Umrę jutro o szesnastej - Marta Grzywacz - ebook

Umrę jutro o szesnastej ebook

Marta Grzywacz

0,0
51,90 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

„26 lipca Denise obudziła się wcześnie. Zeszłyśmy na dół po babeczki z truskawkami. Potem ubrała się, zjedliśmy nasz ostatni lunch [...]. O pierwszej każde z nas się z nią pożegnało. Kiedy pojawił się lekarz, wybuchnęła płaczem, ale ze szczęścia, że to już koniec, i pobiegła na górę jak na skrzydłach. [...] Odeszła bardzo szybko”.

W 2002 roku Holendrzy jako pierwsi na świecie przyjęli ustawę regulującą eutanazję i pomocnictwo w samobójstwie. Marta Grzywacz przygląda się historii, sztuce, tradycji i polityce, by prześledzić, jak przez stulecia zmieniało się w Holandii podejście do śmierci i jak kolejne przypadki eutanazji doprowadziły do uchwalenia tego prawa.

Książka to także historie ludzi, którzy zdecydowali się umrzeć. Między innymi osiemdziesięciodwuletniej żeglarki Enny, której ból stał się nie do zniesienia, dwudziestodziewięcioletniej Evy cierpiącej na zaburzenia obsesyjno-kompulsyjne, siedemdziesięcioletniego Jana ze zdiagnozowaną depresją czy dwudziestoletniej Demi, której doświadczenie przemocy odebrało chęć do życia. Autorka rozmawia również z lekarzami dokonującymi eutanazji i ekspertami decydującymi, czy działania lekarzy były słuszne.

To reportaż o ludziach podejmujących jedną z najtrudniejszych decyzji i o ich bliskich, którzy często wbrew sobie muszą ją uszanować, a zarazem próba odpowiedzi na pytanie, gdzie przebiega granica między prawem do decydowania o własnym życiu a obowiązkiem jego ochrony.

Pisząc o kulturze śmierci w Holandii, zastanawiałam się, jak doszło do tego, że kraj, w którym niegdyś niemal codziennie czytano Biblię i przestrzegano surowych zasad kalwinizmu, stał się awangardą. To w końcu Holendrzy jako pierwsi dopuścili aborcję, małżeństwa jednopłciowe, miękkie narkotyki, wreszcie eutanazję. Dlaczego akurat oni byli tak otwarci na zmiany? Dlaczego Holendrzy są, jacy są?

Autorka

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 379

Data ważności licencji: 10/21/2032

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



W serii ukazały się ostatnio:

Agata Komosa-Styczeń Wyspa niechcianych kobiet

Ilona Wiśniewska Hjem. Na północnych wyspach

Nicola Lagioia Ciao amore, ciao. Morderstwo w Rzymie

Paweł Smoleński Zielone migdały, czyli po co światu Kurdowie (wyd. 2)

Tomáš Forró Śpiew syren. W głąb wojennej Ukrainy

Will Storr Nadprzyrodzone. Śledztwo w sprawie duchów

Jacek Hołub Wszystko mam bardziej. Życie w spektrum autyzmu (wyd. 2 zmienione)

Remigiusz Ryziński Dziwniejsza historia (wyd. 2 rozszerzone)

Jack El-Hai Norymberga. Naziści oczami psychiatry

Andrzej Dybczak Gugara (wyd. 2 zmienione)

Marta Madejska Ostatni gasi światło. Przypowieści o transformacji

Tobias Buck Ostatni proces. Niemieckie rozliczenia z nazistowską przeszłością

Anna Sulińska Wniebowzięte. O stewardesach w PRL-u (wyd. 3)

Dariusz Rosiak Ziarno i krew. Podróż śladami bliskowschodnich chrześcijan (wyd. 3)

Patricia Evangelista Niektórych trzeba zabić. Rządy terroru na Filipinach

Helen Garner Woda była strasznie zimna. Rodzinna tragedia i proces o zabójstwo

Marek Szymaniak Młócka. Reportaże o pracy przyszłości

Peter Pomerantsev Jądro dziwności. Nowa Rosja (wyd. 3)

Marek Szymaniak Zapaść. Reportaże z mniejszych miast (wyd. 2)

Ola Synowiec Dzieci Szóstego Słońca. W co wierzy Meksyk (wyd. 3)

Jacob Kushner Biały terror. Neonaziści w Niemczech

Joseph Cox Anom. Największa operacja FBI przeciwko światowej przestępczości

Jagoda Grondecka Emirat to my. Jak talibowie odbijali Afganistan

Paweł Smoleński Syrop z piołunu. Wygnani w akcji „Wisła” (wyd. 3)

Emilia Sułek Baranie oko. Reportaż z Kirgistanu

Michał Książek Jakuck. Słownik miejsca (wyd. 2)

Mariusz Szczygieł Niedziela, która zdarzyła się w środę (wyd. 4)

Aneta Pawłowska-Krać Milion myśli naraz. O dorosłych z ADHD

Agnieszka Zielińska Gdzie słońce spędza zimę. Historie z Andaluzji

Katherine Eban Gorzkie pigułki. Mroczna prawda o tańszych zamiennikach leków

Marcin Stasiak Lekarze prowincjonalni

Liao Yiwu Prowadzący umarłych. Opowieści prawdziwe. Chiny z perspektywy nizin społecznych (wyd. 3)

Anna Kiedrzynek Nie uszlachetnia. O leczeniu bólu w Polsce

Iwona Dudzik Dzieci w chmurze. Edukacja domowa w Polsce

Mariusz Szczygieł Gottland (wyd. 6)

W serii ukaże się m. in.:

Jeremi Galdamez Muñoz Mieliśmy w sobie płomień. Polscy ochotnicy w hiszpańskiej wojnie domowej

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Projekt okładki Agnieszka Pasierska

Projekt typograficzny i redakcja techniczna Robert Oleś

Obraz na okładce: Maria van Oosterwijck, Vanitas stilleven, 1675, Rijksmuseum

Copyright © by Marta Grzywacz, 2026

Opieka redakcyjna Przemysław Pełka

Redakcja Filip Fierek

Korekta Katarzyna Juszyńska / d2d.pl, Kinga Kosiba / d2d.pl

Skład pismami Warnock Pro i Futura Małgorzata Poździk / d2d.pl

Książka powstała przy wsparciu finansowym Unii Europejskiej oraz Goethe-Institut. Przedstawione w niej poglądy nie odzwierciedlają oficjalnego stanowiska Unii Europejskiej.

Konwersja i produkcja e-booka: d2d.pl

ISBN 978-83-8396-408-9

WYDAWNICTWO CZARNE sp. z o.o.

czarne.com.pl

Wydawnictwo Czarne

@wydawnictwoczarne

Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa

Wołowiec 2026

Wydanie I

Kto by nauczył ludzi umierać, nauczyłby ich żyć.

Michel de Montaigne, Próby, przeł. Tadeusz Boy-Żeleński

Ten reportaż jest próbą przybliżenia nam, Polakom, kultury geograficznie bliskiej, a jednak bardzo dalekiej. Chciałabym, aby przyczynił się do zrozumienia tej kultury i stał się głosem w dyskusji o wolnym wyborze końca życia, która – mam nadzieję – pewnego dnia rozpocznie się także u nas.

Bardzo dziękuję Eugeniuszowi Brzezińskiemu za pracę i zaangażowanie przy zbieraniu materiałów. Bez niego ta książka by nie powstała.

1Patrzcie, jak wyglądam

Rysunek Yanika

Pamiętam, że słońce świeci mi prosto w oczy. Stoję przy oknie w hallu w domu mojego przyjaciela Chrisa w Limburgii. Dziecięcy rysunek, który zwraca moją uwagę, Chris postawił na parapecie.

