoś nie rozpoznał jego książęcej twarzy.
– Sam dam ci w pysk, jeśli jeszcze raz będę musiał ratować ci skórę! – warknąłem, gdy o mały włos nie dostałem w gębę od rozjuszonego drwala, który nieco zapomniał się w swoich zamiarach i nawet książęcy autorytet nie ostudził jego zapału do wymierzenia sprawiedliwości.
Czasami zdarzało się, że pod wpływem alkoholu delikwenci nie rozpoznawali książęcego herbu – srebrnej głowy wilka na tle dwóch skrzyżowanych mieczy – będącego moją jedyną formą obrony, kiedy już musiałem interweniować. Na ogół jednak to wystarczało i większość wycofywała się w głąb karczmy, przepraszając. A zdarzało się również, że ten czy inny delikwent porażony świadomością, jak blisko stryczka się znalazł, padał na kolana, płaczliwie błagał o zachowanie swojego „nędznego” życia i obiecywał dozgonną cześć koronie.
– Ejże, przecież miałem go już na tacy! Prawie jadł mi z ręki! Po coś wyskakiwał z tym sygnetem? – żachnął się Colton.
– Prędzej urwałby ci jaja, ty bezmyślny kochasiu! Naprawdę nie mogłeś sobie wybrać innej? Musiałeś uderzać do panny gościa, który zwala dęby samym spojrzeniem?
– Raczej oddechem… Ależ mu waliło z gęby! Rozumiesz? Zwala dęby smrodem z gęby. – Zaczął rechotać.
– Ty się lepiej ciesz, że ciebie nie zwalił! I wierz mi, odór jego oddechu byłby twoim najmniejszym zmartwieniem!
– Dobra, dobra! Obiecuję, że nikomu nie pozwolę mnie zwalić… ani mi… – odparł i zaśmiał się rubasznie.
– Mówisz tak za każdym razem – westchnąłem i wytargałem go z karczmy, trzymając pod ramię. Ciężko prowadzić kogoś, komu grunt ucieka spod nóg.
– A ty i tak mnie ratujesz…
– Bo jestem głupszy, niż przewiduje królewska ustawa.
Zanim dotarliśmy do wiejskiej studni, przy której pozostawiliśmy przywiązane konie, zaczęło padać. Colton poklepał Boomera, swojego ogiera, a chwilę później pocałował glebę i próbował mi wmówić, że poślizgnął się na mokrej kostce. Akurat. Po prostu nie był przyzwyczajony do tak mocnych trunków. W domu dopiero od niedawna mógł pić czyste wino, nierozcieńczone wodą. Stryjenka Clarice bardzo dbała o to, by Colton wyrósł na porządnego młodego człowieka.
Gdyby tylko wiedziała, co się działo z jej synem, gdy wychodziliśmy do karczmy…
Jazda i pilnowanie, by zamroczony alkoholem jadący obok człowiek nie spadł z konia i nie skręcił sobie przy okazji karku, okazały się trudne. Niewiele łatwiejsze okazało się również odstawienie go do łóżka. Drugie piętro wydawało się mieścić o wiele za wysoko, a Colton nie chciał współpracować. Najpierw wyślizgnął się z mojego uścisku i padł jak długi w korytarzu, a gdy już zdołałem go postawić do pionu, zarzygał całe schody, które stanowiły ostatnią przeszkodę do pokonania.
– Wasza wysokość pozwoli, że pomogę – powiedziała starsza służąca, która pojawiła się znikąd w towarzystwie nieco młodszej. Ta druga zajęła się sprzątaniem, podczas gdy pierwsza pomogła mi chwycić Coltona.
– Kocham cię – wybełkotał kuzyn w jej stronę. Ta w odpowiedzi zaśmiała się pod nosem.
– Widzę, że książę miał udany wieczór i zdrowo przeholował, bo nie powiedziałby tego przy krztynie świadomości…
Wszystkie nasze wyjścia z zamku i możność pałętania się po królestwie bez specjalnej okazji były możliwe dzięki królowi Tybaldowi – naszemu dziadkowi. Rozpoczął tradycję obcowania rodziny królewskiej z plebsem. Miało to na celu „wzmacnianie poczucia wspólnoty” oraz „zyskiwania poparcia i lojalności wobec władzy”. Oczywiście stosowali się do tego wszyscy poza moim ojcem. Do ludzi wychodził tylko wtedy, gdy należało kogoś stracić.
Największą robotę pod względem bratania się z ludem wykonywaliśmy ja i Colton. Wiązało się to jednak z tym, że przy każdym wieczornym wyjściu do karczmy musieliśmy minąć strażników, którzy za swoje milczenie dostawali sakiewkę monet. Mimo rodzinnej tradycji nie powinienem tak po prostu włóczyć się po knajpach wypełnionych po brzegi zachlejmordami, zwłaszcza bez towarzyszącej mi straży.
Co by powiedział ojciec, gdyby się dowiedział, że jego jedyny syn i dziedzic ryzykuje życie? Mogłoby się to skończyć wielogodzinnym kazaniem, a może nawet i chłostą. Albo – co najgorsze – podwójnym kazaniem, gdyby do ojca przyłączyła się matka! Czasem sama chłosta nie jest taka zła…
Ojciec był zwolennikiem tego typu kar. Uważał, że kilka batów nikogo nie zabije, za to nauczy posłuszeństwa na tyle skutecznie, by w przyszłości śmiałkowi przez głowę nie przeszła nawet myśl o zrobieniu czegokolwiek, co mogłoby być sprzeczne z rozporządzeniami.
Schodząc piętro niżej, minąłem jedną ze służących. Mimo że szła z naręczem prania, na mój widok przystanęła i lekko dygnęła. Czasami zastanawiałem się, co myślą pracujący tu ludzie, gdy kłaniają się mnie czy Coltonowi. Czy robią to odruchowo i bez zastanowienia, czy też każda taka sytuacja sprawia, że czują się paskudnie, bo muszą okazywać poddaństwo nawet dzieciakom?
– Alecsey… – Usłyszałem swoje imię, zanim zdążyłem zamknąć drzwi do sypialni.
Serce nagle zaczęło mi walić jak młot, jakby chciało wydrzeć się z klatki piersiowej i uciec, gdzie pieprz rośnie.
Nie spodziewałem się matki. Na korytarzu panował półmrok, ale widziałem, że ma na sobie koszulę nocną, na którą narzuciła szlafrok. Rozpuszczone włosy opadały jej na ramiona. Wyglądała na zmęczoną. O tej porze z reguły już odpoczywała i nie wychodziła ze swojej komnaty. Musiała nas usłyszeć, gdy odprowadzałem Coltona, i przyszła skontrolować sytuację.
– Myślałam, że już śpisz. – Podeszła bliżej.
Odgarnęła mi kosmyki, które przykleiły się do twarzy. Po chwili zsunęła dłoń na moje ramię i ścisnęła przemoczony płaszcz.
– Jesteś cały mokry! Gdzie byłeś?
– Na przejażdżce z Mirą. Zaskoczył nas deszcz – odpowiedziałem częściowo zgodnie z prawdą. Gdyby na korytarzu było jaśniej, matka zauważyłaby, że nie mówię całej prawdy. Nie należała do surowych rodziców – wręcz przeciwnie – ale zawsze się obawiałem, że potrafi czytać w moich oczach jak w otwartej księdze. Dlatego gdy w przeszłości zdarzało mi się nabroić, bardzo rzadko kłamałem w obawie, że zdoła mnie przejrzeć.
– Musisz wziąć ciepłą kąpiel, zaraz przekażę to Cynthii. – Już chciała odejść, ale po chwili znów się do mnie odwróciła. – Dobranoc, synku, i nie pij więcej na tych przejażdżkach, bo wyglądasz koszmarnie.
Pogładziła mnie po policzku i odeszła. Te pełne troski gesty sprawiały, że czułem się jak mały chłopiec, którym już od dawna nie byłem. Zapewne sprawiłbym jej przykrość, gdybym o tym powiedział, dlatego cicho na to przyzwalałem. Co znaczy, że chyba jednak nadal byłem małym chłopcem.
Niedługo później zrzuciłem z siebie przemoczone ubrania i zanurzyłem zziębnięte ciało w gorącej wodzie. Sądząc po zapachu unoszącym się z wody, do kąpieli dodano lawendowego olejku. Rozłożyłem się wygodnie w wannie i rozmyślałem o jutrze. Zaraz po śniadaniu razem z ojcem, jego bratem i kuzynami mieliśmy się udać na polowanie.
Co trzy tygodnie w sobotę ruszaliśmy w piątkę do lasu, by zacieśniać relacje męskiej części rodziny. Ojciec, będący obecnie królem, miał swoje sprawy, nad którymi siedział całymi dniami. Stryj Clayworth, oprócz zajmowania się finansami korony, często wyjeżdżał, by doglądać interesów w różnych częściach Vallandu. Emley – mój starszy kuzyn, a jednocześnie brat Coltona – często mu towarzyszył, przyuczając się, by kiedyś zająć miejsce Claywortha na tym stanowisku.
Właśnie dlatego polowania miały nam pomóc w utrzymaniu dobrych relacji. Nie wiedziałem, jak dokładnie powinno to działać, ponieważ w lesie zazwyczaj wszyscy się rozdzielali.
Nienawidziłem polowań. Stryj i Emley nigdy nie szczędzili mnie i Coltonowi „dobrych rad”, które przeważnie były pięknie opakowanymi drwinami. Każdy ich uśmiech przypominał ukąszenie jadowitej żmii. Dlatego trzymaliśmy się od nich z daleka, co wychodziło nam na dobre.
– Alecsey! Wstawaj, zaraz ruszamy!
Obudziło mnie pukanie oraz znajomy głos dochodzący zza drzwi. Leniwie uniosłem powieki i zerknąłem w kierunku okna, za którym ciemność zaczynała poddawać się nadchodzącemu świtowi.
