Wydawca: Zysk i S-ka Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 604 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Północna Droga. Saga Sigrun - Elżbieta Cherezińska

Saga Sigrun to pierwsza część cyklu "Północna Droga"

Mamy w tej książce wszystko, co pozwala zupełnie zatopić się w napisanej z epickim rozmachem opowieści o życiu wikingów i na czas lektury stać się jednym z nich. Ogromna erudycja i wyobraźnia Autorki sprawia, że uczestniczymy w świecie absolutnie przekonującym - zmysłowym i detalicznym. To hipnotyczna uczta czytelnicza.

Olga Tokarczuk, autorka Domu dziennego, domu nocnego i Biegunów

Saga Sigrun to tętniąca energią życia wytrawna i porywająca narracja, wysmakowany wizerunek psychologiczny postaci, niezwykła uroda detalu. Opisowość jednak nie nuży, wręcz odwrotnie - wciąga  wyobraźnię czytelnika, włada jego czasem i nie pozwala zapomnieć o sobie. To książka, która rozrasta się w czytelniku jak drzewo. Nie jest typową sagą z aurą sentymentalizmu w tle, ucieka od banału, stroni od uproszczeń nie tylko fabularnych, ale i filozoficznych.

W Sadze kobiety przepowiadają przyszłość, wędrują po wróżbę, prorokują, ale i mylą znaki, nie czytają ich, by po czasie dojrzeć do ukrytej wiedzy, zamkniętej w świecie Natury. Wypełnione czekaniem, tęsknotą, nieukojoną namiętnością, wypatrujące tych, których kochają. Zdane czasem tylko na swoją intuicję i siłę wewnętrzną. Rozumiejące świat mężczyzn, pokornie oddające synów wojnie. Wypełnione codzienną pracą, którą stwarzają świat: utkany haftem w złote smoki, pachnący miodem, lekarstwem ziół przyniesionych z lasu, złotem zboża w tajemnym spichlerzu. To matki oddychające ciepłem śpiących dzieci, żony silniejsze od wojów, gdy nastaje czas wojennego czekania. To kochanki otwierające tajemnicę swojego ciała ciału ukochanego mężczyzny - bezwstydne, szalone, dziko, namiętnie wczepione w mokrą skórę mężczyzny, z którym dzielą życie, gorącym oddechem znaczące swoją miłość na nagich plecach ukochanego. Dumne, harde, nieprzejednane, gdy ktoś lub coś zagraża bezpieczeństwu i przyszłości ich dzieci. Mają swoje mroczne tajemnice znane tylko ich myślom, znają wartość wierności, ale i moc zdrady, kłamstwa i nie-prawdy.

Magdalena Gauer, literaturoznawca

Saga Sigrun jest zmysłowa. Pachnie, brzmi, smakuje. A to dopiero pierwsza część "Północnej Drogi".

dr Remigiusz T. Ciesielski, historyk, kulturoznawca 

Elżbieta Cherezińska (ur. w 1972 r.), teatrolog. Mieszka w Kołobrzegu.  W 2005 roku napisała wspólnie z Szewachem Weissem jego literacką biografię zatytułowaną Z jednej strony, z drugiej strony. W 2008 roku nakładem Zysk i S-ka Wydawnictwa ukazała się książka Byłam sekretarką Rumkowskiego. Dzienniki Etki Daum - historia łódzkiego getta opowiadana od kulis, która spotkała się z entuzjastycznym przyjęciem ze strony zarówno recenzentów, jak i czytelników.

Opinie o ebooku Północna Droga. Saga Sigrun - Elżbieta Cherezińska

Fragment ebooka Północna Droga. Saga Sigrun - Elżbieta Cherezińska

ElżbietaCherezińska

Saga Sigrun

Fragment

Zysk i S-ka Wydawnictwo

Saga Sigrun

Ja jestem Sigrun, wdowa po Reginie. Matka Bjorna i Gudrunn, córka Apalvaldra.

Jestem w jesieni życia. Opadły ze mnie liście. Kora nadkruszona. A jednak pień niezmurszały, wciąż trzymam się prosto. Może korzenie, którymi wrastałam w tę ziemię, bez pośpiechu, powoli, są aż tak rozległe, że wciąż mnie w niej trzymają, choć już nie ma po co. Soki krążą we mnie coraz wolniej i wolniej, i nie wiem, czy dostrzegę chwilę, gdy ustaną. Więc stoję. Czekam, aż mgły opadną. Wtedy syn mój jedyny znajdzie drogę do domu. Co dzień patrzę w stronę fiordu, lecz mgła wciąż trzyma się mocno. Wokół mnie pędzą wichry, śnieżyce i burze, a ja stoję bez drgnienia. Liście straciłam dawno, więc o cóż się lękać? Z wiosennymi wiatrami przylatują ptaki. Tulę je do wyschniętych piersi, kołatanie serduszek coś mi przypomina. Dotyk lekkich piórek ogrzewa palce jak niegdyś dotyk żywych. Chyba ściskam je zbyt mocno, bo szamocą się i, kwiląc, uciekają.

Widać czasy, w których wszystko, co żyło, lgnęło mi do łona, odeszły bezpowrotnie.

Mój ojciec nie miał synów. Hołubił mnie, odkąd stanęłam na nogach. Zwoził z wypraw najdelikatniejsze futra, najpiękniejsze błyskotki. Każdej wiosny, po pierwszej pełni Księżyca ofiarowywał mi pierścień. Gdy wydawał mnie za mąż, miałam ich szesnaście. Byłam jasnowłosa, a on mawiał, że moja twarz to klejnot oprawiony w złoto.

Apalvaldr był wielkim wojem. Król mianował go jarlem[1]. Zawsze przewodził thingowi[2]. Mawiał, że męża sama sobie wybiorę, ale tylko spośród tych, których on wyznaczy. Matka śmiała się, że ojciec cofnąłby czas, by sam mógł nim zostać. Gdy dorastałam, po każdej zwycięskiej wyprawie wołał mnie na ucztę i stawiał na ławie. Pokazywał swym wojom, wołając: oto mój rodowy pierścień! Ten go włoży, kto dwakroć bardziej niż wczoraj zasłuży! A im błyszczały oczy i zęby i ze śmiechem przezwali mnie: „Jutro”. Matka, kobieta cicha i praktyczna, wyuczyła mnie wszystkiego, co powinnam umieć: snucia przędzy, tkania, szycia, warzenia piwa, gotowania strawy. Pokazywała zioła, które leczą rany i spędzają gorączkę. Najbardziej lubiłam tkanie i zdobienie koszul. Cieniuteńką igłą haftowałam głowy jeleni splecione tak, by zawsze w górę patrzyły. Rękawy ojca koszul wyszywałam w węże cieniutkie, że ledwie oko mogło rozróżnić, gdzie głowa jednego, gdzie ogon. Gdy Apalvaldr miał płynąć na północ, na wyprawę długą i żmudną, uszyłam mu koszulę podbitą od środka najdelikatniejszymi futerkami zajęcy. Płakałam z igłą w ręku, tak bałam się o niego. Na każdej skórce zajęczej wyhaftowałam znaki ochronne, najsilniejsze runy[3], a potem tak je do materii przyszyłam, by ich widać nie było. Nie chciałam, by ojciec je zobaczył. Zwykł mawiać, że nie zaklęcia, lecz tarcza chroni wojownika. A ja wiem, że i tarcza go chroniła, i moja żarliwość. Więc zdobiłam tamtą koszulę, haftując głowy smoków i wilków, a ich oczy i kły wyszyłam, nawlekając zamiast nici swe włosy, by lśniły jak złoto. Ojciec wrócił z wyprawy cało, choć trwała dwie wiosny. Przywiózł łupy niezwykłe. Futra białych niedźwiedzi, fok, renów i srebrzystych wilków. I przywiózł brankę. Była drobna, ciemnowłosa, skośnooka, policzki miała okrągłe i błyszczące. Cichutka. Długo nic nie mówiła, nie znała naszej mowy. W swoim kraju była żoną władcy, którego mój ojciec pokonał. Ale jej mąż miał żon sześć, więc nie było jej lekko. Matka dokuczała brance, nazywała ją Foką, szturchała i złościła się, że ta niewiele rozumie. Ale ja pokochałam ją od razu, gdy zobaczyłam, jak troskliwie pierze odzież mego ojca w rzece, jak tkliwie ją suszy i delikatnie składa. Zaczęłam uczyć Foczkę naszego języka. Była łagodna i zdolna, pojmowała szybko, choć nigdy jej mowa nie umiała być dość dźwięczną, dość twardą. Uczyła nas szycia skór i futer, jak to robią na północy, w jej kraju. Towarzyszyłam Foczce stale, była niewiele starsza ode mnie i miłą mi była jej obecność, przy braku siostry i innych rówieśniczek. Latem łapała mewy w sidła. Patroszyła je, by wyciągnąć z nich sine włókna przełyku. Przyglądałam się temu z odrazą, prosząc, by wyjaśniła, na co jej ptasie wnętrzności, ale ona tylko śmiała się i mrugała oczami. Truchła mew rzucała psom, więc wkrótce łasiły się do niej wszystkie, a matka przezwała ją psią siostrą. Suszyła mewie przełyki na wietrze, aż zrobiły się z nich cienkie, twarde sznureczki. Wtedy spytała mnie, czy jej pomogę i zaczęła je gryźć, częstując mnie z uśmiechem. Zwymiotowałam z obrzydzenia, patrząc, co robi, i uciekłam. Nikomu nic nie powiedziałam, bo bałam się, że ojciec odtrąci Foczkę, gdy dowie się, że żuje ptasie wnętrzności. Unikałam jej potem długo. Po pewnym czasie Foczka przyszła po mnie, łagodna i uśmiechnięta jak zawsze, i zabrała do swojej izby. „Nauczę cię szyć buty” — powiedziała i zobaczyłam rozłożone wszędzie skóry focze. „Patrz i zapamiętaj”. Więc patrzyłam zaczarowana, jak układa podeszwę ostrym włosem w stronę palców — „żeby się nie poślizgnął”, jak wszywa suszoną trawę między warstwy skóry — „żeby go ogrzała”, jak delikatnie nakłuwa dziurki w dwóch warstwach podeszwy osobno i zaślepia je cienką nicią. „To mewa” — powiedziała z dumą, pokazując na tę nić.