A może to było w salonie? Wtedy obrazek musiałby stać na komodzie… Parę lat wystarczyło, żeby zatarły się w mojej pamięci kontury tego zdarzenia, ale wiem na pewno, że na rysunku jest dom, przed domem łóżko, w którym leży jakiś mężczyzna, a obok niego stoi chłopiec.

– Opowiesz mi o tym, Chris? – tak chyba pytam.

– To dziadek Yanika. Umierający. Chciał jeszcze raz przed śmiercią zobaczyć słońce, więc wyniesiono go z łóżkiem na zewnątrz. Ta mała postać obok to właśnie Yanik.

Tamtego dnia pięcioletni chłopiec na białej kartce formatu A4 rysuje zbliżającą się śmierć. Nie widzę kolorów. Albo dzisiaj nie mogę ich sobie przypomnieć. Yanik prawdopodobnie jednak użył ołówka. Jego świat w tamtej chwili jest czarno-biały.

Ten dziecięcy obrazek był moją inspiracją, jeszcze do niego wrócę – ale na razie inny rysunek. Żeby opowiedzieć jego historię, muszę się cofnąć znacznie dalej w przeszłość.

Boskie miejsce

Po raz pierwszy trafiam na niego w książce Geerta Maka Een kleine geschiedenis van Amsterdam [Krótka historia Amsterdamu]. Wprawna ręka artysty kreśli zarys postaci piórkiem na kremowym papierze. Rezultat jest podobny: także dwa kolory. Brąz i złamana biel. Tylko że tu rzecz już się dokonała – Elsje Christiaens nie żyje. Wcześnie pożegnała się ze światem. Miała zaledwie osiemnaście lat.

Dwa tygodnie przed śmiercią, w połowie kwietnia 1664 roku, przybyła do Holandii z rodzinnej Danii, przypuszczalnie za chlebem. Nie wiem, jak wyobrażała sobie przyszłość, ale z pewnością lepiej niż we własnym kraju. Zatrzymała się w pensjonacie w centrum Amsterdamu i zaczęła szukać pracy jako służąca.

Siedemnastowieczny Amsterdam, jedno z największych miast ówczesnego świata, z blisko dwustoma tysiącami mieszkańców, mówi wieloma językami, cuchnie rybą i brudnymi kanałami, przed domami słychać szuranie mioteł, którymi gospodynie z nieustającym zapałem czyszczą chodniki, w karczmach leje się piwo, kobiety lekkich obyczajów natrętnie zaczepiają przechodniów na ulicach, a carillony na kościelnych wieżach przypominają, że to miejsce przecież stworzył Bóg. Ich dźwięk nie dochodzi do portu, tam muzykę dzwonów zastępują krzyk mew i łopot żagli, które szarpie wiatr, żeby za moment pognać galeony i ich dzielnych marynarzy w różne zakątki świata.

Na marginesie: na początku były śledzie, które Holendrzy nauczyli się konserwować. Sól do konserwacji sprowadzali z Portugalii, ale Portugalczycy domagali się w zamian zboża, więc holenderscy żeglarze zaczęli pływać po zboże do krajów bałtyckich, a potem – zachęceni własnymi sukcesami – w inne rejony świata, w poszukiwaniu innych towarów.

W XVII wieku powstają dwie wielkie korporacje handlowe: Kompania Wschodnioindyjska i Zachodnioindyjska, a mieszkańcy „niskiego kraju” powoli wypierają z biznesu Hiszpanów, Portugalczyków, Anglików, Francuzów. Holendrzy mają siedemset statków – to więcej niż cała flota konkurentów razem wzięta. Handlują ze wszystkimi, nie ma znaczenia: wróg czy przyjaciel. Popłynąłbym nawet do piekła, mówi jeden z kupców, gdyby nie strach, że spalą mi się żagle1.

Morze zaczyna szumieć w języku niderlandzkim, a siedemnastowieczny Amsterdam staje się wielkim rynkiem, na którym można kupić i sprzedać wszystko, co materialne, plus mgliste marzenia i obietnice bez pokrycia.

Wiatraki rozdrabniają drewno i kamienie, tłoczą olej, mielą żyto, pszenicę, gorczycę, minerały na barwniki i proch strzelniczy, a przede wszystkim wypompowują wodę z polderów. Hydraulicy – poskramiacze wody – kopią kanały i budują groble, żeglarze i gubernatorzy powiększają portfolio kraju o nowe lądy. Rośnie potęga przemysłowa i militarna Republiki Zjednoczonych Prowincji – niezależnego państwa, które w proteście przeciwko hiszpańskiemu władcy, jego religijnemu terrorowi i podatkom, w 1579 roku postanowiło utworzyć siedem dzielnic na północy kraju: Holandia, Zelandia, Fryzja, Utrecht, Geldria, Overijssel i Groningen.

Wykształconych ludzi jest w Holandii znacznie więcej niż gdzie indziej w Europie – muszą mieć przecież wiedzę, żeby handlować i podróżować. Nawet jeśli zimowe obrazy Hendricka Avercampa, na których obok siebie jeżdżą na łyżwach szlachta, chłopi i mieszczanie, pokazują idyllę, to nie aż tak daleką od prawdy. Dawna klasa wyższa, która zazdrośnie broniła dostępu do edukacji niższym warstwom społecznym, zaczyna zrównywać się z mieszczanami. Podziały na lepiej i gorzej urodzonych nigdy nie znikną całkowicie, ale dzieci kupców, robotników, rzemieślników czy marynarzy będą mogły się uczyć na równi z dziećmi patrycjuszy.

Z końcem wieku XVII czytać i pisać potrafi już około 65 procent Holendrów i co druga Holenderka. Sto lat później – odpowiednio – 84 i 68 procent2. Dla porównania w Polsce ta umiejętność zarezerwowana jest dla kilku procent obywateli z wyższych sfer i duchowieństwa.

Holendrzy kupują dużo książek religijnych i poradników, traktatów politycznych, ale także poezji, powieści przygodowych i podróżniczych, więc drukarze dzień i noc ustawiają w kolejności niesforne litery i przygotowują miedzioryty. Pod koniec XVII wieku w Holandii wychodzi więcej książek niż w pozostałych krajach Europy razem wziętych.

Rozkwita nauka. W końcu Kalwin mawiał, że Boga można poznać, nie tylko studiując Pismo Święte, ale także badając jego stworzenie. A skoro tak, to badanie tego stworzenia, czyli natury, jest niemal obowiązkiem.

Antoni van Leeuwenhoek ulepsza mikroskop, pod którym ogląda czerwone ciałka krwi i plemniki, Christiaan Huygens konstruuje zegar wahadłowy, udoskonala teleskop, odkrywa pierścienie Saturna. Baruch Spinoza, filozof, szuka pierwotnej i racjonalnej substancji, która tworzy wszechświat, a doktorzy Nicolaes Tulp i Cornelis Bontekoe wprowadzają eksperymentalne leczenie herbatą, która – jak twierdzą – jest dobra na szkorbut, anginę i zapalenie oczu.

Nastał czas złotego wieku.

Choć nie dla wszystkich.

Wielki amsterdamski rynek oferuje bogatym, co bogate, a biednym, co biedne. W przypadku Elsje Christiaens propozycja jest więc skromna – życie w niedostatku i strach, że z tej nędzy nie uda jej się wydobyć. Dwa tygodnie bowiem mijają, a Elsje nadal nie może znaleźć pracy. Tymczasem gospodyni domaga się zapłaty za pokój. Coraz natarczywiej, coraz bardziej bezwzględnie. Tamtego dnia, 28 kwietnia 1664 roku, na poparcie argumentów bierze do ręki miotłę. Wyjątkowo nie po to, żeby zamieść chodnik, ale by porządnie obić opieszałą dziewczynę. Ta jednak nie ma natury ofiary i próbuje się bronić. Chwyta coś, co stoi pod ręką. Pech chce, że to siekiera. Jedno uderzenie w głowę wystarcza – gospodyni chwieje się, stacza po schodach do piwnicy i ginie na miejscu.

