Tysiąc kawałków - Ziobro Anna - ebook + książka

Tysiąc kawałków ebook

Ziobro Anna

3,9

Opis

Zaślepieni miłością

Julia i Daniel są młodzi, piękni i szaleńczo zakochani. Do szczęścia potrzebują tylko siebie nawzajem. Julia podejmuje jednak błędną decyzję, która pociąga za sobą kolejne, aż wreszcie dochodzi do nieodwracalnego. Owładnięta strachem przed samotnością, jest gotowa zrobić wszystko, by zatrzymać przy sobie ukochanego mężczyznę. On, okaleczony na ciele i duszy, nie widzi już przed nimi przyszłości. Czy będą umieli zbudować swoje życie od nowa i wypełnić pustkę po narkotycznej miłości?

Anna Ziobro – rzeszowianka, pracuje jako tłumacz i korektor tekstów. Fascynuje ją słowo pisane w każdej postaci, dlatego nie wyobraża sobie życia bez laptopa i książek. Jej przygoda z pisaniem rozpoczęła się od wierszy, których w domowym archiwum posiada blisko setkę. Najlepiej odpoczywa w górach. Tam też poszukuje inspiracji. Lubi obserwować świat i rozmawiać z ludźmi, choć ma duszę samotnika.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 352

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Listopad 2013 roku

Wycieraczki miarowym rytmem odgarniały z przedniej szyby marznącą mżawkę, która na szosie formowała się w cienką warstwę lodu. Intensywny, choć drobny opad ograniczał widoczność na pogrążającej się w wieczornym półmroku drodze. Temperatura spadła poniżej zera, zwiastując rychłe nadejście zimy. W samochodzie było jednak ciepło i przytulnie. W powietrzu unosił się subtelny zapach cytrynowego odświeżacza, a z głośników płynęła kojąca muzyka instrumentalna.

Daniel uważnie prowadził auto po śliskiej nawierzchni i choć do przejechania zostało kilka kilometrów, wiedział, że zajmie to dłużej niż zwykle. Patrząc na drogę, starał się opanować gonitwę myśli, które bezwiednie zalewały jego umysł. Przypuszczał, że jeśli skupi się na kierownicy, drążku do zmiany biegów i prędkościomierzu, uda mu się odwlec w czasie moment, w którym będzie musiał stawić czoła swoim podejrzeniom.

Obok niego na fotelu pasażera siedziała Julia. Jej długie, jasne włosy swobodnie spływały na ramiona, układając się w miękkie fale. Lekko rozchylone usta były starannie pomalowane bordową szminką, a orzechowe oczy i wyraz twarzy o nieco orientalnym wyglądzie zdradzały, że zatopiła się we własnych myślach. Stanowiła przy tym zachwycający obrazek. Była klasyczną pięknością, idealną żoną i najwyższym dobrem, dla którego Daniel był skłonny zmieniać samego siebie, zatracić się w miłości i zapomnieć, że kiedyś zwyczajnie istniał.

Julia w milczeniu obserwowała krajobraz za oknem, od czasu do czasu spoglądając ukradkiem na prowadzącego samochód męża. Kiedy na prostym odcinku na moment podchwycił jej spojrzenie, pogładziła się znacząco po brzuchu.

Wiedział, że nie czuła nigdy silnego instynktu macierzyńskiego. Uważała, że dziecko zburzy ich idealny świat, odbierze wspólnie przesypiane noce i sprawi, że on będzie musiał podzielić swoją miłość na dwoje. To wszystko nie pasowało do planu ich wspólnego życia i Julia długo nie chciała słyszeć o powiększeniu rodziny. W końcu jednak zaszła w ciążę, a Daniel oszalał ze szczęścia. Niestety, nie pozwoliła mu na jawne wybuchy radości, bo wywoływały w niej irytację. Na pytania, jak się czuje, odpowiadała z niechęcią, a na kolejną wzmiankę o mającym pojawić się na świecie dziecku natychmiast zmieniała temat. Uciekała przed jego dotykiem i nie chciała, żeby oglądał ją nago. Starał się być delikatny i wyrozumiały, ale coraz mniej rozumiał jej zachowanie.

Kilkanaście minut temu poszczególne elementy układanki, wyłaniane z najciemniejszych zakamarków umysłu, zaczęły jednak układać się w całość. Obraz stawał się zbyt wyraźny, by można było go ignorować. Oprócz mokrej szosy i odbijających się na jej powierzchni świateł latarni i przejeżdżających samochodów przed oczami wirowało mu kilka cyfr i liter, które zasiały w jego umyśle niepokój. Przypuszczał, że jeśli zacznie analizować fakty, uzyska przygnębiającą pewność.

Po raz kolejny rzucił Julii spojrzenie, które przeszyło ją na wylot. Chciała odeprzeć ten wzrok, musnąć delikatnie jego dłoń lub powiedzieć cokolwiek, by spojrzał na nią inaczej. Nim jednak otworzyła usta, z przerażeniem dostrzegła, że prosto na nich pędzi czerwony SUV. Jadąc z przeciwnego kierunku, auto najprawdopodobniej wpadło w poślizg i zjechało na ich pas. Kierowca usiłował manewrować, ale pojazd tańczył na lodzie w rytm własnej melodii, której głównym akcentem był przeraźliwy pisk opon, tworząc prawdziwy Devil’s dance.

– Kurwa mać! – krzyknął Daniel, w ostatniej chwili odbijając na pobocze i unikając zderzenia z SUV-em, w starciu z którym ich złota honda o opływowej sylwetce i delikatnej karoserii nie miałaby najmniejszych szans.

