Wojenna korona - Elżbieta Cherezińska - ebook

131 osób właśnie czyta

Opis

Wojenna korona” – czwarty tom bestsellerowego cyklu „Odrodzone Królestwo”

Dokonało się. Na skroniach Władysława Łokietka spoczęła królewska korona. Ale wrogowie króla rosną w siłę. Jan Luksemburski wygrywa straszliwą bitwę pod Mühldorf i wyrasta na ważnego europejskiego gracza. Krzyżackie intrygi sprawiają, że wyrok papieski jest nie do wykonania. Władysław zaczyna pojmować, iż żadna dyplomacja nie pozwoli mu odzyskać Pomorza. Wchodzi w sojusz, który nikomu w Europie nie przyszedłby do głowy. Zaskakuje wrogów i wkracza na wojenną ścieżkę, by dokonać zemsty za królobójstwo sprzed trzydziestu lat. Nie ma jednak pojęcia, że na życie jego jedynego syna czyha nieznany wróg. Następca tronu jest w śmiertelnym niebezpieczeństwie, a na królestwo polskie rusza potężna armia Jana Luksemburskiego.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 1041

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Elżbieta Cherezińska Wojenna korona ISBN Copyright © Elżbieta Cherezińska, 2019All rights reserved Redaktor prowadzący Filip Karpow Opieka redakcyjna Magdalena Wójcik Tadeusz Zysk Elżbieta Żukowska Ilustracja na okładce Conceptverse Studio Projekt graficzny okładki Tobiasz Zysk Opracowanie map Mariusz Mamet Wydanie 1 Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 [email protected] Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

PROLOG

1320

WŁADYSŁAW odprowadził Jadwigę na spoczynek. Ucałował jej czoło i ciężkie, senne powieki. Kazimierz i Jadwinia wcześniej udali się do swoich komnat, teraz pewnie dzieci już spały. Goście opuścili salę, uczta koronacyjna skończyła się dawno. Pierwsze sprzątanie dobiegało końca; resztki jedzenia z królewskiego stołu zebrano do wielkich koszy, jałmużnik kazał dwóm krzepkim sługom zanieść je do piwnic.

— Rano wydacie ubogim — powiedział i ziewnął przeciągle. Kłuło go w krzyżu, nie mógł rozprostować zgarbionych ramion.

— Jaśnie panie, żebracy czekają od wczoraj — stęknął jeden z osiłków i chwycił kosz.

— Kolejka taka, że przez ciemną bramkę przecisnąć się nie można — dodał drugi i ukradkiem zwinął z kosza nieogryzione udko z ja­rząbka.

— A, to wydajcie od razu — pokiwał głową jałmużnik. — Tylko kosze potem dobrze mi schować…

Z sali koronacyjnej wynoszono blaty stołów. Kozły, na których stały, równo ustawiono pod ścianą.

Władysław bez korony, płaszcza królewskiego i berła, niezauważony przez senną, półżywą ze zmęczenia służbę, cicho wślizgnął się do sali.

Przepyszny purpurowy kobierzec, którym w czasie uczty wysłane było całe podwyższenie, leżał z boku, zwinięty. Władysław szedł wzdłuż ściany. Ostrożnie minął szarego ogara, który spał z pyskiem ułożonym na ogryzionej kości. Pies nawet łba nie uniósł. Po setkach świec, jakie tego wieczoru oświetlały salę, zostały na posadzce plamy z wosku i woń wygaszonych przed chwilą knotów, strużki czarnego dymu uciekające pod sklepienie wielkiej komnaty. Władysław usłyszał szmer za plecami. Odwrócił się gwałtownie i dostrzegł szczura, który na krótką chwilę znieruchomiał o krok od niego.

— Przymknij te drzwi, Pietrek! — zawołał ktoś z zewnątrz, z korytarza.

Szczur drgnął, uniósł łeb i czarnym lśniącym okiem spojrzał na Władysława, a potem wyminął go i pobiegł w głąb sali tronowej.

— Ino nie zamykaj, bo z rana przyjdą dziewki do sprzątania — dorzucił ten sam głos.

— Się wie! — odpowiedział, zapewne, Pietrek. — Szparkę zostawię, żeby przeszła i cycata Jaśka.

— I spać idź, nicponiu!

— Wedle rozkazu — ziewnął Pietrek i przymknął ciężkie wrota.

W komnacie zrobiło się mrocznie. Światło wpadało tylko przez szczelinę między skrzydłami drzwi, zostawioną przez sługę.

Władysław wszedł w jego smugę i w tej samej chwili wyrósł przed nim potężny, czarny cień, który sięgnął aż do stojącego na podwyższeniu, pod ścianą naprzeciwko, tronu. I zakrył tron. Władek zrobił krok w przód. Cień się poruszył.

Niski król rzuca długi cień — pomyślał, idąc dalej w swojej własnej smudze. — Czy przed cieniem można uciec? — przeszło mu przez głowę, gdy wchodził na podwyższenie. Odwrócił się i cień zniknął.

Władysław usiadł na tronie. Położył ramiona na podłokietnikach i zacisnął palce.

Całe życie wiodło do tej chwili — pomyślał. — I stało się. Oto jestem królem. Ojcem nie tylko swych dzieci, ale i Królestwa. Mężem Jadwigi i Korony. Całe życie wołałem „Pod wiatr” i ten wiatr przywiał mnie z Kujaw do Krakowa. A Wawel wyśniony, Wawel ciotki Kingi i wuja Bolesława, stał się moim domem. Sypialnią i kuchnią. Tu przytulam żonę i tu przyjmuję gości. Tutaj, w tej sali, będę wydawał królewskie wyroki. Jakim będę władcą? — zadrżał. Wciąż czuł na skroniach ciężar płomiennej korony. Dotknął czoła w miejscu, które olejem świętym namaścił arcybiskup Janisław. Ta niewidzialna korona jest tutaj — pomyślał. — Między bruzdami na czole starego króla. — Serce zabiło mu gwałtownie. — Tak mnie nazwą? Władysław Stary? Nie urodziłem się do majestatu. Miałem być jednym z kilku kujawskich książąt. Matka za plecami nazywała mnie „niewydarzonym karłem” i może dlatego co sił w piersiach parłem pod wiatr.

— Co teraz będzie? — spytał w półmroku. — Dążyłem do tej chwili i oto spełniło się. Teraz mógłbym umrzeć szczęśliwy.

Ściany i sklepienie wielkiej pustej sali odbiły jego głos. Gdy zamilkł, zapanowała głucha cisza. Zamarły wszelkie odgłosy zamku.

Jakbym był sam na Wawelu — pomyślał i trwał tak, chłonąc ten bezgłos.

Gdy w oddali rozległo się bicie dzwonów wzywających na jutrznię, drgnął.

W tej samej chwili gdzieś z góry dobiegł go szum. Zadarł głowę. Z półmroku pod sklepieniem sali tronowej zleciał ku niemu biały orzeł Królestwa. Ten sam, który zjawił się, kiedy po koronacji wychodził z katedry z królową Jadwigą u boku.

— Jesteś prawdziwy? — spytał Władysław, wodząc za ptakiem oczyma.

Orzeł uderzył skrzydłami i zatoczył koło nad nim i tronem. Wylądował na posadzce, rozprostował i złożył skrzydła. Obrócił łbem w obie strony, jego oko zalśniło. Zaczął kroczyć ku Władysławowi. Twarde ptasie szpony stukały w posadzkę.

— Ty też rzucasz cień — zobaczył Władysław. — Jesteś prawdziwy, tak samo jak ja.

Ptak podszedł i wskoczył na podwyższenie. Odbił się od niego i jednym uderzeniem skrzydeł wzleciał. Władek poczuł na twarzy powiew powietrza. Orzeł usiadł na oparciu tronu, za jego głową. Dzwony bijące na jutrznię uderzyły ostatni raz. Wstał nowy dzień.

— Znów wszystko się zaczyna — powiedział Władysław.

 Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

I

1321

JAN LUKSEMBURSKI patrzył, jak Praga budziła się niemrawo. Senni woźnice chwiali się na kozłach, woły ziewały, a beczki na wymoszczonych sianem wozach nie miały siły podskakiwać na wybojach. Dym z pieców chlebowych snuł się tak niepewną strużką, jakby bochny w piecu nie piekły się, lecz spały. Przyglądał się płatkom śniegu wirującym nad praskim rynkiem. Osiadały na dachach domów i girlandach ze świeżo ściętego jałowca, którymi służba przystroiła fasady budynków stojących wokół rynku. Pokrywały trybuny turniejowe dla gości, które jeszcze poprzedniego dnia tak rozzłościły Jana niezgrabnym kształtem daszków, że kazał wychłostać cieślę. Teraz, w chłodnym i nieostrym świetle poranka, przysypane świeżą warstwą śniegu, straciły swą wczorajszą toporność.

Jakaś opatulona pasiastą chustą handlarka z koszem ryb na plecach zapuściła się między nowo zbudowane trybuny, potknęła o wystający z boku stopień, uniosła głowę i przetarła zaropiałe oczy. Zdjęła z pleców kosz, chciała jak co dzień rozłożyć ryby na straganie i dopiero wtedy zobaczyła, że nie ma jej rybackiej budy. Rozejrzała się gwałtownie. Nie było też mięsnych jatek. I straganu piekarzowej Markety. Nie było chłopów sprzedających rzepę i groch. Bab z jajkami. Kur i gęsi w klatkach. Złapała kosz i przycisnęła do piersi jak dziecko. Uniosła głowę i spojrzała na wyniosłą fasadę rezydencji Konrada pyszniącą się przy praskim rynku. Na zgrabną, narożną wieżę i zdobione kamiennym maswerkiem okno, z którego zwisał ciężki proporzec z lwem Luksemburgów. Zamrugała zdumiona. Okno było otwarte na oścież. Stał w nim najpiękniejszy mężczyzna, jakiego widziała w życiu. Był nagi i patrzył wprost na nią. Uniósł jasne, muskularne ramię, wskazał palcem kierunek i skinął jej głową. Odruchowo spojrzała, gdzie pokazał. I zobaczyła, że w tę właśnie stronę ciągną wozy i drepczą ludzie z koszami i tobołami na plecach. Mały Rynek, jak mogła zapomnieć, że targowisko przeniesiono, bo zjechał król Jan i urządza jakieś widowisko. Król Jan?! Gwałtownie odwróciła głowę, szukając wzrokiem mężczyzny w oknie. Plecy. Zobaczyła jego plecy. Szerokie barki, którymi poruszał, naprężając węzły mięśni. Unosił i opuszczał ramiona, kręcił głową, aż rozsypywały się złote pukle włosów, i już, już miał znów odwrócić się twarzą do okna, gdy inne, ubrane ramię, zamknęło je z trzaskiem.

