Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
119 osób interesuje się tą książką
Nikczemny książę chcący uratować swoje królestwo.
Gabriel Axton – niesławny Książę Łakomstwa, samozwańczy hulaka nad hulaków – żyje, by sobie dogadzać: pysznym jedzeniem, kuszącymi kobietami, a przede wszystkim emocjonującymi polowaniami. Kiedy jednak ten ulubiony rodzaj przygody przybiera śmiertelny obrót, Axton zdaje sobie sprawę, że na jego dworze coś jest bardzo nie tak.
Reporterka zdeterminowana, by odkryć prawdę.
Adriana Saint Lucent od lat chce napisać coś obciążającego na temat księcia, by wszyscy w końcu zobaczyli, jakim jest łajdakiem. Nie spodziewa się jednak, że odkryje przerażającą plotkę: czyżby lodowe smoki zaczynały atakować? Prowadzona przez tajemnice, Adriana trafia do miejsca, którego obawia się najbardziej… na haniebny dwór Axtona.
Aby ocalić królestwo, Axton i Adriana będą musieli współpracować. Lecz jeśli oboje kurczowo trzymają się swoich tajemnic, to czy zdołają na czas odkryć prawdę? I co zrobią, gdy się okaże, że być może wcale się jednak nie nienawidzą?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 695
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
W podziemnym świecie znanym jako Siedem Kręgów siedmiu nieśmiertelnych książąt włada siedmioma nikczemnymi Dworami, opierając rządy na grzechu i rozpuście.
Każdy krąg czerpie moc od swych mieszkańców oraz innych magicznych stworzeń, które wzmacniają potęgę księcia poprzez oddawanie się jednemu z wybranych grzechów: gniewowi, zazdrości, chciwości, nieczystości, lenistwu, pysze lub łakomstwu.
Moc każdego z książąt jest jego najcenniejszą walutą, a niedawno przełamana główna klątwa groziła ich osłabieniem oraz wystawieniem na atak innych nikczemnych istot, które zwą podziemny świat swoim domem. Są to: wiedźmy, elfy, zmiennokształtni, boginie oraz wiecznie knujące coś wampiry zamieszkujące południe. Każdy z Dworów Grzechu prowadzi teraz tajemną walkę o odzyskanie pełni sił i uratowanie się przed długotrwałymi skutkami klątwy.
Ta historia rozgrywa się w smaganym wichrami, najbardziej wysuniętym na północ kręgu i opowiada o Księciu Łakomstwa, którego grzechem nie jest jedynie opychanie się najlepszymi specjałami i napojami, lecz również poszukiwanie przygód i dreszczyku emocji. Może to być polowanie na lodowe smoki, przemierzające niegościnne tereny, czy też najtrudniejsza z dotychczasowych bitew – próba niezakochania się w kimś, kogo książę nienawidzi.
Jako rzekli kiedyś śmiertelni poeci oraz dramatopisarze: w miłości i na wojnie wszystkie chwyty są dozwolone.
Niechaj starzy bogowie mają litość nad Księciem Łakomstwa.
Nadchodzi bowiem burza o imieniu Adriana i jest ona bezlitosna. W każdym razie wtedy, gdy chodzi właśnie o niego.
Silne podmuchy wiatru przedzierały się między pokrytymi śniegiem wierzchołkami gór i gwizdały w przesmykach, a dźwięk ten był niemal równie oziębły co sama zima.
W tak odległym zakątku Siedmiu Kręgów, poza każdym z królewskich Dworów Grzechu, gdzie koszmary i pomniejsze demony czaiły się na skrajach lasu, nawet żywioły ulegały strachowi.
Nad czubkami drzew poniósł się kolejny dźwięk, słabszy. Ten, na który czekaliśmy.
Znieruchomiałem z uniesioną dłonią – był to cichy sygnał dla moich myśliwych, żeby się zatrzymali.
Skórzasty trzepot rozbrzmiewał w takt bryzy; ten znajomy odgłos tłumiła jedynie cienka warstwa śnieżnobiałych piór, przywodzących na myśl anioła.
Tak jak w przypadku większości rzeczy w podziemnym świecie, to niespodziewane upierzenie stanowiło piękną iluzję tuszującą złowróżbny cel. Puszyste skrzydła łączące się z opalizującymi łuskami na ciałach pomagały maskować niecne bestie, które leniwie szybowały poprzez ciężkie od śniegu niebo, okrążając nas – swoje ofiary – stojących na dole.
Zacisnąwszy palce na sztylecie mojego dworu, z galopującym sercem wyjrzałem zza drzew i mrugając, by pozbyć się lodu pokrywającego rzęsy, czekałem, aż po raz pierwszy ujrzę ucieleśnioną Śmierć.
Nieśmiertelność utrzymałaby mnie przy życiu bez względu na wszystko, ale nie każdy uczestnik polowania mógł liczyć na ten luksus. Tak jak ja walczyli dla samego dreszczyku, lecz był on jednocześnie jednym z najpotężniejszych paliw dla mej mocy. Polowanie żywiło grzech lepiej niż cokolwiek innego. Jako że grzechem mojego kręgu było łakomstwo, większość osób spoza podziemnego świata wierzyła, że oznacza to brak umiaru w jedzeniu i piciu. Oczywiście tę aktywność również podejmowaliśmy, jak również pieprzenie się i walki, lecz większość moich grzeszników była podobna do mnie – woleli pławić się w przygodach i niebezpieczeństwie.
Strach, ryzyko porażki, wymieszane z dzikim pragnieniem dogodzenia sobie wyruszeniem na wyprawę bez względu na koszty, gnały myśliwych za mną poprzez wąską, niewybaczającą błędów przełęcz. Utkwili spojrzenia w zachmurzonym niebie; cali spięci, czekali na bitwę.
Zerknąłem przez ramię na szereg elitarnych wojowników, którzy stawili czoła Bezlitosnemu Grzbietowi. Była to otoczona murem placówka, wybudowałem ją wiek temu, by móc nadzorować północne dzikie ziemie, znajdujące się tuż poza terytorium mojego Dworu Łakomstwa.
Wszyscy poza jednym mieli przyszyty do skórzanych zbroi królewski herb i poszukiwali smoków oraz chwały.
Wskazałem im, by zachowali milczenie i byli byli uważni. Oczekiwanie nie powinno trwać długo.
Minęły godziny, odkąd zaczęliśmy śledzić smoki i bawić się z nimi w kotka i myszkę, a każda strona była gotowa rzucić się na tę drugą. Smoki zdawały sobie sprawę, że jesteśmy blisko, ale dzięki nielicznym wiecznie zielonym drzewom porastającym przełęcz nie były w stanie dokładnie nas dostrzec.
Niektórzy z łowców musieli przygryzać skórzane paski, aby uciszyć szczękanie zębami. Bez względu na swą odwagę nie zdołaliby przeżyć w tym miejscu kolejnej godziny.
Musieliśmy ruszać.
Przeskanowałem wzrokiem szyk, aż dojrzałem tego, kogo szukałem, zamykającego naszą grupę. Złote oczy połyskiwały w strużce słonecznego światła, próbującego przebić się przez burzę.
Mój brat Gniew, generał wojny, był jedynym, który wydawał się równie podniecony zbliżającym się dźwiękiem co ja. Został stworzony do walki, tak jak ja do niebezpieczeństwa, a mieszanka ta stanowiła podwaliny złych decyzji i wspaniałych historii.
W tym miejscu, zamieszkiwanym tylko przez potwory, lodowe smoki były najgorszymi drapieżnikami.
Co czyniło je najlepszymi przeciwnikami dla nas, nikczemnych Książąt Piekła.
Dzisiejsze polowanie zapowiadało się na niezapomniane. W powietrzu unosił się zapach przemocy, tak blisko, że ślinka napływała mi do ust w oczekiwaniu na smak nadciągającej bitwy.
Przez wiele godzin niestrudzenie śledziliśmy to konkretne stado lodowych smoków daleko poza granicami gościnnych ziem. W regionie rozmieściło się siedem znanych nam gromad, a akurat ta postanowiła osiąść w okolicy najbliżej mojego Dworu Grzechu.
Tutejszy teren okazał się łagodniejszy niż daleko na północy, ale mimo to było to miejsce brutalne.
Kilku członków grupy zostało zmuszonych do odwrotu, bo nie mogli się dłużej zmagać ze srogim, morderczym, zimowym żywiołem. Ci, którzy zostali, należeli do najzacieklejszych – albo najgłupszych.
Jackson Rose, jeden z nowicjuszy w królewskiej gildii łowców, zahaczył stopą o oblodzony korzeń i runął twarzą prosto w śnieg, rzucając soczyste przekleństwo. Felix, doświadczony weteran, posłał mi przepraszające spojrzenie i burcząc pod nosem, podniósł młodszego kolegę za paski.
Nagle włoski na karku stanęły mi dęba. Coś się zbliżało.
Ta drobna oznaka wyczerpania stała się iskrą zapalną dla wybuchu przemocy. Nawet jeśli wcześniej smoki nie były pewne naszej lokalizacji, to w tej chwili nie mieliśmy już po swojej stronie elementu zaskoczenia.