Powstały z tego buty zimowe, jakich nie widziałam dotąd, ciepłe i lekkie, a tak dopasowane do nogi ojca, że aż dziw, iż ich wcześniej nie mierzyła. „Tu moja miara” — pokazała na swoje czoło, śmiejąc się jak zwykle. Ojciec zabrał te buty, idąc na następną północną wyprawę.

Gdy wrócił, podarował Foczce ciężki, srebrny naszyjnik i posadził przy sobie podczas pierwszej uczty. Wielu z jego najlepszych wojów nie wróciło do domu. Zamarzli w śniegach Północy. Nie mieli butów szytych ścięgnem mewy.

Wkrótce brzuch Foczki się zaokrąglił i wczesną wiosną stało się jasne, iż spodziewa się dziecka. Matka chodziła chmurna, ale wiedziała, że ojciec nie darowałby jej, gdyby skrzywdziła Foczkę. A ta, pogodna jak zawsze, szyła odzież dla mającego się narodzić. Przygotowała sobie kaftan z miękkich zajęczych skórek, w którego plecy wszyła wielką i długą kieszeń. „To dla małego”. Wtedy zrozumiałam, ile siły jest w tej kobiecie, która żyje między nami, z dala od swoich i nigdy nie stara się być nikim innym, niż była. Gdy przyszedł jej czas, ojca nie było w domu. Nie zdążył wrócić z wyprawy, choć bardzo mu zależało, by być przy narodzinach. Foczka odprawiła wszystkich, zamknęła się w swojej izbie z jedną tylko niewolnicą. Ale późnym wieczorem posłała po moją matkę, a ta po pomoc. Wszystko nadaremnie. Foczka nie dała rady urodzić tego dziecka. Zmarła, zamykając je na zawsze w swym brzuchu.

Po jej śmierci ojciec zamknął się w sobie. Nie chciał widzieć ani mnie, ani matki. Pił ze swymi drużynnikami od rana, po zmroku szył z łuku do słomianego chochoła na podwórcu, a nocami kazał sobie i swoim przysyłać kobiety. Matka chodziła blada, z zaciśniętymi ustami, ale co rano wstawała, wydawała polecenia służbie, rozdzielała pracę i sama siadała do krosna. Tyłem do światła. Któregoś dnia nie przysłali rano po piwo. Nie wołali i w południe. Poszłam więc cicho do halli[4]. Drzwi były uchylone. Wewnątrz ogień dogasał zupełnie. Wojowie spali na ławach i pod ławami. Miecze odpasane, koszule wymięte. Woń sfermentowanego piwa i zjełczałego tłuszczu. Eryk, przyboczny ojca, najstraszliwszy z jego wojów, spał z głową we własnych wymiocinach. Więc to są ci, z którymi mój ojciec wywalczył sławę, bogactwo i ziemię. Oto drużyna wielkiego jarla Apalvaldra! Najdzielniejsi wojowie na północy Namdalu, kwiat Roveste! Leżą pijani i bezbronni niczym wieprze! Ojciec spał, siedząc na swym dumnym krześle[5]. Głowa bezwładnie opadła mu na ramię. W świetle sączącym się przez dymnik wyglądała jak odlana ze srebra. Podeszłam bliżej, cicho omijając leżących na ziemi. Stanęłam przed śpiącym. Był srebrny. Był siwy. Był stary. Wczoraj tego nie widziałam. Bezwiednie uklękłam u jego kolan i oparłam o nie głowę. Ojciec położył mi rękę na szyi.

— Nie śpisz?

— Nie śpię, Sigrun.

Wieczorem wezwał matkę i mnie i spytał, czy jestem już kobietą.

— Tak Apalvaldrze, od ostatniej jesieni.

— Więc czas ci za mąż, Sigrun. Chcę doczekać wnuka.

Pójście za mąż zdawało mi się wówczas nowym rodzajem zajęcia.

Pójść do lasu, pójść nad rzekę, pójść za mąż. Mężczyźni ciekawili mnie. Ciekawiło mnie prawie wszystko: zbieranie i warzenie ziół, szycie skór przez Foczkę, haftowanie coraz piękniejszych koszul, młode jelonki podglądane w lesie, suki karmiące szczenięta. Lubiłam patrzeć, jak wojowie szkolą chłopców. Jak uczą ich walki drewnianymi mieczami, rzucania toporem do wielkich beczek, władania oszczepem. Uwielbiałam chwile ich powrotu z wypraw, wkraczali ze śpiewem, zawsze zwycięzcy, z bogatymi łupami. Nawet jeśli nie wszyscy, nawet jeśli obdarci i brudni, to błyszczały im oczy patrzące spod hełmów. Podczas uczt sławili swe męstwo. Z otwartymi ustami słuchałam opowieści o dalekich wyprawach, o dziwach, które spotkali, pokonanych wrogach. Nie znałam innych powrotów. Nie u jarla Apalvaldra. Lubiłam patrzeć na ojca pośród jego wojów. Wysoki, dostojny, miał bardzo jasne oczy. Cenił piękne ozdoby. Nosił na szyi młot Thora[6] tak misternej roboty, iż trudno uwierzyć, że go ludzka ręka mogła zrobić w złocie. To był dar od króla Hakona. Gdy sam został jarlem, kazał zrobić w srebrze dwanaście pierścieni z wyobrażeniem węża i dwanaście w złocie z głowami niedźwiedzia. Srebrne rozdał swym przybocznym i najlepszym drużynnikom w czas uczty, mówiąc, iż dzieli między nich swą radość, a złote dostaną, gdy wygraną bitwą potwierdzą królowi, że dobrze mianował jarla. Darował je szybko.

Wielu wojów ojca przyciągało mój wzrok. Gdybym miała wybierać, chciałabym Eggnira. Był wysoki i smukły, jasnowłosy, jasnooki jak ojciec. Pięknie mówił, świetnie władał włócznią. Znał najwięcej pieśni. Podczas uczt śpiewał je, a ojciec dolewał mu miodu do rogu. W jego pieśniach ożywały smoki, gnały watahy wilków, wzlatywały w niebo orły, a łodzie po wzburzonych falach zawsze szczęśliwie przybijały do brzegu. Miłym mi był także Einar, daleki kuzyn matki, całkiem inny niż wszyscy mężczyźni, których znałam. Gościł u nas dość długo, nim wypłynął do Anglii. Był ode mnie starszy, chyba o dziesięć wiosen, ale choć byłam dzieckiem w czasie, gdy u nas przebywał, rozmawiał ze mną poważnie, prawie jak z dorosłą. Ojciec Einara Tjostar był najsłynniejszym godim[7] w Trondelagu. Przyjeżdżali do niego wodzowie i król słuchał rad jego wyroczni. Nie rozpoczynano obrad thingu bez obrzędów Tjostara, nawet król Hakon, choć wyznawał nową, obcą wiarę, bardzo go szanował. Einar jako dziecko został przygarnięty przez króla, bo jego ojciec zginął, nie pamiętam dlaczego. Wychowywał się blisko króla, to mi się bardzo podobało. Rozmawiał ze mną tak dorośle, opowiadał o królu Hakonie[8] i o jego bogu, który nazywa się Chrystus. Gdy Einar wyjechał, brakowało mi jego towarzystwa, chyba właśnie wtedy poczułam się bardzo samotna, bez brata, bez siostry, jakaś taka pusta. Gdybym miała choć takiego boga, jak mi mówił Einar, mogłabym o nim rozmyślać. Ale ojciec powiedział, bym o nim zapomniała, bo Chrystus to bóg dla niewolników. Nie nosił miecza, nie umiał walczyć i zginął jak prostak, bo się nie obronił.

— Taki bóg jest za słaby, Sigrun, by w niego wierzyli wojowie. A ty będziesz matką, masz wychować dzielnych chłopców, takich mi trzeba wnuków. Moi ojcowie i dziadowie, i ojcowie ich ojców szli w życie z imieniem Odyna. Z nim rodzili się i umierali. Z nim zbudowali potęgę rodu. Odyn jest naszym bogiem. Mam tylko ciebie, Złota Sarenko, nie mam synów, wiesz o tym. To ty przeniesiesz w nich moją pamięć, nie zaśmiecaj sobie głowy głupstwami. Czasy są coraz gorsze, życie trudne, wypełnione pracą i biegnie tak szybko, że brak w nim czasu na mrzonki. Człowiek odchodzi, zostaje po nim sława, niech będzie jak najlepsza.

Apalvaldr, mój ojciec, miał czasami takie światło w oku, jasny błysk jak promień. To światło widziałam ledwie parę razy w życiu, a nigdy go nie zapomnę. W tamtej chwili zobaczyłam je żywo, jakby w tej jasnej smudze z jego oka do mego przeszły postaci wszystkich tych świetnych krewnych, których nie poznałam, a o których śpiewano pieśni w całej północnej Norwegii. Przy ich wielkich sylwetkach postać boga Chrysta zmalała i skurczyła się jak jesienny listek. A oni szli pod sztandarami Odyna i jego kruków wprost z oka ojca do mego i zachłysnęłam się ich siłą i dostojeństwem. Chyba od tamtej pory wiedziałam już, że być córką jarla Apalvaldra to coś zupełnie wyjątkowego.