— Zimno jak w psiarni. Nie rozumiem twojej namiętności do ćwiczeń nago.

— Spartanie walczyli nago — ze śmiechem odpowiedział Jan i zaczął skłony.

— W słonecznej Grecji, mój królu. Nie w lodowatej Pradze. — Henry de Mortain wyjrzał przez jasne gomółki szkła na ośnieżony rynek. — Może zdążymy zapolować po turnieju? Twój marszałek obiecał mi białe niedźwiedzie. Wiele rzadkich zwierząt widziałem, ale tego nigdy.

— Lipski? — parsknął śmiechem Jan. — Okpił cię. W królestwie Czech nie ma białych niedźwiedzi. Podaj mi płaszcz, zaraz kończę.

— Żartujesz… — ponuro odpowiedział Henry, przeciągając dłonią po ciemnej, bujnej czuprynie.

— Skądże. Ćwiczę od wschodu słońca, wystarczy.

Jan zarzucił na nagie ciało płaszcz podbity futrem popielic. Pod jego miękkim dotykiem mimowolnie poruszył barkami.

— Zadrwił ze mnie przy pierwszym spotkaniu — trawił łgarstwo Lipskiego Henry. — I ty mu ufasz? Naprawdę zostawiasz królestwo w jego rękach?

— Zażartował z ciebie, nic więcej. — Jan sięgnął po kubek z wodą i wypił ją jednym haustem. — Pokazał, że cię przejrzał.

— To nie ja, lecz ty mawiasz, że Czechy leżą na krańcu cywilizowanego świata — żachnął się Henry.

— Czyli tam, gdzie żyją białe niedźwiedzie — skwitował Jan. — Nie mógł zakpić ze swego króla, zażartował z jego przyjaciela. Czesi nie lubią obcych, panie de Mortain. Opowiadałem ci, ile miałem z panami czeskimi starć o luksemburskich doradców. Ale to już przeszłość. Czas miniony. Teraz zostawiam królestwo w rękach Lipskiego i posłusznych mu czeskich panów i nie muszę siedzieć w ponurej Pradze.

— Wciąż jesteś tu obcy — kiwnął głową Henry.

Jan odstawił kubek i zrobił ruch, jakby chciał się przejrzeć w resztce wody pozostałej w jego wnętrzu.

— Moja żona, Eliška Premyslovna, postarała się, aby tak było — powiedział po chwili z namysłem.

Do komnaty wszedł Vojtech, ciemnooki i zręczny pokojowiec króla. Przyniósł dzban z wodą różaną i czyste ręczniki. Jan zrzucił płaszcz i pozwolił, by Vojtech obmył mu kark i ramiona zamoczonym w wonnej wodzie płótnem. — Vojtechu, koszula.

Pokojowiec założył ją zręcznie.

— Czechy były jej, Praga była jej i zamek był jej — Jan dalej opowiadał Henry’emu. Uniósł przy tym ramiona i Vojtech zaczął mu wiązać mankiety. — Zamek, pożal się Boże. Spłonął w dziwacznych okolicznościach parę lat przed moim przybyciem i wciąż brakuje srebra, by go porządnie odbudować. Spędziłem tam może dwie, trzy noce, nie więcej. Dlatego korzystam z rezydencji złotnika Konrada, tu, przy praskim rynku. Vojtechu, nogawice. Nie te, daj szafranowe. „Mój ród”, „moje królestwo”, „mój mąż”, powtarzała Eliška, odkąd się spotkaliśmy, tak, bym wbił sobie do głowy, że ona jest tu kimś, a ja nikim. Więc gdy nasze małżeństwo zostało zakończone, postanowiłem, że odbiorę jej wszystko.

— Nawet dzieci — wtrącił Henry.

— Zwłaszcza je. — Jan powiedział to miękko. Jeszcze bolała go zeszłoroczna śmierć młodszego syna. Dwulatek. Ostatnie dziecko, jakie spłodził z Elišką. — Buty z krótkim noskiem — zaordynował pokojowcowi.

Henry przestał studiować malowidło na ścianie i odwrócił się ku niemu.

— Nie myślałeś o unieważnieniu małżeństwa z Elišką? Mógłbyś przebierać wśród cór książęcych, może i królewskich.

— Myślałem setki razy — wyznał szczerze. — I jestem pewien, że to się nie opłaca. Teraz żyję z panami Czech w zgodzie, Lipski jest zadowolony, że odsunąłem Eliškę od władzy, pozostali też nie tęsknią za jej kłótliwym charakterem. Ale gdybym obraził ją unieważnieniem małżeństwa, obraziłbym ich. Mimo wszystko jest córą rodzimej dynastii. Wykorzystaliby to jako pretekst do podważenia mojej władzy. Zresztą nie stać mnie na przekupienie papieża. Wiesz, ile kosztują królewskie rozstania?

— Ja nie, ale możesz spytać Karola — zaśmiał się Henry. Młodszy brat króla Francji był towarzyszem ich zabaw dziecięcych, gdy obaj wychowywali się na dworze Filipa Pięknego. — Od pięciu lat usiłuje unieważnić małżeństwo z Blanką.

— I ma niezbite dowody jej zdrady. A ja? Mogę oskarżyć Eliškę o spiskowanie przeciw mnie, ale nie o to, że dzieliła z kimś obcym łoże. Vojtechu, pierścienie.

Pokojowiec postawił skrzynkę z klejnotami przed Janem. Otworzył jej wieko. Król Czech wyjął skręconą z kilku pasm złota obrączkę z szafirem. Uniósł, obrócił, by wątły promień lutowego słońca mógł musnąć kamień. Wysunął serdeczny palec lewej dłoni.

— Od dziecka pociągały mnie kobiety, które były poza moim zasięgiem — wolno, pieszczotliwie wsunął palec w obrączkę. — Na szczęście, ja podobam się wszystkim pozostałym.

— Których imiona na wieki pozostaną tajemnicą domu — skłonił głową Henry i uśmiechnął się lekko.

Jan wyjął ze szkatuły pierścień Luksemburgów. Z pyszną, złotą lwią głową.

— Wszyscy, których wezwałem, tym razem przyjęli zaproszenie na turniej do Pragi — powiedział, głaszcząc lwią grzywę. Założył pierścień obok obrączki z szafirem. — A ci, do których nie puściłem heroldów, przysłali tu swoich cichych ludzi. Każdy chce wiedzieć, o czym będziemy radzić, nim zabrzmią turniejowe rogi.

Za oknem, jak na potwierdzenie tych słów, odezwał się niski dźwięk witający wjeżdżających gości. Jan wyjął trzeci klejnot. Królewski pierścień z płomienistą orlicą.

— Już nie jestem czternastoletnim królewiczem z Luksemburga, który musi układać się ze swymi panami. Jestem królem Czech. Mam dwadzieścia pięć lat, następcę tronu i dwie córki, najlepsze gwarancje sojuszy. Mogę robić, co zechcę. — To mówiąc, uniósł prawą dłoń i zacisnął pięść.

— Czyli co? — całkowicie poważnie zapytał Henry de Mortain.

Jan ucałował pierścień z orlicą i założył na palec.

— Czas zacząć Turniej Zimowego Króla.

RIKISSA patrzyła na profil Aneżki. Jej szesnastoletnia córka była olśniewająca i jasna jak najszlachetniejszy kamień. I nie chodzi tu o prostą linię nosa, ciemnoróżowe i pełne usta, złote sploty włosów i pulsującą oddechem przejrzystą skórę szyi. Uroda Aneżki nie wynikała z nieskazitelnych rysów, lecz z promieniującej od niej czystej lekkości.

Ja w jej wieku znałam już mroki alkowy Václava — pomyślała Rikissa. — Brutalność męża i okrucieństwo króla. Samotność, jak pleśń pełznącą po praskim zamku. Gdyby nie Michał Zaremba i ogień…

— Mamo, nie zimno ci? — Aneżka odwróciła się ku niej, gdy spod sań na zakręcie sypnęło mokrym śniegiem.

— Nie, skarbie. Moja matka urodziła się w chłodnej Szwecji, ja wciąż pamiętam prawdziwe zimy w Poznaniu. Tu jest inaczej, cieplej. I cieszy mnie ta zima. Pierwsza tak śnieżna, odkąd przyjechałam do Czech.

— Henryk mówił, że byłaś młodsza ode mnie. — Aneżka przechyliła głowę na prawe ramię, Rikissę przeszedł dreszcz.

Václav robił tak samo — przemknęło jej przez myśl, a na głos spytała nieuważnie: — Twój Henryk?

Aneżka zaśmiała się:

— Nie mój, twój.

Rikissa, której myśli niebezpiecznie wczepiły się we wspomnienie alkowy Václava, przez chwilę była rozproszona.

— O czym ty mówisz? Henryk jest twój.

— Jaworski mój, Lipski twój — perliście śmiała się Aneżka. — Tylko nie pomylmy drzew, mamo!