W progu drzwi stanął Colton. Miał na sobie skórzane spodnie, granatową koszulę, a na ramionach czarną pelerynę z kapturem. Nie mogłem wyjść z podziwu, że potrafi wyglądać tak świeżo i nienagannie. Jakby wieczorem wcale nie był schlany jak świnia, która ma problem dotoczyć się do własnej zagrody w chlewie.
– A ty jeszcze niegotowy? Wyglądasz okropnie. Piłeś wczoraj?! – udał obrzydzenie, a ja zapragnąłem mu przywalić.
– Odpuszczam dzisiaj. Nie czekaj na mnie – powiedziałem, nakrywając się kołdrą. Po takim wieczorze jak poprzedni planowałem wstać dopiero na obiad. Albo nawet kolację.
– Chyba sobie drwisz! Rusz swą książęcą rzyć albo kopnę cię w nią tak mocno, że wylecisz przez okno i od razu wylądujesz w siodle!
– To groźba czy obietnica pieszczot?
– Na pieszczoty trzeba zasłużyć! Czekam na ciebie na dziedzińcu. Jeśli nie będzie cię za pięć minut, powiem Emleyowi, że go podglądałeś w kąpieli! – Zarechotał i wyszedł, a następnie zamknął za sobą drzwi.
Niewyspanie, które nadal dawało o sobie znać, nie ułatwiało porannych czynności. Włożenie spodni, koszuli i ciepłego płaszcza z kapturem zajęło znacznie więcej czasu niż zazwyczaj, dlatego na dziedziniec musiałem udać się biegiem, co wcale nie poprawiło mi samopoczucia.
Wszyscy już czekali. Colton poklepywał niecierpliwie Boomera po grzbiecie i rozmawiał z Clayworthem, a Emley patrzył na mnie z ukosa. Z kolei mój ojciec szykował już dla mnie kilka „miłych” słów.
– Jakże miło, że jaśnie książę zaszczycił nas swoją obecnością! – powiedział jadowicie, po czym dodał lodowatym tonem: – Jeszcze raz każesz na siebie czekać, a zadbam o to, byś uczył się punktualności od służby, na przykład sprzątając przez miesiąc stajnie!
Ojciec był bardzo niecierpliwym człowiekiem. Nie lubił tracić czasu. Zwłaszcza na mnie. Rzadko kiedy mnie chwalił, a zaledwie dwa razy w życiu usłyszałem od niego, że jest ze mnie dumny. Raz, kiedy zupełnym przypadkiem, bawiąc się na dziedzińcu, ustrzeliłem z łuku swojego ulubionego gołębia – ojciec odebrał to jako znak, że dorośleję, ponieważ moje przywiązanie do zwierząt odczytywał jako słabość. „Jak zdołasz w przyszłości skazać na śmierć kogoś patrzącego na ciebie przez łzy, skoro trapi cię śmierć byle gołębia?” – zapytał wówczas. Do drugiego razu doszło, kiedy instynktownie uderzyłem kuchennego parobka, gdy ten zamachnął się pejczem na moją klacz, Mirę. Wówczas ojciec uznał, że może będzie ze mnie władca, który nie pozwoli sobie wejść i narobić na głowę. Choć nadal nie był co do tego przekonany.
Zostałem w tyle, gdy wszyscy ruszyli w stronę lasu. Nawet służba łowcza, poganiana przez ojca, pognała naprzód.
Podszedłem do białej klaczy i przesunąłem dłonią po jej chrapach. Potem dostała jabłko.
Mirę dostałem na czternaste urodziny. Mój ród posiada jedną z najlepszych hodowli koni na kontynencie. Zamiłowanie do tych zwierząt przechodziło z pokolenia na pokolenie, a naszym przodkom udało się wyhodować najznamienitsze hybrydy. Niezwykle wytrzymałe konie pociągowe, pędzące niczym wiatr konie wyścigowe i najwierniejsze rumaki, które nigdy nie zawodzą swoich jeźdźców. Mój ojciec chciał przewyższyć dokonania dziadka – cieszącego się największymi zasługami na polu hodowli – i stworzyć jeszcze lepszą rasę. Wszystko po to, by ród rósł w siłę, a nasze nazwisko znaczyło coś nie tylko na ziemiach, którymi rządzimy.
Zgodnie z tradycją w dniu czternastych urodzin ojciec zabrał mnie do królewskiej hodowli w Sarros i pozwolił wybrać wymarzonego konia. Udaliśmy się tam pewnego majowego ranka, niedługo przed moimi urodzinami. Pamiętam ten dzień bardzo dobrze, ponieważ pogoda wyjątkowo nie dopisywała. Wiał zimny wiatr, a z brunatnych chmur, sprawiających wrażenie, jakby zaraz miały spaść z nieba, padał rzęsisty deszcz. Widoczność była kiepska, a w połowie drogi na jednej z wielu dziur złamało się koło w karocy. Wtedy bałem się, że gorzej być nie może i że nigdy nie dotrzemy na miejsce. Kto by pomyślał, że zmiana koła przerośnie pomocnika stangreta i każdego z sześciu strażników stanowiących naszą straż przednią?
Na miejsce dotarliśmy nie o poranku następnego dnia, jak planowano, lecz późnym popołudniem. Przywitał nas postawny mężczyzna o dość ponurym licu. Sprawiał wrażenie niezbyt przyjemnego, choć jego rysy złagodniały, gdy weszliśmy do zagrody źrebiąt. Znalazł się w swoim żywiole, lecz mimo to nadal wydawał się spięty. Obecność króla tak działała na ludzi, nawet jeżeli byli najlepsi w swoim fachu.
Mężczyzna opowiadał o hodowli i koniach, prezentując je nam z dumą, tak jakby prezentował swoje córki jako kandydatki na żonę. Każdego źrebaka głaskałem i częstowałem jabłkami. Miałem przed sobą trudny wybór. Ojciec stawiał na karego źrebaka z czarną grzywą i prawie dałem mu się przekonać, jednak wówczas ujrzałem Mirę. Klacz nie została nam zaprezentowana, co znaczyło, że coś z nią jest nie tak. Stała obok większej klaczy, tuż za ogrodzeniem. Oznajmiłem wtedy, że chciałbym się jej przyjrzeć z bliska. Pan Telvin zaczął tłumaczyć, że zwierzę kuleje od tygodnia i czekają na hippiatrę. Mimo wszystko nalegałem, by mnie do niej zaprowadził. Okazało się, że Mira jest jednym z pierwszych źrebiąt, które urodziło się w wyniku połączenia dwóch rzadkich ras: abranax i beresh. Pierwszą ściągnięto dziesiątki lat temu z Vemoin; te konie charakteryzują się wyjątkową smukłością i wytrzymałością. Druga pochodzi z Syltharu – górzystego królestwa na wschodzie. Bereshe z kolei są wyjątkowo szybkie i inteligentne. Pan Telvin dał nowo wyhodowanej rasie nazwę sarros – od miejscowości, w której mieściła się hodowla.
Mimo że klacz od razu skradła moje serce, ojciec ani myślał się zgodzić. Twierdził, że ta prawdopodobnie zdechnie jeszcze w drodze do zamku, a on nie ma zamiaru tracić czasu, by wracać po kolejnego konia z powodu chorobliwej słabości swojego syna do wszystkiego, co nic niewarte. Jednak im bardziej był przeciwny, tym większą okazywałem determinację. Już wtedy poczułem jakąś irracjonalną więź z tym zwierzęciem. Może po części z chęci zrobienia ojcu na złość, a może dlatego, że naprawdę było w Mirze coś wyjątkowego.
Gdy klacz na mnie spojrzała, poczułem, jak coś w moim sercu stopniało – to spojrzenie połączyło nas na dobre i na złe. Dostrzegłem w jej oczach siłę i upór. Ona również nie myślała się poddawać, a tym bardziej – jak to powiedział ojciec – „zdechnąć” w drodze do zamku. Było w niej o wiele więcej niż król mógł dostrzec na pierwszy rzut oka. Pod pozorami słabowitości kryło się stworzenie o wielkim harcie ducha, niezłomne i – na przekór całemu światu – wyraźnie chcące udowodnić swoją wartość, nim ktoś pośle ją do rzeźni.
Byliśmy dla siebie stworzeni. Ona musiała być moim koniem, a ja jej jeźdźcem. Nie dopuszczałem innej możliwości.
Gdy zawiodły błagania, odważyłem się na upór. Oznajmiłem ojcu, że nie zdecyduję się na żadnego innego konia, a jeżeli Mira zawiedzie, osobiście się jej pozbędę. Rzecz jasna nie zamierzałem skrzywdzić tego stworzenia, choćby i miało być kulawe przez resztę życia. Wiedziałem jednak, że ojciec bardziej od rozpaczliwych próśb doceni twardy upór i niezłomność. Im bardziej się upierałem, tym cieplej patrzył na mnie ojciec. I w końcu wyraził zgodę.
Cztery lata później wiedziałem, że dokonałem najlepszego wyboru z możliwych.
– Witaj, Miro. Gotowa na kilka godzin udawania, że wcale nie rusza nas mordowanie niewinnych zwierząt?
Klacz potrząsnęła łbem i zjadła jabłko, zanim zdążyłem rozsiąść się w siodle. Chwyciłem wodze i pogalopowaliśmy przez dziedziniec, pozostawiając za sobą echo dźwięku kopyt uderzających o kamienne podłoże.
Błonia były zasnute mgłą. Uważałem tę część dnia za najpiękniejszą. Las zdawał się budzić z głębokiego snu. Ptaki rozpoczynały poranne koncerty. Miękkie światło wschodzącego słońca wydobywało z pejzażu każdy detal – krople rosy zdobiące trawę, pajęczyny przypominające skrzętnie utkane koronki. Wszystko skąpane w ciepłym, złotym tonie rodzącego się dnia. Nawet wilgoć i chłodny wiatr nie przeszkadzały w rozkoszowaniu się tą cudowną aurą.
