Umorzenie - Remigiusz Mróz - ebook + audiobook

209 osób właśnie czyta

Opis

Idealna rodzina. Szczęśliwe małżeństwo, kochająca żona i oddany mąż, dla którego dwójka dzieci jest całym światem. Wydawało się, że nic nie zakłóci idylli, którą cieszyli się Skalscy. Do czasu. Pewnej nocy sąsiedzi słyszą krzyki dochodzące z domu, a kiedy policjanci zjawiają się na miejscu, odnajdują bestialsko zamordowaną matkę i jej dzieci. Jedyny trop wiedzie do głowy rodziny, mimo że mężczyzna nigdy nie podniósł ręki na bliskich.

 

Dlaczego zabił? Co takiego sprawiło, że z idealnego męża zmienił się w potwora?

 

Joanna Chyłka ma świadomość, że ze względu na stan zdrowia każda sprawa może okazać się tą ostatnią. Decyduje się bronić oskarżonego, mimo że ten od razu przyznaje się do popełnienia okrutnej zbrodni. Sprawa wydaje się z góry przegrana, gdyby nie jeden istotny fakt – sprawca ma żelazne alibi, które przeczy jego winie. Sam jednak twierdzi, że zostało ono sfabrykowane.​

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 435

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 10 godz. 45 min

Lektor: Krzysztof Gosztyła

Oceny
4,4 (1955 ocen)
1188
465
229
62
10

Popularność


Copyright © Remigiusz Mróz, 2019

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2019

Redaktor prowadząca: Monika Długa

Redakcja: Karolina Borowiec

Korekta: Magdalena Owczarzak

Projekt okładki: Mariusz Banachowicz

Projekt typograficzny, skład i łamanie: Stanisław Tuchołka / panbook.pl

Fotografie na okładce:

©Nejron Photo / Shutterstock

©Kamenetskiy Konstantin / Shutterstock

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

eISBN 978-83-7976-184-5

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

fax: 61 853-80-75

redakcja@czwartastrona.pl

www.czwartastrona.pl

Dla Magdy i Filipa,

zasłużyli wprawdzie na więcej niż dedykację,

ale żadnych talonów pod ręką nie mam

Confessio est regina probationum.

Przyznanie się do winy jest królową dowodów.

Prolog

Dzień zero

Dzień, w którym umrzesz, zacznie się tak samo jak każdy inny.

Patrząc prosto w lufę wycelowanej w niego broni, mężczyzna nie mógł opędzić się od tej myśli. Nie pamiętał, kiedy ani gdzie to usłyszał – ale ktokolwiek mu to powiedział, miał rację. Tego dnia nic nie wskazywało na to, by miał pożegnać się z życiem.

A jednak teraz dzieliło go od tego tylko lekkie muśnięcie spustu.

Nie mógł opanować drgawek, ale kobieta, przed którą klęczał, również cała dygotała. Pistolet wydawał cichy, metaliczny pobrzęk, a oprócz tego w pomieszczeniu słychać było jedynie oddechy dwójki ludzi.

Ręka kobiety się trzęsła, ale w jej oczach nie było wahania. Postanowiła już, że pociągnie za spust i odbierze mu życie. Finał był tylko kwestią czasu.

Mężczyzna nie miał gdzie uciec. Nie mógł liczyć ani na ratunek, ani na to, że jego przyszła zabójczyni chybi. Stała natyle blisko, że nawet z zamkniętymi oczami zdołałaby zrobić mu dziurę w głowie.

Kilka razy próbował przemówić jej do rozsądku. Potem błagał, by oszczędziła jego życie. Płaszczył się przed nią, robił z siebie ofiarę, mówił o rodzinie, która straci ojca. Wszystko na nic.

Nie chciała nawet go słuchać. Miała swoje wyobrażenie o tym, co miało się wydarzyć, i nikt ani nic nie mogło tego zmienić. Próby wzbudzenia litości mijały się z celem.

Mężczyzna pomyślał, że źle do tego podszedł. Pomylił się co do niej. Nie kierowała się ślepą furią, nie poddawała się emocjom – stała przed nim z pistoletem dlatego, że było to wynikiem chłodnej kalkulacji. W jej przekonaniu racjonalnie podjętą decyzją.

Nie powinien apelować do jej człowieczeństwa, ale do jej rozsądku.

Nabrał tchu i cicho odchrząknął. Ręka kobiety drgnęła, ale broń wciąż była wymierzona prosto w jego czoło.

– Nie wygrzebiesz się z tego… – powiedział cicho.

Milczała, wciąż mocno ściskając rękojeść. Im więcej siły do tego przykładała, tym bardziej drżała jej dłoń.

– Ktoś usłyszy strzał… – ciągnął. – Ktoś wezwie policję.

– Zamknij się.

Mówiła cicho, spokojnie. Jej głos zupełnie nie współgrał z emocjami, które ewidentnie nią targały.

– Sytuacja będzie jasna – dodał. – Egzekucja.

Znów nie odpowiedziała, a mężczyzna przycisnął skrzyżowane dłonie mocniej do tyłu głowy. Mimo woli pomyślał o tym, że kula przeszyje czaszkę i ręce. Oprócz tego na ścianie za nim pojawi się rozbryzg krwi na wysokości, która dowiedzie, że w momencie śmierci klęczał przed osobą, która odebrała mu życie.

Wzdrygnął się.

– Nie uda ci się upozorować…

– Powiedziałam: zamknij się.

– Mam prawo do…

Urwał, widząc, że zacisnęła mocno usta. Machinalnie zamknął oczy, spodziewając się huku wystrzału. Potem lekko uniósł powieki. Znów spojrzał swojej egzekutorce prosto w twarz. I po raz kolejny dostrzegł na niej żelazną determinację.

– Nie upozorujesz obrony koniecznej, Chyłka – odezwałsię.

– Nie mam zamiaru.

Otworzył usta, by odpowiedzieć, ale nie zdążył.

W pomieszczeniu głuchym echem rozszedł się wystrzał, a ciało mężczyzny upadło na posadzkę.

Rozdział 1

Trzy tygodnie do dnia zero

1

Skylight, ul. Złota

Drzwi do gabinetu Oryńskiego otworzyły się z impetem, a fakt, że nie było to poprzedzone pukaniem, sprawiał, że Kordian nie musiał nawet podnosić wzroku znad laptopa.

– Hej, trucizno – rzucił.

Chyłka trzasnęła za sobą drzwiami, a potem szybkim krokiem podeszła do biurka i położyła na nim kartkę A4. Wyglądała na wydrukowany zrzut z któregoś internetowego serwisu prawniczego.

– Nie pora na pieszczoty, Zordon. Patrz.

– Co to? – spytał, niechętnie zerkając na wydruk. – Intranet nie działa? Maile nie dochodzą? Doszło do jakiejś globalnej katastrofy, przez którą musimy wracać do drukowania wszystkiego, co…

– Zasklep otwór gębowy i czytaj.

Przebiegł wzrokiem tekst i uznał, że się nie pomylił. Był to dzisiejszy artykuł z jednego z portali prawniczych, w którym rozwodzono się na temat brutalnego zabójstwa na Bemowie. Sprawcą miał być na pozór przykładny ojciec, kochający mąż, a tak naprawdę potwór, który bez litości zarżnął całą rodzinę.

– Mam to potraktować jako jakąś sugestię? – spytał Kordian.

– Co? – bąknęła Chyłka, przysiadając na skraju biurka.

– Jako wskazówkę, że z moją psychiką będzie podobnie, kiedy już dorobimy się psa, ogródka i całego tego kramu?

– Twoja psychika będzie w stanie permanentnej frenezji. Czego o mojej z pewnością nie będzie można powiedzieć.

Podniósł wzrok i spojrzał na pochylającą się nad nim Joannę. Zaanektowała biurko, jakby wszystko w tym pomieszczeniu należało do niej. Wydawało się to poniekąd uzasadnione.

– Więc po co mi to pokazujesz? – spytał, wskazując wydruk.

– Bo będziemy bronić tego gościa.

Oryński uniósł brwi.

– Gościa, który zmasakrował żonę i dwójkę dzieci?

– Tak.

– Czekaj, sprawdźmy, czy dobrze rozumiem…

Wzrok Chyłki sugerował, że z pewnością nie.

– Mówimy o tym samym facecie, który teraz stanie się uosobieniem zła? Którego znienawidzi każdy w kraju? I przez którego odżyje dyskusja na temat kary śmierci? Nie wspominając już o tym, że…

– Nie musisz go zachwalać – ucięła. – Już podjęłam decyzję.

Kordian spojrzał na nią z niedowierzaniem. Z jednej strony być może powinien się tego spodziewać. Im większe wyzwanie, tym chętniej Chyłka się go podejmowała. Z drugiej strony nie zwykła brać przegranych spraw. A w tym wypadku się na nią zanosiło.