Żart córki otrzeźwił ją w jednej chwili. Aneżka poślubiła Henryka Jaworskiego, mając jedenaście lat. Wymyślił to Lipski, byli wtedy w ogniu walki z Luksemburczykiem. Śląski zięć skutecznie zabezpieczył Rikissę, gdy Lipski pociągnął na wojnę. W dodatku księstwo jaworskie graniczyło z posiadłościami Lipskiego, więc utworzyli zwarte terytorium, po którym swobodnie mogły przemieszczać się wojska. Umówiła się z zięciem, że Aneżka zostanie przy niej, dopóki nie dojrzeje do małżeństwa. Jaworski był tak samo honorowy, jak przystojny. Czekał na swą żonę spokojnie, ale na ile starczy mu cierpliwości? Jak długo będzie chciał być mężem bez żony? Aneżka skończy w tym roku szesnaście lat. I nie przejawia najmniejszej chęci do opuszczenia domu. Rikissa miała osiem lat, gdy zmuszono ją do wyjazdu. Nie zrobi tego swojej jedynej córce.

Odwróciła się ku niej i dotknęła białego futra okalającego zaróżowione od mrozu policzki.

— Jesteś gotowa wyjechać z mężem do jaworskiego księstwa?

Aneżka zaśmiała się.

— Nie, mamo.

— Dobrze. Więc zostaniesz przy mnie. — Z ulgą pogładziła jej chłodny policzek. — Dyspensa papieska dla was jeszcze nie gotowa. Uznajmy, że ma to dla nas wielką wagę.

— Wiążącą — mrugnęła do niej Aneżka.

Praga była zaskakująco piękna pod śnieżną bielą. Odkąd przed laty opuściły ją nocą, w przebraniach, Rikissa wracała do królewskiego miasta niechętnie. Dla niej było utkane ze złych wspomnień. Jednak zaproszeniu króla nie mogła odmówić. Jan przygotował dla nich komnaty w rezydencji złotnika Konrada, przy rynku. Tego Konrada, który wedle jej projektu zrobił trumienne insygnia dla Rudolfa Habsburga. Boże, jak to było dawno. Rikissa wymówiła się od królewskiej gościny i poprosiła o nią przeoryszę benedyktynek, Kunhutę. Na zamkowe wzgórze wjechały Bramą Południową.

— W tej wieży mieszkałyśmy — pokazała córce jasną, kanciastą sylwetę.

— Pamiętam — poważnie powiedziała Aneżka i zaprzeczyła po chwili: — Nie pamiętam. Ale śni mi się czasami komnata z ciężką zasuwą, której pilnowała Wężowa Dziewczynka.

— Hunka — poprawiła ją Rikissa. — Miała na imię Hunka.

— Co się z nią teraz dzieje? — zachłysnęła się Aneżka, ale Rikissa nie zdążyła odpowiedzieć, bo sanie zajechały przed klasztorną furtę.

— Bis regina — powitała ją Kunhuta na dziedzińcu.

Za jej plecami stały dwie mniszki w czarnych płaszczach i wysoki, jasnowłosy Krzyżak. Rikissa mimowolnie wpatrzyła się w niego. Biała tunika i płaszcz zakonnego rycerza odbijały się nienaturalnym światłem od czerni mniszek.

— Wielki mistrz składa pokłon siostrom od Świętego Jerzego? — zapytała, przenosząc wzrok z niepokojąco przystojnej twarzy rycerza na Kunhutę.

— Dawny przyjaciel przynosi starej matce wieści od syna — odpowiedziała przeorysza.

— Zyghard von Schwarzburg, komtur grudziądzki — przedstawił się Krzyżak. — Gdy matka przełożona powiedziała, kogo będzie dziś gościć, uprosiłem, by pozwoliła cię, królowo, przywitać.

— Będziesz gościem na Turnieju Zimowego Króla czy też przybyłeś do Pragi wyłącznie z posłaniem dla Kunhuty?

— Rycerzom zakonnym nie wolno stawać na turniejach — odpowiadając Rikissie, przelotnie przyjrzał się Aneżce.

— Rozgryzłaś naszego gościa, bis regina — w głosie Kunhuty zabrzmiała złośliwa czułość. — Wizyta u starej matki jest tylko dodatkiem do tego, czego mu nie wolno. Idź, Zyghardzie. Możesz uznać, że poznałeś prawdziwą królową Czech, zanim przedstawi ci ją król Jan.

— Królową i jej córkę — skłonił się Zyghard wyraźnie w stronę Aneżki. — Mam nadzieję, że poznam i twego księcia, pani.

— Nie potrzebujesz do tego mojego pośrednictwa — odpowiedziała jej córka. — Książę Henryk Jaworski wprawdzie wolał templariuszy od Krzyżaków, ale jest tak uprzejmy, że na pewno nie okaże ci niechęci.

— Sława jest silniejsza po śmierci! — powiedział Schwarzburg i udał smutek. — Templariusze rozpalają wyobraźnię, choć już ich nie ma. My, skromni Krzyżacy, pracujemy w pocie czoła na własną.

— Może za bardzo się staracie? — spytała Rikissa. — A może nie warto walczyć z pamięcią o templariuszach?

Zyghard von Schwarzburg spojrzał na nią tak, jakby to osobiście go zabolało. W jego chłodnych oczach pojawiło się coś niezrozumiałego i natychmiast zgasło. Przybrał elegancką i kpiącą maskę, jak przed chwilą.

— Wezmę twe słowa za pewnik, bis regina. I zadbam o pamięć, by gdy zgrzybieję, nie zapomnieć o żadnym z templariuszy, których znałem osobiście.

— Wielu ich było? — wesoło spytała Aneżka.

— Niech pomyślę — udawał, że wytęża pamięć. — Jeden, ale dał mi się we znaki jak cały hufiec.

W złotym oku Kunhuty zalśniła wesołość. Wiek jej służy — pomyślała czule Rikissa. — Przed laty była surowa i powściągliwa. Teraz, przez jedną chwilę, niemal uśmiechnęła się dwa razy. W głębi dziedzińca rozbrzmiał dźwięk dzwonka. Maleńka zakonnica o policzkach czerwonych od mrozu dzwoniła nim zawzięcie. Kunhuta odwróciła się ku niej.

— Starczy, Berto, słyszałyśmy.

Karliczka Berta — przypomniała sobie o jej istnieniu Rikissa. — W jej płaszczu Aneżka uciekała z Pragi.

— Niech święty Jerzy czuwa nad wami, a Niepokalana Matka prowadzi — pożegnał się Zyghard von Schwarzburg i wyszedł za klasztorną furtę.

— Intrygujący — powiedziała Rikissa, patrząc na jego wysoką sylwetkę. Miał w sobie niepokojące połączenie lekkości i siły; była pewna, że mówił jedno, a myślał o czymś zupełnie innym.

— Wpływowy — potwierdziła Kunhuta.

— I przystojny. Choć niemłody — dodała Aneżka. — Ale ja lubię starszych. Widziałyście jego włosy? Niejedna dama chciałaby mieć tak jasne.

— Czy u księcia płockiego wszystko w porządku? — spytała Kunhutę Rikissa. — To zwykła rzecz, by wpływowy komtur przywoził ci wieści z Płocka?

— Mój syn, Wańka, odziedziczył ambicje po Przemyślidach, a skłonność do szaleństwa po Piastach Mazowsza. Albo na odwrót — machnęła ręką przeorysza. — To połączenie nigdy nie wróży nic dobrego. Bogu dzięki, nie sprawdza się w przypadku kobiet. Podejdź, moja bratanico, niech cię uściskam.

Aneżka zrobiła śmiały krok ku Kunhucie i teraz obie wpatrywały się w siebie.

— Przypadły jej w spadku rysy Václava — pokiwała głową przeorysza. — Ale, jak mniemam, serce i rozum odziedziczy po tobie, bis regina. Zapraszam do środka. Bądźcie mymi gośćmi.

Ruszyły do wnętrza klasztoru przez wąską furtę. Przodem szły dwie mniszki ze światłem, potem Kunhuta, Rikissa, Aneżka i karlica Berta.

— Ile masz lat, Berto? — zapytała ciekawie Aneżka.

— Nie odpowie ci — odezwała się z przodu Kunhuta, nie odwracając głowy. — Złożyła śluby milczenia. W lewo, proszę, tu mamy cele dla gości. To się stało wtedy, gdy w naszym klasztorze napadnięto królewnę Eliškę. Berta ucierpiała podczas ataku na moją bratanicę i długo potem chorowała. Jej umysł ma w sobie czystość bożego dziecięcia, nie mogła zrozumieć, że ktoś wtargnął do domu zakonnego. — Kunhuta stanęła nagle. — Poświećcie mi, siostry.

Zakonnice uniosły lampki oliwne, Kunhuta odwiązała od paska klucz na srebrnym łańcuszku i otworzyła nim kłódkę strzegącą żelaznej kraty.

— To było tutaj — pchnęła kratę, która otworzyła się z jękiem. — Tutaj mieszkała Eliška z dwórkami, gdy próbowano zamachu. Mam nadzieję, że to was nie odstrasza, bis regina?

— Przeciwnie, matko przełożona — uśmiechnęła się w półmroku korytarza Rikissa. — To mnie uspokaja. Przecież tamten zamach był nieudany. Nikt przy zdrowych zmysłach nie powtarza dwa razy tego samego błędu.

Kunhuta podała klucz od kłódki Rikissie i przytrzymała jej palce.

— Czesi cię kochają, bis regina. Darzą uwielbieniem Lipskiego, bo jest swój, a król to wciąż obcy z Luksemburga. Ale gdy ktoś dostaje od losu tak wiele, zaczyna budzić demony zawiści. Są tacy, co zazdroszczą wam morawskiego księstwa. Oni nie patrzą, ile krwi Lipski przelał za Czechy, ile ty wycierpiałaś jako żona dwóch królów. Widzą tylko wasze szczęście i ono ich kłuje w oczy. A twój odważny i rycerski zięć nie dlatego zainteresował Zygharda, że pojął za żonę ostatnią Przemyślidkę. Jaworski idąc po swoje, wszedł w drogę królowi Janowi i Wittelsbachom. — Wskazała wzrokiem na Aneżkę. — Jej Henryk i twój Henryk mają wrogów. Ktoś, kto będzie chciał zranić Henryków, może uderzyć w nią, lub w ciebie. Bądź ostrożna, bis regina.

— Dziękuję za przestrogę, Kunhuto.