Zsiadłem z Miry na skraju łąki i od razu poczułem pod butami podmokłą ściółkę. Przywiązałem klacz do gałęzi i wszedłem między drzewa. Cisza była zakłócana jedynie odgłosami natury – śpiewem ptaków i szelestem liści. Oczy potrzebowały chwili, by przywyknąć do mroku. Ruszyłem powoli z kuszą w dłoni.
Stawiałem kroki ostrożnie, za każdym razem nasłuchując, gdy pod moją stopą łamał się jakiś suchy patyk lub chrzęściły liście.
Czasochłonne polowanie wymagało wiedzy oraz doświadczenia. Trzeba było nauczyć się rozpoznawać ślady konkretnych zwierząt, analizować ich świeżość i zwracać szczególną uwagę na teren – połamane gałązki czy pozostawione odchody lub sierść. Podążanie za śladami bez zdradzania przy tym swojej obecności okazywało się najtrudniejsze i tego nie lubiłem zdecydowanie najbardziej.
Obrałem sobie za cel upolowanie dzika. Zdawałem sobie sprawę, że porywam się z motyką na słońce, ale chciałem spróbować. Najważniejsze było znalezienie ścieżki, którą zazwyczaj poruszają się te zwierzęta, gdy idą w stronę żerowiska. Miałem nadzieję, że znajdę ją w ciągu godziny, inaczej obawiałem się, że nie starczy mi cierpliwości.
Po pewnym czasie usłyszałem pierwszy podejrzany dźwięk. Rozejrzałem się ostrożnie i zauważyłem niewielkie ślady czterech łap – dwa szeroko rozstawione wyżej i niżej dwa umiejscowione blisko siebie. Musiał to być zając. Nie spodziewałem się, że tropiąc dzika, wpadnę na zająca.
Przez chwilę rozważałem, czy warto zbaczać z trasy, ale pomyślałem, że jeśli nie wyjdzie mi z dzikiem, to chociaż będę miał szaraka.
Bardzo uważnie i powoli ruszyłem tropem zostawionym w grząskim podłożu. Niedaleko polany, pod drzewem, zauważyłem przycupniętego zająca. Nerwowo strzygł uszami i nasłuchiwał, więc przystanąłem i wstrzymałem oddech, by przypadkiem mnie nie usłyszał. Biedny, nie był świadomy zbliżającej się śmierci. Wycelowałem powoli, jak w zwolnionym tempie.
Świst przeciął powietrze tuż obok mnie, zanim zdołałem doliczyć do trzech. Śmiercionośny bełt przebił serce zająca i razem z nim wbił się w drzewo. Od razu dotarło do mnie, że tylko stryj mógł to zrobić. Jeszcze nigdy nie chybił. Jego bełty zawsze trafiały w serca. W dodatku Clayworth potrafił tak bezszelestnie się skradać, że często – w ramach zabawy – zabijał wytropioną przeze mnie zwierzynę. Jak teraz.
– Za długo czekałeś, Alecsey – rzucił, znalazłszy się obok mnie, a ja zerknąłem na jego twarz i bujny, lecz nieco posiwiały wąs na niej.
Clayworth był młodszym bratem mojego ojca. To on uczył mnie polować, gdy byłem jeszcze chłystkiem. Król nigdy nie miał do tego cierpliwości, bo oczekiwał szybkich efektów, których nie potrafiłem mu zaoferować. Stryj przyuczał mnie na prośbę matki.
– Bo Alecsey specjalizuje się w zabijaniu czasu i, jak widać, jest na tym polu bezkonkurencyjny – powiedział Emley ze złośliwym uśmiechem, stając obok swojego ojca. Jego ton był lekki, ale prowokacyjny.
Starszy kuzyn w sprzeczkach odnajdywał trudną do zdefiniowania przyjemność. Zwłaszcza gdy to ja byłem jego kompanem do tego typu „zabawy”. Wchodziłem w te pyskówki, licząc na utarcie mu nosa. Niestety nigdy nie dorównywałem mu w zręcznym kąsaniu słowem. Nasza relacja była skomplikowana. Rzadko dochodziło między nami do normalnej wymiany zdań. Wszystko zaczęło się, gdy jego ojciec wziął mnie pod swoje skrzydła, usilnie starając się spełnić obietnicę złożoną mojej matce. Być może Emley poczuł się wtedy odrzucony, bo Clayworth zamiast na nim skupił się na mnie. Zauważyłem wówczas, że wszystko, co robił, starał się robić lepiej i szybciej ode mnie. Byle z powrotem zwrócić na siebie uwagę ojca i udowodnić swoją lepszość.
Celowo zostawili zająca, by mnie upokorzyć i pokazać, że nie dorastam im do pięt. Za długo się zastanawiałem, to był mój błąd, a oni to skrzętnie wykorzystali.
Bełt stryja mocno wbił się w pień drzewa. Musiałem się nieco namęczyć, zanim wyciągnąłem go z truchła zwierzęcia. W końcu chwyciłem szaraka za skoki i wrzuciłem do jutowego worka. Nie mogłem go zostawić. Z szacunku do samego jego istnienia – nie chciałem, by jego śmierć poszła na marne.
Miałem z zającem coś wspólnego. Byłem w mojej historii dokładnie tym, czym zając w czasie polowania. Ktoś wybrał odpowiedni moment, wycelował i oddał strzał.
Jeszcze kilka tygodni temu myślałem, że mam nieco więcej do powiedzenia – ojciec jednak szybko wyprowadził mnie z tego błędu. „Nie jesteś byle kim, tylko następcą tronu. Masz pewne obowiązki wobec swojego kraju. Nie zapominaj o tym” – powiedział, gdy ośmieliłem się okazać swoje niezadowolenie podczas jednego z zebrań rady królewskiej.
Jedną z rzeczy, którą zapamiętałem z tamtego dnia, były współczujące spojrzenia Emleya i stryja, gdy okazało się, że mam wziąć polityczny ślub. Po zebraniu ten drugi wyznał mi, że przypomina mu to przykrą sytuację sprzed lat. Anselma, nieżyjącego już ich młodszego brata, miało spotkać to samo. Ale w odróżnieniu ode mnie był szalenie zakochany w zupełnie innej kobiecie. Niestety odszedł, zanim do czegokolwiek doszło.
Obaj zostaliśmy pozbawieni możliwości decydowania o sobie. Choć zdecydowanie Anselm stracił więcej, skoro jego serce już do kogoś należało.
– Masz już coś? – zapytał Colton, który zjawił się chwilę później. Czy wszyscy uparli się iść tą samą ścieżką co ja? – Ja mam bażanta. Dorwałem go zaraz po wejściu do lasu.
– Tylko zająca. Twój ojciec go ustrzelił.
– Strzelił, zostawił i jeszcze zrobił z tego kazanie bez słów. Typowe.
– Chodźmy dalej razem – zaproponowałem, pozostawiając bez komentarza trafną ocenę zachowania stryja.
Brałem udział w polowaniach nie tylko ze względu na rodzinną tradycję, lecz także po to, by zyskać w oczach ojca. A przynajmniej na to liczyłem. Wystarczyło, że podczas spotkań rady zbyt rzadko zabierałem głos, a gdy już mówiłem, raczej zbywano to milczeniem. Co innego Emley, którego opinie były brane pod uwagę przez radę. I nie, nie miało znaczenia, że wypowiadał się sensownie. Obserwowanie go przychodziło mi z trudem. Idealny syn i członek rodu Rossów.
Szliśmy jakiś czas, rozglądając się i nasłuchując, choć ciężko było się skupić. Zbyt wiele myśli odrywało moją uwagę od polowania. A gdyby ktoś pozwolił mi przymknąć oko choć na chwilę, od razu bym zasnął.
Zaciskając dłonie na kuszy, wskazałem kuzynowi rozgrzebaną ściółkę, a obok głębokie odciski racic. Powolnym krokiem ruszyliśmy ich śladem. Colton dotrzymywał mi kroku, milczący i czujny.
W oddali zamajaczył niewyraźny cień. Rozejrzałem się też za resztą watahy. Nieopodal zauważyłem kilka większych dzików i całe stadko młodych.
– Na co czekasz? Strzelaj – szepnął Colton.
Zamiast strzelić, wyprostowałem się i oparłem kuszę na ramieniu. Zazwyczaj starałem się nie zabijać ani zbyt młodych, ani zbyt starych osobników. Młodych było mi żal, a mięso starych okazywało się zbyt twarde i łykowate.
– Nie zauważyłem żadnego odpowiedniego. Szkoda młodych…
Colton westchnął – najwyraźniej chciał po prostu coś ustrzelić i mieć to z głowy. Ruszyliśmy na lewo okrężną drogą. Miałem nadzieję, że zwierzęta się rozdzieliły i tam znajdzie się jakiś wciąż młody osobnik, ale niebędący już warchlakiem.
– Kolejne ślady – szepnąłem w końcu, wskazując ponownie na zagłębienia w błotnistym podłożu.
Colton, milcząc, poszedł za mną i jednocześnie przygotował broń. Nie miał takiego doświadczenia jak ja, ale najwyraźniej czerpał przyjemność z samego towarzystwa. Poniekąd przejąłem rolę nauczyciela, a Colton był całkiem pojętnym uczniem. O ile miał na to ochotę.
– Celujesz tuż za przednim biegiem… tak na jednej trzeciej wysokości ciała, od dołu. Pamiętasz? Bierz tego po lewej – wymamrotałem, patrząc na dwa osobniki ryjące w podmokłej ściółce. Przyklęknąłem i oparłem łokieć na kolanie. Wytężyłem wzrok, starając się precyzyjnie wycelować w miejsce tuż za przednią nogą dzika. Poza chrumkaniem zwierząt nie słyszałem zupełnie niczego.
Obaj wstrzymaliśmy oddechy. Trafienie w punkt było trudne i wymagało stabilnej ręki, a ja czułem, że dłonie lekko mi drżą. Mimo to wypuściłem bełt, licząc na łut szczęścia. Przeleciał pod brzuchem wieprzka, płosząc obie sztuki. Donośny kwik dzika, do którego celował Colton, dał nam do zrozumienia, że zwierzę zostało trafione – chyba nawet w szyję. Wiedzieliśmy jednak, że trzeba będzie je dobić. A to nigdy nie było ani łatwe, ani bezpieczne.