Jednak najmocniej sprawa tradycji i ciągłości rodu dotarła do mnie przy okazji wydawania mnie za mąż. Gdy ojciec oświadczył, że pragnie wnuków, a ja zaczęłam przyglądać się twarzom jego drużynników, zatrzymując spojrzenie na jasnych oczach Eggnira, matka wzięła mnie na bok.

— Sigrun, nie miej złudzeń. Nie jesteś chłopską córką, byś mogła pójść za tym, który ci się spodoba. Ojciec od dawna szuka dla ciebie męża, ale żaden nie jest dość dobry. Czasy są teraz ciężkie, w Trondelagu niebezpiecznie, nie może podjąć lekkomyślnej decyzji. Ja mu nie dałam syna, który przejąłby nasze ziemie i trzymał to wszystko w garści. Możemy stracić wszystko, rozumiesz, dziewczyno? To, na co tak ciężko pracował twój ojciec, to, co wywalczył Alfarr, twój dziad. Już zeszłej zimy Asolfr dopytywał się, co z jego częścią spadku. Wszyscy wokół wiedzą, że jesteś tylko ty i wszyscy już wiedzą, że Apalvaldr nie doczeka się syna, następcy. Ludzie są gorsi niż wrony, bo te czekają, aż człowiek umrze, i dopiero zimnego trupa rozszarpują. Twój ojciec ma wielu przyjaciół, ma oddaną drużynę, ma wielką władzę, ziemie, statki, stada, ale ma też silnych wrogów. Tym mocniejszych, że ukrytych. I musi podjąć decyzję szybko. Właśnie teraz, gdy jest silny, gdy wszyscy się z nim liczą. Potem nie będzie co ratować. Jeden chybiony krok i po nas. Jak ojca zabraknie, kto nas będzie chronił? Drużyna bez wodza się rozpierzchnie. Dlatego bądź cicha i posłuszna. Nie utrudniaj mu. On i tak nocami nie śpi. A gdy dojdzie co do czego, staraj się o syna. Staraj się o syna, Sigrun. Córki cieszą oczy, ale bez synów życie rodziny jest zagrożone.

Kończąc, matka ścisnęła mi rękę, jej była zimna i wilgotna, ale odchodziła, nie patrząc mi w oczy. Wiedziałam, że cierpi. Że siebie obwinia o brak chłopców w rodzinie, że boi się o nas. Ale też wtedy uświadomiłam sobie, że ojciec nigdy, nigdy nie dał mi odczuć, że żałuje, iż to tylko ja. Przeciwnie. Zawsze byłam jego Złotą Sarenką, Kwitnącą Gałązką albo Zorzą. Albo Klejnotem, albo Smukłą Łódką, albo Pochodnią. Nazywał mnie też Podarunkiem. Do tamtej chwili byłam pewna, że jestem dla niego wszystkim i że tak jest dobrze.

Ojca znalazłam w halli. Był z nim tylko Eryk. Przysiadłam przy jego kolanach i poprosiłam, żeby powiedział mi o Asolfrze.

— Sigrun, gdy byłem dzieckiem, krajem władał król Harald[9]. To był bezwzględny człowiek. Nie szanował ani prawa, ani ludzi. Kto nie chciał być mu posłusznym, miał do wyboru: zginąć albo uciekać. A my, Panowie Północy, mamy sztywne karki!

— Co to znaczy, ojcze?

Eryk roześmiał się w głębi halli, w głosie Apalvaldra też się roziskrzyło.

— To znaczy: nie umiemy ich zginać, nie nauczono nas pokory. Bardzo cenimy swą wolność. I kiedy chcą nam ją odebrać, walczymy.

— Więc walczyliście z tym królem?

— Tak, ale był silniejszy. Kto nie chciał stracić głowy i majątku, uciekał wtedy z kraju. Jedni ruszyli na wiking[10] i szukali bogactwa na wyprawach, inni popłynęli na Islandię i tam osiedlali się na skalistej wyspie. Tak zrobili moi dwaj starsi bracia. Ja zostałem z sędziwym już wówczas ojcem nad rodzinnym Vellfjordem. Alfarr, mój ojciec, liczył na to, że zdąży mnie wychować do wieku męskiego, a może i na to, że czasy się zmienią. Król Harald miał tak wielu wrogów, że mógł w każdej chwili zginąć. I tak też się stało. Po nim rządy objął Eryk[11]. Był jeszcze większym szaleńcem niż Harald, przezwaliśmy go Krwawym Toporem. Wszędzie szukał kłopotów. Nim przypomniał sobie o naszej rodzinie, byłem już dorosły. Mogłem wziąć udział w pięknej wojnie, dzięki której wyprawiliśmy Eryka na tamten świat.

— I to był koniec kłopotów? Dlaczego twoi bracia nie wrócili z Islandii?

— Starszy zmarł, a młodszy miał tam kawał ziemi. Przyzwyczaił się. Odwiedzałem go parę razy, nim jeszcze ty przyszłaś na świat. Królem był już wtedy Hakon, dobry władca, choć wychowany w Anglii i choć chrześcijanin. Szanował nasze zwyczaje, prawa Panów Północy. Przywracał majątki tym, którym Harald bezprawnie je zabrał. Wtedy też zawarłem z bratem układ: zgodnie z prawem braciom należy się część ziemi po ojcu. Więc podzielę ziemię między siebie i syna swego brata — Asolfra, gdy ten wejdzie w wiek męski.

— I to się już teraz stało?

— Stało się dużo gorzej. Nie w rodzinie, lecz w kraju. Dobry król Hakon nie żyje. Nie zostawił syna. Ma tylko córkę. Więc, zgodnie z prawem, tron objął jeden z jego bratanków: Harald, syn Eryka.

— Co w tym złego?

— Sigrun, dziecko, władza jest taka, jak człowiek, który ją sprawuje. A my nie mamy szczęścia do królów. Hakon był dobry, chociaż chrześcijanin. Harald jest zły, choć niby naszej wiary. Zły władca, więc idą złe czasy. Zwłaszcza dla nas, Panów Północy.

— I waszych sztywnych karków?

Śmiech Eryka, śmiech ojca.

— Jak ty wszystko szybko pojmujesz!

— Więc co będzie z nami?

— To zależy, kiedy ktoś nowemu królowi przypomni mój udział w wypędzeniu jego ojca z kraju. Potrzebujemy sojuszy.

— Dlatego ślesz mnie za mąż?

— Dlatego też, ale i z racji wieku — jesteś już kobietą…

— A nie mogę być kobietą bez męża?

— Sigrun, nie przewracaj świata.

Ucałował mnie w czoło. Odesłał do matki.

Gdy nie umiem czegoś zrozumieć, chodzę na łąkę. Idę daleko, tak by nie widzieć zabudowań Roveste, by patrzeć tylko na trawy. Jest takie miejsce na wzgórzu, na zachód od grodu, gdzie ciągnie się łąka, daleko po horyzont okolony sinym ornamentem gór. Chciałabym mieć takie nici, by móc kiedyś wyhaftować ten widok na zielono barwionym płótnie. Nosiłabym go zawsze przy sobie i wyciągała, kiedy będzie trzeba. Góry są w tym miejscu zawsze daleko. Tak odległe, że przestają być groźne, a wręcz się wydaje, że to ich obecność, tworząc ramę świata, pozwala mu zostać nienaruszonym. A ponad nimi pasek nieba i niezmierzoność trawy u dołu. Współistnienie nieskończoności i kresu. Trawy falują, gdy wiatr, kwitną wiosną, złocą się jesienią. Czasami gobelin niczym naszyte drobne paciorki inkrustują jasne plamy owiec lub ciemne, pasącego się bydła. Więc stoję tak i patrzę. Wzburzenie ustępuje, a myśli przepływają mi przez głowę jak pchane wiatrem obłoki. I zawsze staje się cud ukojenia. Niepokój odchodzi. Już nie boję się, że Asolfr, jak krwawy Eryk w rodzinie króla Hakona, przypłynie z Islandii, by upomnieć się o nasze ziemie, a mnie wygnać. Już nie myślę o wrogach ojca. Już nie myślę o niczym. Wracam do niego ukołysana łąką, znajduję go u wrót stajni wsiadającego na konia w otoczeniu dwunastu ludzi z drużyny. Wcale nie jest zatroskany, a może tylko na mój widok oczy rozjaśniają mu się bardziej. Jaki jest piękny! — zauważam — wcale nie jest dziś stary! Ma na sobie ciemnoniebieską koszulę, jakby wybrał ją, patrząc na niebo. Uśmiecham się, bo to moja ulubiona, haftowałam ją długo czerwoną nicią w smoki. Zsiada z konia, obejmuje mnie i mówi:

— Wyjeżdżam na krótko do Namsen, a ty? Gdzieś byłaś, Złota Łodyżko?

— Na łąkach, poszłam pomyśleć.

— O czym rozmyślałaś?

— O mężu, którego mi szukasz.

Ojciec zmrużył oczy i przyjrzał mi się w skupieniu.

— I co wymyśliłaś?

— Że wezmę każdego, którego wskażesz, byleby… byleby był choć trochę podobny do ciebie.

Ręka ojca stężała na chwilę na moim ramieniu, a w oku przez ułamek zapaliło się światło. Przez usta przebiegł skurcz, który zaraz stał się uśmiechem i unosząc w górę wąsy odsłonił białe zęby.