— Mnie chroni święty Jerzy — poważnie odpowiedziała przeorysza. — A gdzie twój stróż, siostro?

— Michał zaginął — ucięła pytanie Rikissa.

— Smok zawsze zostawia po sobie ślad. Archanioł też daje widome znaki. Może ten, kto go szukał, nie wiedział, jak znaleźć. Porozmawiaj z Zyghardem von Schwarzburg. Niektórzy rycerze zakonni mają szersze zainteresowania, niż nam się zdaje.

HENRY DE MORTAIN nie podzielał zdania Jana Luksemburskiego, że królestwo Czech leży na krańcu świata. Ba, nawet żałował, że tak nie było. W służbie Filipa Pięknego przemierzył świat, rozmawiał z kupcami, kapitanami statków, wędrownymi rycerzami, żebrzącymi mnichami i słyszał o cudach, w które jego trzeźwy umysł nie zawsze wierzył. Widział słonie i większe od ludzkich dzieci małpy. Tygrysa w klatce, który zjadł własne młode. Na Rodos karmił dwugłową kozę, a na Malcie ujrzał jednorożca, którego jednak, po bliższym przyjrzeniu, zdemaskował jako źrebicę z doklejonym rogiem. W Antiochii pokazano mu smocze szczenięta, pokryty łuską gadzi pomiot o zaropiałych ślepiach, ale był tam zbyt krótko, by przekonać się, że maszkary są zdolne do samodzielnego życia, dłuższego, niż te kilka dni, gdy za srebrne monety, pokazywano je zamorskim gościom. Po śmierci Filipa Pięknego porzucił służbę królom Francji, choć, rzecz jasna, wciąż był ich wiernym poddanym. Synowie Filipa, z którymi Henry i Jan wychowywali się na paryskim dworze, nie mieli ani charyzmy, ani umysłu ojca. Może nieco podobni mu w okrucieństwie, ale to akurat nie przemawiało na ich korzyść. Kiedy więc Jan Luksemburski zaprosił go na swój dwór i służbę, Henry nie wahał się długo. Znali się jako dzieci; teraz poznawali jako mężczyźni. Henry nie dorównywał Janowi urodzeniem, choć ród jego matki szczycił się szlachectwem od pokoleń. Wywodzono go od samego Wilhelma Zdobywcy, co było najszczytniejszym uprawomocnieniem bękarcich początków i we Francji igrającej z Anglią wiele znaczyło. Zresztą, gdy jest się synem hrabiny nazwanej na pamiątkę pirackiego statku „Klejnotem Mórz”, ma się we krwi skłonność do wszelakich dziwactw i przygód. Henry, od dzieciństwa przebywając wśród najlepiej urodzonych, jedząc z nimi z jednego stołu i śpiąc na tym samym sienniku, nabył pewności, że krew niewiele znaczy. Za to wychowanie, wiedza i czyny są w stanie zbudować w człowieku szlachectwo. Oczywiście nie dzielił się tą wiedzą, bo przez lata spędzone u boku książąt nauczył się, że szczerość jest tak cenna, iż warto zostawiać ją dla siebie.

— Gotowy? — głos Jana za jego plecami rozległ się nieoczekiwanie. — Chodź, poznasz moich gości. Prawdziwy Turniej Zimowego Króla rozgrywa się tutaj, w szranki staniemy wyłącznie dla zabawy!

Luksemburczyk poprowadził go do korytarza dla służby, lecz zamiast zejść wąskimi schodami do sieni, odchylił przybrudzoną, ciężką kotarę. Za nią kryły się niewielkie drzwi. Jan pchnął je, ustąpiły lekko i bez najmniejszego hałasu. Henry poczuł powiew chłodnego powietrza i woń stęchlizny. Przed nimi ciągnął się wąski korytarz przecinany płynącymi z prawej strony plamami jasności. Jan wszedł do niego swobodnie, Henry, wyższy od króla o głowę, musiał się nieco pochylić. Po dwudziestu krokach zatrzymali się i Luksemburczyk wskazał na kwadratowy otwór, z którego sączyło się światło.

— Nasz gospodarz, Konrad, od dawna był zausznikiem Przemyślidów. Gdy spłonął zamek, zaoferował im gościnę w swojej rezydencji i zadbał o to, by mieli gdzie prowadzić poufne i wymagające wytwornych wnętrz rozmowy. Szczególnie przysłużył się królestwu za Václava II, który ponoć słynął z nieufności. Stąd ten pomysł. — Jan pokazał na otwór w ścianie. — Nic nowego, ale ciekawe, że w każdym zamku robi się to inaczej.

— Kapetyngowie mieli dziury w ścianie sali tronowej — mruknął Henry, przybliżając się do otworu.

— Uhm. Po przeciwnych stronach. Obie zakryte tarczą.

— Były cztery — spokojnie odpowiedział Henry, oglądając znajdującą się poniżej salę. — Nie złość się. Dwie ostatnie odkryłem, gdy już wyjechałeś z Paryża.

— To sala z lwem — szepnął Jan, robiąc sobie miejsce obok Henry’ego. — Pamiętasz? Przedwczoraj jedliśmy tam wieczerzę z Konradem. Druga, z malowidłami świętych, jest po przeciwnej stronie rezydencji, tam zaprowadzę cię później.

Otwory znajdowały się wysoko ponad głowami gości. Przypomniał sobie majestatycznego lwa na szczytowej ścianie. Nad nim, niemal pod samym sufitem były wymalowane tarcze z herbami panów Czech i, jak się teraz domyślił, wizjery były wkomponowane między klejnoty a labry. Henry de Mortain zerknął przez tajemny otwór i policzył gości.

— Dziesięciu? — był zaskoczony.

— Ich ojcowie byli płodni — zaśmiał się Jan. — Z trzech potężnych książąt ojców powstało dziesięć synowskich księstw. A nie zaprosiłem wszystkich — dodał łobuzersko.

— Łypią na siebie spode łba, każdy pilnuje swego kielicha, jakby bał się, że sąsiad mu czegoś dosypie — Henry mówił, co widzi. — A ty posadziłeś ich przy okrągłym stole, pochwalam koncept, w końcu zaprosiłeś gości na turniej. Budujesz atmosferę, nim się zacznie. Po drugie, walczysz o dusze młodych i, jak widzę, miejsce króla Artura czeka, aż zejdziesz do nich. Po trzecie, nie chciałeś wyróżnić żadnego, bo życzysz sobie, by byli równymi pośród równych…

— …po czwarte, pozabijaliby się — dokończył Jan i puścił do niego oko. — To bracia i bliscy kuzyni. Jeśli nie zapamiętasz twarzy, to po herbach ich nie rozpoznasz. Wszyscy mają takie same. Czarne, śląskie orły. Henry, poznaj książęta Śląska, moich drogich gości!

ZYGHARD VON SCHWARZBURG studiował malowidło ścienne przedstawiające świętego Wacława i uśmiechał się półgębkiem, słuchając nudnawej opowieści hrabiego Arnolda, pierwszego koniuszego Wittelsbachów.

Ród hrabiego równie stary jak ta historia o skazańcu uratowanym przez dobrego króla — pomyślał z niesmakiem. — Opowiada ją, jakby naprawdę wierzył, że wydarzyła się na rynku w Monachium, a dobrym królem był, o mój Boże, cóż za przypadek, jego pan, Ludwik Wittelsbach. Bzdury. Słyszałem to setki razy. Każdy ród Rzeszy widzi swych przodków w roli króla wybawcy. Bawarczycy zawsze byli nudni. Toporni i nudni. Dno.

— …prawda, komturze Schwarzburg? — hrabia Arnold pytał go o coś.

— Nie wiem, hrabio. Tak skupiłem się na szczęściu skazańca i aureoli świętego Wacława, że nie dosłyszałem twego pytania.

— Ach, to nie było pytanie! Stwierdzenie raczej. Mówiłem szlachetnym panom, jak wiele nas łączy. My, Bawarczycy, i wy, Turyńczycy, jesteśmy jak bracia z jednej matki.

— Moja była księżniczką Rusi, wybacz, Arnoldzie — cierpko uciął braterskie zapędy hrabiego. Nie znosił Wittelsbachów. Nawet jeśli chapnęli tron Rzeszy, nie zmienia to faktu, że w gronie starych rodów są nowicjuszami. Trzeba się z nimi liczyć, ale żeby bratać?

Część gości zachichotała i rozmowę przejął niezawodny arcybiskup Trewiru, Baldwin. Luksemburczyk zostawił nas w rękach stryja, bo Baldwin to arcymistrz dyplomacji. I słusznie — pochwalił w myślach Zyghard. — Młody lew pozwala, by stary go uczył zasad polowania tak długo, póki sam nie będzie gotów dopaść zdobyczy.

Zyghard przyjechał do Pragi, bo w interesie Zakonu było szukanie sojuszy. I miał pewność, że młody król wymyślił turniej rycerski z tego samego powodu. W ciągu ostatniego roku zdarzyło się tak wiele, że tylko głupcy udawaliby, że nie zmieniło się nic.

Zaprosił przedstawicieli ościennych księstw i królestw — Schwarzburg pod maską uprzejmej obojętności przyglądał się gościom i nie mógł nie docenić, że Baldwin usadził ich przy długim prostokątnym stole tak, aby jawni wrogowie nie siedzieli naprzeciw, ale obok siebie.