– Niech to szlag! – warknął kuzyn, kopiąc wystający spróchniały pieniek.
Powinienem był poczekać, aż ręka przestanie mi drżeć, ale chyba sam już miałem dość i chciałem jak najszybciej wracać do zamku. Jak widać, pośpiech nie popłaca.
– Chodźmy po niego – zadecydowałem. – Razem powinniśmy dać mu radę.
– Nie… sam pójdę. W końcu to mój dzik.
– Colton, oszalałeś? To głupi pomysł – szepnąłem.
– Oberwał w szyję. Zanim do niego dotrę, pewnie sam już padnie.
– Obiecaj mi, że zostawisz go, jeśli będzie żywy. Najwyżej przyślemy kogoś ze służby łowczej, żeby go znalazł i dobił.
– Jasne – odparł niezbyt zadowolony. Czułem, że odpowiedział mi tak na odczepnego. Nie zamierzał posłuchać, więc musiałem wymusić na nim obietnicę. Colton nigdy nie łamał danego słowa.
– Nie chcę cię mieć na sumieniu – zacząłem.
– Obiecuję, dobra? – burknął.
Westchnął głęboko i ruszył bez słowa, kierując się krwawym tropem. Gdy oddalił się wystarczająco daleko, zakląłem głośno i uderzyłem pięścią w drzewo. Chodziłem tam i z powrotem, próbując rozmasować obolałą rękę. Nie był to najlepszy sposób na rozładowanie złości gromadzącej się od samego świtu.
Usiadłem na powalonym drzewie i odłożyłem kuszę obok. Miałem dość. To ewidentnie nie był mój dzień na polowanie. Najpierw zając, teraz dzik. Może powinienem, jak Colton, przyczaić się na jakiegoś bażanta na skraju lasu. Nie wróciłbym wtedy z pustymi rękami.
– Nie zrobiłeś sobie krzywdy, książę? Może podać ci pomocną dłoń?
Odwróciłem się w stronę, z której dochodził głos.
Stała oparta o drzewo. Długie, miedziane włosy miała zaplecione w gruby warkocz sięgający niemal do pasa. Nigdy nie lubiła ubierać się jak kobieta. Suknię zamieniła na skórzane spodnie, kamizelkę i błękitną koszulę z szerokim rękawem. W ręce trzymała nóż, którym nonszalancko oskubywała korę z drzewa. Na jej twarzy błąkał się łobuzerski uśmieszek. Lubiła się ze mną drażnić, odkąd się dowiedziała, że jest pierwszą dziewczyną, z którą się całowałem.
– Nie powinno cię tutaj być, Kiano. – Podniosłem się i podszedłem bliżej. Nie chciałem, by ktoś nas usłyszał. Dziewczyna stała jednak niewzruszona.
– Wiem, wiem… ale jestem. I co mi zrobisz? – zapytała, patrząc na mnie z kpiącym uśmieszkiem. Wiedziała, że nic nie zrobię. Nasza znajomość przeszła już na taki poziom, że po prostu nie mogłem nic zrobić. Dla niej nie byłem księciem koronnym, tylko Alecseyem. Alecsem. Pozostawało mi liczyć jedynie na jej litość. – Ale masz minę. Nie martw się, Alecs. Poza nami nie ma tu nikogo – powiedziała, muskając mój pasek od kołczanu.
Spinałem się za każdym razem, gdy się do mnie zbliżała. Miałem do niej słabość i lubiłem, gdy była blisko. Ona z kolei podchodziła do życia luźno, a już na pewno do relacji damsko-męskich. Traktowała je z przymrużeniem oka, raczej jako formę zabawy czy chwilową zachciankę. Dlatego z taką łatwością ze mną flirtowała. Bawiły ją moje reakcje.
I choć plułem sobie w brodę, że nie potrafię się jej oprzeć i zachowuję się przy niej jak podlotek, nic nie mogłem poradzić na to, że jej spojrzenie mnie hipnotyzowało. Gdy patrzyłem w jej oczy, od razu myślałem o dotyku jej gorących, miękkich warg. O ciepłym oddechu mieszającym się z moim własnym. O parzącym dotyku…
– O czym myślisz? O czymś przyjemnym?
– Zgadnij – odparłem, spoglądając na nią wyzywająco.
Miała śliczne, zielone oczy otoczone wachlarzem ciemnych rzęs. Można było w nich utonąć. Przez chwilę przyglądała mi się badawczo – jakby naprawdę chciała odgadnąć, co dzieje się w mojej głowie. Pewnie sądziła, że jest w stanie mnie odczytać jak zapiski w starej księdze.
– Pewnie znowu wkradłam się do twoich myśli… bardzo niegrzecznych myśli – wymruczała zmysłowym tonem.
– I co z tym zrobimy? – zapytałem zawadiacko. Czy zdecyduje się ciągnąć rozmowę w tym kierunku, a może spróbuje zmienić temat?
– Może pozwolimy im jeszcze chwilę podryfować? – Niby przypadkiem dotknęła mojej dłoni. Przygryzła lekko wargę, przyglądając mi się uważnie. Znałem stałe elementy jej gry, ale w tej chwili coś mnie martwiło. Musiałem to skończyć. Tutaj nie była bezpieczna.
– Co się stało, że tu jesteś? Coś z Damarem? – zapytałem w końcu, bo Kiana rzadko zapuszczała się do królewskiego lasu, do którego nie mógł wejść nikt poza moją rodziną i zaproszonymi gośćmi. Wtargnięcie karane było chłostą, a kłusownictwo stryczkiem. Prosta matematyka.
– Gdzież tam znowu. Mój braciszek jest cały i zdrowy. Po prostu dawno nikt nie wyznawał mi miłości…
– Musimy do tego wracać? – zapytałem zrezygnowany, odwracając od niej mimowolnie wzrok.
Tamtego wieczora piwo wchodziło mi wyjątkowo dobrze. Kiana nigdy tego nie przyznała, a wręcz temu zaprzeczała, ale wtedy oboje poczuliśmy chemię. Rozmowa szła nam gładko i nie mogliśmy oderwać od siebie oczu. Kiedy w końcu odważyłem się ją pocałować, odwzajemniła pocałunek, a ja poczułem, że to coś autentycznego, a nie zwykły pijacki wybryk. Gdy się od siebie oderwaliśmy, bezwiednie wypaliłem, że ją kocham, choć to nie była prawda. Wtedy uznałem, że po czymś takim właśnie to wypada powiedzieć. Nie wiem, skąd ta idiotyczna myśl wzięła się w mojej głowie. Dziewczyna najpierw zrobiła duże oczy, po czym wybuchnęła śmiechem i zapewniła mnie, że nie pozwoli mi o tym zapomnieć. Dzisiaj kolejny raz wypomniała mi tamtą sytuację.
– Obiecałam ci to, Alecs.
– Kiana, przestań go stresować! Bo się nam książę przekręci z zażenowania – prychnął nieco starszy od niej chłopak, a właściwie mężczyzna, który nagle pojawił się obok nas.
Damar był starszy ode mnie o pięć lat. Brodę i włosy miał tak samo rude jak kosmyki Kiany. Po jego skroniach spływały kropelki potu. Zmęczył się poranną przebieżką czy raczej kłusownictwem w królewskim lesie? Wiedziałem, że się tego dopuszczał, i za każdym razem ostrzegałem go i zapewniałem, że gdy zostanie złapany, nic nie będę mógł zrobić. Ale nigdy mnie nie słuchał.
– Dobra, już dobra. – Kiana przewróciła oczami i nieco spoważniała, choć w jej głosie nadal dało się słyszeć flirciarski ton. Była niepoprawna. – Przyszliśmy cię ostrzec, mój książę. Ostrzec przed wydarzeniami, do których przygotowania już trwają. Nic nie zdoła ich zatrzymać… Wydarzeniami, które mogą sprawić, że dzień twoich zaręczyn… – Zawahała się. – Ten dzień może być naprawdę gorący nie tylko z powodu ognistych uczuć i buchającej namiętności…
Patrzyłem na nią otępiały. Oczym ona bredzi? Minęła chwila, zanim zdołałem wyartykułować pierwsze pytanie, a gdy tylko je zadałem, zrozumiałem, że nie było ono najlepsze.
– Co ty pieprzysz?
Kiana wbiła we mnie płomienne spojrzenie.
– Poprawnie należałoby zapytać „kogo”, ponieważ nie gustuję w martwych narzędziach. Zdecydowanie preferuję ciepło dotyku i…
– Kiana, do cholery! – zgromił ją Damar. – Obiecałaś mi, że darujesz sobie te wygłupy! To poważna sprawa.
Przewróciła oczami.
– Oho, widać, że ktoś tu jednak gustuje w martwych przedmiotach i zapomniał wyjąć kij z tyłka. Powtarzałam ci wiele razy, że to niezdrowe i…
Umilkła pod miażdżącym spojrzeniem brata. Wyraźnie niezadowolona, że psuje się jej zabawę, odetchnęła teatralnie i zaczęła na nowo:
– Są ludzie, którym zależy, żebyś wiedział, że niebawem wydarzy się coś ważnego – powiedziała rzeczowym tonem i zauważywszy, że zamierzam zadać kolejne pytanie, rzuciła tylko: – Nie mogę powiedzieć, kto ani dlaczego. Nie musisz tego wiedzieć. Wiedz tylko, że w pewnym momencie zrobi się gorąco. I tyle.
Nie podobało mi się, że powiedziała to tak, jakby chodziło o odwołanie popołudniowej drzemki. Bardziej interesowało mnie, co miała na myśli.
– Możesz przestać mówić zagadkami? – Rozejrzałem się nerwowo. Niepokoiła mnie ich obecność, a właściwie myśl o tym, co zrobi ojciec, gdy ich tu ze mną nakryje.