Ta śmierć zakończy także życie Elsje. Dziewczyna wybiega z domu, pędzi przed siebie i rzuca się do kanału, jednego z czterech otaczających serce Amsterdamu. Ale to jeszcze nie ten moment, jeszcze nie koniec, bo zostaje uratowana przez przechodniów. Jednak wieść o tym, co zrobiła, już się rozniosła. Sąsiedzi słyszeli hałasy, ścigają winowajczynię, nie mogą przecież pozwolić jej uciec. Elsje, przemoczona i przerażona, zostaje odstawiona do sądu przy Placu Dam. Sekretarz sądowy zanotuje, że została poddana dwukrotnemu przesłuchaniu i skazana na śmierć przez uduszenie garotą. Wcześniej ma być także uderzona siekierą.

Wyrok zostaje wykonany przypuszczalnie w ciągu dwóch–trzech dni. Zgromadzona na Placu Dam publiczność, która obserwuje śmierć Elsje, jakby to było przedstawienie teatralne („Pan tu nie stał, proszę zrobić miejsce dzieciom…”), rozejdzie się do domów w poczuciu sprawiedliwości. Oko za oko, ząb za ząb.

Jednak martwa Elsje nie ma prawa zaznać spokoju. Z Damu wiozą ją łodzią do Volewijck. Na niewielkim półwyspie w północnej części Amsterdamu władze miasta przygotowały „pole wisielców”. Wystawiają tam na widok publiczny ciała skazańców, aż sczezną, ku przestrodze mieszkańców i żeglujących po rzece IJ. Te spektakle okrucieństwa są potrzebne, żeby utrzymać społeczeństwo w ryzach, bo nie jest wystarczająco pokorne. Ma rozbuchane ambicje i niechętnie przestrzega reguł religijnych.

Mija zaledwie kilka godzin, gdy do Volewijck udaje się blisko sześćdziesięcioletni malarz, Rembrandt Harmenszoon van Rijn. Podobno sam prowadzi łódkę. Śpieszy się. Chce narysować Elsje, zanim dopadną ją ptaki i nim śmierć zetrze rysy z jej twarzy.

Tak jak inni dziewczyna już wisi. A obok niej siekiera – narzędzie zbrodni i kary. Ciało przywiązano do słupa grubymi powrozami w trzech miejscach. Sznur oplata klatkę piersiową, uda i łydki zmarłej. Jej ramiona zwisają bezwładnie, wsparte na poprzecznych belkach. Wiatr unosi rąbek czerwonej spódnicy[1]. Elsje wygląda jak kukiełka na patyku. Oczy ma zamknięte, ale na jej twarzy Rembrandt odczytuje wyraz rezygnacji. Robi dwa szkice: z przodu i z boku[2]. Skupia się tylko na postaci dziewczyny, pomija tło, jakby chciał podkreślić, że Amsterdam wyrzucił już tę nieszczęsną postać na margines społeczeństwa.

Kiedy Rembrandt płynie do Volewijck, gdzie władzę sprawują do spółki rozkład i zgnilizna, sam jest u kresu drogi. Pożegnał już troje dzieci, żonę Saskię, towarzyszkę życia Hendrickje. Nigdy nie unikał bliskich kontaktów ze śmiercią. Wielokrotnie malował lub rysował postaci na granicy życia: autoportrety, które ukazywały przemianę młodego, obiecującego malarza o nieco plebejskiej urodzie w opuchniętego, zmęczonego życiem bankruta; pohańbioną Lukrecję na sekundę przed samobójstwem, ciężko chorą Saskię na łożu śmierci. Fascynowały go upadek człowieka, niedoskonałość, kruchość, przemijalność życia. I ból po stracie. Zanim największy niderlandzki malarz umrze w 1669 roku, pogardzany i bez grosza przy duszy, zobaczy jeszcze śmierć swojego czwartego dziecka, dwudziestosześcioletniego syna Titusa, którego zabierze dżuma. Zdąży go namalować – choć już tylko symbolicznie – jako syna marnotrawnego w ramionach stęsknionego ojca.

Oto jest śmierć

Rysując Elsje, Rembrandt van Rijn wpisuje się w rewolucję artystyczną, która zaczęła się pół wieku wcześniej i zmieniła obraz śmierci w malarstwie niderlandzkim.

Śmierć – nie okryta całunem niedomówień czy symboli, ale jawna, oczywista, która obnosi się ze swoją prawdą: bladością skóry, zapadniętymi policzkami, sinymi ustami i bezwładem ciała – pojawia się w sztuce niderlandzkiej na przełomie wieków XVI i XVII. Malarze zaczynają pokazywać umieranie już nie tylko biblijnych czy mitologicznych postaci, lecz także ludzi z krwi i kości: swoich sąsiadów, znanych mieszczan, bliskich, którzy właśnie odeszli. Śmierć przestaje być wyłącznie odniesieniem do Najwyższego, który wziął na siebie jej ciężar, żeby zbawić ludzkość, czy wspomnieniem antycznych herosów, którzy ponieśli karę, bo nie było im po drodze z bogami. Jest przeznaczeniem nieuniknionym i koniecznym każdego człowieka z osobna3. Ma odtąd adresata o konkretnym imieniu, nawet jeśli, jak Elsje, jest tylko przestępcą. Umarł po prostu ktoś, kogo znaliśmy, kochaliśmy, kogo się baliśmy. Popatrzcie, tak wyglądał w chwili śmierci. Oto jego portret pośmiertny. Martwe ciało niczego już nie symbolizuje – jest tylko martwym ciałem. To obrazoburcza wręcz zmiana w przedstawianiu śmierci w kulturze europejskiej. W Niderlandach śmierć wchodzi na salony frontowymi drzwiami.

Lekcja życia

Elsje Christiaens nie jest pierwszą zmarłą osobą, którą uwiecznia na swoim obrazie Rembrandt.

Pierwszy jest Adriaen Adriaenszoon. Rembrandt maluje go w 1632 roku, mając dwadzieścia sześć lat. Mieszka w Amsterdamie, dokąd przeprowadził się z Lejdy. Dopiero zaczyna karierę, ale amsterdamscy patrycjusze powierzyli mu już kilka poważnych zleceń, a po mieście krąży fama, że jest świetnym portrecistą.

Z kolei doktor Nicolaes Tulp, ten sam, który próbuje leczyć herbatą, uchodzi za mistrza chirurgii. Gildia chirurgów chciałaby udekorować izbę w Budynku Wagi, gdzie odbywają się publiczne pokazy sekcji zwłok, zbiorowym portretem zacnego lekarskiego grona, któremu doktor Tulp ma przywilej przewodzić. Zlecenie namalowania obrazu dostaje przybyły niedawno z Lejdy Rembrandt van Rijn. Strony ustalają, że na portrecie będzie osiem osób żywych i jeden trup, na którego przykładzie Tulp zaprezentuje pełnię swojej wiedzy medycznej. W roli modela wystąpi zmarły właśnie Adriaen Adriaenszoon.

Publiczne lekcje anatomii, ogłaszane w Republice Zjednoczonych Prowincji na afiszach, przyciągają tłumy. W salach sekcyjnych różnych ośrodków medycznych – od Groningen po Lejdę – gromadzą się nie tylko studenci, ale także ciekawscy mieszczanie, choć bilety wstępu kosztują krocie. Przeciętny zysk z jednego „przedstawienia” wynosi około dwustu florenów4. Za tę sumę można by kupić mnóstwo piwa, wina, mięsa i ryb. A kwoty bywają nawet wyższe, gdy przedmiotem sekcji są zwłoki kobiety lub dziecka. Autopsja prowadzona publicznie to rozrywka dla ludu, nauka, sposób na dodatkowy zysk dla gildii chirurgów i propaganda religijna w jednym. Chodzi przecież o to, żeby ukazać ciało człowieka, jakkolwiek występne i skalane grzechem, jako dzieło Boga i dowód na jego wielkość. Poza tym poprzez publiczną autopsję lekarz czyni zadość krzywdzie, jaką wyrządziła społeczeństwu zbrodnia, niejako po raz drugi karząc zbrodniarza („Popatrzcie na wątrobę tego oto złego człowieka!”). Zmarły poddawany oględzinom ma również uzmysłowić obserwatorom ich własną śmiertelność i ulotność życia.

