Turniej cieni OPR. BROSZ. DODRUK - Elżbieta Cherezińska - ebook
Opis

Lata 30. XIX wieku

Kluczem do panowania nad Azją jest Afganistan, o który Wielka Brytania rywalizuje z Rosją. W Wielką Grę, nazywaną przez Rosjan Turniejem Cieni wplątane są losy Polaków: Jana Witkiewicza – młodzieńca ułaskawionego z wyroku śmierci i zesłanego na Syberię, Adama Gurowskiego – ucznia Hegla i przyjaciela Heinego, arcyzdrajcy sprawy polskiej, a także Rufina Piotrowskiego – prostego żołnierza i najsłynniejszego uciekiniera z syberyjskiej katorgi.

W śniegach Syberii,  na gorących piaskach afgańskich pustyń i wybrzeżach Morza Czarnego trwa Wielka Gra. Bohaterowie rzucają cienie, ktoś jednak pociąga za sznurki marionetek.

Fascynująca opowieść o Polsce. O ludzkich losach, przeznaczeniu, zdradach i niezłomności.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 1231

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Elżbieta Cherezińska Turniej cieni ISBN: 978 - 83- 7785 - 800-4 Copyright © Elżbieta Cherezińska, 2015 All rights reserved PROJEKT OKŁADKI: Tobiasz Zysk REDAKCJA: Tadeusz Zysk, Jan Grzegorczyk, Tomasz ZyskZysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67, faks 61 852 63 26 Dział handlowy, tel./faks 61 855 06 [email protected] Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

CZĘŚĆ I

Bo kto nie wyjdzie z domu, aby zło znaleźć, i z oblicza ziemi wygładzić, do tego zło samo przyjdzie, i stanie przed obliczem jego.

Olszynka Grochowska, luty 1831 r.

Wczesnym rankiem nad laskiem grochowskim wisiała zimna mgła. W obozie wojsk Królestwa Polskiego zakazano palenia ognisk, Rosjanie stali bowiem za blisko. Głodni żołnierze spali oparci o szare pnie olch, konie pozbawione furażu żałośnie szukały suchej trawy pod śniegiem. Ten, topniejący poprzedniego dnia, w nocy stężał od mrozu i pokrył się cienką warstwą lodu.

Raz ślizgając się po nim, to znów zapadając pod jego skorupę, szedł Rufin Jozafat Piotrowski, młody dwudziestoparoletni kapral z ogoloną głową, w narzuconym na mundur piechoty zakonnym habicie. Oddech rwał mu się ze zmęczenia, ale szedł coraz szybciej, wiedząc, iż czas, jaki został do walnego starcia, kurczy się. Szedł już niemal tydzień, spod Stoczka, gdzie walczył w zwycięskiej bitwie w pułku piechoty pod generałem Dwernickim i po raz pierwszy w życiu doświadczył smaku krwi. Był młokosem i rekrutem, nie znał wojny. Przygotowywał się do święceń zakonnych u karmelitów bosych w Wiśniowcu, ale gdy wieść o spisku podchorążych i Nocy Listopadowej przekroczyła zamknięte mury klasztoru, gdy feldmarszałek Dybicz ze studwudziestotysięczną armią rosyjską ruszył ku granicom Królestwa Polskiego, gdy z powstania zrobiła się rewolta, a z rewolucji wojna, kleryk, nie bacząc na klauzulę zakonną, przeprosił Boga za niedotrzymane śluby i ruszył w bój. Generał Dwernicki był najbliżej Wiśniowca, Rufin zaciągnął się. Wcielono go do piechoty, dostał karabin tulski z bagnetem, a należał do szczęśliwców, bo dla wielu zamiast karabinów zostały tylko noże, piki i kosy. Jednak Dwernicki nie zapomniał, iż młody rekrut w plecaku ma zakonny habit, i gdy trzeba było kogoś posłać z poufnymi listami, kazał się Piotrowskiemu przebierać za zakonnika i iść. Kleryka nikt nie zaczepiał, nie zatrzymywał, mógł przejść opodal rosyjskich czujek, nie zwracając na siebie uwagi, komu potrzebny młody klecha w czas wojny? Kto by sobie nim głowę zawracał? Serce Rufina rwało się, by z oddziałem podążyć na Wołyń, ale Dwernicki wezwał go i powiedział: „Idź, synu, pod Warszawę, zaniesiesz do naczelnego wodza moją osobistą prośbę. Nie mogę posłać adiutanta, bo ich potrzebuję przy sobie, do noszenia rozkazów. Rzecz ta jest prywatna, choć wojna i nie czas na prywatę, ale honorowa. Spiesz się. Jak ci się uda, ocalisz życie pewnej rodziny, idź, a potem wróć do oddziału, bo wciąż jesteś moim podkomendnym”.

Tak i szedł, i dotarł pod Olszynkę Grochowską. Od generała wiedział, że wojska polskie ustawiają się w wachlarz, który ma osłonić stolicę przed szykującym się do ataku na Warszawę od wschodu feldmarszałkiem Iwanem Dybiczem.

Feldmarszałek Dybicz najpierw próbował zdobyć Olszynkę Grochowską z marszu. Raz, drugi, za trzecim razem piechota polska stawiła mu tak zaciekły opór, że podczas odwrotu własnych wojsk omal nie dostał się do niewoli. Wtedy postanowił poniechać i poczekać z frontalnym atakiem na przyjście sił księcia Szachowskiego, oddalonego od Warszawy o cztery dni drogi. Kazał ustawić w lasku na wzgórzu dwa korpusy piechoty, dwa korpusy doborowej jazdy i jeden korpus grenadierów, w sumie sześćdziesiąt pięć tysięcy ludzi i ponad dwieście dział. Polacy mieli armat nie więcej niż sto, wojska, jeśli wywiad był dobry, też nie więcej niż trzydzieści, może czterdzieści tysięcy. Tylko czekać na wsparcie księcia Szachowskiego i Warszawę z marszu brać!

Na ósmą rano feldmarszałek zaordynował nabożeństwo dla rosyjskiego wojska. Jak patriarcha pobłogosławi świętym obrazem Michała Archanioła, to duch wstąpi w armię! Jednak ledwie odśpiewano pierwsze modlitwy, gdy od strony Białołęki dało się słyszeć armaty. Dybicz skrzywił się:

— Polskie?

Przerwał nabożeństwo i odebrał meldunek od wbiegającego adiutanta:

— Generał Szachowski zaatakowany, od wczoraj broni się zacięcie. Jego armaty ugrzęzły w błocie pod Markami. Nie przyjdzie nam z pomocą, bo sam potrzebuje wsparcia.

A niech go czart! — pomyślał Dybicz. — Zostałem sam. Lód na rzece puści lada dzień, nie ma na co czekać z atakiem, bo wpław nie sforsujemy Wisły. Dzisiaj albo nigdy.

— Dzisiaj? — w lot rozszyfrował jego minę towarzyszący mu książę Konstanty, a Dybicz usłyszał w jego głosie lęk.

Konstanty Romanowicz, namiestnik Królestwa, wciąż nie mógł się pozbierać po ucieczce z Warszawy. Wciąż trawił zdradę Polaków, nie mógł uwierzyć, że jego ukochani żołnierze walczą przeciwko niemu.

— Dzisiaj, Wielki Książę. Dzisiaj przejdziemy Olszynkę Grochowską i zdobędziemy Warszawę — odpowiedział mu i przygładził bokobrody.

A potem rozesłał adiutantów z rozkazami. Sześćdziesiąt pięć batalionów. Osiemdziesiąt sześć szwadronów jazdy. Na prawe skrzydło VI korpus generała Grigorija von Rosena, lewe — generał Piotr Pahlen, rezerwy mają stać pod Miłosną. Frontalny atak artylerii ze wszystkich dwustu dział. Pół godziny ostrzału wroga, a potem falami szturm piechoty.

— Za cara i Matkę Rosję! W bój!

Rufin Piotrowski nie dotarł do pozycji dowództwa polskiego; atak rosyjski zastał go na tyłach lasku grochowskiego. Wciąż przedzierał się w stronę Żelaznego Słupa przy szosie, gdzie, jak mu powiedziano, znajduje się naczelny wódz. Myślał gorączkowo, czy iść do generała Radziwiłła czy raczej do Chłopickiego. Który z nich naprawdę będzie dowodził? A może szukać bitnego Skrzyneckiego i jemu powierzyć to, o co prosił go Dwernicki? Albo do słynnych dowódców jazdy, Umińskiego i Łubieńskiego? Widział chorągwie narodowe z napisem na jednej stronie po polsku, na drugiej po rosyjsku „Za naszą i waszą wolność, za naszą i waszą wiarę”, które dowódcy rozdawali żołnierzom z rozkazem:

— Rzucać między Rosjan, niech czytają przesłanie!

Przedzierał się na tyłach idącej do ataku piechoty, widział, że potężny ostrzał rosyjski nie czyni większych szkód, jest chybiony i pociski ryją tylko pole przed wojskiem. Widział piechotę z trudem ustawiającą się w lasku w bojowy czworobok. Wreszcie, po niemal godzinie, rosyjskie działa umilkły i dywizje Skrzyneckiego i Żymierskiego ruszyły do ataku. Mijali go biegnący do boju żołnierze piechoty liniowej, tacy jak on sam, wszak ich mundur nosił pod habitem. Biegli lekkozbrojni fizylierzy z uwalanymi błotem, kiedyś białymi pomponami; grenadierzy w wysokich kaszkietach z postawionymi na sztorc bagnetami; zacięci woltyżerowie z żółtymi i żółto-granatowymi pomponami. Szereg załamywał się tylko, gdy padli zabici, żołnierze nie cofali się ani na krok. Lasku broniło dwanaście batalionów polskich.

Rufin przeżegnał się i ruszył, by wypełnić swój rozkaz i znaleźć naczelnego wodza.

Po dwukrotnym nieudanym szturmie feldmarszałek Dybicz przegrupował natarcie. W lasku walczyło dwadzieścia siedem rosyjskich batalionów, a adiutanci donosili, że mają duże straty własne. Niech to diabli, dobrze, że wciąż są niewyczerpane rezerwy. Rzucił dziewiętnaście batalionów Rosena, cztery kolejne generała Pahlena, wsparł atak huraganowym ogniem dział.

— Brawo! Brawo! — krzyknął nieopodal Wielki Książę Konstanty.

Dybicz skierował lunetę w to miejsce, w które przez swoją patrzył Konstanty.

A niech to! — zaklął w duchu. — Książę bije brawo Polakom. Skurczybyki dopuszczają naszych na czterdzieści kroków, z zimną krwią! A potem strzelają jak do kaczek. — Odsunął na chwilę lunetę od oka i zerknął na zaróżowione policzki księcia Konstantego. — Przecież nie oskarżę cesarskiego brata o zdradę stanu — pomyślał i z powrotem zerknął przez lunetę.

— Kto to? — spytał na głos, wskazując na pułkownika polskiej artylerii, który biegał od działa do działa, sam je ładował, ustawiał i trafiał za każdym razem.

— Ten wysoki? Pułkownik Chrząszczewski! — odpowiedział Konstanty. — Żołnierze go uwielbiają, och!…

Na ich oczach Chrząszczewski padł. Kula armatnia rozerwała go na dwoje. Dybicz spojrzał na Konstantego z tryumfem. Książę zbladł, nie opuścił lunety. — Ten bazyliszek tak nienawidzi moich ukochanych żołnierzy, że zabija ich samym wzrokiem. Nie odwracając się do feldmarszałka, powiedział zduszonym głosem:

— Patrz pan, generale. Polacy nawet na chwilę nie przestali strzelać.