Uświadomiłem sobie nagle, jak mocno ściskam rękojeść kuszy.
– Oczywiście, książę… Już niemal zapomniałam, że ty lubisz prosto z mostu…
– Kiana! – warknął Damar, sztyletując siostrę wzrokiem, i ku mojemu zdumieniu sam postanowił rzucić trochę światła na rozpoczęty przez nią temat. – Krążą pogłoski o pewnych planach, które mogą nieco zaburzyć przebieg zaręczyn. Które mogą sprawić, że krew nie tylko będzie szybciej krążyć w żyłach, lecz także zrosi pałacowe posadzki.
– Gdybyśmy mieli zwracać uwagę na każdą pogłoskę, już dawno siedzielibyśmy zamknięci na zamku, by chronić się przed oblężeniem, które nigdy nie nadchodzi – odparłem trochę zrezygnowany.
Ta informacja nie była niczym wyjątkowym. Wyróżniało ją tylko to, że dotyczyła balu zaręczynowego. Każdego tygodnia ktoś groził koronie, dając upust swojej złości. Wielu ludzi miało nam coś do zarzucenia. To przecież normalne. Wpisany w ludzką egzystencję sprzeciw wobec władzy. Jaka by ona nie była.
– Nie zawracalibyśmy ci głowy, gdyby chodziło o kolejne pijackie pogróżki wygłaszane pod wpływem chwili.
– Szykuje się coś dużego, Alecs… Niedługo wszystko się zmieni i tylko od ciebie będzie zależało, dokąd to nas zaprowadzi. Może będziesz musiał wybrać, po czyjej jesteś stronie – dodała Kiana, spoglądając na mnie poważnie, a ja zrozumiałem, że nie żartuje. Nigdy nie patrzyła na mnie w ten sposób. Figlarne iskry zniknęły z jej oczu, a głos był boleśnie rzeczowy i pozbawiony flirciarskiej nuty.
– Po czyjej stronie? – powtórzyłem zdezorientowany. – Możecie traktować mnie poważnie, a nie jak dziecko?
– Ależ traktujemy poważnie i mamy nadzieję, że wybierzesz dobrze, bo mogą polecieć głowy. Dosłownie. A naprawdę szkoda byłoby mi twojej…
– Czyżby? – Spojrzałem na nią z ukosa.
Choć życzyłbym sobie postąpić zgodnie z powagą chwili i ostrzeżenia, za bardzo ciągnęło mnie do tej dziewczyny i ochota poddania się jej zabarwionym pikanterią gierkom była zbyt dominująca. Liczyłem jedynie, że moje zainteresowanie tymi gierkami pozostanie niezauważone przez Kianę i Damara, dlatego oparłem się o pień i skrzyżowałem nogi. Najwyraźniej moje założenie, że zachowuję się naturalnie, okazało się błędne, ponieważ dziewczyna przesunęła wzrokiem po wiadomym miejscu i ewidentnie zauważywszy to, co starałem się przed nią ukryć, uśmiechnęła się lekko, po czym niemal wyszeptała:
– Oczywiście, że nie chciałabym, byś stracił głowę, Alecsey… Bo bardzo pochlebia mi twoje zainteresowanie mną… I może liczę na to, że kiedyś zasmakuję pełni książęcego oddania? Oczywiście zanim przepadniesz dla swojej nowej lubej. – W jej głosie znowu dało się słyszeć tę zawadiacką nutę. Kiana była nieokiełznana. Brała życie garściami, nie patrząc na to, co pomyślą inni. Potrafiła wykorzystać moją słabość do niej i sprawić, że poważny temat schodził na dalszy plan.
– Nie wiem, czy będzie okazja, skoro tak ze mną pogrywasz. Chyba że ładnie przeprosisz – powiedziałem, dając się wciągnąć w tę grę. Damar z kolei wyglądał na zniecierpliwionego.
– Ani nie przeproszę, ani nie poproszę, Alecsey… Przecież to wiesz. Ja po prostu wezmę, co będę chciała i jak będę chciała.
– Kiano, przestań się z nim drażnić. Temat jest poważny, a ty zachowujesz się, jakbyś chciała przyszpilić naszego księcia do drzewa i wykorzystać tu i teraz!
– A jeśli tak właśnie jest, to co? Zazdrościsz mu i żałujesz, że sam jesteś moim bratem i nie możesz liczyć na podobne względy? – Damar chyba chciał coś powiedzieć, ale ostatecznie się poddał. Nawet on musiał być świadomy, że z siostrą nie wygra. Tymczasem Kiana zbliżyła się do mnie i pogładziła mnie po policzku. – Do zobaczenia wkrótce. – Uniosła się, jakby chciała mnie pocałować, ale ostatecznie cmoknęła mnie tylko w policzek. Chwilę później zniknęła za drzewami. Przez całe moje ciało przeszedł przyjemny dreszcz, lecz zniknął, gdy zobaczyłem zażenowaną minę Damara.
– Że też dajesz się jej tak traktować. Żałosne, Alecsey – skwitował zdegustowany. – Za tamtym drzewem znajdziesz niespodziankę. Do zobaczenia – dodał i wskazał mi kierunek, a potem odszedł, pozostawiając mnie bez wyjaśnień.
Co miał na myśli, mówiąc o niespodziance? Był chyba ostatnią osobą, którą mógłbym podejrzewać o tak czuły gest – nawet w stosunku do Kiany. Dotarło do mnie, że to nie musiało być nic przyjemnego. Ruszyłem w stronę wskazanego drzewa, czując, jak żołądek znowu mi się skręca ze stresu.
Niespodzianka faktycznie okazała się zaskakująca.
Przyglądałem się średniej wielkości losze, która leżała martwa tuż u moich stóp. Zastanawiałem się, czy to nie ten sam zwierzak, którego udało mi się przestraszyć. W jej sercu tkwił bełt. Nie należał do mnie. Był dowodem przestępstwa, które musiałem zatuszować. Dowodem, że ktoś poza rodziną królewską polował w tym lesie.
Mogłem odpuścić sobie dalsze polowanie, jako że dzik był wspaniały. Nie zamierzałem go zostawić, bo wiedziałem, że zrobi wrażenie.
Zakopałem bełt pod jednym z drzew i wróciłem po zostawioną na skraju lasu Mirę. Zarzuciła łbem, kiedy mnie ujrzała. Nie cieszyłaby się tak, gdyby wiedziała, do czego jej potrzebowałem.
Jeden koniec liny przywiązałem do jej siodła, a drugim obwiązałem biegi dzika. Prowadząc klacz za uzdę, wyszedłem z lasu. Było mi żal Miry, że musi ciągnąć taki ciężar, ale bez niej nie dałbym rady. Gdybym przyuważył gdzieś służbę łowczą, oboje mielibyśmy już wolne.
Wyszliśmy na polanę; słońce przyjemnie grzało, a ptaki pięknie śpiewały. Odwiązałem linę od siodła i nagrodziłem Mirę jabłkiem. Spisała się, więc musiała zostać doceniona. Wyciągnąłem z juków rozcieńczone wodą piwo i suszone mięso. Z tego wszystkiego nieco zgłodniałem. Nie wiedziałem też, jak długo będę musiał czekać na całą resztę.
Jakiś czas później z lasu wyłonił się ojciec, a zaraz za nim służba łowcza niosąca na noszach jelenia z imponującym, wielkim porożem. Już współczułem matce, która przez następne dni będzie słuchać, jakim doskonałym myśliwym jest jej mąż. Caldwell będzie się chełpił, dopóki matka nie wytrzyma i nie powie mu, że ma się zamknąć. Oczywiście nikt poza nią nie mógłby sobie na to pozwolić. Wszyscy się bali. Włącznie ze mną.
Ciekawe, wktórej komnacie zawiśnie to imponujące poroże.
– Piękny… – powiedziałem, gdy zwierzę zostało umieszczone na powozie. Pochwaliłem jelenia bez zbytniego entuzjazmu, by ojciec nie uznał tego za szyderstwo.
Podszedłem i niepewnie dotknąłem wieńca, zachwycając się jego majestatem. Naprawdę robił wrażenie.
– Będzie wspaniałą ozdobą komnaty jadalnianej.
Ojciec sprawiał wrażenie, jakby znacznie urósł. Jak każdy myśliwy lubił być chwalony za upolowaną zwierzynę. Nigdy nie zadowalał się byle czym. Zawsze musiał się popisać. Jakby chciał pokazać wszystkim, kto tu naprawdę rządzi. Nawet w lesie.
– Może to jeszcze do ciebie nie dotarło, ale polowanie wymaga czegoś więcej niż tylko obecności. Dzik jest w porządku, ale nie zachwyca. Może zaangażowałbyś się bardziej, gdybyś nie obijał się całymi dniami z Coltonem.
Kiwnąłem bezwiednie głową, choć wiedziałem, że nigdy nie będę mógł włożyć w polowanie tyle pasji co ojciec. Wolałem spędzać czas na studiowaniu map, czytaniu czy właśnie eksplorowaniu królestwa z młodszym kuzynem. Jedyną rzeczą, do której mogłem się przed ojcem otwarcie przyznać, było – oczywiście – odczytywanie map. Uważał, że dobry władca musi mieć rozeznanie w terenie i topografii. I nie miał na myśli tylko swojego królestwa, lecz także sąsiednie ziemie: znajdujący się na północnym-wschodzie Duryon, leżący na północy Artonn i graniczący z nami od zachodu, tuż za górami, Sylthar. Kiedyś zasugerował, bym zaznajomił się także z mapami Vemoin, choć znajdowało się daleko na południe, za Morzem Arryńskim. „W razie wojny trzeba wiedzieć, jaką obrać taktykę, by nie oddać pola wrogowi” – powiedział.
Po niecałej godzinie zjawił się Colton z zakrwawionym dzikiem, a wkrótce po nim stryj z kolejnym i Emley z młodą sarną.