„Tę część ciała zgubiła żarłoczność, tamtą zniszczył gniew, tę zaś nadmiar trunków. Umieramy na tysiąc sposobów […], a nić życia przecina za każdym razem inny wróg. Gdy to ujrzysz w martwych zwłokach, wiedz, że to dzięki Bogu żyjesz w zdrowiu. Ucz się samego siebie” – pisze Caspar Barlaeus, poeta, historyk i wykładowca logiki na Uniwersytecie w Lejdzie, w poemacie In mensam anatomicam z 1646 roku5.

Przedstawienie w theatrum anatomicum jest niczym alarm, który ma budzić emocje, przypominać o boskim gniewie, ale też dawać nadzieję na odkupienie. Dlatego każdy seans rozpoczyna modlitwa, a kończy minuta ciszy.

Otwarte dla publiczności sekcje odbywają się tylko zimą, gdy temperatura spowalnia rozkład zwłok, bo autopsja trwa zwykle od trzech do pięciu dni. Lekarze badają głównie ciała przestępców straconych tego samego dnia.

A więc 31 stycznia 1632 roku dwudziestoośmioletni Adriaen Adriaenszoon, pseudonim „Dzieciak” („het Kind”), tuż po zdjęciu z szubienicy zostaje przewieziony do Budynku Wagi w Amsterdamie, gdzie czekają na niego grupa chirurgów i młody, obiecujący malarz. Adriaenszoon jako złodziej recydywista był stałym bywalcem więziennych cel. Za którąś z kolejnych kradzieży obcięto mu prawą dłoń, a ostatnie przestępstwo – rozbój i usiłowanie zabójstwa – skończyło się dla niego wyrokiem śmierci.

Porządku w sali pilnuje straż miejska, która ma panować nad tłumem. Knechci zatrudnieni przez gildię będą nadzorować, czy publiczność zachowuje się przyzwoicie i czy zadaje pytania wystarczająco poważne.

Można zaczynać.

Doktor Tulp nie przeprowadza badania ciała zgodnie z protokołem – gdyby tak było, pierwszego dnia musiałby rozciąć klatkę piersiową i brzuch zmarłego, żeby omówić narządy wewnętrzne. W kolejnych otworzyłby czaszkę, aby przeanalizować budowę mózgu, a jakieś dwa dni później zająłby się kończynami, omawiając funkcjonowanie mięśni, układów nerwowego, kostnego i krwionośnego. Na obrazie Rembrandta ciało Adriaena jest jednak nietknięte, a doktor Tulp zajmuje się już jego lewym przedramieniem.

– Rembrandtowi chodziło nie tyle o prawdę czasu, ile o dramatyzm akcji – zauważa Quentin Buvelot, starszy kurator w Muzeum Mauritshuis w Hadze, gdzie wisi Lekcja anatomii doktora Tulpa. – Rembrandt chciał także zaprezentować doktora Tulpa jako znakomitego fachowca, który specjalizuje się w chirurgii ręki. Ciekawe jest to, że dopiero kiedy płótno zostało prześwietlone, badacze dostrzegli, że martwy złodziej został początkowo namalowany bez prawej dłoni, którą stracił za karę. Potem jednak Rembrandt mu ją domalował, żeby kikut na pierwszym planie nie przyciągał zanadto wzroku i nie odwracał uwagi publiczności od tego, co bardziej istotne, czyli lewego nadgarstka. Doktor Tulp rozciął go, żeby zademonstrować zebranym mięśnie i nerwy odpowiedzialne za poruszanie palcami. Widzom mówi w ten sposób: oto wielka kreacja Boga, skomplikowana ludzka ręka. Żeby jeszcze przydać doktorowi Tulpowi znaczenia i oddać mu hołd, Rembrandt po namyśle zamalowuje także kapelusz innego lekarza, a więc tylko Nicolaes Tulp, jako postać najważniejsza, zostaje wyposażony w odróżniający go od reszty atrybut.

W 1656 roku Rembrandt maluje jeszcze jedną sekcję zwłok – Lekcję anatomii doktora Jana Deymana. Pokaże tam inne grono lekarzy i martwego mężczyznę, któremu jeden z chirurgów odsłonił mózg. Ale obrazów przestawiających badanie ludzkich zwłok powstało więcej. Podobnym tematem zajmowali się: Aert Pietersz w Lekcji anatomii doktora Sebastiaena Egbertsza de Vrija (1603), Michiel i Pieter van Mierevelt w Lekcji anatomii doktora Willema van der Meera (1617)czy Nicolaes Eliaszoon Pickenoy w Lekcji osteologii doktora Sebastiaena Egbertsza de Vrija (1619).

– Teatry anatomiczne w epoce ciągle powtarzanego hasła „memento mori” cieszyły się popularnością – podsumowuje Buvelot. – Może dlatego, że oprócz przestrogi przed nieposłuszeństwem miały także inną misję: pomagały w oswojeniu się ze śmiercią.

Wychodząc z Mauritshuis, jak wszyscy zwiedzający mijam hall, w którym kiedyś stało popiersie dawnego najemcy budynku. Parę lat temu zostało jednak przeniesione do jakiegoś ciemnego kąta jednej z sal muzealnych. Postaci, która okazała się kontrowersyjna, odebrano w ten sposób splendor i szacunek. W muzeum co prawda wolą tłumaczenie, że chcieli osadzić pana Mauritsa w „odpowiednim kontekście historycznym”, ale to raczej dyplomatyczny wybieg. Johan Maurits van Nassau-Siegen jako gubernator skolonizowanej przez Holendrów Brazylii w połowie XVII wieku przywoził z Ghany niewolników do pracy na brazylijskich plantacjach cukru. Portret gubernatora jako mistrza zakonu kawalerów maltańskich pędzla Pietera Nasona wisi w Warszawie, w Muzeum Narodowym. Jednak w Holandii, która rozprawia się właśnie ze wstydliwym dziedzictwem kolonializmu, pan Maurits został zaocznie „osądzony” i zdjęty z piedestału. Nie wita więc i nie żegna już gości odwiedzających dawne progi jego domu. Można powiedzieć – śmierć publiczna. Dziś na świeczniku, jutro w popielniku. Memento mori.

Lampiony i czarne wstążki

Liczę na to, że historyk sztuki Bert Sliggers zaprosi nas do swojego mieszkania w Haarlemie. Mieszka w centrum, przy rynku, w zabytkowej kamienicy niedaleko Kościoła Świętego Bawona. Na tamtejszych organach dziesięcioletni Mozart zagrał kiedyś koncert, o czym przewodnicy wycieczek nigdy nie ośmieliliby się zapomnieć.

Chciałabym zobaczyć, jak Bert urządził swoje wnętrze. Zawsze mnie ciekawi, jak mieszkają ludzie w innych krajach. Ilekroć mogę, zerkam ukradkiem przez niderlandzkie okna, żeby uchwycić jakiś szczegół: designerskie lampy stołowe, obrazy na ścianach, zabytkowe krzesła przy nowoczesnym stole, wzorzyste tapety. Holendrzy dbają o szczegóły. Piękne przedmioty wciąż mają dla nich znaczenie, tak jak przed wiekami, gdy podkreślali swój gust za pomocą obrazów czy stroju, który bywał droższy niż sprzęty domowe. Kielichy z błękitnego i zielonego szkła zdobione malinami i tak chętnie malowane przez dawnych mistrzów kosztowały grosze, to znaczy guldena za tuzin, ale przyodziewek miał zgoła inną wartość. Pewien malarz z Delft, Pieter Stael, zgodził się namalować Sodomę i Gomorę za parę koralowoczerwonych spodni w paski, zdobionych pasmanterią.