Julia zamknęła odruchowo powieki. Zawsze wyobrażała sobie, że w takich chwilach życie przelatuje przed oczami, a człowiek z przerażeniem stwierdza, że za moment może wszystko stracić. Zanim zdążyła jednak pomyśleć o własnym życiu i tym, co zaryzykowała przez krótką chwilę zapomnienia, usłyszała głuchy trzask, a zaraz po nim brzęk rozbitego szkła i poczuła odłamki na swoich dłoniach. Skuliła się i zacisnęła powieki jeszcze mocniej, jednak nic więcej się nie wydarzyło. Oprócz kilku odłamków szkła nie spadł na nią żaden cios.

– Daniel… – odezwała się w końcu niepewnie, nie otwierając oczu, ale w powietrzu zawibrowała tylko głucha cisza.

Część pierwsza

Ich historia

Miłość jest jak narkotyk. Na początku odczuwasz euforię, poddajesz się całkowicie nowemu uczuciu, a następnego dnia chcesz więcej.

Paulo Coelho, Na brzegu rzeki Piedry usiadłam i płakałam (przeł. B. Stępień, A. Kowalski)

Grudzień 2007 roku

Walizka była prawie spakowana, mieszcząc w sobie głównie ubrania i kosmetyki. Za moment miał w niej wylądować najważniejszy element bagażu – zakupiona przed tygodniem sylwestrowa sukienka. Wcześniej jednak Julia postanowiła po raz kolejny ją przymierzyć.

Zdjęła bawełnianą bluzkę i dopasowane jeansy, które stanowiły jej ulubiony strój domowy. W bieliźnie stanęła przed dużym lustrem i rozpuściła związane jeszcze przed chwilą w koński ogon włosy. Lustrując swoje odbicie, uśmiechnęła się z zadowoleniem. Zdrowa dieta w połączeniu z zajęciami z aerobiku, na które chodziła dwa lub trzy razy w tygodniu, pomagały jej utrzymać doskonałą figurę. Miała niespełna sto siedemdziesiąt centymetrów wzrostu i niemal idealne wymiary. Lekko rozjaśnione włosy sięgały prawie do pasa, a pełne usta z wyraźnie zaznaczonym łukiem kupidyna potrafiły ułożyć się w kuszący uśmiech.

Miała świadomość, że posiada nieprzeciętną urodę. Często wysłuchiwała mniej lub bardziej wysublimowanych komplementów, a kiedy szła ulicą z rozpuszczonymi włosami, lekko kołysząc biodrami, niewielu mężczyzn było w stanie przejść obok zupełnie obojętnie. Od czasu ostatnich klas szkoły podstawowej miała ogromne powodzenie. Mogła przebierać do woli – najpierw w sympatiach, później w chłopakach, aż w końcu w mniej lub bardziej stałych partnerach. Niestety, kiedy już dawała komuś szansę, dość szybko okazywało się, że nie traktowano jej poważnie. Stanowiła przyjemne dla oka trofeum – króliczka „Playboya”, którym można zaimponować w towarzystwie, obiekt seksualny, który każdy chciał wypróbować, ale mało kto był skłonny poznać naprawdę. Marzyła o wielkiej miłości, ale fakt, że w wieku dwudziestu dziewięciu lat nie posiadała widoków na zamążpójście, nie spędzał jej snu z powiek. Czuła, że ma przed sobą całe życie i w końcu spotka kogoś idealnego, kto pokocha nie tylko opakowanie, ale przede wszystkim ją samą, Julię Nowak, w całej okazałości.

Ubrała sukienkę i ostrożnie zapięła znajdujący się po lewej stronie suwak. Następnie włożyła szpilki i po chwili z lustra spojrzała na nią kobieta gotowa zawojować świat lub przynajmniej jego męską część. Dopasowana gorsetowa góra w czarnym kolorze i asymetryczny, srebrny dół idealnie współgrały z czarnymi, aksamitnymi, piętnastocentymetrowymi szpilkami z lekko połyskującymi noskami.

Przez dłuższą chwilę przyglądała się sobie z różnych stron, przechadzając się tam i z powrotem po pokoju i stukając obcasami po panelach podłogowych. Kiedy zatrzepotała długimi rzęsami do własnego odbicia, uchyliły się drzwi i do środka weszła jej matka Zofia.

– Chyba całkiem ci odbiło! – zagadnęła swoim zwyczajowym, zgryźliwym tonem na widok córki przeglądającej się w lustrze. – Musiałaś wydać na ten strój pół pensji!

Żeby tylko pół! – pomyślała Julia, uśmiechając się pod nosem, po czym stwierdziła, śmiało patrząc na matkę:

– Nie zaprzeczysz chyba, że jest wart każdej ceny.

– Szykujesz się na ten wyjazd jak Kopciuszek na bal – skwitowała Zofia uszczypliwie.

– Kto wie, może akurat tam spotkam swojego księcia – odpowiedziała żartobliwie, zdejmując szpilki.

– Zamierzasz kręcić tyłkiem przed obcokrajowcami? – Matka spojrzała na nią z przyganą. – Masz prawie trzydzieści lat i powinnaś się w końcu ustatkować.

– Nie zamierzam przed nikim kręcić tyłkiem – zapewniła.

– To po co jedziesz do tej Pragi?

– Bo chcę raz w życiu zabawić się w stylu glamour.

– Glamour? Boże, brzmisz jak głupiutka nastolatka. – Zofia była zbulwersowana.