Kuzyn wydawał się z siebie dumny, ale gdy spojrzał na zwierzę leżące u moich stóp, wyraz zadowolenia natychmiast spełzł z jego twarzy. Przez chwilę poczułem satysfakcję, ale zaraz potem wstyd, bo przecież locha nie padła z mojej ręki. Ale mimo to miło było patrzeć, jak Emley nazbyt długo szuka odpowiednich słów, by mi dogryźć.
– Jestem pod wrażeniem – odezwał się w końcu, podchodząc bliżej. Kucnął i przyjrzał się ranie, która pozostała po bełcie. – Czyżby leśne skrzaty go za ciebie upolowały? Czy dzik pod wpływem twojego uroku osobistego sam nadział się na twe ostrze?
Poczułem w żołądku nieprzyjemne zimno. Emley w bardzo łatwy sposób dopatrzył się ingerencji kogoś obcego. A może tylko zaryzykował takie stwierdzenie i czekał na moją reakcję. Miałem nadzieję, że nie będzie drążył. I dlatego w ogóle mu nie odpowiedziałem.
– Wracajmy – powiedział wreszcie król, dosiadając swojego ogiera.
Trzymaliśmy się z Coltonem nieco z tyłu, by swobodnie rozmawiać. Kuzyn relacjonował po kolei, jak ścigał ranne zwierzę. Głos miał ożywiony, ale nie zazdrościłem mu ani trochę, bo z tego, co mówił, cała akcja była bardzo krwawa, a zwierzę cierpiało.
Słuchałem go uważnie, co jakiś czas zadając pytania, by samemu nie musieć opowiadać o swoim polowaniu. Źle bym się czuł, gdybym musiał okłamać i jego. Colton nie wiedział nic o mojej znajomości z Damarem i Kianą i na razie chciałem, by tak zostało.
Na końcu korytarza, wychodzącego na dziedziniec od strony stajni, mieściła się kuchnia – kilka pomieszczeń sporych rozmiarów – w której codziennie uwijało się ponad dwadzieścia osób. Na czele tego małego królestwa stał nasz kuchmistrz Luan, mężczyzna w średnim wieku o raczej nieprzyjemnej aparycji.
Tam zawsze coś się działo. Od samego rana podkuchenni krzątali się, by przygotować śniadanie, a w tym samym czasie piekarze zajmowali się pieczeniem chleba, ciast i przygotowywaniem deserów. Specjalnie do tego wyznaczeni rzeźnicy skupiali się na obrabianiu dostarczanego mięsa mającego trafić na stół podczas wieczerzy. Dzisiaj była to dziczyzna.
Gdy zajrzałem do głównej kuchni, uderzyły mnie zapachy jabłek zapiekanych w miodzie i ciasta czekoladowego. Wszyscy mi się ukłonili i wrócili do swojej pracy. Luan, który stał przy ogromnym ruszcie, podszedł bliżej, szybko przywołując drobną blondynkę o imieniu Val. Dziewczyna była nowa i na pewno młodsza ode mnie. Stanęła tuż obok ze spuszczoną głową. Każda nowo zatrudniona osoba miała w sobie ten lęk przed spoglądaniem na członka rodziny królewskiej.
– Na dzisiejszą wieczerzę – powiedziałem, podając mu zająca. Nawet na niego nie spojrzał. Od razu przekazał szaraka dziewczynie, a ta chwyciła go za słuchy. Nie wiedziała, co ma z nim zrobić, co wywołało zniecierpliwienie Luana.
– Co tak stoisz? Zanieś go do chłopaków na tyły – warknął, a ta szybko wyszła. – Nie wiem, czy się wyrobimy – dodał Luan, patrząc z powrotem na mnie. – Król zażądał dzika.
– To tylko mały zając. Na pewno znajdziecie na niego chwilę.
– Skończyła się żurawina.
– Luan… nie drocz się ze mną – odparłem, zerkając na niego z ukosa.
Lubiłem naszą relację. Oficjalną, choć zabarwioną drobnymi żartami, gdy nie było świadków. Wynikało to z tego, że od dziecka lubiłem kręcić się po kuchni i podkradać słodkości. Luan, przeważnie zniecierpliwiony, musiał mnie znosić, choć chyba nigdy naprawdę się na mnie nie złościł. Nie byłem aż takim szkodnikiem. Chyba.
Mężczyzna uniósł lekko kącik ust.
– Zobaczę, może jeszcze się coś znajdzie w spiżarni.
– Na pewno. – Mrugnąłem do niego porozumiewawczo. – Dzięki.
Zanim wyszedłem, wziąłem kilka kruchych ciastek piętrzących się na talerzu na blacie obok drzwi.
Gdy dotarłem do mojej komnaty, przywitał mnie zapach pomarańczy – ożywczy i świeży, jeden z tych, które natychmiast poprawiały mi nastrój. Po kąpieli włożyłem codzienny strój – jasną koszulę z długim rękawem, dopasowane lniane spodnie i kamizelkę. Dobrałem też skórzany pasek z ozdobną sprzączką i udałem się na odpoczynek do jednej z komnat.
Ojciec stale powtarzał, że władca nie może pozwolić sobie na zmęczenie. Nawet jeśli ledwo stoi na nogach. Uważałem, że to głupie, ale jak w przypadku większości ojcowskich zasad nie mogłem tego skomentować. Jego słowo było niepodważalne.
Na miejscu zastałem matkę w towarzystwie stryjenki Clarice – matki Coltona i Emleya. Siedziały przy stoliku, przy herbacie, pochłonięte rozmową o balu i nowych sukniach. Skinąłem głową na przywitanie i podszedłem do Coltona czytającego książkę po drugiej stronie komnaty. Wyglądał komicznie, kiedy oczy latały mu na prawo i lewo. Nawet nie zwrócił uwagi na moje przybycie.
– Nadal udajesz, że potrafisz czytać? – zapytałem, zajmując wolny fotel. – Twoja matka nadal w to powątpiewa?
– Przynajmniej moja nadal żywi nadzieję, nie to co twoja, pogodzona z myślą, że ma syna troglodytę.
– Długo myślałeś nad tym tekstem? – Zaskoczył mnie swoją ripostą.
– Nie, twoja gęba mnie zainspirowała. Dajesz duże pole do popisu. – Uśmiechnął się złośliwie, odkładając książkę.
– Jestem w takim szoku, że nie wiem, czy nie powinienem tego zapisać. Rzadko ci się zdarza taka błyskotliwość – prychnąłem.
– No… poćwicz i czytanie, i pisanie. Musisz w końcu czymś zainteresować swoją przyszłą żonę, skoro facjatę masz taką, jaką masz.
– O ty gnojku! – Uderzyłem go w ramię, a potem dodałem ze śmiechem, chyląc przed nim czoła: – Dobra, uczciwie przyznaję, że przegrałem to starcie.
– Więc bądź tak łaskaw i pozwól mi napawać się wygraną w ciszy. Czytając. – Uciął rozmowę.
Teoretycznie komnata była dostępna dla każdego. W praktyce, o ile nie mieliśmy gości, przesiadywały tutaj moja matka i Clarice, nieustannie o czymś rozprawiając przyciszonymi głosami. Było tu o niebo przyjemniej niż w tej „gawrze niedźwiedzia” – sali pełnej łbów i innych maszkar, które straszyły mnie za młodu. Nienawidziłem wypchanych zwierząt. Istna groteska. Wystarczyło, że musiałem zabijać w czasie polowań. Niekoniecznie chciałem je oglądać jeszcze po śmierci – z pustymi oczami krzyczącymi „zobacz, co nam zrobiliście!”. I co by Mira na to odpowiedziała? Zapewne zapytałaby, jak mogłem…
Spojrzałem na swoją matkę – Anise Ross. Była kobietą o wyjątkowej urodzie. Długie, ciemnobrązowe włosy miała splecione w warkocz owinięty wokół głowy, co w połączeniu z kwiecistymi dodatkami przydawało jej dziewczęcego uroku. Właśnie zapowiedziała Clarice, że obie muszą włożyć coś wyjątkowego na zbliżającą się uroczystość i że materiały na tę okazję przyjadą z Vemoin. Nie było opcji, by pojawiły się w – jak to ujęła – „starych i już dawno przechodzonych sukniach”. Z jej słów wywnioskowałem, że wszystkie, które posiadała, nadają się do wyrzucenia. Czy kobiety raz włożoną rzecz uznają za znoszoną? Nie mieściło mi się to w głowie.
Sam też byłem ciągany na przymiarki, które wydawały się nie mieć końca. Główna szwaczka, Pearl Collins, najpierw zdjęła ze mnie miarę, innym razem przypasowywała materiał, kolor, a potem przychodziłem co jakiś czas, by mierzyć ledwo trzymające się skrawki, dzięki czemu kobieta jeszcze raz mogła je dobrze podpiąć i do mnie dopasować. Materiał ostatecznie wybrała matka, ale o kolor walczyłem. Z pozytywnym skutkiem. Wszystko miało być granatowe, bez zbędnych dodatków. Ceniłem sobie prostotę. Matka uważała, że to zbyt ponury kolor, ale go lubiłem, podobnie jak biel. Z kolei ojciec stawiał na ciemną zieleń, więc matka i z nim nie miała łatwo. Przez wiele lat próbowała zmuszać nas do jasnych kolorów, ponieważ sama kochała pastelowe odcienie.
Gdy tak na nią spoglądałem, zastanawiałem się, jakim cudem tak empatyczna i wiecznie uśmiechnięta osoba mogła nadal trwać przy moim ojcu – pragmatycznym, autorytarnym i wiecznie niezadowolonym gburze. Byli jak ogień i woda, jak plus i minus… ale może właśnie to stanowiło tajemnicę ich miłości? Jedno uzupełniało drugie: matka potrafiła wpłynąć na ojca, gdy ten się wzburzał, a on potrafił sprowadzić ją na ziemię, gdy ta zaczynała popadać w melancholię.