Bert jednak nie zaprasza. Nie zobaczę, ani w jakim szkle podaje napoje, ani na jakim fotelu wypoczywa w swoim siedemnastowiecznym mieszkaniu, bo woli przyjechać do nas. Żeby opowiedzieć o tym, jak wiek XVIII wyrugował śmierć z niderlandzkich salonów, przywozi albumy, które redagował na potrzeby różnych wystaw.

W XVI i XVII stuleciu wiele ofiar w Holandii pochłaniają wojny, z czasem żniwo zaczynają zbierać także epidemie. Wraz ze wzrostem cen zboża przychodzi głód, który jeszcze zwiększa tempo umierania. Liczba zgonów przewyższa liczbę urodzeń. Do XIX wieku niezwykle wysoka jest śmiertelność niemowląt. Co trzecie dziecko umiera w pierwszym roku życia. To wina złego odżywiania się matek, słabej opieki medycznej i braku edukacji. W siódmym miesiącu ciąży kobiety zaczynają pościć, prawdopodobnie w nadziei, że dzieci będą małe i łatwiej je będzie urodzić. W rezultacie i matka, i dziecko są bardzo osłabione. Dodatkowo noworodki tak ciasno się opatula, że ich mięśnie nie rozwijają się prawidłowo. Unika się też świeżego powietrza, a choć pomieszczenia błyszczą czystością, to ani akuszerki, ani rodzice nie myją rąk przed kontaktem z niemowlętami. Dzieci umiera tak dużo, że rodzice tracą rachubę, ile ich mieli. Dat urodzin kolejnych nawet się nie zapisuje, bo istnieje obawa granicząca z pewnością, że nie zagoszczą na tym świecie zbyt długo. Bywa, jak w przypadku Vincenta van Gogha, że kolejne urodzone dziecko dostaje imię po zmarłym.

Bert Sliggers:

– W takich warunkach rodzice woleli się do dzieci nie przywiązywać, więc historycy społeczni od dawna spierają się o to, czy kochali je tak, jak my dzisiaj. Według francuskiej socjolożki Élisabeth Badinter miłość macierzyńska pojawiła się dopiero w drugiej połowie XVIII wieku, ale niderlandzkie portrety pośmiertne z XVII stulecia przeczą jej twierdzeniu. Anonimowy malarz w 1638 roku przedstawił rodzinę Gerritszów: rodziców i jedenaścioro dzieci, z których przeżyło tylko dwoje. Ośmioro ma zamknięte oczy, co może oznaczać, że urodziły się martwe, a jedno, nieco większe, sportretowane z otwartymi oczami, prawdopodobnie żyło jakiś czas po urodzeniu. To obraz cierpienia i smutku, ale także pobożności i miłości rodzicielskiej. Z drugiej strony w ortodoksyjnych kręgach reformowanych jawne okazywanie żalu po śmierci dziecka lub innego członka rodziny uważano za niewłaściwe. Wiązało się to z kalwińską doktryną predestynacji, zgodnie z którą przeznaczenie każdego człowieka – niebo lub piekło – zostało określone przed jego urodzeniem, a nawet przed stworzeniem świata. Po co więc rozpaczać, skoro nasz bliski, jeśli został wybrany, pójdzie do nieba? W tej sytuacji także modlitwa o zbawienie jego duszy stawała się zbędna. Dlatego kalwiniści nie uznawali ani ostatniego namaszczenia, ani wstawiennictwa kapłana. Dla najbardziej rygorystycznych protestantów okazały pogrzeb czy noszenie żałoby stały się częścią „papieskich przesądów”. Formą przeżywania żałoby były więc portrety pośmiertne, zarówno dzieci, jak i innych członków rodziny, ale XVIII wiek przyniósł zmiany. Portrety pośmiertne zaczynają znikać ze ścian niderlandzkich mieszkań, ponieważ okres oświecenia wynosi wiedzę ponad wartości duchowe. Oświecone społeczeństwa zaczynają dopuszczać myśl, że życie po życiu może nie istnieć i że należy skupić się na doczesności i celebrować codzienność. Co nie znaczy, że od śmierci można się odwrócić. Ona wciąż jest wydarzeniem społecznym, podobnie jak małżeństwo i narodziny dziecka. Tradycja wymaga, aby rodzina i sąsiedzi gromadzili się przy umierającym podczas rytuału pożegnania. Zmarłego ubiera się w biały całun z czarnymi wstążkami, przychodzi cieśla, żeby wymierzyć trumnę. Najczęściej sosnową, rzadko dębową, bo drewno dębu jest drogie. Gospodynie zakrywają lustra czarnymi tkaninami, zdejmują zegary. Powszechny jest zwyczaj zamykania okien i okiennic, żeby duszy nie przyszło czasem do głowy wracać do ciała. Te rytuały zostają, ale portrety pośmiertne zaczynają być wstydliwie ukrywane. Bardzo charakterystyczny dla tamtego okresu jest portret rodziny Weddik pędzla Adriaana de Leliego z 1786 roku. Widzimy mężczyznę, który rozpacza nad trumną żony zmarłej na skutek komplikacji poporodowych. Inskrypcja na obrazie głosi, że odeszła kobieta, która była dla swojego męża „najdroższym darem, jaki zesłał mu Bóg”. Jego rozpacz jest więc jawna i niekwestionowana, ale trumna stoi na katafalku i właściwie nie widzimy ciała zmarłej. Uwaga zwrócona jest na tych, którzy zostają, a nie na tych, którzy odeszli.

O tym, że postępowe oświecenie, gardząc ciemnotą poprzednich wieków, próbuje odebrać znaczenie przynajmniej niektórym symbolom śmierci w malarstwie niderlandzkim, przekonam się w Muzeum Tot Zover w Amsterdamie. W 2020 roku do tamtejszej kolekcji trafia Portret zmarłej dziewczynki Nicolaesa Maesa. To jeden z najsłynniejszych tego rodzaju obrazów XVII wieku. Zupełnie przypadkiem podczas prac konserwatorskich okaże się, że otwarte oczy dziewczynki i jej zaróżowiona cera to próba zamalowania prawdy. Po zdjęciu wierzchniej warstwy farby konserwatorzy zauważają, że dziecko ma zamknięte oczy i jest bardzo blade. O tym, że w istocie nie żyje, świadczą także kolorowy wianek na głowie i umiejscowienie ciała – tuż przy fontannie, co ma symbolizować czystość i niewinność. Ktoś, przypuszczalnie w XVIII wieku, usiłował to ukryć.

Podążając za modą, która płynie z Francji, niderlandzkie elity w XVIII wieku zaczynają malować swoje salony na jasne kolory. Wnętrza domów mają być lekkie i eleganckie. Blade, smutne wizerunki zmarłych przestają pasować do estetyki relaksu. Zamiast w realistycznych płótnach na ścianach rodziny zamykają więc wspomnienia o swoich bliskich w miniaturowych medalionach wieszanych na piersi, gdzie ich portrety albo pukle włosów zostają ukryte przed oczyma obcych. Żałoba staje się sprawą intymną i prywatną. Wizerunki zmarłych wrócą do łask wraz z dziewiętnastowiecznym romantyzmem i pojawieniem się fotografii, około 1850 roku. Zdjęcia będą umieszczane w albumach rodzinnych lub medalionach, aż przyjdzie wiek XX i śmierć znowu stanie się tematem tabu, zamknięta w szpitalach, otoczona armią lekarzy i pielęgniarek, oddzielona od życia sterylną zasłoną.