— Postaram się, Sarenko, nie zawieść twoich nadziei. Dziękuję, Sigrun! — krzyknął, siedząc już w siodle, a chwilę wcześniej mocno mnie pocałował.

Następnego dnia przypłynął posłaniec z Islandii, zaufany Asolfra. Mieli kłopoty z wpłynięciem do fiordu, uszkodzili łódź, ale szybko zauważyła ich nasza straż nadbrzeżna. Pod nieobecność ojca zwykle w Roveste dowodzi Eryk, jego przyboczny, tym razem ojciec zabrał go ze sobą do Namsen, a ochronę grodu powierzył Bodvarowi. Bodvar, świetny łucznik i wytrawny sternik, bez trudu wprowadził łódź przybyszów do zatoki, a ich samych przytrzymał pod strażą, nim nie potwierdził z moją matką, że są oczekiwani. Potem pchnął gońców do Namsen, by powiadomić ojca, i ten następnego dnia wrócił. Tymczasem obie z matką przyjęłyśmy ich godnie, ale z ucztą powitalną kazałyśmy poczekać na przyjazd ojca. Bodvar posłał po szkutnika i dwóch ludzi, by zajęli się naprawą ich łodzi, a Eggnirowi polecił towarzyszyć gościom, póki Apalvaldr nie wróci. Najwyraźniej byli zaskoczeni naszą gościnnością, ale chyba i niezadowoleni, że nie mogą rozejrzeć się po Roveste sami. A Eggnir nie odstępował ich na krok, wieczorem zaś tęgo dolewał im miodu. Przez całe to zamieszanie ani matka, ani ja nie mogłyśmy zamienić z ojcem spokojnego słowa po jego przybyciu z Namsen i nie wiedziałyśmy, co tam ustalił. Ojciec przywitał gości serdecznie, powiedział, że czekał na ich przybycie i wieści od Asolfra. Podarował im piękne rogi ze srebrnym okuciem i od razu napełnił je miodem, który wypili za powodzenie rozmów. Oni przywieźli ojcu w darze od Asolfra skrzynię z czerwonego drewna, rzeźbioną w wijące się pędy roślin. Gdy spełnili toasty i nasycili głód, ojciec poprosił nas, żebyśmy wyszły, został sam z Erykiem i islandzkimi gośćmi. Rankiem Bodvar doniósł, że ich łódź jest gotowa i Islandczycy, nie zwlekając, ruszyli w drogę. Ojciec pożegnał ich serdecznie i zabrał mnie z matką do halli, by powiedzieć nam, co trzeba.

— Mam dla ciebie męża, Sigrun. To Regin, syn Thorbjorna, władca Namsen.

— Więc u niego wczoraj byłeś?

— Tak. Ich ród ostatnio ucierpiał od króla Haralda, Regin zbiera siły, potrzebuje wsparcia. To dobra, stara, jarlowska rodzina, ale tych właśnie najbardziej nienawidzi w Trondelagu Harald, stąd i nasze kłopoty. Gdy ojciec Regina, stary Thorbjorn, żył, nie zawsze nam się układało, on był despotyczny, a patrzył krótkowzrocznie. Kiedyś, jeszcze dawnymi czasy miał zatarg z mym ojcem na thingu, potem nie pomógł moim braciom, gdy walczyli z Haraldem i uciekali na Islandię. Ale to dawne czasy. Regin myśli inaczej, jest mądrzejszy od starego. Zawarliśmy układ. Puszczamy w niepamięć: co było złego, tego nie ma. A ty jesteś naszą pieczęcią. Poślubisz Regina, zamieszkacie w Namsen, a ja podzielę moją ziemię na dwie części. Północną, z Vellfjordem i Roveste, przekażę Asolfrowi jako należną mu część spadku. A południową, z grodem Vira, w którym się urodziłem, dam tobie, a ty włączysz ją do ziem Regina po mojej śmierci. Granicą ziem będzie Wilcza Rzeka. W ten sposób dzielę ziemię przodków, ale i zostawiam swoje imię w każdej z nich. Północna, przez Asolfra będzie przedłużała życie naszego rodu, a w południowej ty z Reginem zasiejesz nowe nasienie. Połączysz nasz ród z jego rodem, nie niszcząc związków krwi, jakie nas łączą z Asolfrem. To dobre rozwiązanie. Asolfra zobowiążę do zawarcia układu z twoim przyszłym mężem, byście zachowywali się wobec siebie jak najbliższa rodzina. Już mu to wszystko przekazałem przez posłańców, teraz czekamy jego zgody. Obaj z Reginem wiemy, że w dzisiejszych czasach jarlowie muszą trzymać się razem, inaczej nas Harald wytłucze, rozpędzi i zgniecie. Dziś nie pora na zabawy w wojnę, nie czas na próżne wymachiwanie mieczem. Tylko jedność może nas ocalić. Albo sobie zaufamy i dotrzymamy przysięgi, albo ten wściekły pies Harald naśle na nas Duńczyków, którym się wysługuje. Wiesz, że Gunhild, jego matka, to rodzona siostra króla Dunów? Opętana rządzą władzy suka wciąż szczuje na nas swe szczenięta, Erykowych synów.

— Na nas? Na naszą rodzinę?

— Nie, nie tylko na nas. Na wszystkich Panów Północy. Jest nas ośmiu. I kto chce władać Norwegią, musi mieć do czynienia z nami. A Gunhild i jej synom marzą się nasze ziemie, łodzie i nasze srebro. Z tego nic dobrego nie będzie.

— Dlatego ojciec w takim czasie nie chce zrywać więzi rodzinnych i wydziedziczać Asolfra z tego, co mu się wedle prawa należy. Rozumiesz już, Sigrun? — matka odezwała się pierwszy raz w tej rozmowie.

— Na zawiści i wrogości braci powstała taka sytuacja w kraju, jaką mamy. Nie będę jej powtarzał w mojej własnej rodzinie. Myślę, że ustępując, zyskuję więcej, a jeśli dobrze widziałem, będąc na Islandii u brata, to sądzę, że i on wychował Asolfra w poszanowaniu zasad. Nie mieli tam lekko. Rozszerzyli nasz ród na wyspę, ich ziemię weźmie starszy syn Arnbjorna i będzie budował dalej, a Asolfr wróci tu, na ziemie przodków. Tak musi być. A ty, Sigrun, staraj się o synów. Potrzeba nam dzielnych i mądrych ludzi, którzy poprowadzą nasze rody dalej drogą, po której my kroczyliśmy. Którzy nie będą się kundlić przed królem o chwilowe wpływy i pozorne względy. I którzy nie pozwolą się wysadzić z siodła, na którym dane im było siedzieć. Jak tylko przyjdą wieści od Asolfra z Islandii, poślubisz Regina. A teraz idź pomyśleć na łąki. I ciesz się ostatnimi chwilami dziewczyńskiego stanu!

Byłam pod tak silnym wrażeniem ojcowej opowieści, rozpiętości i dokładności planu, jaki mi przedstawił, że zapomniałam wypytać go o Regina. Dopiero gdy stanęłam na wzgórzu i zatopiłam oczy w falującej w jaskrawym słońcu łące, pomyślałam o tym. O Reginie z Namsen, synu Thorbjorna. O mężczyźnie, z którym mam niedługo zamieszkać, z którym będę dzieliła łoże, dom i stół. Poczułam strach, jakiego jeszcze nigdy nie zaznałam. Po pierwsze chyba nie dorosłam. Po drugie nic nie wiem o mężczyznach. Po trzecie nie chcę wyjeżdżać z Roveste, od ojca i matki. Spojrzałam na moją łąkę w ramie skalistych, sinych gór. I zamknęłam ten obraz w swoim oku.

W ciągu następnych dni rozpętała się krzątanina wokół przygotowania mojej wyprawy. Matka od rana do zmroku goniła dziewczyny, które szyły dla mnie nowe ubrania. Przymiarki sukien, płaszczy, koszul. Szewc i nowe buty. Jedne, drugie, następne. Zamawiała u stolarzy skrzynie i sama nie wiem, co jeszcze. W każdym razie biegała, aż dzwoniły klucze u jej pasa.

Ja zamknęłam się w małej tkalni, która już jakiś czas nieużywana służyła za składzik, i wyszywałam, przenosząc na zielone, cienkie płótno łąkę zamkniętą w mym oku. Nie wychodziłam na wzgórze za Roveste, żeby się lepiej przypatrzeć. Potrzebny mi obraz miałam w głowie. Jak kiedyś Foczka miarę stopy mego ojca. Gdy skończyłam, schowałam tkaninę do najpiękniejszej małej skrzyneczki, jaką miałam. Dostałam ją kiedyś od Apalvaldra, cała była ze srebra i już od dawna za mała, by przechowywać w niej klejnoty, których mi nie żałował. Więc teraz, z łąką w środku, stała się mym najcenniejszym skarbem.

Kolejne dni były pasmem ciągłych przygotowań. Przyjeżdżali ludzie, których ojciec gdzieś powysyłał, i przywozili mu wieści. Jedne były pomyślne, bo wychodząc z halli przeciągał się i z uśmiechem klepał psa po potężnym karku. Inne pewnie nie, wtedy zamykał się z Erykiem, wołali piwa i siedzieli długo w noc. Co prawda działo się tak i przez wiele ostatnich lat, ale wtedy zupełnie nie zwracałam na to uwagi, przyzwyczaiłam się do tego, że ojciec wypływa na wyprawy albo wychodzi z drużyną, albo wyjeżdża gdzieś, albo siedzi do późna. Tak pracuje, myślałam. W końcu jest tu jarlem. A teraz, gdy wprowadził mnie w swoje sprawy, gdy pokazał, jak wiele rzeczy naraz musi ogarnąć jego umysł, zaczęłam obserwować każdy jego krok i zła byłam, że dopiero tak późno. Matka nauczyła mnie szycia i gotowania, a ojciec nie zdążył nauczyć mnie myśleć. Pozazdrościłam chłopcom, których szkolił, bo gdy uczył ich władania mieczem, mogli słuchać, jak do nich mówi. Przekazując im reguły walki, odkrywał im tajniki swych myśli.