Sorren Lust – dowódca oddziału – był ode mnie starszy o pięć lat, choć rysy jego twarzy mogły sugerować co innego. W wieku szesnastu lat został zrekrutowany do królewskiego wojska. Przyjmowano wtedy ochotników, którzy w zamian za służbę otrzymywali dach nad głową, ciepłe posiłki oraz pieniądze dla rodzin. Ja i Emley również braliśmy udział w ich szkoleniu. Pamiętam, jak zaskoczyłem ojca, mówiąc, że chciałbym spróbować swoich sił. Najpierw powiedział, że taki mizerota jak ja powinien dobrze nauczyć się chodzić, a dopiero potem garnąć się do bitki. Ostatecznie zgodził się kilka miesięcy później, gdy stryj Clayworth się za mną wstawił.
Sorren, który wyróżniał się na tle innych, został „nagrodzony” dodatkowymi godzinami ze mną. Przez te wszystkie lata dostał niezłą szkołę życia. Odbiło się to na jego wyglądzie. Był młody, ale wyglądał na przynajmniej dziesięć lat więcej, niż miał w rzeczywistości. Współczułem mu, ale z drugiej strony jego ciężka praca się opłaciła. Został doceniony przez Fabera Ragdalla – dowódcę Straży Królewskiej – a także mojego ojca. Awansował do królewskiej gwardii i stał się dowódcą kilkudziesięcioosobowego oddziału.
Po tych wszystkich latach Sorren przestał być po prostu moim towarzyszem treningów. Został pełnoprawnym opiekunem i nauczycielem, a także swego rodzaju przyjacielem. W ramach kolejnej „nagrody” za zasługi dla korony dostał pod opiekę także Coltona.
Kiedyś zapytałem go, czy faktycznie odbiera to jako zaszczyt, czy raczej przykry obowiązek. Odpowiedział, że różnie to bywało na przestrzeni lat, ale ostatecznie czuje się doceniony. Dodał, że wszystko wyglądałoby zupełnie inaczej, gdybym był niedojdą, która ma dwie lewe ręce. Na szczęście okazałem się pojętnym uczniem.
Dwa lata temu porzuciliśmy z Sorrenem drewniane miecze – Colton cały czas ćwiczył drewnianym, co wypominałem mu przy każdej okazji – i przeszliśmy na stalowe. Nie spodziewałem się jednak, że tak często będę miał do czynienia z medykiem. Na początku przerażała mnie myśl, że każdy sparing będzie się kończył szwami. Po pierwszym razie starałem się nawet interweniować w tej sprawie u matki, ale nie miała nic do powiedzenia. Gdy ojciec przypadkowo usłyszał, że się poskarżyłem, wyśmiał mnie i nazwał tchórzem. Uznał także, że nic mi się nie stanie, jeśli ubędzie mi trochę krwi, a na skórze zostanie kilka blizn. W końcu prawdziwy mężczyzna musi mieć się czym pochwalić. Sorren bał się, że zrobi mi krzywdę, ale dostał jasny rozkaz od mojego ojca, by nie okazywać mi litości. W końcu z biegiem czasu coraz rzadziej udawało mu się przedrzeć przez moją obronę.
Popołudniowa szermierka z Sorrenem była całkiem przyjemna, lecz dzisiaj wyjątkowo nie mogłem się skupić, choć lubiłem nadmierny wysiłek i pot lejący się po tyłku. Każdy atak i każda obrona wymagały ode mnie o wiele więcej siły – nie tylko tej fizycznej, lecz przede wszystkim psychicznej. Moje reakcje okazywały się nieco opóźnione, bo cały czas myślałem o przyjeździe gości. Lust upominał mnie co jakiś czas, ale przytakiwałem mu bezmyślnie i dalej popełniałem te same błędy. Wreszcie jego miecz dosięgnął mojego ramienia. Przeciął i koszulę, i skórę. Nawet nie poczułem bólu, bo adrenalina wciąż we mnie buzowała. Nie było to jednak nic, do czego bym się nie zdążył przyzwyczaić. Ot, mała niedogodność tuż przed przyjazdem gości.
– Jeśli chciałeś zrobić przerwę, to mogłeś powiedzieć. Nie musiałeś uciekać się do tak dramatycznych gestów – stwierdził Sorren. Patrzył na mnie rozczarowany. Od tylu miesięcy tak dobrze sobie radziłem, a wystarczyła chwila, by wszystko poszło na marne. – Weź się w garść, Alecsey. Cokolwiek cię dręczy, zostaw to na później, po treningu, jasne? Nie sprawia mi radości upuszczanie ci krwi. Już nie – dodał rozbawiony.
– Jasne – odparłem, posyłając mu pobłażliwe spojrzenie. Miał rację. Od razu powinienem podejść do treningu z oczyszczonym umysłem.
– Idź z tym do medyka. Colton! Twoja kolej i lepiej żebyś nie podzielił losu Alecseya – krzyknął do mojego młodszego kuzyna, który samotnie ćwiczył podstawowe cięcia mieczem.
Zobaczyłem, że przyjaciel odrzucił swój drewniany miecz, a potem podbiegł do nas truchtem. Czy Sorren dał mu do zrozumienia, że właśnie przechodzą na stal?
– No w końcu! – powiedział Colton, podchodząc do nas. – Idź już do tego medyka, zanim całkiem się wykrwawisz. Teraz czas na mistrza. – Sorren uniósł wysoko brwi i ze złośliwym uśmiechem podał mu moją broń. Gdy kuzyn ją chwycił, ręka mu opadła, a on sam się zachwiał. Zdecydowanie powinien wyrobić sobie mięśnie. Albo wziąć lżejszy miecz.
– No to idę, mistrzu – zaśmiałem się, w czym zawtórował mi Lust, i poszedłem prosto do medyka.
Idąc do Tereniusa, myślałem o Coltonie. O tym, jaki był zadowolony ze zmiany miecza. Zmiana oznaczała dorosłość. A on już czuł się dorosły, mimo że miał zaledwie szesnaście lat. Oby tylko się nie przeliczył. Przejście na stal wiązało się z większą liczbą siniaków i krwią.
Siedziałem spokojnie w infirmerii i patrzyłem, jak medyk przemywa moją ranę, a następnie – raz za razem – przebija igłą skórę, łącząc ze sobą dwa rozcięte końce. Powinienem czuć ból, ale adrenalina chyba jeszcze do końca nie opadła, bo doświadczałem tylko mrowienia. Przypomniało mi to o tym, czego dowiedziałem się od Kiany i Damara. Coś złego wisiało w powietrzu. Niepokoiło mnie to, choć pogróżki nie były niczym nowym w naszym domu. Jednak ta sytuacja wydawała się inna. Może dlatego, że wieści zostały przekazane przez przyjaciół?
Powinienem powiadomić o tym ojca, ale wiedziałem, że potraktuje mnie jak uporczywą muchę, której nie da się przegonić zaledwie machnięciem ręki. Mimo to musiałem spróbować.
Podczas wieczerzy usiadłem naprzeciwko ojca. Po jego prawej siedziała matka, a po lewej Faber Ragdall. Niedawno świętowano dwadzieścia lat, odkąd ten łysawy jegomość z krzaczastym, rudym wąsem zajął swoje stanowisko. Był najbardziej zaufaną osobą króla, a ja podejrzewałem, że ojciec nie ufał tak nawet stryjowi Clayworthowi. W podziękowaniu za szczególne zasługi dla królestwa Ragdall dostąpił zaszczytu siedzenia z nami przy stole. I to tuż obok ojca. Kiedyś to miejsce zajmował stryj.
Patrzyłem, jak obaj zajadali się dzikiem, którego zapijali winem sprowadzonym prosto z Vemoin.
Wziąłem dokładkę zająca w sosie żurawinowym. Wiedziałem, że Luan znajdzie i żurawinę, i chwilę, by spełnić moją małą zachciankę. To była moja ulubiona potrawa, więc zamawiałem ją przy każdej nadarzającej się okazji. Mięso również popijałem winem, ale sprowadzonym prosto z naszej lokalnej winnicy – od Tuckershala. Było zdecydowanie łagodniejsze i słodsze. Poza mną i moją matką nikt go nie pił. Emley nie raz powtarzał, że to takie szczyny, że nawet największy wiejski moczymorda by ich nie tknął. Sam zawsze delektowałem się każdym łykiem – tego wina nie można było po prostu chlać jak jakiegoś wiejskiego sikacza.
Co jakiś czas spoglądałem na ojca, ale raczej nie zamierzał zaszczycić mnie spojrzeniem. Musiał wkładać wiele wysiłku w ignorowanie mnie. Wielokrotnie zerkał też na innych członków biesiady, ale jego wzrok zawsze prześlizgiwał się przez moją osobę, jakby mnie tu w ogóle nie było.
– Co się tak gapisz na ojca? – zapytał cicho Colton, szturchając mnie w ramię. – Chcesz go zahipnotyzować?
– Tak, żeby zaczął śpiewać – mruknąłem z ironią, zerkając na kuzyna. Dolałem sobie wina. – I jak po pierwszym treningu ze stalą?
– Bardzo dobrze. Dostałem inny miecz. Twój nie leżał mi dobrze w ręce – odparł, idąc w moje ślady, ale podobnie jak większość rodziny wybrał wino z Vemoin.
– Ach, nie leżał ci… – Parsknąłem śmiechem.
– Dostałem miecz dopasowany do mnie – mruknął jakby z wyższością, ale po prostu się tłumaczył. – Poza tym nie każdy ma taką parę w łapie jak ty.
– I tu się z tobą zgodzę, bracie – wtrącił się Emley. Obaj z Coltonem spojrzeliśmy na niego zaskoczeni. – Oczywiście, że miecz musi być dopasowany, zwłaszcza do tak delikatnych rączek jak twoje. Powinieneś sprawić sobie jeszcze aksamitne rękawiczki. – Może to okrutne, ale dobrze, że to nie ja stałem się jego ofiarą.
Zasłoniłem usta kielichem, starając się nie parsknąć śmiechem zbyt głośno. Colton zmrużył oczy, patrząc na brata. Zrobił się czerwony ze złości, ale zachował spokój.