– W pogotowiu! – krzyknąłem i wycelowawszy sztyletem w niebo, zszedłem ze ścieżki i zatrzymałem się pod najbliższym drzewem, aby uniknąć ataku z powietrza.
Liczyłem w milczeniu, tętno mi szalało.
Łopot skrzydeł ustał.
– Gotowość!
W jednej chwili wielkie bestie zanurkowały na nas niczym komety spadające z przestworzy. Z majestatycznymi skrzydłami przyciśniętymi do wielkich, łuskowatych ciał smoki jeden po drugim runęły w stronę ziemi.
Zaskoczyły nas swoją liczebnością.
Wiatr dął wokół ich potężnych sylwetek, a od samego dźwięku włoski podnosiły mi się na ramionach.
Największy ze stworów wylądował przede mną, tworząc przy tym krater i wyrzucając na boki masy śniegu i zamarzniętej ziemi, które minęły mnie zaledwie o kilka cali. Opalizujące łuski mieniły się jak diamenty, a kłapiące szczęki były wypełnione rzędami kłów, równie śmiercionośnych co sztylety.
Na jego piersi dostrzegłem pojedynczą, nierównomierną bliznę.
Obnażyłem zęby w dzikim uśmiechu. Przede mną stał Silvanus – smok, z którym przez niemal stulecie wielokrotnie walczyłem, a którego osobiście wychowywałem od pisklęcia. Niestety na polu bitwy ta więź niewiele znaczyła. W potyczkach byliśmy świetnie dopasowani, a żaden z nas nie zamierzał łatwo się poddać.
Silvanus miał temperament upartego kota domowego, co oznaczało, że przypominał mi mojego brata Lenistwo. Ten bowiem brał udział w walkach tylko wtedy, gdy akurat mu się zachciało, a w innych przypadkach nie życzył sobie, by zawracano mu nimi głowę.
Zerknąłem szybko na pozostałych myśliwych. Niemal każdy z nich stał przed własnym smokiem, z którym miał stoczyć walkę, a wszyscy przybrali na twarze wyraz wilczego uśmieszku, po kolei zamierzając się na przeciwników.
Ponownie skupiłem uwagę na własnej bitwie, pozwoliwszy sobie na dreszcz podniecenia, a wszystko inne wytłumiłem.
– Gotowy do walca, staruszku? – drażniłem się, szukając okazji do otwarcia.
Wygrywał ten, kto pierwszy upuścił krwi. W ciepłym zamku czekały na mnie dwie gigantyczne beczki przyprawianego piwa, więc miałem ochotę wieczorem świętować zwycięstwo, zamiast odmrażać sobie jaja na tym koszmarnym zimnie.
Silvanus dmuchnął strumieniem białego płomienia w stronę mojej lewej nogi, czym zmusił mnie do odskoczenia w tył. Ten drań niemal zniszczył mi ulubione buty do polowania.
Wskazałem ostrzem sztyletu na stopy.
– Trochę szacunku dla porządnej skóry, ty łuskowaty bezbożniku.
W niknącym świetle błysnęły spiczaste kły, co stanowiło smoczą wersję szerokiego uśmiechu.
Zaśmiałem się lekko, gdy wypuścił kolejny strumień lodowatego ognia, tym razem wycelowanego w drugą nogę. Zaproponowałem mu walca, więc ten dupek sprawiał, że musiałem zacząć tańczyć.
– Niezłe zagranie.
Mój uśmiech znikł. Potrzeba polowania i zwycięstwa zaczęła dominować.
Wysunąłem się naprzód, zmrużywszy oczy, a w mojej głowie układał się plan. Zamierzałem wykonać zwód w lewo, a następnie uderzyć w prawo, żeby drasnąć go pod pyskiem. Był szeroki, więc brakowało mu zwinności, co dla mnie stanowiło przewagę, którą mogłem wykorzystywać do czasu, aż go pokonam.
Zamiast natrzeć, smok pozostał w miejscu, a z głębi jego piersi rozbrzmiał niski pomruk. Skupił wzrok gdzieś ponad moim ramieniem, a zważywszy na fakt, że miałem niemal sześć i pół stopy wzrostu, to nie patrzył na jednego z myśliwych.
Stwór ostrzegał przed czymś innym.
Obróciłem się na pięcie i ledwo uniknąłem podmuchu drugiego smoka, który – gdybym był śmiertelnikiem – pozbawiłby mnie głowy.
Wtem zniknęła cała beztroska. W naszych rozgrywkach śmiertelne ciosy były zakazane, a to, że bym od takiego nie zginął, nie miało tutaj znaczenia. Wśród nas znajdowało się kilku myśliwych, dla których taki atak mógłby zakończyć się zgonem.
– Czy muszę wam przypomnieć o naszym pakcie? – wycedziłem, nie spuszczając wzroku z obu bestii.
Może i ten drań ostrzegł mnie raz, ale nie mogłem mu ufać, że uczyni to ponownie. Tak jak i wilki, smoki były stworzeniami stadnymi i zawsze dostosowywały się do zasad alfy.
Silvanus spuścił głowę, uznając nasz pakt. Ten drugi jedynie warknął.
Kiedyś lodowe smoki latały na wolności we wszystkich Siedmiu Kręgach, tropiąc demony i wszelkie inne stworzenia, na które naszła je ochota.
W najmroczniejszych czasach naszej historii siedem alf, po jednym z każdego stada, zaplanowało skoordynowany atak, który naznaczył całe królestwo krwawym szlakiem zniszczenia. Sterroryzowali wszystkich.
W przeciwieństwie do innych stworzeń lodowe smoki nie zawsze polowały dla pożywienia. Lubiły zabijać. Uwolniły wszelkie najmroczniejsze pragnienia wycelowane w każdy Dwór Grzechu. Straty w ludziach były ogromne.
Ponad sto lat temu wynegocjowałem więc pierwszy traktat pokojowy między smokami a moimi braćmi. Dzięki odpowiedniemu zaklęciu mogliśmy się jasno komunikować ze stworami i uzgodniliśmy warunki, na które wszyscy przystali.
O ile nie zaprosiłem ich do swojego kręgu z konkretnej okazji, pakt zmuszał je do pozostania na odległej północy, na brutalnej, niemal całkowicie dzikiej ziemi za granicami mojego terytorium.
Smoki podzieliły ten obszar na siedem regionów, a każdym z nich rządził inny alfa. Nie wyjawiały nam ich tożsamości, by nie zdradzać tajemnic stada, choć wierzyłem, że Silvanus dowodzi tą gromadą, z którą najczęściej się spotykaliśmy. W rozmowie smoki nazywały przywódców po prostu „alfą”. Zgodziliśmy się nie wtrącać w ich politykę, dopóki nie będą wyrządzać sobie nawzajem poważnej krzywdy ani powodować większych zniszczeń.
W zamian za akceptację paktu przystałem na to, byśmy wraz z łowcami raz w miesiącu organizowali polowania i toczyli z nimi walki dla zabawy, dzięki czemu będą miały przed sobą jakiś cel. Bracia mogli zawsze do mnie dołączyć, o ile wcześniej zgłosili taką prośbę w moim Dworze Grzechu. Nikomu z nas nie wolno było zabijać.
Nowy smok – Aloysius, oceniając po ciemniejszej, srebrzysto-niebieskiej barwie ogona – zrobił groźny krok naprzód, a w mieniących się ślepiach płonął mu ogień. Wbił szpony w ziemię, wzburzając kłęby śniegu. W jego spojrzeniu niemal błyszczała dzikość.
Dostroiłem się do otoczenia, by ponownie zacząć odbierać znajome dźwięki walki. Szybko powiodłem wzrokiem dookoła: pozostałe smoki zachowywały się normalnie, choć nieco gwałtownie. Twarze myśliwych poczerwieniały z napływu adrenaliny, a z każdym ciosem w ich oczach pojawiały się iskry.
Mimo to poczułem ostrzegawcze, nieprzyjemne ukłucie.
– Stać! – krzyknąłem głosem podszytym magicznym rozkazem Księcia Piekła.
Brat przestał walczyć i rzucił mi pełne niedowierzania spojrzenie; jego sztylet znajdował się zaledwie kilka cali od celu – gardła bestii. Zaraz by wygrał. Tymczasem ja zmuszałem go do poddania.
A demon wojny nie ustępuje w walce tak łatwo.
Gniew wyglądał, jakby zamierzał się ze mną kłócić, lecz ostatecznie zacisnął usta w wąską linię. Widać było, że nie zgadza się z moją oceną, ale nie do niego należała decyzja. To ja dowodziłem polowaniem.
A coś mi mówiło, że powinienem zarządzić odwrót.
Zdążyłem się już nauczyć, aby nie walczyć z intuicją, bo za taką arogancję los odpłaci mi się dwa razy mocniej i z pewnością nie będzie to przyjemne doświadczenie.
Po całodziennym tropieniu smoków w zamieci byłem tak samo zawiedziony jak pozostali, że gra skończyła się tak szybko, ale musiałem nas stąd wydostać, zanim sprawy przybiorą koszmarny obrót.
– Łowcy, smoki. – Pokiwałem głową każdemu, następnie dwukrotnie uderzyłem pięścią w klatkę piersiową na znak szacunku oraz jako sygnał, że polowanie rzeczywiście dobiegło końca. – To była wyrównana walka.