Rufin, idąc tyłami lasku, niewiele widział. Słyszał wybuchy dział, jakby były tuż obok, słyszał krzyki i wycie rannych, strzały karabinów, huraganowe okrzyki idącej do ataku piechoty. Słup, o którym powiedziano, że przy nim stacjonuje sztab, był już blisko. Wtedy go zobaczył. Cywil w cylindrze, w surducie, z cygarem, na gniadym koniu. Pistolety w olstrach. Za nim trzech adiutantów w barwach grenadierów. Z cygarem w zębach krzyknął:

— Nie pokładałem żadnej nadziei w tych żołnierzach z szybkiego werbunku. Czyś ty widział ten regiment dwudziesty?

— Pułk Dzieci Warszawy, panie generale! — odpowiedział cywilowi adiutant.

— Mieszczanie, plebs, rzezimieszki z kosami, a pod ogień idą jak stara napoleońska gwardia. Nie myślałem, że coś takiego drugi raz w życiu zobaczę. Biją się, jakby całe życie na wojnie spędzili.

Naprzeciw nim nadjechał adiutant.

— Panie generale Chłopicki! Generał Roland wykrwawia się w lasku, broni się drugą godzinę i z prawej strony linia przerwana! Rosjanie znów wdarli się do Olszynki.

Rufin Piotrowski w tej chwili zrozumiał, że cywil z cygarem to Chłopicki, wcześniej dyktator powstania, a po dymisji nieformalny wódz wojsk polskich. Już chciał ku niemu podskoczyć, ale Chłopicki rzucił się konno do przodu i zawołał:

— Wezwać generała Żymirskiego, by wsparł Rolanda i odzyskał lasek!

Dybicz miał dość cholernej Olszynki; dwa razy zdobywana, dwa razy tracona; rzucił kolejne bataliony. Kazał ruszyć generałowi Markowowi. Śledził go przez lunetę.

— Kim jest dowodzący? — spytał Konstantego, który świetnie znał wszystkich dowódców polskich.

— Który, generale? — obojętnie zapytał książę.

— Ten, co prowadzi piechotę! — wściekle krzyknął Dybicz.

— To nie piechota, feldmarszałku. To mój Pułk Czwarty. Moi czwartacy… — Zadrżał wzruszeniem głos księcia. — A prowadzi pułkownik Bogusławski, dawno miałem awansować go na generała.

Oszaleję z tym wariatem — zaklął w myślach Dybicz. Miłość Konstantego do czwartaków była legendarna, Wielki Książę przy kieliszku szampana opowiadał o nich anegdoty z takim zapałem, jakby mówił o własnych synach.

Na minutę ustał ostrzał armatni i obaj usłyszeli, jak generał Markow, na pięćdziesiąt kroków od Pułku Czwartego, krzyczy:

— Bogusławskij! Nie strielaj! Nie strielaj! — i macha uniesionym pałaszem.

Dybicz zdążył pomyśleć, że carski generał nie powinien krzyczeć tak do wroga, nawet jeśli się znają, ale w tej samej chwili któryś z czwartaków strzelił prosto w brzuch generała Markowa. Trafić musiał w tętnicę, bo krew chlusnęła jak purpurowa fontanna. Dybicz z obrzydzeniem odsunął lunetę od oka. Nie zobaczył, że Markow wpycha pięść w ranę i drze się:

— Riebiata, nazad! Nazad!

Gdy ponownie przyłożył ją do oka, jego piechota była w odwrocie.

— Czwartacy! — wyrwało się Konstantemu. Zreflektował się, że strzelili do Markowa, i dodał sztywno: — Aż to chuje.

Feldmarszałek Dybicz zacisnął szczęki i posłał na Polaków kolejne natarcie.

— Artyleria na Olszynkę! Jazda za nimi! Cisnąć półkolem!

— Czwartacy do lasku! Bronić Olszynki, nie puścić! — krzyknął Chłopicki, unosząc się w siodle. — Pułkowniku Bogusławski! Nie ustąpcie!

— Panie generale! Mamy wielkie straty własne! Pułki piechoty po trzydzieści procent stanu zostawiły martwych na polu! Wyrzynają nas — zameldował adiutant na spienionym koniu.

— Jakiż on podobny do Napoleona — wyrwało się Piotrowskiemu.

— Bo to jego nieślubny syn, z Walewską, Aleksander — rzucił z uśmiechem jeden z czwartaków.

— Idziemy z odsieczą! Sam będę przewodził grenadierom! — odkrzyknął Chłopicki. — Jechać z rozkazami do jazdy Umińskiego i Łubieńskiego. Mają nas wesprzeć atakiem oskrzydlającym. Możemy wygrać tę bitwę, do diabła! Możemy ją wygrać teraz!

Piotrowski poczuł skurcz, gdy usłyszał, że generał wzywa sił nieczystych. Rozejrzał się. Jak szukać wodza naczelnego, Radziwiłła? Rzucił się ku szosie, tam w rowie dostrzegł schowany sztab. Gdy wybiegł na szosę, zobaczył, że przed laskiem szeregi polskie się rozproszyły pod naporem Rosjan. Zobaczył Chłopickiego, jak jedzie, bez broni. Jak strzelają do niego, strącają cylinder, koń pod nim pada. Generał wyjął nogi ze strzemion i zeskoczył niemal w locie. Podniósł cylinder, odrzucił cygaro, pochylił się i rannemu zabrał karabin. Stanął, naładował, przyklęknął i strzelił.

— Jeszcze Polska nie umarła! — krzyknął i ruszył przed siebie.

Zestrzelili mu cylinder, Chłopicki poprawił włosy, szedł, a za nim tyralierą grenadierzy.

— Nie umarła, kiedy my żyjemy! — wrzeszczał.

Podprowadzono mu konia, wskoczył na siodło, ruszył. Ledwie skoczył kilka kroków, rosyjski strzelec wycelował i zabił pod nim konia. Doprowadzono mu następnego, on krzyczał:

— Kiedy my żyjemy! — Jechał z uniesionym pałaszem, wiatr rozwiał mu włosy.

Wtedy dogonił go adiutant, krzycząc:

— Umiński i Łubieński nie wykonają pańskiego rozkazu! Mówią, że pan nie jest wodzem! Chcą rozkazu od Radziwiłła.

— A by ich piekło pochłonęło!… — zaklął, ale się zmiarkował, bo był wśród wojska. Zawrócił ku adiutantowi. — Co takiego?

— Łubieński powiedział… pan wybaczy? — wystraszył się Aleksander Walewski.

— Mów! — Chłopicki przetarł dłonią czarną od prochu twarz.

— Powiedział, że nie będzie piechur dowodził jazdą.

— Jadę do Radziwiłła! — krzyknął Chłopicki do generała Skrzyneckiego. — Pan dowodzisz!

Rufin zerwał się do biegu. Między drzewami na skraju lasku koń Chłopickiego przeciskał się z trudem, Rufin biegł niemal przy ich boku. Generał w surducie dostrzegł go.

— Klecha na wojnie? Czego chcesz?

— Kapral Piotrowski od generała Dwernickiego do naczelnego wodza! — krzyknął Rufin.

— Ja nie jestem wodzem! Nie słyszałeś? Jestem generałem doradcą, którego rozkazów nie chce wykonywać dumna jazda polska — strzyknął śliną w bok. — Idź do Radziwiłła!

— Rzecz jest pilna, panie generale!

— To biegnij, klecho! — krzyknął, wyprzedzając go, Chłopicki.

Piotrowski podciągnął habit i biegł. Było niedaleko. Gdy dotarł pod Żelazny Słup, Chłopicki już zdążył zeskoczyć z konia i kłócił się ze starszym, siwowłosym mężczyzną w mundurze generalskim.

— Nie chcą wykonać rozkazu! — krzyczał. — A tylko teraz mamy szansę! Oskrzydlenie kawaleryjskie, szturm naszej piechoty i Dybicz jest nasz! Generale! Morale Moskali padło, ale jak feldmarszałek rzuci na nas kolejne dywizje, to odbiją Olszynkę. Teraz, teraz albo nigdy!

— Atak to zabójstwo, generale Chłopicki! Ja… ja… nie wezmę śmierci tych żołnierzy na swe sumienie…

— To po coś pan się dał zrobić wodzem, do cholery?!

— Niech pan nie klnie! Generale, nie uchodzi!

— Każ pan Umińskiemu i Łubieńskiemu oskrzydlać. Ja nie zostawię tych ludzi! Poprowadzę piechotę w bój!

— Życie panu niemiłe?

Chłopicki chwycił Radziwiłła za ramiona i zbliżył czarną, usmoloną twarz do jego pobladłej twarzy. Krzyknął:

— To nie o życie chodzi, tylko o honor! My tu umrzemy, pan nie rozumiesz?

Puścił wodza, odwrócił się na pięcie, wskoczył na siodło i ruszył.

— Kondotier — rzucił za nim Radziwiłł — istny kondotier!

Piotrowski chciał pobiec za nim, ale miał zadanie.

— Panie generale, kapral Piotrowski od generała Dwernickiego — zameldował się Radziwiłłowi.

— Od Dwernickiego? On na Wołyniu, dostał rozkazy.

— Tak, ale wysłał mnie. Proszę posłuchać, tu nieopodal jest dom, tam rodzina po powstańcu kościuszkowskim, honorowa sprawa. Dwernicki obiecał sierotom opiekę.

— Jak obiecał, niech wypełni, nic mi do tego. Adiutant! Wołać generała Szembeka. Na niego sceduję dowództwo! — Radziwiłł odwrócił się do Rufina. — Z której to strony ten dom?

— Tam.

— Leć pan do… nie wiem do kogo. Kto tam dowodzi? A zresztą, nie mam do tego głowy!…

Rufin odsunął się, bo generał Radziwiłł gniewnie odszedł w bok. Uskoczył. Zobaczył, jak Chłopicki konno wysuwa się przed szereg piechoty, dołącza do generała Prądzyńskiego, jak obraca się, patrzy w lewo, czy idzie wsparcie jazdy, odgarnia mokre włosy z osmalonej twarzy, i w tej samej chwili rozległ się dźwięk rozrywanego granatu. Chłopicki i jego koń zniknęli w chmurze dymu. Jakby ogień piekielny ich pochłonął. Grenadierzy rzucili się ku ranionemu wodzowi.

— Żyje! Ranny, ale żyje… — krzyknął ktoś, lecz nie dokończył zdania, bo został postrzelony.

Generał Prądzyński doskoczył do Chłopickiego wyciągniętego spod szczątków konia.

— Żyjesz pan?

— Żyję i żałuję, że mnie nie zabili. Z tymi ludźmi — uniósł się i pokazał na grenadierów — chciałbym zginąć.

— Komu pan przekazuje dowództwo?

— Skrzyneckiemu.

— Jakie rozkazy?

— Odbić Olszynkę. Zabrać Moskalom lasek choćby za cenę ostatniej krwi.

Dybicz, widząc przez lunetę, jak wynoszą ciało generała z pola bitwy, krzyknął z radości:

— Chłopickiego zabili! Szyk piechoty załamał się! Koniak! Podać koniak! — zawołał do adiutanta. — A wojsku dać wódki! Gdzie są Nieśmiertelni?

— Kirasjerzy, panie marszałku?

— Tak! Synkowie moi złoci!

— Gotowi, panie generale!

— Najjaśniejszy książę! — zawołał Dybicz do Konstantego. — Napij się ze mną!

— Za co? Bitwa jeszcze nieskończona — wzruszył ramionami Konstanty.

— Za zwycięstwo, mój książę! Chłopicki zabity. Spójrz przez lunetę, wojska Szembeka uciekają w stronę Wisły w popłochu, piechota kłębi się w lasku. Odwrót! Polacy w odwrocie! Napij się, książę! — zerknął, zobaczył, że wykonano jego rozkaz i wzdłuż szyku kirasjerów jedzie oddział sztabowy z wódką.

Konstanty na karym koniu podjechał blisko niego. Wyciągnął rękę po koniak. Koń parsknął i obrócił się. Konstanty wypił i rzucił mu pod kopyta kieliszek.

— Do ostatniego ataku! — krzyknął Dybicz.

Książę Konstanty odwrócił się. W oczach miał łzy.

Rufin pobiegł w kierunku, który machnięciem pałasza wskazał mu Radziwiłł. Słyszał świst kul, szczęk tulskich skałkowych karabinów, ale z boku, nie przed sobą. Myślał o poległych i tak bardzo chciał, by wśród nich nie było tej piątki dzieciaków, co przymierały głodem. Musiał więc iść szybciej i szybciej. Las przerzedzał się i Piotrowski wiedział, że okrąg, jaki zatoczył lasem, wyprowadza go o mniej więcej milę od ich chałupy. I słyszał, że bitwa po raz kolejny tego dnia nabiera rozpędu.

— Tak! — odpowiedział zapytany wartownik. — To 1. Pułk Strzelców Pieszych, brygada generała Szembeka.

— Do dowództwa którędy?

Odpowiedział mu nieokreślony ruch ręką, jakby wartownik szukał w powietrzu, między rzadkimi drzewami, między chmurami ciemnego, duszącego dymu.

— Tędy, może tędy?…

Dopiero teraz Rufin zobaczył, że wartownik jest ranny. Chwilę wahał się, czy zostać z nim, czy szukać dowódcy, ale nawet skrawka płótna do opatrunku przy sobie nie miał. Ruszył biegiem. Złapał szeregowca z torbą sanitarną.

— Tam, wartownik trafiony, biegnij, człowieku, biegnij!

Widział żołnierzy wracających z potyczki, osmolone od prochu twarze, czarne dłonie przecierające czoła. Siadali gdzie popadnie, opierali się o drzewa, szukali manierek z wodą. Nie mówili nic. Tylko oddechy, głośne charczenie, zachłyśnięcie wodą, szczęk zębów o blachy manierki. Wiedział, że odpoczną chwilę i znów ruszą do ataku, a to znaczyło, że czas dla tych biedaków, których generał Dwernicki kazał mu ochronić, dramatycznie się kurczy.

— Do dowództwa? Do generała Szembeka? Którędy? Którędy? — pytał każdego z wracających piechurów. Kręcili głowami, ich zmęczone twarze były nieobecne, nieprzytomne; zresztą może nie słyszeli go wcale, bo w uszach wciąż mogli mieć świst po huku wybuchów. Piotrowski w rozpaczy rzucił się ku niewielkiemu pagórkowi na skraju lasu. Na jego szczycie powiewał sztandar, a przy nim kręciło się kilku ludzi, pomyślał, że to musi być kwatera dowództwa.

— W imię Boga! Za naszą i waszą wolność! — wrzeszczał ochrypłym głosem niewysoki mężczyzna w mundurze piechoty i czerwonej rogatywce z białym piórem, wymachując przy tym sztandarem z takim samym hasłem.

Piotrowski stanął w miejscu i patrzył, nie rozumiejąc tego, co widzi. Gdzie jest? Na wojnie z Moskalem czy na rewolucyjnym wiecu? Otarł pot z czoła i dopiero teraz zobaczył, że namiot dowództwa jest obok, oparty o kępę starych brzóz, a na wykrzykującego ze wzgórza rewolucyjne hasła nikt nie zwraca uwagi. Pod płótnem namiotu kilku generałów, których nie znał i których od niższych stopniem rozróżnił tylko po epoletach. Wokół nich adiutanci z mapnikami, konie uwiązane ledwie parę metrów dalej, gorączkowa, pełna okrzyków krzątanina.

— Kapral Piotrowski od generała Dwernickiego… — zameldował się, ale nikt nie zwrócił na niego uwagi. W powietrzu padały zagłuszające go raporty bitewne oraz komentarze.

— Generał Skrzynecki miał tylko dziesięć batalionów, a wstrzymał cały korpus Rosena! Moskale stracili tysiąc ludzi, nasz Skrzynecki czterystu ledwie!

— Tylko dziesięć batalionów?

— Ale między nimi słynny Pułk Czwarty, panie generale! Czwartacy to lwy.

— Kapral Piotrowski od generała Dwernickiego…

— Co tu robi ten kleryk? — generał wreszcie go zauważył.

— Ja od generała Dwernickiego — wdarł się szybko Rufin. — Tam, na skraju lasu, jest zniszczony dwór, chałupa właściwie, generał prosi, by zaopiekować się mieszkającą tam rodziną, bo to sieroty po kościuszkowskim powstańcu…

— Pokaż memu adiutantowi gdzie — skinął mu głową generał i Piotrowski domyślił się, że to słynny Piotr Szembek, o którym mówiono: „Ufaj Szembekowi, on nie zdradzi”. — Franciszku, idź z klerykiem.

Jasnowłosy adiutant zasalutował i pociągnął go z namiotu, wskazując na wzgórek.

— Stamtąd będzie coś widać. Jestem Franciszek Kacper Fornalski w służbach u generała Szembeka.

— Kapral Rufin Jozafat Piotrowski.

— Skąd ten habit?

— Do powstania poszedłem wprost z nowicjatu i generał Dwernicki używa mnie do noszenia wiadomości. Jako kleryk nie rzucam się w oczy.

— Ano tak. Pod Stoczkiem walczyłeś?

— Walczyłem.

Ze szczytu wzgórza, na które wchodzili, znów ujrzał tego dziwaka w rogatywce krzyczącego:

— Rewolucja nie kończy się ostatnim strzałem na ulicy, ale ustaleniem nowego porządku! Do diabła ze starym światem!

— Hrabio Gurowski, zamknij się i biegiem do dowództwa. Są rozkazy dla ciebie — odkrzyknął mu lekceważąco adiutant generała.

— Chcecie mnie uciszyć, tak? — Napadł na nich niewysoki człowiek w niebieskich binoklach.

Dopiero teraz Piotrowski zobaczył, że spod czerwonej rogatywki patrzy na nich tylko jedno oko, a drugie jest całkowicie zarośnięte.

— Uciszyć byś się mógł, drogi hrabio, bo tu trwa wojna, nie rewolucja — spokojnie odpowiedział adiutant.

— To jedno i to samo — ryknął jednooki mężczyzna. — To nasze być albo nie być! A ja nie jestem już hrabią! Wyrzekłem się tytułu, bo nie chcę mieć nic wspólnego z tymi darmozjadami! Walczę o Polskę dla ludu! O wolność dla obywateli, a nie ciemnotę mas!

Fornalski wyraźnie nie brał tego człowieka na poważnie. Mówił do niego jak do niesfornego dziecka:

— Nie żyłuj się, panie Gurowski. Masz rozkaz jechać do Paryża, przewieziesz korespondencje dla prasy i pocztę dyplomatyczną.

— Albo wielka Polska niepodległa i wolna, albo żadna!

Adiutant zręcznie wyminął zagradzającego im drogę Gurowskiego i pociągnął Piotrowskiego za rękaw habitu.

— Który to dom? — spytał, osłaniając oczy przed promieniami słońca, które wyszło spomiędzy chmur. — Tam proszę spojrzeć, na tyłach były trzy chałupy i karczma, generalicja wzięła je na kwatery.

— To żadna z nich, tamta stoi osobno, na polance.

— Widzisz artylerię Rzepeckiego? — Adiutant wskazał na pozycje na skraju lasku. — A tam naciera na nas korpus generała Rosena. No, nie widać, bo dym zasłania. I gdzie ten dom?

Piotrowski nie mógł przez chwilę go znaleźć. Widział tylko wybuchające raz po raz pociski. Najpierw ogień, potem chmura czarnego i siwego dymu idąca kominem wzwyż. Wreszcie, gdy chmura opadła, zobaczył działa Rzepeckiego wysuwające się z lasu na odkrytą przestrzeń.

— Szykują kolejny atak — powiedział adiutant.

— A dom jest tam — Piotrowski pobladł i wskazał na chałupę — wprost na ich linii.

— Biegiem do Rzepeckiego! Może zdążymy!

Zbiegali ze wzgórza, potykając się; mijali bataliony piechoty ruszające do natarcia. Żołnierze w marszu robili znak krzyża usmolonymi dłońmi i stawiali bagnety. W powietrzu dźwięk sygnałówek krzyżował się z rozkazami. Gdzieś z boku migała między drzewami czerwona rogatywka jednookiego Gurowskiego, który równo z nimi biegł z bagnetem, nie przestając krzyczeć:

— Za wolność naszą i waszą!

Przedzierali się w poprzek kompanii idących do ataku, raz po raz wpadali na żołnierzy. Piotrowski zahaczył habitem o konar, przewrócił się, zobaczył, jak białe pióro znika między drzewami; stracił też z oczu adiutanta generała Szembeka. Zerwał się ze śniegowego błota, ruszył dalej, wreszcie wybiegł na skraj lasu. Dom już płonął. Przed nim stał wyrostek w za dużym, ojcowym kożuchu i krzyczał rozpaczliwie:

— Zostawcie nas! Zostawcie! To jedyne, co mamy!

Rozkładając szeroko ramiona, dopadł do niego jednooki Gurowski, zasłonił ramionami chłopca i resztę płonącego domu. Wrzasnął ku artylerzystom:

— Zostawcie ich!

— Ktoś ty?! — zawołał ku nim dowódca artylerii.

— Jestem Walenty Dmowski — odkrzyknął zdeterminowany wyrostek. — Syn kościuszkowskiego powstańca.

Jednak w tej samej chwili raca kongrewska wystrzelona z innego punktu ogniowego z szatańskim świstem wbiła się w kryty strzechą dach chałupy. Stanął w ogniu w jednej chwili. Zawirowała w powietrzu płonąca słoma. Gurowski rzucił się ku płonącemu domostwu, Piotrowski, podciągając wysoko habit, dołączył do niego. Z wnętrza wybiegły okutane w chusty dzieci. Piotrowski chwycił kilkuletnią dziewczynkę na ręce i ruszył z nią w stronę lasu. Dziecko miało szeroko otwarte usta, milczało przerażone, jakby zamarłe. Wepchnął dziewczynkę w ramiona kogoś z pierwszego szeregu i pobiegł z powrotem do chałupy. Widział Gurowskiego, który mimo niskiego wzrostu targał pod pachami dwoje mniejszych dzieci. Walenty Dmowski stał jak wmurowany.

— Ilu was tam jeszcze jest? — zawołał do niego Piotrowski.

— Jeszcze matka z kilkumiesięczną siostrą — poruszył ustami wyrostek.

— Pomóż mi — krzyknął do chłopca i już wbiegali w płonące obejście.

Kury i kaczki płonące żywcem biegały, czyniąc zgiełk i machając skrzydłami, przez co rozniecały płomienie na piórach jeszcze bardziej. Kwiczało poparzone, oszalałe prosię. Z domu wybiegła kobieta z szablą w ręku i obrazem Matki Boskiej pod pachą, w drugiej ręce trzymała niemowlę.

— Matulu! — zawołał wyrostek.

— Uratowałam! — krzyknęła do niego, pokazując kościuszkowską szablę. — Uratowałam…

— Ktoś jeszcze? — zawołał, dobiegając, zziajany Gurowski.

— Prosiak — nieprzytomnym wzrokiem potoczył chłopiec — nasz prosiak.

— Zabieraj ich, klecho, ja złapię świniaka — zarządził Gurowski i kapral posłuchał go, jakby wykonywał rozkaz szalonego rewolucjonisty. Zagarnął kobiecinę i jej syna i pchał w stronę lasu. Gdy wbiegali między drzewa, słychać było „Hura!” polskiej szarży i kanonadę moskiewskich karabinów. Piotrowski wepchnął chłopaka i matkę głębiej w zarośla, gdzie czekały mniejsze dzieci, i wybiegł znów na skraj lasu. Artyleria konna wytaczała szybko lekkie sześciofuntowe działa. Pospiesznie szukał Gurowskiego, przepatrując przestrzeń między dopalającą się chałupą a lasem. Padła komenda:

— Od prawego działami ognia!

— Nie strzelajcie! Tam jest człowiek! — zakrzyknął Piotrowski.

— Ecce homo! Tu jestem — klepnął go od tyłu w ramię jednooki.

— A prosię? — odetchnął Rufin.

Gurowski wzruszył ramionami.

— Trzeba nam wojny totalnej, a nie świnie ratować. Jestem mózgiem tej rewolucji i moje życie warte więcej niż strata jednej świni. Nazywają mnie jakobinem i straszą, że Europa nie będzie nam sprzyjać, gdy u siebie będziemy szerzyć hasła rewolucji, a nie rozumieją, że tym właśnie wygrała Francja. Europa nie pójdzie dzisiaj umierać za Polskę. — Strzyknął śliną w bok i otarł usta. — Ale za rewolucję narodów? To chwyci, kleryku. Wolność nasza i wasza! Czym prędzej trzeba przenieść rewolucję za Bug, a nawet dalej, w głąb Rosji, za Kaukaz! Rozlać się niczym wezbrana rzeka i despotów zatopić.

Kapral w habicie patrzył na podporucznika w czapce z białym piórem. Obaj wyglądali cudacznie.

Zagrzmiały działa i z drzew poleciała na nich kora i kruche gałęzie. Osłonili głowy. Gdy rozwiał się dym, na poszarpanym lejami polu przed Olszynką Grochowską ujrzeli kłębiące się trupy koni i moskiewskich kawalerzystów.

— Hurra! Wygrana! Generał Rosen pobity! — krzyczeli żołnierze.

Piotrowski rozejrzał się. Jednooki szalony Gurowski zniknął jak duch.

— Moskale się wycofują! — zawołał ktoś i chwycił go za ramiona.

— Słyszysz? Ucichły armaty! — Śmiał się jak szalony jakiś kanonier z czarną od prochu twarzą. — A Moskal grzmi z armat, odkąd staje do bitwy! Grzmi w ciemno, bo mu się zdaje, że nieprzyjaciela przestraszy! Ha, ha! Na dzikie ludy Kaukazu to pewnie działa, ale nie na nas, co, księżulo? Nie na nas! Sam armatę zagwoździłem! Tymi, tymi rękami! Pobłogosław, no pobłogosław bohatera!

Kanonier obracał Piotrowskim jak w jakimś tańcu upiornym, choć zwycięskim, a z pola równym marszobiegiem wracało na pozycje wojsko.

Drogę Rufinowi przecięła kolumna wracających z szarży kawalerzystów.

— Jazda Umińskiego! — krzyknął ktoś na ich widok.

— Jana Ne-po-mu-ce-na! — odkrzyknął ułan.

— Moskala prać!

— Skórę z niego brać!

Jan Umiński jechał na czele, bez epoletów generalskich, w prostym mundurze fizyliera — a to był ten sam, co wojska napoleońskie wprowadził do Moskwy!

Rufin zrzucił habit i wbiegł pomiędzy nagie pnie lasku. Już mógł, bo wypełnił misję generała Dwernickiego, jego honorowy dług.

— Gdzie dowódca brygady? — spytał pierwszego napotkanego piechura. Ten na głowie miał wysoką czapkę z wyraźną „4”. Czwartacy.

— Tam — rzucił mu wojak bez zęba z przodu, osmalony na wąsach i twarzy. — Kapitan Borzęcki.

Rufin stanął przed oficerem na baczność.

— Kapral Piotrowski melduje się na rozkazy.

— Skąd się wziąłeś? — spytał Borzęcki.

— Spod Stoczka. W zwycięskiej bitwie walczyłem pod generałem Dwernickim. W piechocie liniowej, jak pan.

— Wezmę cię. Mam takie straty, że każdy, kim wypełnię lukę w szeregu, jest cenny. Masz broń? — zadał pytanie dowódca, ładując swoją.

— Nie.

— To weź karabin z bagnetem. Im już niepotrzebne. — Borzęcki głową pokazał na zabitych. — Przed nami Termopile.

— Co? — nie zrozumiał w pierwszej chwili Rufin.

— Straciliśmy dowództwo. Chłopicki ranny. Jazda ruszyła samotrzeć. Artyleria gra, jak jej dusza podpowie. Mój przełożony, generał Skrzynecki, dostał rozkaz bronić Olszynki do upadłego. I moja dusza mówi, że nie oddam tego lasku.

Piotrowski spojrzał na pomarańczowe smugi światła na korze drzew. Zdały mu się wypływającą z ran i zamarzającą krwią, a sterczące ze stratowanego śniegu konary kośćmi ramion zastygłych w pośmiertnym stężeniu.

— Chce pan być Leonidasem? — spytał Rufin, pamiętając, że król Sparty przed bitwą dowiedział się od wyroczni, że zginie.

— Gdyby to miało ocalić Królestwo Polskie? Chciałbym, kapralu — westchnął dowódca brygady czwartaków, nie przestając ładować broni. — Kserkses miał ciężką jazdę, huvaka. A na nas pójdzie armia ciężkozbrojnych kirasjerów. — Uniósł wzrok na Rufina. — Co tak patrzysz, kapralu? Pocisk karabinu nie przebije rosyjskich kirysów. Pozostaje nadzieja, że tak jak w Termopilach, garstka walecznych pobije butnych Persów. Stawaj w szereg i rób to, co moi czwartacy.

Stanął w ostatnim szeregu z bagnetem, który wyjął z rąk zabitego. Kapitan Borzęcki dał rozkaz:

— Na skraj lasu marsz!

Ani skrawka pustej ziemi. Szli po trupach Rosjan i swoich.

Najpierw patrzył, by nie deptać po zmarłych, ale gdy od frontu zaczęły świstać kule, patrzył tylko, by nie złamać szeregu. Stanęli między pierwszymi, rzadkimi drzewami. Spojrzał w górę. Lutowe słońce chyliło się ku zachodowi. Jego oczy rejestrowały chłodną, wiszącą nad ziemią mgłę, a rozbudzona wspomnieniem Leonidasa wyobraźnia podpowiadała, że to ostatnie tchnienia umarłych, które zawisły między ustami żołnierzy a boską wiecznością, ku której nie zdołały się jeszcze przedostać.

Widok na otwartą równinę zasłaniały mu pierwsze szeregi czwartaków, więc zanim zobaczył, najpierw usłyszał rosyjską jazdę. Ziemia drżała pod końskimi kopytami.

— Wyczekać! — krzyknął Borzęcki. — Na czterdzieści kroków. Pal!

Wystrzeliły salwą tulskie karabiny. Kirasjerzy w mundurach z zielonymi wyłogami, na wielkich gniadych rumakach wbijali się w pierwsze szeregi czwartaków. Kule odbijały się od ich srebrnych kirysów. Pierwsza salwa, druga, trzecia.

— Nieśmiertelni… — krzyknął ktoś z pierwszego szeregu. — Naprawdę nieśmiertelni!

— Kule się ich nie imają, ogień ich nie zabije…

Koń wielki jak smok zamajaczył tuż nad nim, Rufin odskoczył w bok, przewrócił się, upadł na zwalony olchowy pień i wylądował twarzą tuż nad wykrzywionym, zastygłym w bólu obliczem poległego grenadiera.

— Kapitanie! Proch się kończy! Nie damy rady! To rycerze samego księcia piekieł! — doskoczył do Borzęckiego żołnierz niemal czarny od prochu.

W tej samej chwili stojący przed Rufinem chłopak o wyglądzie złodziejaszka, dzieciak Warszawy z płową potarganą czupryną, wyciągnął przed siebie kosę, przerażony szarżą kolejnych kopyt i w odruchu obrony wbił ją w koński bok. Na jasne włosy chłopaka prysła gorąca krew. Gniady rumak zakwiczał przeraźliwie i padł w biegu, przygniatając swym ciężarem kirasjera.

Borzęcki, widząc to, krzyknął:

— Czwartacy na kolana! Wysypać proch! Dla nas nie ma innego ratunku. Idziemy na walkę wręcz.

I cały oddział klęknął.

Zdmuchnęli proch z panewki. Ich oczy mówiły: „My nie strzelamy. My idziemy na noże”.

Rufin pomyślał: Co oni robią!? Pozbywają się broni palnej. I zaraz zrozumiał. Idą na życie i śmierć.

— Czwartacy! — krzyknął Borzęcki. — Proch w pył.

Klęcząc, dmuchnęli wszyscy jak na komendę. I odkrzyknęli, składając przysięgę:

— Bóg i Ojczyzna! Dla niej wszystko. Po nas nic.

I powstali jak ta garstka Leonidasa w Termopilach.

Ustawili ostrza bagnetów na wprost pędzących ku nim brzuchów. I darli nimi końskie boki, wypruwali wnętrzności gniadych rumaków, a dumni kirasjerzy spadali w śnieżne błoto jeden za drugim, bez żadnego wystrzału. Dobijano ich bagnetami na ziemi.

— Bóg i Ojczyzna — nic nie ma więcej.

Kirasjerskie hełmy z napisem „Nieśmiertelni” toczyły się pod buty dzieci Warszawy. Szewców, golibrodów, krawców, złodziei. Deptali je, idąc przed siebie, na wprost.

W tym samym czasie, jakby na komendę „wsparcie piechoty”, generał Skalski odpalił race kongrewskie. Te z przeraźliwym, wężowym sykiem, z ogonem ognia, wpadały między kolejne nadciągające bataliony moskiewskich jeźdźców. Spłoszyły doborową jazdę Dybicza. Konie stawały dęba w miejscu, zrzucając jeźdźców. Rakieta za rakietą Polacy odpalali swój gniew.

Kolejne pułki piechoty, zbrojne tylko w bagnety i piki, wychodziły z mokradeł Olszynki. Artyleria nie miała pocisków, rzuciła się do walki wręcz.

Rufin Piotrowski, idąc w jednym szeregu z czwartakami, na noże, bagnety i kosy, myślał, że odkąd bitwa straciła wodzów, odkąd dowództwo przeszło w ręce oficerów i zwykłych żołnierzy, odtąd Polacy wzięli zwycięstwo. Stali się murem, którego niezwyciężeni kirasjerzy nie mogli pokonać.

On sam deptał po ciałach poległych i szedł naprzód, wypierając Rosjan z Olszynki. I wtedy zrozumiał, że kłótnie dowództwa i spory ideologów zrywu były próżne. Bo trzon armii stanowili prości ludzie. Ci, którzy zdmuchnęli proch z panewki, składając przysięgę, że liczy się tylko Ojczyzna i Bóg.

— Feldmarszałku! — Na słaniających się nogach porucznik z trudem meldował. — Pułk imienia Albrechta Pruskiego nie istnieje. Z tysiąca Nieśmiertelnych ostało się osiemdziesięciu. Tylko łasce pułkownika Kickiego zawdzięcza życie dowódca Nieśmiertelnych, Egor Fedorowicz Meyendorff.

— Odwrót! — zakrzyknął feldmarszałek Iwan Dybicz do swego dowództwa. — Ocalić resztki armii! Ooodwrót!

Ostro podjechał ku nim adiutant, za nim dwaj oficerowie z ubłoconymi, biało-czerwonymi chorągwiami.

— Wielki Książę! Panie generale! Takie chorągwie Polacy rzucali naszym pod stopy! — zameldował.

— Rozwinąć! — nakazał Dybicz.

„Za naszą i waszą wolność, za naszą i waszą wiarę”.

— Zwinąć! Schować w tabory — warknął feldmarszałek.

— Zwycięstwo było przy Polakach — powiedział suchym głosem książę Konstanty, składając lunetę i odwracając twarz od Dybicza tak, by ten nie mógł zobaczyć jego łez. — Ja, feldmarszałku, nie wrócę już do Warszawy.

— Żałujesz, Wielki Książę? — krzyknął Dybicz, zawracając konno.

— Czy ja żałuję? — szepnął Konstanty Romanowicz i jego koń rzucił się w bok, w stronę polskiej stolicy. Książę szarpnął wodze. — Od dzisiaj idę w cień…

Koń Konstantego zarżał, a on sam zasłonił ramieniem twarz.

Słońce schowało się za horyzontem. Krwawa poświata przeciągała ostrzem po zbrukanym, stratowanym śniegu.

Orsk, luty 1831 r.

— Profesor Aleksander von Humboldt! Nawet wyrazić nie potrafię, jaki to zaszczyt dla Rosji, guberni orenburskiej, Orska i mego skromnego domu! Uczony światowej sławy w moich progach… proszę, proszę tędy… — Pułkownik Isajew, komendant twierdzy orskiej, giął się w ukłonach. — Napije się pan profesor herbaty? Rosyjska herbata to nie zwykły napój, to cała celebra, najpierw samowar trzeba…

— Napiję się później, z ochotą. Teraz chciałbym odświeżyć się po podróży przez stepy — odrzekł przybysz, wysoki siwowłosy mężczyzna z szyją owiniętą białym fularem.

— Naturalnie! Tędy, proszę. Przygotowałem mieszkanie. — Przechodzili przez korytarz do położonych w głębi domu pomieszczeń. Isajew prowadził, idąc tyłem, by nie odwracać się od wybitnego gościa, i nie przestawał mówić ani na chwilę: — Na co dzień mieszka w nim guwerner moich dzieci, podporucznik Witkiewicz, ale teraz jest w stepie, a jego współlokator czeka na pana profesora, aby się przywitać, i także usunie się, by nie przeszkadzać wybitnemu uczonemu w wypoczynku. Tutaj jest sypialnia, salon i wyjście na sad, choć teraz zamknięte, bo pogoda, wiadomo, au!…

Isajew wpadł plecami na dwóch młodych mężczyzn, trzydziestolatka i na oko dwudziestolatka, którzy stali w drzwiach mieszkania, z wyraźnym zamiarem powitania Humboldta.

— Panie pułkowniku — odezwał się młodszy, na którego nadepnął Isajew, i dodał po francusku: — Pan profesor Humboldt, jak mniemam?

— Owszem — odpowiedział uczony.

— Alojzy Pieślak — ukłonił się mężczyzna.

— I Tomasz Zan — dodał drugi.

— Pan Pieślak mieszka tu na co dzień, a pan Zan przyjechał z Orenburga, przysłany przez generała Gensa, by panu profesorowi towarzyszyć w drodze. Zan to wybitny geolog, dodam z dumą, a Pieślak etymolog — wyjaśniał Isajew.

— Dziękuję — skłonił głową Humboldt i zrobił to w sposób tak doskonale uprzejmy i obojętny zarazem, jakby pułkownik był kamerdynerem. Isajew wyczuł intencję i zmieszawszy się, ponowił zaproszenie na herbatę, wycofując się chyłkiem.

— My również nie chcemy przeszkadzać panu — odezwał się Tomasz Zan. — Chcieliśmy jedynie się przedstawić i polecić swe usługi podczas wyprawy badawczej po Uralu.

— Panowie Polacy? — zaciekawił się Humboldt, wchodząc w głąb salonu. — Bagaże do sypialni — dodał do sługi.

— Polacy — odpowiedzieli wspólnie.

— Zesłańcy? Za co, jeśli to nie tajemnica?

— Za promienistość — roześmiał się Zan.

— To ciekawe, proszę mówić — zachęcił Humboldt, przechadzając się dla rozprostowania kości po niewielkim pomieszczeniu.

— Każdy człowiek promieniuje, stosownie do swej wartości moralnej i duchowej. Jedni roztaczają wokół siebie aurę piękną i pociągającą, drudzy zaś wstrętną, która winna odpychać, ale, jak wiemy, potrafi prawem magnetyzmu przyciągnąć ku sobie drobinę, na jej własną zgubę.

Humboldt zatrzymał się i przyjrzał Zanowi. Czarne, rzadkie włosy otaczały twarz Polaka, czerwonawą, ze śladami po ospie. Obiektywnie rzecz ujmując, powierzchowność Tomasza Zana była nieatrakcyjna, lecz jednocześnie wyraz tej brzydkiej twarzy był osobliwie ujmujący.

— Za takie rzeczy car zsyła? — uniósł brwi uczony.

— Od doskonalenia moralnego tylko krok do społecznej solidarności i rozwoju uczuć patriotycznych, a za to, profesorze, Polakom grozi najsurowsza kara — grzecznie odpowiedział Zan i uśmiechnął się.

— Pan się naigrawasz? Przepraszam, nie rozumiem — rozłożył ręce Humboldt.

— W żadnym razie! — pogodnie zaprzeczył Zan. — Ja stworzyłem Promienistych i ja w procesie całą winę wziąłem na siebie, jestem więc szczęśliwym człowiekiem, profesorze! Dowiodłem w śledztwie, że ideały, jakie głosiłem młodym, nie są na sprzedaż, i z radością ponoszę karę, wiedząc, iż przeze mnie nie cierpi nikt inny. Zresztą nie uznaję jej moralnie, zatem mej aury nie umniejsza.

Aleksander von Humboldt pokręcił głową i sam się uśmiechnął.

— A pański młodszy towarzysz? — spytał, siadając. — Też promienisty?

— Nie. Ja byłem czarnym bratem — odpowiedział Pieślak. — Członkiem naiwnego, gimnazjalnego stowarzyszenia, któreśmy powołali, gdy aresztowano Promienistych. Byliśmy pewni, że gdy tak zwani winni rozmnożą się w setki, wina ich zostanie w sposób naturalny umniejszona i kary będą lżejsze. Tymczasem stało się na odwrót i z mego i mych przyjaciół zatrzymania zrobiono proces pokazowy.

— Nastoletnich chłopców skazano na śmierć, a później, łaską księcia Konstantego, zamieniono karę na dożywotnią katorgę — uzupełnił Zan.

— Zatem — Humboldt przerwał mu, wstając z krzesła — panie promienisty, jednak jest pan moralnie odpowiedzialny za to, że cierpią i inni.

— Nie — twardo odpowiedział Pieślak — my nikogo nie winimy, profesorze. My tacy jesteśmy, z mlekiem matki ssiemy wolność, nawet gdy ojczyzna w niewoli.

— Rozumiem. — Profesor przeszedł do ściany z biblioteczką i przesuwał palcami po tytułach tomów. W pewnej chwili odwrócił się do nich, patrząc pytająco.

— Czytacie moje książki?

— Ja czytałem Ansichten der Natur — powiedział Zan, szybko, jak uczniak przyłapany na niewiedzy.

Humboldt stukał palcem w półkę; podeszli i spojrzeli, na co wskazuje.

— Essai politique sur le Royaume de la Nouvelle Espagne — odczytał Zan.

— Voyage aux régions équinoxiales du Nouveau Continent, fait de 1799 à 1804 — przeczytał Pieślak. — Des lignes isothermes et de la distribution de la chaleur sur le globe. To książki Witkiewicza. To jest, przepraszam, pana profesora autorstwa… Ja nie czytałem, przepraszam, ale Witkiewicz czytał.

Profesor ze zdumieniem przeglądał zawartość biblioteki; szedł wzdłuż niej jak myśliwy na polowaniu, mrucząc:

— Osiemnaście tomów moich prac… po niemiecku, francusku.

Nagle znów odwrócił się i spytał:

— Tu są arabskie traktaty filozoficzne?

— Tak — potwierdził Zan, jakby było to oczywiste. — Witkiewicz nauczył się języków Wschodu. Ma wybitny talent.

— Promienisty, jak pan? W tym samym wieku?

— Młodszy — z zawstydzeniem odpowiedział Zan — z procesu Czarnych Braci, jak Alojzy — wskazał na Pieślaka.

— Niebywałe! Co robi, gdy nie pochłania książek?

Jan Prosper Witkiewicz pędził konno przez kirgiski step. W tatarskiej okrągłej czapce na ogolonej głowie, przy siodle miał kindżał, ale przy pasie szamszir, — tatarską krzywą szablę, a na plecach sajdak oraz separ — małą drewnianą tarczę obciągniętą skórą. Po niebie gnały chmury i ściemniało się, na stepie zaś oznaczać mogło to tylko jedno: zbliża się buran.

Jak okiem sięgnąć otwarta przestrzeń pociągniętych szronem suchych traw w ostatnich promieniach zachodzącego słońca kłuła oczy jeźdźca światłem żółtym, odbitym od bieli szronu w złote, a tak ostrym, że zdawało się przecinać zaciśnięte powieki. W tym stepie są dwa wielkie morza: morze traw i piasków, i morze nieba, oba jednakowo puste. On i jego koń, zdawało się jedyne żywe istoty, gnali pomiędzy dwiema płaszczyznami, które w każdej chwili mogły ich zmiażdżyć. Uderzył wiatr i słońce zaszło bez żadnego ostrzeżenia, jakby wicher zdmuchnął je potęgą przedwiecznych płuc. W tej samej chwili w głębi nieba przetoczył się grzmot. Koń stanął dęba, ale Witkiewicz szepnął mu w ucho coś w języku Turkmenów i zwierzę skoczyło przed siebie, po czym przeszło w kłus. Gdy z nieba ku ziemi wypadła błyskawica, rozdzierając przestrzeń na dwie połowy, koń nawet nie zadrżał. Pędził, bo tak nakazał mu jeździec, któremu ślepo ufał. I wtedy pchnęło ich do przodu potężne uderzenie wiatru.

— Na stepie nie ma wiatru! — krzyknął Witkiewicz. — Jest wicher!

Dostali jego skrzydłem w plecy; to dobrze, bo gdyby zawiał w twarz, wtłoczyłby jeźdźcowi i rumakowi oddech w płuca tak, że mogliby się nim udusić. Witkiewicz wiedział, że to dopiero preludium, i nie pomylił się.