– Możesz mi dać takie w prezencie urodzinowym – powiedział, siląc się na obojętność. Widocznie wolał zakończyć rozmowę w ten sposób, aniżeli ruszyć do walki na riposty. Rozumiał, że był skazany na porażkę.
Odyniec znikał z półmiska w zastraszającym tempie. Wszem wobec zachwalano pracę kucharza. Stryj Clayworth wręcz rozpływał się nad doskonałością mięsa. To w końcu jego dzik trafił na stół. Sam jadłem tylko zająca, więc nie mogłem dołączyć do pochwał. Utkwiłem wzrok w swoim talerzu i odrywałem go tylko wtedy, gdy napełniałem sobie kielich winem.
Cały czas chodziła mi po głowie wczorajsza rozmowa z ojcem. Jego spojrzenie, ton… już po pierwszym „o co znowu chodzi?” wiedziałem, że cokolwiek mu powiem, będzie to miał w głębokim poważaniu. Mimo wszystko zdecydowałem się zrobić to, na co przygotowywałem się od kilku dni.
– Cały czas myślę osojuszu przeciwko Duryonowi – powiedziałem. – Izastanawiam się, czy rozsądne jest wikłanie się wmałżeństwo, które przysporzy nam jedynie sporo kłopotów.
– Zastanawiasz się, tak? – zapytał protekcjonalnym tonem, ale to zignorowałem.
– Zaoferujmy sojusz wojskowy. Niech nasze kraje pozostaną wpełni niezależne, aumowa sojuszu, który sam wsobie może posłużyć jako narzędzie odstraszające Duryon, zawrze zapis okonieczności wyszkolenia przez króla Ebena własnych wojsk. Bo niby dlaczego nasi chłopcy mieliby nadstawiać za nich karku? Bądźmy ich sojusznikami, ale trzymajmy się na uboczu. Małżeństwo nie sprawi, że król Eben zechce wziąć odpowiedzialność wswoje ręce. Zrzuci jedynie na nas obowiązek bronienia ich, bo wkońcu od tej pory każdy atak wymierzony wich stronę będzie również atakiem na nas.
– Isądzisz, że bystrzejsze umysły od twojego tego nie przemyślały? Dzieciaku, tobie nie zależy na znalezieniu najlepszego rozwiązania, ana umyciu rąk iuniknięciu małżeństwa!
– Ale… – zacząłem, lecz ojciec uniósł rękę, powstrzymując moje tłumaczenia.
– Myślałeś, że będziesz mógł sobie robić, co chcesz? Skoro ewidentnie nie nadajesz się do polityki, to nadasz się do małżeństwa. Linia sukcesji wArtonn wygasa. Król Eben ma dwie córki, astarsza już dawno powinna zostać wydana za mąż. Krajem targa niepewność ojutro, apowodowane tym wewnętrzne napięcia ostatecznie doprowadzą do lokalnych konfliktów. Nie potrzeba nam zkażdej strony sąsiadów pogrążonych wwojnie domowej – powiedział, jakby tłumaczył coś mało rozgarniętemu dziecku. Choć pewnie tak właśnie mnie postrzegał. – Artonn potrzebny jest następca, ito jak najszybciej. Imoże nie obchodziłoby mnie to jakoś szczególnie, ale dzięki temu Valland ma szansę stać się silniejszy. Potęga nie jest wynikiem modlitw, tylko efektem podejmowania dobrych decyzji. Iciesz się, że płynie wtobie moja krew, bo nie wiem, czym innym mógłbyś zainteresować córkę króla Ebena. Inteligencją, co widać choćby po tej rozmowie, niestety nie grzeszysz, chłopcze.
Po tych słowach po prostu poszedł, zostawiając mnie w kiepskim stanie. Dobrze wiedzieć, że ojciec uważa mnie jedynie za dobrą walutę w swojej transakcji. Czy ktokolwiek mógłby przetrawić takie słowa na trzeźwo? Dlatego wczoraj musiałem wziąć Coltona do Wielkiej Buni, by chociaż spróbować o tym zapomnieć.
Po skończonej uczcie biesiadnicy jeden po drugim opuszczali jadalnię. Niektórzy mieli zbolałe miny – chyba przecenili możliwości swoich żołądków. Wstałem od stołu i dopiero wtedy odczułem ilość wypitego wina. Obraz lekko mi się rozmazywał, a nogi wydawały się dość ciężkie.
W drodze do swojej komnaty zakręciło mi się w głowie tak mocno, że musiałem przysiąść na schodach. Czułem, jak mój żołądek się buntuje. Zemdliło mnie tak okropnie, że modliłem się, by znów nie ujrzeć zająca w żurawinie. Starałem się oddychać powoli i głęboko, zbierając siły na dalszą wędrówkę.
Spróbowałem wstać z zimnych, kamiennych schodów, lecz ciało odmówiło mi posłuszeństwa. Pragnęło pozostać w tym miejscu i ułożyć się do snu. Przeszywający ból głowy w niczym nie pomagał. Nagle usłyszałem za sobą kroki służącej. Podeszła bliżej, zachowując dystans. Jakby bała się, że ją ugryzę albo że zostanie ukarana za zbytnie spoufalanie się. Ciekawe, czy naprawdę się zmartwiła, czy też podeszła z poczucia obowiązku.
– Czy wasza wysokość dobrze się czuje? Wezwać medyka? – zapytała.
Terenius na pewno bardzo by się ucieszył, gdyby zobaczył mnie drugi raz tego samego dnia.
– Spokojnie, przybywam na ratunek! – dobiegł mnie głos Coltona.
Przyjaciel nie był już obrażony. Powiedziałbym, że nawet coś go rozbawiło. Mój stan czy może myśli, które zapewne zaraz wybrzmią z jego ust?
– Dzięki – mruknąłem, choć sam nie wiem, do kogo kierowałem moje słowa.
– Nie tobie przychodzę z pomocą, tylko tej biednej dziewczynie – prychnął, chwytając mnie pod ramię. Czyli jednak. Zaraz dowiem się, co mu się kłębiło we łbie. Czy to będzie jakaś forma zemsty za moją reakcję na złośliwość Emleya? – Przejmę go, bo zaraz zacznie cię pytać, czy chcesz zobaczyć jego klejnoty koronne. Jeśli wiesz, co mam na myśli – zwrócił się do służącej, która stała w ciszy i patrzyła na nas, czekając na polecenia. Na jej twarzy niepewność mieszała się z rozbawieniem, ale bardzo starała się to ukryć. Wreszcie na skinienie Coltona odeszła, a ja się załamałem. Co on bredził? Pomylił mnie ze sobą?
– Ach, ta twoja książęca godność – skwitował jeszcze, pomagając mi wstać. Wiedział, że jestem bezbronny. Mógł mówić, co mu się żywnie podobało, bo nie miałem siły na odpyskowanie. – Zostawiłeś ją przy stole?
– Razem z twoim marzeniem o aksamitnych rękawiczkach, kuzynko – mruknąłem, na co się skrzywił. Jednak udało mi się odgryźć.
Colton odprowadził mnie do sypialni. Padłem na łóżko jak nieżywy. Przymknąłem oczy, starając się momentalnie nie odpłynąć. Kuzyn usiadł na sofie i głośno westchnął.
– Nawet nie wiem, kiedy tak się schlałeś – wyrzucił w końcu. – To przez twojego starego? Przepraszam, miałem na myśli przez jego wysokość.
Wzruszyłem ramionami. Dlaczego się tym przejmowałem? Nie miałem żadnego wpływu na to, jak ojciec mnie traktuje, na to, że zmusza mnie do ślubu w ramach sojuszu z Artonn. Lecz czy można podejść do tego obojętnie? Ktoś by potrafił?
– Wczoraj ty, dzisiaj ja… jak bardzo żałośnie to wyglądało? – zapytałem, uzbierawszy nieco siły, by coś powiedzieć. – W skali od jednego do dziesięciu, gdzie jeden to po prostu żałosne, a dziesięć król żenady.
– Nie tak źle, dałbym może sześć. Solidny wstyd.
Przetarłem twarz dłońmi i wstałem, a potem otworzyłem na oścież drzwi balkonowe. Świeże powietrze, które uderzyło mnie w twarz, dało mi nieco otrzeźwienia.
Noc była naprawdę przyjemna. Wieczorną ciszę zakłócały cykady i rechot żab zamieszkujących ogrodowy staw. Zwykle ta symfonia mnie uspokajała, ale teraz każdy dźwięk wrzynał mi się w mózg wyjątkowo boleśnie. Jak szpila. Jedna za drugą.
– Ale się nie martw. Poza mną i Emleyem, chyba nikt nie zwrócił na to uwagi. Zresztą mnie nie przebijesz.
– Chyba „nie przepiję”.
– Też.
– Emley pewnie miał używanie, co? – mruknąłem. – Będzie szydził ze mnie przez najbliższe dni.
– O dziwo, nie odezwał się ani słowem. Powiedziałbym, że wyglądał jedynie na zdegustowanego.
– Nie wierzę. Emley zdegustowany zachowaniem ulubionego kuzyna?
– Jedynego kuzyna!
Colton minął mnie i oparł się o balustradę. Zrobiło się poważnie. Spojrzał na mnie przeszywającym wzrokiem. Znałem ten wzrok i nie chciałem go teraz widzieć. Zaraz przypuści na mnie atak. Będzie cisnął, aż powiem mu, co mnie dręczy. A Colton chciał zawsze wszystko wiedzieć. Bał się niewiedzy, która mogła go wykluczyć, sprawić, że pozostanie w jakikolwiek sposób w tyle.
Wreszcie otworzyłem usta, by coś powiedzieć, ale tylko mi się odbiło. Poczułem, jak w nozdrza uderza nieprzyjemny zapach trawionego wina. Wróciłem – a właściwie uciekłem – z powrotem do łóżka. Nie miałem siły się bronić. Chciałem tylko spać.