Nie bez znaczenia będą również powolne budowanie granicy pomiędzy życiem świeckim a religijnym, a także odchodzenie z Kościołów zarówno protestantów, jak i katolików.

[1] Pole wisielców i ciało Elsje wśród innych skazanych namalował także Anthonie van Borssom. Obraz można zobaczyć w Rijksmuseum w Amsterdamie. Van Borssom posłużył się kolorami, dzięki czemu wiemy, że spódnica Elsje była czerwona.

[2] Oba rysunki znajdują się w Metropolitan Museum of Art w Nowym Jorku.

2Teraz my

Precz z katolikami

Zanim lekarze z gildii chirurgów rozejdą się do domów po bankiecie wieńczącym lekcję anatomii, wezmą jeszcze udział w wieczornej paradzie z pochodniami. Światło pochodni, które ułatwia im przemarsz, zdaje się rozjaśniać nie tylko ulice Amsterdamu, ale także mroki niewiedzy, symbolizując triumf nauki nad ignorancją. I zwycięstwo życia nad śmiercią.

Te uroczyste parady to nowe zjawisko w siedemnastowiecznych Niderlandach, ważny moment w historii kraju, gdy następuje zmiana rytuałów i symboli.

Parady, otwarte dla widzów lekcje anatomii, wykłady sławnych kaznodziejów, powitania królów albo tylko wielkich statków wracających do portu z dalekomorskich ekspedycji mają zastąpić mieszkańcom niderlandzkich miast i wsi uroczystości katolickie – procesje, święta kościelne, ceremonialne msze1.

Bo Kościół katolicki, kojarzony z odwiecznym wrogiem, pod koniec XVI wieku popadł w Niderlandach w niełaskę. Choć to pewnie za słabe słowo. Podczas wojny osiemdziesięcioletniej Hiszpanie próbowali narzucić Holendrom swoje wyznanie ogniem i mieczem, więc po zakończeniu walk o wolność kraju, także o wolność do wyznawania protestantyzmu, Holendrzy biorą odwet. Wypierają Hiszpanów z północnych prowincji i zwalczają katolicyzm wszelkimi sposobami. Z ołtarzy sypią się drzazgi, szkło z witraży chrzęści pod stopami. Teraz to katolicy są prześladowani, zabijani, spychani ze swoją wiarą do podziemia, do ciemnych krypt i tajnych pokoi na strychach kamienic.

W Republice Zjednoczonych Prowincji następuje renesans kalwinizmu. Nauki Jana Kalwina, francuskiego reformatora religijnego, oferują wszystko to, czego buntowniczy Holendrzy szukali dla uzasadnienia swoich działań. Nakazują posłuszeństwo Bogu i świeckiej władzy, ale zostawiają otwartą furtkę dla sprzeciwu wobec tej ostatniej, jeśli wymaga ona od swoich poddanych działania wbrew sumieniu. Głos ma tu kalwiński pragmatyzm, który w sprzyjających okolicznościach zostanie sprowadzony do polityki „cichego przyzwolenia”. Nie będziemy karać tych, którzy popełnią niegodne czyny, jeśli miałoby to wywołać niepokoje społeczne. A jeśli kara, to nie bardziej dotkliwa niż przestępstwo, którego jest wynikiem. Jeszcze w XVI wieku właściciele domów publicznych mieli być – zgodnie z przepisami – grzebani żywcem. Wiek później pada pytanie: a po cóż taka surowość wobec tych, którzy nie czynią nam przecież aż tak wiele złego? Prostytucja jest naganna, owszem, ale wielu przynosi korzyści. Spróbujmy więc tylko zapanować nad tym zjawiskiem. Niech szefami domów publicznych zostaną szeryfowie, którzy zaprowadzą tam stosowne porządki.

Minie kilka wieków i pojawią się nowe problemy. Miękkie narkotyki? Używa ich wszak większość społeczeństwa. Czy będziemy ścigać tych ludzi? Przecież palenie trawki nikomu nie szkodzi, a koszty zamykania winowajców w więzieniu są niewspółmierne do zysków, dlatego lepiej zalegalizować ten proceder. Choć, jak zwykle w Niderlandach, z ograniczeniami – dziś w coffee shopie każdy może kupić najwyżej trzy ciasteczka z marihuaną.

W rozwoju siedemnastowiecznego kalwinizmu pomaga wynalezienie druku – Holendrzy mają swobodny dostęp do Biblii i innych tekstów religijnych, za którymi mogą podążać i o które się spierają. Pomocny okazuje się także strach. Przychodzi kryzys ekonomiczny, wybuchają kolejne wojny – tym razem z Anglią – a także epidemia dżumy. Przerażeni mieszkańcy Holandii okazują się wymarzonymi adresatami argumentów francuskiego reformatora – ci, którzy trzymają się boskich zasad, swoim dobrym życiem zaświadczają, że zostali wybrani przez Boga. Kalwinistów bowiem, niezależnie od prawa do oporu wobec władzy, obowiązują surowe zasady moralne. Zbytek i rozrywka to grzech. Studiowanie Biblii to cnota. Pamiętajcie, że Bóg was widzi. Lepiej nie zasłaniajcie okien tkaninami – nie macie przecież nic do ukrycia, prawda? Bądźcie otwarci, transparentni, prawdomówni. Bądźcie pobożni. Według kalwińskiej doktryny bieda jest karą za lenistwo, majątek – nagrodą za pracę. Wasze sukcesy to znak bożej łaski, dowód na to, że zostaniecie zbawieni.

Kalwiniści kochają nakazy i zakazy. Chcieliby podporządkować im całe życie swoje i innych. Ale inni się bronią. Szczególnie niderlandzcy kupcy, którym bardziej niż studiowanie Biblii odpowiadają wolność decyzji, przestrzeń do wymiany towarów i poglądów, szeroki świat ze wszystkimi jego niespodziankami. Republika Zjednoczonych Prowincji, żeby zachować jedność, musi się zmierzyć z tymi „dwiema prędkościami” – sprzecznymi siłami, które, gdyby im pozwolić, mogłyby toczyć ze sobą nieustanny bój. Wybiera więc drogę pragmatycznej tolerancji, kompromisu i negocjacji, które mimo zmieniających się epok będą dla kraju gwarancją zgody i względnego spokoju. Nawet w najtrudniejszych chwilach, gdy Holendrom przyjdzie podejmować wiekopomne decyzje i gdy cały świat będzie im patrzył na ręce.

Pochwała śledzia

W czasach złotego wieku Joseph de Bray maluje trzy obrazy, których bohaterem pierwszoplanowym jest… śledź. Pochwała śledzia to hołd dla zwykłego, prostego życia. I nawet jeśli na obrazach de Braya stół zdobią śledziowe girlandy, okazałe niczym bukiety najdroższych kwiatów, nie jest to tylko przepych dla przepychu, ale wyraz radości z dobrobytu ojczyzny. Śledź, na którego mogą sobie pozwolić i biedni, i bogaci, jest towarem egalitarnym. I jako taki może sycić nie tylko wyobraźnię artystów, wiecznie głodną podniet, lecz także każdego członka społeczeństwa, które wymyśla się właśnie na nowo i próbuje zapomnieć o przeszłości.

Ale na czym oprzeć to nowe „my”?

Na geografii? Przecież wielu mieszkańców Republiki Zjednoczonych Prowincji nie może przeboleć utraty południowych dzielnic, wciąż okupowanych przez Hiszpanów.

Na języku? Także nie – kraj mówi wieloma dialektami fryzyjskiego, niderlandzkiego, niemieckiego. Na wspólny język trzeba będzie poczekać niemal do końca XVII wieku. Powoli niczym kroplówka będzie się sączył do krwiobiegu mieszkańców „kraju nizin” dzięki przekładowi Biblii z 1637 roku.

