47,99 zł
Pierwsza tak osobista opowieść o Stanisławie Tymie.
Intymna, pełna ciepłych obrazów, mądrych słów i zapachu ukochanej Suwalszczyzny.
Katarzyna Stoparczyk zabiera nas w podróż do świata Stanisława, w którym każdy gest i każde słowo nabierają wyjątkowego znaczenia. Poznała go w kawiarence znajdującej się w liceum, które przed laty ukończył. Rozmawiali, dzieląc się radością spotkania i ciastkiem. Spotkania, które nieoczekiwanie stało się początkiem niezwykłej przygody.
6 grudnia 2024 roku jego grób tonie w kwiatach. Ktoś przywiązuje do tabliczki małego słomianego misia. Ten wzruszający gest wiele mówi, jakim człowiekiem był Tym – czułym i serdecznym.
Myślał, że zostanie inżynierem chemii, lecz los postawił go na scenie. W pamięci widzów na zawsze pozostanie Ryszardem Ochódzkim z kultowego „Misia”. Jego riposty przeszły do historii, role – do legendy. Był aktorem z przypadku, obrońcą życia z wyboru. Największym sukcesem nie były dla niego nagrody czy owacje, lecz uratowanie i przygarnięcie bezpańskich psów, które spotykał na swojej drodze.
Ta książka nie jest biografią pełną dat i faktów. To pożegnanie złożone z anegdot, wspomnień i drobnych szczegółów, które składają się na obraz człowieka wyjątkowego. Aktora, który całym sobą wierzył, że warto bronić życia w każdej jego formie.
Mimo wszystkich spektakularnych sukcesów pozostał człowiekiem szczerym. Na trzy litery.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 266
Data ważności licencji: 12/11/2030
Projekt okładki
Michał Jakubik
Zdjęcie na okładce
Marcin Makowski na zlecenie Fabryka Obrazu Sp. z o.o.
Fotoedycja
Hanna Mickiewicz
Redaktorki nabywające
Pola Biblis
Kinga Janas
Redaktorka prowadząca
Kinga Janas
Promotorka
Kinga Wojnicka
Opieka redakcyjna
Katarzyna Mach
Adiustacja
Anastazja Oleśkiewicz
Korekta
Barbara Gąsiorowska
Copyright © by Ryszard Abraham
© Copyright for this edition by SIW Znak sp. z o.o. 2025
ISBN 978-83-8427-093-6
Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl
Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl
Społeczny Instytut Wydawniczy Znak
ul. Kościuszki 37, 30-105 Kraków
Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: [email protected]
Wydanie I, Kraków 2025
Na zlecenie Woblink
woblink.com
plik przygotował Jan Żaborowski
Byłem niedawno na polskim filmie zapowiadanym jako komedia i przez cały seans publiczność siedziała w ciszy. Nie chciałbym być w skórze człowieka, który to nakręcił.
STANISŁAW TYM
Zapraszam Państwa w podróż pociągiem ekspresowym przez życie jedynego, niepowtarzalnego i niezastąpionego Mistrza STANISŁAWA TYMA. Wybrałem – w większości przypadków – zabawne epizody z życia Artysty, bo postać tego wybitnego aktora, reżysera, satyryka, dramatopisarza i felietonisty kojarzy się z humorem najwyższych lotów. Spróbowałem spojrzeć na życiorys Mistrza pod kątem krotochwilnym. Zdecydowałem się na formę anegdoty i krótkiej opowiastki, aby przewieźć Państwa przez koleje życia naszego bohatera.
Pochylając się nad bogatym dorobkiem zawodowym Mistrza, przeżyłem chwile obcowania ze sztuką niebanalną, inteligentną, elokwentną i wytrawną, śmiało opierającą się upływowi czasu. Jego role do tej pory wzruszają i bawią, teksty imponują przenikliwością, a rysunki satyryczne są trafnym komentarzem na tematy społeczne, polityczne i obyczajowe.
Tym to baczny obserwator rzeczywistości i kronikarz swoich czasów, wyczulony na obłudę, hipokryzję i pozerstwo.
Istotną sprawą dla Stanisława Tyma był los zwierząt, którym poświęcał swoją uwagę, czas i fundusze. Psy przygarniał, leczył, dom udostępniał i zwykł o nich mówić „moi przyjaciele”. Myślę, że gdyby psy mówiły ludzkim głosem, powiedziałyby o nim „nasz Stasiu”.
Życie Artysty jest też najlepszym dowodem na to, że – mimo niepowodzeń – nie należy się poddawać, z porażki trzeba wyciągnąć wnioski i ciężko pracować. Bo Tym był tytanem pracy, po którym została ogromna spuścizna.
Takie marzenie mam nieduże, aby po lekturze niniejszej publikacji obejrzeli Państwo filmowe wcielenia tego niezwykłego aktora i sięgnęli po zbiory jego tekstów. Bo Stanisława Tyma nigdy za dużo! Żywię nadzieję, że przybliżę Państwu postać Mistrza i że będzie on Państwu jeszcze bliższy niż dotychczas (bo że jest bliski, wątpliwości nie mam!).
Zatem proszę się wygodnie rozsiąść, wypić łyk kawy i jedziemy!