Znalazł dla mnie chwilę któregoś wieczora, usiedliśmy w halli. On na swym wysokim krześle, ja jak zawsze u jego kolan.

— Jaki on jest, ten Regin?

Westchnął głęboko.

— Poznasz go niedługo. Jest starszy od ciebie.

— Dużo?

— Piętnaście lat. Tyle samo jest młodszy ode mnie.

— Więc jest w połowie drogi.

— Drogi?

— Między mną a tobą.

— Ach, tak. W połowie drogi. Tego nie wyliczyłem — i roześmiał się.

— Nie bój się, Sigrun. Regin to dobry człowiek i bardzo dzielny wojownik. Jest prawy, honorowy i szeroko myśli. Będzie dobrym wodzem.

— Ale nie tak dobrym jak ty.

— Tego jeszcze nie wiemy. To się dopiero okazuje w różnych okolicznościach. Czasami mężczyzna ma wszystko, co trzeba — dobre urodzenie, siłę, odwagę, a nie sprawdza się jako przywódca. Ale, wydaje mi się, że Regin dobrze się spisze. Inaczej bym cię za niego nie wydawał. Musisz być mądra przy nim. Gdyby nie to, że czas nagli, nie puszczałbym cię jeszcze od siebie, nauczyłbym cię więcej. Mam o to trochę żalu do siebie. Ale widzisz, cały czas liczyłem na to, że doczekam się syna i jego obarczę tą całą trudną wiedzą. Twoja matka to wciąż młoda kobieta, chciała mi go dać, a jednak tak się nie stało. Były też i inne, jak wiesz, nie stroniłem od kobiet …

— Nie wiem.

— No tak… nie wiesz, skąd masz wiedzieć. W każdym razie pamiętaj, by starać się o syna, to wiele ułatwia. I bądź mądra przy Reginie, tak jak kobiety mądre być potrafią.

— Czyli jak?

— Hmm… porozmawiaj z matką.

Nie zrobiłam tego. Nie wiedziałam jak. Matka była surową kobietą, raczej zamkniętą w sobie. To ojciec rozpieszczał mnie od dziecka. Nie umiałam z nią rozmawiać o niczym innym niż o sprawach domowych. Gdyby żyła Foczka, porozmawiałabym z nią. Była niewiele starsza ode mnie i kochałam ją jak siostrę. Ona powiedziałaby mi, jak jest z mężczyznami. Po raz drugi już poczułam żal, że nie zdążyłam się czegoś nauczyć. Czegoś ważnego. Ale przypomniałam sobie, że jak przyszedł na nią czas i zaczęła rodzić, pytałam ją, jak będzie to robić, to przecież jej pierwsze dziecko. Pytałam, czy potrafi. A ona wtedy, wykrzywiając się z bólu, odrzekła, że kobiety umieją robić to same z siebie, nie muszą się uczyć. Widocznie się pomyliła, bo zmarła z tym dzieckiem w brzuchu. I nie mam z kim porozmawiać. A następna myśl, która przyszła wprost za tą, powiedziała mi, że Foczka miała tylko dwóch mężczyzn, o których mogłaby mi powiedzieć. Tamtego, dalekiego wodza z Północy, od którego zabrał ją ojciec, i jego samego. I poczułam niskie ciepło. I nie wracałam nigdy do tej myśli. Uciekłam od niej. Daleko.

Niedługo po tym pojechaliśmy wszyscy do Vira. Ruszyliśmy dużą grupą. Pięćdziesięciu drużynników ojca, służba, wozy, sprzęty. Wcześniej ojciec zawiadomił załogę grodu w Vira, by byli gotowi na nasz przyjazd, bo, jak mówił, tam przez lata mieszkała jedynie drużyna, więc było surowo i skromnie.

— Trzeba wymościć gniazdko na przyjazd małego ptaszka! — krzyknął z uśmiechem i kazał służbie zabrać więcej futer. Roveste została pod pieczą Eryka. Konno zajechalibyśmy na wieczór, ale ojciec kazał matce i mnie wsiąść do wozu, a do tego ciągnęły się wózki z bagażami. Nocleg mieliśmy w niedużej osadzie, w chłopskiej chacie. Nigdy nie byłam w tak małym i tak ciemnym domu. W nocy było duszno i źle spałam, wolałabym nocować w namiocie, miałabym czym oddychać. Rankiem ruszyliśmy w drogę i krótko po południu stanęliśmy w Vira. Gród położony był wysoko. Od wschodu, schodząc w dolinkę, otaczały go poletka uprawne. A od zachodu, za pasem skał rozciągał się widok na morze. Zachłysnęłam się tym obrazem. Vira była jak medalion, który kryje dwa całkiem odmienne obrazy! Patrząc na wschód, zdawał się wsią, brakowało tylko chłopów na skoszonych już polach, ale i tak emanował z nich spokój, sielskość i niemal ospałość. A od zachodu jakby zmieniał się świat! Skały i ciemna smuga morza. Po doskonale widocznej drodze z wybrzeża krążyli ludzie. Patrolujący zbrojni, robotnicy. Załadowane wozy. Chciałam jeszcze raz dostać się od wschodniej strony, by sprawdzić, czy te pola tam jeszcze są, czy istnieją, czy mi się tylko zdaje. Ale Apalvaldr, widząc moje pytanie w oczach, roześmiał się i powiedział:

— Tak, to właśnie jest moja Vira! Tu się urodziłem, między wsią a morzem — i pochylając się, bym tylko ja słyszała, dodał: — więc gdy chciałem pomyśleć, chodziłem na tamten skraj wzgórza, bo stamtąd widać i jedno, i drugie naraz.

Po chwili usłyszeliśmy dźwięk rogu, którym Vira witała Apalvaldra i przez szeroko otwartą, wielką drewnianą bramę wjechaliśmy do grodu. Domy tam były o wiele mniejsze niż w Roveste i uliczki węższe. Wszystko znacznie surowsze niż u nas. Ale wiele domów było całkiem nowych, jaśniały świeżym drewnem, nie wszystkie jeszcze wykończone. Musieli budować je niedawno, pomyślałam, ale zaczęli to wszystko na pewno wcześniej, niż ja się dowiedziałam o ojcowych planach. Sam dwór był stary, mniejszy i dużo ciemniejszy niż w Roveste, ale miał przepięknie rzeźbione kolumny u wejścia i drzwi tak misterne, jakich jeszcze nie widziałam. Prócz drużyny i mieszkańców przywitał ojca wielki, rudy pies, łasząc się do jego kolan i domagając pieszczoty. To dziwne, ojciec ma tutaj dom, w którym nawet pies na niego czekał. Od czasu gdy wprowadził mnie w swoje plany, codziennie dowiadywałam się o nim rzeczy zupełnie nowych, jakbym dopiero go poznawała. Więc Apalvaldr, który był dla mnie uosobieniem wszystkiego, co kochane i ważne, miał jeszcze inne życia, których istnienia wcześniej nawet nie przeczuwałam? Poczułam i lęk o to nieznane, i podziw jednocześnie! Od dziecka wiedziałam, że ojciec jest kimś wyjątkowym, był najważniejszy w Roveste, był jarlem. Przyzwyczaiłam się do tego. Nie znałam innego życia. A teraz każdego dnia dowiaduję się, co to oznaczało! Podczas gdy służba rozpakowywała przywiezione rzeczy, z ojcem i matką oglądaliśmy Vira. Towarzyszył nam Flosi, straszy już mężczyzna, który był tu zarządcą, i ten rudy pies, co powitał ojca. Flosi był siwowłosy i miał długą brodę starannie splecioną w warkocze. Nie mogłam oderwać oczu od tej brody. A ode mnie oczu nie mogli oderwać ludzie, których wszędzie spotykaliśmy. Ojciec zatrzymywał się i rozmawiał prawie z każdym. Przedstawiał nam ich i o większości umiał coś powiedzieć. Kim jest, co robi, jak się zwali jego rodzice, w jakich bitwach walczyli razem. Zdawał się ze wszystkimi zaprzyjaźniony.

Ale ja nie mogłam się na niczym skupić. Moje myśli rozpierzchały się i nie mogłam ich połapać. Uparcie powracała tylko jedna, że oto teraz poznaję prawdziwe życie, świat większy niż rodzinne Roveste. Świat myśli i planów mego ojca Apalvaldra, który jawił mi się nagle kimś tak wielkim i wspaniałym, człowiekiem, o jakim nie miałam pojęcia, i oto właśnie teraz muszę ten świat opuścić! Opuścić, by wyjść za mąż za jakiegoś Regina, którego wcale nie znałam i którego poznawać akurat teraz nie miałam najmniejszej ochoty. Wszystko się we mnie burzyło. Dochodziliśmy do zachodniej części grodu, a w mojej głowie panował chaos. Myśli tłukły się o siebie i nie mogłam ich zrozumieć. Jedna z nich próbowała się przebić, ale taki miałam zgiełk w głowie, że nie słyszałam nawet, jak matka coś do mnie powiedziała. Weszliśmy na niewysoką, otwartą wartownię. Włosy rozwiał mi zimny, słony wiatr. Zobaczyłam w oddali ciemną połać wzburzonego morza. Zobaczyłam zachodzące słońce ostre jak nóż, raniące promieniami oczy. I wtedy ta myśl przyszła do mnie z całkowitą jasnością, przepędzając wszystkie inne: przecież ślub z Reginem to mój udział w życiu ojca! Wstęp do jego planów. Pieczęć, jak to wtedy powiedział. Więc to jest początek drogi, a nie żaden koniec. Odetchnęłam. Głowa była czysta, a serce spokojne. Rozejrzałam się wokół. Znów zaczęłam być ciekawa wszystkiego.