Może więc na religii? A skąd! Ta jest wyłącznie źródłem konfliktów. Katolicy wciąż stanowią przynajmniej połowę mieszkańców Niderlandów, a kalwinizm, mimo że wyznają go członkowie elit, nie otrzymuje oficjalnego statusu religii państwowej2.

Tym, co ostatecznie sklei w jedno niderlandzką społeczność, będą odwieczna walka z żywiołem wody, konsolidująca wysiłki mieszkańców przy budowie tam i systemów odwadniających, wspomnienie wspólnego dla wszystkich wroga – hiszpańskiego oprawcy, który zatruwał życie Holendrów przez dziesięciolecia – oraz historia Batawów, małego germańskiego plemienia, które w I wieku naszej ery zamieszkiwało wyspę utworzoną przez rzeki Ren i Waal3. To po nich – bezkompromisowych i odważnych wojownikach – dziedziczymy spuściznę, przekonują swoich ziomków siedemnastowieczni literaci i filozofowie. My, Holendrzy, tak jak Batawowie, jesteśmy dzielni i potrafimy walczyć o swoje.

Tak więc na odzyskanych od Hiszpanów terenach zagościło nowe. Dlatego popularny śledź może być wreszcie traktowany z szacunkiem. I to on staje się obiektem kultu na obrazach mistrzów. Już nie wystawne dworskie uczty czy wizerunki świętych. Te tematy zostają na południu, w Niderlandach Hiszpańskich (dzisiejsza Belgia), gdzie katolicyzm nadal trzyma się mocno. Na północy, w społeczeństwie, które poszukuje własnej tożsamości, dominuje inna narracja: nasze ziemskie sprawy – nasze śledzie, łyżwy, miotły, nasze wiatraki i kanały, nasze galeony i karczmy – również są ważne i godne uwiecznienia. Żeby pokazać macierzyństwo, nie trzeba już malować Matki Boskiej. Wystarczy zwykła, śmiertelna mieszczka. Bo czy to nie mieszczanie – kobiety, mężczyźni, dzieci – byli bohaterami, którzy przetrwali najazd katolickiej Hiszpanii? My, nowi Holendrzy, otwarcie wyznający protestantyzm, mamy wreszcie szansę się zaprezentować. Odrzucamy katolicką hipokryzję – przepych kościołów i biedę wiernych, grzechy klechów, którzy jedno mówią, a drugie robią, ich przekupne odpusty i zamykanie oczu na prawdę o sobie samych. My jesteśmy skromni, powściągliwi, rozsądni, twardo stąpamy po ziemi. Potrafimy dyskutować o trudnych sprawach. Kochamy wolność, nie znosimy autorytaryzmu. To są właśnie nasze cechy narodowe, które pomogły nam wygrać wojnę dwóch cywilizacji, odmiennych wartości i ideałów. Wojnę wolnej protestanckiej myśli przeciwko katolickim schematom. Jesteśmy z tego dumni i chcemy tę dumę pielęgnować.

Dawne katolickie kościoły tracą dotychczasową funkcję i albo – odarte z błyskotek, które protestantów napawają odrazą („Jesteśmy skromni, powściągliwi…”) – są zamieniane w świątynie kalwińskie, albo służą zupełnie innym celom. Między innymi lokuje się w nich izby anatomiczne. Pierwszy w Holandii stały theatrum anatomicum zostaje utworzony przy Uniwersytecie Lejdejskim w 1593 roku, w prezbiterium dawnej kaplicy beginek. Na miejscu ołtarza staje tam stół sekcyjny.

Replikę dawnej sali anatomicznej odnajduję w Lejdzie w muzeum nauki i medycyny Rijksmuseum Boerhaave. Została zbudowana na podstawie rachunków za drewno, które zachowały się do naszych czasów. Wiedząc, ile drewna zużyto, konstruktorzy repliki mogli obliczyć, jaka była wielkość okręgów, które składały się na trzy piętra galerii otaczających stół do autopsji. Zaskakuje mnie, że pomieszczenie jest tak niewielkie. Z drugiej strony to logiczne – z dużej odległości publiczność usadowiona na piętrach galerii mogłaby nie dostrzec wszystkich szczegółów.

Jeśli chodzi o Kościół katolicki w Holandii, łaska pańska spływa na niego ponownie w XVIII wieku za sprawą Francuzów, którzy wyciągają rękę – nie po raz pierwszy – po podmokłe tereny Niderlandów. Republika Zjednoczonych Prowincji upada. Powstaje Republika Batawska, która będzie miała własny rząd i kilka konstytucji. Pierwsza, z 1798 roku, wprowadzi rozdział Kościoła od państwa i równouprawnienie wyznań, ponieważ nierówności religijne są nie do przyjęcia w dobie oświecenia i rewolucji francuskiej. Katolicy otrzymują więc na powrót nie tylko swobody religijne, ale też prawa obywatelskie do tej pory zarezerwowane dla protestantów4. Jednak tylko w teorii, bo walka z odwiecznymi uprzedzeniami nie idzie łatwo. Jeszcze w 1871 roku wśród wyższych urzędników państwowych jest tylko 6,5 procent katolików. W 1900 roku na dwustu dwudziestu profesorów uniwersyteckich wyznawców katolicyzmu będzie dwóch. Po raz pierwszy katolik zostanie premierem w roku 19185.

Kościół katolicki, którego znaczenie, podobnie jak Kościoła protestanckiego, jest już dziś minimalne, więcej zwolenników wciąż ma na południu kraju, na terenach graniczących z katolicką Belgią, niż na północy.

3Niedomówienia

Marność nad marnościami

Do Johna Broziusa, historyka sztuki i dziennikarza magazynu „Vind”, trafiam przypadkiem, przy okazji zupełnie innej sprawy.

O Johnie zrobiło się głośno, ponieważ dokonał niezwykłego odkrycia. Opisywał wystawę objazdową Hete Vuren [Gorące ognie], która była prezentowana w muzeum w Goudzie, gdy dotarł na nią obraz Pietera Brueghela Młodszego Kobieta niosąca żar, wypożyczony od prywatnego właściciela.

John Brozius:

– Zanim pojechałem do Goudy, poprosiłem muzeum o fotografię tego obrazu. Reklamowano go jako „niewidziany od czterdziestu lat”. Bardzo mnie zainteresował, ale zdjęcie, które dostałem z biura prasowego, zrobiono pod kątem i nie mogłem dostrzec wszystkich szczegółów. Zacząłem więc przeszukiwać sieć. Trafiłem na wiele fotografii, ale postać, którą przedstawiały, raz była szczuplejsza, raz bardziej pulchna, chmury miały różne kształty, ptaków było mniej albo więcej. Kobietę niosącą żar Brueghel, a może jego uczniowie, namalował w sześciu wersjach, dlatego było mi trudno znaleźć tę, którą wystawiło muzeum w Goudzie. W końcu trafiłem na stronę Art Sherlock, na której zobaczyłem „naszego Brueghela” od frontu. I tu wszystko się zgadzało: kształt chmur, liczba ptaków, postać kobiety. Autor artykułu, pochodzący z Polski, pisał jednak, że ten obraz został skradziony z Muzeum Narodowego w Gdańsku pięćdziesiąt jeden lat wcześniej i ślad po nim zaginął! Poprosiłem muzeum o lepsze zdjęcie. Kiedy je dostałem, okazało się, że przedstawia identycznie namalowaną scenę. Ręce zaczęły mi drżeć. Nie mogłem uwierzyć. Czyżby rzeczywiście na wystawie Hete Vuren znalazło się zaginione przed laty dzieło?