– Przesadzasz, mamo! Nigdy nie byłam ani na wyjazdowym Sylwestrze, ani tym bardziej w Pradze, więc nie powinnaś się oburzać, że chcę bardziej spektakularnie niż zwykle przywitać Nowy Rok.

Julia nie przepadała za wyjazdami do wielkich miast. Zamiast do stolicy Czech najchętniej wybrałaby się na urlop pod palmami. Gdzieś, gdzie mogłaby założyć skąpe bikini i do woli zażywać słońca. Leżeć na plaży, na której delikatny wiatr rozwiewałby jej włosy, a ona moczyłaby stopy w cudownie ciepłym i krystalicznie czystym morzu. Z pensji pielęgniarskiej, którą pobierała w miejskim szpitalu, nie było jej jednak stać na tego rodzaju luksusy i wylot na Seszele czy Karaiby nie wchodził w grę. Musiała więc zadowolić się Pragą. Zaplanowała ten wyjazd z dwoma koleżankami, podobnie jak ona singielkami. W cenę imprezy turystycznej wliczono zabawę sylwestrową organizowaną w dużym obiekcie hotelowym. Miła pani zatrudniona na stanowisku tour operatora zapewniła, że to oferta dla osób w młodym wieku, niekoniecznie par, które chcą spędzić Sylwestra hucznie, a jednocześnie z dala od raniącego uszy disco polo i atmosfery wiejskiej remizy, nie wydając przy tym fortuny.

Zdjąwszy ostrożnie sukienkę, Julia pospiesznie nałożyła z powrotem bawełnianą bluzkę. Matka obserwowała ją w milczeniu, kiedy starannie składała srebrno-czarną kreację, by za moment umieścić ją w walizce. W końcu jednak nie wytrzymała i wypaliła:

– Powinnaś szukać sobie męża na własnym podwórku, zamiast szwendać się po obcych miastach z dwoma równie zdesperowanymi koleżankami.

– Nie jestem zdesperowana i nie jadę szukać męża – odpowiedziała, starając się, by jej głos brzmiał pojednawczo. Za kilka godzin miała wsiąść do autokaru i nie chciała poprzedzać tej chwili kłótnią z własną matką. – Chcę po prostu miło spędzić czas.

Zofia była gotowa na dalszą tyradę, ale widząc wyraźnie zniechęcone spojrzenie Julii, machnęła tylko ręką i wychodząc z pokoju, rzuciła zrezygnowanym tonem:

– Jesteś dorosła, więc rób jak uważasz.

Kiedy matka znalazła się za drzwiami, Julia włożyła sukienkę i buty do walizki, a potem ostrożnie ją zasunęła. Jeszcze raz spojrzała na swoje odbicie i z szerokim uśmiechem powiedziała do siebie:

– Uwaga, Prago! Nadchodzę!

***

W lokalu panowała gwarna atmosfera. Choć subtelne dekoracje i przytłumione światła tworzyły przyjemny obrazek, Daniel miał wrażenie, że znalazł się tu przypadkiem i zupełnie nie pasował do tego miejsca. Przez moment pożałował nawet, że nie odmówił znajomym ze studiów, którzy namawiali go na ten wyjazd. Wielogodzinny przejazd autokarem przez pół Polski i dotarcie do tętniącej bożonarodzeniowymi iluminacjami Pragi miały stanowić dla niego jeden z nielicznych wybryków młodości. Wydawały się także lepszym rozwiązaniem niż spędzenie Sylwestra w akademiku w gronie kolegów, którzy prawdziwie szampański nastrój mogli osiągnąć już przed dwudziestą pierwszą.

Z głośników wydobywała się skoczna muzyka z lat sześćdziesiątych, zachęcająca do energicznych pląsów na parkiecie. Być może powinien dać się ponieść roztańczonemu tłumowi, zapomnieć na moment o przyzwoitości i rezerwie, które wypełniały jego codzienne życie, zrobić coś szalonego i ten jeden raz zatańczyć bez skrępowania Let’s twist again… Niestety, nie potrafił. Od zawojowania parkietu wolał niezbyt wygodne krzesło przy barze, niespieszne sączenie martini i dyskretną obserwację bawiącego się towarzystwa.

Kiedy w całej sali zadudniło rytmiczne Pretty Woman, dostrzegł kobietę, od której tego wieczoru miał nie oderwać wzroku. Schodziła z parkietu w stronę baru i zatrzymała się na jego przeciwległym końcu. Usiadła na wysokim krześle, delikatnie odgarniając włosy lejące się połyskującą w kolorowym oświetleniu kaskadą. Założyła nogę na nogę, delikatnie obciągając jedną stopę i eksponując tym samym wysokie szpilki. Uśmiechnęła się do siadającej obok kobiety w sposób, który sprawił, że Daniel zadrżał na całym ciele. Zaczęły opowiadać sobie coś wyjątkowo zabawnego, bo dziewczyna raz za razem wybuchała uroczym śmiechem, emanując pozytywną energią. Po chwili z wyjątkową gracją sięgnęła po smukły kieliszek z winem, który postawił przed nią barman, i z uśmiechem upiła mały łyk. Daniel obserwował ją całkowicie oczarowany. Przestał zauważać wszystkich dookoła. Nie słyszał głośnej muzyki, śmiechów i beztroskich rozmów. Była tylko ona, siedząca na drugim końcu baru i przyciągająca go jak magnes.