Z ołowianej chmury spadł śnieg. Ostre, zmrożone perły siekły z taką siłą, jakby uderzał ktoś batogiem rozdzielonym na sto rzemieni, albo katowskim biczem zwanym plet’, szatańskim wynalazkiem carskich oprawców. Chmura zmrożonego śniegu wyczerpała się, zarzucając step białym płaszczem. Końskie kopyta ślizgały się na nim, ale rumak nie zwalniał, bo jeździec szeptał mu w ucho zaklęcia w gardłowych językach Wschodu. Drugi grzmot zdawał się gonić ich niczym wielka, ołowiana kula toczona po blasze. Za nim przyszedł gęsty, mokry śnieg. Witkiewicz zatrzymał konia. Wiedział, że z tym, co teraz się zaczęło, nie wygra. Zmusił ogiera, by położył się na ośnieżonym stepie, sam zwinął się w kłębek przy nim i trzymając obiema dłońmi uzdę, schował głowę w załom końskiej szyi.

Śnieg zasypał ich w dwa, może trzy kwadranse. Byli teraz białym pagórkiem na lodowej pustyni.

Gdy wreszcie przestało sypać, równie nagle, jak wcześniej zaczęło, śnieżny pagórek poruszył się. Pierwszy powstał koń, za nim jeździec. Otrzepywali się, łapiąc w płuca mroźne powietrze. Witkiewicz obrócił się dookoła — w krąg jak okiem sięgnąć był tylko ocean bieli odcinający się od czerni wciąż groźnego nieba. Wyciągnął kościany gwizdek schowany za pazuchą i dmuchnął w niego. Koń otrząsnął się na przenikliwy świst piszczałki. Mężczyzna gwizdnął znów, i znów. Robił to tak długo, aż na horyzoncie zamajaczyły czarne punkty i zaczęły się ku nim zbliżać, układając się na śniegu niczym rozpostarte orle skrzydło.

*

Aleksander von Humboldt z kieliszkiem rosyjskiej wódki i talerzykiem z wędzonym na zimno jesiotrem nie odrywał wzroku od hipnotycznej twarzy Tomasza Zana.

— Janek Witkiewicz jest guwernerem dzieci naszego gospodarza, pułkownika Isajewa. Uczy ich francuskiego.

— Jakie zna języki?

— Francuski, jak wspomniałem, angielski, niemiecki, rosyjski. Oczywiście polski, ojczysty. I litewski, bo stamtąd pochodzi. Do tego perski, dari i paszto, arabski literacki i w dialektach. Tatarski, kirgiski. Razem dziewiętnaście języków. Gdyby chciał, mógłby się porozumieć w chanatach Heratu, Kokandu i Chiwy. Z Arabami i Persami. Z Afgańczykami, Tatarami, Czerkiesami, Kirgizami, Kazachami i Turkmenami mówi na co dzień. Nauczył się nawet Koranu na pamięć, chyba dla rozrywki.

— A pan znasz Biblię? — Uważnie przyjrzał mu się Humboldt i łyknął kieliszek wódki.

— Znam, ale nie na pamięć — uśmiechnął się Zan.

— A uczyłeś się jej pan dla rozrywki?

Promienisty pokręcił głową.

— Wasz przyjaciel ma w swym zbiorze traktaty Hadżi-Szejk-Ahmeda — powiedział Humboldt, odstawiając kieliszek. — Filozofa zwanego „wiernym wśród niewiernych”.

— Ach, to pewnie dla… — zaczął Zan i urwał nagle.

— Rozrywki? — Profesor ironicznie zmrużył oczy.

— …nauki języka — dokończył promienisty.

— Wie pan, co znaczy „ketman”? — Humboldt podsunął swój kieliszek Pieślakowi, a ten nalał i szkło zaszło mgłą.

— Rodzaj koranicznej figury? Pozorny zaprzaniec wiary, który czyni to tylko po to, by przetrwać we wrogim sobie obozie, a potem dalej czcić Allacha?

— Mniej więcej — odparł zamyślony Humboldt i starł opuszką palca mgłę z kieliszka wódki. — Porozmawiam o waszym Witkiewiczu z carem. Mikołaj I Romanow oczekuje, iż pojawię się na audiencji po zakończeniu wyprawy badawczej. — W głosie uczonego słychać było lekką ironię. — To niedopuszczalne, by człowiek o tylu talentach, o takich umiejętnościach, marnował się jako zwykły żołnierz twierdzy orskiej i guwerner dzieci tego, jak mu tam? Isajewa. Niedopuszczalne. Ktoś taki może zdziałać wiele, gdyby dostał zadanie odpowiednie do swych predyspozycji. Jest pan pewien — zwrócił się do Pieślaka — że przeczytał moje dzieła ze zrozumieniem?

— Owszem. Wszystkie osiemnaście tomów. To, co jest w tej bibliotece, połknął, a potem długo trawił.

— Trawił — powtórzył za nim Humboldt i nagle zmienił ton. — Panom powiedziano o wydarzeniach w Warszawie? Wiecie już o powstaniu w Polsce?

W namiocie sułtana Baj-Muhammada służący mu Telengut przelewał drewnianą łyżką kumys w wielkiej skórzanej misie, kiwając się przy tym rytmicznie w przód i w tył. Witkiewicz siedział naprzeciw sułtana, tęgiego postawnego mężczyzny o płaskiej twarzy i wydatnym jak na tutejsze ludy nosie. Wokół Baj-Muhammada siedziała kirgiska starszyzna, a kobiety władcy, ciekawe gościa, wyglądały raz po raz zza perkalowej zasłony.

— Wyglądaliśmy ciebie, Batyr, od wielu dni — odezwał się sułtan do Witkiewicza.

— I ja chciałem do was dotrzeć od wielu dni, ale musiałem pozbyć się kozackiej eskorty, sułtanie. Na szczęście do twierdzy przybył słynny uczony i komendant zwołał wszystkich kozaków, by osłaniali go podczas podróży w góry.

Sułtan przekrzywił głowę, zaciekawiony.

— Osłaniali? Przed kim?

— Przed zbójcami. — Witkiewicz uśmiechnął się, a w mroku namiotu błysnęły jego zęby. Po chwili powiedział zupełnie poważnie, nawet twardo: — To wielki człowiek, mędrzec, który bada skały, wodę i powietrze, a potem pisze natchnione księgi o właściwościach natury. Włos nie może spaść mu z głowy, ani jeden wielbłąd z jego karawany nie może skręcić nogi i ani jedna rzecz z jego bagażu nie ma prawa się zawieruszyć.

Sułtan nie odpowiedział, odwrócił głowę w prawo i lewo, jakby wzrokiem przekazywał słowa młodego Polaka starszyźnie jako własny rozkaz.

— Jeżeli ktoś z waszych ludzi spotka się z jego ekspedycją, niechaj zachowa się gościnnie i godnie — kontynuował Witkiewicz — tak, aby wielki mędrzec, gdy będzie pisał księgę o podróży przez Ural, na zawsze przekazał ludom Europy słowa „Kirgizi to ludzie honoru i pokoju”. W Europie słowom uczonych wierzy się bardziej niż słowom cara, kiedy więc Mikołaj Romanow krzyczał będzie, iż musi zdławić naród kirgiski, bo to lud niespokojny, wojenny i zdradliwy, stać za wami będzie księga uczonego mędrca.

— Allach przemawia przez ciebie. Cóż jednak, jeśli napadną na uczonego bandy rozbójników, które nie oszczędzają i naszych aułów? Kto mu wtedy powie, że to nie Kirgizi, lecz zwykli siewcy wiatru?

— Kozacy orenburscy będą osłaniać jego karawanę, a oni odróżniają was od nich. Niewinny nie musi obawiać się kary.

Sułtan wyglądał na usatysfakcjonowanego odpowiedzią gościa i skinął na Telenguta, by ten podał kumys. Sługa ustawił na tacy dwa kubki i klęcząc, trzymał ją między Baj-Muhammadem a gościem. Witkiewicz wyczekał, aż sułtan poczęstuje się pierwszy, dopiero wtedy wyciągnął rękę po swój kubek. Wypili biały trunek. Odstawili kubki na tacę i sługa wycofał się na kolanach, by nalać starszyźnie.

— Czy sułtan Irten Karatajew przysłał odpowiedź dla mnie? — spytał po chwili Witkiewicz.

— A wizyta mędrca badającego skały nie stoi w sprzeczności z planami Irtena i twoimi, Batyr? — odpowiedział pytaniem sułtan.

— Uczony wyjedzie, niewola zostaje, czcigodny sułtanie. Nasze plany są w mocy, jeśli Irten Karatajew je wesprze.

— Jak ci wiadomo, sułtan Karatajew uznaje moje pośrednictwo w waszej sprawie, bowiem bez pomocy mego ludu nie uda wam się dokończyć tego, co zaczniecie w twierdzach. Mnie musisz przekonać, Batyr, że ta rzecz warta jest pomocy.

Witkiewicz nie okazał zniecierpliwienia. Spokojnie powiedział:

— Na linii orenburskiej są twierdze, w których załogę wojskową stanowią niemal sami Polacy i Tatarzy, wszystko to ludzie wcieleni siłą do carskiej armii, rosyjskich oficerów jest niewielu. Gdyby więc wszyscy moi rodacy i wszyscy dawni poddani Karatajewa wspólnie wzniecili powstanie, mogliby pokonać rosyjską obsadę garnizonów bez trudu i ruszyć ku głównym twierdzom, Orenburgowi i Orsku, jednocześnie z dwóch stron. To daje wielkie szanse na zakleszczenie Rosjan i pobicie ich.

— Zgadzam się. — Baj-Muhammad pogładził dłonią błękitny chałat na wydatnej piersi. — Ale co dalej? Car carów nie zostawi granicy swego władztwa otwartej, a linia orenburska jest granicą jego imperium. Przyśle nowe wojska w miejsce pokonanych, i przyśle ich więcej. A ci, którzy nadejdą, będą szukać was, zbiegów, po naszych aułach. Będą karać moich synów i córki za pomoc w waszym powstaniu.

— Tak być może — zgodził się Witkiewicz — ale nie musi. Gdyby bowiem od południa nadeszły wojska brytyjskie, mówiąc, iż muszą bronić granic swych indyjskich kolonii? Czy car gotów jest na wojnę z silniejszym od siebie imperium?

— A czy to imperium chce wojny z carem? A jeśli jej chce, to czy ta wojna nie zmiecie z powierzchni stepu mego ludu?

— Twój lud ma to, czego potrzebować będą Anglicy, gdy staną na tej ziemi. Waszym skarbem są stada wielbłądów, bez których nie sposób poruszać się tutaj, a tym bardziej prowadzić wojny. I w waszych rękach jest skarb drugi, ważniejszy jeszcze od stad. Jest nim wiedza. Po stepie poruszać może się nawet ciężkozbrojne wojsko, ale tylko gdy wie, w których miejscach są ukryte studnie. Lecz na pustyniach zginie każdy, kto zapuści się na piaski bez waszego przewodnika. To pierwszy powód, dla którego Anglicy nie będą mieli zamiaru zniszczyć twego ludu, sułtanie. Drugim zaś jest inny porządek ich kraju, odmienny w swej istocie od urządzenia imperium cara. Otóż car, Baj-Muhammadzie, jest samowładcą, który pragnie podporządkować sobie inne ludy, podporządkować bezwzględnie i dlatego z pełną mocą je wynaradawia, by jedynym wyznaniem jego poddanych była wiara w imperatora. On utożsamia się ze swym władztwem, a to w konsekwencji osłabia jego monarchię, bowiem nie dopuszcza do rządów i władzy nikogo, kto miałby inne zdanie niż sam car. Anglia zaś ma króla, lecz faktycznie rządzi nią rada starszych, która musi brać pod uwagę także dużą radę złożoną z przedstawicieli nawet najmniejszych mieścin tego wielkiego królestwa. To kraj, w którym mądrzy ludzie mogą mówić, co myślą, a inni ich słuchają. Anglia chce zdobywać nowe ziemie nie dla ich posiadania, ale dla szerzenia swej cywilizacji. Chce produkować więcej i sprzedawać swoje towary w nowych krajach.

— Nie przekonuje mnie to, co mówisz, Batyr. Nie możesz obiecać, że mój lud będzie mógł żyć tak jak zawsze. Hodować wielbłądy, wędrować ze stadami, czcić Allacha. Dla mnie najlepszym rozwiązaniem jest, by nie było ani Rosji, ani Anglii, tylko step bez kresu pokryty zieloną trawą.

— Nawet najbujniejsza trawa zimą chowa się pod śniegiem, sułtanie. Rosja przyszła z północy i nikt nie zdołał jej powstrzymać, tak jak zimy i burzy śnieżnej nie zatrzyma nikt.

Baj-Muhammad pochylił się ku starszym i chwilę rozmawiali szeptem. Potem sułtan skinął na Telenguta i ten znów nalał kumys do kubków.

— Uważam, że czas zmian jeszcze nie nadszedł — powiedział Baj-Muhammad, gdy wypił. — Ale wiem też, że zagrożenia kroczą ku nam z południa i północy. Dzisiaj nie poprę waszego powstania, bo ty nie wiesz, co zrobią Anglicy, ty to jedynie przewidujesz. Sułtan Irten Karatajew wysłucha mego zdania i zgodzi się ze mną, nie pozwalając swym Tatarom wystąpić przeciw Rosjanom. Ufam ci jak własnemu synowi, Batyr, więc wiem, że tak samo postąpisz wobec twych rodaków pełniących służbę w twierdzach. Sprawa ta pozostanie naszą tajemnicą, bo, jak słusznie mówisz, burzy śnieżnej nie powstrzyma nikt i nastanie czas, że będziemy musieli stawić jej czoła. Ale jeszcze nie dzisiaj, gdy pytań jest wiele, odpowiedzi żadnej.

Witkiewicz wypił. Sfermentowane kobyle mleko łaskotało jego podniebienie. Odstawił kubek i powiedział:

— Będę szukał odpowiedzi na twoje pytania, sułtanie Baj-Muhammadzie. Podziękujmy Allachowi za dar mądrej rady.

Londyn, czerwiec 1832 r.

Adam Gurowski po przybyciu do Londynu wynajął pokój w Furnival’s Inn na Holbornie, dzielnicy nieoficjalnie zwanej dzielnicą dziennikarzy i wydawców. Liczył, że mieszkając tam, poza oficjalnymi spotkaniami nawiąże mniej formalne, ale za to dobrze rokujące znajomości. Miał ze sobą listy polecające od radykalnych paryskich redaktorów, od równie radykalnych polityków francuskich, ale tak naprawdę potrzebował wedrzeć się na salony, którymi jako demokrata gardził. Tak jak przed laty wyrzekł się tytułu, tak w Londynie na kartach wizytowych kazał sobie pisać „hrabia Adam Gurowski”. Cel uświęca środki, czyż nie?

Powstanie padło, nim zdążył je przekształcić w społeczną rewolucję, ale sprawa polska rozpalała Europę i, co wściekało Gurowskiego, sprawą polską mieszał Adam Czartoryski. Stary książę, dla hrabiego przedstawiciel skompromitowanych konserwatystów, wchodził wszędzie tam, gdzie w wąskim gronie spotyka się arystokracja, by przy cygarze i koniaku ględzić, jak urządzić Europę po nowemu, ale w myśl zmurszałych zasad. Gurowski po upadku powstania, gdy Paryż zalała fala polskich emigrantów, zagospodarował tę rzeszę ludzką szybko i bezkompromisowo. Przede wszystkim wystąpił z Komitetu Narodowego Polskiego, bo ten, rezygnując z lewicowej ideologii, wyraźnie chciał się centrować i stawał się radykałowi kulą u nogi. Założył własną partię — Towarzystwo Demokratyczne Polskie z iście republikańskim manifestem. Głosił: „Przyszłość Polski zależy od przyszłości innych ludów europejskich” i teraz przyjechał do Londynu, by te ludy Polsce pozyskać, i co najważniejsze, wyprzedzić księcia Czartoryskiego.

Od kwadransa chodził pod hotelem w tę i z powrotem, czekając na dawnego przyjaciela, Bogdana Jańskiego, który przed pięcioma laty wygrał konkurs na profesora ekonomii planowanego przez Staszica Instytutu Politechnicznego w Warszawie, a potem, dostawszy z niego stypendium naukowe, wyjechał za granicę i już nie miał do czego wrócić, bo Instytutu car nie pozwolił otworzyć. Wtedy chadzał w nimbie geniuszu, dwudziestojednoletni profesor! Teraz pracował w Szkole Handlu i Przemysłu w Paryżu i od stypendium do stypendium, ot, jak i obecnie, w Londynie, podróżował po Europie, szukając sposobu, jak by nauki Saint-Simona przełożyć na współczesną ekonomię. Punktualność nie była jego cnotą, ale po dwóch kwadransach zjawił się, zdyszany, z rozczochraną burzą spoconych loków i kołnierzykiem sztywno opinającym szyję.

— Adamie! Lord Dudley Coutts Stuart przyjmie cię u siebie, przed spotkaniem Towarzystwa Literackiego Przyjaciół Polski! Już, dorożka, wołaj dorożkę, jedziemy!

— Bogdanie! Nie przywitasz się? Od razu będziesz mnie do dorożki wsadzał?

Jański zamrugał i roześmiał się.

— Uściskam cię w dorożce, czasu nie ma, spotkanie nam naznaczył na szóstą, a to kawał drogi! Musimy jechać do Bedfordshire, trzydzieści mil od Londynu.

Nie przestając gadać, Jański zatrzymał dorożkę, utargował z woźnicą cenę, wsiedli i ruszyli.

— Lord Dudley Stuart to stara, dobra szkocka arystokracja, ale w jego żyłach płynie krew Sobieskiego! Jest po kądzieli praprawnukiem Sobieskiego, wiesz, jaki to kapitał? Zresztą zobaczysz jego podmiejską rezydencję. Pałac Luton Hoo, sam się przekonasz, budował go najlepszy angielski architekt! Wizytówki zrobiłeś, jak mówiłem?

— Hrabia Gurowski — przytaknął Adam.

— Bardzo dobrze! Anglicy to lubią. — Jański wychylił się przez okno powozu. — Ależ upał! Widzisz ten dom? Uważaj, żebyś się tam nie zapuścił! To dawny Mother Clap, kiedyś miejsce schadzek mężczyzn, co kochają chłopców! À propos, co u twego brata, Ignacego? Piękny jak zawsze?

— Spotyka się z markizem de Custine — odburknął Adam.

— O, na markiza też się powołuj! — klepnął się w kolano Jański. — Oczywiście, z umiarem! Ale to dobrze postrzegana rodzina, cudem uniknęli szafotu za rewolucji francuskiej, Anglicy kochają takie historie! Przy okazji, mój jakobinie, czy już wynalazłeś maszynę do wieszania arystokratów? Jeśli tak, to z tym się nie obnoś. Anglicy cenią sobie…

— Przestań ględzić! — wszedł mu w słowo Gurowski. — Wiem, co lubią Anglicy, i obiecuję trzymać się tego, cośmy ustalili, ale na Boga, przyjechałem tu, by przeciwdziałać szkodliwej akcji Czartoryskiego!

— Dobrze, dobrze — przetarł spocone czoło Jański. — Mam tu trochę przyjaciół, uczonych, poprą cię na piśmie. Robert Owen jest całym sercem z tobą, ale tutaj uchodzi za radykała. Komunę gminną utworzył, żeby pokazać, że socjalizm to nie utopia, ale mu się nie powiodło, wrócił właśnie do Londynu i zajął się ustawodawstwem robotniczym… A ty wiesz, Adamie, że w Anglii nasi żołnierze, czwartacy, też założyli komunę? Nazwali ją „Grudziądz”…

— Kogoś lepiej postrzeganego nie masz? — skrzywił się Gurowski, choć osobiście z radością poznałby Owena i dowiedział, dlaczego mu się nie udało. Z czwartakami wolałby się raczej nie spotkać.

— Jamesa Milla czytałeś, zakochany w Benthamie, utylitarysta, jestem z nim w pewnej zażyłości, a w każdym razie dyskutujemy gorąco, jego poparcie masz gwarantowane. Ale dzisiaj niemałą popularność bierze syn Jamesa, John Stuart Mill, empirysta, jego publikacje cieszą się coraz większym powodzeniem. Zresztą sam ci napisałem listy polecające — westchnął wreszcie Jański. — No, czego się spodziewałeś? Że ja, żarliwy socjalista, wystawię ci na półmisku arystokratów? Ciesz się jak dziecko i doceń, że lord Stuart nas dzisiaj przyjmie, bo to najgorętszy polonofil w Londynie. Jeśli pojutrze, na spotkaniu Towarzystwa, on cię wprowadzi i przedstawi, to będzie tak, jakby się wszyscy w twarz zaśmiali Czartoryskiemu! Przy okazji, jak twoje Towarzystwo Demokratyczne? Ależ tu się plotkowało o waszej kłótni z Lelewelem! A o twoim przyjeździe do Londynu jak gardłowano! Żeś szaleniec, wariat, furiat, choć głowa niepospolita! Ach, gazetowe kule, już mnie to męczy. Czy w Paryżu, czy tu, w Londynie, wszędzie to samo. Z Polski wyszła emigracja skłócona, a na obczyźnie skłóciła się jeszcze bardziej. Czasami… wiesz, Adamie… czasami, myślę, że droga wiedzie gdzie indziej! Że Boga nam w sercach brakuje, iluminacji duchowej. — Jański zapatrzył się nagle w okno, jakby zobaczył tam coś, co go olśniło, po chwili jednak otrząsnął się i zaśmiał niczym sztubak. — Gdybym tak dziwek wiecznie nie pożądał, gdybym lędźwi głodem nieustającym nie płonął, może bym został mistykiem zakonnym?

— Ty? Socjalista? — uderzył go w ramię Gurowski. — Wstydź się. Chadzaj na dziwki, póki możesz, póki cię stać i póki tobie staje, a mistycyzm zostaw innym.

— Jeszcze jedno! Pojutrze na spotkaniu czytać będziemy Mickiewicza, coś całkiem nowego, dzieło, nad którym pracuje… — Jański zawahał się i skrzywił sam do siebie. — Adam wysłałby coś, czego jeszcze nie skończył? To do niego niepodobne — polemizował sam ze sobą, ale już po chwili wpadł w swój zwykły słowotok. — Campbell jest olśniony Adamem. Powiadam: olśniony!

Gurowski skrzywił się. Nie znosił Mickiewicza. Ten przyjazd do Londynu, z którym łączył tyle nadziei, nagle zaczął mu się wydawać katastrofą. Całe to Towarzystwo Literackie Przyjaciół Polski, które ponoć za poduszczeniem Czartoryskiego powołał Campbell, wydawało mu się nieco operetkowe, choć w istocie było najprężniejszą organizacją wspierającą sprawę polską, i nie pojawić się w nim, będąc Polakiem na misji dyplomatycznej w Londynie, byłoby jawnym pokpieniem sprawy. Sam Thomas Campbell to już starzec grubo po pięćdziesiątce i w swych heroicznych a łzawych poematach o klęsce powstania sławi to wszystko, co Gurowskiego drażni.

— Czytałeś? — nie dawał spokoju Jański. — No błagam, nie mów, że nie przeczytałeś Campbella przed przyjazdem! Na próżno, na próżno ta dzielność wspaniała, choć z waszych szeregów gromem salwa grzmiała, o księgo czasu, gdzie jest historia spisana, Sarmatia upadła niewinna i nieopłakana…

— Grafomania — przerwał przyjacielowi Gurowski — i nie mów, że nie słyszysz mizeroty wizji. Sarmatia upadła, bo była sama sobie winna, Bogdanie. Sarmatii życie się już nie należało i ja Polski, co wzdycha za Sarmacją, nie chcę i nie życzę sobie ani potomnym.

— Dobrze, dobrze! Ale Campbella chwal, choćby ci rymy gorzkimi były. To ceniony poeta i wielkiego serca człowiek. A nam teraz trzeba serca.

— Rozumu trzeba bardziej, ale nie bój się, mój Jański, wstydu ci nie narobię. Będę chwalił Songs of Battle i Lines on Poland.

Jański rozjaśnił się.

— Więc czytałeś! Ach, ty umiesz mnie zwieść!

Gurowski nie wyprowadził go z błędu; czytał tylko tytuły i po parę wersów, więcej nie zdzierżył, a i czasu nie miał.

Kwadrans przed naznaczoną godziną byli na miejscu. Sylweta pałacu lorda Dudleya olśniła Gurowskiego. Nowoczesna, klasycystyczna bryła budynku była imponująca. Olbrzymi jasny pałac sprawiał wrażenie niebywale lekkiego, jakby jego linie nakreślił pełen umiaru antyczny portrecista. Zdyscyplinowany prostymi płaszczyznami skrzydeł, fenomenalnym półokrągłym portykiem wspartym na dwunastu kolumnach i okolonym schodami, które nawet z daleka wydawały się stworzone do tego, by na nie wbiegać lekko, a nie piąć się w mozole.

— Robi wrażenie, prawda? — szturchnął go Jański. — Zaprojektował go geniusz, Robert Adams, najbardziej pożądany architekt w Londynie. A te parki wokół? Półtora tysiąca akrów, na oko. Wszystko to jednak nic w porównaniu z, że się tak wyrażę, zawartością! Lord ma bibliotekę liczącą około dwudziestu pięciu tysięcy tomów! Na ścianach obrazy Tycjana, Rafaela, Rembrandta…

— Rembrandta nie lubię — zdążył zaprotestować Gurowski, czując, jak mu schnie w gardle. — Nie mogłeś mnie uprzedzić?! — krzyknął na przyjaciela bezradnie. — Ubrałbym się jakoś lepiej…

— No wiesz? Sądziłem, że to twój najlepszy surdut! Ach, nie przejmuj się. Nie wchodzisz tu, by mu imponować, bo mówiąc szczerze, nie bardzo masz czym. Wchodzisz tu jako Polak, który walczył pod Olszynką Grochowską i dostał Virtuti Militari…

Gurowski zamilkł i sposępniał. Wszystko to, czego nie chciał, właśnie się działo. Grał w widowisku, które zamierzał napisać zupełnie inaczej, a czuł się jak obudzony nagle podczas farsy na paryskim Bulwarze Złoczyńców, tyle że budził się nie na widowni, lecz na scenie. Przebrany w damskie fatałaszki miał fikać nogami i krzyczeć coś w rodzaju „oj, oj, boli, boli”.

Uspokoił go sam lord Dudley Stuart, niewysoki, lekko rudawy dżentelmen o bujnych bokobrodach i drobnych, dziecięcych ustach. A właściwie ukoił go kieliszek brandy, którą podał lokaj.

— Hrabia Adam Gurowski! Cieszę się, że pan Jański pozwolił mi pana poznać, bo opowiadają o panu najróżniejsze rzeczy, a chciałbym sam się przekonać co do ich istoty. Zatem, jest pan przywódcą partii demokratycznej, tak?

— W rzeczy samej, lordzie. Nowoczesne społeczeństwa zawsze już dzielić się będą na demokratów i konserwatystów, bo rozwoju społeczeństw nie da się powstrzymać…

— Adam jest skromny — przerwał mu szybko Jański — i nie powie wprost, iż jest przywódcą drugiej co do wielkości polskiej partii.

— W kwestii wielkości niedługo będzie pierwsza. — Gurowski w lot zrozumiał intencje Jańskiego. — Lawinowo rejestrujemy nowych członków. Demokratyczność mego stronnictwa polega na tym, iż każdy Polak może się do niego zapisać, wykazując się jedynie patriotyzmem, nie zaś pochodzeniem.

Jański dyskretnie mrugnął do niego i Gurowski zamilkł. Lord jednak nie poczytał tego za impertynencję, przeciwnie, zapytał z uśmiechem:

— Hrabia i demokrata, wspaniałe połączenie! Pewnie żal było opuszczać siedzibę rodową?

— Owszem. Wyszyna to stary zamek.

— Zamek? Proszę o nim opowiedzieć.

— Szesnastowieczny, osiem baszt obronnych, wiele legend, ale pan wybaczy, lordzie, nie chcę o nim mówić…

— Rozumiem, smutne wspomnienia…

— Przeciwnie. Raczej wyznanie wiary. Otóż ja uważam, iż nie należy oglądać się wstecz, gdy chce się wolnej ojczyzny. Nie ma co rozpamiętywać przeszłości, trzeba myśleć o przyszłości!

— Przyszłość ma korzenie w przeszłości, hrabio — odpowiedział poważnie Stuart. — Jak niegdyś mój prapradziad, a król polski, Jan III Sobieski, ratował Europę przed islamem, tak dzisiaj Polska ratowała ją przed Azjatami, bo Rosjanie to w istocie Azjaci przebrani przez Piotra I w europejskie stroje! Wtedy polska husaria była najskuteczniejszą bronią przeciw armii sułtana. A teraz? To samo! To, co zrobił wasz słynny Pułk Czwarty kirasjerom generała Dybicza, to współczesne Termopile! Wciąż powtarzam w parlamencie, że ambicje Rosji nie mają granic i należy je powstrzymać, nim będzie za późno. Polacy nie powinni być pozostawieni sami sobie w zeszłym roku. To była porażka europejskiej solidarności narodów!

— W tym rzecz, lordzie! — podchwycił ochoczo Gurowski. — Sprawa polska jest sprawą cywilizacji!

— Hrabio! — wszedł mu w zdanie lord Stuart. — Czuję, że się rozumiemy. Wybornie! Pojutrze będę pana wprowadzającym na spotkanie Towarzystwa Literackiego! Proszę uczynić mi ten zaszczyt.

Gurowski był zaskoczony. Sądził, że będą rozmawiać godzinami, jak na spotkaniach Towarzystwa w Paryżu, a tu kilka zdań i już? Pełen sukces? Jednak Stuart, tłumacząc się obowiązkami, grzecznie, acz stanowczo pożegnał się z nimi i odprowadził do holu. Nie przestawał przy tym cieszyć się z wizyty i gratulować Gurowskiemu orderu. W ostatniej chwili, gdy już stali w drzwiach, Dudley zatrzymał ich i z rozmarzonym uśmiechem dodał:

— Lata temu chłopcy w moim wieku zaczytywali się w opowieściach o korsarzach, a ja? Ech, moim bohaterem był Kościuszko. Pięć razy czytałem Tadeusza z Warszawy Jane Porter! Młodość, prawda, panowie? Młodość ma siłę!

Dwa dni później Gurowski dał się prowadzić Jańskiemu na Duke Street do siedziby Towarzystwa Literackiego Przyjaciół Polski. Obaj mieli oczy podkrążone po całonocnym balowaniu w Londynie. Jański uparł się, by mu pokazać katedrę Świętego Pawła, Gurowski nie był jej ciekaw, ale za to z radością umknął przyjacielowi przez Fleet Street na słynny londyński Strand. Rozświetlony blaskiem gazowych latarni, rozśpiewany, pękający w szwach od gospód i karczm, tam mu się podobało! Po szklanicy wina wypróbowywał swój angielski akcent na każdym spotkanym pijaku, a było ich tam mnóstwo, jakby cały Strand wraz z nadejściem zmroku zmieniał się w jedną niekończącą się libację. Skończyli na pijaństwie w tawernie U Alice, gdzie Jański odkrył „najtańsze i przewyborne, bezpruderyjne i pomysłowe, rude i blond londyńskie piękności”. Z szumnej zapowiedzi prawdziwe okazało się tylko „rude i bezpruderyjne”, ale spotkanie z przyjacielem po latach warte było nocy w spelunie z piekielnie mocnym angielskim ginem. I jak za studenckich czasów, rankiem wystarczyło obmyć twarz zimną wodą, by odzyskać rezon i elokwencję.

— Poznasz wszystkich — Jański nie przestawał mówić — będzie Adolf Bad, Niemiec z Hamburga, ze starej żydowskiej rodziny, prawnik i przedsiębiorca, jest sekretarzem Towarzystwa. Drugim jest Krystyn Szyrma, pamiętasz go z Warszawy?

Gurowski chciał jęknąć, bo oczywiście pamiętał i wiedział, że Szyrma jest gorliwym wyznawcą Czartoryskiego, ale obiecał w nocy Jańskiemu, że przestanie kontestować rzeczywistość, a spróbuje się w niej odnaleźć.

— …taki jest statut Towarzystwa, że jednym z sekretarzy jest Polak, tak to zapisali. Uważaj na FitzRoya Somerseta, poznasz go, stary wojak bez ręki, z wojen napoleońskich pamiątka, przyjaciel księcia Wellingtona, żonaty z jego siostrzenicą, co dało mu awans społeczny, bo z urodzenia on jest czwarty czy piąty syn lorda Henry’ego Somerseta, zresztą nie wiadomo, czy z prawego łoża, więc jak na tutejsze dziedziczenie tytułów to nic nie znaczy…

— Bogdan! Czy twój słowotok może zmierzać do celu?

— No wiesz? Wszystko, co ci mówię, jest ważne. W Anglii istotne sprawy załatwiają prywatne stosunki, a do tego zmierzam, że Somerset ponoć spotyka się z Dorotheą Lieven…

— Siostrą Aleksandra Benckendorfa, szefa rosyjskiej tajnej policji? — Gurowski aż przystanął na chwilę. Wyschło mu w ustach.

— Owszem. I jednocześnie żoną rosyjskiego ambasadora w Londynie. Słynna Dorothea! Tajemnicą poliszynela jest, że Dorothea i lord Grey, brytyjski premier, są kochankami. Ile pani ambasadorowa przekazuje do Petersburga z tych tajnych schadzek? Tego akurat nikt nie wie, ale może w jej alkowianych sztuczkach tkwi odpowiedź na to, dlaczego parlament odrzucił apel pułkownika Evansa, by wysłać wojsko do walczącej Polski? Evansa też poznasz, nie opuszcza żadnego ze spotkań Towarzystwa i to jemu zawdzięczamy, że w Izbie Gmin nie ustają debaty o sprawach polskich. Wiesz — Jański zatrzymał się nagle i chwycił Gurowskiego za łokieć — właściwie żałuję, że wyjeżdżam z Londynu.

— Jak to wyjeżdżasz? Nic nie mówiłeś…


Kto dużo ma, boi się wiele stracić. Kto nie ma nic, broni tylko czci. Ci, którzy bronili honoru, bronią go nadal i  dla nich nie ma miejsca w  ojczyźnie. Żyją na emigracji, z  dala od domu i  cierpią takie katusze, że ziemia im się pod stopami pali.