Intuicja nie zawiodła Broziusa. Obraz skradziony w Polsce w latach siedemdziesiątych odnalazł się w Holandii w roku 2025. Dalsze jego losy wciąż się jednak ważą. Czy zostanie zwrócony do Muzeum Narodowego w Gdańsku – nie wiadomo. To historia na inną opowieść.

Gdy spotykamy się z Johnem w jego domu w Hoorn, żeby omówić szczegóły tego niezwykłego odkrycia, zbaczamy nieco z obranej ścieżki i rozmawiamy o wizerunku śmierci w malarstwie niderlandzkim. Pytam już nie o śmierć jawną, oczywistą, ale o drugi nurt malarski – o subtelne wskazówki i tajemnicze przekazy na obrazach dawnych mistrzów. Że oto śmierć nadeszła lub właśnie się zbliża, ukrywa się jednak za zasłoną niedomówień, a niderlandzcy malarze zdają się przekonywać swoich widzów: przypomnienie o tym, żeście śmiertelni, nie musi wam się jawić w całej okazałości śmierci, nie muszą kłuć was w oczy jej nędza i bladość, niech wam wystarczą symbole, które z łatwością rozpoznacie. Macie przecież do nich klucz w postaci emblematów.

John Brozius:

– Emblematy to były minitraktaty filozoficzne, które łącząc obraz i tekst, uczyły, jak żyć przyzwoicie i zgodnie z nakazami Biblii. Te umoralniające treści, często w postaci niewielkich książeczek, w XVII wieku tworzyli wspólnie rysownicy, poeci, pisarze i filozofowie. Dla nauki, dla przyjemności i ku przestrodze. Emblematy i ich przekaz stały się inspiracją dla siedemnastowiecznych malarzy martwych natur. No bo skoro już malujemy piękne przedmioty, a przecież my, protestanci, jesteśmy raczej skromni i nie możemy się chwalić, jak wiele bogactw posiadamy, to nadajmy temu chociaż znaczenie religijne. Że piękno kiedyś przeminie. Że bogactwo w proch się obróci, że zdrowie szlag trafi. A co potem? Wiadomo: śmierć i Sąd Ostateczny. Ten do nieba, ten do piekła. O ile ówczesne mieszczaństwo ukryte emblematyczne przekazy dobrze rozumiało, o tyle z biegiem lat ta wiedza gdzieś się ulotniła.

Wielkie czytanie symboli i znaków na obrazach martwych natur zaczyna się ponownie w latach siedemdziesiątych XX wieku. Dwie wystawy zorganizowane przez niderlandzkich historyków sztuki w Amsterdamie (1976) i w Brunszwiku (1978) podsumowują badania nad „utajoną symboliką” malarstwa złotego wieku w Holandii i rozpoczynają dyskusję o tym, co rzeczywiście kryje się za realistycznymi jakoby martwymi naturami.

Od tej pory nic już nie jest takie samo.

Wizerunki kobiet przędących kądziel lub dziergających koronkę w komnacie nagle stają się alegorią cnót domowych; kobieta czytająca list to ostrzeżenie przed miłosnymi przygodami, które zagrażają cnocie czystości; chora odwiedzana przez lekarza może być symbolem grzechu, który skutkuje wstydliwą chorobą. Sceny na targach, w kuchniach i spiżarniach przestrzegają przed nieumiarkowaniem w doczesnych przyjemnościach, pijaństwem, żarłocznością. Wiatraki – czasem czynne, czasem nie – które wciąż zdobią zielone łąki Holandii, ujęte w zdobne ramy na ścianach muzeów, mogą być w zależności od kontekstu symbolem płodności albo końca drogi. Łódź czy statek miotane wichrem na rozszalałym morzu oznaczają burzliwe, pełne napięć życie i zagrożenie śmiercią, przy czym pamiętajcie: cnota powściągliwości, umiarkowania, roztropności świadczyć może o waszym zbawieniu!

John Brozius:

– Te podteksty sprowadzały się przede wszystkim do tego, aby nie zapominać o śmierci, która ubrana jest tu w szaty alegorii i symbolu. I bardzo często mamy z tym do czynienia na obrazach, które zdają się chwalić życie: z bukietami kwiatów, jedzeniem, przedmiotami codziennego użytku. Takie puszczenie oka do widza: wiecie, o co chodzi, rozumiecie tę aluzję, wszyscy umrzemy, więc lepiej żyjcie tak, aby inni widzieli, że wasze zbawienie jest zasłużoną nagrodą.

Na obrazach martwych natur śmierć bawi się symboliką raz bardziej, raz mniej jawnie. Świece, klepsydry, czaszki są oczywistym memento mori. Ale już bukiety kwiatów z jednym czy dwoma, które więdną, przypominają o przemijaniu urody i życia w nieco bardziej zawoalowanej formie. Talerze pełne owoców, po których spacerują muchy gotowe pożywić swoje potomstwo martwymi resztkami, ostrzegają przed skupianiem się na doczesnych dobrach. Bogata zastawa stołowa, homary, dzbany z winem, luksusowe patery mają zwracać uwagę na ulotność tego, co materialne. Spiętrzone połacie mięsa nie gloryfikują sztuki gotowania, ale przestrzegają przed grzechem pożądliwości. Ostrygi, symbol kobiecych narządów płciowych, wprost sugerują treści erotyczne, lecz także marność ziemskich doznań. Spiralnie obrane cytryny, które układają się w muszle, i same muszle jako skorupy pozbawione życia, które często zastępują czaszki – to już jasne przesłanie: vanitas vanitatum.

Ortodoksyjnym kalwinistom każda niemal przyjemność w życiu – palenie tytoniu, alkohol, zmysłowe rozkosze, modne stroje, taniec czy nawet oglądanie przedstawień teatralnych – jawi się jako obraza boska. Codzienny test moralny mieszkańcy „największego bagna Europy” przechodzą z różnym skutkiem. Zdaniem Simona Schamy, autora słynnej The Embarrassment of Riches [Kłopot z bogactwem], doprowadzi to do powstania „kultury sprzeczności”. Ideały oszczędności i pobożności będą się przeplatać z ostentacyjną konsumpcją i zaangażowaniem w sprawy doczesnego świata. Holendrzy raczą się piwem, palą fajki – wszak wierzą, że tytoń leczy ospę, kiłę i inne zarazy – kupują drogie przedmioty, w tym obrazy, którymi dekorują każdą wolną przestrzeń, i korzystają z uroków życia. Wszyscy, bez względu na pochodzenie społeczne czy zamożność. Nawet kobiety. I tylko malarze niczym listkiem figowym próbują przykryć te „grzechy” za pomocą symboli, wciąż przypominając, że śmierć jest tutaj, razem z nami. Pamiętajcie: życie jest ulotne jak dym z fajki, nietrwałe jak kwiat, kruche jak muszla, krótkie jak miłość ladacznicy.

Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży.

Przypisy

1 Patrzcie, jak wyglądam

1 Jan Balicki, Amsterdamskie ABC, Warszawa 1974, s. 24.

2 Piotr Oczko, Pocztówka z Mokum. 21 opowieści o Holandii, Kraków 2021, s. 25.

3 Antoni Ziemba, Iluzja a realizm. Gra z widzem w sztuce holenderskiej 1580–1660, Warszawa 2017, s. 133–135.

4 Tamże, s. 142.

5 Tamże, s. 149.

1 Antoni Ziemba, Iluzja a realizm. Gra z widzem w sztuce holenderskiej 1580–1660, Warszawa 2017, s. 143.

2 Piotr Oczko, W najdroższej Holandyjej… Szkice o siedemnastowiecznym dramacie i kulturze niderlandzkiej, Kraków 2009, s. 95–101.

3 Tamże, s. 102.

4 Jan Balicki, Maria Bogucka, Historia Holandii, Wrocław 1989, s. 321.

5 Jan Balicki, Amsterdamskie ABC, Warszawa 1974, s. 110.