– Jesteś zdziwiony, jakbyś zakładał, że mam dobry gust do facetów – rzuciła, pochylając się jeszcze bardziej.

Jego wzrok mimowolnie uciekł w stronę jej dekoltu, ale zaraz musiał go podnieść, kiedy wymierzyła dwoma palcami w jego oczy i sugestywnym ruchem zasugerowała, by to zrobił.

– Po prostu myślałem, że to nie twój typ.

– Mój typ jest dokładnie taki – powiedziała, zakładając mu ręce na karku. – Z pozoru porządny, ułożony człowiek, ale w środku kompletny wykolejeniec.

Musiał przyznać, że właściwie zabrzmiało to jak komplement. A dowodem tego zdawał się dotyk jej rozchylonych ust i muśnięcie językiem jego warg. Zanim jednak zdążył odwzajemnić pocałunek, Chyłka klepnęła go w tył głowy, a potem się wyprostowała. Przesunęła się głębiej na biurko i rozłożyła ręce.

– Bierzemy tę sprawę, Zordon.

Znów spojrzał na wydruk.

– Wątpię, żeby tego faceta było stać na Żelaznego &McVaya.

– Skorzysta z promocji dla sadystów.

– Mamy taką?

– Oczywiście. Upust na tej samej zasadzie dostał nasz ulubiony Piotr, a oprócz tego Sendal i ten zasrany waginolog, którego nazwiska nie wypowiem.

Oryński skwitował uwagę lekkim skinieniem głowy.

– Chyba nie ma sensu pytać, czy przedyskutowałaś to z kimkolwiek – odezwał się.

– Właśnie to robię.

– Miałem na myśli raczej imiennych partnerów.

– Z nimi nie muszę o niczym rozmawiać – ucięła. – Zresztą po ostatniej sprawie ta kancelaria powinna nosić tylko jedno nazwisko. Moje.

Chyłka nabrała głęboko tchu, a potem przesunęła kilka rzeczy na biurku i wyciągnęła się na nim jak na dość wygodnej kanapie. Wbiła wzrok w sufit i przez chwilę trwała w zupełnym bezruchu.

– Powinieneś zainstalować sobie tutaj jakiegoś szezlonga, jak Kormak.

– Tu mi niepotrzebny, ale mógłbym kupić jeden na Argentyńską.

Nawet nie drgnęła na wspomnienie o jej mieszkaniu, w którym ciągle był tylko gościem. Kordian położył rękę na jej udzie, a potem przesunął ją pod obcisłą spódnicę.

– Na Argentyńskiej tylko waletujesz – rzuciła, ignorując jego dłoń. – Nie dorobiłeś się jeszcze prawa wniesienia tam choćby taboretu.

– W takim razie powiedz tylko, gdzie i w jakim trybie złożyć wniosek – mruknął.

– Na pewno nie tam. – Lekko się podniosła i wreszcie spojrzała na jego rękę. – Tamten organ nie przyjmuje dzisiaj żadnych podań.

Uśmiechnął się i pokręcił głową.

– Składam zażalenie – oznajmił.

– Oddalam.

– Bo?

– Bo nie mam ochoty na pieprzenie.

Zmarszczył pytająco czoło, a ona znów się położyła.

– Mam na myśli twoje zwyczajowe pitolenie, Zordon – dopowiedziała. – Jest człowiek, którego trzeba obronić przed mackami wymiaru ścigania. I który na nas liczy.

– Nawet nie wie, że chcesz go bronić.

– Niebawem się dowie.

– A ty nie masz nawet pojęcia, jak ma na imię.

W artykule nie było żadnych szczegółów, choć dziennikarze zapewne od samego rana robili wszystko, by nie tylko ustalić personalia, ale także dotrzeć do bliskich, sąsiadów i każdego, kto mógł powiedzieć coś na temat rodziny.

– Nic o nim nie wiesz – dodał Oryński. – Nie masz pojęcia, co tam się stało ani dlaczego.

– Dążysz do czegoś?

– Do tego, że nie bierzesz takich spraw. Nie w ciemno.

Chyłka wbijała pusty wzrok w sufit, a jej włosy swobodnie rozścieliły się na blacie. Był to niecodzienny widok, ale właściwie całkiem przyjemny. Kordianowi przeszło przez myśl, że nie miałby nic przeciwko, gdyby dyskusje o podjęciu się sprawy zawsze miały tak wyglądać.

– Zazwyczaj potrzebujesz jakiegoś bodźca – ciągnął. – Albo coś ci w sprawie nie pasuje i chcesz się dowiedzieć, co to takiego, albo dostrzegasz w niej okazję, żeby dopiec prokuraturze. A to…

– W tej jest akurat pewna rzecz, która mi nie pasuje.

– Niby jaka?

– To, że wzorowy mąż i cudowny ojciec nagle ni stąd, ni zowąd urządza sobie bemowską masakrę piłą łańcuchową.

– W artykule nie ma mowy o…

– To było nawiązanie do Teksańskiej masakry piłą mechaniczną, ignorancie.

– Wybacz – odparł Oryński i oparłszy łokcie na biurku, przysunął się do Joanny. – Jestem średnio obeznany ze starymi slasherami, które bardziej przypominają komedie niż filmy grozy.

– Odświeżysz sobie w ramach researchu przed tym, jak zerkniemy na miejsce zbrodni.

Obawiał się, że nawet najbardziej wykręcony horror nie przygotowałby go na to, co wydarzyło się w mieszkaniu na Bemowie. Autorowi artykułu udało się nakłonić jednego z techników do anonimowej wypowiedzi, w której ten stwierdził, że nigdy nie widział czegoś podobnego.

– Naprawdę chcesz to zrobić? – spytał Kordian.

– Mhm.

– Dlaczego?

– Bo fascynuje mnie, co się stało temu człowiekowi – odparła, w końcu odrywając wzrok od sufitu. Spojrzała przelotnie na pochylającego się nad nią Oryńskiego. – Nagle uaktywniło się coś, co siedziało w nim od zawsze? Może słyszał jakieś głosy? Zupełnie mu odbiło? A może był jakiś katalizator, który to wyzwolił? Chcę wiedzieć, co kieruje kimś, kto potrafi skatować ukochane osoby.

Kordian głośno przełknął ślinę.

– Nie ciekawi cię to? – spytała Chyłka.

– Ciekawość to chyba złe słowo.

– Ale chciałbyś wiedzieć, co?

– Tak, ale chętnie poczekam, aż biegli się nim zajmą. Nie czuję jakiejś wielkiej potrzeby, żeby go bronić w sądzie.

– Tak czy inaczej, będziesz musiał – orzekła, podnosząc się. – Bo przecież nie zostawisz mnie samej z takim zwyrodnialcem, prawda?

– Ano nie – przyznał. – Bo obawiam się, że szybko znaleźlibyście wspólny język i poczułbym się zagrożony.

Posłała mu lekki uśmiech i na powrót usiadła na skraju biurka. Kordian przypatrywał jej się przez moment, starając się ustalić, dlaczego tak naprawdę bierze tę sprawę. Nie miało to sensu – szczególnie teraz, kiedy wszystko zaczynało się układać.

Uporali się z przeszłością, wyniki badań potwierdziły, że Joanna nie ma chłoniaka, a ich kariery po sprawie z Nepalu weszły na jeszcze wyższy bieg. Może wszystko było zbyt dobrze? Może dlatego postanowiła bronić taką szumowinę?

Nie było sensu teraz jej dopytywać, bo tylko zbywałaby temat. Decyzję podjęła na długo, zanim przyszła do gabinetu Oryńskiego, a po drodze z pewnością poleciła Kormakowi, by dowiedział się wszystkiego, czego zdoła, na temat sprawy.

Szybko okazało się, że faktycznie tak było. Już dwie godziny później zgromadził tyle informacji, ile zwykłemu śmiertelnikowi nie udałoby się zdobyć przez dwa dni. Zebrali się w biurze Chyłki i Kordian byłby gotów sam powtórzyć numer z biurkiem, gdyby nie to, że tutaj panowała koncepcja 1B, w myśl której każdy mebel powinien być maksymalnie zawalony mniej lub bardziej potrzebnymi rzeczami.

– Tres faciunt collegium – rzuciła Joanna, wskazując Kormakowi jedno z krzeseł przed biurkiem.

– Hę? – jęknął chudzielec.

– Trzech tworzy zespół – wyjaśniła.

– Co trzy głowy, to nie jedna – dodał Oryński.

Chyłka westchnęła.

– Ta paremia dotyczy wymogu w prawie rzymskim, Zordon. Nie złotych powiedzonek ciotki lub stryjka.

– Aha.

– Żeby stowarzyszenie zyskało osobowość prawną, musi się składać z trzech osób.

– Jasne.

Kormak odchrząknął znacząco, skupiając na sobie uwagę rozmówców.

– Możemy przejść do rzeczy? – spytał. – Mam jeszcze trochę roboty, a im mniej w niej prawniczych bredni, tym będę szczęśliwszy.

– Pracujesz w kancelarii prawnej, szczypiorze.

– Co nie znaczy, że nie muszę…

Chyłka uniosła rękę, a on szybko urwał. Jego poważny wyraz twarzy i brak gotowości do standardowych dywagacji zdawały się świadczyć o tym, że materiał, do którego dotarł, nie napawa optymizmem.

– Adrian Skalski – odezwał się rzeczowym tonem. – Sześćdziesiąt dwa lata, urodzony w…

– Myślałam, że jest młodszy.

Chudzielec wzruszył ramionami.

– Dbał o siebie – odparł. – Teraz sześćdziesiątka jest jak kiedyś czterdziestka.

– U mnie będzie jak trzydziestka.

– Taa… – skwitował cicho Kormak. – Dobroczynne inhalacje nikotynowe i dieta alkoholowa to gwarantują.

Joanna zmrużyła oczy, przyglądając mu się.

– Jeszcze to odszczekasz – oznajmiła. – Jak tylko koncerny tytoniowe opracują specyfik na nieśmiertelność.

– Musiało mi umknąć to, że…

– Oczywiście, że nad nim pracują. Komu bardziej mogłoby na tym zależeć? – spytała, wyciągając paczkę marlboro. – Wyobrażasz sobie, jak wzrosną ich obroty, kiedy okaże się, że można palić do woli przez sto czy dwieście lat? A ja,jako wierna klientka, będę jedną z pierwszych, które dostaną lek.

To rzekłszy, zapaliła i przesunęła paczkę po stole w kierunku Kordiana.

– Dobra – odezwała się. – Nie interesuje mnie metryka tego degenerata, tylko to, co zrobił.

– Cóż… nie będzie to nic pięknego.

– To samo sobie myślę co ranek, zanim otworzę oczy i sprawdzę, kto leży obok mnie w łóżku – odparła pod nosem Chyłka, po czym posłała Oryńskiemu lekki uśmiech. – Jestem zaprawiona w bojach. Dawaj.

Kormak pochylił lekko głowę, jakby podczas referowania im swoich ustaleń kontakt wzrokowy z jakiegoś powodu wydał mu się kłopotliwy.

– Nie ustalono jeszcze wszystkich szczegółów – zastrzegł. – Nie wiadomo, co konkretnie spowodowało wybuch Skalskiego, ale jedno jest pewne: urządził rodzinie rzeźnię. Ciała są zmasakrowane do tego stopnia, że wyglądają raczej jak ofiary wypadków komunikacyjnych niż zabójstw. Kiedy go zatrzymywali, mamrotał coś o sprawiedliwości, generalnie gadał od rzeczy, jakby zupełnie zwariował.

Kordian bezrefleksyjnie wyjął papierosa i zapalił.

– Narzędzie zbrodni? – spytał.

– Znalezione na miejscu. Skalski użył rozbitej butelki.

Na moment w gabinecie zaległa cisza, którą zakłócały jedynie dźwięki wypuszczanego dymu. Kiedy ten zgromadził się pod sufitem, Chyłka kaszlnęła i odłożyła papierosa do popielniczki.

– O jakiej butelce mowa? – zapytała.

– A jakie to ma znaczenie?

– Duże. Przynajmniej dla mnie – odparła z powagą. – Gdyby Lewandowski udusił kogoś swoją koszulką, każdy fan piłki nożnej chciałby wiedzieć, czy zrobił to trykotem Bayernu, Borussi czy może reprezentacji, prawda?

– Mógłby też sentymentalnie użyć tej ze Znicza Pruszków – zauważył Kordian.

– Coś w tym jest – przyznał chudzielec, a potem chwilę się zastanawiał, drapiąc po czole. – Chodziło o jakąś wytrawną whisky.

– Dowiedz się, jaką konkretnie.

– Jasne – zapewnił.

Oryński mimo woli zobaczył, jak wysportowany sześćdziesięciolatek chwyta za butelkę, rozbija ją o kant mebla, a potem rzuca się na swoją rodzinę. Szkło pewnie było grube, musiało być, by nie pęknąć przy tylu uderzeniach w twarde kości.

– Skalski najpierw zaatakował żonę… a przynajmniej takie są wstępne ustalenia. Potem zarżnął dzieci.

W pokoju znów zapadła cisza.

– Jakie są przeciwko niemu dowody? – odezwała się Joanna.

– Mocne. Sąsiedzi twierdzą, że nie widzieli, by ktokolwiek wchodził do domu lub z niego wychodził. Jakaś kobieta wyprowadzała psa, kiedy usłyszała przeraźliwe krzyki, i w pierwszej chwili pomyślała, że Skalscy oglądają jakiś wyjątkowo brutalny film grozy.

Na dobrą sprawę tak było, pomyślał Kordian. Tyle że grali w nim główne role.

– Dodatkowo na butelce są odciski palców tego gościa – ciągnął Kormak. – Oprócz tego mamy jeszcze królową dowodów. Skalski od razu się do wszystkiego przyznał.

Chyłka powoli skinęła głową.

– Nie wyjaśnił, dlaczego ich zabił? – spytała.

– Nie. Wygląda na to, że sam był w szoku – odparł chudzielec i głęboko nabrał tchu. – Ja zresztą też, bo nie rozumiem, dlaczego bierzecie tę sprawę. Upadliście na głowę?

Joanna odgięła się do tyłu i zaplotła dłonie na karku.

– Niezupełnie – rzuciła. – Bo facet ma żelazne alibi.

– Co takiego?

– Jest niewinny, Kormaczysko.

Oryński uśmiechnął się i pokręcił głową z niedowierzaniem. Oczywiście, powinien był się tego spodziewać. Chyłka nie wzięłaby z góry przegranej sprawy.

2

Gabinet Chyłki, XXI piętro Skylight

Wypędziwszy obydwu intruzów na korytarz, Joanna z ulgą zamknęła za nimi drzwi, a potem oparła się o nie plecami. Zamknęła oczy i przez chwilę skupiała się na swoim oddechu.

Nie było z nią najlepiej.

Dwie godziny wcześniej tak zakręciło jej się w głowie, że musiała odstawić numer z położeniem się na biurku Oryńskiego. Teraz nie mogła nawet dopalić papierosa do końca.

Objawy, z którymi się zmagała, były dość powszechne u osób chorujących na chłoniaka. Nadmierna potliwość w nocy, ogólne zmęczenie, utrata łaknienia. Wszystko to ani na moment nie pozwalało jej zapomnieć o wyroku, który wydał na nią los.

Kilka lat, tyle najwyżej miała.

Trudno było stwierdzić, jak długo uda jej się ukrywać chorobę przed Kordianem. Początkowo się nad tym nie zastanawiała. Po prostu przyjęła, że nie powie mu o prawdziwych wynikach badań. Pozwoli mu wierzyć, że jest zdrowa.

Nie potrafiła do końca zrozumieć, dlaczego podjęła taką decyzję. Przynajmniej nie od razu. Teraz wiedziała już doskonale.

Miała plan. Nie dla siebie – na to było już za późno – ale dla niego jak najbardziej. Przewidywał nawet dwa warianty, jeden podstawowy, drugi awaryjny.

Wróciła za biurko i spojrzała na dopalającego się w popielniczce papierosa. Zgasiła go, a potem przyłożyła dłoń do czoła. Gorączka była niewysoka, ale wyczuwalna. Ogólne samopoczucie Joanna mogłaby przyrównać do grypopodobnego, gdyby nie to, że dostała bonus w postaci bólu brzucha.

Kiedy rozległo się pukanie do drzwi, Chyłka natychmiast odjęła rękę od czoła. Artur Żelazny wszedł do środka bez zaproszenia, co mogło oznaczać tylko jedno – dowiedział się, kogo ma zamiar bronić Joanna.

– Oszczędź sobie – rzuciła, kiedy stanął przed jej biurkiem.

Jak zawsze miał na sobie wysokiej klasy marynarkę i wszelkie możliwe garniturowe upiększenia, jakie wypadało nosić przykładowemu snobowi. Łącznie ze spinkami do mankietów kosztującymi tyle, co całkiem porządny samochód ze średniej półki.

– Czego mam sobie oszczędzić? – burknął.

– Przekonywania mnie, że popełniam błąd.

– Posłuchaj…

– To będzie mniej więcej tak efektywne, jak budowa przez Chińczyków tego ich muru.

Uniósł pytająco brwi.

– Miał zatrzymać obcych, ale koniec końców sprawił, że ludzie ciągną do Chin jak muchy do gówna, żeby go zobaczyć – oznajmiła. – Nieprawdaż?

Artur westchnął, obrócił krzesło tyłem do biurka i usiadł. Skrzyżowawszy ręce na oparciu, posłał Joannie długie spojrzenie, a ona zrozumiała, że nie przyszedł tutaj, by ją do czegokolwiek przekonywać.

Najwyraźniej nauczył się, że mija się to z celem.

– Po prostu tego nie rozumiem.

– …powiedział Sean Connery, kiedy zaproponowano mu rolę Gandalfa i wynagrodzenie w postaci piętnastu procent wszystkich przyszłych przychodów z WładcyPierścieni.

Żelazny nie odpowiadał.

– Taki deal był na stole. Ostatecznie zarobiłby jakieś czterysta milionów dolarów, ale po przeczytaniu scenariusza stwierdził to samo, co ty. Że nie rozumie.

– Litości, Chyłka…

– Nie mam jej dla nikogo, kto nosi spinki z białego złota. Z agatami i diamentami – Uniosła wzrok. – I kto jeździ hybrydą.

– Chcę tylko, żebyś mi to wyjaśniła.

Musiała przyznać, że to miła odmiana. Jakiś czas temu wparowałby tutaj z pretensjami, groźbami i argumentami, które miałyby spowodować, że Joanna zmieni zdanie. Teraz od razu przyjął, że musi istnieć powód, dla którego bierze tę sprawę. I faktycznie tak było.

– Adrian Skalski ma alibi – odezwała się.

– Jakie?

– Dość mocne i potwierdzające, że nie było go wtedy w domu.

Żelazny skrzywił się, jakby ta odpowiedź głęboko go rozczarowała.

– To niemożliwe.

– Powiedział pewnie Sapkowski, kiedy CD Projekt zaproponował mu…

– Daj spokój z tymi, kurwa, bredniami – uciął pod nosem. – Jak mogło go nie być, skoro policja znalazła go pokrytego krwią żony i dzieci?

– Kilka godzin po zabójstwie.

– Całego we krwi – powtórzył z naciskiem Artur. – Nie chcesz mi chyba powiedzieć, że rzucił się na nich, żeby ich ratować. I że przyznał się ot tak, żeby zrobić wszystkim psikusa.

Chyłka zamknęła oczy i ze świstem wypuściła powietrze.

– Wyobraź sobie, że wchodzisz do domu i zamiast czekających na ciebie żony i dzieciaków widzisz ich pokiereszowane zwłoki. Jak byś się zachował?

Żelazny ledwo zauważalnie wzruszył ramionami.

– No tak – bąknęła. – W twoim wypadku reakcja rzeczywiście byłaby mniej więcej taka.

– Mam na myśli, że…

– Skalski był w kompletnym szoku – wpadła mu w słowo. – Nie wiedział, co się dzieje, nie rozumował logicznie, pewnie nie potrafił nawet ocenić sytuacji. Rodzina była dla niego wszystkim, Artur.

– Więc przyznał się, że ich zabił?

– Przypuszczam, że został odpowiednio pokierowany przez śledczych.

Gdyby rozmawiała z mniej doświadczonym prawnikiem, pewnie musiałaby wspomnieć o przynajmniej kilku przypadkach, które uzasadniały taką podejrzliwość wobec organów ścigania. Żelazny jednak doskonale orientował się w realiach. Zdawał sobie sprawę, jak niewiele trzeba, by podejrzany lub oskarżony powiedzieli to, co śledczy chcą usłyszeć.

Przekonał się o tym Brendan Dassey, który po głośnej sprawie Stevena Avery’ego przyznał się nie tylko do zabójstwa, ale także okaleczenia ciała i napaści seksualnej. Wystarczyło, by policjanci lekko nim posterowali, wykorzystując to, jak psychika zachowuje się w ekstremalnych sytuacjach.

Dassey dostał dożywocie, ale prawnicy przez lata toczyli batalię o jego uwolnienie. W końcu im się udało, wyrok został uchylony, a przesłuchanie uznane za wymuszone. W apelacji czterech sędziów opowiedziało się jednak przeciwko temu rozstrzygnięciu. Tyle wystarczyło, by chłopak został w więzieniu.

Chyłka nie miała zamiaru pozwolić, by to samo spotkało teraz człowieka, który doznał największej życiowej tragedii.

– Nawet jeśli… – zaczął niepewnie Żelazny – to na butelce są jego odciski palców.

– A czego się spodziewałeś?

– Cóż…

– To była butelka wytrawnej whisky – ucięła Joanna. – Taką zazwyczaj piją mężczyźni. A o ile wiem, w tamtym domu był tylko jeden.

Imienny partner długo skupiał wzrok na oczach Chyłki. Szukał w jej motywacjach drugiego dna, jakby fakt, że chce po prostu wybronić niewinnego człowieka, był niewystarczający.

Kiedyś rzeczywiście potrzebowałaby czegoś więcej. Teraz jednak coś się zmieniło. Może to przez Annapurnę, a może przez świadomość zbliżającego się końca. Tak czy owak, miała zamiar udowodnić, że Adrian Skalski nie popełnił tej okrutnej zbrodni.

– Są świadkowie – zauważył Żelazny.

– Którzy nic nie widzieli, tylko słyszeli. A konkretnie krzyki.

– Nikt nie zidentyfikował głosu Skalskiego?

– Nie.

Lewa ręka Artura natychmiast powędrowała w kierunku prawego mankietu. Kiedy Żelazny zaczął nieświadomie bawić się spinką, Chyłka wiedziała już, że nie będzie zgłaszał więcej obiekcji. A nie zapytał jeszcze nawet, czym konkretnie jest alibi, do którego dotarła.

– Sam nie wiem…

– Nie opowiadaj bzdur – odparła. – Widzę, że już to kupiłeś. I to bez najważniejszej informacji.

– Jakiej?

Pozwoliła sobie na lekki uśmiech.

– Mówiłam ci. Skalski ma alibi nie do obalenia.

– Gdyby tak rzeczywiście było, to…

– Zapewniam cię, że inaczej nie wzięłabym tej sprawy.

Przyglądał jej się uważnie, jakby szukał dodatkowego potwierdzenia. Znał ją jednak na tyle dobrze, że nie powinien go potrzebować. Chyłka nie brała beznadziejnych spraw – przynajmniej co do zasady. Wyjątki stanowiły sytuacje, kiedy nie miała innego wyjścia.

– Jego kumpel z woja był z nim tamtego wieczoru – dodała. – Od osiemnastej do dwudziestej drugiej. A bemowska rzeźnia rozpoczęła się koło ósmej.

– Skalski był w wojsku?

– Widzę, że niewiele wiesz o tej sprawie.

– Zdążyłem dowiedzieć się tyle, że ją wzięliśmy – odparł z pretensją, cały czas trącając spinkę jak niektórzy skórkę przy paznokciu. – To żołnierz w czynnej służbie?

– Nie, odszedł na emeryturę jak tylko dochrapał się stopnia majora – odparła Joanna, patrząc znacząco na rękaw koszuli Żelaznego. Ten w końcu się ocknął i opanował tik nerwowy. – Do tego czasu widział jednak to i owo. Wraz z kumplem, który dał mu alibi, byli na dwóch misjach pokojowych. Znaczy pierwsza była w ramach wsparcia logistycznego, rozumiesz.

– Nie rozumiem.

Chyłka zignorowała tę uwagę.

– Najpierw pojechali na Wzgórza Golan w ramach UNDOF-u, ale prawdziwej zabawy zaznali dopiero w byłej Jugosławii. UNPROFOR.

Widziała, że Żelaznemu absolutnie nic to nie mówi. Na dobrą sprawę nie było to nic dziwnego – kiedy pół Polski interesowało się tym, co robią nasi w ramach Sił Ochronnych ONZ w Bośni, Hercegowinie i innych nowych tworach państwowych, Artur pewnie popijał drinki w jednym z ekskluzywnych wyszynków, śmiejąc się z ludzi, którzy całą noc czekali na otwarcie pierwszego w Polsce McDonalda na rogu Marszałkowskiej i Świętokrzyskiej.

– Uczestniczyli tam w jakichś działaniach? – spytał.

– Nie, grali na harmonijce, skubali słonecznik i dłubali w zębach źdźbłami trawy.

Żelazny milczał.

– Oczywiście, że brali udział – dodała mrukliwie Joanna. – Nie mieli tam lekko.

– Więc co? Trauma powojenna? To ona twoim zdaniem spowodowała, że…

– Niczego nie spowodowała, Artur, bo ten gość tego nie zrobił. I jego towarzysz broni to potwierdzi.

Kiedy znów zaległa cisza, jasne było, że rozmówca podaje w wątpliwość to, co usłyszał. Nie musiał nawet się odzywać.

– Byli tamtego wieczoru w pubie – podkreśliła.

– I masz na to tylko słowo tego drugiego?

– Mam też zdjęcia, które wykonał.

– Co?

– Cyknął kilka telefonem – wyjaśniła, z satysfakcją obserwując zmieniający się wyraz twarzy Żelaznego. – Są na nich obaj. W dodatku data i godzina, a na dokładkę lokalizacja.

Nie musiała mówić nic więcej, Adrian miał alibi wprost wymarzone dla każdego obrońcy.