Otto von Arenbach, sekretarz Fryderyka Habsburga śmiertelnie skonfliktowanego z Ludwikiem Wittelsbachem, siedział więc obok przygłupawego hrabiego Arnolda. Hrabia Waltman, zausznik Karyntczyka, kiedyś rywala gospodarza do tronu Czech, zasiadł zaś na wprost tych dwóch. Zyghard zaśmiał się w duchu. Karyntczyk po matce jest z Wittelsbachów, szwagra ma Habsburga, a wżenił się w Przemyślidów. To ostatnie nie ma już żadnego znaczenia, bo tron czeski trzyma Luksemburczyk. Dlaczego Jan wywyższył jego człowieka przy stole? Rozwiązywanie takich zagadek było rozrywką Zygharda. Prawda, niewiele zostało mu innych. Uczucie ciągłej straty po śmierci Kunona wciąż wracało, czasem w chwilach, jak ta, najmniej odpowiednich. Było falą żółci podchodzącej do gardła i dławiącej znienacka. Cofał się do tamtej nocy w Malborku. „Czy chcesz razem ze mną opuścić to żmijowe gniazdo?” Gdyby wstał i poszedł, to by się nie stało? Kuno nie zostałby zamordowany przez Dzikich, których tyle lat tropił? Przeżyłby? Nieprawda. Zyghard, lis dyplomacji, arcymistrz kłamstwa, przed sobą bywał szczery. Kuno nie mógł przeżyć, bo on, Zyghard von Schwarzburg, nigdy by z nim nie opuścił Zakonu. Nawet jeśli dawny templariusz był jedynym człowiekiem, przy którym jego serce biło podwójnie.

— …król krakowski ignoruje wezwania króla Jana do zaprzestania używania bezprawnego tytułu — poinformował Baldwin.

— Nie koronował się na króla Krakowa, tylko na władcę całego Królestwa Polskiego. Dostał na to zgodę papieża. — Zyghard odbił sobie na Baldwinie własne, ponure myśli. — I, o ile Zakon rozumie, dlaczego król Jan chce podtrzymywać swoje pretensje do tronu polskiego, o tyle zwraca też uwagę, że gdyby go w jakikolwiek sposób zdobył, sam stałby się jedynie królem Krakowa, a nie całego królestwa.

— Teść Jana Luksemburskiego, Václav II, koronował się w Gnieźnie — zaprotestował Baldwin.

— Bo je zdobył — lekko odpowiedział Zyghard. — Ale realną władzę i przypomnę, krótką, sprawował wyłącznie w Krakowie. Zatem używanie przez czeskiego monarchę wobec króla Władysława zwrotu „król Krakowa” zamiast „król Polski” w istocie działa przeciwko czeskim pretensjom. Tyle mogliście zrobić, gdy był czas po temu — tę uwagę wypowiedział niemal pieszczotliwie — zdobyć Kraków i Małą Polskę. Z racji na bliskość Czech i liczne powiązania kupieckich kapitałów ta operacja była możliwą. Ale się nie udała. Bunt mieszczański, w którym ponoć maczaliście palce, stłumił Władysław i pięknie sfinalizował koronacją królewską.

— Nadzwyczajne — chłodno odpowiedział mu Baldwin i spojrzał nie na Zygharda, lecz na fresk przedstawiający anioły ponad głową świętego Václava. — Komtur grudziądzki broni praw króla Władysława?

— Zakon, duchowo służąc Najświętszej Marii Pannie, w przyziemnej polityce opiera się wyłącznie na faktach — z uśmiechem odpowiedział Zyghard von Schwarzburg. — A te są takie, że Władysław jest koronowanym królem Starszej Polski, Małej Polski i Kujaw. Do Śląska nic nie mamy — uśmiechnął się. — Ale Mazowsze i jego książęta to nasi bliscy sąsiedzi.

— A Gniezno, o którym wspomniałeś w kontekście koronacji, jest zbyt blisko waszych siedzib? — arcybiskup Trewiru powiedział głośno i dobitnie.

Zgadłeś, Baldwinie. Gdyby to był turniej, wygrałbyś pierwszą gonitwę — pochwalił go w myślach Zyghard. — A ja spełniłem zadanie władz zakonnych. Przekazałem królowi Czech wiadomość, dokąd sięga nasz apetyt. Teraz mogę się bawić dalej.

Zrobił zakłopotaną minę, by stryj Luksemburczyka odczuł satysfakcję, i odpowiedział:

— Takie są fakty, Baldwinie, nikt nie zaprzeczy, że z Malborka bliżej do Gniezna niż Krakowa.

A Kraków już wam w ręce nie wpadnie — zaśmiał się w duchu — bo sprytny mały król uświęcił go swą koronacją i wyniósł ponad wszystkie inne miasta Królestwa. Teraz dla jego rycerstwa Kraków jest świątynią, Jerozolimą. Nie, to kiepski przykład — skonstatował w myślach. — Grób Pański straciliśmy.

— A jak skomentujesz komturze — odezwał się hrabia Arnold — sromotną przegraną Zakonu w procesie papieskim?

Wittelsbach, któremu służy, jest pierwszym wrogiem papieża, więc nudziarz z Bawarii szukać w nas będzie sprzymierzeńców. Dobrze, czasami z przegranej można wyciągnąć więcej, bo nic tak nie jednoczy jak wspólny przeciwnik.

— Proces był stronniczy, król Władysław wie, komu i ile trzeba zapłacić. Sędziowie reprezentowali interesy strony polskiej i wyrok zapadł nie w sądzie, a w kurii papieskiej, nim zaczęto słuchać świadków. Mamy niezbite dowody, że Gdańsk i Pomorze przeszły w nasze ręce legalnie — odpowiedział Zyghard.

— Ale nie macie papieża! — zaśmiał się Baldwin. — Jan XXII wyraźnie sprzyja Polakom. Na mocy wyroku musicie zwrócić im Pomorze, Gdańsk i zapłacić… ile to wam zasądzono? Dwadzieścia tysięcy?

— Trzydzieści tysięcy. I sto pięćdziesiąt grzywien tytułem kosztów — poprawił go Zyghard z uśmiechem i strzepnął coś z rękawa. — Niewiarygodne pieniądze. Pokrycie dachu na nowym zamku w Marienburgu niemal tyle nas kosztowało.

Widział konsternację na twarzach zebranych. Zauważył, że Baldwin znów unosi wzrok ku aniołom na fresku.

— Głęboko wierzymy w papieską sprawiedliwość — powiedział Zyghard. — Wszak, jako zakon rycerski, ostatni z tych, które naprawdę walczą z mrokiem pogaństwa, podlegamy tylko jego świątobliwości. Nie królowi Niemiec — skłonił się lekko hrabiemu Arnoldowi — którego cenimy i szanujemy. Nie jego kontrkandydatowi — uśmiechnął się do Ottona von Arenbacha, sekretarza Habsburga — którego przymioty, waleczność i wpływy są nam znane. Nie książętom Rzeszy — mrugnął do zausznika władcy Karyntii, po czym uniósł wzrok na anioły pod sufitem sali — i nie królowi Janowi czeskiemu, choć jego zaproszenie jest nam szczególnie miłym. A papież? Cóż. Wierzę, że przejrzy na oczy i zmieni zdanie.

LUTHER Z BRUNSZWIKU, komtur dzierzgoński i wielki szatny Zakonu Najświętszej Marii Panny, klęczał przed papieżem Janem XXII. Obok niego, w pełnym pokory geście pochylał głowę Dietrich von Altenburg, komtur Bałgi. Za każdym z nich klęczało po trzech braci. Lautenburg, Plauen, Sparenberg. Oetingen, Bondorf i Anhalt, wszyscy z gołymi głowami, w białych płaszczach rozpostartych na posadzce sali audiencyjnej awiniońskiego zamku biskupów.

— Wstańcie — obojętnym głosem powiedział sędziwy papież.

Nie wstali. Luther wyszeptał:

— Wielkie są grzechy nasze, Ojcze Święty. Przewiny płynące z czynów hardych i zuchwałych.

— Człowiek jest grzeszny — niechętnie wygłosił sentencję papież. — Ważne, że umie zatrzymać się w pysze, uderzyć w pierś i prosić o przebaczenie.

Luther uniósł głowę i wyszeptał z pasją:

— Wybacz nam, Ojcze Święty.

Jan XXII, który jeszcze przed chwilą czyścił paznokcie rąbkiem rękawa, drgnął na dźwięk jego głosu. I spojrzał Lutherowi w oczy.

— Prosicie w imieniu Zakonu?!

— Tak, Ojcze — odpowiedział Luther.

Jan XXII, siedemdziesięciosiedmioletni starzec o łysej czaszce pokrytej ciemnymi plamami, przez chwilę wyglądał jak zaskoczone dziecko.

— Jak zatem wyjaśnicie, że ledwie tydzień temu, wybłagał u mnie audiencję Karol z Trewiru, wasz wielki mistrz? Czyżbyście nie wiedzieli o jego obecności w Awinionie?

— Bylibyśmy szczęśliwi, gdyby zechciał odwiedzić i nas, w Malborku — niewinnie odpowiedział Luther.

Twarz papieża poczerwieniała.

Łatwo popada w gniew — skonstatował Luther.

— Nie kłam, komturze, przed obliczem następcy świętego Piotra! — papież ryknął na niego. — Jest nam wiadomym, co uczyniliście w Malborku ze swym mistrzem! Odsunęliście od władzy, chcieliście obalić, ale przeszarżowaliście w bezczelności swojej! — Starzec aż uniósł się na tronie.

Krzyczał, wymachując palcem oskarżycielsko skierowanym w pierś Luthera. Ten nie pochylił głowy, przeciwnie, nie spuszczał smutnych, ciemnych oczu z twarzy Jana.

— Karol z Trewiru opuścił stolicę Zakonu — grzmiał dalej papież — ale nigdy nie przestał być jego głową, zrozumiano? Jak więc macie czelność przybywać do mnie z poselstwem w imieniu zgromadzenia?!

Oczy Luthera zalśniły łzami.

— Ojcze Święty — szepnął, tłumiąc wzruszenie — wybacz nam, komturom prowincji pruskiej. Skąd nam wiedzieć, co czyni nasz mistrz, skoro nas opuścił? Porzucił braci, choć spójrz na nas — mówiąc to, rozłożył ramiona i wskazał na klęczących za sobą — nie ma tu żadnego z tych, którzy na konwencie w Malborku zagłosowali za usunięciem mistrza Karola.

— Skąd mam pewność? — zaczepnie, ale dużo spokojniej powiedział papież. — Wasze głosowania są tajne!

Luther spojrzał mu prosto w oczy, mówiąc:

— Przejrzyj nasze serca, Ojcze.