Kolejne dni były niczym sen, barwne i zaskakujące. Każdego ranka wyjeżdżaliśmy z grodu, a ojciec pokazywał nam okolicę. Pozwolił matce i mnie jeździć konno, więc poruszaliśmy się szybciej. Zresztą w wiele z tych miejsc nie dojechalibyśmy wozem. Zbaczaliśmy z utartych traktów i wygodnych dróg. Trochę bolały mnie pośladki, bo w Roveste rzadko dosiadałam konia, ale to o wiele bardziej przystawało do uczuć wolności i ciekawości wszystkiego, jakie obudziły się we mnie, niż kolebanie się w wozie. Podróżowaliśmy z dwanaściorgiem ludzi, był wśród nich Eggnir, który ubarwiał nam postoje pieśniami i opowieściami. W jego dużym, dzielnym ciele mieszkał głos tak melodyjny, że czasami zastanawiałam się, czy Eggnir mógłby kogoś zabić. To było pytanie dla pytania, bo doskonale wiedziałam, że zabił niejednego w wielu potyczkach, które stoczył u boku mego ojca; ale patrząc na jego jasne, pięknie wijące się włosy i słuchając melodii w jego głosie, nie mogłam go nie zadawać. Sam Eggnir zdawał się mnie unikać, zwłaszcza ostatnimi dniami. Gdy pojechaliśmy oglądać zlewisko Wilczej Rzeki, znalazłam chwilę i podeszłam do niego.

— Zobacz, Eggnirze, brzozy tutaj znacznie później zrzucają liście niż u nas w Roveste. Spojrzał na mnie i milczał. I milczał. I kolejną chwilę milczał.

— Ale teraz te brzozy mają liście prawie tak złote jak twoje włosy, Sigrun.

Teraz ja nie wiedziałam, co powiedzieć. To znaczy chciałam powiedzieć, że jego koszula ma tę samą barwę, co wody Wilczej Rzeki, ale nie wiedziałam, czy mogę. Więc nic nie mówiliśmy. Aż do wieczora. Gdy ojciec po wieczerzy kazał wszystkim wypocząć, bo kolejnej nocy nie puści ich spać przed świtaniem, wojowie zaczęli się zbierać, a Eggnir wychodząc z halli, wsunął mi coś do ręki i gestem nakazał milczenie. Dłonią wyczułam, że to kawałek drewna. Poszłam do siebie jakaś niespokojna, by bez cudzych oczu obejrzeć to dokładnie. To była kora brzozy z wyrytym napisem: pragnę pić z ciebie, brzozo[12]. Wzdrygnęłam się. Niespodziewanie matka dotknęła mego ramienia i nim zdążyłam się odezwać, wyjęła mi z ręki korę. Przebiegła oczyma runy. Twarz jej stężała i z szybkością, o którą bym jej nie podejrzewała, wrzuciła korę w ogień. Do izby wszedł ojciec.

— Wrócił Flosi z Wilczego, tam wszystko gotowe, więc my ruszymy skoro świt, a wy dojedziecie do nas w południe. Sarenko, postaraj się pięknie wyglądać, matka ci pomoże. Jutro poznasz Regina. Zostawię Eggnira, pojedzie z wami.

— Eggnira zabierz ze sobą, nam się na pewno nie przyda — głos matki lekko drżał — …a tobie pieśniarz jak znalazł. Zostaw nam Olafa.

— Racja. Dobranoc.

Gdy wyszedł, matka podeszła do ognia. Sprawdziła, czy kora dokładnie spłonęła. Wstała i nie patrząc na mnie, odezwała się głosem tak miękkim, jakiego u niej nie słyszałam:

— Wiem, że między wami nic nie zaszło, choć Eggnir od dawna wodzi za tobą wzrokiem. Ale za moich czasów to by wystarczyło, by odwołać twój ślub, a chłopaka przegnać. Uważaj na siebie, Sigrun. Będziesz żoną władcy, wszyscy będą na ciebie patrzyli od rana do nocy. Także tacy, których ty nie zobaczysz. Zanim jego dom stanie się twoim domem, upłynie dużo czasu. Mężczyźni są nieufni, a jedno złe słowo potrafi zatruć ich miłość do żony. Nie ufaj zwłaszcza służbie, bo to on im płaci. Zjednaj sobie ich miłość cierpliwością i wyrozumiałością. Spraw, by cię pokochali wszyscy, od jego doradców, przez wojów, aż do najpodlejszego niewolnika. Niech nawet jego ukochany pies łasi się do ciebie. Ale niech cię kochają z daleka. Niech cię czczą niczym Freyję, ale nie ważą się ledwie słowem spoufalić. Jesteś piękna, twoja uroda zjednuje ci ludzi. Ja… tego nie potrafiłam. Choć wierz mi, bardzo się starałam…

Zrobiła krok w moją stronę, jakby chciała mnie przytulić, ale popatrzyła tylko na mnie i ciężko podeszła w stronę drzwi. Odwróciła się jeszcze na chwilę.

— Dziad Regina miał trzy żony, jego ojciec dwie. Regin obiecał Apalvaldrowi, że żadnej prócz ciebie nie poślubi. Ale niewolnice lub branki są przydatne, zwłaszcza na wypadek śmierci. Nie dopuść tylko, by którąś za bardzo wyróżniał. A teraz śpij. Jutro ważny dzień.

Ważny dzień zaczął się wcześnie, bo ojciec i jego ludzie narobili takiego zgiełku, wyjeżdżając przed świtem, że i ja się obudziłam. Potem przyszła matka z kamienną twarzą, jakby nie było wczorajszego dnia, brzozowego pisma i tego, co opowiedziała. Zaczęłyśmy wybierać stroje.

— Dlaczego spotykamy się z Reginem w Wilczym? Dlaczego nie tutaj?

— Ojciec zaprosił Regina z drużyną na walki. To, jego zdaniem, najlepsza okazja, byś zobaczyła przyszłego męża. Do Vira zjedziemy wszyscy wieczorem. Weź tę niebieską suknię i płaszcz z lisami.

— Nie. Skoro mamy się pierwszy raz spotkać w Wilczym, na polanie, wśród rudziejących drzew, chcę wyglądać jak jesień. Na spód założę jasnozieloną, na nią żółtą z szelkami, czerwony płaszcz i narzutkę z lisów, tę, co dostałam przed wyjazdem od ojca, ale tych rudych, nie srebrnych. I kapturek wyszywany bursztynem. Jeśli pozwolisz…

Matka spojrzała, jakby pierwszy raz mnie widziała. Jej oko zawisło na chwilę na moim i roześmiała się nagle.

— Jak chcesz, Sigrun. To twój wybór.

A ja w myśli dodałam: tyle mojego wyboru — w co się ubiorę. Chwilę potem przybiegli po matkę, mówiąc, że Eryk, przyboczny ojca, przyjechał z Roveste z wieściami. Musiało być to coś ważnego, skoro przyjechał sam Eryk. Wychodząc, kazała mi się przebrać i czekać w gotowości, że zaraz ruszamy. Nie wracała jednak długo. Siedziałam nad skrzynką pełną klejnotów i co rusz zmieniałam zdanie. Najpierw założyłam dwie kryte złotem brosze w listki koniczyny i sznur bursztynu między nimi. Potem pomyślałam, że lepiej naszyjnik od ojca, taki z trzech rzędów rzeźbionych płytek, był z kości morsa, bardzo misterna robota. Ale bransolety do niego zostawiłam w domu, więc wróciłam do bursztynów. Tylko wzięłam te mniejsze, a za to zmieniłam zapinkę przy narzutce. Złota była drobna i ginęła w puszystym futrze. Wybrałam srebrną z dużą szpilą, też ozdobioną bursztynem. Tak! Teraz bursztyny spod spodu kończyły się jakby wielką kroplą na szpili zapinki. Tak było dobrze. Zmieniłam bransolety na srebrne i byłam spokojna. Matka przyszła po dłuższej chwili, już ubrana do drogi, zaniepokojona, że tak to się wszystko przeciągnęło i dotrzemy później, niż było zaplanowane. Eryk i Olaf z ludźmi czekali na nas.

— Do Roveste przybyli posłańcy od Asolfra z Islandii. Zgadza się na warunki ojca — powiedziała matka. Ruszyliśmy bez zwłoki.

Przypomniałam sobie dawną opowieść o kamieniu trąconym nogą w górach, który wywołuje lawinę. Tyle tylko, że tym razem nikt nie trącił go przypadkiem. Ojciec trafił nim celnie. Oto jadę na pierwsze spotkanie z Reginem i w tej samej chwili przybywają posłańcy z Islandii. Przepełniła mnie świadomość ładu tego świata. Kimkolwiek okaże się Regin, zostanę jego żoną. Nawet jeśli będzie miał brzydki głos, jeśli będzie niski, jeśli będzie przeklinał. Wytrwam przy nim. Będę żoną. Nawet gdyby był pijakiem, gdyby był mrukliwy i utykał, wytrwam przy nim, bo taki jest plan ojca. Wielkiego Apalvaldra. Najukochańszego mężczyzny. Byleby tylko nie był prostacki. I żeby nie cuchnął. To wszystko, czego chcę.