Pociąg ekspresowy „STANISŁAW TYM” relacji Małkinia – Warszawa, przez stację Zakąty i Elbląg wjedzie na tor drugi przy peronie pierwszym. Wagony o numerach 1–50 znajdują się na początku składu. Proszę zachować ostrożność i nie zbliżać się do krawędzi peronu. Pociąg jest objęty obowiązkową rezerwacją miejsc. Przesyłki konduktorskie wydaje kierownik pociągu w wagonie numer 4.
STAŚ
„Znamy się mało… więc może ja bym powiedział parę słów o sobie. Urodziłem się… urodziłem się w Małkini, w 1937 roku, w lipcu. Znaczy w połowie lipca, dokładnie 17 lipca. No… to może tyle o sobie – na początek. Czy są jakieś pytania?”
To kultowe zdanie wypowiedział kaowiec w równie kultowym filmie Rejs nie mniej kultowego reżysera Piwowskiego.
Zdanie emblemat.
Zdanie pieczęć.
Zdanie znak firmowy.
Zdanie autobiograficzne.
Zdanie prawdę potwierdzające.
Zdanie często przypominane.
Zdanie, od którego uwolnić się nie sposób.
Zdanie w mózg się wżerające.
Zdanie reklamujące pewną miejscowość.
Zdanie w historii zapisane (na wieki wieków).
Nie sposób zacząć inaczej opowieści o Stanisławie Tymie, niż przypomnieć ten wstęp z monologu kaowca. Próbowałem i dupa. Banialuki mi wychodziły, a banialukom dziękuję.
Więc bum! Niech będzie! Niech zostanie! Niech się stanie, co stać się ma!
Tym i (tam)Tym.
Tym o Tymie.
Tym w Tymie.
Tym Ci.
Tym bardziej. Jeszcze bardziej.
Jako się rzekło, Stanisław Aleksy Tym urodził się w Małkini. Przez przypadek stało się tak, że pojawił się na świecie w tej miejscowości w województwie mazowieckim, w powiecie ostrowskim, a nie w Warszawie. Jego młoda, dziewiętnastoletnia mama Romana, spodziewając się pierwszego dziecka, wyjechała na odpoczynek do maleńkiej wioski Przewóz, niedaleko dużo większej wsi Małkinia, gdzie mieszkała w małym pokoiku w jedynym w tej wiosce murowanym domu. Było ustalone, że w sobotę wieczorem pociągiem przyjedzie jej mąż Kazimierz i dnia następnego zabierze małżonkę do stolicy (też pociągiem), gdzie czekało na nią miejsce w szpitalu przy ulicy Karowej. Było to dwa tygodnie przed planowanym porodem. Zgodnie z umową Kazimierz się stawił, ale ku swemu zaskoczeniu zobaczył na rękach Romany dziecko płci męskiej, które cicho kwiliło na widok intruza.
Pierwszy raz w życiu jechałem pociągiem w sierpniu 1937 roku. Trasę z Małkini do Warszawy przejechałem z rodzicami w przedziale III klasy. Ławki w wagonie piękne, drewniane, nad ławkami żeliwne półki wyściełane sznurową siatką, ja zawinięty w becik przez wypucowaną szybę oglądam świat – drzewa, lasy, łąki i rzekę pełną wody. Bocian, który mnie przyniósł, odprowadzał nasz pociąg pożegnalnym lotem aż do Bugu i dopiero przy kościele w Prostyni zawrócił. Maszynista gwizdał dwa razy, oznajmiając okolicy, że właśnie przejeżdżamy tę stacyjkę, a to oznaczało osiem po trzeciej po południu. Wtedy bowiem w całej Polsce, we wszystkich domach i chałupkach, w których były zegarki, regulowano je codziennie według przejeżdżających pociągów. PKP było niczym południk Greenwich nad Tamizą… Dwa lata później świat się wykoleił. Myśleliśmy naiwnie, że wróci potem na swe dawne tory. Ale nigdy nie wrócił.
Ojciec Stasia Kazimierz Tym urodził się w 1908 roku w zaborze rosyjskim. Przeżył dwie wojny światowe – pierwszej doświadczył w dzieciństwie, w drugiej brał czynny udział, najpierw w kampanii wrześniowej, potem w Powstaniu Warszawskim.
Kiedy Kazimierz miał lat dwanaście, w kierunku stolicy zmierzał marszałek Michaił Tuchaczewski ze swoimi bolszewikami. Rozpoczęli natarcie znad rzeki Auty i Berezyny. Pewni ostatecznego zwycięstwa zlekceważyli możliwości ofensywne armii polskiej i ponieśli klęskę w Bitwie Warszawskiej. Na szczęście.
W 1939 roku dotarli do nadwiślańskiego kraju, a w 1945 roku przeszli przez Polskę do Berlina i gdy wracali, to już zostali na lata. Na nieszczęście.
Kazimierz Tym całe życie marzył, aby ujrzeć rozpad Związku Sowieckiego.
Nie doczekał. Zmarł w 1984 roku. Niewiele brakowało.
Staś wśród przodków miał Daniela Tyma. Często o nim słyszał od ojca. Ten pra-pra-pra… prapradziad, noszący dumnie imię pochodzenia hebrajskiego, był ludwisarzem królewskim na dworze Władysława IV. Tak głosi rodzinna legenda. Oprócz tego Daniel odlewał wanny, dzwony i… posąg króla Zygmunta. Na dzwonie, który swego czasu był wystawiony na Kanonii za katedrą Świętego Jana przy Jezuickiej w Warszawie, widniał łaciński napis informujący, że zrobił go Daniel Tym. I herb cechowy ludwisarza – serce z trzema różami. Skąd w połowie XVII wieku Daniel wziął się w Polsce, tego rodzina Tymów nie dowiedziała się nigdy. Daniel podpisywał swoje nazwisko między innymi Thiem i Thym, a thym znaczy po francusku tymianek. Po wojnie ojciec zabrał Stasia do Muzeum Narodowego, gdzie zorganizowano wystawę zniszczonych warszawskich pomników. Znalazła się wśród nich mocno poszarpana, bezręka figura króla Zygmunta z podpisem „Daniel Thym”.
Przez całe życie aktor zawzięcie twierdził, że Daniel Tym, to najsłynniejszy Tym w rodzinie Tymów.
Pozwolę sobie nie zgodzić się z tą wielce naciąganą teorią.
Franciszka – ojca swego ojca – Stasiu znał dobrze. Dziadka Bolesława (ojca matki) nie miał okazji uściskać, bo zmarł przed jego urodzeniem.
W rodzinie Tymów nie było tradycji kolekcjonowania rodowych precjozów. Aktor nie posiadał portretów praszczurów, zasobnej biblioteki woluminów przekazywanej z pokolenia na pokolenie ani szlachetnej zastawy z porcelany.
Gdy rodzina wyszła z Powstania Warszawskiego, Stasiu miał przy sobie małą paczuszkę zapakowaną przez wujka, a w niej nakręcaną kolejkę. Mama miała walizeczkę, w której były fotografie. To wszystko. Inne pamiątki po przodkach bezpowrotnie zaginęły
Torebka mamy, portfel ojca, kolejka, zdjęcia – nic więcej.
Kolejka Stasia nie przetrwała do późnych lat. Bawił się nią młodszy brat przyszłego aktora, potem gdzieś przepadła.
Stryj Stasia – Mieczysław Tym – wyszedł z domu w roku pańskim 1920. Wcześniej ucałował ręce swych rodziców Konstancji i Franciszka. Całą sytuację obserwowała jego młodsza siostra Tosia. Nikt w rodzinie Mieczysława już nigdy nie ujrzał.
Nieznane są jego dalsze losy. Zginął w Bitwie Warszawskiej czy z wycieńczenia na Syberii?
Mietek miał szesnaście lat, kiedy ślad po nim zaginął.
Okupacja hitlerowska zabrała Stanisławowi stryjenkę Jadwigę wraz z mężem i dwójką dzieci. Zabrała podstępnie, w nocy. Zginęli podczas bombardowania. Bolszewickie samoloty omyłkowo (ładunek był przeznaczony na hitlerowską dzielnicę przy alei Róż) zaatakowały polskie domy przy ulicy Pięknej. Było to w 1942 roku.
Bolszewicy odegrali tragiczną rolę w rodzinie Tymów.
Mąż innej ciotki, Antoniny, został rozstrzelany w Katyniu1. Słowo „bolszewik” mały Tym pierwszy raz usłyszał podczas Powstania Warszawskiego od ojca. Wybuchy i narastająca kaskada strzałów od strony warszawskiej Pragi zostały skomentowane przez Kazimierza: „Bolszewicy tłuką szkopów. To nic dobrego nie znaczy”. Staś się zdziwił, bo myślał: to dobrze, że ktoś w końcu dobrał się do skóry Niemcom. Rodzic mu wyjaśnił, iż to ewidentna oznaka tego, że Powstanie padło. I miał rację.
Staś pierwszy raz ujrzał bolszewików2 – żołnierzy, jak wjeżdżali do Ożarowa Mazowieckiego. Było to w 1945 roku. Wieczorem tego samego dnia usłyszał potworny, rozdzierający kobiecy krzyk. Bolszewickie bestie gwałciły żonę pewnego prawnika – mecenas był tego świadkiem i chwilę po incydencie zmarł na atak serca. Kobieta dołączyła do niego chwilę później.
Kazimierz Tym do końca życia nie miał dobrego zdania o bolszewikach i szczerze ich nie znosił. Jednak jako że wroga dobrze jest znać, dużo czytał na ich temat.
Wszystkie przeżycia wojenne i powojenne związane z bolszewikami były ciemną kartą historii rodziny Tymów. Biel nigdy nie pokryła tych wspomnień. Czas zagoił rany, blizny na zawsze zostały.
Kiedy Staś miał dwa lata, podszedł do niego na ulicy owczarek podhalański i polizał go po rękach. Chłopiec zemdlał. Nie pamiętał tego zdarzenia, ale mama mu je opowiadała, więc prawdą być musiało. Staś przez całe dzieciństwo i okres dojrzewania panicznie bał się czworonogów i wszelkimi sposobami unikał kontaktów z nimi.
Dwudziestoletni Stanisław miał dziewczynę.
Dziewczyna miała kundelka Gacka.
Gacek wyciągnął Stanisława z fobii.
Fobia nie wróciła.
Mama Stasia miała optymistyczne usposobienie. Jak większość kobiet w tamtych czasach nie pracowała zawodowo, ale zajmowała się prowadzeniem domu i wychowywaniem dzieci. A roboty miała bez liku: trójka potomstwa, sprzątanie mieszkania, gotowanie, pranie, szycie, cerowanie, zakupy, odwiedziny w przychodniach, wywiadówki, odrabianie z pociechami lekcji. Dzień rozpoczynała od szóstej rano, a kończyła po dwudziestej drugiej. Siedem dni w tygodniu. Mieszkanie państwa Tymów początkowo było bez wszelkich udogodnień: bez gazu i ciepłej wody. Torby z zakupami trzeba było taszczyć na trzecie piętro (o takim luksusie jak winda nikt nie marzył), prać ręcznie, palić w piecu węglem. Mimo to uśmiech z twarzy mamy Stasia nie znikał. Wykonywała te wszystkie absorbujące prace domowe, ale pogody ducha nie traciła. Jedną z jej ulubionych rozrywek było śpiewanie przedwojennych przebojów usłyszanych kiedyś w radio lub w kinie. Z rozrzewnieniem wspominała filmy ze Szczepciem i Tońciem: Będzie lepiej, Włóczęgi i Serce batiara. W domu Tymów często pobrzmiewały w jej interpretacji piosneczki: Dobranoc, oczka zmruż, My dwaj, oba cwaj czy Tylko we Lwowie.
„Myszka lubi serek i słoninę” – Staś zapamiętał to pierwsze zdanie, jakie zapisał samodzielnie. Mama mu je podyktowała, a on je potem jeszcze wielokrotnie przepisywał do zeszytu w linie. W czasie wojny to się działo, niemieccy żołnierze panoszyli się na ulicach Warszawy, zewsząd pobrzmiewały ich przyśpiewki, które bez skrępowania śpiewali. Łapanki były codziennością, publiczne egzekucje też, a Staś skrupulatnie zapełniał swój zeszycik nowymi zdaniami. Mama nad wszystkim czuwała i co jakiś czas przeglądała notatki syna. Delikatnie sugerowała, nad czym powinien popracować: „Spójrz, synku, ta kreska jest za długa, brzuszek literki »b« powinien być bardziej wypukły, tu miało być »ż«, a napisałeś »ź«. To dwie różne litery”. I tak wytrwale co dzień coś zapisywał. Zdania krótkie, przepisane z gazet, i zdania dłuższe z książek, fragmenty rozmowy sąsiadów i dwa wersy z audycji radiowej. Pisanie weszło mu w krew. Nigdy się od nawyku sporządzania notatek – utrwalania na kartce zasłyszanych aforyzmów i sentencji oraz ulotnym swym myślom nadawania kształtu literackiego – nie uwolnił.
Kiedy wybuchła wojna, ojciec Stasia trafił na front wschodni. Zdobył stopień kaprala w zenitówkach (ochrona przeciwlotnicza). Oddział Tyma seniora został 17 września 1939 roku zaatakowany przez Sowietów pod Janowem Lubelskim. Dowódca podjął odważną decyzję: rozwiązał oddział, kazał swoim żołnierzom przebrać się w chłopskie odzienie i wrócić do domów. Sam dowódca miał mniej szczęścia: wraz z kadrą oficerską dokonał żywota w Katyniu. Dwuletnim (w czasie wybuchy wojny) Stasiem opiekowały się dwie kobiety: mama i babcia Stanisława. To na cześć tej babci Tym junior dostał imię. Imię drugie otrzymał na cześć osoby nieskoligaconej – w dniu jego urodzin imieniny obchodzi Aleksy (a także Akwilin, Dzierżykraj, Sperat i Teodozy), więc nadano chłopcu jego dumne imię (historia związana z tym imieniem mówi, że „pierwszy Aleksy” był synem bogatych Rzymian w początkowych wiekach chrześcijaństwa, który wszystkim, co miał, dzielił się z biednymi).
Towarzystwo kobiet miało wpływ na Stasia: przez lata odmieniał słowa w żeńskiej formie: zrobiłam, poszłam, wzięłam, bawiłam się, rozbiłam. Przeszło mu to… na kilkadziesiąt lat.
Natomiast z własnej, nieprzymuszonej woli Stanisław w razie potrzeby za kobietę przebrać się jest gotów. Nie dotyczy to tylko spraw zawodowych.
Pamiętam pierwszy żart, jaki zrobiłem Jurkowi Idzikowskiemu, nieżyjącemu już profesorowi politechniki w Hajfie, który wyjechał do Izraela w latach pięćdziesiątych – poszedłem do niego przeprany za babę. Mój ojciec był fryzjerem, wziąłem jedną z jego peruk, umalowałem się, zapukałem do drzwi, a gdy Jurek otworzył, zacząłem mu prawić komplementy, że „bardzo chciałbym go poznać”. Mówiłem zmienionym głosem, a jednak zgłupiał. Wiedział, że coś jest chorego w całej sytuacji, ale nie mógł się połapać, o co chodzi.
(…) Nie tylko uwielbiam być kobietą, ale także rozśmieszać ludzi. Świat uważam za okropnie ponury, więc oswajam go, kpiąc, szydząc. Światu to nie przeszkadza, a mnie pomaga.
Niech puentę tematu: „Tym w roli kobiety”, podsumuje przysłowie: „Czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci”.
Staś z wojny zapamiętał obrazy.
Pierwszy: dwóch ludzi, skacze z balkonu, kiedy gestapo plądruje ich mieszkanie.
Drugi: mroźny styczeń 1944 roku. Staszek idzie z mamą Alejami Jerozolimskimi w kierunku Marszałkowskiej. Niemcy ich zawracają. Trwa uliczna egzekucja. Strzały, głuche odgłosy padających ciał. Dźwięki, których nie da się zapomnieć.
Obraz trzeci…
Obraz ósmy…
Obraz dwudziesty dziewiąty…
Powstanie Warszawskie. Piwnica, w której ukrywa się rodzina Tymów, jest mała i ciasna, może dwa na dwa metry. Choć niewysoka, posiada okienko. Słychać z niego odgłosy walki.
Kamienica zamieszkiwana przez rodzinę miała przydział jęczmienia z browaru. Ziarna mełło się jeden raz na kaszę, a trzykrotnie na mąkę. Z takiej mąki gotowali kluski. To było ich pożywienie.
Po upadku Powstania Tymowie przeszli przez obóz w Pruszkowie. Potem Niemcy wsadzili ich do wagonów bydlęcych i wieźli cztery dni pod Częstochowę.
Czasem ktoś wrzucił do pociągu butelkę z wodą czy trochę chleba, to było wszystko. Jechało się w tłoku, w głodzie i w chłodzie. Jedni wytrzymywali, inni – starzy, chorzy – umierali. W grudniu 1944 wróciliśmy do ciotki do Ożarowa Mazowieckiego i zamieszkaliśmy u niej. Tam zacząłem chodzić na lekcje prowadzone przez emerytowaną nauczycielkę. Przerabialiśmy IV klasę podstawówki. Miałem siedem i pół roku – umiałem pisać, czytać książki, bo wcześniej uczyła mnie mama. Znałem też trochę geografię Polski – tej z Polesiem, Podolem, Wileńszczyzną, której już nie było.
Na godzinę przed rozpoczęciem Powstania Stasiu uprosił mamę, żeby pozwoliła mi pójść do pobliskiego sklepu papierniczego po kredki.
Potem rodzina Tymów spędziła sześćdziesiąt trzy dni w piwnicy.
Staszek miał kumpla w swoim wieku. Kolega miał na imię Leon. Pewnego wieczoru chłopcy szukali w śmietniku butelki, żeby napełnić ją benzyną i rzucić na czołg.
Nie znaleźli, bohaterami więc nie zostali.
Obraz wojenny Stasia: leżący w bramie ranni i umierający.
O trumnach nikt nie myśli, zmarłych chowa się w szmacianych workach.
Patrzyłem na to oczami dziecka, które nie pamiętało innego świata. Gdy zaczęła się wojna, byłem dwuletnim chłopcem. W 1946 roku wróciliśmy do Warszawy, której nie było. Widok ulicy był upiorny, ścieżki w gruzach, po których wśród mieszkańców poruszali się niewidomi z białymi laskami i kaleki na drewnianych wózkach. Gdy kładłem się spać, bałem się zamknąć oczy. Wydawało mi się, że w każdej chwili mogę oślepnąć.
O wojnie w czasie wojny niewiele się mówi. Ona trwała i była faktem.
Ktoś wyszedł z domu i już nie wrócił.
Ktoś wyszedł z piwnicy, uszedł 200 metrów i go zastrzelono. I teraz leży na chodniku.
Normalna sytuacja w niemoralnych czasach.
Matka próbuje chronić chłopca przed upiornymi widokami. Odwraca jego głowę, kiedy ulicą płynie do rynsztoka potok krwi.
Staś widzi to wszystko, o szczegóły nie dopytuje, choć mówią, że w nich diabeł tkwi. Tkwi.
Tymowie mieszkają na Kruczej róg Wspólnej. Jest tam – jak na Śródmieście – w miarę spokojnie (budynki na tych ulicach zostaną zniszczone i spalone dopiero podczas Powstania). O tym, co się dzieje na niedalekiej Starówce, rodzina dowiaduje się od powstańców gramolących się resztką sił z kanałów. W bramie i w korytarzu kamienicy, gdzie mieszka Staś z rodzicami, urządzony zostaje lazaret. Umierają w nich młodzi mężczyźni i jeszcze młodsze kobiety. Ile oni mogą być starsi od Stasia? Siedem, dziewięć lat?
Stasiu ma wuja Henryka. Wuj miał fuksa – uratował go grzebień w kieszonce marynarki, po którym omsknęła się kula. Takich szczęściarzy w Warszawie jest więcej. Menażka, papierośnica, ryngraf, metalowa piersiówka – to są „kamizelki kuloodporne” podczas wojny. Bywają niezawodne.
Staś ma też stryja Tadeusza – jednego z pierwszych więźniów Auschwitz. Dziadek Franciszek sprzedał wszystko, co miał cennego, i zapożyczył się, aby Tadzia wykupić. Udało się. Tadeusz nie opowiada, co widział i przeżył w obozie. Raz tylko się zirytował, wiele lat po wojnie, gdy słuchał jakiegoś mądrali z tytułami naukowymi, jak opowiadał o życiu w obozie. „Osioł! Co on wygaduje! Nic nie wie! Absolutnie nic!”. Wziął czystą kartkę papieru i odtworzył z pamięci: budkę strażnika, lazaret, magazyn ubrań, przebieralnie, pokoje do spania, spalarnie zwłok, biuro komendanta. Matka Stasia zabrała Tadeuszowi ten plan obozu.
Tadeusz już więcej do tematu nie powrócił.
W tej piwnicy, w której się Tymowie ukrywali podczas Powstania Warszawskiego, były ważniejsze problemy niż utrzymywanie higieny osobistej. Ale ileż można zarastać brudem!? No ileż? Mama Stasia w końcu wzięła sprawy w swoje ręce i zaprowadziła chłopca i jego siostrę na czwarte piętro. Zatargała wiadro z wodą, rozpaliła piec, balię na środku pokoju ustawiła. Nie było zlituj się i mali Tymowie po wielu dniach dyspensy kąpieli zażyli. Za oknem szkopy z karabinu walą, a mali Tymowie pluskają się w wodzie. Nagle coś jak nie rąbnie, jak nie zatrzęsie się cały budynek, aż się balia prawie wylała3. To okupanci ostrzeliwali stolicę pociskami wielkości działa kolejowego z grubej berty. Przerażone dzieci spojrzały na swą rodzicielkę, która nie tracąc zimnej krwi, uspokoiła je, mówiąc, że już jest po wszystkim, bo szrapnel szczęśliwie budynek ominął i poleciał w nieznanym kierunku. Wtedy Staś usłyszał zdanie, które zapamiętał na zawsze: „Dzieci, w życiu trzeba mieć szczęście i się nie bać. Kto się boi, tego szczęście omija”.
Wyszorowane, przebrane w czyste ubranka i uczesane z przesadną dokładnością dzieci z matką powróciły do piwnicy.
Miały szczęście.
Podczas wojny ginęły masowo zwierzęta. Bombardowania, pożary, wysadzanie budynków, ostrzeliwanie – wojna to także dramat największych przyjaciół człowieka, a ofiary wśród kotów, psów, papug, chomików, kanarków i żółwi są równie liczne. Staś zapamiętał kamienicę na rogu placu Trzech Krzyży i Książęcej w Warszawie. Był tam swego czasu sklep zoologiczny, który funkcjonował przez jakiś czas nawet podczas okupacji. W witrynie wystawowej stał sporych rozmiarów drewniany domek, a w nim schody, pokoiki, balkon, taras. I w tym domku bawiły się małe białe myszki. Grasowały na widoku publicznym, gromadząc przed szybą pobliską dzieciarnię. Staś też stał i podziwiał. Godzinami wpatrywał się w te urocze gryzonie.
Podczas Powstania Warszawskiego kamienica została zburzona.
Nikt nie interesował się wtedy losem zwierzątek ze sklepu. Ważniejsze sprawy były.
Dorosły Stanisław ilekroć przebywał w miejscu, gdzie kiedyś stał budynek, przypominał sobie swój dziecięcy zachwyt nad białymi myszkami.
Fascynacja zwierzętami Stanisława nie opuściła.
1 sierpnia – 3 października 1944 roku.
Około 10 tysięcy zabitych żołnierzy.
Około 200 tysięcy zabitych cywilów.
Około 6 tysięcy zaginionych żołnierzy.
Około 20 tysięcy rannych żołnierzy.
Około 15 tysięcy wziętych do niewoli żołnierzy.
Około 650 tysięcy cywilów wypędzonych z Warszawy i okolic (z czego około 150 tysięcy wywiezionych na roboty przymusowe lub do obozów koncentracyjnych).
To wszystko w ciągu sześćdziesięciu czterech dni.
Panna Jadwiga Szulakiewiczówna – piętnastoletnia, radosna, prześliczna. Jest sierpień 1944 roku, podwórko kamienicy przy ulicy Kruczej 27 w Warszawie. Panna Szulakiewiczówna stoi w pełnym słońcu przy ćwiczebnej powstańczej barykadzie w grupie młodziutkich łączniczek. Właśnie mają zajęcia wojskowe, skok przez pole ostrzału. Pamiętam, że skóra mi ścierpła, gdy usłyszałem słowa instruktora. Wiedziałem, co to znaczy. Napisałem, że zajęcia były wojskowe. Praktycznie były one bardziej religijne niż wojskowe. Skok przez pole ostrzału? One powinny mieć tytuł: jakim cudem przebiec z meldunkiem na drugą stronę ulicy i nie dać się zabić. Upiorne było to powstanie. Beznadziejnie głupie i zupełnie nikomu niepotrzebne. Poza Stalinem, oczywiście. Broń miało niecałe dwadzieścia procent żołnierzy, a do tej broni amunicję na cztery dni. Oni poszli się bić dosłownie gołymi rękami. Nie pytali o sens tej walki, do której ich pchnięto. Pytali o broń, którą mogliby walczyć, skoro doszło do walki zbrojnej. Ale ta walka była zbrojna tylko z hitlerowskiej strony. „Na noszenie broni trzeba zasłużyć krwią” – mawiał podobno pułkownik Antoni Chruściel, dowódca Okręgu Warszawskiego. Te słowa bardzo mi pasują do tych wszystkich, którzy do tego Powstania doprowadzili. A jak bardzo było ono na rękę Stalinowi, niech świadczy fakt, że w lipcu 1944 roku sowieckie radio (które na ten moment ogłosiło się „Radiostacją imienia Tadeusza Kościuszki”) wzywało i zachęcało ludność Warszawy do rozpoczęcia powstania. Można się dziwić, że nie zastanowiło to ani Bora-Komorowskiego, ani Sosnkowskiego. Można się dziwić, ale po co się dziwić. U nas to jest prawie norma. Mamy wyjątkowe szczęście do władzy, która zawsze z góry wie najlepiej, co robić, a już po wszystkim zaczyna się zastanawiać, jak najkwieciściej uzasadnić klęskę tego przedsięwzięcia.
Panna Jadwiga Szulakiewiczówna była pierwszym polskim żołnierzem, którego zapamiętałem. Widziałem ich potem wielu, a nawet zbyt wielu – żywych i martwych. Ale ten pierwszy żołnierz najbardziej zapadł mi w pamięć. Taka była młoda, taka piękna i biła się w bitwie ponaddwumiesięcznej, w której – jak się później ze zgrozą dowiedziałem – zginęło 220 tysięcy ludzi. A w konsekwencji tej bitwy całe miasto zostało potem spalone.
W 1946 roku Staś zaczął chodzić do piątej klasy szkoły podstawowej na warszawskim Powiślu. Po lekcjach biegał wraz z kolegami na Starówkę. A właściwie na to, co po niej zostało. Bawili się w wojnę, rzucali w swoim kierunku kamieniami imitującym granaty, strzelali wyimaginowanymi pistoletami, ganiali po gruzach w krótkich portkach, wspinali się na kikuty wypalonych domów, skakali po resztkach murów. W tej ich sztubackiej wojnie nich nie zginął. Nie było też rannych.
Miał Staszek szczęście, co potwierdziło się za czas niedługi po zakończeniu Powstania Warszawskiego. Nie będzie przesadą, kiedy powiem, że wręcz otarł się o śmierć. Po wigilii z ostrym bólem jamy brzusznej wylądował w szpitalu. Rodzina początkowo była przekonana, że to zatrucie pokarmowe spowodowane świątecznym obżarstwem. Na miejscu lekarz musiał powiedzieć rodzicom Stasia bolesną prawdę – ich synowi pękł wyrostek i chłopiec dostał zapalenia otrzewnej. Nawet przy dzisiejszym postępie medycyny jest to kryzysowa sytuacja, a w czasach powojennych prawie zawsze oznaczało śmierć pacjenta. Uratowało Stasia to, że w szpitalu, do którego się zgłosili, nie było wolnych miejsc na oddziale, więc matka przewiozła go do kolejnego pobliskiego – do szpitala na warszawskim Solcu, tam zaś się okazało, że dostarczono jedną z pierwszych dostaw penicyliny w Polsce! To uratowało chłopcu życie.
Pamiętajcie, trzeba mieć w życiu szczęście. Himilsbach dodałby jeszcze: „I, niestety, trzeba umieć z tego skorzystać”.
Dom rodziny Tymów był na utrzymaniu ojca. Senior rodu miał zakład fryzjerski na ulicy Brackiej w Warszawie4. To były czasy (lata czterdzieste), kiedy każdy prywatny rzemieślnik był uznawany za wroga Polski Ludowej, więc któregoś pięknego dnia na początku lat pięćdziesiątych wszystkich fryzjerów upaństwowiono. Tak pozbywano się przeciwników „jedynej słusznej ideologii”. Skutecznie.
Do naszej szkoły przyszła kiedyś ubecja i przetrzepywała tornistry, bo ktoś napisał na drzwiach do toalety „Stalin dupa”. Sprawdzali ołówki i pytali, kim jest ojciec, kim matka. Jak mnie pytali, powiedziałem: „Mój tatuś jest robotnikiem”. A co robi? „Pracuje fizycznie jako fryzjer damski”. A, robotnicza śmietanka. Wychowała mnie głównie mama, ojciec pracował na okrągło. Poczucie humoru mam z pewnością po nim, bo lubił żarty i dowcipnie, choć złośliwie komentował codzienność.
Młody Staś czytał podrzucane mu przez siostrę babci pismo dla młodzieży „Rycerz Niepokalanej”. Ostre, jeśli chodzi o poglądy rasowe i narodowe. Na tym był wychowany. Jako osiemnastolatek przestał chodzić do kościoła. Od dziecka napawała go przerażeniem postać człowieka, który wisi przybity do krzyża, i religijny nakaz naśladowania tego męczennika. Stanisław nie bardzo wiedział, na czym to naśladownictwo ma dokładnie polegać. Czy też ma się dać przybić do krzyża? Druga sprawa, która nie napawała go optymizmem, to obietnica wieczności. Nie jest w stanie sobie tego wyobrazić!
Będę żył według przykazań i pójdę do nieba, a tam nie będzie nic do roboty, tylko trzeba się będzie cieszyć, że jesteś z Panem Bogiem. Bez końca, bo w niebie koniec nie istnieje. Strasznie się tego bałem, że nie mam wyjścia, że będę musiał żyć bez końca.
Wymyśliłem więc inną konstrukcję. Jeżeli po śmierci jakaś świadomość ducha istnieje, to będę mile zdumiony, a jeżeli nie, to wszystko w porządku. Z kolei wierzący, jeśli obudzą się po śmierci i doświadczą transcendencji, nie będą zaskoczeni, jeśli jednak się okaże, że tam nic nie ma, no to będzie im strasznie przykro. W każdym razie tylu ludzi umarło i jakoś to przeżyło, że nie mam powodu się tym martwić, to pierwsza rzecz. Z tego, co mówią do mnie uczeni, 13,5 miliarda lat ma ten kosmos. Ale przecież ja z tego nic nie pamiętam, bo mnie nie było. Jestem pewien, że to samo będzie potem. „Tam” nic nie ma, więc rezygnując z wieczności, żadnej straty nie ponoszę.
Dalsza część w wersji pełnej
1 Kazimierz Tym przewidział, że kiedyś prawda o losach polskich żołnierzy zamordowanych w Katyniu, Charkowie, Miednoje, Kozielsku, Ostaszkowie i Starobielsku ujrzy światło dzienne i w Polsce będzie można o tym masowym ludobójstwie głośno mówić. Powtarzał to swemu pierworodnemu przez wiele lat. Tymowi seniorowi było przykro, że syn musi mu przywozić z Wielkiej Brytanii książkę o Katyniu z przedmową Andersa, podczas gdy we własnym kraju taka publikacja w owych czasach nie była możliwa.
2 Aby nie pisać już więcej o bolszewikach, to ostatnia historia, w której ta frakcja socjaldemokratycznej partii robotniczej Rosji się przewija.
Jeszcze nie wiecie, ale wkrótce się dowiecie, że Staś w młodych latach dużo i długo studiował. W sumie nie wiadomo po co, bo znamy go i kochamy nie za kierunki magisterskie, których nie ukończył. Faktem jest, że zasiadał w aulach wykładowych zawzięcie od 1953 do 1960 roku, w czterech różnych wyższych zakładach naukowych. Tylko raz udało mu się dotrzeć do czwartego semestru, poza tym tułał się w dolnych strefach, czyli na semestrach I, II, sporadycznie docierał do III.
Był na tych uczelniach, które nawiedzał Tym, jeden przedmiot wykładany wszędzie, bez względu na profil uczelni. Nie miało znaczenia, czy student kształcił się na chirurga naczyniowego, nauczyciela, biologa, fizyka jądrowego, malarza płócien artystycznych, aktora ról dramatycznych. Wszystkich czekało to samo bez względu na to, czy delikwent będzie kroił ludzi, uczył cudze dzieci, badał pod mikroskopem materię ożywioną, analizował rozpad promieniotwórczy, gołe baby paćkał na sztaludze, czy zanudzał widzów w roli Albina. Wszyscy musieli się zmierzyć z tym samym na pierwszych dwóch latach wyższej edukacji. Nosiło to nazwę: „podstawy marksizmu-leninizmu”, i było obowiązkowe, nie było zwolnień z tego przedmiotu, a wiedza na egzaminie była konsekwentnie egzekwowana. I Tym sześciokrotnie (bo na niektórych uczelniach pierwszy rok powtarzał) przerabiał te „podstawy”, toteż dzięki wielokrotnemu słuchaniu tych samych informacji zdobył w temacie „podstawy” biegłość wielką. Był niedoścignionym mistrzem. Wiedział wszystko i jeszcze więcej.
Historię Wszechzwiązkowej Komunistycznej Partii (bolszewików) – kurs krótki znał na pamięć, na wyrywki, na akapity, na wiersze, na punkty i podpunkty. Legenda mówi, że z historii WKP(b) potrafił zagiąć niejednego wykładowcę. Nie wiem jak wy, ale ja wierzę w legendy.
3 Te kąpiele między bombardowaniami spowodowały, że Stasiu nabawił się nerwicy przejawiającej się napadami strachu.
4 Talent fryzjerski Kazimierza Tyma został przez syna wykorzystany w filmie Miś. Dla potrzeb ekranu pan Kazimierz stał się panem Pawłem – specjalistą od męskich fryzur w stylu Kojaka (czy jak ktoś woli Telly’ego Savalasa). Udział ojca w filmie syna (współautora scenariusza i odtwórcy głównej roli) dokumentuje słynne zdanie wypowiedziane przez Ryszarda Ochódzkiego: „Dzisiaj, panie Pawle, obetnie mnie pan na zero. Chodzi o grubszy zakład”.
Okładka
Karta tytułowa
Karta redakcyjna
Spis treści
Stacja początkowa
Stacja pierwsza. STAŚ
Przypisy
Okładka
Strona tytułowa
Strona redakcyjna
Spis treści
Epigraf
Meritum publikacji