Przez chwilę trwała cisza, aż zabrzmiał dzwon w pobliskim klasztorze dominikanów i wyrwał papieża z zadumy.

— Wstańcie — powiedział bezbarwnym głosem — i powiedzcie, co was sprowadza.

Wstali na raz, sprężyście i zręcznie, jak przystało na rycerzy. Luther z satysfakcją odnotował, że nawet Oetingen, który wciąż uskarżał się na ranę w nodze od sztyletu Kunona, nie zachwiał się i nie jęknął.

— Znamy wyrok, jaki zapadł w procesie o Pomorze — spokojnie powiedział Luther. — Wiemy, że polscy biskupi, których zamianowałeś sędziami, orzekli za swoim królem, a przeciw nam. W tej sprawie odwoływać się będzie nasz prokurator i nie chcemy wpływać na jego pracę, ani na twe decyzje, zwierzchniku Kościoła. Przyjechaliśmy, by pokazać ci coś, czego żaden sędzia, znawca prawa, biskup czy kardynał pokazać ci nie może. Coś, co zdobyć jest zdolny tylko rycerz Zakonu Najświętszej Marii Panny. Markwardzie, Hermanie — zawołał stojących z tyłu braci — złóżcie naszą zdobycz u stóp następcy świętego Piotra.

Sparenberg i Anhalt nieśli pokrytą złotymi płytami skrzynię powoli. Ich równe kroki rytmicznie odbijały się od kamiennej posadzki. Przed tronem papieskim przyklękli. Postawili skrzynię i odsunęli się, robiąc miejsce Lutherowi i Dietrichowi.

— Dlaczego to ma dwie kłódki? — Niespokojnie poruszył się na tronie papież.

Ma niezły wzrok, jak na takiego starucha — skonstatował Luther.

On i Dietrich von Altenburg klęknęli przy skrzyni jednocześnie. Zdjęli z szyi łańcuchy z kluczami i podali na wyciągniętych dłoniach papieżowi.

— Wierząc w Boga Wszechmogącego świadomi jesteśmy obecności w naszym świecie plugawych pomiotów jego wroga, Księcia Piekieł — odpowiedział Luther. — Nasz Zakon powołano do walki z dzikimi dziećmi Szatana.

— I do nawracania zwykłych, nieświadomych Słowa Bożego pogan — przypomniał Jan XXII.

— Jako rzekłeś — skinął głową Luther. — W tej skrzyni masz dowód, Ojcze Święty, że nasz Zakon, nie bacząc na straty, śmiertelne zagrożenie i paraliżujący zwykłych ludzi lęk, spełnia swe posłannictwo. Przyjmij klucze.

— Dlaczego są dwa? — znów skrzeknął Jan.

— Bo to, co tam się znajduje — głębokim, tubalnym głosem zagrzmiał Altenburg — już raz uciekło.

Papież cofnął się mimowolnie.

— Co to takiego? — spytał i głos mu zadrżał. Przełknął ślinę i zażądał: — Wy otwórzcie.

Altenburg przekręcił swój klucz w kłódce i zdjął ją. Luther użył drugiego i odłożył na posadzce kłódkę. Chwycił za wieko.

— Nie! — krzyknął papież. — Najpierw mi powiedz, co zobaczę.

— Zastygły w bursztynie płód pogańskiej kapłanki, która nosiła go nie w łonie, lecz jak klejnot, na szyi — podniośle odpowiedział Luther.

Jan XXII przeżegnał się i skinął głową. Otworzyli wieko.

Papież, lekko jak dziecko, wstał z tronu i niemal zbiegł po jego stopniach. Chwilę stał nad skrzynią, jakby lękając się, że jantarowy płód wyskoczy i wyssie z niego krew. Gdy nic takiego się nie stało, pochylił się nad skrzynią.

— Wyjmij to — rozkazał Lutherowi. — Chcę mu się lepiej przyjrzeć.

— Światła! — powiedział Luther do braci i ostrożnie chwycił płód przez kraj płaszcza.

Komturowie w mig złapali świeczniki spod ścian i otoczyli Luthera i papieża, unosząc je wysoko. On zaś wyciągnął ramiona ze zdobyczą najwyżej jak potrafił. W blasku świec jantarowy płód lśnił głęboką, brunatną barwą. Dziecko ukryte w żywicznej macicy było pomarszczone jak miniaturowy, nienarodzony starzec. Twarz miało wykrzywioną we wściekłym grymasie, ukazując długie, ostro zakończone zęby. Jedno z jego oczu było otwarte, drugie przysłaniała przejrzysta, jak u gada, powieka, spod której przeświecała ciemna i nienawistna źrenica.

— Jezu Chryste — szepnął papież pobielałymi wargami.

— Obecny tu Luther z Brunszwiku osobiście brał udział w wyprawie, podczas której zabito bluźnierczą kapłankę Dzikich i odebrano jej płód — dźwięcznym głosem mówił Altenburg. — Nasz nieodżałowany wielki mistrz Feuchtwangen życzył sobie, by trofeum to, stanowiące niepodważalny dowód na istnienie dzikich plemion czczących szatańskie pomioty, spoczęło u stóp twych, Ojcze Kościoła. Jednak sprzeciwili się temu wysoko postawieni bracia z domów niemieckich. Nie chcieli, by nasz dom pruski został u ciebie wywyższony. Nikt nie wie, w jaki sposób wynieśli płód z malborskiego skarbca, ale kiedy opuścił nas wielki mistrz, Karol z Trewiru, ta skrzynia była pusta.

Papież nie mógł oderwać oczu od żywicznej macicy, wpatrywał się w nią, aż łzy płynęły mu z oczu. Luther podjął przemowę Ditricha:

— W czasie gdy koronował się książę Władysław, gdy biskupi królestwa polskiego sądzili nas w twym majestacie za rzekomy zabór Pomorza, wojska zakonne wykonywały swe obowiązki jak co dnia. Obecny tu komtur bałgijski Ditrich von Altenburg rozgromił oddział Litwinów w Dzikiej Puszczy. Obecny przy ich wojskach kapłan, bo wiedzieć ci trzeba, Ojcze, że ich wiodą nie wodzowie, lecz szatańscy pomagierzy, uciekał z pola bitwy, ukrywając coś w koszu. Komtur Altenburg osobiście przeszył go mieczem i odzyskał trofeum, które od dawna należy do ciebie, Ojcze.

— Czy to żyje? — szepnął Jan XXII.

— Na swój piekielny sposób — potwierdził Luther. — Gdy po raz pierwszy zdobyliśmy bursztynową macicę, była w barwie jasnego złota i płód w niej poruszał rękami. Zaciskał i otwierał pięści. Teraz, jak widzisz, Ojcze Święty, uniósł jedną powiekę. Może gdy przebywać będzie w blasku twej świątobliwości, zamknie je, porażony światłem. Nie umiem odpowiedzieć, bo staram się nie patrzeć diabłu w oczy.

— Coś takiego — głośno przełknął ślinę Jan. — Coś takiego.

— Nie uwierzy, kto nie zobaczy — powiedział Ditrich von Altenburg.

— Schowajcie to. — Jan XXII zrobił nieokreślony ruch dłonią, jakby jednocześnie chciał przyciągnąć jantarowy płód i go odpędzić. — I dajcie mi klucze. Zamknijcie dobrze, żeby nie…

Stał w miejscu, póki nie domknęli skrzyni, jakby nie chciał się od niej oddalić. Ale gdy dostał klucze, wrócił na swój tron i usiadł ciężko.

— Rodriku — przywołał sekretarza, który przez całą audiencję stał za nim z rozdziawionymi ustami — spisz imiona tych braci. Nadamy im specjalne przywileje papieskie za służbę…

— Nie wolno nam ich przyjąć — przerwał mu Luther. — Bo nie przybyliśmy do Awinionu dla nagrody. Rycerze zakonni służą Bogu, papieżowi i swemu zgromadzeniu.

— Tak, no tak… — wymruczał jak we śnie papież wciąż pod wrażeniem tego, co zobaczył. — Tak, tak… cóż zatem mogę dla was zrobić, synowie moi?

— To, czego teraz pragniesz dla nas, Ojcze, zrób dla naszego Zakonu. Dla braci.

STARCY SIWOBRODZI po raz pierwszy poprowadzili swych ludzi do Głodnego Kamienia. „Już czas” — stwierdzili jednogłośnie — „już czas”. Szli na czele, niosąc trzy pochodnie, ale to nie one oświetlały drogę korowodowi kroczącemu za nimi w ciszy, lecz księżycowy blask.

— Wilczy księżyc — powiedział pierwszy ze Starców, pokazując na niebo.

— Srebrny łowca — potwierdził drugi.

— Nocny pan — oznajmił trzeci.

Śnieg skrzypiał pod stopami, zamarznięta ziemia pozwoliła im przemierzyć bagna i mokradła niedostępne od wiosny do jesieni. Bezlistne krzewy wyciągały gałęzie niczym szpony i szarpały połami płaszczów.

— Las jest złakniony — powiedział ostatni ze Starców, ten, który nie miał jednego ramienia.

Pierwszy tylko skinął głową i przy potężnym pniu uschniętego jaworu skręcił ostro na północ. Za nim podążyli pozostali, wchodząc na omijane przez ludzi i zwierzęta Nieme Uroczysko. Nie zwolnili kroku; szli w ciszy. Nikomu nie trzeba przypominać, że póki nie dojdą na miejsce, zakazany jest jakikolwiek głos. Nawet dziecko wie, że kto się odezwie, idąc przez ostępy Niemego Uroczyska, nie wróci z niego żywy. Gdy zapuszczają się tu dziki, to bez warchlaków, by chrząkaniem nie ściągnęły na siebie klątwy. Ptaki omijają ten las, choć niektóre sowy błotne, bezszelestne w polowaniu i locie, zjawiają się tutaj na krótko. Teraz, w głębi zimowej nocy, uroczysko zdawało się opuszczone przez wszelakie życie.

W takie miejsce trzej Starcy Siwobrodzi po raz pierwszy prowadzili swój lud.