Droga przeszła mi szybko, choć zapewne minęło już południe, bo słońce stało wysoko. Olaf uspokajał nas, że zdążymy, nim sam Regin stanie do walki, bo zaczną od pokazów strzelania do celu; Apalvaldr kazał przygotować słomiane chochoły. Potem walczyć będą najmłodsi wojowie, a najważniejsi stają ostatni. Koło Roveste mieliśmy specjalny plac za grodem, gdzie odbywały się walki; ustawiało się wtedy ławy, na wielkich rusztach pieczono sarny i dziki, czasami grali muzykanci. Zwycięzca każdego z pojedynków dostawał od ojca nagrodę, a od dziewcząt pęki kwiatów. Podobało mi się zawsze, że wojowie walczyli, jakby to było naprawdę, ale żadnemu z nich nie działa się krzywda. Chociaż niezupełnie — któregoś razu dwóch młodych chłopców tak zwarło się na topory, że jeden i drugi mieli krwawe rany. Ale doświadczonym nie zdarzało się to nigdy. Odkąd sięgam pamięcią, pod koniec walk moja matka mówiła półgłosem: szczęśliwą jest kobieta, która nigdy nie widziała swego męża w walce. Ale rozumiem, że miała na myśli prawdziwe bitwy. Nim usłyszeliśmy dźwięk rogów i okrzyki wojów z Wilczego, minęliśmy straże. Najpierw jedne, potem drugie. Drzewa przerzedziły się i wjechaliśmy na Wilczą Polanę. Prosto w oczy zaświeciło mi słońce i dopiero po chwili mogłam obejrzeć wszystko. Jakże tu było pięknie! Zachłysnęłam się widokiem okalającego rozległą polanę lasu. Jesień stała tego dnia w najdostojniejszych odcieniach złota, czerwieni i brązu. Zakole rzeki lśniło srebrzyście. Jasne płachty namiotów, barwne proporce i tarcze wydawały się częścią natury. Kątem oka spojrzałam na rażąco niebieski płaszcz matki i nie mogłam powstrzymać błysku zadowolenia, jaki przemknął mi przez twarz, potwierdzając słuszność mojego uporu w kwestii stroju. Byłam zaskoczona, że nikt nas nie witał. Zsiadłyśmy z koni i podeszłyśmy bliżej, wojowie rozstąpili się, przepuszczając nas do samego przodu. Dwóch ludzi walczyło na miecze. Przebiegłam wzrokiem dookoła, szukając ojca, ale wysokie krzesło stojące pod jego proporcem było puste. Obok stało drugie, równie wysokie i też puste, a nad nim proporzec ze smoczą głową. Przeniosłam wzrok na walczących i dopiero teraz domyśliłam się, że jednym z nich jest mój ojciec. Poznałam go po hełmie i pasie, bo widziałam tylko jego plecy. Nacierał na niego mężczyzna z potężną tarczą, z której wielkim, błyszczącym okiem szczerzył się smok. Gdy poruszał nią, słońce odbijało się od smoczego oka i raziło promieniami w moje. Równie błyszczący hełm osłaniał mu twarz, co wraz z uderzającym wciąż z niepohamowaną siłą mieczem dawało obraz przerażający. Szczęk żelaza o żelazo i chrapliwe, głośne oddechy obydwu były jedynym odgłosem towarzyszącym tej walce. Nagle uświadomiłam sobie, że nie słyszę okrzyków wojów, które zwykle zagrzewały walczących. I poczułam zimno w okolicy serca. Zlękłam się o ojca. Co tu się dzieje? Czy oni walczą naprawdę? Ten przerażający człowiek nacierał coraz mocniej, a ojciec cofał się wciąż, najwyraźniej bardzo zmęczony. Nagle tamten jednym potężnym uderzeniem podbił miecz ojca od dołu tak, że z głuchym jękiem żelaza wytrącił mu go z ręki. Ale w tej samej chwili Apalvaldr błyskawicznie pochylił się i od dołu natarł na niego samą tarczą z takim impetem, iż od łoskotu dwóch zwartych ze sobą tarcz zrobiło mi się słabo. Przewrócił przeciwnika na ziemię, wytrącając mu miecz z zakutej w rękawicę dłoni. Że już mogę odetchnąć, powiedziały mi gromkie okrzyki wojów i dźwięk rogów. Ojciec i jego przeciwnik wstali z ziemi, podnosząc miecze. Chciałam się wyrwać do ojca, ale matka przytrzymała mnie za ramię. Nie mam kwiatów, pomyślałam ze łzami w oczach. Nie mam kwiatów! Tymczasem ojciec zdjął hełm i rękawice, podchodząc do tamtego. Podali sobie dłonie i uścisnęli się. Apalvaldr przysłonił dłonią oczy i rozejrzał się po zgromadzonych. Zobaczył nas i przywołał ruchem ręki.

— Nie biegnij. Idź powoli — zdążyła szepnąć matka, nim ojciec powiedział głośno:

— Sigrun, poznaj Regina z Namsen, syna Thorbjorna.

Poczułam gorąco, nim spojrzałam mu w oczy. Choć w sercu wciąż pulsował mi obraz olbrzyma, którego smok na tarczy omal mnie nie oślepił, mężczyzna, jakim okazał się po zdjęciu hełmu, był chyba najpiękniejszym, jakiego widziałam. Wysoki jak mój ojciec, miał jak on jasne, faliste włosy i krótko przystrzyżoną brodę. Patrzył na mnie oczami o barwie przejrzystego bursztynu i od tego spojrzenia topniałam niczym garstka śniegu w ciepłej dłoni.

— Witaj, Reginie. — Nic więcej nie mogłam powiedzieć i dopiero gdy spuścił ze mnie wzrok, byłam w stanie wziąć oddech.

Dobrze, że namioty stały dość daleko, bo po drodze mogłam zebrać myśli. Ojciec z Reginem szli przodem, matka i ja za nimi. Patrząc na kraj swej sukni, układałam w głowie wszystko. Zobaczyłam całe swoje przyszłe życie u boku Regina. Jak urodzę mu czterech synów, albo lepiej pięciu. Jak zwycięski i w chwale będzie wracał z każdej wyprawy, jak razem damy początek najsławniejszemu rodowi Norwegii, jak wspólnie zbudujemy potęgę, tam, w dalekim Namsen. Jak bardzo będziemy szczęśliwi. I zdałam sobie sprawę, że odkąd na mnie spojrzał stał się moim światem. Światem, który w jednej chwili, od pierwszego bursztynowego spojrzenia ułożył się w długie lata przyszłego życia. Ale to stało się w moim sercu. A co dzieje się w jego? A jeśli jego serce milczy? Jeśli nie przyspieszyło bicia na mój widok? Wystraszyłam się. Nagle wszystko zawisło na cieniutkiej nici. Po raz pierwszy doświadczałam takiego rozchwiania. Zostałyśmy same z ojcem, Regin poszedł się przebrać do swojego namiotu. Matka szybko przekazała Apalvaldrowi wieści z Islandii. Uśmiechnął się, słysząc, że wszystko idzie po jego myśli.

— No to do dzieła, Sigrun! Teraz czas na ciebie! Coś taka zatroskana? Nie spodobał ci się Regin?

— Jest piękny, ojcze. Ale… nie wiem, czy ja jemu się spodobałam…

— Musiałby być ślepcem, żeby nie oszaleć dla ciebie, moja Smukła Łódeczko! Taka jesteś dziś piękna, matka wspaniale cię ubrała!

— Ale czy on mnie pokocha?…

— Nie wątpię. A nawet jeśli nie, jakie to ma znaczenie, skoro zawarliśmy układ.

— Dla mnie… ma.

Ojciec spojrzał na mnie bacznie.

— Rozumiem…

Matka milczała.

— No. Idziemy coś zjeść, sarnina pewnie już upieczona. A potem ruszamy do Vira na wielkie ucztowanie.

Byłam jak w letargu. Chciałam znów na niego spojrzeć, ale lęk był silniejszy. Rozmawiał z ojcem o walkach. Chwalili nawzajem sprawność i dzielność swoich ludzi. Ale właściwie to mówił niewiele, rozmowę wiódł Apalvaldr i jakiś towarzysz Regina. Poza tym siedziałam tak, że aby go zobaczyć, musiałabym się wychylić, a na to na pewno nie miałam odwagi. Na szczęście szybko skończyli posiłek i ojciec ogłosił, że jedziemy do Vira. Gdy odchodziłam od ławy, nasze oczy się spotkały. Spłonęłam, bo wpatrywał się we mnie mocno, tak mocno, że zabolało. Matka ujęła mnie za łokieć i szepnęła:

— Skiń mu głową.

Skinęłam. Ale już nie podniosłam oczu.

Droga do Vira minęła nie wiem kiedy, lecz gdy stanęliśmy w grodzie, musiał być wieczór, płonęły pochodnie. Poszłyśmy z matką do siebie, by odświeżyć się przed ucztą. Matka zdjęła ledwie płaszcz i wyszła, by sprawdzić, czy służba wszystko dobrze przygotowała. Zostałam sama. I rozpłakałam się. Płakałam i płakałam. Rozmazywałam łzy w szare smugi na twarzy i nie miałam żadnych myśli. Nawet najmniejszych. Ale miałam pragnienie. Jedno. Największe. Niech Regin mnie pokocha. Niech pokocha. Niech pokocha. Zanosiłam się szlochem. Zachłystywałam łzami. Niech Regin mnie pokocha. Nigdy niczego nie pragnęłam tak bardzo. Nigdy tak nie płakałam. Ale w końcu łzy mi się skończyły. Zasnęłam. Chyba nie na długo, ale skąd mi to wiedzieć. Obudziła mnie matka.