Daniel nie był jednym z tych mężczyzn, którzy na widok krągłych piersi, jędrnej pupy, długich włosów i oczu o sarnim spojrzeniu byli gotowi popaść w miłosny amok. U kobiet cenił przede wszystkim naturalność, wrażliwość i ciekawość świata. Prawdę mówiąc, istniała długa lista kobiecych cech, które w jego własnej hierarchii stały wyżej niż wygląd zewnętrzny. Teraz jednak był skłonny stracić głowę dla nieznajomej, o której wiedział tylko tyle, że jest niewiarygodnie piękna.

– Niezła laska, co? – krzyknął mu wprost do ucha Artur, kolega z akademika, przerywając tym samym stan zauroczenia, w którym od dłuższej chwili znajdował się Daniel.

– Chyba tak – odpowiedział niepewnie.

– Chyba?! Nie odrywasz od niej wzroku od co najmniej kwadransa – zauważył niezbyt odkrywczo. – Powinieneś podejść i się przywitać.

– Przywitać? – spytał Daniel jednocześnie zdziwionym i lekko zmieszanym tonem.

– Tak. Wygląda na to, że jest tu z koleżanką, a nie z facetem.

– Nie żartuj! – obruszył się Daniel. – Nie podejdę do niej!

Był zwyczajnym mężczyzną. Trochę nieśmiałym, dość romantycznym i z pewnością niezbyt przebojowym. Studiował na piątym roku polonistyki i najbardziej komfortowo czuł się wśród książek. Podobno był całkiem przystojny, ale nie potrafił bez skrępowania tego wykorzystywać. Nie interesował go tani podryw, niezobowiązujący seks czy przelotne znajomości. Szukał miłości, w której mógłby utonąć i żyć nią do końca świata. Kobiety, dla której zrobiłby wszystko i która odpłaciłaby mu tym samym. Był przekonany, że siedząca nieopodal piękna nieznajoma nie da mu szansy, by mógł przekonać się, czy jest tą jedyną. Jego drugą połową.

– Niby dlaczego? – głos Artura znów wyrwał go z zamyślenia. – Nie wszystkie ładne laski poszukują nadzianych koksów. Niektóre wolą zwykłych facetów ze średniej grubości portfelem.

Uśmiechnął się, nie odrywając wzroku od niej. Miał wrażenie, że przez moment na niego spojrzała, po czym dalej opowiadała coś z przejęciem swojej koleżance.

– Nie wiedziałem, że jesteś takim znawcą – odpowiedział po chwili.

– Znawcą nie jestem, ale nie przyjechaliśmy tutaj siedzieć posępnie przy barze. Jeśli ty do niej nie zagadasz, ja to zrobię.

Daniel spojrzał na Artura z wyrzutem i w pierwszej chwili chciał mu tego zabronić. Uświadomił sobie, że nie zniósłby widoku, jak ona wchodzi na parkiet z innym mężczyzną, szczególnie jego kumplem. Uśmiecha się do niego tak, że miękną mu kolana. Przedstawia się i krok po kroku odkrywa przed nim swoją historię. Zupełnie nie wiedząc kiedy, zaczął uzurpować sobie do niej wyłączne prawo na ten wieczór. Szybko zdał sobie jednak sprawę, że to nie ma sensu. Nie powinien rościć sobie żadnych praw, snuć fantazji czy posyłać westchnień przepełnionych cichą nadzieją. Nie powinien jej nawet tak otwarcie obserwować. Obawiał się, że zaraz zacznie ślinić się jak napalony nastolatek, a to nie było w jego stylu. Wręcz znajdowało się na przeciwległym biegunie jego dotychczasowych zachowań!

– W takim razie powodzenia – powiedział ostatecznie do Artura, mając nadzieję, że udało mu się ukryć w głosie jęk zawodu.

– Żartowałem! – odrzekł tamten pospiesznie. – Naprawdę tak łatwo się poddajesz?

– Na to wygląda.

Nie był typem fightera. Był raczej skłonny odpuścić niż podjąć ryzyko odrzucenia. Nie mógłby spojrzeć sobie w oczy, gdyby spróbował do niej podejść, a ona oficjalnie by go zignorowała. Na niewygodnym krześle barowym czuł się bezpieczniej. Zamówił kolejne martini i postanowił wciągnąć się w rozmowę z kolegą.

– Stary, gdybym miał twój wygląd, rwałbym laski na okrągło – powiedział Artur, pociągając z kufla łyk piwa.

– Gdybym miał twoją przebojowość, pewnie robiłbym to samo – odpowiedział przekornie Daniel, jednocześnie starając się nie zwracać na nieznajomą uwagi. Mimowolnie zaczął wyobrażać sobie jednak, że dotyka jej miękkich włosów i znów spojrzał w jej kierunku. Miał wrażenie, że na moment ich oczy się spotkały.

– Czyli masz zamiar poprzestać na rozbieraniu jej wzrokiem? – zasugerował Artur.

– Nie rozbieram jej wzrokiem – zaprotestował. – To znaczy, chyba nie miałem takiego zamiaru… Cholera! Aż tak to widać?

Artur nic nie odpowiedział, tylko parsknął śmiechem. Za to ona znów spojrzała w jego stronę. Posłał jej nieznaczny uśmiech, a ona odpowiedziała tym samym, by po chwili zrobić to znowu. Nagle poczuł, że to jest ten moment w życiu, w którym należy coś zrobić. Wyzwolić w sobie odrobinę szaleństwa i dać się ponieść chwili.

– Wiesz co? Może jednak spróbuję – powiedział do Artura. – Tylko daruj sobie żarty, jeśli wrócę tu za chwilę z podkulonym ogonem.

– Mam przeczucie, że nie wrócisz.