Gdy uszli trzy setki kroków, przystanęli. Sprawdzili, czy dobrze idą. Omszały kamień, za nim w lewo. Na uroczysku próżno było szukać drogi lub choćby ścieżyny. Nawet zwierzęta nie zostawiły tu znaków swojej obecności. Znów stanęli. Lej w ziemi, niecka wypełniona śniegiem. Przed nią w prawo. Nikt rozumny nie zapuszczał się tutaj bez przewodnika, zwłaszcza że Nieme Uroczysko kończyło się nagle, bez żadnej widocznej granicy. Dla niewprawnego oka wydawać się mogło wciąż tym samym, głuchym lasem. Starcy, sobie tylko znanym sposobem, umieli rozpoznać rubież. Między sobą mówili, że Nieme Uroczysko kończy się tam, gdzie zaczynają korzenie głazu, kamienne ramiona, którymi wrósł w ziemię. Wyczuli je pod stopami, mimo warstwy śniegu i poczekali, aż reszta ludzi przekroczy niewidzialną linię. Wyciągnęli przed siebie pochodnie, oświetlając miejsce, do którego zmierzali.

— Głodny Głaz — powiedział pierwszy Starzec, pokazując wszystkim masywny kamień wyglądający jak stół olbrzymów. Płaski, przecięty na pół głęboką szczeliną. Choć las wokół okryty był warstwą śniegu, powierzchnia głazu była od niego wolna. Wilgotna, jakby perlił się na niej pot.

— Od ponad trzystu lat stoi tu sam — drugi Starzec poświecił i przybysze dostrzegli, że kamień ma czerwonawą barwę zetlałej krwi.

— I od tego czasu nikt go nie karmił — oznajmił trzeci. — Kamienna gardziel jest złakniona ofiary.

Nie musieli nikomu tłumaczyć, kto złożył tu pierwszą, przed wielu, wielu laty. Każdy z ich ludzi to wie, każdy zna opowieść o misjonarzu, który przyniósł na te ziemie wiarę w Umarłego Boga. O kapłanie, co chciał chrzcić wodą ich przodków. Mówiono o nim „biskup Adalbert” albo „Wojciech”, a potem, kiedy kamienny przełyk wypił jego krew, nazwano go „świętym”. Święty — zarżnięty. Ich dziadowie nie wyjawili prawdziwego miejsca ofiary. Gdy przyszli uzbrojeni po zęby, królewscy ludzie, wskazali inne jako miejsce kaźni. Choć mogli skierować pielgrzymów do Niemego Uroczyska, by nikt z czcicieli Wojciecha nie wyszedł stąd żywy, nie uczynili tego i słusznie. Pewne miejsca są tylko dla wybranych.

Starcy też latami dla siebie samych trzymali jego moc, aż dzisiaj, w noc wilczego księżyca, przywiedli lud, by zaczerpnął jej ze źródła. Dla Starców czas biegł inaczej niż dla zwykłych ludzi. Wyczuwali zdarzenia i poprzedzające je, niewidzialne prądy zmian, z wyprzedzeniem dziesiątek lat. Żyli od tak dawna, że przestali liczyć upływ czasu. Ale musieli uszanować uczucia swoich ludzi. Wojownicy Trzygłowego Boga, potrzebowali nowej podniety, by nie zasnąć i nie zwątpić, w zbyt długim czasie oczekiwania na wojnę.

Głodny Głaz nas nie zawiedzie — orzekli Starcy i przyprowadzili ich tu.

Teraz oddali pochodnie wodzom. Jarogniew, Derwan i Wrotycz chwycili je i unieśli wysoko. Wojownicy Trzygłowa, kobiety i mężczyźni, stając za plecami Starców, otoczyli głaz potrójnym kordonem.

— Dawno nie napił się krwi — powiedzieli, patrząc kolejno po zgromadzonych.

Tak, przez twarze niektórych przeszedł skurcz, zwłaszcza gdy oczy któregoś ze Starców, zatrzymały się na kimś na dłużej. Trzej Siwobrodzi wyjęli noże, ktoś z ostatniego szeregu jęknął przerażony, ktoś poruszył się gwałtownie, jakby chciał uciec przed kaźnią.

Jakiś ojciec siłą przytrzymał wyrostka. W powietrzu słychać było przyspieszone oddechy dwóch setek ludzi.

— Damy mu własną — powiedział wreszcie pierwszy Starzec.

— Niech pije z naszych żył — dodał drugi.

— I napojony przemówi — rzekł trzeci.

Chwycili noże w zęby i każdy z trzech Starców przeciągnął po ostrzu nadgarstkiem. Ktoś w tłumie jęknął cicho, ktoś odetchnął z ulgą. Krew Siwobrodych spłynęła na brzeg Głodnego Kamienia, lecz zamiast skapnąć z niego na śnieg, kierowana niewidzialną siłą popłynęła do kamiennego przełyku, do szczeliny w jego wnętrzu. Głaz przełknął ofiarę. Ostrza wypadły z zaciśniętych zębów Starców. Żylastymi, silnymi ciałami zaczęły wstrząsać spazmy. Zamknęły powieki Siwobrodych i otworzyły ich dusze na wizję.

— Ich czas się kończy — wyrzucił z siebie pierwszy Starzec.

— Ich kres nadchodzi — podjął drugi.

— Koniec ich dni — głębokim, przejmującym głosem zaśpiewał trzeci.

— Widzący zobaczy…

— Słyszący usłyszy.

— …Trzygłowy przemówi…

Popychani niewidoczną dla innych siłą zaczęli poruszać się wokół głazu w natchnionym ofiarą tańcu.

— Patrz!

— Słysz!

— Przemów!

— Patrz — słysz — przemów — patrz — słysz — przemów…

Dłonie Starców nie odrywały się od powierzchni kamienia, sunęli wokół niego, wciąż dotykając głazu, nie tracąc łączności z nim.

— …słysz — przemów — patrz — słysz…

Wojownicy Trzygłowa nie odrywali oczu od swych kapłanów, ich głos, taniec i trans przenosiły się na patrzących, którzy jedni po drugich podejmowali rytm. Chwytali się za ramiona i w potrójnym kręgu wirowali wokół Głodnego Głazu nakarmionego krwią Siwobrodych, a teraz karmionego tańcem, oddechem i ciepłem ich ciał.

— …patrz — słysz…

Kto pierwszy usłyszał głos kamienia, nikt nie wie. Może Starcy, co byli najbliżej? Może Jarogniew Półtoraoki, którego dwubarwne źrenice lśniły niczym u drapieżnika. Może Ostrzyca, najlepsza z wojowniczek, matka Żmija. Albo on, smok, kiedyś zwany Michałem. Jego wysoka, muskularna sylwetka wyróżniała się wśród innych, a naga czaszka połyskiwała barwnym rysunkiem łusek. Może jednak Symonius, o oczach i uszach zwiadowcy? Symonius, który przed laty przyprowadził im w ofierze łysego komtura von Schwarzburg.

— …przemów — patrz…

Dość, że w tej samej chwili jeden po drugim, wszyscy zgromadzeni usłyszeli:

— Zamknij krąg. Nie mieszaj krwi. Trzymaj psy.

Posłanie szybko przechodziło z ust do ust, a Starcy pojmując je w lot, chwycili swe dłonie. Palce splotły się z palcami, niczym kłódki w łańcuchu, którego nie można rozerwać.

Raz, dwa…

RIKISSA wchodziła na ucztę u boku Henryka z Lipy. Sala z lwem, największa w rezydencji złotnika Konrada, z trudem mieściła gości. Jan sprowadził nawet muzyków, ale wciśnięci w kąt, wyglądali raczej zabawnie niż godnie.

— Póki walczył o Czechy z tobą, mój miły, nie opłacało mu się odbudowywać zamku — szepnęła do Lipskiego. — Ale teraz? Dlaczego nie zadba o godną siebie rezydencję?

— Bo nie ma królowej, z którą mógłby tam mieszkać. — Henryk pochylił się ku jej szyi i musnął ją nosem. — Knedlicę zamknął w Melniku i póki żona żyje…

— Przestań — skarciła go. — Przegrała. Nie mów na nią Knedlica. To twoja królowa, Eliška Premyslovna.

— Ja mam jedną panią — zaśmiał się cicho. — Ciebie.

Nie odpowiedziała, bo ciasnym kręgiem otoczyli ich chcący się przywitać goście. Pozdrowiła dziedziców księstwa wrocławskiego. Najstarszy z nich, Bolesław, mąż Przemyślidki, próbował poufale poklepać Lipskiego, lecz ten uchylił się zręcznym ruchem i książę omal nie upadł na posadzkę.

— Nie moja wina. Jest za gruby — szepnął Lipski, gdy oddalili się od dziedziców Wrocławia. — Z uczty przenosi brzuch na ucztę, a tyle sadła ubrać w złote szaty… Książę Bernard ze Świdnicy! Książę Henryk Jaworski! — zawołał tubalnie i już byli w innym miejscu sali. — I komtur…

— Grudziądzki. Zyghard von Schwarzburg — przedstawiła Krzyżaka Rikissa, bawiąc się zaskoczeniem ukochanego.

— Bis regina — ukłonił się jej. — Marszałku.

— Królowo. — Henryk Jaworski wysunął się przed brata. — Nie widzę przy tobie mojej małżonki.

— Aneżka została w klasztorze, podróż z Brna była męcząca. Moja córka musi odpocząć.

— Czy coś jej dolega? — W zielonych oczach Jaworskiego błysnął niepokój.

— Przeciwnie, ma się świetnie.

— Miałem nadzieję, że zabiorę żonę do domu.

— Czyli dokąd? — lekko zapytała Rikissa.

— Uwiłem dla nas gniazdo; postawiłem nową siedzibę w Siedlęcinie, nieopodal Jawora. Myślę, że spodoba się mojej żonie.

Zięć Rikissy był od niej samej ledwie cztery lata młodszy. Wysoki, ciemnowłosy, miał oczy w odcieniu jesiennego mchu. Gdy przed laty, za sprawą Lipskiego i ukutej przeciw Luksemburczykowi intrygi, prosił o rękę Aneżki, był młodzieńcem. Teraz, z całą pewnością, mężczyzną. Dlaczego jej córka go nie chce?