– Prokuratura o tym nie wie? – spytał Artur.

– Na razie nie. Dowiedzą się dopiero, jak wsadzą rękę do tego nocnika. I przekonają się, że pływa tam świeże, jeszcze ciepłe…

– Skąd w takim razie masz te informacje? – przerwał jej Żelazny, a potem podniósł się z krzesła i zaczął nerwowo przechadzać się po gabinecie.

Wyglądał, jakby się spodziewał, że Chyłka próbuje go ograć. W rzeczywistości przedstawiła mu jednak samą prawdę.

W końcu zatrzymał się przed szerokim oknem wychodzącym na Pałac Kultury i Nauki. Obejrzał się przez ramię, czekając na odpowiedź.

– No? – ponaglił ją. – Jakim cudem tak szybko dotarłaś do kumpla z wojska?

– Nie powiedziałabym, że szybko.

Żelazny zmarszczył czoło.

– Dopiero co wiadomość pojawiła się w mediach, Chyłka – zauważył. – Dziś rano, z tego co wiem.

– Ale do zdarzenia doszło wczoraj – odparła, a potem wprawiła w ruch obrotowe krzesło i zatrzymała się przodem do rozmówcy. Pożałowała tego, jak tylko zakręciło jej się w głowie. – Policja trzymała tę informację dla siebie. Dobro śledztwa i inne takie bzdury.

– Sąsiedzi nie puścili pary?

– Nie. Większość była przekonana, że Skalscy naprawdę urządzili sobie seans filmowy z Kingiem i Romero. Zresztą wiesz, jacy są sąsiedzi. Każdy ma w dupie, co dzieje się zapłotem.

– Dopóki nie zjawią się kamery.

– A te przybyły dopiero dzisiaj.

Żelazny oparł się o szybę i przez moment wyglądał naplac Defilad.

– Nadal nie powiedziałaś, skąd ty o tym wiesz.

– Nie muszę ci się spowiadać.

– Nie, nie musisz – przyznał, co było kolejną miłą odmianą. – Ale ułatwisz sobie życie, jeśli chociaż…

– Szczerbiński.

Artur przestał interesować się miejskim krajobrazem i skupił całą uwagę na Chyłce. Niedwuznaczny uśmieszek przebiegł mu po twarzy, a zaraz potem Żelazny ze zrozumieniem pokiwał głową.

– Jedziesz na dwa fronty – bardziej oznajmił, niż zapytał.

Joanna westchnęła, nie mając zamiaru wdawać się w jakiekolwiek dyskusje o swoim życiu prywatnym. Ani z Żelaznym, ani na dobrą sprawę z nikim innym.

– Zadzwonił do mnie niedługo po tej pieprzonej rzezi – wyjaśniła oględnie.

– Po co?

– Chciał się spotkać.

Artur czekał na więcej, ale tylko tyle była gotowa mu zdradzić. W istocie Szczerbiński po prostu potrzebował wsparcia – to, co zobaczył w domu na Bemowie, przechodziło ludzkie pojęcie i mogło skruszyć hart nawet najbardziej doświadczonych śledczych.

Zgodziła się na spotkanie, choć zrobiła to głównie dlatego, że była ciekawa sprawy. Początkowo nie spodziewała się, że ta okaże się warta uwagi z zawodowego punktu widzenia, ale kiedy Joanna zaczęła drążyć, okazało się, że może być inaczej.

Dotarła do towarzysza broni jako pierwsza. I zrobiła wszystko, by nie wychylał się z alibi aż do momentu, kiedy to ona powie mu, że najwyższa pora je ujawnić.

Nietrudno było go przekonać. Wystarczyło obiecać, że w zamian Adrian będzie miał obronę, na którą w normalnych okolicznościach nigdy nie byłoby go stać, a nie żółtodzioba z przypadku. I uświadomić mu, że jeśli ujawni fakt wyjścia do pubu teraz, śledczy zrobią wszystko, by podważyć jego wiarygodność i obalić alibi. W każdym były pęknięcia, a dobry prokurator potrafił zrobić z nich dziury, których obrona nie da rady załatać.

Nie wspomniała o tym Żelaznemu, ale wiedziała, że nie musi. Był na pokładzie i z pewnością zgodzi się nawet na to, by zaproponować Skalskiemu znacznie niższą stawkę. Może wręcz na to, by bronić go pro bono – nie było dla kancelarii lepszej reklamy niż oczyszczenie z zarzutów kogoś, kto w istocie był niewinny.

Artur jeszcze przez chwilę czekał na więcej informacji, ale kiedy zrozumiał, że ich nie dostanie, ruszył w kierunku wyjścia. Zawahał się jednak, zanim otworzył drzwi.

– W porządku – rzucił, po czym się odwrócił. – W takim razie kto zabił te dzieciaki i Skalską?

– Nie wiem.

W jej głosie zadrgała nuta obojętności, jakby chciała zasugerować, że to nie jej problem i w istocie to prokuratura powinna się tym martwić. Tak naprawdę jednak było inaczej. Znalezienie alternatywnego sprawcy – prawdziwego czy nie – było absolutnie kluczowe dla obrony.

– Kiepsko – mruknął Żelazny. – Bo to nie jest zwykłe zabójstwo, tylko krwawa jatka. Popełnił je ktoś, kto wyraźnie miał jakiś związek z tą rodziną.

– Taa…

– I jeśli kogoś takiego nie znajdziesz, zapewniam cię, że śledczy uczepią się Skalskiego jak rzep dupy. Całą uwagę skupią na obalaniu alibi, nie na szukaniu sprawcy.

– Wiem.

– Więc lepiej szybko ustal, kto naprawdę zarżnął tych ludzi – rzucił na odchodnym Żelazny.

Kiedy Chyłka została sama ze swoimi myślami, te mimo woli zdryfowały w niepokojącym kierunku. Zdała sobie sprawę, że kolejne tygodnie spędzi na szukaniu wyjątkowego zwyrodnialca, przy którym nawet ktoś taki jak Langer wygląda na niewiniątko.

Nikt o zdrowych zmysłach nie chciałby ani odnaleźć, ani tym bardziej poznać człowieka, który dopuścił się jednej z najbardziej bestialskich zbrodni ostatnich lat. Ona musiała zrobić wszystko, by do niego dotrzeć.

3

Parking w Złotych Tarasach, Śródmieście

Przeglądając jeden z komentarzy do Kodeksu postępowania karnego, Kordian czekał przy iks piątce na Chyłkę. Byli umówieni kilka minut temu, ale najwyraźniej jej się nie spieszyło – on zaś uznał, że każdy moment jest dobry, żeby odświeżyć wiedzę.

Egzamin adwokacki zbliżał się wielkimi krokami, a wśród aplikantów trwały zwyczajowe o tej porze roku dyskusje. Które komentarze i jakie orzecznictwo najlepsze. Czy można wnosić je z podkreślonymi fragmentami. Czy dozwolone są kartki z notatkami w książkach. Czy lepiej mieć swój laptop, czy wypożyczony. Czy jest tylko jedno, tożsame z kluczem rozwiązanie kazusów, czy mogą być różne.

Od samych tych rozważań mogła rozboleć głowa, nie wspominając już o wszystkich proceduralnych niuansach, na których Oryński mógł się wyłożyć. Z kpk właściwie było mu po drodze, w końcu od pewnego czasu obcował z nim na co dzień. Znacznie gorzej wypadnie w starciu z prawem cywilnym czy gospodarczym.

Doczytał o względnych zakazach dowodowych w postępowaniu karnym, a potem poszukał wzrokiem Joanny. W końcu ją wypatrzył. Zbliżała się szybkim krokiem od strony windy, paląc łapczywie papierosa.

Zatrzymawszy się przed nim, utkwiła spojrzenie w trzymanej przez niego książce.

– Jakieś kolokwium, Zordon?

– Gdzieżby. Taki tam… egzaminek.

Zerknęła na okładkę i się skrzywiła.

– Mówiłam ci, żebyś rył ze Stefańskiego, prawda?

– Stefański ma tysiąc dziewięćset cztery strony, Chyłka. Nie mogę nosić wszędzie ze sobą takiej kobyły.

Pokręciła głową z zawodem, jakby spodziewała się, że faktycznie będzie woził ze sobą na taczce opasły komentarz. Weszła do bmw, a Kordian zamknął opracowanie i zajął miejsce pasażera.

– Zresztą tylko podczytuję. Jak już będziemy w domu, biorę się do…

– Po pierwsze moje mieszkanie to nie coś, co możesz nazywać domem – rzuciła, włączając silnik.

– Okej. A co po drugie?

Rzuciła okiem w lusterko, a potem wycofała z prędkością, która stanowczo uniemożliwiała zachowanie jakiejkolwiek ostrożności.

– Po drugie nie jedziemy do domu.

Kordian się uśmiechnął.

– A gdzie?

– Do miejsca kaźni – odbąknęła. – Prawdziwego przedpiekla, diabelskiego legowiska i wylęgarni zła.

– Masz bilety na koncert Ironsów?

Skwitowała to karcącym spojrzeniem, po czym włączyła jedyny słuszny podkład dźwiękowy. Podjechała do bramek wyjazdowych z taką prędkością, jakby miała zamiar je staranować, a potem z irytacją opuściła szybę i włożyła bilet do automatu.

– Załatwiłam nam wejście do domu Skalskich.

– Poważnie?

– Ehe – rzuciła, wyraźnie z siebie zadowolona.

– Jak ci się udało?

– Przekupiłam Szczerbatego sucharami.

– Znaczy…

– Spożytkowałam zaległą przysługę, Zordon. Nie rób z tego wielkiej sprawy.

Było to właściwie ostatnie, co Kordian spodziewał się usłyszeć. Był przekonany, że Chyłka nie ma żadnego kontaktu ze swoim byłym, a jeśli nawet, to że kondycja ich relacji jest na tyle kiepska, iż wyklucza jakiekolwiek przysługi. Szczególnie tak daleko idące.

– Odezwałaś się do niego ot tak?

– No.

– I on po prostu się zgodził?

– Obiecałam mu moje dziewictwo.

Wyjechała na Emilii Plater i od razu przecięła trzy pasy ruchu, by dostać się na skrajny lewy, z którego mogła zawrócić. Posłała krótki uśmiech Oryńskiemu, po czym przycisnęła gaz. Zdążyła akurat na końcówkę żółtego światła.

– Rzecz w tym, że oni wszyscy są całkowicie pewni siebie. Policji i prokuraturze wydaje się, że ciągną na bramkę przeciwnika i mają stuprocentową okazję – podjęła. – Szczerbaty nic nie traci na pokazaniu mi miejsca zbrodni.

– A co zyskuje?

– Też nic.

– W takim razie nie powinien się zgodzić.

– Zgodził się, bo chce mi odpłacić za przysługę, jaką mu wyświadczyłam.

– I co to za przysługa?

– Naprawdę musisz pytać? – jęknęła, mrużąc oczy. W oddali jakiś pieszy przecinał ulicę, a Chyłka sprawiała wrażenie, jakby oceniała, jak bardzo musi przyspieszyć, żeby zdążyć w niego uderzyć. – Przez jakiś czas spływała na niego łaska bycia moim gachem.

– Gachem?

– Nie mów, że nigdy tego nie słyszałeś. W twoją nieznajomość słowa „frenezja” mogę jeszcze uwierzyć, ale…

– Wiem, co znaczy frenezja.

Zerknęła na niego z powątpiewaniem i politowaniem.

– Widziałam twoją minę, Zordon – odezwała się. – Była mniej więcej taka jak niemowlaka, który właśnie odkrył, że ma coś ciepłego w pieluszce, i nie wie, co to takiego.

Kordian pokręcił głową i uśmiechnął się na tyle lekko, by Chyłka tego nie dostrzegła.

– Tak czy inaczej mogłaś mi powiedzieć, że kontaktujesz się ze Szczerbińskim.

– Po co?

– Żebym mógł być zazdrosny trochę wcześniej niż podczas jazdy na miejsce zdarzenia.

Joanna podciągnęła rękaw żakietu.

– Masz jakieś dwadzieścia dwie minuty na uporanie się ze słabościami swojej psychiki.

– Byłoby łatwiej, gdybyś tylko…

– Co? – przerwała mu. – Mam ci się spowiadać z każdego spotkania? Z każdym moim byłym?

– Tylu ich było, że to problem?

Zatrzymała się na czerwonym świetle, ale Oryński miał wrażenie, że wdusiłaby pedał hamulca, nawet gdyby sygnalizacja ich nie zatrzymała. Joanna posłała mu długie, niepokojąco poważne spojrzenie.

– Stąpasz po cienkim lodzie – oznajmiła.

– Ty też.

– Tyle że ja wygrałam z Annapurną, więc poradzę sobie z przeręblem. Ty niekoniecznie.

Kordian obrócił się do niej i założył rękę za oparcie fotela kierowcy.

– O czym my w ogóle mówimy? – zapytał.

– Nie wiem. Wygląda mi to na grę wstępną.

– Tuż przed wejściem na miejsce zbrodni?

Chyłka wzruszyła ramionami.

– Nie mnie oceniać, co cię kręci, kochany – odparła. – I jeśli o to chodzi, mężczyźni to w ogóle dziwna konstrukcja.

– Mhm – przyznał niechętnie Oryński, mając nadzieję, że światło szybko zmieni się na zielone.

Chyłka skorzystała z chwilowego postoju i wskazała jego krocze.

– Zastanów się – powiedziała. – Skoro podnieca cię moje ciche, zmysłowe, namiętne i wyzywające mruczenie, znaczy to ni mniej, ni więcej, że natura wyposażyła cię w tryb aktywacji głosowej.

– Aha.

– A co, może się mylę?

– Nigdy tak na to nie patrzyłem. Ale mogliśmy sprawdzić to w praktyce.

Joanna doceniła odpowiedź uśmiechem, a zaraz potem skorzystała z zielonego światła. Iks piątka pomknęła w kierunku Bemowa, a na miejsce dwoje prawników dotarło nawet szybciej, niż Chyłka zakładała.

Ulica Coopera znajdowała się nieco na uboczu, w miejscu, gdzie niegdyś rozciągały się jedynie pola uprawne. Teraz wzdłuż długiej drogi powyrastały nowoczesne, zamknięte osiedla, a kawałek za nimi znajdowało się parę wolnostojących domów. Do tego ścieżka rowerowa i widok, który kazał sądzić, że mieszka się już nie w Warszawie, ale na spokojnej prowincji.

Obraz sielanki nijak nie pasował do tego, co wydarzyło się w jednym z budynków. Chyłka zaparkowała tuż obok niego, zaraz za niebieskim passatem. Szczerbiński już na nich czekał.

Na powitanie nawet się nie silił, oni także nie. Kordian odniósł przy tym wrażenie, jakby jego obecność zupełnie zaskoczyła podkomisarza. Policjant zerknął na niego z rezerwą, a potem na dłużej zawiesił wzrok na Joannie, mrużąc oczy.

– Rozjaśniłaś włosy? – spytał.

– Nie – odparła, wskazując drzwi. – Jedyne, co rozjaśniam, to mrok we łbie Zordona.

Szczerbiński skwitował to milczeniem. Wprowadził ich do środka, po czym wskazał przestronny salon. Ledwo do niego weszli, oboje poczuli, jak nogi się pod nimi uginają. Podłoga wciąż była pokryta zaschniętą krwią, a liczba czerwonych zacieków na ścianach kazała sądzić, że zarżnięto tutaj nie kilka, ale kilkanaście osób.

Joanna spojrzała na Szczerbińskiego.

– Gdybyście tylko sprzątali miejsca zbrodni tak szybko, jak zamiatacie policyjne nadużycia pod dywan…

– Nie skończyliśmy tu jeszcze.

– Mało mieliście czasu?

– Są pewne rzeczy, które musimy zrobić.

– Jakie?

– Czekamy na sprzęt do obrazowania 3D, coś nawaliłoi…

– Mniejsza z wymówkami – ucięła Chyłka. – Masz dla nas te zdjęcia?

Podkomisarz znów przelotnie spojrzał na Oryńskiego. Ten nie potrzebował więcej, by utwierdzić się w przekonaniu, że Joanna nie zająknęła się słowem o jego obecności. Był tu wyraźnie niemile widziany, a to dobitnie świadczyło o motywacjach Szczerbińskiego. Nie pierwszy i zapewne nie ostatni raz próbował odzyskać Chyłkę. Wszelkimi sposobami.

Podał jej kilka fotografii, a ona pobieżnie je przejrzała, po czym wręczyła Kordianowi.

Wystarczyło zerknąć na pierwszą z nich, by przekonać się, że doszło tutaj do wyjątkowego bestialstwa. Twarze dzieci były tak zdeformowane, że nie dało się nawet rozpoznać, które ciało należy do dziewczynki, a które do chłopca.

Zwłoki kobiety były w podobnym stanie. Z jakiegoś powodu skojarzyło się to Oryńskiemu z próbami wydrapania kogoś z rodzinnego zdjęcia. Napastnik uderzał rozbitym szkłem w twarze ofiar tak długo i z taką furią, jakby chciał pozbawić je wizerunku.

Kordian niechętnie obejrzał pozostałe zdjęcia.

– Żona zginęła jako pierwsza – odezwał się Szczerbiński. – Skalski wbił jej butelkę w szyję, ale nie zabił jej od razu. Dopiero kiedy upadła na podłogę, skoczył na nią i poprawił cios.

Kiedy policjant wskazał miejsce, w którym było najwięcej krwi, Oryński się wzdrygnął. Nie ruszył się ani o krok, ale Chyłka natychmiast zbliżyła się do ciemnoczerwonych zacieków.

Przez moment trwało niewygodne milczenie, a Kordian wodził wzrokiem wokół. Wszystko to przypominało nie prawdziwe, ale zaaranżowane miejsce zbrodni w jakimś escape roomie. Trudno było uwierzyć, że to rezultat czegoś, co zdarzyło się naprawdę.

Plamy krwi były wszędzie. Tworzyły zarówno proste rozbryzgi, jak i eliptyczne zacieki na ścianach. Niektóre z tych, które znajdowały się na podłodze, przypominały szprychy – rozchodziły się ze środka na zewnątrz.

Oryński przypuszczał, że pomimo całego makabryzmu były to wdzięczne okoliczności dla techników kryminalistyki.

– Skąd wiecie, że żonę zabił najpierw? – odezwała się Joanna.

– Analiza śladów krwawych – rzucił Oryński.

Podkomisarz posłał mu nieprzychylne spojrzenie.

– Chcesz mnie wyręczyć? – spytał.

– Nie.

– Może jednak?

– Skoro nalegasz…

Chyłka uniosła dłoń i westchnęła.

– Zordon ma wiele talentów, ale żaden z niego Piotrowski.

– Kto? – spytał Oryński, wciąż czując na sobie wzrok policjanta. Nawet bez ostatniej wymiany zdań napięcie między nimi było wyraźnie wyczuwalne.

– Edward Piotrowski – wyjaśnił Szczerbiński. – Jeden z pionierów analizy plam krwi.

– Nie jeden z, tylko pionier – sprostowała Chyłka. – Pieprzony geniusz, który pod koniec dziewiętnastego wieku zajmował się tym, czym mój ukochany Dexter Morgan jakiś czas później. Jako pierwszy na świecie.

Oryński poczuł się, jakby był najmniej obeznany w towarzystwie. Wprawdzie Dextera oglądał namiętnie, a finał całkowicie go zdruzgotał, ale na tym właściwie kończyła się jego fachowa wiedza na temat śladów krwawych.

– Piotrowski kupował króliki, stawiał je przed białym parawanem, a potem naparzał je młotkiem po łbie – dodała Joanna. – Tłukł je też kamieniami i siekierą, żeby sprawdzić różne kąty i kształty rozbryzgów.

Kordian odchrząknął.

– No co? – spytała. – To wszystko było dla dobra nauki. Dzięki niemu Katedra Medycyny Sądowej UJ-otu może poszczycić się pięknymi tradycjami. Szkoda tylko, że kryminalistykom pół wieku zajęło uznanie, że coś w tym jest i że sensownie byłoby wykorzystać to do badania miejsc zbrodni.

– Jego wkład w technikę wykrywania przestępców był nie do przecenienia – zauważył Szczerbiński.

Chyłce najwyraźniej nie przeszkadzało, że podkomisarz ewidentnie starał się przymilić.

– Należy mu się pomnik – dorzuciła. – Choć dla Zordona to nie do pomyślenia. Kiedy widzi u mnie na talerzu kawał krwistej wołowiny, jego pierwszym komentarzem jest, że to kiedyś żyło.

– Odbiera ci apetyt?

– Wręcz przeciwnie – zapewniła Joanna. – Ale wróćmy do tego, skąd wiecie, jak zginęła kobieta.

Szczerbiński skinął głową i wskazał parę zacieków na podłodze.

– Technicy ustalili, na jakiej wysokości padł pierwszy cios, od którego pochodzą te konkretne rozbryzgi – oznajmił. – Dzięki temu wiedzieliśmy, że otrzymała go osoba o wzroście Skalskiej. A skoro już to mieliśmy…

– Mogliście dokładnie prześledzić jej ruchy – dokończyła za niego Joanna. – Którędy szła, jak obficie krwawiła, czy dostała kolejne ciosy i czy się broniła.

– Mniej więcej.

Kordian uświadomił sobie, że cały ten krwisty wystrój wnętrz to właściwie mapa tego, co się wydarzyło. Wyobraził sobie, jak technicy przeciągają nitki od każdego śladu, a potem sprawdzają, w którym miejscu i pod jakim kątem się krzyżują. Wyglądało to pewnie nieco mniej widowiskowo, niż gdyby zabrał się do tego Dexter, ale istota badań była taka sama.

– Wygląda na to, że nie szła do wyjścia, nie próbowała uciec – ciągnął podkomisarz. – Zamiast tego skierowała się w tamtą stronę. – Wskazał miejsce pod ścianą, gdzie znajdowały się kolejne ślady krwi. – Te zacieki pochodzą od dwójki znacznie niższych osób.

– A więc próbowała ochronić dzieci – mruknęła Chyłka.

– Zgadza się.

Oryński utkwił spojrzenie w największej plamie. Znaczyła miejsce, w którym matka się zatrzymała. Nie, nie było sensu określać tego w umyśle eufemizmami. Chodziło o miejsce, w którym zginęła. Z bolesną świadomością tego, że jej dzieci będą następne.

– Bronicie wyjątkowego skurwysyna – rzucił Szczerbiński.

– Niezupełnie.

– Nie widzisz, co tu się stało? – spytał, patrząc na Chyłkę. – To nie było zwykłe zabójstwo, tylko prawdziwa rzeź. W dodatku ludzi, którzy jeszcze godzinę wcześniej musieli być dla niego całym światem.

– Taa…

– Nie rusza cię to?

– Rusza mnie coś innego – odparła, obracając się do rozmówcy. – Policyjna arogancja. I zuchwała pewność, że winny jest ten, kogo sobie upatrzyliście.

– Tu nie ma żadnej arogancji, Chyłka. Wszystkie dowody świadczą o jego winie.

Wzruszyła niewinnie ramionami, nie mając zamiaru nic więcej zdradzać. Szczerbiński powinien w tej sytuacji przynajmniej poczuć niepokój, wszak znał ją dostatecznie dobrze, by spodziewać się problemów. Mimo to sprawiał wrażenie, jakby skazanie Adriana Skalskiego było czystą formalnością.

– Zastanów się – dodał cicho.

– Nad czym?

– Jego odciski palców były na narzędziu zbrodni.

– Które jednocześnie na co dzień było jego narzędziem do radzenia sobie z szarzyzną świata. Kto inny miał macać tę butelkę whisky? Dzieciaki?

Kordian mimowolnie po raz kolejny spojrzał na dwa mniejsze rozbryzgi pod ścianą. Chłopiec i dziewczynka byli tak samo zmasakrowani, jak matka. Oryński nie potrafił nawet wyobrazić sobie, czego te dzieci musiały doświadczyć.

– Facet przyznał się do winy – dorzucił ciężko Szczerbiński.

– Bo był w szoku. Odwoła to wszystko, a ja udowodnię, że go zmanipulowaliście.

– Daj spokój… – jęknął policjant. – Znaleźliśmy go tutaj, na miejscu zbrodni, pokrytego ich krwią.

– To też nie jest żelazny dowód.

– Nie? – prychnął. – Okej. W takim razie twierdzisz, że ktoś inny ich zabił?

– Tak podpowiada logika.

– Może w takim razie powinna podpowiedzieć ci, że w całym tym krwistym potopie brakuje jednej rzeczy.

– Jakiej?

– Pojedynczych kropel krwi, które znaczyłyby drogę wyjścia sprawcy.

Kordian otworzył usta, a Chyłka natychmiast obróciła się w kierunku drzwi. Szczerbiński miał rację. Nie było nawet pojedynczego śladu, który świadczyłby o tym, że zabójca opuścił miejsce zbrodni.

– Ktokolwiek ich zabił, został z nimi w domu – dodał podkomisarz. – A był tu tylko jeden człowiek. Wasz klient.

4

ul. Argentyńska, Saska Kępa

Wieczór w mieszkaniu Chyłki upływał pod znakiem AC/DC i jedzenia na dowóz z mieszczącej się nieopodal meksykańskiej restauracji S’poco loco. Dwoje prawników nie jadło na kanapie, jak zazwyczaj, ale przy stole, na którym rozłożone były zdjęcia i dokumenty związane ze sprawą Skalskiego.

Joanna ugryzła quesadillę z szarpaną wołowiną i sosem killer, wodząc wzrokiem po fotografiach przedstawiających krwawe bohomazy na podłodze.

– To niczego nie przesądza – powiedziała z pełnymi ustami.

Nie doczekawszy się odpowiedzi, podniosła spojrzenie. Kordian właśnie odkładał burrito z wegetariańskim środkiem. Otarł usta, wyraźnie nie mając apetytu.

– Co masz na myśli? – spytał.

– To, że ktoś mógł po prostu być uważny.

– Uważny?

– No – potaknęła, a potem wzięła ostatni kęs.

– Chyba raczej perfekcyjnie ostrożny – bąknął Oryński. – Wręcz chirurgicznie.

Nawet nie starał się ukryć powątpiewania w głosie, a Joanny ani trochę to nie dziwiło. Po zobaczeniu na własne oczy miejsca zbrodni i przekonaniu się, jak pewni swego są śledczy, do Kordiana musiało dotrzeć, że będzie bronić całkowitego degenerata.

– Przy całej tej fontannie krwi nie ma szans, żeby sprawca się w niej nie utaplał – dodał. – Całkiem sporo musiało wylądować na jego ubraniu czy ciele, a jeśli tak, to przynajmniej kilka małych kropel powinno spaść po drodze.

– Chyba że miał coś na sobie.

– Co? Kombinezon?

– Niewykluczone – odparła Chyłka, kontrolnie zerkając na burrito. Gdyby w środku znajdował się choćby lichy kurczak, zwinęłaby je Oryńskiemu z talerza. Najwyraźniej wpatrywanie się w całą tę krew działało na jej apetyt odwrotnie niż na jego.

– Znaczy co? – rzucił Kordian. – Anonimowy gość przyszedł tam w jakimś owerolu, nie wzbudzając niczyjej uwagi?

– Może włożył go później.

– W takim razie powinien zostawić jakieś ślady na korytarzu – odparował zdecydowanie Oryński, jakby nie był obrońcą, ale oskarżycielem. Nie pierwszy i nie ostatni raz przeszło Chyłce przez myśl, że jej partner minął się z powołaniem. – A policja nic nie znalazła. Kompletnie nic. Null.

– Mógł usunąć ślady.

– Wszystkie?

Joanna wzruszyła ramionami.

– Wiesz, ile zachodu i czasu by go to kosztowało? – dodał Kordian. – I jakie byłoby prawdopodobieństwo, że faktycznie zatrze każdy dowód swojej obecności?

– Wszystko jest możliwe. Nawet reinkarnacja, Zordon, czego dowodzi zachowanie komarów.

– Komarów?

– A jak myślisz, dlaczego są tak upierdliwe? – odparła, jednak decydując się na burrito. – Nie dają nam żyć, bo marzą o tym, żebyśmy je ubili. Chcą odrodzić się jako inna istota. Ergo mamy dowód na reinkarnację.

Oryński pożegnał wzrokiem swoje danie, a potem pokręcił bezradnie głową.

– Nie wiem, jakim cudem potrafisz dojść od zacierania materiału dowodowego do reinkarnacji, ale…

– Ale to ta sama zdolność pozwala mi przejść od prawdziwego dania do tego zawiniątka z pustym wnętrzem – przerwała mu, przyglądając się burrito. – Nie mogłeś wziąć choćby z drobiowym wkładem? Małych kurczaczków z przetrąconymi główkami też ci szkoda?

– Jem mięso raz na rok, Chyłka. I zazwyczaj tylko po to, żeby upewnić się, że go nie lubię.

Skrzywiła się, a potem ugryzła kawałek. Nie zamówił nawet sosu chipotle. Wziął zamiast tego łagodną salsę.

– Podobnie mam, jak wracam na Emilii Plater.

– Hę? – wymamrotała.

– Odwiedzam tę klitkę tylko po to, żeby utwierdzić się w przekonaniu, że najwyższa pora się stamtąd wynieść.

– Dokąd?

Oryński powiódł wzrokiem dookoła.

– O nie, mój drogi. Co to, to nie.

– I tak praktycznie tu mieszkam.

– Praktycznie, ale nie formalnie. Dopóki nic nie jest urzędowo przesądzone, wszystko się może zdarzyć.

Wziął od niej burrito, a potem otarł kawałek sosu z jej dolnej wargi.

– Dzięki – mruknęła.

– Widzisz? Beze mnie jak bez ręki.

– Co nie znaczy, że masz przywieźć tu swoje graty i na dobre się wprowadzić.

– Nie mam prawie żadnych gratów.

– Masz siebie. To wystarczająca gwarancja bajzlu.

Oryński uśmiechnął się, a potem zsunął wszystkie zdjęcia, zebrał je w gruby plik i stuknął nim kilkakrotnie o blat.

– Chyłka – zaczął. – Sikasz przy otwartych drzwiach do łazienki.

– I?

– To znak, że jesteśmy jak stare, dobre małżeństwo.

– Nie. To sygnał, że lubię sobie z tobą pogadać, kiedy…

– Dobra – uciął. – Nie wnikajmy w twoje motywacje. Chodzi mi o to, że i tak cały czas tu jestem.

Miał rację. I w innych okolicznościach z pewnością sama dawno kazałaby mu wypowiedzieć umowę najmu. W tych jednak nie mogła tego zrobić.

– To może powinieneś więcej bywać u siebie? – spytała.

Nie spodziewał się poważnego tonu. Patrzył na nią przez chwilę, jakby czekał, aż się uśmiechnie. Chyłka tymczasem trwała z kamiennym wyrazem twarzy.

Z jego punktu widzenia przynajmniej część rzeczy, które działy się w ostatnim czasie, nie miały żadnego sensu. Fakt, że była zdrowa, powinni świętować, nie wychodząc przez dwa dni z łóżka. Jego torby dawno powinny się znaleźć w mieszkaniu przy Argentyńskiej, a daihatsu stać zaparkowane gdzieś na osiedlu. Właściwie niemal wszystko powinno wyglądać zupełnie inaczej.

Czy tyle wystarczyło, by się zorientował, że go okłamała? Nie, raczej nie. Podejrzewał ją z pewnością o wiele rzeczy, ale nie o to, że przedstawiłaby mu nieprawdziwe wyniki badań.

– Mówisz poważnie? – spytał.

– Skoro alternatywa jest taka, żebyś się tu wprowadził, to jak najbardziej.

Wciąż czekał, aż w jej głosie zadrga choć nuta przewrotności. Nadaremno.

Chyłka nie miała zamiaru łagodzić tego ciosu. Skarciła się w duchu za to, że zdecydowała się na niego dopiero teraz. Decyzję de facto podjęła przecież już dawno, kiedy pomyślała o dwóch wariantach. Teraz nadszedł czas, by w końcu spróbować wcielić w życie pierwszy z nich.

– Albo gramy na moich zasadach, albo nie gramy w ogóle, Zordon.

– Świetne podejście.

– Jedyne, jakie znam – odparła z pozorowaną obojętnością, a potem podniosła się i podeszła do lodówki.

Już moment później sprawnie odmierzyła odpowiednie proporcje tequili i grenadyny, i miała wszystko, co było jej potrzebne. Wróciła do stołu, a potem na powrót rozłożyła na nim fotografie.

– Chodzi o tę sprawę? – odezwał się Kordian.

– Twój ton sugeruje, że pytasz w istocie o to, czy już uzmysłowiłam sobie, że bronimy degenerata.

– Nie to miałem na…

– Skalski ma żelazne alibi, do kurwy nędzy – ucięła. – Nie obchodzi mnie, w jaki sposób ktoś wyszedł stamtąd, nie zostawiając śladów. Interesuje mnie tylko to, że…

Urwała, dopiero teraz myśląc o tym, co mogło być najbardziej oczywistym rozwiązaniem.

– Co jest? – spytał Oryński.

– Policja może mieć rację.

– Mhm.

– Sprawca mógł rzeczywiście nie opuścić domu. A raczej nie sprawca, ale sprawczyni.

– Co? – jęknął Kordian. – Sugerujesz, że matka zakatowała własne dzieci?

– Czemu nie? Skoro uznajemy, że ojcu mogło odbić, to równie dobrze i jej.

Oryński otworzył usta, chcąc zaprotestować, ale ostatecznie zrezygnował i przez chwilę się namyślał. Musiał przynajmniej dopuścić, że ta hipoteza może okazać się słuszna.

– Zapominasz o śladach krwawych – odezwał się po chwili.

– O niczym nie zapominam.

– To jak wytłumaczysz to, że najpierw zginęła matka, a dopiero potem dzieci?

– Tak, że łatwo to upozorować.

Widziała, że Kordian czeka na więcej. Gdyby dała mu chwilę, zapewne sam by do tego doszedł. Nie miała jednak zamiaru niepotrzebnie przedłużać tej rozmowy.

– Jeśli założymy, że to ona zabiła, dzieciaki mogły zginąć jako pierwsze, kuląc się pod ścianą. Nie uciekały, bo przecież nie bały się swojej matki. Aż do momentu, kiedy było już za późno. Logiczne. A po tym, jak je zabiła…

– Sama wbiła sobie rozbitą butelkę w szyję?

– Wykluczysz to? – spytała Joanna, wpatrując się w jego oczy. – Może ocknęła się z jakiegoś szału, zobaczyła, co zrobiła dzieciom, i…

Chyłka urwała i wzruszyła ramionami, przekonana, że nie musi kończyć.

– Potem stopniowo się wykrwawiała, czołgając się w ich kierunku – dodała. – Aż w końcu wyzionęła ducha na środku pokoju.

Kordian podrapał się po głowie, przyglądając się zdjęciom.

–