Wstał i powoli ruszył w jej kierunku, zastanawiając się, czy wypity przed chwilą alkohol dodał mu odpowiednio dużo odwagi. Patrzyła na niego, kiedy powoli, przesuwając się obok roztańczonego tłumu, zmniejszał dzielącą ich odległość. Kiedy znalazł się na wyciągnięcie ręki, poczuł, że nie ma już odwrotu. Musiał zaprosić ją na parkiet, chociaż był marnym tancerzem. Tym razem miał jednak szczęście, bo przed momentem skoczne lata sześćdziesiąte zastąpiła nastrojowa ballada.

– Masz ochotę zatańczyć? – zapytał z nadzieją, że nie zacznie trząść się z przejęcia. Z jednej strony nie zniósłby odmowy, ale z drugiej trochę bał się, że się zgodzi.

– Z przyjemnością – odpowiedziała i znów się uśmiechnęła. Zrobiła to tylko dla niego, jakby wszystko wokół nie miało znaczenia.

– Jestem Daniel – powiedział, podając jej dłoń.

– Julia. Miło mi!

Lipiec 2008 roku

Słońce zalewało cały pokój, choć była dopiero siódma rano. W powietrzu pachniało latem, a zza okna dobiegał przyjemny dla ucha ptasi koncert. Zapowiadał się piękny dzień i Julia miała nadzieję, że taki właśnie będzie.

Od pół godziny jej łóżko było już zaścielone, a ona miała zaraz wypić poranną kawę. Pokój od wczoraj był wysprzątany na błysk, włącznie z szafą z ubraniami, świeżo upraną firanką i oknami. Nawet storczyk, który nie kwitł od dwóch miesięcy, przedwczoraj wypuścił pączek. Wszystko było niemal idealne, a w całej układance brakowało tylko najważniejszego puzzla. Daniela Millera.

Ciągle miała w pamięci tamten wieczór i ostatnie godziny zeszłego roku, które teraz wydawały się najważniejszymi godzinami w jej życiu, bo wtedy go poznała. Praga miała już na zawsze pozostać ich miastem. Miejscem, gdzie zrodziła się miłość – taka, która pojawia się raz w życiu i której nie można pozwolić uciec. Julia była przekonana, że łączy ich właśnie to uczucie, choć byli parą od zaledwie sześciu miesięcy, wypełnionych cotygodniowymi podróżami pomiędzy Warszawą a Łodzią. Teraz to miało się zmienić. Mieli być blisko siebie i spotykać się tak często, jak będą chcieli. Najlepiej codziennie.

Tamtego wieczoru, siedząc z koleżanką przy barze, poczuła na sobie czyjś wzrok. Był tak intensywny, że przyćmił wszystko wokół, jeszcze zanim zlokalizowała właściciela. Przez chwilę pomyślała, że to może ten książę z bajki, o którym dwa dni wcześniej żartowała z matką. Ale książę z bajki nie istniał, za to on był prawdziwy. Wysoki, ciemnowłosy chłopak w okularach, o przenikliwym spojrzeniu i przyjemnej twarzy. Może nieco zbyt szczupły, ale za to gustownie ubrany. Trochę zagubiony i jakby niepasujący do tamtego miejsca i czasu. Nie zrobił na niej piorunującego wrażenia, ale wewnętrzny głos podpowiadał, by dała mu szansę. Odwzajemniła jego niepewny uśmiech, aż w końcu ośmielił się podejść. Był niesamowicie speszony, ale poprosił ją do tańca. Zgodziła się od razu i zatańczyli do kilku piosenek. Miał szczęście, że były to spokojne ballady, bo nie był królem parkietu. Najważniejsze nastąpiło jednak później, kiedy usiedli przy barze i zaczęli rozmawiać. On niczego nie udawał. Nie silił się na kiepski podryw i nie raczył jej banalnymi komplementami. Po prostu był sobą i szalenie jej się to spodobało.

Spędzili razem cały wieczór i kolejny dzień. Trzymając się za ręce i nieśmiało zaglądając sobie w oczy jak para nastolatków na pierwszej randce, spacerowali uliczkami Pragi. W zimowej aurze wspólnie zwiedzali jej malownicze zakątki, ale – co najważniejsze – stopniowo odkrywali siebie nawzajem. Okazało się, że on studiuje polonistykę w Warszawie i jest od niej młodszy o całe pięć lat. Początkowo obawiała się tej różnicy wieku. Wydawała się jej niestosowna. Co innego, gdyby to ona była młodsza… A jednak Daniel okazał się nad wyraz poważnym partnerem do rozmów i miał dojrzałe podejście do życia. Nie spędzał studenckich wieczorów na upajaniu się alkoholem czy szalonych imprezach w akademiku. Miał plan na życie i widział w nim miejsce dla niej, a ona chciała być jego częścią. Najważniejszym elementem.

Rozejrzała się raz jeszcze po pokoju. Chciała upewnić się, że wszystko jest doskonale. Na półce leżały lawendowe świece, czekające na ich pierwszy wspólny wieczór w jej rodzinnym domu. Na dysku laptopa zgrany był film, który obiecali sobie obejrzeć przy specjalnej okazji. Dziś właśnie nastała, bo po wielu wizytach w Łodzi, spędzonych wspólnie z nią w wynajętym pokoju hotelowym, tym razem miał przyjechać tutaj. Wejść do jej pokoju, dotknąć jej rzeczy i zasnąć w jej łóżku.

Tydzień temu obronił pracę magisterską i planował przeprowadzić się do Łodzi, wynająć mieszkanie i znaleźć pracę. Mieli rozpocząć nowy, wspólny rozdział w życiu. Wszystko miało się zmienić i Julia nie chciała dłużej ukrywać go przed światem. Pragnęła przedstawić go rodzicom, bo liczyła, że teraz będzie częstym gościem w ich domu.

Trochę obawiała się tego spotkania. Matka cały wczorajszy wieczór krzątała się w kuchni. Upiekła wielką blachę eklerków i czekoladowych muffin, a na obiad planowała łososia z brokułami w cieście francuskim. Chciała oczarować Daniela i pokazać mu, że ona, Zofia, jest doskonałą matką swojej wspaniałej córki, a przed nim stoi nie lada wyzwanie – sprostanie wyśrubowanym oczekiwaniom stawianym przed kandydatami na partnerów Julii.

Tuż przed ósmą weszła do kuchni i zastała rodziców przy śniadaniu. Przywitała się i wyjąwszy z szafki kubek, wsypała do niego dwie łyżeczki kawy. Nastawiła wodę w czajniku i usiadła przy stole, naprzeciwko ojca.

– Możesz mi przypomnieć, o której przyjeżdża? – zagadnęła Zofia. – Nie chcę spóźnić się z obiadem. To byłoby nieeleganckie.

– Planowo o jedenastej trzydzieści, ale zanim dotrzemy tu ze stacji, pewnie zejdzie z godzinę – odpowiedziała. – Poza tym nie musisz witać go obiadem od progu, mamo. Być może będzie chciał najpierw odświeżyć się po podróży.

– Świetnie – powiedziała bez entuzjazmu matka.

Rodzice nie byli zachwyceni, kiedy opowiedziała im o Danielu. Ich zdaniem studiował na zupełnie niemęskim i nieprzyszłościowym kierunku. W najgorszym razie groziło mu widmo bezrobocia, a w najlepszym głodowa pensja nauczyciela-stażysty. A że był młodszy od Julii, uważali go za nieopierzonego dzieciaka, który powinien raczej poszukać sobie dziewczyny wśród koleżanek z uczelni, a ich córkę zostawić dojrzalszym i bardziej odpowiedzialnym zalotnikom. Julia nie próbowała przekonywać ich na siłę. Liczyła, że kiedy go poznają, sami zmienią zdanie.

– Mam nadzieję, że nie pojawi się tu z ogromną walizką i niby przypadkiem nie wprowadzi się na stałe – rzucił z przekąsem ojciec, dojadając swoją kanapkę.

– Przestań, tato! – żachnęła się Julia. – Mówiłam wam, że zostaje tylko do poniedziałku. Potem musi wrócić do Warszawy i dopełnić formalności związanych z zakończeniem studiów, odebrać dyplom i pozamykać inne sprawy. Planuje też spędzić kilka dni u swoich rodziców.

– Zaczął już szukać pracy? – dopytywała matka.

– Jeszcze nie. Najpierw ma zamiar znaleźć w Łodzi nieduże mieszkanie do wynajęcia. Później będzie rozglądał się za pracą.

– Z jego, pożal się Boże, fachem w rękach w sezonie wakacyjnym to chyba tylko roznoszenie ulotek. Przy odrobinie szczęścia może obsługa klientów w McDonalds – skomentował zgryźliwie ojciec.

– Włodek! – wykrzyknęła z udawanym oburzeniem matka, ale jej mina wskazywała, że w dużej mierze podziela pogląd męża.

– Mam nadzieję, że oszczędzisz mu tego rodzaju uwag i do południa przypomnisz sobie zasady dobrego wychowania. W przeciwnym razie wyjdziesz na totalnego gbura i będę musiała się ciebie wstydzić! – wypaliła zdenerwowana Julia, po czym zabrała kubek z kawą i postanowiła zaszyć się w swoim pokoju.

Czekała na tę chwilę bardzo długo. Krótkie, weekendowe spotkania z Danielem nie zaspokajały ich potrzeby bliskości. Podobnie jak wymieniane każdego dnia maile i rozmowy telefoniczne. On działał na nią jak narkotyk. Z każdym spotkaniem chciała go coraz więcej. Nic nie mogło tego zmienić. Ani różnica wieku, ani dzieląca ich odległość, ani tym bardziej kąśliwe uwagi rodziców.

Otworzyła szafę i zaczęła przeglądać ubrania. Wiedziała, że czegokolwiek nie włoży, będzie mu się podobać. Choć początkowo starał się to ukryć, za każdym razem dosłownie pożerał ją wzrokiem, wciąż od nowa… A ona chciała być piękna, teraz już tylko dla niego.

***

– Chyba nie przypadłem im do gustu – zagadnął Daniel zrezygnowanym tonem, kiedy po dwóch godzinach biesiadowania w czteroosobowym gronie mogli w końcu wymknąć się na spacer.

Czuł się przejedzony i przesłodzony, skonsumowawszy z grzeczności obiad z dokładką oraz kilka sztuk eklerków i muffinek. Nade wszystko czuł się jednak koszmarnie zmęczony i wymaglowany jak po najgorszym egzaminie. Uświadomił sobie, że chociaż studia się skończyły, życie miało poddać go wielu bardziej skomplikowanym sprawdzianom, do których nie mógł się dobrze przygotować. Miał wrażenie, że oblał właśnie swój pierwszy pozauczelniany egzamin i teraz nie było mowy o poprawce. W przeciwieństwie do dwójki w indeksie, której – swoją drogą – nigdy nie dostał, nie mógł liczyć na drugą szansę wywarcia dobrego pierwszego wrażenia. Musiał przyjąć do wiadomości fakt, iż nie spodobał się rodzicom Julii, i postarać się bardziej, bo na tę chwilę był niedostateczny.

– Nie przejmuj się – powiedziała pokrzepiająco Julia.

Ona też niewątpliwie liczyła, że zapoznanie go z rodzicami przebiegnie inaczej. Co zrozumiałe, wyglądała teraz na smutną i zawiedzioną. Miał tylko nadzieję, że zawiodła ją sytuacja, a nie on sam.

– Przepraszam – powiedział na wszelki wypadek, choć nie uważał, żeby zrobił coś niewłaściwego czy w jakikolwiek sposób zasłużył sobie na wiadro niechęci, które w ostatnich kilkudziesięciu minutach wylano mu na głowę.

– Daj spokój! Mówiłam ci, że są dość specyficzni – przypomniała. – Poza tym uważam, że wcale nie było tak źle. Wykazałeś się godną podziwu elokwencją i dyplomacją.

Po tych słowach przytuliła się do niego, a on poczuł bijące od niej ciepło. Objął ją w talii i ruszyli dalej wąską uliczką położonej kilka kilometrów od Łodzi wioski, w której znajdował się rodzinny dom Julii. Miał nadzieję, że będą cieszyć się pięknym dniem lata. Pierwszym spotkaniem tuż po tym, jak on po obronie pracy magisterskiej wkraczał w prawdziwą dorosłość i miał zmierzyć się z wyzwaniem odpowiedzialnego życia. Zamiast tego byli w dość posępnych nastrojach, a każde z osobna trawiło zakończony przed chwilą obiad – nie tyle ciężkostrawne dania, ile gęstą i powodującą skurcze żołądka atmosferę.

Nie denerwował się specjalnie, kiedy po opóźnionej o godzinę podróży pociągiem i niedługiej przejażdżce autobusem podmiejskim z niewielkim plecakiem na ramieniu stanął wraz z Julią pod drzwiami jej domu. Ostrzegała go co prawda, że ojciec bywa zgryźliwy, a matka zachowuje się wyniośle, ale rozmowa z nimi nie napawała go paraliżującym strachem. Był dobrze wychowany, nie popełniał gaf słownych i zwykle umiał rozmawiać z ludźmi. Poza tym nie miał nic do ukrycia, a jego zamiary wobec Julii były szczere. Uważał, że nie było w tym spotkaniu niczego, co mogłoby pójść nie tak.

Już przy powitaniu odniósł jednak wrażenie, że jej rodzice mierzą go wyjątkowo surowym wzrokiem, w którym nie dopatrzył się choćby cienia sympatii. Później było już tylko gorzej. Jakkolwiek pieczołowicie zostało przyrządzone zaserwowane na obiad danie z łososia, z każdym kęsem smakowało mu coraz mniej za sprawą toczącej się rozmowy. Najpierw został wciągnięty w labirynt pułapek słownych, które przypuszczalnie miały dowieść, że jest niedojrzały, nierozgarnięty i nie ma pojęcia o życiu. Skutecznie unikał kolejnych forteli, próbując przy tym rozgryźć, czy jest tylko niewinnie testowany, czy też jest to element gry, w której stawką była akceptacja jego związku z Julią.

Przy deserze Zofia zaczęła podpytywać, dlaczego inteligentny skądinąd chłopak dobrowolnie poszedł na studia polonistyczne, zamiast wybrać bardziej odpowiedni kierunek. Argumenty, że dobrze czuł się w tej dziedzinie i chciał robić w życiu to, co lubił, wydawały się zupełnie nieprzekonywujące. W końcu ojciec zapytał wprost, czy Warszawa otwiera przed nim tak marne perspektywy, że jest gotów przeprowadzić się do Łodzi, podczas gdy wśród ludzi młodych obserwuje się zwykle odwrotny ruch migracyjny. To pytanie z jednej strony wyraźnie dowodziło, że rodzice Julii woleliby, aby trzymał się od niej z daleka, a z drugiej mocno zbiło go z tropu. Na tyle, że po raz pierwszy, odkąd usiadł z nimi do stołu, zupełnie nie wiedział, co odpowiedzieć.

Wbrew sugestii Władysława Warszawa otwierała przed nim aż nadto możliwości. Przede wszystkim dostał propozycję pozostania na uczelni i rozpoczęcia studiów doktoranckich. Promotor namawiał go usilnie jeszcze w dniu obrony, zupełnie nie mogąc zrozumieć powodów jego odmowy. On sam marzył o doktoracie mniej więcej od połowy studiów i bardzo liczył na taki obrót sprawy. W ostatnich miesiącach zmieniły mu się jednak priorytety. Najlepsze perspektywy przestawały mieć znaczenie, jeśli w grę wchodziła Julia. Nie mógł zostać w Warszawie, kiedy ona była w Łodzi. Miała tu swoją pracę i ułożone życie. On mógł dla niej wywrócić do góry nogami własne. Wierzył, że pod względem zawodowym da sobie radę wszędzie. Byle tylko ona była obok.

Wspomniał jej kilka tygodni temu o otrzymanej propozycji. Wiedział, że nie spróbuje namówić go do jej przyjęcia. Liczył wręcz, że będzie przekonywać do postawienia ich związku ponad wszystko. Tak też się stało, bo potrzebowała go blisko, podobnie jak on jej. Nie potrafił wytłumaczyć tego jednak w elokwentny sposób. Ani tym bardziej przedstawić jej rodzicom obiektywnych argumentów, dla których to Łódź, a nie Warszawa, miała roztoczyć przed nim wizję przyszłości.

Kiedy około osiemnastej wrócili do domu Julii po długim spacerze, Daniel czuł się bardziej pogodzony z sytuacją i mógł ponownie zmierzyć się z niechęcią Zofii i Władysława. Mimo to z ulgą przyjął fakt, iż zajęci oglądaniem telewizji, nie zwrócili uwagi na ich powrót. Mógł zamknąć się z Julią w jej pokoju, pokazać jak bardzo tęsknił przez ostatnie dni i po raz kolejny przypomnieć sobie, dlaczego była warta każdej zmiany w jego życiu.

Opadł na łóżko, a ona usadowiła się obok.

– Pewnie jesteś zmęczony – zagadnęła.

– Trochę – przyznał.

– Najgorsza część dnia za tobą. Teraz możesz już tylko się odprężyć.

Położył głowę na jej kolanach, a ona zaczęła gładzić jego ciemne włosy. Zatopiła w nich dłoń i powoli przeczesywała palcami poszczególne pasma. Patrzył na nią jakby była cudownym obrazem. Świętością stojącą ponad wszystkim.

Po chwili włożyła dłoń pod jego koszulkę i dotyk delikatnej kobiecej dłoni zaczął błądzić po jego skórze, przesuwając się coraz niżej. Czuł, że za moment rozepnie mu pasek u spodni i na samą myśl zalało go pożądanie. Wiedział, że nie powinni robić tego tuż nad głowami jej rodziców, którzy już zdążyli zapałać do niego antypatią. Mogliby dodatkowo uznać go za przepełnionego cielesną żądzą gówniarza, który poleciał na zgrabne nogi i atrakcyjny wygląd ich córki. A to nie była prawda! On pokochał ją całą, chociaż Julia wyzwoliła w nim emocje i potrzeby, z których wcześniej nie zdawał sobie sprawy.

Była drugą kobietą, z którą się przespał. Pierwszą była Zuzanna, koleżanka ze studiów, z którą na trzecim roku odbywał praktyki obserwacyjne w szkole. Lubili te same książki, kilka razy umówili się do kina, ale Daniel traktował ją bardziej jak koleżankę niż dziewczynę. Z całą pewnością nie patrzył na nią jak na kobietę, z którą miał pójść do łóżka. Ona najwyraźniej postrzegała go dokładnie w ten sposób. Podczas jednej z kameralnych imprez w akademiku obydwoje wypili za dużo wina i to po prostu się wydarzyło. Nie był przekonany, czy tego chce, ale ona chciała za nich dwoje. Później, zamiast błogiego uczucia spełnienia, które powinno wystąpić na skutek wydzielania się dopaminy w mózgu, czuł głównie przerażenie. Obawiał się, że przez kilka chwil cielesnego szaleństwa straci koleżankę. Tak też się stało, bo Zuzanna chciała mieć wszystko albo nic, a on nie był gotów dać jej tego pierwszego. Lubił ją, ale był pewien, że jej nie pokocha, a nie chciał roztaczać przed nią próżnych nadziei ani tylko z nią sypiać.

Z Julią było zupełnie inaczej. Początkowo skrępowany własnym brakiem doświadczenia i ograniczonymi umiejętnościami seksualnymi, szybko poczuł się tak, jakby całe życie był do tego stworzony. Ich zbliżenia były dopełnieniem wielkiego uczucia, które połączyło ich tak mocno, że mieli być na zawsze nierozłączni. Byli jak dwie części jednego organizmu – dwa płuca umieszczone w jednej klatce piersiowej. Kiedy znajdował się w niej, widział zupełnie inną rzeczywistość. Taką, której nigdy nie chciał opuszczać.

– Julio, chyba nie powinniśmy… Twoi rodzice są na dole – powiedział bez przekonania, kiedy jej dłoń spoczęła na jego rosnącej męskości.

– Wiedzą, ile mam lat, i raczej nie zakładają, że spędzimy ten wieczór na grze w szachy – odrzekła z przekornym uśmiechem.

Po chwili uklękła przed nim i bez wahania pozbawiła go dolnej części garderoby, krusząc tym samym resztki oporu.

Wrzesień 2008 roku

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

Spis treści:
Okładka
Karta tytułowa
Listopad 2013 roku
Część pierwsza. Ich historia
Grudzień 2007 roku
Lipiec 2008 roku
Wrzesień 2008 roku
Październik 2009 roku
Październik 2010 roku
Listopad 2010 roku
Maj 2011 roku
Listopad 2011 roku
Sierpień 2012 roku
Maj 2013 roku
Lipiec 2013 roku
Sierpień 2013 roku
Listopad 2013 roku
Część druga. Świat w kawałkach
Listopad 2013 roku
Grudzień 2013 roku
Styczeń 2014 roku
Marzec 2014 roku
Część trzecia. Samotne wyspy
Wrzesień 2014 roku
Październik 2014 roku
Listopad 2014 roku
Grudzień 2014 roku
Styczeń 2015 roku

Copyright © Oficynka & Anna Ziobro, Gdańsk 2019

Wszystkie prawa zastrzeżone.

Książka ani jej część nie może być przedrukowywana

ani w żaden inny sposób reprodukowana lub odczytywana

w środkach masowego przekazu bez pisemnej zgody Oficynki.

Wydanie pierwsze w języku polskim, Gdańsk 2020

Opracowanie redakcyjne: zespół

Projekt okładki: Studio Karandasz

Zdjęcia na okładce: © Adobe Stock, Autor: matilda553

ISBN 978-83-65891-42-6

www.oficynka.pl

email: [email protected]

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Rek