— Nie porzucaj nadziei — odpowiedziała. — Aneżka kiedyś z tobą wyjedzie.

— Kiedy? — spytał natarczywie.

— Gdy przyjdzie dla was dyspensa papieska — uśmiechnęła się do niego pokrzepiająco i wyciągnęła rękę. Chciała mu ją podać, ale Jaworski pochylił się i pocałował jej palce.

— Zobaczysz żonę podczas turnieju — wdarł się między nich Lipski i przejął dłoń Rikissy. — Prawda, moja pani?

— Mam potwierdzić, co już sam zdecydowałeś? — Roześmiała się i powiedziała lekko do gości: — Oto Królestwo Czech! Podwójna królowa, dwóch książąt, zacny komtur, a rozkazy wydaje marszałek, Henryk z Lipy.

Lipski nie poczuł się zmieszany, za to próbował dowiedzieć się czegoś o Krzyżaku.

— Skąd wiesz, moja pani, że komtur jest zacny?

— To i komtur, i trzeci w naszym gronie książę — dopowiedział Bernard, pan na Świdnicy.

— O! — skwitował Lipski, już mierząc Schwarzburga wzrokiem.

Mój ukochany jest jak sokół na polowaniu — pomyślała Rikissa czule.

Zyghard von Schwarzburg nie zdążył się wytłumaczyć przed Lipskim ze swego pochodzenia, bo z sali rozległ się okrzyk:

— Król Czech, Jan Luksemburski!

Odwróciła się ku wchodzącemu. Widywali się rzadko. Jan nieustannie podróżował, a odkąd zawarł z panami czeskimi układ w Domažlicach, mógł to robić bezpiecznie, nie martwiąc się o królestwo, które powierzył pieczy Lipskiego. Za każdym spotkaniem była zaskoczona. Na jej oczach Luksemburczyk przeistaczał się z chłopca w mężczyznę. Jego sylwetka zdradzała, że mimo podróży nie zaniedbywał rycerskich ćwiczeń. Nosił wąskie, podkreślające kształt łydki nogawice, dzisiaj miały barwę głęboko niebieską. Do nich krótki, mocno dopasowany w barkach kaftan z materii w złote, zielone i czerwone pasy. Spod spodu wystawały szerokie rękawy haftowanej koszuli, a pod szyją jej jasny rąbek. Biodra otoczył pasem ze zdobionych ogniw, przy którym kołysała się pochwa niewielkiego noża.

Wygląda jak klejnot — pomyślała o broni.

Na ramiona narzucony miał krótki płaszcz w tej samej, ciemnoniebieskiej barwie, co nogawice. Od spodu podbijany delikatnym, srebrzystym futrem i spięty na boku broszą z lwem luksemburskim. Złote, przytrzymane diademem loki, okalały mu twarz.

— No to się nasz chłopiec ustroił — cicho zaśmiał się Lipski. — Myślisz, że włosy układa mu dwórka?

— Bis regina! — zawołał na jej widok Jan i ruszył ku nim. — Pierwsza ozdoba królewskiego dworu!

— Pierwszy jesteś ty, królu Janie — odpowiedziała, kłaniając się. — Nigdy nie mieliśmy władcy tego imienia.

— Gdy tylko cię widzę, królowo, mam ochotę cię czymś obdarować. — Jan, nie zważając na Lipskiego, ujął jej dłoń i wychylił się w stronę dekoltu jej sukni. — Masz na szyi szafir? Pozwól, że dołączę do niego drugi.

Szybko zsunął z palca złotą obrączkę i podał jej.

— Król w świetnym humorze — kwaśno odpowiedział Lipski. — Rozdaje pierścienie. Pani? Czy ten nie będzie na ciebie za duży?

— Gościmy w domu najsłynniejszego złotnika Czech — wesoło odrzekł Jan. — Nim uczta się skończy, czeladnik Konrada go zmniejszy.

— Będziemy się bawić tak długo? — nie dawał za wygraną jej ukochany. — Wobec tego turniej, na który czekamy, powinien zwać się „wiosennym”. Zresztą i nasz król wydaje się barwny jak wiosna…

— Przede mną wiosna, a przed tobą, Henryku z Lipy, co? Jesień? — odgryzł się Jan.

— Między wiosną a jesienią jest lato — pogodziła ich.

— A na końcu zima — mruknął Lipski i Rikissa miała ochotę tym razem naprawdę go uciszyć. Ale Henryk miał swój plan. Zawołał:

— Prezent od marszałka!

Zaklaskał i czterej jego słudzy wnieśli coś wielkiego, wyglądającego jak skrzynia szczelnie okryta błękitną materią.

— Chcę godnie powitać w Królestwie Czech twego przyjaciela — powiedział Lipski do Jana. — Pozwolisz mi go obdarować, panie?

— Owszem — zaskoczony Jan wywołał zza swych pleców wysokiego mężczyznę. — Henry de Mortain, mój zaufany doradca — przedstawił go Rikissie. — Henry, oto bis regina!

De Mortain był na oko pięć lat starszy od Jana. Nosił niewielką, starannie przystrzyżoną brodę. Ciemne włosy zakładał za ucho i lekko przekrzywiał głowę, jak robią czasem wysocy ludzie, nie chcąc zbytnio górować nad innymi. Pokłonił się Rikissie i uniósł głowę, patrząc na nią.

— Zaniemówiłeś? — zaśmiał się Jan.

— Tak, pani — odpowiedział jej, nie królowi. — Zaniemówiłem. Opowiadano mi o tobie, ale wszystko, co słyszałem, wydaje mi się teraz zbyt małym — odpowiedział Henry.

— Panuj nad sobą, obrażasz króla — żartobliwie pogroził mu Luksemburczyk.

— Życzę ci, panie, byś zrozumiał i pokochał Czechy — przerwała dworską grę Rikissa.

— Czechy to mój marszałek — odrobinę zbyt wylewnie powiedział Jan, wskazując na Henryka. — Ale jego już poznałeś.

— Obiecałem ci białego niedźwiedzia, panie — powiedział do Henry’ego Lipski. — I choć nie ma ich w Czechach, to słowa dotrzymam — mówiąc to, pociągnął niebieską materię i oczom gości ukazała się potężna klatka, a w niej nieduży, młody niedźwiadek. Biały jak mleko.

Po sali przebiegł jęk zachwytu, zaskoczenia i grozy. Henry de Mortain doskoczył do klatki i przyklęknął, by obejrzeć zwierzę. Lipski zaśmiał się z satysfakcją.

— Możesz sprawdzać. Nie jest farbowany.

— Skąd? Przecież… — obdarowany towarzysz króla nie posiadał się z radości.

— Później opowiem. Królowi również, jeśli go biały zwierz zaciekawił. Teraz doradzałbym wynieść go na podwórzec. Niedźwiedzie ucztują inaczej niż ludzie. Tu dla nich za tłoczno, za głośno i za ciepło.

Goście ruszyli ku klatce, by przyjrzeć się zwierzęciu. Rikissa zrobiła kilka kroków w tył, uwalniając się od towarzystwa króla Jana i Lipskiego.

— Dla ciebie, królowo, też tu za tłoczno, za głośno i za ciepło? — cicho spytał Zyghard von Schwarzburg.

— Radzę sobie lepiej niż niedźwiadek — odpowiedziała. — Nie wyrwano mnie z gawry.

— Wybacz. Chciałem porównać cię do kwiatu i powiedzieć, że piękne rośliny najlepiej wyglądają w swoim naturalnym siedlisku, ogrodzie. — Zerknął na nią i spytał: — Wypadło jeszcze gorzej? Jako rycerz zakonny nie mam żadnej wprawy w komplementach. — Rozłożył bezradnie dłonie. — Zdążyłaś się przyzwyczaić, pani?

— Do czego? Do życia na dworze? Urodziłam się na nim, choć przyznam, poznański był inny. — Przyjrzała się komturowi z uwagą. Zauważyła między jasnymi włosami drobne pasma siwizny. Srebro ze złotem — pomyślała.

— Nigdy nie byłem w Poznaniu. My, rycerze zakonni, nie jesteśmy tam miłymi gośćmi.

— Każdy gość jest miły gospodarzowi, jeśli zaproszony.

Zaśmiał się.

— Zatem, bis regina, pozostałaś Piastówną.

— Bo każdy Piast traktuje Krzyżaków jak nieproszonych gości? Oczywiście, prócz Konrada mazowieckiego, który was przed laty zaprosił — mrugnęła do niego lekko.

— Coś jest na rzeczy. Choć i ja mam krew Piastów w żyłach. Oczywiście nie tyle, co ty, królowo.

Rikissa dostrzegła, że w tłumie oglądających niedźwiadka mignęła błękitna materia; już okrywano klatkę.

Mam ostatnią chwilę — pomyślała i choć nie miała cienia pewności, podjęła decyzję.

— Komturze, doniesiono mi, że na północnych rubieżach polskiego królestwa widziano człowieka, który potrafi zmieniać się w bestię. Czy jest ci coś o tym wiadomo?

W zaskakująco jasnych oczach Schwarzburga błysnęła ciekawość.

— Człowiek bestia? Widuję takich często, niestety, w ludzkiej postaci. O jakiej odmienności mówisz, pani?

Popełniłam błąd — przemknęło jej przez głowę. — Kunhuta nie miała racji.

— To nic takiego — powiedziała lekko. — Zresztą, już nas proszą do stołu.

— Chętnie bym ci towarzyszył, królowo — odezwał się szybko — byśmy mogli dokończyć rozmowę, ale widzę, że o miejsce przy tobie ubiega się zbyt wielu.

Mój zięć, mój król i mój miły — pomyślała, patrząc na idących ku nim i odwróciła się w stronę Zygharda von Schwarzburg, podając mu ramię.

— Tu jesteś mile widzianym gościem, komturze. Bądź naszym towarzyszem na czas uczty.

 Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki