Trzynasty dzień tygodnia - Ryszard Ćwirlej - ebook

14 osób właśnie czyta

Opis

W nocy z 12 na 13 grudnia 1981 roku polskie władze komunistyczne z generałem Jaruzelskim na czele wprowadzają stan wojenny, który ma za zadanie likwidację „Solidarności” i przywrócenie socjalistycznego porządku w całym kraju. Milkną telefony, a radio i telewizja przestają nadawać. Na ulice polskich miast wyjeżdżają czołgi i transportery opancerzone. W stan gotowości postawiona jest Milicja Obywatelska i Służba Bezpieczeństwa.

Tej nocy grupa milicjantów wysłana na jedno z poznańskich osiedli, by aresztować działacza „Solidarności” znajduje w sąsiednim mieszkaniu ciało zastrzelonego mężczyzny. W tym samym czasie, w innej części miasta dochodzi do zaskakująco podobnego morderstwa. Oba mieszkania zostały dokładnie splądrowane a świadkowie w pobliżu obu miejsc zbrodni widzieli milicyjną nysę oraz dwóch ludzi, jednego w mundurze a drugiego w cywilnym ubraniu. Czy to przypadek?

Na poszukiwania morderców rusza grupa śledczych kierowana przez porucznika Marcinkowskiego, któremu w tym śledztwie mają pomóc dwaj milicjanci – rozpoczynający pracę w wydziale niedoświadczony absolwent szkoły oficerskiej podporucznik Mirosław Brodziak i oddelegowany z SB stary wyga, chorąży Teofil Olkiewicz.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 539

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność

Podobne


Projekt okładki: Mariusz Banachowicz

Redaktor prowadzący: Małgorzata Burakiewicz

Redakcja:Beata Mes

Redakcja techniczna: Anna Sawicka-Banaszkiewicz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta:Ewa Rudnicka

Zdjęcie wykorzystane na okładce

© stevecoleimages/iStock

© by Ryszard Ćwirlej

© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2019

ISBN 978-83-287-1136-5

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Wydanie I

Warszawa 2019

Rozdział I

Sobota

12 grudnia 1981

Godzina 23.10

Padał drobny śnieg. Marceli Kruszona wracał do domu, trzymając się ściany własnego bloku. Miał poważne trudności ze złapaniem równowagi. Było diabelnie ślisko. I nic dziwnego, bo o tej porze żaden dozorca przy zdrowych zmysłach nie wyszedłby na dwór, żeby odgarnąć śnieg czy choćby posypać chodnik piaskiem. Noc była do spania, a nie do roboty. Marceli też chciał spać, ale nie bardzo mógł dojść do mieszkania. Co chwila ślizgał się niebezpiecznie i tylko szczęśliwy traf sprawił, że dotąd ani razu się nie przewrócił. A miał już ku temu kilkadziesiąt okazji. W końcu musiał pokonać dystans prawie stu metrów. Szedł bowiem z pierwszej klatki schodowej długiego jak droga do socjalizmu bloku na osiedlu Kosmonautów do klatki ostatniej, tej, w której mieszkał. Do celu zostało jeszcze jakieś dwadzieścia metrów, a jemu wydawało się, że to niemal wyprawa na poznańską Cytadelę. Było ciężko, bo prócz nieodśnieżonego chodnika marsz utrudniały mu wewnętrzne zachwiania równowagi. Nogi nie słuchały zupełnie poleceń płynących z głowy, bo gdzieś na trasie między ośrodkiem decyzyjnym w mózgu a ośrodkiem ruchu zalegały poważne ilości wypitego niedawno bimbru.

Przez cały wieczór czterdziestotrzyletni Marceli pił ze swoim kolegą i sąsiadem Marasem Pawlakiem. Znali się od lat. Pracowali na jednym wydziale Zakładów Naprawczych Taboru Kolejowego.

Na to spotkanie umawiali się od kilku dni. Jakiś miesiąc temu w swoim warsztacie w ZNT-eku w niewielkim aluminiowym cylindrze osadzili spiralnie zwiniętą miedzianą rurkę. Zbudowany w ten sposób kociołek został szczelnie zalutowany. Dzięki temu powstała zgrabna i niezawodna chłodnica do skraplania oparów alkoholowych. Dziś to ustrojstwo podłączyli z jednej strony plastikowym wężem do kranu w kuchni Pawlaka, z drugiej z ruskim szybkowarem kupionym na łazarskim targu. Przez prawie trzy tygodnie w trzydziestolitrowej butli ustawionej koło kuchennego kaloryfera bulgotał zacier przyrządzony według najlepszej, wielokrotnie sprawdzonej w polskich domach receptury – Grunwald 1410, czyli jeden kilogram cukru na cztery litry wody z dodatkiem dziesięciu deko drożdży.

I wreszcie nadszedł czas na sprawdzenie, czy sprzęt sprawuje się należycie. Po południu do szybkowaru nalali pierwszą porcję zacieru. Po kilkunastu minutach z niewielkiego kranika zaczął płynąć aromatyczny drożdżowy spirytus. Oczywiście podczas przerabiania butli zacieru nie mogło się obejść bez degustacji. W sumie obaj koledzy przez kilka godzin wyprodukowali osiem butelek bimbru. Trzy z nich zostały wypite na próbę. Umówili się, że jutro z pozostałego alkoholu zrobią cukrową przepalankę. No i te trzy butelki były przyczyną problemów Marcelego.

Był już bardzo blisko swojego wejścia, gdy nagle zauważył, że tuż przy chodniku stoi zaparkowana milicyjna nyska. Niewiele się zastanawiając, skoczył szybko w stronę najbliższych otwartych drzwi i schował się wewnątrz ciemnego korytarzyka. Oparty o ścianę patrzył z uwagą na samochód. Przestraszył się, bo dobrze wiedział, czym może skończyć się takie nocne spotkanie władzy z upitym facetem. Milicjanci mogli go bez zbędnych ceregieli zawieźć do izby wytrzeźwień, a noc spędzona na „wytrzeźwiałce” nie należała do najprzyjemniejszych. Marceli przekonał się o tym na własnej skórze, bo kilka lat temu trafił do izby w dzień wypłaty prosto z piwiarni na Wildzie. Rano wyszedł stamtąd z obitą gębą, bez zegarka i z pustym portfelem. Dlatego za nic nie zamierzał dziś powtarzać dawnych błędów.

Nie czekał długo. Po kilku minutach do nyski podeszło dwóch ludzi. Jeden w mundurze milicyjnym, a drugi po cywilnemu. Cywil miał w ręce torbę, taką zwyczajną do zawieszenia na ramię, z białym napisem „Polsport”. Wsiedli, samochód zakaszlał parę razy, po chwili silnik zaskoczył i nyska ruszyła, by zniknąć gdzieś tam hen za narożnikiem bloku.

Droga była wolna. Wyszedł więc na zewnątrz i spojrzał w ślad za odjeżdżającą suką. Czemu te szkieły tu łażą po nocy, zastanawiał się, i u kogo mogli być? Przecież tu w klatce mieszka normalna wiara, żadnych wywijasów.

Ruszył przed siebie już znacznie pewniejszym krokiem, bo spotkanie z milicyjnym wozem spowodowało, że ze strachu trochę otrzeźwiał. Po chwili był już przed swoim wejściem.

Otworzył drzwi i znalazł się w korytarzu prowadzącym na schody czteropiętrowego bloku. Mieszkał na trzecim, miał więc do pokonania jeszcze trochę drogi. Zaklął w myślach, gdy spróbował zapalić światło. Bezskutecznie. Klatka była kompletnie ciemna, bo już dawno z lamp na piętrach zniknęły wszystkie żarówki. Wiadomo, towar deficytowy, którego nie było w sklepach, a tu był – przynajmniej od czasu do czasu – na wyciągnięcie ręki. Przypomniał sobie, że niedawno sam wykręcił żarówkę z parteru, bo mu się przepaliła w ubikacji.

– Pierdolić to! – zaklął głośno i ruszył w górę, trzymając się mocno poręczy.

Na drugim piętrze było nieco jaśniej. Ze zdziwieniem zobaczył, że drzwi od mieszkania Walkowiaków są uchylone, a przez szparę sączy się strumień światła.

Pewnie Miras Walkowiak ma tytę i zapomniał zamknąć, domyślił się. Trzeba by mu powiedzieć, żeby się zakluczył, bo jakieś penerstwo okradnie mu chatę…

Przycisnął pstryczek dzwonka elektrycznego, ale nie było żadnego dźwięku. Dzwonek nie działał. Przyłożył więc pięść do drzwi i energicznie zapukał. W domu cisza. Niewiele się zastanawiając, nacisnął klamkę. Wiedział, że Marysia Walkowiakowa miała jechać na wieś do swoich rodziców po zaopatrzenie. Pomyślał więc, że Miras wykorzystał wolny wieczór, uchlał się i teraz śpi w najlepsze.

Wszedł do korytarzyka prowadzącego w głąb mieszkania i wtedy coś go zaniepokoiło. Wyglądało to tak, jakby przeleciała tamtędy gwałtowna burza. Kurtki i płaszcze, pozrzucane z wieszaka, leżały pomięte na podłodze. Obok nich walały się poprzewracane buty, a wszystko to pokrywała warstwa gazet z rozprutej paczki z makulaturą, która stała na niewielkim stoliku obok lustra. Walkowiak, podobnie jak większość sąsiadów, zbierał stare gazety. Za oddanie do skupu niepotrzebnych papierów można było dostać nieosiągalny w normalnej sprzedaży papier toaletowy, więc się opłacało.

– No to żeś nawywijał, chłopie, aleś gemelę tu urządził – powiedział głośno Marceli i ruszył dalej.

W dużym pokoju panował podobny niemiłosierny bałagan. Z tym że o ile przez korytarz przeszła wichura, o tyle śmiało można było powiedzieć, że tu swoje żniwo pozostawiła trąba powietrzna. Przewrócony stół i krzesła, rozpruty materac tapczanu, książki postrącane z półek i dokumenty powyrzucane z szuflad.

– Miras, gdzieżeś jest, kurwa?! – zawołał. Nie było żadnej odpowiedzi. Zajrzał więc do drugiego pokoju, ale i tam nikogo nie zastał. Pomieszczenie również było splądrowane.

Pozostała jeszcze kuchnia i łazienka. Sąsiad był w kuchni. Wprawdzie światło było tam zgaszone, ale jego postać oświetlała jasna smuga wpadająca tu z korytarza. Siedział przy białym stole z głową opartą na blacie. Przed nim stała do połowy wypita butelka wódki i pusta szklanka.

Marceli podszedł do stołu, by klepnąć kolegę w plecy. Już podniósł rękę, ale nie opuścił jej. Zamarł w bezruchu. Po chwili cofnął się do drzwi i szybko zapalił światło. To, co zobaczył, wprawiło go w osłupienie. W ręce leżącej na stole w kałuży krwi Walkowiak ściskał czarny pistolet, ruską tetetkę. Kula przeszyła mu lewą skroń. Widać było wyraźnie niewielką dziurkę wlotową. Natomiast prawej strony głowy nie było wcale. Jej rozpryskane resztki poprzyklejały się do ściany na prawo od siedzącego, tworząc tam wzorzystą plamę, której nie powstydziłby się żaden z uznanych malarzy abstrakcjonistów.

Godzina 23.20

W milicyjnej nysce jechało pięciu ludzi. Wszyscy, z wyjątkiem jednego cywila, ubrani byli w polowe mundury moro. Dwaj podoficerowie, prócz zwyczajnej podczas akcji broni krótkiej, mieli także automaty Kałasznikowa. Kierowca z papierosem w zębach spokojnie prowadził auto po osiedlowych uliczkach. Oficer siedzący przy nim liczył kolejne numery klatek schodowych bloku przy ulicy Wołkowa. Szukali piętnastki i wszystko wskazywało na to, że będzie to ostatnia klatka tego bloku.

– To kto to ma być, obywatelu kapitanie, znaczy się ten delikwent, co my tu jego mamy zgarnąć? – zapytał kierowca, kapral Grzechu Kowal.

Kapitan spojrzał na rozłożoną na kolanach czarną milicyjną raportówkę, przyświecając sobie sygnałową latarką. W celuloidowej owijce miał schowaną kartkę z wypisaną na maszynie listą pięciu nazwisk.

– Markowski Kazimierz, syn Władysława, pracownik Cegielskiego, działacz Zarządu Regionu Solidarności. Podobno bardzo radykalny. Napisali tu jeszcze, że trzeba szczególnie uważać podczas zatrzymania, bo może być niebezpieczny.

– Co niby znaczy, że bardzo radykalny? – dopytywał się kierowca.

– Taki, że jakby miał broń, to mógłby wam odstrzelić łeb – wyjaśnił oficer.

– A on ma broń? – zdziwił się szofer.

– Cholera go wie.

– Jak to? Przecież u nas nie można mieć broni. No chyba że jest się myśliwym. Bo ci to mają pozwolenie na broń. Dubeltówki mają. On jest myśliwym? – dopytywał się dalej Kowal.

– A skąd ja, do cholery, mam wiedzieć? Tu nie jest napisane. Zresztą, co wy mi tu dupę zawracacie? Trzymajcie się kierownicy!

– Ooo, jest ta piętnastka. – Kapral zatrzymał samochód naprzeciw drzwi do klatki schodowej.

Kapitan Ludwik Karpiński zamknął swoją torbę i odwrócił się do siedzącego za nim cywila.

– No co, towarzyszu kapitanie, jesteście na miejscu, więc przejmujcie komendę, tak jak było przykazane – powiedział z uśmiechem. – Panowie – tu zwrócił się do pozostałych milicjantów – kapitan Jaszcz z SB jest szefem akcji. Proszę całkowicie podporządkować się jego poleceniom.

Żaden ze starszych szkiełów siedzących w nysce nie miał co do faktu przejęcia dowództwa żadnych uwag. W ogóle nie mieli żadnych uwag do akcji, którą za chwilę zaczynali, bo było im wszystko jedno. Kapral Kowal od ponad roku był na etacie kierowcy w komendzie wojewódzkiej i tak naprawdę interesowała go tylko własna pensja i samochody, które były od zawsze jego pasją. Przyzwyczaił się już, że z rozkazami przełożonych nie ma co dyskutować. Szczególnie od pewnego czasu, gdy czuło się, że coś wisi w powietrzu. Dziś Grzechu wiedział, że to coś właśnie się zaczyna. Opryskliwe odpowiedzi kapitana upewniły go w przekonaniu, że będzie się aresztować myśliwych. W końcu tylko oni mieli broń w domach, więc mogli z bronią w ręku wystąpić przeciw ludowej władzy.

Obojętny na wszystko był też czterdziestoletni sierżant sztabowy Wiktor Dąbrowa, który przed wyjściem z domu pożegnał się z żoną i powiedział jej, że nie wie, kiedy wróci. Najczęściej, gdy mówił w ten sposób, doskonale wiedział, że pojawi się dopiero rano, bo noc spędzi u pewnej sympatycznej sprzedawczyni ze sklepu spożywczego na Ratajach, która była rozwódką i w związku z tym zawsze miała w swoim łóżku trochę miejsca dla sierżanta. Tym bardziej że Dąbrowa nie był jakimś zupełnie obcym jej człowiekiem. Znali się od lat, gdyż żona sierżanta była jej najlepszą przyjaciółką. Tym razem jednak, wychodząc z domu, podoficer po raz pierwszy od dawna naprawdę nie miał pojęcia, kiedy zakończy się ta robota. Niby wszystko do ostatniej chwili trzymane było w tajemnicy, ale Dąbrowa dobrze wiedział, że to właśnie dziś dojdzie do ostatecznej rozprawy z tymi ekstremistami z Solidarności. Wolałby, oczywiście, rozprawiać się z zaprzyjaźnioną sprzedawczynią, ale co zrobić? Służba nie drużba.

Natomiast najmłodszy z grupy, szczupły rudzielec z twarzą upstrzoną piegami, świeżo upieczony podporucznik Mirosław Brodziak był wkurzony tym, co niebawem miało się wydarzyć. Dopiero kilka tygodni temu skończył szkołę oficerską w Szczytnie, dostał przydział do swojego rodzinnego Poznania i zamiast zajmować się milicyjną robotą, został wysłany nie wiadomo gdzie i nie wiadomo po co. Wyczuwał, że coś jest nie w porządku. I wcale nie było mu z tym dobrze. Poszedł do pracy w milicji, a dziś w nocy miał zostać esbekiem.

Godzina 23.30

W międzymiastowej centrali telefonicznej, mieszczącej się w budynku poznańskiej Poczty Głównej przy Alejach Karola Marcinkowskiego, dyżur pełniły zaledwie cztery kobiety. O tej porze nie miały zbyt wiele pracy. Zamówionych rozmów było mało, więc wywołały już dawno i czekały na odzew z central w innych miastach. Trochę zamieszania zrobiło się około godziny dwudziestej trzeciej. Wtedy zaczęli dzwonić z pretensjami poirytowani rozmówcy, którym nagle przerwały się połączenia z Wybrzeżem. Telefonistki robiły, co mogły, by połączyć ich ponownie, ale wszelkie próby okazały się bezskuteczne. Szybko stało się jasne, że w żaden sposób nie można dodzwonić się do Trójmiasta i Elbląga. Wyglądało to tak, jakby tamtejsze centrale zostały całkowicie wyłączone. Maria Kowalska, która przepracowała tu już prawie dwadzieścia lat, po kilkunastu próbach przywołania Gdańska z rezygnacją zdjęła słuchawki z uszu i odłożyła je na blat stołu. To nie może być jakaś zwykła awaria, pomyślała. Przypomniała sobie od razu, że podobnie się działo, kiedy w sierpniu ubiegłego roku na Wybrzeżu były strajki. Wtedy władze odcięły łączność, żeby informacje od strajkujących i ich rodzin nie rozchodziły się po kraju.

– Ta cisza to jest taka jak wtedy w sierpniu, co poodłanczali wszystko w Gdańsku – powiedziała do siedzącej obok koleżanki Janiny Tomaszczyk.

– Łe, może mróz idzie i zamarzły kable?

– Ady tam mróz. Niby jest zimno, ino że nie tak, żeby całe Trójmiasto odcięło. – Kowalska pracowała na tyle długo w telefonach, że znała się jak mało kto na pogodowych awariach. – Mróz to odetnie jedną centralę, no może dwie, ale nie tyle. No chyba że zima stulecia znowu by przyszła.

– Stulecia już nie przyjdzie.

– Czemu?

– Bo już była.

– No i co, że była?

– Jak już była, to nie może być druga. Druga może być w następnym stuleciu, znaczy się w XXI wieku.

– No prawda – zgodziła się z koleżanką Kowalska. – To następna może być dopiero za… – szybko policzyła na palcach – za dwadzieścia lat. Wtedy będzie następne stulecie.

– Jak nie mróz, to znaczy, że te cholery odcięły – stwierdziła Tomaszczykowa. – Pewnie jaki strajk tam się zaczyna. W „Dzienniku” pokazywali, że tam w tym Gdańsku jest przecież teraz zjazd Solidarności, to pewnie te gnoje chcą ich znowu odciąć, żeby nikt nie wiedział, co tam Wałęsa uradził. Trzeba będzie jutro posłuchać Wolnej Europy.

– A niby skąd to oni będą wiedzieć? – Kowalska pokręciła głową. – Nie mogą wiedzieć, jak telefony nie działają. Przecie do tego NRF-u musieliby zadzwonić, żeby ci mogli przez radio nadać. A nie zadzwonią, jak telefony odłączone.

– Prawda, bez telefonów nic się nie da zrobić.

– Ja to już rano będę wiedziała, czy co mówili – pochwaliła się Maria. – Mój stary, jak się kładzie do łóżka, to włancza sobie radio na Wolną Europę, a jak przychodzę po nocce do chaty, to mi zaraz powiada, co ciekawego było. Bez tej Wolnej Europy to by my nic nie wiedzieli, co się dzieje, bo te cholery to nic prawdy nie powiedzą. Ani w telewizji, ani w radiu nic prawdy nie gadają. Jak kłamali kiedyś, tak i teraz same kłamstwa.

– Święta prawda – potwierdziła Tomaszczykowa. – Jakby Solidarność miała dostęp do radia i telewizji, wszystko byłoby inaczej. A tak to te czerwone robią se, co ino chcą, a Wolną Europę to jeszcze zagłuszają. Mają takie specjalne radiostacje, co nadają szum, żeby się ludzie nie mogli niczego prawdziwego dowiedzieć.

– Pani Mario, Śląsk zamilkł! Nie mamy kontaktu z Katowicami – zawołała drobna blondynka Aldonka, siedząca przy ostatniej konsoli.

W tym momencie rozległo się gwałtowne łomotanie do metalowych drzwi.

– A co za cholera tam się tłucze po nocy? – zdenerwowała się Kowalska. – Już ja ci dam tak walić! W łeb się walnij, baranie jeden! – Wstała z krzesła i poszła sprawdzić, gotowa opieprzyć natręta bardziej konkretnie. O tej porze nikt nie powinien wchodzić do centrali, no chyba że stałoby się coś wyjątkowego. Przekręciła klucz w zamku i metalowe drzwi jęknęły. Jakież było jej zdziwienie, gdy na progu zamiast spodziewanego stróża Jabłońskiego – który lubił od czasu do czasu wpaść na pogaduchy, szczególnie gdy coś wypił, a pił niemal codziennie, więc bywał tu częstym gościem – zobaczyła trzech żołnierzy w hełmach z wycelowanymi w jej kierunku karabinami.

– A wy tu czego? – zawołała przestraszona, ale żaden z nich nie zamierzał niczego tłumaczyć. Mężczyźni odepchnęli ją i wpadli do środka. Natychmiast rzucili się do centralek i zaczęli wyrywać wtyczki, przerywając połączenia. Za nimi do sali wkroczył wojskowy kapitan, a wraz z nim dyrektor Jakubowski.

– Panie dyrektorze, co oni robią? Zwariowali czy jak?

– Pani Mario, spokojnie, niech się pani nic nie boi. – Dyrektor próbował uspokoić kobietę. Ale widać było na pierwszy rzut oka, że sam jest mocno wystraszony. Kowalska tkwiła przy drzwiach jak skamieniała. Pozostałe trzy telefonistki skupiły się pod ścianą, a Janina nawet uniosła ręce do góry na znak, że się poddaje.

– Spokojnie, drogie panie, nic się nie stało, wszystko jest pod kontrolą – tłumaczył dyrektor łamiącym się głosem. – A pani niech opuści te ręce. Nie trzeba się bać. Do niewoli nas nie przecież nie wezmą.

Powiedziawszy to, spojrzał pytająco na oficera.

– Do jakiej, kurwa, niewoli? Czy my jesteśmy z gestapo? Wojsko Polskie jesteśmy! Kobiety, siadać na krzesłach i nie przeszkadzać. A pan niech no mi wskaże aparaturę głównego zasilania centrali.

– Tam jest, za tą szklaną szybą – wyjaśnił dyrektor, podając mu jednocześnie niewielki klucz z przymocowaną sznurkiem listewką informacyjną.

Oficer otworzył szklane drzwiczki i chwycił czarną wajchę.

– Co pan robi, czy pan zwariował? Wyłączy pan wszystkie telefony w mieście! – krzyknęła zdenerwowana Kowalska.

– I o to właśnie chodzi – warknął kapitan i przesunął dźwignię w dół. Lampki błyszczące dotąd na pulpitach centralek telefonicznych zamrugały po raz ostatni i zgasły. Telefony w Poznaniu zamilkły.

Godzina 23.40

Oszołomiony Marceli wybiegł z mieszkania i zatrzymał się naprzeciwko przed drzwiami sąsiada Kazia Markowskiego. Teraz nie tracił czasu na dzwonienie. Od razu zaczął łomotać pięściami. Minęło zaledwie kilka sekund, a drzwi otworzyły się i w szparze między framugą a krawędzią skrzydła pojawiła się zaspana głowa.

– A niechże cię cholera jasna weźmie! – krzyknął z wyrzutem rozbudzony sąsiad, przecierając oczy. – Co straszysz ludzi po nocy, już myślałem, że szkieły przylazły mnie aresztować!

– Nie przylazły, ale zaraz tu będą. Sam po nich zadzwonisz za chwilę. Chodź, zobacz, co się stało.

– Gdzie mam łazić po nocy? – zdziwił się Markowski.

– Tu, do Mirasa, on jest, no, ten, nieżywy, znaczy się zabity leży w swojej chacie.

– Co ty pierdolisz, opił żeś się czy jak? Jak Miras nieżywy? Ja godzinę temu z nim gadałem.

– To już nie pogadasz więcej. Przestań kłapać dziobem i chodź, zobacz se sam. – Marceli pociągnął go za rękę. Obaj mężczyźni ruszyli do mieszkania naprzeciwko. Markowskiemu wystarczyło jedno spojrzenie, by upewnić się, że sąsiad ma całkowitą rację. Trup wyglądał zdecydowanie na trupa. Przyjrzał mu się uważnie, a potem szybko podjął decyzję.

– Słuchaj, Marceli, on jest zimny na amen. Trzeba zawiadomić milicję.

– No przecie mówiłem – obruszył się Kruszona. – Nieżywy bez dwóch zdań. Pół głowy mu odleciało.

– Strzał z przyłożenia. – Markowski uważnie przyglądał się ranie wlotowej.

– No właśnie. Kto by to pomyślał. A miał taki mocny łeb…

– Na kulę nic nie poradzisz. Zwłaszcza taką z tetetki. – Wskazał na pistolet, który nieboszczyk trzymał w dłoni.

– W Czterech Pancernych ten kolega Janka, co mówił ciągle jołki-połki, też dostał w głowę i wtedy…

– Ja zadzwonię z domu po szkiełów – przerwał mu bezceremonialnie Markowski – a ty wyleć na dwór i rozejrzyj się, czy gdzieś jakiś patrol nie łazi po blokach. Jakby byli, to ich wołaj na górę.

– Tu przed chwilą stała na naszym chodniku nyska milicyjna – przypomniał sobie Marceli. – Dwóch szkiełów wyłaziło z naszej klatki schodowej. Mogą gdzieś się tu jeszcze pałętać. Polecę zobaczyć.

Gdy Kruszona wybiegł na zewnątrz, Markowski wpadł do swojego mieszkania. Aparat miał zainstalowany w przedpokoju, którego ściany wyłożone były drewnianą sosnową boazerią. Telefon założono mu dość niespodziewanie jakiś miesiąc temu, mimo że wniosek złożył zaledwie przed dwoma laty. Sąsiedzi w bloku czekali na to szczęście bezskutecznie już ponad dziesięć lat, czyli od momentu, kiedy wprowadzili się do nowo oddanych mieszkań. I jak dotąd nikt się nie doczekał. Telefon Markowskiego był pierwszy w całym budynku. Dlatego część mieszkańców była przekonana, że komuś coś się w telekomunikacji musiało pomylić i zaczęli zakładać telefony w odwrotnej kolejności. Pewnie jakiś urzędnik zamiast sięgnąć po najstarsze podania, chwycił to najnowsze Markowskiego. Była w tym jednak nadzieja, że teraz będą brać kolejno następne i w końcu wszyscy się doczekają. Byli też jednak sceptycy, którzy uważali, że nikt niczego nie pomylił, a sąsiad dostał przydział tylko ze względu na to, że jest działaczem Solidarności. Bez telefonu esbecja nie mogłaby go przecież podsłuchiwać. Tak też myślał i sam Markowski, uznając, że jego nowy telefon to prymitywny podstęp bezpieki. Przez chwilę, gdy przyszli do niego instalatorzy z poczty z nowiutkim czerwonym aparatem, myślał nawet, żeby im odmówić. Ale w końcu zdrowy rozsądek zwyciężył. Telefon mógł się przydać w razie potrzeby, a o związkowych sprawach przecież nie musiał przez aparat rozmawiać. Z tego powodu prawie z niego nie korzystał, zwłaszcza w ostatnim tygodniu, gdy atmosfera wzajemnego porozumienia między rządem a Solidarnością zgęstniała do tego stopnia, że można było ją kroić nożem.

Ironia losu, pomyślał, podnosząc słuchawkę. Najważniejsze dotąd moje połączenie będzie z Milicją Obywatelską. Już chciał wykręcić numer alarmowy, ale w słuchawce nie było sygnału. Uderzył parę razy w widełki, jednak połączenia nadal nie uzyskał.

Godzina 23.45

Milicjanci wyszli z samochodu. Kapral Kowal zamknął wszystkie drzwi i pięciu mężczyzn ruszyło w stronę wejścia numer piętnaście. Zaledwie w kilku oknach szarego czteropiętrowego bloku paliły się światła. Większość mieszkańców już dawno poszła spać. Ludzie zasypiali spokojnie, nie zdając sobie sprawy, że do niektórych drzwi zapuka za chwilę historia ubrana w milicyjne mundury. O tym, że stało się coś strasznego, wiedział za to już Marceli Kruszona, który, pokonując po kilka schodów naraz, wypadł wprost na kapitana Karpińskiego. Staranował go i mało brakowało, a obaj upadliby na zasypany śniegiem chodnik. Jednak czujny jak zwykle, wielki jak dąb, Grzechu Kowal chwycił kapitana w ostatniej niemal sekundzie. Kruszona odbił się od niego i wpadł w objęcia Dąbrowy. Kapitan podniósł z ziemi swoją uszankę ze srebrnym orzełkiem, otarł ją rękawem i założył na głowę. Pozostali milicjanci błyskawicznie otoczyli napastnika, którego sierżant w dalszym ciągu trzymał za kołnierz kurtki.

– Co jest, kurwa, obywatelu? – huknął na niego Kowal. – Napadacie na milicjanta na służbie? Chyba was pojebało czy jak?

– Panowie – wyjąkał przestraszony całym tym zajściem nieszczęśnik. – Ja nikogo nie napadam. W życiu nie napadłem jeszcze na żadnego człowieka, a na milicjanta tym bardziej. Przecież ja do was pędzę względem tego zgłoszenia, żeby wam drogę pokazać, żeby władza ludowa nie pobłądziła.

– Jakiego zgłoszenia? Coś wam się pokręciło, obywatelu. W dupie wam się pomieszało chyba! – zawyrokował kapitan.

– Jak Boga kocham…

– A co Bóg ma do tego? Z Panem Bogiem chyba wódkę piliście – stwierdził złośliwie Karpiński, pociągając znacząco nosem.

– Ja skąd, broń Boże, z kolegą piłem, ale ino jedną flaszkę… – zaczął się tłumaczyć Marceli. – Znaczy się troszkę wypiłem, zanim go znalazłem. A do was to nie ja dzwoniłem, ino sąsiad z drugiego piętra dzwonił, Markowski się nazywa ten, co was wzywał. Że niby ja znalazłem tego sąsiada…

– Spokojnie, obywatelu – włączył się do rozmowy esbek Jaszcz. – Powiedzieliście, że niejaki Markowski nas wzywał?

– No pewnie, ten sam Markowski, co ja jemu powiedziałem, że ma do was dzwonić. – Marceli ucieszył się, widząc, że wreszcie ktoś zrozumiał, o co mu chodzi. – To on właśnie, zasadniczo, dzwonił do was, żebyście przyjechali względem Mirasa Walkowiaka, co tam na górze z odstrzeloną łepetyną leży. A Markowski to tam jest teraz i pilnuje, żeby się co jeszcze gorszego nie porobiło.

– Idziemy – zarządził Karpiński. – Prowadź pan! – powiedziawszy to, wskazał ręką na mocno śmierdzącego bimbrem Kruszonę, który pod wpływem kontaktu z milicjantami wytrzeźwiał w cudowny sposób.

Ubrana w różowy szlafrok Stanisława Markowska stała w przedpokoju i ze zdziwieniem przyglądała się synowi, który bezskutecznie próbował się dokądś dodzwonić. Przed chwilą obudził ją hałas na korytarzu. Wydawało się jej, że to było pukanie do drzwi, więc wstała z łóżka, by obudzić syna. Jego pokój był pusty. Wtedy zobaczyła światło na korytarzu. Od dłuższego czasu się bała, że może wydarzyć się coś strasznego. Tę trudną do opisania atmosferę zagrożenia czuło się niemal namacalnie przez ostatnie tygodnie. Dlatego nieraz powtarzała Kaziowi, że niepotrzebnie tak bardzo angażuje się w tę całą Solidarność. Była przekonana, że to się musi źle skończyć i bezpieka prędzej czy później przyjdzie po niego. A ostatnio wszyscy dookoła krakali, że to już prawie pewne, że musi dojść do konfrontacji, bo tak dalej być przecież nie może. Władza nie odpuści. Nie po to komuniści wybrali Jaruzelskiego na pierwszego sekretarza, żeby się dalej mieli bawić ze związkowcami w kotka i myszkę. Radio i telewizja ciągle trąbiły o niepokojach, eskalacji żądań, przygotowaniach do strajków i zamieszaniu, jakie wprowadzają solidarnościowi ekstremiści, podsycając konflikty. No i ona wiedziała, że władza musi z tym skończyć, a ofiarami będą tacy ludzie jak jej syn. Teraz stanęła na korytarzu pełna złych przeczuć, ale odetchnęła z ulgą, widząc go przy aparacie telefonicznym ze słuchawką w ręku.

– Kaziu, gdzie ty dzwonisz po nocy, bój się Boga, północ prawie.

Markowski spojrzał na matkę i uśmiechnął się uspokajająco. Chciał coś powiedzieć, ale wtedy rozległo się pukanie.

– To tylko Kruszona – wyjaśnił, odkładając słuchawkę na widełki. Podszedł do drzwi i otworzył je, nie spoglądając nawet przez wizjer. Ale na progu zamiast sąsiada stało dwóch milicjantów w zimowych mundurach i jakiś facet po cywilnemu. I właśnie ten cywil, spojrzawszy na Markowskiego, zapytał:

– Pan się nazywa Markowski Kazimierz?

– No tak.

– To się pan ubieraj, bo jesteście aresztowani!

– Ale o co chodzi? – Markowski próbował zyskać na czasie. Błyskawicznie ocenił siły przeciwnika. Dwóch osiłków w mundurach, jeden niepozorny cywil. Wystarczyło rzucić się na niego, odepchnąć go do tyłu, kopnąć w kolano tego w mundurze, wyrwać mu wiszącego na ramieniu kałacha i kolbą przywalić w łeb trzeciemu, a potem zbiec po schodach…

W tym momencie za jego plecami rozległ się płacz matki. Przecież jej tak tu nie zostawi i nie ucieknie, bo jeszcze jakąś krzywdę jej zrobią gnoje.

– Za co i jakim prawem chcecie mnie aresztować?

– Za co, to wy już tam dobrze wiecie. A co do prawa, to powiem wam w tajemnicy, że mamy takie prawo. To prawo stanu wojennego – odpowiedział oficer SB.

– Bandyci! Bolszewiki cholerne! – zawołała matka.

– A pani niech się cieszy, że my swoi, Polacy znaczy się. – Esbek spojrzał ponad ramieniem Markowskiego na kobietę. – Jakby tu zamiast nas kto inny zapukał, to pani syn już by dziś jechał na białe niedźwiedzie polować.

Kapitan Karpiński wszedł do mieszkania, które wskazał mu prowadzący milicjantów Kruszona. Wziął ze sobą tylko młodego podporucznika, a pozostałych dwóch ludzi zostawił Jaszczowi. Był przekonany, że jeżeli doszło tu do jakiejś kryminalnej sprawy, to jego obowiązkiem jest dokładne zbadanie okoliczności. A ten esbek da sobie radę bez jego pomocy. On wcale nie palił się do tej roboty z wsadzaniem opozycji do pudła. Od tego było przecież SB. Dlatego, gdy usłyszał, że ten pijak tam na dole mówi o zabitym człowieku, autentycznie się ucieszył. To była szansa, której nie mógł przepuścić. Podczas wieczornej odprawy na komendzie nie zdobył się na to, by powiedzieć, co myśli o pakowaniu opozycji za kraty. Nie był przecież samobójcą. Nie podobało mu się to, ale wiedział też, że nie po to służył w milicji, by kwestionować rozkazy przełożonych. Na co dzień łapał kryminalistów, a gdy było trzeba, wsadzał, tak jak dziś, tych, których wsadzić mu kazano. Ale do rozprawy z Solidarnością się nie palił. Wiedział dobrze, że historia kołem się toczy i ci, co wsadzają dzisiaj, jutro sami mogą być wsadzani. Dlatego natychmiast, jeszcze tam pod klatką schodową, podjął decyzję.

– To wiecie, kapitanie – zwrócił się do esbeka Jaszcza – ja się pójdę rozejrzeć tam, gdzie ten niby zabity, a wy się nie przejmujcie i róbcie swoje. Ja sprawdzę wszystko i jakby co, dam wam znać, czy muszę tu zostać czy nie…

Kapitan od razu zorientował się, że coś jest nie tak. Właściwie coś mu nie pasowało od samego początku, gdy tylko znalazł się w przedpokoju tego mieszkania. Ten bałagan wyglądał tak, jakby ktoś tu czegoś szukał w pośpiechu. Gdy tylko Karpiński zobaczył zwłoki, stworzył sobie roboczy plan wydarzeń, jakie się tu rozegrały.

Ktoś włamuje się do mieszkania, szuka czegoś, czegoś cennego, co należy do nieboszczyka. Są to na przykład drogie klejnoty, które od wieków należą do rodziny denata. Złodziej znajduje je i ucieka z łupem w kieszeni albo jeszcze lepiej – w worku na plecach. Wraca właściciel i widzi, że to coś zginęło. Nie może się z tym pogodzić. Idzie do szuflady i wyciąga z niej pistolet. Dla zabicia strachu wypija kieliszek wódki, a potem zrozpaczony strzela sobie w łeb.

Ta koncepcja bardzo mu się spodobała. Nie było czasu na obmyślanie innej, więc na początek musi wystarczyć, żeby przekonać szefa, że trzeba natychmiast rozpocząć śledztwo, z nim na czele oczywiście, i jeszcze przydzielić do niego kilku ludzi. Bo dzisiejszej nocy nie będzie to łatwe.

Karpiński wiedział, kto mu pomoże. W korytarzu stał ten nowy podporucznik. Rudzielec rozglądał się dookoła, nie bardzo wiedząc, co ma robić. Też skorzystał z okazji i uciekł od esbeka Jaszcza, i mimo że nikt go o to nie prosił, przyłączył się do Karpińskiego.

Kapitan spojrzał na chłopaka, drapiąc się po głowie.

– Słuchaj, jak ty się właściwie nazywasz?

– Mirek, znaczy się Mirosław Brodziak.

– Aha, no to dobrze, Brodziak. Wy tu zostaniecie i będziecie pilnować wszystkiego, a ja skoczę teraz zobaczyć, czy tamci już skończyli, wrócę z nimi na komendę i spróbuję zorganizować ekipę techniczną. Ty tu siedź i nikogo nie wpuszczaj, żeby nam śladów nie zadeptali. Jak dobrze pójdzie, to w ciągu godziny powinienem być z powrotem.

– Tak jest, obywatelu kapitanie! – odpowiedział podporucznik Brodziak.

– Aha, i jeszcze jedno, staraj się niczego nie dotykać niepotrzebnie. Zresztą wiesz, o co chodzi. Czegoś was tam w tej szkole uczono w końcu. Znajdź sobie jakieś miejsce, siadaj na dupie i czekaj. A ja już lecę.

Klepnął podporucznika w ramię i natychmiast wyszedł. Młodzieniec został w mieszkaniu sam z trupem. Ale wcale nie przeszkadzało mu to, że w kuchni siedzi facet z odstrzeloną głową. Lepszy zabity gość niż żywi esbecy.

– Dalej, panie szanowny, z tym ubieraniem. Nie musisz pan tak się opatulać, bo nie jedziemy na razie na Syberię – zażartował kapitan Jaszcz, popędzając Markowskiego. Jego matka trzęsącymi się rękami pakowała do niewielkiego plecaka zmiany bielizny, mydło, ręczniki i trochę papierosów.

– Mogę wziąć jeszcze jakieś książki? – zapytał aresztowany.

– Dość! Nie jedziesz pan na wczasy do Sopotu, tylko do pudła. U nas na Młyńskiej w bibliotece mają dzieła zebrane Lenina. Chętnie wypożyczą. No, a teraz można się pożegnać i lecimy.

Markowski podszedł do matki i objął ją. Poczuł jej łzy na policzku. Kruche ciało kobiety zadrżało w jego ramionach. Przycisnął ją mocno do siebie.

– Wrócę, mamo – szepnął jej do ucha. – Nic się nie martw.

Nie odpowiedziała. Delikatnie chwyciła jego głowę w dłonie, przyciągnęła ku sobie i ucałowała w czoło. Tak samo jak przed laty, gdy wychodził do szkoły. Dużo wyższy od matki, spojrzał w dół prosto w jej załzawione niebieskie oczy i nie wiedzieć czemu pomyślał, że wtedy to ona patrzyła na niego z góry. A potem przez głowę przeleciała mu zupełnie inna, całkiem praktyczna myśl. Przed wyjściem musi założyć na nogi nie zimowe relaksy, ale lekkie skórzane pionierki, w których zdecydowanie lepiej się biega.

Kapral Grzechu Kowal z kałasznikowem przewieszonym przez ramię odwrócił się. Poczuł się zakłopotany tą sytuacją. Nie patrzył, bo było mu zwyczajnie głupio. Dotąd nie uczestniczył w aresztowaniu człowieka, który nie byłby zwykłym przestępcą. Poza tym czuł się nieswojo w tym mieszkaniu, które niewiele różniło się od jego własnego. Też mieszkał w bloku i jego przedpokój również wyłożony był sosnową boazerią.

W drzwiach pojawił się Karpiński.

– Mamy tu w mieszkaniu obok problem, więc dobrze by było, żebyście mnie na komendę zawieźli, bo wiecie…

– Nie ma sprawy. Jedziemy od razu, żeby pan Markowski nie musiał czekać. – Esbek pochylił się do Karpińskiego i szepnął mu coś na ucho. Ten skinął głową, a potem powiedział, uśmiechając się zadowolony:

– Nu, tawariszczi, pajechali.

Staraj się niczego nie dotykać, przypomniał sobie podporucznik Brodziak. To co ja, do cholery, mam tu robić, nie dotykając niczego?

Popatrzył na drzwi od kuchni, za którymi siedział facet z odstrzeloną głową, i poczuł ciarki przebiegające mu po plecach. Widział już trupy, więcej nawet, uczestniczył też w sekcji zwłok, którą przetrwał dzielnie, choć tylko ostatkiem sił powstrzymał się od zwrócenia śniadania na podłogę. Ale to było krótkie, szkolne doświadczenie, podczas którego towarzyszyło mu kilkunastu kolegów ze szkoły oficerskiej. Tu było inaczej. Tutaj był sam na sam z trupem. Świadomość, że musi spędzić kilkadziesiąt minut w pustym mieszkaniu w towarzystwie delikwenta, którego połowa głowy przykleiła się do ściany, nie była zbyt miła. No ale taka to służba, przekonywał sam siebie. Chciał być milicjantem, to teraz ma. Parę tygodni temu skończył szkołę oficerską w Szczytnie i udało mu się dostać przydział do rodzinnego Poznania. Bał się, że wyślą go na jakieś zadupie, bo do dużych miast kierowali tych, którzy kończyli studia z najlepszymi ocenami. On miał oceny raczej średnie, dlatego martwił się, że trafi w najlepszym wypadku do Obornik czy Szamotuł. Jednak, jak wyjaśnił mu przyjmujący go do pracy pułkownik Żyto, udało się otrzymać ten poznański przydział tylko dlatego, że pochodził ze Starego Miasta. Pułkownik, przeglądając jego papiery, stwierdził, że ktoś taki mu się przyda, i przygarnął go. Trafił więc do wydziału dochodzeniowo-śledczego komendy wojewódzkiej, ale nie zdążył jeszcze wziąć udziału w jakimś konkretnym śledztwie. Przez pierwsze dni robił porządki w swoim nowym pokoju, a jak już poukładał stare papiery i odnalazł kilka zagubionych teczek z aktami, zamiast śledztwa przydzielono go do esbeckich aresztowań.

Rozmyślając nad swoim ciężkim losem, postanowił możliwie najwygodniej spędzić ten czas. Podszedł do przewróconego fotela, postawił go na nogi i obrócił w stronę telewizora. Włączył odbiornik i usiadł. Po kilkudziesięciu sekundach stary neptun nagrzał się i rozbłysła lampa kineskopowa. Jeszcze chwilę trwało, zanim z szarości wyłonił się dość wyraźny czarno-biały obraz.

Puszczali jakiś film. Podporucznik rozsiadł się i pomyślał, że w sumie jest to lepsze niż jeżdżenie po Poznaniu i wyłapywanie opozycjonistów. Na ekranie młody człowiek zabierał się właśnie do całowania całkiem ładnej dziewczyny, gdy wtem projekcja filmu została przerwana.

Zamiast kolejnej sceny pojawił się smutny spiker, który powiedział:

– I to już wszystko w naszym programie, dobranoc państwu.

Ekran wypełniła flaga narodowa, która w czarno-białym telewizorze była biało-szara, a z głośnika popłynął Mazurek Dąbrowskiego. Gdy wybrzmiały ostatnie takty, wszystko zniknęło. Telewizja skończyła nadawanie.

Brodziak odruchowo spojrzał na zegarek. Była dokładnie północ. Zaczął się trzynasty dzień grudnia.

Niedziela

13 grudnia 1981

Godzina 00.35

– A pan porucznik szanowny, że się tak zapytam, to długo już w milicji robi? – powiedział łysiejący, krępy mężczyzna w cywilnym ubraniu, gryząc jednocześnie kanapkę z salcesonem. Zapach wędliny unosił się w całym pomieszczeniu. Salceson musiał być świeży.

Mężczyzna siedział za jednym z trzech biurek, które niemal całkowicie wypełniały niewielki pokój w Komendzie Wojewódzkiej Milicji Obywatelskiej. W kącie z ledwością mieściła się jeszcze przystawiona do ściany dwudrzwiowa szafa z jasnego drewna. Ubrany w mundur polowy porucznik położył nogi na blacie drugiego biurka. Ściana po jego prawej ręce ozdobiona była cepeliowską słomianką, na której prócz kalendarza na rok tysiąc dziewięćset osiemdziesiąty pierwszy z kolorowymi zdjęciami polskich krajobrazów wisiał niebieski proporczyk Lecha Poznań. Zdjęcie na karcie kalendarzowej przedstawiało łąkę pełną wrzosów. Gospodarze tego pokoju chyba niezbyt przejmowali się upływającym czasem. Najwyraźniej zapodziały się im gdzieś ostatnie trzy miesiące.

– Bo ja, mnie się zdaje, że tak powiem – ciągnął dalej cywil, nie czekając na odpowiedź młodego oficera – w organach to prawie całe życie robię. Już niejedno się widziało, ale żeby taka akcja jak dzisiaj, to pierwszy raz. Różne się zdarzały, ale żeby na ten przykład milicja razem z wojskiem, to jeszcze nie…

– No trochę już tu jestem – odpowiedział wyrwany z drzemki porucznik Alfred Marcinkowski. – A pan do nas na dłużej czy tylko na tę noc? – zapytał Fred z czystej grzeczności, bo tak naprawdę ten łysol wcale go nie interesował.

– A diabli wiedzą, ja już dawno złożyłem podanie o przeniesienie do zwyczajnej milicji. Ale pan wie, jak to w resorcie. Bo to się człowiek normalnie dogada z kimś? Raz mówią tak, a zaraz na odwrót. Jeden drugiemu dobrze nie życzy. A ja do resortu poszedłem z milicji i do milicji chcę wrócić, bo w SB to nie dla mnie robota. Ja jestem normalny szkieł, a nie polityczny. No to powiadam do swojego szefa, że pożytku ze mnie nie ma, to niech mnie oddadzą na powrót do firmy. A on ino kręci nosem i powiada, że potem pogadamy. To ja się pytam, potem, znaczy się kiedy? A on powiada, żeby mu gitary nie zawracać, bo ważne sprawy się teraz będą działy. No i się dzieją, i teraz to już w ogóle gemela taka, że nikt nic nie wie. To i się zdziwiłem, jak mi powiedzieli, że dziś na noc mam się na dyżur do was zgłosić. Ten mój szef, major Sikora, mnie wezwał i powiada, słuchaj Teoś, bo ja Teofil jestem z imienia, więc w związku z zaistniałą sytuacją i dopomożeniem kolegom oddelegujemy cię do wydziału dochodzeniowo-śledczego na dyżury. To ja się jego zaraz pytam, czy to będzie na stałe już, jak ja w tym podaniu, co je złożyłem, jak się zgłaszałem do przeniesienia. A on mi na to, że później się zobaczy, co i jak.

– No to ma pan szczęście – Fred uśmiechnął się – bo nie wygląda na to, żebyśmy dziś mieli jakąś ekstrarobotę. Raczej mi się zdaje, że tę noc przesiedzimy w komendzie, jak to na dyżurze.

Marcinkowski wstał zza biurka i podszedł do okna. Miał prawie sto osiemdziesiąt centymetrów wzrostu, niebieskie oczy, jasne włosy starannie zaczesane, z przedziałkiem po lewej stronie. Gładko ogoloną twarz przyozdabiał niewielki wąsik. Zazwyczaj do pracy porucznik chodził ubrany w dobrze skrojony garnitur. Dziś jednak, tak jak wszyscy jego koledzy, musiał założyć mundur moro, bo taki dostali rozkaz.

Na parapecie stało radio tranzystorowe marki Jowita. Przekręcił gałkę z prawej strony. Zapaliła się lampka, która podświetliła skalę. Zrobił głośniej, ale żadna muzyka nie popłynęła z głośnika. Sprawdził dostrojenie i okazało się, że czerwona strzałka tak jak zwykle ustawiona była na częstotliwości trzeciego programu. Dziwne, stacja milczała. Fred szybko przejechał całą skalę, jednak wszędzie było głucho.

– Co jest, do cholery? – zaklął pod nosem. – Musiało się popsuć akurat, jak mam nocny dyżur.

– Włącz pan na długie, teraz będą dawać „Muzykę Nocą” i bynajmniej nie te bigbity – zaproponował Teoś, rozpakowując jednocześnie kolejną kanapkę.

Zniecierpliwiony bezowocnymi poszukiwaniami na UKF-ie porucznik zmienił fale. Ale i tam, gdzie zwykle nadawano pierwszy program, na dwustu dwudziestu pięciu metrach również była cisza.

– Na długich też cicho, wygląda tak, jakby wszystkie polskie stacje zamilkły. Pewnie jakaś awaria na tej wieży telewizyjnej na Piątkowie się zdarzyła.

– Z Piątkowa to ino UKF-y idą i telewizja, a długie z Warszawy dają – wyjaśnił fachowo Olkiewicz, jednocześnie głośno mlaskając. Marcinkowski spojrzał na niego zdziwiony. – Wiem, bo mój jeden sąsiad tam robi, na tej wieży, i mi wszystko dokładnie wyjaśnił. Tamta wieża chwyta sygnał, co do niej płynie z Warszawy, i go przesyła do telewizorów i radiów. Ino jak go przesyła, to ja nie wiem, ale chyba się rozchodzi, że przez antenę. – Teoś uśmiechnął się, wsuwając kolejny kęs do ust. Zmiął w kulkę gazetę, w którą zawinięta była sznytka, i wrzucił ją do stojącego pod biurkiem kosza na śmieci. – A poza tym ja się na tym znam, panie szanowny, bo niedawnośmy przyskrzynili takich gówniarzy z politechniki, co to se sami w pokoju w akademiku, zamiast się uczyć, to se zrobili własne radio. Nic tam niby nie gadali, ino samą muzykę puszczali, a słychać ich było ino na te trzy ich wieżowce na świętego Rocha. Ale dowódca powiadał, że niebezpieczeństwo było poważne, bo nawet jak nic nie gadali, to mogli przecież zacząć gadać. A jak tak człowiek zacznie blubrać, to nigdy nie wiadomo, co powie, bo i skąd ma wiedzieć, jak jeszcze nie powiedział. No to się ich zgarnęło.

– To widzę, że pan jest oblatany w technice radiowej – zaśmiał się porucznik.

– Ady tam w radiowej! Ale w technice przesłuchania to i owszem. Ten student to mnie wszystko o nadawaniu wyjaśnił. Z tym Piątkowem, znaczy się, powiedział, co i jak, bo mnie się zdawało, że jak oni na UKF-ie dawali, to cała Polska słyszała, a Poznań co najmniej. To on powiada, że jakby się do wieży piątkowskiej podpięli, to i owszem, na Poznań dałoby radę, a tak to ino po akademikach.

– I co z nimi? – zainteresował się Marcinkowski.

– Z kim?

– No z tymi radiowcami?

– Łe tam. – Olkiewicz machnął ręką. – A co oni winni? Dzieciaki zwykłe, to im się dupy ino pałą przetrzepało, żeby im się odechciało ksiutów, i puściło do domu. A, te ich radyjko to się im zabrało.

– Mieli szczęście.

– No, żebyś pan wiedział. Jeszcze jakie! Jakby nie daj Boże zaczęli coś w tym radiu gadać, to zaraz by się ich podciągnęło pod agitację antysocjalistyczną. A tak wpisało im się zwyczajne chuligaństwo i zakłócanie ciszy nocnej.

Radio ryknęło. Marcinkowski natychmiast ściszył rozkręcony maksymalnie regulator. Jakiś artysta śpiewał krzykliwie po niemiecku.

– Ja tam za Niemcami nie przepadam – powiedział Teofil, głośno ciamkając, bo usta znów miał pełne jedzenia. – Ja jestem Olkiewicz na nazwisko, ale babcia była bamberka, Hofmann z domu, znaczy się, że też trochę tej niemieckiej krwi mam w sobie, ale i tak nie lubię, jak śpiewają. Po polsku jak kto śpiewa jakie ładne piosenki, to i owszem, ale po niemiecku, to jakby się psy gryzły.

– To niech sobie pan Ruskich nastawi, bo mnie się już nie chce grzebać w tym radiu – powiedział zrezygnowany Fred, siadając z powrotem za biurkiem.

– Ruskich też nie lubię. Co ja za to mogę, że sąsiadów mamy do dupy? Ale po francusku to i owszem… Taka Édith Piaf albo Charles Aznavour. Jak oni zaśpiewają, to aż się miło robi. Bo francuski język taki raczej pasujący jest do ładnych melodii, choć za cholerę nie wiadomo, o czym oni śpiewają. Ale i polskie piosenki, bynajmniej niektóre, bo nie te ryczące z gitarami młodzieżowymi, to i owszem, posłuchać też można. Mojej żonie to ten Krawczyk odpowiada albo Maryla Rodowicz, a ja wolę znowu Urszulę Sipińską, bo nasza, z Poznania jest dziewucha, tylko że ostatnio mało jej coś słychać. A z innych to wolę Grechutę. Jak on śpiewa, panie, te swoje piosenki, to aż się chce słuchać. Bo ten Młynarski to niby też takie ma ładne melodie, ale śpiewać to on nie umi, bo głos ma taki jakiś matowy, a więcej nawet gada, jak śpiewa, to do dupy z takim śpiewaniem. Ale jak śpiewał, że jesteśmy na wczasach w tych góralskich lasach, to mu wyszło niczego sobie. Bo jak byłem w Ustroniu, tym górskim, a nie Morskim, w domu wczasowym, takim w stylu góralskim, na skos zbudowanym, znaczy się spadzistym, ale nowoczesnym z żelbetonu, co ich tam kilka podobnych na jednej górze postawili, to tam była sala dancingowa i zespół jeden miejscowy śpiewał, ale nie góralski, tylko elegancko z fasonem, pod garniturami. I jak oni grali o tych góralskich lasach, to cała sala śpiewała z nimi. Ubawiliśmy się tam z moją kobitą, że aż strach, a wódeczki było tyle, że nie dało się wyjść o własnych siłach do pokoju na kwaterę. Stara mnie na plecach ciągła z takim jednym sierżantem z Buska-Zdroju, co też na wywczasy przyjechał i razem my pili…

Olkiewicz nie dokończył, bo drzwi do pokoju otworzyły się szeroko i stanął w nich czerwony od mrozu kapitan Karpiński.

– No, panowie – huknął od progu – dupska do góry, bo robota się sama prosi!

– A mówiłeś pan, że spokój będziemy mieć dziś w nocy. W taki ziąb robota. Kto to widział? – Teofil z wyrzutem spojrzał na Marcinkowskiego, jakby to była jego wina.

Godzina 1.15

Na parkingu przed wejściem do Starego ZOO stały cztery ciężarówki milicyjne. Wysypywali się z nich zomowcy w hełmach, z tarczami i długimi pałami zatkniętymi za paski. Zimny wiatr podrywał z ulicy tumany śniegu, który smagał milicjantów po twarzach. Cały czas podjeżdżały też nyski MO. Na wprost siedziby Zarządu Regionu Solidarności, kilkadziesiąt metrów od wejścia do ogrodu zoologicznego, stanął transporter opancerzony SKOT. Lufa karabinu maszynowego na wieżyczce wozu obróciła się w stronę drzwi prowadzących do wnętrza budynku. Dwa inne transportery zamykały wylot ulicy, zajmując miejsce na środku ronda Kaponiera.

W jednym z kilku stojących przy chodniku GAZ-ów siedział szef wydziału dochodzeniowo-śledczego Komendy Wojewódzkiej MO, podpułkownik Eugeniusz Żyto, i palił popularnego w szklanej lufce. W środku samochodu było ciepło, bo kierowca zostawił włączony silnik i rozkręcił na cały regulator dmuchawę z ciepłym powietrzem. Dlatego podpułkownikowi wcale nie chciało się wychodzić na zewnątrz. Zresztą nie musiał. Akcja, którą obserwował przez przednią szybę swojego wozu, rozwijała się niezależnie od niego. Dowodzili nią oficerowie, którzy znali się na tej robocie, a on siedział tu i starał się nie włazić nikomu w drogę. Dziś wieczorem na naradzie dla wyższych oficerów MO dowiedział się, że ma uczestniczyć w zajęciu siedziby Solidarności. Nauczony wieloletnim doświadczeniem nie pytał, jakie konkretne zadania ma wykonywać. Wiedział, że gdy zacznie się zbytnio interesować, to mu coś znajdą, ale jeśli się nie wychyli, to będzie miał spokój. No i rzeczywiście, nie pomylił się. Akcja szła swoim torem, a on spokojnie mógł grzać się w aucie.

Kilkudziesięciu zomowców uformowało szyk uderzeniowy. Po chwili truchtem ruszyli w kierunku wejścia do budynku. Byli ostrożni, choć nie spodziewali się specjalnego oporu. W środku mogło być najwyżej kilkunastu wystraszonych działaczy związkowych. W zaledwie pięciu oknach paliły się światła. Wtem rozległy się gwizdki sygnałowe i zomowcy ruszyli z impetem. Błyskawicznie sforsowali drzwi i wtargnęli do środka.

Na ulicy został tylko pluton zabezpieczający, kilku oficerów i SKOT z karabinem wymierzonym w okna.

Drzwi od łazika otworzyły się i nagle do nagrzanego wnętrza wdarło się lodowate powietrze. Żyto spojrzał z niechęcią na intruza ośmielającego się zakłócić mu spokój. Był to kapitan Karpiński, który bez słowa usprawiedliwienia ładował się na przednie siedzenie. Szybko zamknął za sobą metalowe drzwiczki i odwrócił się do swojego szefa.

– No co tam ciekawego na mieście? – zapytał Żyto, nim kapitan zdążył się oficjalnie zameldować.

– Ciekawie to jest tutaj, obywatelu pułkowniku – odpowiedział Karpiński, wskazując ruchem głowy na siedzibę związkowców.

– E tam! – Podpułkownik machnął ręką. – Raz-dwa i będzie po wszystkim. Byleby tylko nie znalazł się jakiś wariat, proszę ja ciebie, który będzie chciał stawić opór.

Pierwsi milicjanci z grupy szturmowej zaczęli wychodzić z budynku. Dowódca składał właśnie meldunek koordynatorowi całej akcji, jakiemuś pułkownikowi w mundurze wojskowym. Zomowcy wyprowadzali z budynku cywilów skutych kajdankami i ładowali ich do milicyjnych nysek. Cały sztab akcji, wszyscy stojący dotąd na ulicy oficerowie ruszyli w stronę zdobytego budynku, ale Żyto ani myślał wychodzić z ciepłego samochodu.

– No to mów, proszę ja ciebie, z czym tu przychodzisz, bo chyba nie wpadłeś się tylko ugrzać.

– Właśnie, obywatelu pułkowniku, mamy chyba morderstwo, to znaczy, jest trup w tym domu, gdzie byliśmy po jednego działacza, na osiedlu Kosmonautów. Facet ma odstrzelone pół głowy i trzyma w ręce spluwę. Więc jakby samobójstwo.

– Jakby?

– Panie pułkowniku, czuję, że coś jest nie tak.

– A co niby jest nie tak, proszę ja ciebie?

– Na moje oko całe mieszkanie wywrócone jest do góry nogami. Wygląda to tak, jakby ktoś czegoś tam szukał.

– A ten nieboszczyk to co?

– Nieboszczyk mógł się zastrzelić, bo go okradli. Z rozpaczy się zastrzelił albo jakoś tak.

– To gdzie tu morderstwo?

– Jest włamanie, jest trup, to i morderstwo się znajdzie – wyjaśnił kapitan, uśmiechając się z zadowoleniem.

Ma rację, pomyślał podpułkownik Żyto. Lepsze takie byle jakie morderstwo niż ta polityczna łapanka.

– No to weź, proszę ja ciebie, kogo tam masz, i bierzcie się do roboty. A jak już coś będziecie wiedzieli, to w poniedziałek się melduj u mnie z raportem.

– Tak jest, obywatelu pułkowniku. – Zadowolony kapitan zasalutował i wyszedł z auta. Tymczasem Żyto opatulił się jeszcze mocniej swoim ocieplanym milicyjnym płaszczem, przymknął oczy i zadowolony, że już nikt niczego od niego nie chce, uciął sobie zasłużoną drzemkę.

Godzina 1.25

Chorąży sztabowy Witold Szewczyk patrzył na opasłe sylwetki czołgów T-72, które podjechały pod bramę wjazdową do Zakładów Cegielskiego. Tu w środku miasta wyglądały, jakby zostały żywcem wyjęte z jakiegoś wojennego filmu. Prócz tych dwóch brunatnozielonych olbrzymów na ulicy Dzierżyńskiego, przy której wznosił się płot fabryczny, stało kilkadziesiąt samochodów wojskowych i milicyjnych. Nyska, w której jechał Szewczyk, wracała z pobliskiego Świerczewa. Chorąży parę minut temu asystował przy kolejnym zatrzymaniu groźnego ekstremisty z Solidarności. Niepozorny, około sześćdziesięcioletni mężczyzna z sumiastymi wąsami był pracownikiem naukowym Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza. Wystraszony całą tą niecodzienną sytuacją siedział skulony w kącie przedziału dla aresztantów. Szewczyk, patrząc na niego, zastanawiał się, jak taki człowiek może stanowić poważne zagrożenie dla ustroju socjalistycznego. Jednak obawiano się go z jakichś powodów i dlatego trafił na listę zatrzymanych. Wieźli go teraz do aresztu na Chłapowskiego. Tam mieli go zostawić i jechać po następnego ekstremistę. Chorąży do końca miał nadzieję, że nie będzie musiał uczestniczyć bezpośrednio w aresztowaniach, ale nie udało mu się wymigać. Jeszcze kilka godzin temu liczył po cichu, że zostawią go na dyżurze w komendzie. Był przecież technikiem milicyjnym, specjalistą od robienia zdjęć, zdejmowania odcisków palców i zabezpieczania miejsca dokonania przestępstwa, a w takiej żandarmskiej robocie jego umiejętności i wysokie kwalifikacje zdawały się psu na budę. Spojrzał na swoje nogi w spodniach moro i na ciężkie żołnierskie saperki. Mundur miał na sobie po raz pierwszy od czasu, gdy kilka lat temu był w milicyjnej szkole podoficerskiej w Pile. Zapomniał już zupełnie, jak się chodzi w takich ciuchach. Na co dzień, do pracy, ubierał się po cywilnemu. Dziś jednak musiał wystąpić w służbowym uniformie i nie dość, że głupio czuł się w mundurze, to jeszcze na dodatek miał wrażenie, że jest idiotycznie przebrany. Okazało się bowiem, że jego przydziałowe spodnie nie dopinały się w pasie, a kurtkę mundurową z trudem udało się zapiąć na brzuchu, który wyrósł nie wiadomo kiedy.

Nyska zostawiła z tyłu Zakłady Cegielskiego i wjeżdżała właśnie w Hetmańską, gdy ze słuchawki radiotelefonu rozległ się głos oficera dyżurnego:

– 0138, macie tam u siebie chorążego Szewczyka?

– Ja 0138, zgłaszam się – odpowiedział prowadzący wóz kapral. – Melduję, że chorąży jest na pokładzie.

– Szewc, słyszysz mnie? – odezwał się inny głos i Szewczyk natychmiast rozpoznał Marcinkowskiego. Nie obraził się wcale o tego Szewca. W końcu wszyscy na niego tak mówili już od czasów szkoły podstawowej. Oczywiście gdy zaczął pracę w milicji, przezwisko powędrowało za nim.

– Czołem, Fred – odezwał się zadowolony. Od razu wyczuł, że Marcinkowski nie połączył się z nimi bez ważnego powodu.

– W jakim fyrtlu teraz jesteście? – pytał dalej porucznik.

– Mijamy Ceglorza i jedziemy na Chłapowskiego – odpowiedział kierowca Władek Golon.

– To, Władek, słuchaj, dawaj tu na Kochanowskiego, jak możesz najszybciej. Witas, szykuj klamoty, bo jest robota dla ciebie.

– Nie ma sprawy. Już się robi. Skoczymy tylko na Chłapowskiego odstawić jednego delikwenta, a zaraz potem możemy podjechać na wojewódzką – wyjaśnił kapral.

W tej chwili, chyba po raz pierwszy w życiu, Szewczyk poczuł wdzięczność do jakiegoś nieznanego sobie przestępcy, bo sformułowanie „robota dla ciebie” mogło oznaczać tylko jedno. Gdzieś w mieście dziś w nocy ktoś złamał prawo, pomyślał, spoglądając przez okno furgonetki na szpaler kilkudziesięciu milicjantów z tarczami i pałkami. A przecież oni tego prawa mieli strzec.

Godzina 1.30

– Kurwa, Wiechu, jak zaraz czegoś nie zrobisz, to nas tu szlag jasny trafi. Uruchomisz wreszcie to pierdolone pudło czy mamy cię popchnąć?

Brudny od smarów Wiechu, czyli kapral podchorąży Wiesław Szczygieł, wyłonił się z włazu kierowcy mechanika transportera opancerzonego i spojrzał ze skwaszoną miną na swojego kolegę i dowódcę Jurka Wróbla. Sierżant podchorąży Wróbel stał przed wozem bojowym i trząsł się z zimna. Od prawie dwóch godzin męczyli się z uruchomieniem silnika i wszystkie ich dotychczasowe starania spełzły na niczym. Pancerne pudło ani drgnęło i nikt z trzyosobowej załogi, bo w środku walczył jeszcze z oporem wojskowej materii kapral podchorąży Edward Kwinta, nie był w stanie powiedzieć, co spowodowało, że ich wóz odmówił współpracy. Przed północą cała Wyższa Szkoła Oficerska Wojsk Pancernych w Poznaniu została postawiona w stan najwyższej gotowości bojowej. Podchorążowie byli przekonani, że mają do czynienia ze zwyczajnym alarmem i że znów wygonią ich na krótką przejażdżkę po pobliskim Golęcinie. Tymczasem na odprawie okazało się, że ogłoszony alarm był zupełnie inny niż wszystkie dotychczasowe. Po raz pierwszy mieli swoje czołgi i SKOT-y wyprowadzić na ulice miasta. Dowódca szkoły mówił coś o wyższej konieczności, walce z ekstremą i jakichś jeszcze pierdołach propagandowych. Zaznaczył jednak, że to, co mają robić, to tylko pokaz siły i gotowości, więc na pewno nie będą musieli z nikim walczyć. Zresztą wozy, którymi ruszają do miasta, nie będą wyposażone w amunicję ostrą, bo nie ma obawy, by doszło do jakichś starć z ludnością. Wiedział, co powinien powiedzieć, bo podchorążowie mogliby wątpić w celowość wykonania drażliwych poleceń. Wielu z nich pochodziło z Poznania i trudno było sobie wyobrazić, żeby ci chłopcy chcieli strzelać do swoich.

– Dlatego – mówił dalej dowódca – przejedziemy tylko w kolumnie do miasta i ustawimy nasze wozy w kilku newralgicznych punktach. Rano powinniśmy wrócić do miejsca zakwaterowania.

Krótko po odprawie kolumna pancerna wyruszyła z terenu szkoły. Wyjechały wszystkie wozy poza jednym. SKOT-a, którego dowódcą był Jurek Wróbel, nie udało się uruchomić.

Przysłany przez dowódcę akcji porucznik Kozłowski sprawdził, co się dzieje, i polecił załodze zająć się naprawą, a gdyby ta się powiodła, nakazał Wróblowi ruszyć za kolumną do centrum miasta i zająć stanowisko na placu przed pomnikiem Mickiewicza i krzyżami, przy ulicy Czerwonej Armii. Pokazał mu na mapie, jaką trasą mają jechać, i polecił meldować przez radio, jeśli uda im się ruszyć.

– Juras, daję temu pieprzonemu gratowi jeszcze jedną szansę, a jak nie, to pierdolę tę całą zabawę w wojnę – powiedział Wiechu i zniknął we włazie.

Wróbel sięgnął do wewnętrznej kieszeni kombinezonu i wydobył popularnego. Zapalił i wciągnął głęboko do płuc solidną porcję śmierdzącego dymu. Wypuścił biały kłąb i splunął na śnieg pod nogami. Nie znosił popularnych, ale palił je, bo nie miał innego wyjścia. Od kilku miesięcy były to jedyne przydziałowe papierosy, jakie dostawali w szkole. O klubowych czy caro mogli tylko pomarzyć. Te lepsze marki zniknęły bezpowrotnie z kantyny i nikt nie wiedział, czy kiedykolwiek zaczną fasować porządny tytoń. Podchorążowie kupowali więc to samo najtańsze paskudztwo co chłopaki z zasadniczej służby, ale i tak cieszyli się, że mają co palić, bo w mieście papierosy były od dawna towarem deficytowym.

– Trzymaj tę pierdoloną wajchę! – krzyczał Wiechu z wnętrza wozu na Kwintę. Potem rozległ się trzask i nagle ogromny silnik zaskoczył. Potężny ryk rozdarł ciszę pustego placu manewrowego. Podchorąży Wróbel błyskawicznie wspiął się po przednim pancerzu, otworzył właz wieży i wsunął się na miejsce dowódcy. Zrobił to bardzo szybko, by uniknąć zderzenia z brzegiem włazu. Wielu młodych dowódców popełniało błąd i chcąc szybko ruszyć w chwili alarmu, wydawało rozkaz wyjazdu, siedząc jeszcze w otwartej wieżyczce. To jednak kończyło się niemal zawsze zderzeniem głowy z twardym pancerzem klapy włazu. Byli i tacy, którzy pamiątkę po takiej konfrontacji nosili do końca życia w postaci sztucznych górnych jedynek.

Doświadczony podchorąży zamknął za sobą właz, wpiął wtyczkę swojego hełmofonu do gniazdka systemu wewnętrznej łączności i dopiero wtedy odezwał się do załogi:

– No i co tam, Wiechu, jedziemy na wojnę? – zapytał, przyciskając do krtani czujnik laryngofonu.

– A niech to chuj jasny strzeli tę wojnę i wszystkich popaprańców razem wziętych – rozległ się w słuchawkach głos mechanika. – Prowadź, wodzu, tylko ostrożnie, żebyśmy nikomu nie zrobili krzywdy.

– Przede wszystkim nie zróbmy krzywdy sobie – rzucił dowódca.

Godzina 1.35

Stefan Tomczak nie mógł spać. Od ponad godziny chodził po swoim mieszkaniu w bloku przy ulicy Nad Wierzbakiem i palił papierosa za papierosem. Przebudził go jakąś godzinę temu potężny ryk czołgowych silników. Zdenerwowany, klnąc na czym świat stoi, wstał z łóżka i złorzecząc pancerniakom, poszedł do kuchni. Postawił czajnik na piecu gazowym i podpalił. Właściwie powinien być przyzwyczajony do hałasujących czołgów. Przez wiele lat pracował w szkole wojsk pancernych. Jednak od kilku był już emerytem i jego kontakt z wojskiem ograniczał się tylko do jubileuszowych spotkań w klubie emeryta na terenie szkoły. Raz w roku podchorążowie organizowali je dla weteranów z okazji Dnia Wojska Polskiego. Nie przepadał za tymi oficjalnymi nasiadówkami, bo wtedy widział wyraźnie, że jego czas już minął, a miejsce, które przez lata należało do niego, zajęli młodsi. Dlatego irytował go dźwięk czołgowych silników, bo przypominał mu bezpowrotnie minione, najlepsze lata życia spędzone za koszarowym murem. A te dzisiejsze porykiwania czołgów, które wdarły mu się do głowy podczas snu, mówiły wyraźnie jeszcze coś – że jest już stary, bo po takim przebudzeniu za nic w świecie nie uda mu się na powrót zasnąć.

Przez chwilę wsłuchiwał się w odgłosy, by upewnić się, że nie jest to jakieś zwykłe nocne grzanie silników. Uchylił okno w kuchni. Tubalne porykiwania czołgów stały się jeszcze wyraźniejsze. Wreszcie rozległ się metaliczny łoskot gąsienic.

Jadą na Golęcin, pomyślał Tomczak. Tylko co to za pomysł, by chłopaków w taką zimną noc gonić? – dziwił się stary żołnierz. Słyszał wyraźnie, że z miejsca rusza przynajmniej kilkanaście maszyn, więc był przekonany, że to jakieś poważniejsze ćwiczenia. A może jadą ładować się na bocznicę, a stamtąd na poligon? –  zastanawiał się dalej, zapalając kolejnego papierosa. Tuż koło szkoły był tor kolejowy i rampa załadunkowa, z której pancerniacy co roku wyjeżdżali na większe manewry. Ale te odbywały się zazwyczaj latem, zima to był czas odpoczynku dla ludzi i maszyn. Tylko idiota mógłby zarządzić ćwiczenia dziesięć dni przed świętami. Manewry? Nie, to niemożliwe. To na pewno tylko zwykły alarm, przekonywał sam siebie Tomczak. I całe szczęście, bo jakby się ładowali, to silniki ryczałyby do rana, a tak pojadą w cholerę na Golęcin i wrócą dopiero przed południem.

Czajnik zaczął gwizdać. Mężczyzna szybko ściągnął rozgrzany gwizdek i chwycił czarną ebonitową rączkę przez lniany ręcznik. Nalał wrzątku do szklanki z wczorajszymi fusami. Herbata w sklepach była prawie nieosiągalna, więc jak większość praktycznych poznaniaków z jednej porcji parzył dwie, trzy szklanki. Spojrzał na cukiernicę, ale była pusta od kilku dni. Swoją grudniową kartkę na cukier oddał jakiś czas temu synowi, bo uznał, że wnuki bardziej od niego potrzebują czegoś słodkiego, a on może sobie bez tego poradzić. Przeklął w myślach swoją głupotę. Gorzka herbata marki Ulung była obrzydliwa.

Zabrał ostrożnie szklankę i poszedł do stolika pod oknem. Usiadł przy stole i spojrzał przez szybę. Kilkadziesiąt metrów od jego bloku w ciemności majaczyły bryły dachów domów jednorodzinnych, otoczonych koronami bezlistnych starych drzew. Za tymi drzewami jakiś kilometr na prawo była szkoła pancerna. Czołgowe dudnienie umilkło. Teraz nocną ciszę przerywały tylko od czasu do czasu dźwięki wydawane przez nieliczne o tej porze na ulicy auta osobowe. Tomczak wypił parę łyków lurowatej herbaty, zgasił papierosa i już chciał pójść się położyć, gdy wtem usłyszał głośno i wyraźnie huk wystrzału pistoletowego. Dźwięk, który doleciał do jego uszu, poniósł się ponad dachami domów w mroźnym zimowym powietrzu.

Co jest, do cholery? – zdziwił się. Nie mógł się pomylić. To na pewno był pistolet. Stary praktyk wiedział doskonale, że tak grzmi ruska tetetka. Ktoś strzelał tu na podwórzu albo nawet w bloku.

Przez chwilę stał jeszcze koło okna, nasłuchując czujnie, ale gdy nic więcej się nie wydarzyło, postanowił działać. Szybko poszedł do sypialni. Zapalił światło i pośpiesznie zaczął wciągać na piżamę zielony wojskowy dres, który dotąd leżał złożony w przepisową kostkę na krześle stojącym tuż przy łóżku. Założył jeszcze grube wełniane skarpety, na nie zielone trampki, a z szafki nocnej wydobył sygnałową latarkę. Tak wyekwipowany wyszedł na klatkę schodową. Latarkę zabrał ze sobą, bo wiedział, że nie ma co liczyć na oświetlenie schodów. Żarówki zniknęły kilka miesięcy temu, a dozorczyni nawet nie próbowała wkręcać nowych, bo i tak by je zaraz wykręciła jakaś niewidzialna ręka.

Ze swojego trzeciego piętra ostrożnie schodził na dół, świecąc sobie pod nogi. Na klatce śmierdziało zgniłymi ziemniakami i kocimi szczynami. Smród wydobywał się z piwnicy. Im było się niżej, tym stawał się bardziej intensywny.

Pewnie znowu ktoś nie zamknął drzwi do piwnicy, pomyślał rozdrażniony Tomczak. Zaraz jednak zapomniał o tym, gdy stanął na pierwszym piętrze. Tu piwniczny odór zmieszany był jeszcze z jakimś zapachem. Znał go doskonale. Tak śmierdział proch strzelniczy. Ktoś strzelał tu w bloku. Nie było czasu na zastanawianie się. Najszybciej jak mógł, pobiegł do swojego mieszkania. W przedpokoju był telefon. Podniósł czarną słuchawkę. Już chciał wykręcić alarmowy numer milicji, gdy zorientował się, że aparat jest głuchy. Dmuchnął parę razy w mikrofon. Nic. Głucha cisza. Przez uchylone drzwi z klatki schodowej doszły do niego odgłosy jakichś szybkich kroków w ciężkich butach. Zostawił telefon i pobiegł do okna w dużym pokoju. Otworzył i spojrzał w dół. Tuż przy krawężniku, na ulicy stała zaparkowana milicyjna nyska. Zobaczył, że do samochodu podchodzą dwaj mężczyźni. Jeden był w mundurze milicyjnym, a drugi po cywilnemu.

Co jest? – zdziwił się. Jakim sposobem te szkieły tak szybko tu przyleciały?

Pomyślał, że na nic się nie przyda, stercząc przy oknie. Szybko założył kurtkę, szalik i czapkę i znowu ruszył na klatkę, na pierwsze piętro. Chciał powiedzieć milicjantom, że słyszał strzał, i wskazać miejsce. Ale na pierwszym panował zupełny spokój. Po milicjantach nie było śladu.

Pewnie nie wiedzą, gdzie strzelali, domyślił się Tomczak. Wybiegł przed dom i śliskim chodnikiem, ostrożnie, by nie stracić równowagi, podreptał na ulicę. Ale milicyjnej nyski już nie było. Rozejrzał się zdumiony. Ulica była zupełnie pusta, tylko jedna latarnia rozświetlała nieco mrok, a w jej bladożółtym świetle wirowały drobiny śniegu.

No i co, do kurwy nędzy, mam teraz zrobić? Emerytowanemu podoficerowi zabrakło nagle pomysłu na dalsze działanie. Zabrakło mu też rozkazu. Rozejrzał się wokół, jakby szukając obok siebie jakiegoś oficera. Nie było żadnego. Tej nocy wszyscy byli zajęci.

Godzina 1.40

– Co się, do diabła, wygłupiasz? To ściągnij jakikolwiek samochód z miasta. Przecież nie pójdziemy pieszo przez cały Poznań! – denerwował się Marcinkowski, siedząc na blacie biurka przed oficerem dyżurnym komendy wojewódzkiej.

Porucznik Zdzisław Nowak, który tej nocy pełnił dyżur, bezradnie rozłożył ręce.

– Czy ty naprawdę nie widzisz, co tu się dzisiaj dzieje? Można zwariować od tego całego burdelu. Wszystkie samochody są w rozjazdach i nikt nie ma pojęcia, kiedy to wszystko się skończy. A wiesz, co jest najlepsze? To, że nikt tak naprawdę nad tym nie panuje. Co chwilę zgłaszają mi się radiowozy i żaden z nich nie jest tam, gdzie być powinien. Cała nadzieja w tym, że ci, co w nich siedzą, wiedzą, co mają robić. Albo przynajmniej tak im się wydaje.

– No to jak, do cholery, mam się zająć tą sprawą? Ściągnąłem już technika, tam tylko młody szczon działa, a my nie możemy nawet pojechać sprawdzić, co się stało.

Nowak przyłożył obie dłonie do oczu, potarł powieki, potrząsnął głową, a potem uśmiechnął się do Freda.

– Słuchaj, mam taki pomysł. Mogę spróbować wezwać tu Grzecha Kowala, bo to ta ekipa natrafiła na zwłoki. Grzechu z tobą pojedzie, musiałbyś tylko przekonać tego Jaszcza z bezpieki, co tam dowodzi, że masz rozkazy i one wiążą się z tą sprawą.

– Spokojna głowa, wyślę go do pułkownika Żyto z reklamacją. Mam pozwolenie od Karpińskiego.

Alfred Marcinkowski wyszedł z pokoju operacyjnego. Na korytarzu komendy panował niezwykły o tej porze ruch. Na krzesłach pod ścianą siedziało kilkunastu ludzi przywiezionych tu z całego Poznania. Gdzieś w głębi było słychać płacz jakiejś kobiety. Milicjanci w kilku pokojach spisywali personalia i prowadzili wstępne przesłuchania zatrzymanych. Stukały maszyny do pisania. Z niektórych pomieszczeń dochodziły podniesione głosy. Co chwilę zomowcy doprowadzali kolejnych aresztantów. Między mundurami milicyjnymi niezwykłe wrażenie robiły te zielone, wojskowe, których dziś było tu dość sporo. O ile jednak wśród milicjantów kręcących się po budynku przeważali szeregowcy i podoficerowie, o tyle żołnierze to byli sami oficerowie. Do takiej akcji, jak aresztowanie solidarnościowych działaczy, nie można było przecież wykorzystywać chłopaków z zasadniczej służby, bo to był niepewny element. Natomiast na milicjantów odbywających służbę w ZOMO zawsze można było liczyć.

Marcinkowski, jak mógł najszybciej, przemknął przez zatłoczony korytarz i pobiegł na pierwsze piętro do swojego pokoju. Zdążył jeszcze dostrzec, że Olkiewicz z SB wyszedł na korytarz i drobnymi kroczkami zmierzał w stronę ubikacji. Zauważył, że Teofil niósł pod pachą skórzaną torbę. Pewnie ma w niej papier toaletowy, zaśmiał się w duchu. W milicyjnych ubikacjach od dawna nie było papieru i każdy, kto szedł za potrzebą, musiał mieć swój albo chociaż gazetę. Najgorsza była „Trybuna Ludu”, bo drukowano ją na najlepszym, czyli zdecydowanie za twardym papierze, kiepskie były też „Głos Wielkopolski” i „Gazeta Poznańska”. Największym powodzeniem w toaletowym rankingu cieszył się „Express Poznański” wydawany na papierze najpodlejszego gatunku, który łatwo było zmiąć przed użyciem.

Oficer otworzył drzwi i wszedł do swojego pokoju. Na biurku po prawej stronie od wejścia chorąży Szewczyk właśnie rozkładał swój sprzęt fotograficzny. Spojrzał na wchodzącego i się uśmiechnął.

– Jak dobrze pójdzie, to niedługo dostaniemy samochód i będziemy mogli ruszyć – rzucił do podwładnego, zamykając drzwi.

Olkiewicz wszedł do ubikacji i zapalił światło. Jaskrawy blask jarzeniówki odbijający się od białych, choć nieco brudnych kafelków w pierwszym momencie oślepił go. Pomrugał chwilę, przyzwyczajając oczy do ostrego światła, po czym rozejrzał się po wnętrzu. Nie było w nim nic szczególnego. Po prawej stronie dwie umywalki, a nad nimi popękane lustra. Po lewej przytwierdzony do ściany pożółkły pisuar, a nieco dalej odrapana kabina ustępowa. Ruszył w jej kierunku. Wszedł do środka, zamknął za sobą drzwi na haczyk i usiadł na opuszczonej drewnianej desce klozetowej. Brązową, noszącą ślady wielu lat używania teczkę postawił na kolanach. Odpiął klamrę, odchylił klapę i wydobył owiniętą w gazetę butelkę żytniej z kłoskiem. Odsłonił papier i uważnie przyjrzał się zawartości. Była prawie pełna. Olkiewicz uśmiechnął się do siebie, a właściwie do butelki, odkręcił aluminiową nakrętkę i pociągnął solidny łyk.

W tej robocie, jak się człowiek nie napije, to nijak się nie da wysiedzieć. Praca jest jak brzydka baba, bez wódki nie da se człowiek rady, pomyślał i zamknął butelkę. Przez chwilę, rozkoszując się ciepłem rozlewającym się po przełyku, zastanawiał się nad głębią swoich analiz. Skąd się to człowiekowi bierze w głowie? To pewnie tak jest z tymi, co piszą wiersze albo piosenki. Im też muszą do głowy przychodzić takie myśli przy piciu gorzoły. Bo przecież na trzeźwo nikt by nie wymyślił tak jak ten piosenkarz Rosiewicz, że najwięcej witaminy mają polskie dziewczyny. Przecież wiadomo, że witaminy to są w jabłkach, a nie w dziewczynach. No może w tych ładnych jakieś by się znalazły, ale w brzydkich to za cholerę. Brzydkie dziewczyny mają głupie miny. O, i jest już prawie piosenka. Trzeba to będzie zapamiętać. Albo nawet zapisać. Spojrzał na butelkę i natychmiast zapomniał, co miał zrobić. Odkręcił jeszcze raz, wypił kolejny łyk, a potem zakręcił ją starannie, owinął gazetą i schował na samym dnie swojej torby.

– No dobra – zamruczał pod nosem. – Trzeba się brać za te pierdoły i pokazać tym kryminalnym, jak prawdziwy fachura pracuje.

Dla niepoznaki, tak na wszelki wypadek, jeszcze spuścił wodę i poszedł do pokoju.

Tymczasem inny fachowiec dwa pomieszczenia dalej leżał ułożony wygodnie na niewielkiej kozetce. Kapitan Karpiński zwinął grubą kurtkę pod głowę i próbował zasnąć. Na wszelki wypadek jednak nie zamykał drzwi do sąsiedniego pokoju, w którym na co dzień urzędował. W razie gdyby ktoś natrętny próbował go szukać i przypałętałby się tutaj, mógł natychmiast wstać, udając, że jest w pełni gotowy do podjęcia odpowiedzialnych zadań. Kapitan rozmyślał o tym, że ma dziś dużo szczęścia. Po pierwsze, ten trup to był prawdziwy uśmiech losu. Dzięki swojej operatywności potrafił nudną, paskudną robotę przy aresztowaniach zamienić na ciepłe zacisze własnego biura. Po drugie, uważał, że zorganizował wszystko najlepiej, jak można było. Miał zgodę szefa na rozpoczęcie akcji, więc z góry był kryty. Jego podwładni spuszczeni byli ze smyczy i wiedzieli dobrze, co mają robić. Efekt był taki, że pułkownik najprawdopodobniej nie będzie go szukał do rana, przekonany, że jest na miejscu zdarzenia, a jego ludzie nie będą nic od niego chcieli aż do powrotu na komendę, a to zajmie im na pewno ładnych parę godzin. Na wszelki wypadek kazał Marcinkowskiemu stawić się u niego w gabinecie natychmiast po powrocie. Porucznik poinformuje go więc rano o ustaleniach, a on będzie mógł o wszystkim zameldować pułkownikowi. Robota będzie wykonana, a on nawet nie ruszy palcem.

Smuga