— Sigrun, tyś nie gotowa? Dalej, szybko, wszyscy już się zeszli. Czekają tylko na nas.

Przemyłam twarz zimną wodą, przeczesałam włosy. Wprost na suknię wzięłam narzutkę z lisów, mocowałam się z zapinką, jakoś ją upięłam. Wciąż w półśnie weszłam do halli. Było tam dość jasno i wystarczająco gwarno, by zagłuszyć kołatanie mego ogłupiałego serca. Ojciec posadził matkę przy sobie, a mnie wskazał miejsce obok Regina. Regin miał czerwoną koszulę i jasne futro narzucone na szerokie plecy. Tak jasne, że topiły się w nim krańce jego włosów. A na włosach miał skórzaną przepaskę nabijaną srebrem. Srebrem przetykane były bursztyny na jego szyi. A te w oczach lśniły, gdy spojrzał na mnie. I przebudziłam się. Siedziałam sztywno, bojąc się poruszyć. Całą lewą stroną czułam ciepło płynące od niego.

— Skosztuj mego miodu, Sigrun.

Drgnęłam, gdy usłyszałam, jak pięknie wymawia me imię.

— Przywiozłem go z Namsen, byś posmakowała, jak słodka jest moja ziemia.

Odwróciłam się w jego stronę wolno, wyciągając rękę z kubkiem. Patrzyliśmy na siebie. Regin dotykał wzrokiem mojej twarzy, niespiesznie. Muskał czoło, brwi. Zatrzymał się na oczach. Po rzęsach wolniutko przesunął się wzdłuż nosa. Dotknął policzków. Ja bezwiednie robiłam to samo. Gdy zeszłam poniżej wąsów i zatrzymałam się na jego ustach, zobaczyłam, że mówi.

— Podaj kubek, Sigrun…

I przytrzymał kubek, obejmując moją dłoń. Poczułam dotyk ciepły i twardy. Nalewał mi miodu, nie odrywając oczu od moich ust. Jakby go już z nich pił. Jednocześnie uśmiechnęliśmy się, bo miód płynął nam po palcach. Nie można nalewać, nie patrząc na kubek! Odstawiłam go i szybko oblizałam mokrą rękę, a on równie szybko złapał mnie za nią i przycisnął do swoich ust. Byłam jak wosk. Puścił moją dłoń i podniósł swój kubek, spełniając toast, który wznosił mój ojciec. Ja też przechyliłam swój i ciepło rozpłynęło się po całym ciele. Teraz wstał Regin i podniósł nowy toast:

— Niech żyje możny Apalvaldr, jego dobra żona i piękna jak zorza córka!

— Niech żyje! Niech żyje! Niech żyje!

Wstał mój ojciec. Napełnił kubek Regina i swój:

— Niech rosną nasze rody i ziemie, niechaj przymierze między nami wzmacnia się każdego roku!

— Obyśmy ufali sobie jak bracia, a pomagali jak przyjaciele!

— Niechaj moja siła będzie twoją siłą!

— Niech moja tarcza chroni i ciebie!

— Niech mój miecz stanie się twoim mieczem!

— O, tego jarlowie dowiedli, wytracając je sobie wzajem podczas pojedynku! — to Eryk krzyknął ze swego miejsca, a ojciec i Regin wybuchli śmiechem i jednocześnie spełnili toast.

— Chwała! Sława! — halla rozbrzmiała okrzykami.

Ojciec otarł usta, kazał znów nalać miodu i uciszył zebranych.

— Aby przypieczętować braterstwo między rodem Regina z Namsen i Apalvaldra z Roveste, daję mu moją jedyną córkę Sigrun za żonę. Czy przyjmujesz, Reginie?

— Nigdym nie dostał cenniejszego daru! Jeśli ty, Apalvaldrze, uważasz mnie za godnego swej córki, zawsze pozostanę twoim dłużnikiem!

— Sigrun, czy zgodzisz się zostać żoną Regina?

— Tak, ojcze.

— Zatem zaślubimy was sobie zaraz po pierwszym zimowym thingu! Wypijmy za to!

— Sława! Chwała! Zdrowie!

Zgiełk zapanował tak wielki, że nie sposób było rozróżnić słów. Gdy ojciec wypuścił Regina z uścisków, ten odwrócił się do mnie. Oczy mu płonęły. Były teraz ciemnobrunatne jak bursztyn oglądany nad ogniem. Drgały mu nozdrza.

— Więc chcesz mnie, Sigrun?

— Jak nigdy nikogo, Reginie.

Chwycił obydwie moje dłonie swoją jedną, a drugą dotknął lekko moich włosów.

Uśmiechnął się:

[1] Jarl — pierwotnym znaczeniem tego słowa (ang. earl) było „człowiek wybitny”, ale w IX stuleciu jego zastosowanie w Skandynawii zostało ograniczone niemal wyłącznie do ludzi wysokiej pozycji, którzy mogli być niezależnymi władcami lub ludźmi podporządkowanymi jedynie królom. Nazwa jarl była zarówno tytułem dynastycznym, jak i nadawanym przez króla wybitnym sprzymierzeńcom lub dowódcom. Istniały dwie długie dynastie skandynawskich jarlów, jedna w Norwegii, a druga w koloniach. Pierwsza z nich, Hladajarlar (jarlów z Lade), trzymała w swoich rękach północną Norwegię (od Trondelagu na północ) od co najmniej końca wieku IX, a okresami rządziła całym krajem. Przetrwała aż do XI wieku, a potem, przez jakieś sto lat w Norwegii nie było jarlów, póki tytułu tego nie wskrzeszono w roku 1159 i odtąd czasem nadawano wybitnym ludziom. W prawach jarl figuruje w hierarchii na tym samym poziomie co biskup. Zajmuje miejsce mniej więcej w połowie między „nadzielonym ziemią” a królem, z główszczyzną dwakroć większą od pierwszego, a o połowę mniejszą od drugiego.

[2] Thing — publiczny wiec ludzi wolnych, stanowił forum, na którym jedni ludzie składali skargi przeciwko drugim. Istniały thingi specjalnie zwoływane w celach rozpatrzenia jakiejś pojedynczej sprawy, ale regularne wiece sięgały w swojej rozpiętości od wieców okręgów po ogólne wiece danej dzielnicy lub regionu, jak np. Frostathing, który sprawował jurysdykcję w Trondelagu i innych związanych z nim dzielnicach.

[3] Runy — dosłownie: szept, tajemnica. Pismo staroskandynawskie złożone ze znaków runicznych (run). Pierwotnie, oprócz funkcji piśmienniczej, runom przypisywano znaczenie magiczne, używano ich jako zaklęć i wyroczni.

[4] Halla — komnata, główna izba w domostwie. Długa, obszerna, z paleniskiem i ławami do siedzenia i spania. W niej odbywały się uczty.

[5] Wysokie krzesło — król lub jarl siedział na podwyższeniu, jego drużynnicy niżej, na ławach. Krzesła te były bogato zdobione. Według mitologii Odyn i Frey siedzieli na wysokim krześle (tronie).

[6] Thor — syn Odyna. Najsilniejszy i najbitniejszy z bogów skandynawskich, patron burzy i samotnie walczących, obrońca. Jednym z jego atrybutów był młot bojowy — Mjóllnir (Miażdżyciel) — który rzucony sam wracał do Thora. Młot Thora jest powszechnym symbolem w sztuce skandynawskiej, był noszony na szyi przez mężczyzn w postaci niewielkiej zawieszki.

[7] Godi — skandynawski kapłan — wróżbita.

[8] Hakon I Dobry (Haakon I Adelstensfostre den Gode) — król norweski, żył w latach 920–961.

[9] Harald Pięknowłosy (Harald I Harfagre), pierwszy historyczny król Norwegii, żył w latach 855–933. Po objęciu władzy w 872 roku zjednoczył Norwegię, znacznie uszczuplając władzę i pozycję jarlów. Wynikiem jego rządów była fala wielkiej emigracji na Wyspy Owcze i Islandię.

[10] Ruszyć na wiking — ruszyć na wyprawę. Słowo „wiking” początkowo nie oznaczało człowieka, lecz zajęcie. Vik — zatoka.

[11] Eryk Krwawy Topór (885–954) — syn i następca Haralda Pięknowłosego. Zaczął rządy od krwawego konfliktu z braćmi i zabójstwa czterech z nich (stąd jego przydomek). Jego rządy były krwawe i despotyczne, stracił tron w wyniku buntu ludności, na rzecz swego młodszego brata Hakona I Dobrego, ale po ucieczce z kraju przez wiele lat próbował walczyć o tron.

[12] Erotyczna dwuznaczność napisu: w kulturze skandynawskiej brzoza oznaczała kobietę (runa berkano — brzoza).

Dostępne w wersji pełnej

Kalendarium

Dostępne w wersji pełnej

Saga halderd (w przygotowaniu)

Dostępne w wersji pełnej

Copyright © by Elżbieta Cherezińska, 2009

All rights reserved

Projekt okładki: Anna Dusza

Redaktor: Agnieszka Bosacka

Opracowanie graficzne i techniczne: Paweł Uniejewski

ISBN 978-83-7506-615-9

Plik wyprodukowany na podstawie Saga Sigrun, wyd. I, Poznań 2009

Zysk i S-ka Wydawnictwo

ul. Wielka 10, 61-774 Poznań

tel. (0-61) 853 27 51, 853 27 67, faks 852 63 26

e-mail: sklep@zysk.com.pl

www.zysk.com.pl

www.woblink.com

Plik EPUB opracowany prez Woblink i eLib.pl