Rzuciłem Silvanusowi przeciągłe spojrzenie, aby mieć pewność, że smok pojmie, iż niedługo go wezwę. Chciałem się dowiedzieć, co tutaj prawie zaszło. Część paktu zapewniała, że będzie się stawiał na moje królewskie wezwanie. Jego pionowe źrenice gwałtownie się rozszerzyły i niemal niepostrzeżenie potrząsnął gadzim łbem, lecz ostatecznie dał znak, że zrozumiał.
Nie miałem czasu, by zastanowić się nad dziwną reakcją Silvanusa, ponieważ ciszę przeciął dziki krzyk, który skuł mi żyły lodem. Odwróciłem głowę w chwili, kiedy smoczy przeciwnik Gniewu rzucił się na niego z rozwartym pyskiem i uczepił gardła. Brat był szalenie szybki, ale nawet jego ręce wylądowały na pysku smoka o moment za późno. Zęby zatopiły się głębiej i stworzenie przewróciło ślepiami, ogarnięte pragnieniem krwi.
Ichor tryskał z dziesiątek ran kłutych, kiedy gad potrząsał moim bratem, by następnie rozedrzeć mu szyję jednym gwałtownym ruchem.
Na długą, napiętą do granic możliwości chwilę zapadła cisza, gdy Gniew powoli opadł na kolana, a z jego ran wypływała krew. Myśliwi zamarli i obserwowali w przerażeniu miejsce, gdzie powinno się znajdować gardło.
To stało się w mgnieniu oka. Pomimo nadnaturalnej siły i szybkości nie miałem czasu na reakcję.
Wciągnąłem powietrze; mój wewnętrzny demon grzechotał prętami klatki. Gniew nie był drobnym mężczyzną. Nic nie zdołałoby powstrzymać krwawienia. Ten atak był czymś o wiele większym niż zwykłe upuszczenie krwi, jak stanowiły zasady. Nie mogło się obyć bez kary.
Najpierw jednak musiałem się upewnić, że moje demony przeżyją to, co miało nadejść.
Myśliwi stali bez ruchu, w powietrzu wisiał gryzący zapach moczu. Ci mężczyźni stanowili grupę najmężniejszych członków mojego kręgu, a i tak byli przerażeni. Jeżeli książę mógł zostać pokonany z taką brutalnością, wiedzieli, że oni nie mają wielkich szans na przeżycie.
Do tej pory podczas naszych zawodów smoki się powstrzymywały. Nigdy nie mierzyliśmy się z pełnią ich siły, a teraz wszyscy zdawali sobie sprawę, że gra dobiegła końca.
Brat rzucił mi rozwścieczone spojrzenie, a wyraz jego twarzy przekazał wszystko, co musiałem wiedzieć, nim światło zaczęło powoli znikać mu z oczu.
Kiwnąłem głową na potwierdzenie, że rozumiem. Byłem gotowy.
Zacisnąłem palce na sztylecie. Czekałem.
W chwili gdy Gniew upadł, rozpętał się chaos.
Jakby pociągnięte za niewidzialny sznur, wszystkie smoki jednocześnie odwróciły się w naszą stronę.
I zaatakowały.
– Adriano, kochanie moje, naprawdę powinnaś się więcej uśmiechać.
Biorąc pod uwagę bełkotliwy ton Jacksona i fakt, że jego kroki były niemal tak ciężkie jak dłoń, którą zsuwał mi po biodrze, dziwiłam się, że zapamiętał moje imię.
Jako początkujący myśliwy w elitarnych siłach tropiących Domu Łakomstwa, znanych jako królewska gildia łowców, Jackson stanowił cel mojego dzisiejszego zadania, a to znaczyło, że musiałam go grzecznie zabawiać dopóty, dopóki nie uda mi się odkryć tajemnic dotyczących jego ostatniej misji.
Według plotek lodowe smoki na północy były coraz bardziej niespokojne.
Jeśli to okazałoby się prawdą, mogłoby się przekuć w historię stulecia, a gdybym opublikowała ją jako pierwsza, wzbudziłabym ogromne zainteresowanie opinii publicznej i całkowicie odmieniła sytuację swojej rodziny.
I to nie dlatego, że smoki były poważane w naszym kręgu, choć jednocześnie się ich obawiano, lecz dlatego, że w takiej sytuacji bezpieczeństwo publiczne znalazłoby się w stanie zagrożenia.
Nie mogłam przepuścić tej historii i liczyć na to, że wszystko jakoś się ułoży. Tutaj żyła moja rodzina. Przyjaciele. Wszyscy mieszkańcy zasługiwali na to, by poznać prawdę, zanim wydarzy się coś okropnego. Jeśli traktat pokojowy nie był już dłużej honorowany, to z pewnością istniał ku temu jakiś powód. A ja miałam zamiar go poznać.
Jackson prowadził nas w walcu po sali balowej, przez cały czas sunąc ręką w dół moich pleców, a stan upojenia zaczynał być po nim coraz bardziej widoczny, bo stale się potykał i mylił kroki.
Ściągaliśmy na siebie niechcianą uwagę. I to nie tylko dlatego, że tańczyliśmy walca, choć wygrywano menueta. Potrąciliśmy po drodze kilka dam i paru lordów, zbierając przy tym krzywe spojrzenia i surowe szepty. Kiedy z impetem wpadliśmy na księżną wdowę Oleander, obawiałam się, że ta każe nas wyrzucić z przyjęcia. Jej lodowaty wzrok podążał za nami, kiedy oddalaliśmy się od niej tanecznym krokiem po parkiecie.
Wykrzywiłam usta, gdy nachyliła się do swojej kompanki, lady Violet Gunner, gospodyni wydarzenia, i bez wątpienia zażądała sprawiedliwości za zmiażdżone palce u stopy.
Chęć przypadkowego pchnięcia Jacksona w stronę stanowiska z gorącą czekoladą walczyła z potrzebą przyciągnięcia go bliżej; tak mocno zacisnęłam szczęki, że aż bolały.
Popełniłam dzisiaj dwa błędy.
Pierwszym było posłuchanie panny Ryleigh Hughes. Moja najlepsza przyjaciółka i współpracownica poinstruowała mnie, abym wykorzystała ulubiony grzech naszego kręgu i zachęciła swój cel do folgowania sobie. Żyła mottem: „Gadatliwość sprowadza rozkoszne kłopoty”. Przez to znajdowałam się teraz w towarzystwie pijanego łowcy, który właśnie urządzał scenę, w skroniach zaczynał pulsować mi ból i wcale nie byłam bliższa odkrycia tajemnic, a termin oddania artykułu nadciągał nieuchronnie.
Nie mogłam sobie pozwolić na nieoddanie tekstu. Jeśli wkrótce nie udałoby mi się zdobyć informacji dotyczących lodowych smoków, byłabym zmuszona upiększyć inną plotkę, dotyczącą mojej nemezis. Gdybym jednak jako pierwsza opublikowała historię o lodowych smokach, to popchnęłoby moją karierę – oraz zarobki – lepiej niż jakikolwiek brukowiec, dlatego nie zamierzałam się jeszcze poddawać.
Drugim błędem była próba użycia kobiecego czaru w celu wydobycia relacji z Jacksona. Nawet w normalnych okolicznościach miałam trudności z trzymaniem języka za zębami, a kiedy jeszcze zegar odmierzał czas upływający do oddania artykułu, moja cierpliwość była wystawiona na próbę.
Nawet w najlepszych okolicznościach flirtowanie nie przychodziło mi łatwo.
A to nie były najlepsze okoliczności.
Nagle przypomniałam sobie o porcelanowej lalce z dzieciństwa. Eden, moja młodsza siostra, rozpaczliwie takiej pragnęła, bo spodobała jej się różowa sukieneczka, błyszcząca w rzadko pojawiającym się po południu słońcu.
Jako że byłam o dziesięć lat starsza i boleśnie świadoma naszej sytuacji, lalka wzbudziła we mnie podejrzliwość. Zastanawiałam się, co kryje pod beznamiętnym wyrazem twarzy, który nosiła jak maskę. Może powinnam uwzględnić, że zabawkarz po prostu obnażył w niej swoją duszę, a ona sama była jedynie metaforą klatki, w jakiej społeczeństwo zamykało młode kobiety.
Bądź zgodna, uprzejma i piękna, nawet jeśli cię to wyniszcza.
Pomimo moich cichych ostrzeżeń macocha wydała na tę lalkę pieniądze, które udało nam się zaoszczędzić, przez co przez tydzień chodziłyśmy z pustymi brzuchami.
Eden płakała co noc, zapomniawszy o lalce, gdy dotarła do niej trudna prawda: fortuna, zgromadzona przez ojca przed śmiercią, przepadła. Została całkowicie roztrwoniona przez moją macochę na kolejne niepotrzebne przyjemności. Oczywiście nie chodziło o to, że dla dziecka lalka była błahostką – nigdy nie pogardzałam siostrą za chęć posiadania zabawki. Nawet w tamtej chwili uchyliłabym jej nieba.
Moja macocha, Sophie Everhart, była jedyną osobą, która nie potrafiła zaakceptować naszego losu, tak jakby odmowa przyjęcia do wiadomości, że sytuacja życiowa uległa zmianie, miałaby sprawić, że ta by się nie wydarzyła. Nawet po tym, jak zmuszono nas do oddania kamienicy komornikowi, i po przeprowadzce do walącego się budynku, teraz zwanego przez nas domem, Sophie zawsze znajdowała nowe sposoby na wydawanie pieniędzy, których nie miałyśmy. Jej grzechem było łakomstwo, a potrzeba dogadzania sobie wygrywała ze zdrowym rozsądkiem.
W tamtej chwili przysięgłam, że się o nas zatroszczę i nigdy nie padnę ofiarą tych samych występków. Łakomstwo nie ograniczało się tylko do nadmiernego pobłażania sobie w kwestii dóbr materialnych. Grzesznicy tacy jak ja szukali przygód. A dla mnie nie było większej ekscytacji niż wtedy, gdy jako pierwsza rozwiązywałam zagadkę i mogłam opowiedzieć jej historię.
Dlatego tolerowałam taniec z Jacksonem i jego błądzące łapy.
Jakimś sposobem udało mi się przybrać taki sam beznamiętny wyraz twarzy, jaki miała tamta lalka, zdeterminowana, by zachęcić chłopaka do prowadzenia przyzwoitej rozmowy o smokach.
Uśmiechnął się kącikiem ust i spuścił wzrok niżej – tak jak i te przeklęte ręce.
Zazwyczaj wolałam, aby partnerzy romantyczni od razu przechodzili do działania, zamiast zanudzać mnie fałszywymi deklaracjami miłości, jednakże uznawałam za konieczną przynajmniej próbę odbycia konwersacji.
Jeżeli ktoś nie próbował uwieść mojego mózgu, to nie docierał do mojej komnaty. Dlatego, ku własnemu niezadowoleniu, podczas ostatnich dwóch sezonów nie zabawiłam się z żadnym kochankiem.
– Elitarni łowcy, tacy jak moja osoba, wolą, kiedy jego kobieta się wdzięczy. Potrafisz się wdzięczyć?
Nielepiej niż on potrafi używać poprawnej gramatyki.
– Nie, mój panie. Ośmielę się stwierdzić, iż nie potrafię.
– Szkoda. Jesteś dość ładna, kiedy nie krzywisz buzi. Te lodowoniebieskie włosy…
Odsunęłam się, gdy akurat wybrzmiało crescendo kwartetu smyczkowego, dzięki czemu ledwie uniknęłam kolejnego niechcianego dotyku. Palce mężczyzny musnęły powietrze, zamiast dotknąć moich niesplecionych włosów.
W jego spojrzeniu pojawiły się żar i głód.
Nowicjusz czy nie, był taki sam jak reszta członków królewskiej gildii łowców – rozkoszował się dreszczykiem towarzyszącym polowaniu.
– Mój lordzie, opowiadałeś mi o północy. O smokach, które przemierzają teren tuż poza granicą Dworu Łakomstwa. Słyszałam, że nastąpił atak.
– Mmm, doprawdy? Nie pamiętam.
Nie byłam w stanie orzec, czy starał się wymigać od odpowiedzi, czy też próba uwiedzenia mnie tak go pochłonęła, że zupełnie nie zwracał uwagi na słowa padające z moich ust.
– Jak wyglądało twoje zadanie? – zapytałam z nadzieją, że jego brak doświadczenia w gildii zadziała na korzyść mojego śledztwa. – Nie mogę sobie wyobrazić stacjonowania tam przez długi czas. Słyszałam, że to dość odizolowane miejsce.
– Ach, Bezlitosny Grzbiet. Skraj cywilizowanego kontynentu i Siedmiu Kręgów. Znany lepiej jako posterunek z koszmarów przez to, jak daleko stąd leży. Dopóki do koszar nie zakradają się najsłodsze ucieleśnienia grzechów, bo wtedy ostatnie, o czym się myśli, to cywilizowane zachowanie.
Krzyknęłam wewnętrznie.
– Czy Jego Wysokość podróżował razem z grupą? Raporty sugerują, że Książę Grzechu był zamieszany w incydent.
Z pewnością byłam w stanie zawrócić tę konwersację na bezpieczniejsze tory.
– Wszyscy zawsze chcą plotkować o książętach, a przecież istnieje wiele bardziej interesujących spraw do przedyskutowania. Czy mówiłem ci już, w jaki sposób grzejemy się w czasie lodowatych nocy na pograniczu?
Spuścił wzrok na mój gorset i tam nim pozostał. Najwyraźniej uważał, że jeśli wystarczająco długo będzie wpatrywał mi się w piersi, te udzielą mu odpowiedzi.
– Rozcinacie swoich wrogów i śpicie pośród ich parujących wnętrzności? – rzuciłam słodko, trzepocząc rzęsami.
Podniósł wzrok, z którego natychmiast uleciał żar.
– Że co, proszę?
– Czyli żadnych parujących wnętrzności… – Westchnęłam teatralnie. – Całkiem podobała mi się wizja brutalnego okrucieństwa. Żądza i przemoc. Ach, czyż to nie grzeszna kombinacja, w której można się zatracić?
Zamrugał powoli. Widać było, że nadal częściowo pozostawał zainteresowany, zapewne w związku z dzikimi, wyuzdanymi aktywnościami, które mogłabym mu zaproponować w sypialni, ale częściowo wyglądał na zaniepokojonego. Pewnie przypominałam mu teraz kobietę mogącą zarówno rozciąć go na pół, jak i doprowadzić do oszałamiającego orgazmu, bo zdawał się ważyć ryzyko.
Na szczęście muzyka dobiegła końca, tak jak nasz wspólny czas. Misja zakończyła się niepowodzeniem, ale przynajmniej Jackson nie musiał już dłużej dywagować, której głowy powinien posłuchać. Dygnęłam grzecznie i ruszyłam na drugą stronę sali balowej. Chłopak oczywiście nie udał się za mną, tylko skierował uwagę na pięknie uczesaną szlachciankę.
Ryleigh stała oparta o ścianę, a gdy dołączyłam do niej w cieniu, w jej bursztynowych oczach migotały iskry wesołości. Obie pochodziłyśmy z ludu, więc zapraszano nas na tego typu przyjęcia, żebyśmy mogły je opisać, natomiast arystokracja natychmiast zapominała o naszej obecności – tak dobrze wtapiałyśmy się w tło.
– Jackson wygląda na w jednej połowie zakochanego, a w drugiej przerażonego. Naprawdę musisz popracować nad sztuką flirtu, panno Saint Lucent – drażniła się Ryleigh. – Ćwiczenia wyjdą ci na dobre.
– Albo jest zbyt pijany, żeby skupić uwagę na moich pytaniach, albo nie powie mi nic, dopóki nie zaciągnę go do łóżka. – W tym momencie łowca i jego nowa partnerka staranowali kolejną niczego niespodziewającą się parę. Czyli był pijany. – I dlaczego to mój flirt zawsze jest winowajcą?
Ryleigh rzuciła mi przeciągłe spojrzenie.
– Wyciągnęłaś z niego coś przydatnego?
Chwyciłam kieliszek trunku z tacy mijającej nas kelnerki i wypiłam połowę naraz. Bąbelki wina z demogrona wychwytywały światło, dzięki czemu przypominały miniaturowe gwiazdki.
– Nic, co pomogłoby mi zniszczyć Axtona albo udowodnić, że lodowe smoki stanowią zagrożenie.
– Czyli dzisiaj jest Axtonem? – przekomarzał się Ryleigh. – Książę Łakomstwa czułby się zaszczycony, że w końcu używasz tego przydomka.
Gabriel Cholerny Axton, Książę Grzechu.
Był to jego ulubiony pseudonim, choć nie prawdziwe pełne imię, bo inaczej wiedźma, której opłacenie kosztowało mnie tyle wyrzeczeń i oszczędności, już dawno skutecznie rzuciłaby na niego klątwę. „Gabriel” był znany w królestwie jako Książę Łakomstwa, jeden z siedmiu nikczemnych książąt podziemnego świata.
Wiedziałam, że śmiertelnicy mają mity i legendy o wszelkich bogach i boginiach rządzących obszarem znanym jako podziemny świat. Poinformowały mnie o tym moje kontakty, którym zezwolono na wejście do naszego królestwa. Jednakże nawet ci ludzie nie dotarli dalej niż do Zmiennych Wysp.
Tak naprawdę podziemny świat został rozbity na siedem obszarów, a każdym z nich władał inny Książę Grzechu. Istniał też ósmy krąg, znajdujący się bliżej południowej granicy naszego królestwa, ale został zakazany, a mieszkańcy podziemnego świata często go ignorowali.
Na zachodzie, na większej wyspie, rozciągały się ziemie elfów, a bliżej południowego czubka królestwa leżała Wyspa Złośliwości – dom wampirów. Dwór Łakomstwa, w którym rezydowałam, mieścił się na terytorium najbardziej wysuniętym na północ, graniczącym z dzikimi ziemiami zamieszkanymi przez smoki, pomniejsze demony oraz inne stworzenia, zbyt mroczne i wynaturzone lub zbyt ceniące sobie samotność, by wybrać Dwór Grzechu.
Demoniczni książęta w Siedmiu Kręgach potrzebowali grzeszników, by ci napędzali ich wybrany grzech, a tym samym ich moc, dzięki czemu władcy pozostawali wystarczająco silni, aby chronić nas przed zagrożeniami z zewnątrz. Dlatego mieszkańców przypisywano do tego dworu, do którego najlepiej pasowali.
W przeciwieństwie do większości osób w królestwie, absolutnie oczarowanych Axtonem, ja księciem gardziłam. Nie istniało prawo mówiące, że ze względu na zgodność z jego grzechem musiałam go lubić jako osobę, a to oznaczało, że przynajmniej jeden ze starych głównych bogów był małostkowy.
Niewiele pozostałych kręgów wierzyło w starych bogów, rządzących głównie porami roku, aczkolwiek niektórzy ludzie na północy nadal składali im hołd. Musiałam odkryć, kogo przekupić, aby zniszczyć księcia.
Na osobności odmawiałam nazywania go Księciem Łakomstwa, a imię „Gabriel” było zbyt królewskie, by zwracać się nim do rozpustnika. Może i wolał alias Axton, ale mnie nie robiło to różnicy, bo za bardzo kojarzyło mi się z bronią1. Wśród ludzi był zbyt czarujący, by można było w to uwierzyć, a każdy powinien łączyć go z siekierą. Z pewnością przez tyle lat zdążył rozrąbać na kawałki wiele serc.
– Od niemal tygodnia nie brał udziału w żadnym przyjęciu, co idealnie koreluje z plotkami dotyczącymi ataku smoków, pierwszego od stulecia – oznajmiłam. – Czy kiedykolwiek słyszałaś, aby ominął okazję do karmienia swojego grzechu?
– Proszę, Adriano, powiedz mi, że nie zaznaczałaś w kalendarzu wydarzeń, które opuścił.
Nie raczyłam jej odpowiedzieć. Muzyka dobiegła końca, więc nim rozbrzmiał kolejny utwór, tancerze wymienili się partnerami. Obserwowałyśmy to w milczeniu, szukając jakichkolwiek oznak skandalu, odmowy lub zniewagi.
Pary wirowały po wypolerowanym marmurze, spódnice szlachcianek rozpościerały się niczym kwiaty w rozkwicie. Zarejestrowałam szybko, kto z kim tańczył, kto uciekł na balkon, a kto powrócił z ogrodów rozczochrany.
Księżna wdowa Oleander nadal wwiercała się we mnie spojrzeniem, najwyraźniej nie mogąc przeboleć przypadkowego nadepnięcia na palce. Fioletowe włosy pięknie komponowały się z jej skórą, lecz niestety nie pomagały na krzywy wyraz twarzy.
Była młoda jak na księżną wdowę, niewiele słońc starsza ode mnie czy Ryleigh. Wszyscy wiedzieli, że poślubiła diuka Oleandra ze względu na jego tytuł, a nie serce, co było smutną, ale częstą praktyką wśród arystokracji w świecie zarówno naszym, jak i śmiertelników.
Kobieta przeniosła uwagę na Ryleigh i jej wzrok natychmiast stał się oziębły. Lata temu prawie doszło do skandalu dotyczącego przyjaciółki i byłego diuka. Tego typu wiadomości okupywałyby wszelkie kolumny plotkarskie, dopóki nie pojawiłaby się inna afera.
Szybko oderwałam od niej spojrzenie.
Po drugiej stronie sali przyuważyłam Andersona Andersa, dziennikarza z konkurencyjnej gazety o niedorzecznie aroganckim pseudonimie, który przypatrywał się gawiedzi wzrokiem jastrzębia. Wierzył, że jego artykuły z pewnością zdobędą nagrody.
– Dlaczego nie martwisz się implikacjami smoczego ataku? – spytałam w końcu.
Ryleigh westchnęła ciężko.
– Twoje źródło nie było rzetelne. Gdyby miał dowód, to już dawno udałby się do najlepiej płacącego brukowca. Zamiast tego zniknął.
– To przerażenie nie mogło być udawane, Ry.
– Może i nie, ale jego strach da się wytłumaczyć w inny sposób.
– Jaki?
– Uroki. Klątwy. Czarna magia. Iluzja – wymieniała przyjaciółka. – Na piekła, ktoś mógł użyć Przeklętego Pióra i zmienić mu wspomnienia. Mam mówić dalej?
Nie słyszałam żadnych szeptów dotyczących Przeklętego Pióra prócz plotek, które odkryła Ryleigh, gdy prowadziła dotyczące go śledztwo, lecz wiedziałam, że na czarnym rynku oraz u prywatnych kolekcjonerów w całym królestwie pojawiały się przedmioty o niezmierzonej mocy.
Uwaga przyjaciółki była słuszna, lecz mimo tego nie mogłam się pozbyć wrażenia, że informator napotkał coś, co naprawdę go przeraziło. Coś o wiele potężniejszego od iluzji.
Ryleigh się nie zgadzała – uważała to za niecny spisek obmyślony przez konkurencyjną gazetę. Nie było jednak potrzeby, żeby tego wieczoru roztrząsać moje teorie. Bal powoli się kończył, a ja miałam jeszcze wiele do zrobienia.
Ponownie przeskanowałam wzrokiem pomieszczenie, ale nie wyczułam żadnego skandalu prócz Jacksona i jego dwóch lewych nóg oraz zbyt śmiałych rąk.
– Zdobyłaś to, czego potrzebujesz do artykułu? – spytałam, a uzyskawszy potwierdzenie w formie kiwnięcia głową, dodałam: – Świetnie. W takim razie zmywajmy się stąd. Chcę wrócić do domu, paść na łóżko i zostać tam na zawsze.
Ryleigh westchnęła, ale wzięła mnie pod ramię i wspólnie ruszyłyśmy w kierunku drzwi.
– Jeśli nie zaczniesz uważać, to mowa pogrzebowa nad twoim grobem będzie brzmiała: „Spędzała dni wyłącznie na pracy i śnie, zanudzając swoich przyjaciół na śmierć”. Moim przeznaczeniem jest coś więcej niż „śmierć z nudy”.
– Biedactwo! – prychnęłam. – Twoja reputacja legnie w gruzach przez moją potrzebę zapewnienia wiktu i schronienia rodzinie. I jakże sobie poradzisz taka splamiona?
– No właśnie! Dlatego powinnaś pójść ze mną do nocnej dzielnicy. Napijemy się i poobgadujemy Jacksona.
– Wolałabym poddać się lobotomii.
– Wiesz co? Wyjście ze mną naprawdę dobrze by ci zrobiło. Mogłybyśmy potańczyć. Poflirtować. Podjąć koszmarne decyzje, których pożałowałybyśmy rano. Może nawet spotkałabyś tajemniczego nieznajomego i otrzymała zaproszenie do Siedmiu Grzechów.
To było równie prawdopodobne co moje publiczne przyznanie się do miłości do naszego księcia, ale przyjaciółka nigdy nie traciła nadziei.
– Może kiedy indziej.
Ryleigh nie naciskała, choć wiedziałam, że czuje się zawiedziona.
Chciałam się zabawić, lecz nie mogłam. Widziałam, co zaszło, kiedy macocha postawiła siebie ponad dobro bliskich, dlatego sama musiałam się skupić na rodzinie i zarabianiu na życie, co było… może i nie tak pełne przygód ani ekscytujące, ale wystarczało. Musiało.
Akurat gdy zmierzałyśmy w stronę wyjścia, po drugiej stronie sali balowej pojawił się król rozpustników z dwiema piersiastymi kochankami uczepionymi jego boków.
Książę Łakomstwa odrzucił głowę, śmiejąc się na swój szczery, denerwujący sposób, przy którym w kącikach oczu pojawiały się zmarszczki. Była to reakcja na to, co wyszeptała mu do ucha kobieta po prawej stronie.
Widząc, jak przygryzł jej szyję, miałam nadzieję, że właśnie zaraził ją chorobą weneryczną.
Nie zdawałam sobie sprawy, że się zatrzymałam, dopóki Ryleigh nie pstryknęła mi palcami przed twarzą.
– Widzisz? – spytała, wskazując głową na księcia. – Czy on ci wygląda, jakby niedawno zaatakowały go smoki?
Nie. Nie wyglądał. Jednakże mały głosik zwany intuicją podpowiadał mi, że muszę drążyć głębiej.
***
Po długiej wędrówce przez miasto, podczas której musiałam zadzierać suknię i obszytą futrem pelerynę, aby nie zniszczyć ich rąbków, wślizgnęłam się do domu i zamknęłam za sobą drzwi na tyle cicho, na ile zdołałam. Stanęłam, by zorientować się w ciemności.
Kilka dni temu skończył nam się olej do lamp w głównym pomieszczeniu.
Musiałam niedługo zaradzić temu problemowi, ponieważ od tego zależało moje przetrwanie – pisanie artykułów w mroku było trudne, a o tej porze roku ciężkie opady śniegu niemal zawsze odcinały blask księżyca. Jeśli chodzi o środki, „Nikczennik” zapewniał nam tylko jedną sztukę pergaminu na tekst, więc jeśli popełniałam błędy wymagające drugiej kartki, musiałam za nią zapłacić z własnej, niemal pustej kieszeni. Spisywanie materiału na brudno, w ciemności, zazwyczaj kosztowało mnie drobniaki, które udawało mi się zaoszczędzić, o ile wcześniej nie zabrała ich macocha lub informatorzy.
– Potrzebuję pieniędzy na nową suknię.
Aż podskoczyłam na dźwięk głosu Sophie.
Przekręciłam klucz w zamku i powoli obróciłam się w jej stronę. Siedziała na wytartej kanapie, którą zabrałyśmy z poprzedniego życia; w pełni wyprostowana uniosła wysoko podbródek, aby móc popatrzeć na mnie z góry. Jasnoblond włosy miała splecione w warkocze i upięte, przez to wyglądała, jakby właśnie wróciła z wielkiego przyjęcia.
Nawet w półmroku widziałam, co wyraża twarz macochy: pogardę.
Tak jakbym to ja była odpowiedzialna za jej złe decyzje.
Zdjęłam swój najlepszy płaszcz, przez cały czas czując na sobie wzrok kobiety, a napięcie w pokoiku wzrosło.
Nienawidziła, kiedy brałam udział w balach, mimo że robiłam to tylko dlatego, by potem móc je opisać. Sophie Everhart uważała jednak, że to ona powinna tańczyć i pić ze swoim dawnym towarzystwem.
Demony starzały się dużo wolniej od ludzi, więc Sophie nadal wyglądała na nie więcej niż trzydzieści lat, choć wiedziałam, że jest co najmniej dwukrotnie starsza. I niestety ani trochę mądrzejsza.
Gdy poznała mojego ojca, był pogrążony w żałobie po matce, która odeszła miesiąc wcześniej, a ja miałam zaledwie osiem lat. Sophie pokochała należące do niego bogactwo, jego samego polubiła, a mnie jedynie tolerowała, choć nigdy się nie dowiedziałam, z czego to wynika. Może stanowiłam przypomnienie, że w sercu ojca zajmowałam pierwsze miejsce, a ona nie lubiła ustępować plebejuszce.
– Nie mamy żadnych pieniędzy w nadmiarze – poinformowałam, zachowując uprzejmy ton. – W tym tygodniu muszę opłacić czynsz, poza tym potrzebujemy oleju. Nie stać mnie na zużywanie tylu arkuszy pergaminu, skoro oprócz tego muszę kłaść jedzenie na stół.
Nie wspomniałam, że dopisze nam szczęście, jeśli w tym tygodniu zdołamy kupić ziemniaki na targu, bo wszystko inne znajdzie się poza naszym zasięgiem.
Sophie to raczej nie obchodziło, bo wiedziała, że gdyby przyszło co do czego, jak zawsze oddałabym swoją porcję jej i Eden.
– Dasz mi monety na suknię, najdroższa, albo będę musiała sprzedać resztę świecidełek twojego ojca.
Wewnątrz mnie rozpalił się gniew, ale go przełknęłam. Dobytek ojca stanowił mój największy skarb. Tak naprawdę jedynym, co po nim pozostało, był mały dziennik, gdzie zapisywał przedmioty, które udało mu się sprzedać, czyli rzecz zupełnie bezwartościowa, jeśli nie liczyć wartości sentymentalnej, takiej jak jego odręczne pismo. Do tego dochodził podarowany matce podczas zaręczyn zestaw – kolczyk i bransoletka – który ja później odziedziczyłam. Niestety, lata temu zgubiłam bransoletkę. Oprócz tego zachowałam jeszcze kilka przedmiotów, ale te jedynie dla mnie miały jakieś znaczenie.
Spróbowałam innego podejścia, bo tylko w ten sposób mogłam skruszyć jej egoizm.
– Eden potrzebuje butów. Chyba już ustaliłyśmy, że w tym miesiącu oprócz zapłacenia czynszu i kupienia najpotrzebniejszych rzeczy to będzie jedyne, na co sobie dodatkowo pozwolimy.
Macocha powoli podniosła się z siedzenia, ze zdecydowanie zbyt niewinną miną bawiąc się diamentowym naszyjnikiem. Próbowałam nie skupiać wzroku na ogromnym kamieniu. Mogła sprzedać tę kolię i zarobić na niej dość pieniędzy, aby wystarczyło nam na jedzenie i schronienie na cały rok. Możliwe, że zdołałybyśmy kupić za to nawet mały dom za gotówkę i nie zadłużać się więcej u właścicieli.
To jednak wymagałoby od niej poświęcenia.
Zamiast tego paradowała po domu obwieszona diamentami, chwaląc się nimi przed myszami i innymi szkodnikami, które przegryzały się do nas przez ściany tylko po to, by zbiec niepocieszone na widok braku choćby okruszków w spiżarce.
Zauważyła moje spojrzenie zawieszone na klejnocie i uniosła kąciki ust w kiepskiej imitacji uśmiechu.
– Nie zrozumiałaś, najdroższa. Suknia została już zamówiona. Albo załatwisz pieniądze w tym tygodniu, albo ja to zrobię. I nie sprzedam w tym celu swoich świecidełek.
1 ax (ang.) – siekiera, topór
Nieustające walenie w drzwi sypialni zbudziło mnie z najgrzeszniejszego koszmaru, jakiego kiedykolwiek doświadczyłem. Przekręciłem się na plecy, dysząc ciężko, i z kutasem stojącym na baczność wpatrywałem się w pokryty jedwabiem sufit, próbując dojść do siebie.
Nie mogłem zdecydować, czy jestem zadowolony, że ktoś mi przerwał, czy zirytowany, że zostałem obudzony tuż po tym, jak przywiązałem kochankę do zagłówka i szeroko rozsunąłem jej mlecznobiałe uda.
Dreszcz przebiegł mi po kręgosłupie. Ach, wszystkie te sposoby, na jakie bym ukarał tę słodką, ciasną…
– Wasza Wysokość?
Moja zastępczyni Val zapukała głośniej, jak gdybym był w stanie przegapić wstrząs sejsmiczny, który zafundowała biednym drzwiom. Brzmiała ostro i była zirytowana, co znaczyło, że musiała mnie szukać i straciła cierpliwość.
Rozejrzałem się po ścianach obitych ekstrawaganckim, kobaltowym jedwabiem, nadmiernej liczbie rozsypanych po podłodze srebrnych poduszek oraz pluszowych, futrzanych kocach. To nie była moja sypialnia.
Powróciło do mnie mętne wspomnienie, jak gdzieś pomiędzy końcem balu Gunnera a świtem wpadłem do komnat gościnnych, zarezerwowanych dla kochanków. Najpierw jednak wypiłem o parę butelek wina z demogrona za dużo, dzięki czemu uraczyłem demony mojego kręgu widokiem wyuzdanego księcia, którego tak bardzo pragnęli. Po tym, jak w tajemnicy odwiedziłem krąg Gniewu, żeby sprawdzić stan jego rekonwalescencji, uznałem, że najlepiej będzie, jeśli pojawię się na forum publicznym i zduszę wszelkie plotki, zanim te zaczną się rozprzestrzeniać. Mój najlepszy szpieg, zwany po prostu Shayde, zaraportował, że pogłoski przemknęły przez niemal niezdobyte mury otaczające Bezlitosny Grzbiet.
Ktoś z łowców – nie wiedziałem, czy kobieta, czy mężczyzna – nie uważał, z kim rozmawia. Musiałem rozwiązać ten problem, zanim kolejne pogłoski dotrą do pewnej dziennikarki piszącej do kolumny plotkarskiej.
Uśmiechnąłem się na wspomnienie ubiegłej nocy. Wziąłem sobie do serca zadanie rozproszenia swojego kręgu. Pomijając problem z łowcą, który za dużo gadał, brat ładnie się leczył, a smoczy atak, choć brutalny, nie zakończył się niczyją śmiercią i wyglądało na to, że stanowił pojedynczy przypadek. Poza tym minęło dużo czasu, odkąd po raz ostatni karmiłem grzech na inne sposoby, i choć nie były one tak skuteczne jak polowanie na lodowego smoka, na razie wystarczały.
Minionej nocy moje zachcianki zostały w pełni zaspokojone.
Ciepła dłoń pogładziła mnie po nagiej klatce piersiowej, śledząc linie tatuażu.
Zapomniałem, że nie jestem sam.
Karmazynowe włosy spływały po gibkim ciele…
Callie? Cassie?
Zbyt bolała mnie głowa, żeby przypomnieć sobie więcej szczegółów. Kobieta sunęła powoli w dół twardych mięśni brzucha, co jasno świadczyło o jej intencjach.
Gdybym zamknął oczy, z łatwością powróciłbym do tamtego snu.
Koszmaru, napomniałem się. To zdecydowanie był koszmar, który rozpoczął się w chwili, gdy wkroczyłem do sali balowej i ujrzałem ją. Utkwiła we mnie wzrok, jakbym był plagą tego królestwa, a ona miała tylko jedno pragnienie – bym zniknął z tego świata.
Minął niemal cały błogosławiony tydzień, kiedy to unikałem tej zarazy Siedmiu Kręgów i jej bezlitosnych reportaży. A jednak tam stała. Panna Adriana Saint Lucent w całej swej niebieskowłosej, niebieskookiej, przeklętej okazałości patrzyła na mnie z grymasem. Specjalnie przyprowadziłem ze sobą dwie kochanki, aby móc podsycać w niej niesmak, i wparadowałem na przyjęcie jako arogancki, beztroski demoniczny książę, udając, że nie zauważam jej mrocznego spojrzenia, którym gromiła mnie z drugiego końca sali.
Świadomość, że tak bardzo nie znosi moich publicznych demonstracji, budziła przewrotną ekscytację. Nic nie mogło się równać satysfakcji zrujnowania nocy swojemu wrogowi.
Delikatnie ująłem nadgarstek Cassie/Callie, zanim dotarła do celu, a następnie sturlałem się z łóżka, wdzięczny za to, że nie zdjąłem spodni z niskim stanem.
Przekląłem cicho ciało, które nie chciało porzucić pokrętnej fantazji, i podreptałem boso po nadmiernie pluszowym, tkanym dywanie w stronę źródła mojego rozdrażnienia. Drzwi niemal wypadły z zawiasów od siły uderzeń Val. Otworzyłem je i obrzuciłem ją swoim najniewinniejszym spojrzeniem, pomimo potężnej erekcji. Trzeba by postradać zmysły, żeby tej wypukłości nie zauważyć, a zastępczyni nigdy nie była niespełna rozumu.
Co w tym wypadku działało na jej niekorzyść.
Val zaklęła pod nosem i spojrzała spod przymrużonych powiek na moją senną towarzyszkę. Pewnie sprawdzała, czy pod okrywającymi ją futrami jest ubrana. Nie była.
Obróciłem się na czas, żeby zobaczyć, jak Callie/Cassie zrzuca kołdrę i odsłania krągłe, pełne piersi i napięte różane sutki, którymi najwyraźniej próbowała skusić moją zastępczynię, aby ta sprawiła jej tę przyjemność i dołączyła do porannej schadzki. Uniosłem brwi w niemej propozycji, głównie po to, żeby się z nią podrażnić.
Val przewróciła oczami, bo była to dokładnie taka sytuacja, jaką spodziewała się zastać.
– Ciężka noc, Wasza Wysokość?
Niemal białe włosy splotła z tyłu w warkocz, odsłaniając trójkątną twarz i połyskujące niebieskie oczy, charakterystyczne dla większości mieszkańców północy. Niespecjalnie przepadała za moimi dramatycznymi popisami, co zakrawało na ironię, skoro sama pomagała mi wykuć ten wizerunek dzięki organizowanym przez nią przesadnie wystawnym przyjęciom, których celem było podsycanie mojej mocy.
– Budzenie księcia, nim słońce wstanie, to nietakt.
– Biorąc pod uwagę, że godzinę temu słońce zaszło, a w północnej wieży czeka na ciebie sprawa wagi królewskiej, doszłam do wniosku, że nie będziesz miał nic przeciwko, jeśli ci przeszkodzę.
„Wieża północna” była kodem na sprawy związane z lodowymi smokami i wszystkim, co działo się na północ od Bezlitosnego Grzbietu, wliczając w to moich łowców. Jackson był na miejscu, aby złożyć raport.
Resztki podniecenia związanego z koszmarem uleciały. Zdjąłem koszulę z krzesła, na które ją rzuciłem, włożyłem buty i wyszczerzyłem się do Cassie/Callie w nikczemnym uśmiechu.
– To była czysta przyjemność, jak zawsze.
Między brwiami dziewczyny pojawiła się zmarszczka tak maleńka, że prawdopodobnie nie zauważyła jej nawet Val. Wymknąłem się z pokoju, zanim zdążyłaby ujawnić jeden z moich najpilniej strzeżonych sekretów. Miałem reputację do utrzymania, więc gdyby wypaplała prawdę, wszystko, na co pracowałem przez ostatnich kilka lat, obróciłoby się wniwecz.
***
Val szła u mojego boku, kiedy kroczyliśmy przez wschodnie skrzydło i skręciliśmy w szeroki, jasno oświetlony korytarz prowadzący do wieży północnej. Marmur błyszczał pod naszymi stopami, a dźwięki kroków tłumił kobaltowo-srebrny chodnik biegnący przez środek całego przejścia.
Jedynie kątem oka rejestrowałem kolorową kolekcję obrazów w złoconych ramach, które mijaliśmy, bukiety świeżo ściętych kwiatów, pachnące świece czy kunsztowne rzeźby ustawione na kolumnach, równo porozstawiane po obu stronach korytarza. Patery i tace pełne dekadenckich tart, czekoladek i innego rodzaju słodkości, rozmieszczone co kilka stóp, kusiły wszystkich, którzy je mijali, aby się zatrzymali i posmakowali ich. Niemal każdy cal Dworu Łakomstwa stanowił ucztę dla zmysłów, w razie gdyby jakiś gość czy sługa zawędrował do rozległego wnętrza i zdjęła go ochota, by sobie dogodzić.
Zastępczyni zazwyczaj ujmowała wysoki kieliszek z musującym winem i wprowadzała mnie w szczegóły raportów, które zostały złożone po publicznym wystąpieniu. Dzisiaj bawiła się nożami przyczepionymi do pasa na biodrze.
– No dalej. – Zerknąłem na nią z ukosa. – Jaką to wiekopomną radę aż cię świerzbi, żeby mi przekazać?
Jej dłoń zamarła na rękojeści noża. Na ile znałem Val, to albo się zastanawiała, czy mnie dziabnąć, albo próbowała ukryć fakt, że coś przetrawia. Coś, co by mi się według niej nie spodobało.
– Panna Saint Lucent opublikowała dziś rano w kolumnie plotkarskiej kolejny artykuł na twój temat.
– Czy przynajmniej wpadła w poetycki zachwyt nad tym, jak bardzo jestem przystojny?
Nie gubiąc kroku, Val rzuciła mi pełne niedowierzania spojrzenie. Obydwoje wiedzieliśmy, że nie było mowy, aby Adriana Saint Lucent napisała o mnie coś miłego.
– Prócz innych barwnych metafor nazwała cię bufonowatym, bezwzględnym hulaką.
Wargi mi drgnęły.
– Nareszcie, uznanie dla moich wybitnych zalet.
– Zdawałeś sobie chociaż sprawę, że te dwie kobiety, z którymi pojawiłeś się wczoraj na balu, są siostrami?
– Nie przypominam sobie, abyśmy zbyt wiele rozmawiali.
Val zacisnęła usta w wąską linię.
– Napisała również, że jesteś leniwszy od swojego brata. Nie obraź się, ale pewnego dnia krąg może posłuchać jej zdania i niektórzy znudzą się tą błazenadą, mimo że potrzebują twojego grzechu.
Westchnąłem. To było jak balansowanie na cienkiej linie – dogadzanie, by karmić grzeszników, którzy w zamian napędzali moją moc, bez przypadkowego pchnięcia ich do innego Dworu Grzechu, na przykład poprzez zazdrość.
Rozumiałem, dlaczego Val obawiała się ledwie zawoalowanej dezaprobaty Adriany – mogło to bowiem wpłynąć na siłę mojego dworu. W tej chwili musiałem się jednak martwić o inne sprawy. Jak na przykład o to, kto rozpowiada pasjonujące historie o atakach lodowego smoka.
Po dotarciu na koniec korytarza wspięliśmy się w milczeniu po schodach prowadzących do wieży, a z każdym krokiem napięcie narastało. W połowie drogi Val wreszcie wyjawiła to, co najprawdopodobniej męczyło ją przez cały dzień:
– Moja rada jest niezmienna. Albo wydal tę dziennikarkę ze swojego kręgu, albo zwiąż ją magiczną umową, aby zachowała milczenie. Stanowi dla nas problem.
Nieraz prowadziliśmy tę dyskusję i był to jedyny temat, co do którego się nie zgadzaliśmy w kwestii podjęcia dalszych kroków. Brałem pod uwagę jej radę, ale zamierzałem zająć się Adrianą w sposób, jaki mi odpowiadał.
Na szczycie schodów Val pozostała na korytarzu na zewnątrz wieży strategicznej, kręcąc kółka nożami – dla pewności, że nikt się nie podkradnie, by nas szpiegować. Ja zaś bez ceregieli wszedłem do spartańsko urządzonej komnaty i zatrzasnąłem za sobą drzwi na tyle mocno, by wprawić w drżenie ołowiowe szkło w oknach po drugiej stronie pomieszczenia. To była jedna z niewielu części zamku, która nie została bogato udekorowana, jako że wieża służyła do planowania i knucia intryg. To miejsce nie potrzebowało ozdób.
Jackson niemal upadł razem z krzesłem, na którym się odchylał, oparłszy buty o wyświechtany, drewniany stół. Ręce założył za głowę i nucił znaną knajpianą przyśpiewkę.
Nie skradałem się po schodach, a on powinien zachowywać wzmożoną czujność. Jeśli chciał się piąć po szczeblach gildii, musiał się jeszcze wiele nauczyć na temat bycia świadomym swojego otoczenia. W ramach drugiej fazy inicjacji Felix dostał za zadanie przetestowanie w terenie wszystkich obiecujących łowców, więc Jackson miał jeszcze czas, żeby się podszkolić. W dziwny, niemal ujmujący sposób przypominał szczeniaczka, nadmiernie podekscytowanego możliwością dotrzymywania mi towarzystwa, z wielkimi, pełnymi nadziei oczami, jednocześnie nieświadomego, że sikanie na podłogę nie jest akceptowalne.
Zamrugał powoli, jakby budził się ze snu na jawie. Gapił się na mnie nie jak na księcia, ale tak, jakbym stanowił okruch jego wyobraźni.
– No więc? – Uniosłem wyczekująco brew.
Buty uderzyły o podłogę, kiedy wstał, żeby się pokłonić.
– Zdaj raport.
Stalowa, twarda barwa głosu sprawiła, że nowicjusz natychmiast się wyprostował.
– Zadawała wiele pytań dotyczących polowania.
Udało mi się powstrzymać przed uciśnięciem grzbietu nosa.
– Zakładam, że chodzi ci o pannę Saint Lucent. Kiedy składasz raport, zawsze masz rozpoczynać od podmiotu, a potem kontynuować. O jakie dokładnie szczegóły pytała?
– Dotarła jakoś do tego, że miał miejsce atak, w który był zamieszany książę. Chciała wybadać, co ja wiem, ale unikałem odpowiedzi na pytania, tak jak ćwiczyliśmy.
– Czy panna Saint Lucent wyraźnie zaznaczyła, że książę został zaatakowany?
Jackson entuzjastycznie pokiwał głową.
– Śliczna dziewczyna, ale koszmarnie flirtuje. Zaczęła mówić o parujących wnętrznościach, kiedy opowiedziałem jej o tym, jak wyglądają koszary nocą. Omal nie zabiła mojego podniecenia.
W kącikach ust prawie pojawił mi się uśmiech. Nie miał być przyjazny, a Jackson chyba to zauważył. Spojrzał na mnie niepewnie i zamrugał, jakby zdezorientowany wzrastającym napięciem, podczas gdy nad nim górowałem. Popełnił błąd.
– To, co się dzieje na Bezlitosnym Grzbiecie, powinno tam pozostać – przypomniałem niskim tonem. – W jaki sposób wypłynął ten temat?
– Nie pamiętam. – Jego twarz powlekł szkarłat. – Ale za to pamiętam, że ma jędrne pośladki.
Może jednak nie był tak bystry, jak mi się wydawało.
– Macałeś ją?
Przełknął głośno ślinę.
– Tańczyliśmy…
– I? Poprosiła cię nagle, żebyś złapał ją za tyłek pośrodku sali balowej?
– Nie do końca, Wasza Wysokość.
Świdrowałem go wzrokiem, dopóki nie uciekł spojrzeniem, a temperatura w pomieszczeniu spadła o kilka stopni. Wszyscy Książęta Grzechu potrafili wpływać na otoczenie poprzez swoje niezadowolenie. Jackson mógł źle odczytać wyraz mojej twarzy, ale musiał wiedzieć, co oznacza lodowaty pokój.
– Czy powinienem ci przypomnieć, że królewska gildia łowców jest bezpośrednim odbiciem mnie? Nigdy więcej nie dotykaj panny Saint Lucent ani innego obiektu zadania. Tak właściwie to nigdy nie dotykaj nikogo bez wcześniejszego zezwolenia, albo to ja zacznę opowiadać o parujących wnętrznościach. I przyrzekam ci, że nie będę tylko mówił, nowicjuszu. Rozumiemy się?
– To się nie powtórzy, Wasza Wysokość.
Biorąc pod uwagę jego drżące ręce i odór potu wypełniający mały, okrągły pokój, uwierzyłem mu i nieco się odsunąłem.
– O co jeszcze pytała panna Saint Lucent?
Jackson wymienił wszystkie pytania, zmiany tematu, niepotrzebnie skomentował – choć było to częściowo zabawne – jej sposób poruszania się po parkiecie oraz wygłosił długi monolog dotyczący braku pianek o smaku brandy przy stanowisku z alkoholową gorącą czekoladą.
– Jeśli miałbyś awansować w gildii, to oczekuję dyskrecji. Żadnego rozpowiadania, żeby zaimponować znajomym. Żadnego dyskutowania o polowaniu poza strzeżonymi murami Bezlitosnego Grzbietu. Jeśli jeszcze raz, przypadkowo czy nie, zaczniesz rozsiewać plotki, zostaniesz wydalony z gildii i pozbawiony wszelkich wspomnień jej dotyczących. Nie zamierzam tolerować naruszania zasad rangi.
Patrzyłem na niego, aż odniosłem wrażenie, że zaczął się w sobie kurczyć. Podejrzewałem, iż to właśnie on był źródłem plotek.
Gdy tylko przyrzekł, że nie będzie więcej opowiadał o polowaniach, odesłałem go i podszedłem do łukowatego okna w wieży, żeby zerknąć na rozciągające się poniżej miasto. Gęsty śnieg zasypywał dachy i brukowane uliczki. Przebiegłem spojrzeniem po najbliższej alei u stóp góry, gdzie rezydował Dwór Łakomstwa, przemknąłem po swojej ulubionej tawernie, później po nocnej dzielnicy, by w końcu zatrzymać wzrok na ulicy drukarzy – części miasta, która była gniazdem wszystkich brukowców i graniczyła z domami klasy robotniczej.
Lokalizacja mojej słodkiej nemezis.
Val miała rację: Adriana Saint Lucent stanowiła problem. Może i Jackson się przechwalał przed przyjaciółmi, rodziną i ulubionym barmanem, ale fakt, że dziennikarka tak szybko dotarła do detali polowania oraz ataku na Gniew, który po nim nastąpił, był imponujący.
I niebezpieczny.
Musiałem ostrożnie zaplanować kolejny ruch. Zdjęcie jej z planszy stało się priorytetem.
– Wasza Wysokość? – Val uchyliła drzwi i wetknęła przez nie głowę. – Przybył Silvanus.
***
Za stajniami Dworu Łakomstwa, w miejscu oddalonym od licznych spojrzeń moich poddanych, zatrzymał się nieoznakowany powóz. Pomimo długiego, brukowanego podjazdu koła nie wydawały żadnego dźwięku, kiedy wjeżdżały na wzgórze. Konie również. Migały białkami oczu, stąpając po ziemi, i rozdymały nozdrza – bez wątpienia niepokoiły się nienaturalną ciszą.
Nawet u mnie pojawiła się gęsia skórka.
Zaczekałem, aż otaczająca pojazd magia opadnie, i odepchnąłem się od płotu, o który do tej pory opierałem plecy. Podniosłem stojącą obok stóp latarnię i podszedłem do wozu. Buty skrzypiały na ubitym śniegu. Woźnica podskoczył na swoim siedzeniu, a jego mięśnie się napięły, kiedy wychynąłem z cienia. Nie zmienił postawy, dopóki nie zapaliłem lampy i nie uniosłem jej wyżej.
Nic dziwnego, że woźnica się przestraszył, bo po tym, jak przez niemal godzinę czekałem w burzy, z kapturem nasuniętym na czoło, emanowałem cichą grozą. Lecz to nie on ściągnął na siebie mój gniew. Ten zaszczyt należał wyłącznie do jego pasażera.
Ciepły blask latarni rozgonił resztę napięcia, kiedy podszedłem do wozu i wysunąłem w stronę mężczyzny pękatą sakiewkę z monetami.
– W zamian za dalszą dyskrecję, Nilesie.
– Do usług, Wasza Wysokość.
Rzuciłem pieniądze woźnicy i skinąłem na wciąż skrytą w cieniu Val, aby wyciągnęła naszego szanownego gościa, żebyśmy mieli to już z głowy.
Zanim zastępczyni zdążyła sięgnąć do klamki, z powozu wyłoniła się Sascha i odrzuciwszy do tyłu kaptur płaszcza w kolorze głębokiej nocy, rozejrzała się dokoła, aby sprawdzić, czy jesteśmy sami. Płatki śniegu topniały wśród jej równie ciemnych włosów, ale chłód zdawał się nie mieć na nią żadnego wpływu.
Przesunęła po mnie niepokojącym spojrzeniem i uniosła kącik ust. Bardziej przypominałem dziś zabójcę niż księcia – bez korony, za to ze sztyletem, który połyskiwał w srebrzystym blasku księżyca, przedzierającym się przez burzowe chmury.
Odstawiłem latarnię.
– Nie zapomniałaś o czymś?
W oczach wiedźmy pojawił się błysk irytacji, ale dygnęła nisko i pozostała w tej pozycji.
– Wasza Wysokość.
– Następnym razem, kiedy się spóźnisz, Sascho, sam cię wytropię.
Jej gardło się poruszyło, gdy przełknęła ślinę.
– Proszę o wybaczenie, Wasza Wysokość. To się nie powtórzy. – Wyciągnęła przed siebie otwartą dłoń w rękawiczce. – Połowa z góry, jak zawsze.
Palce Val musnęły rękojeść ulubionego noża do rzucania, bo nie spodobał jej się impertynencki ton Saschy. Demony i wiedźmy były śmiertelnymi wrogami, więc każde, choćby najmniejsze uchybienie wystarczało, żeby wywołać wybuch emocji.
Spokojnie stanąłem między nimi.
Płaciłem Saschy niemożebną sumę, by zapominała, jak bardzo nasze gatunki się nienawidzą, a żeby zwiększyć atrakcyjność oferty, pozwalałem jej prowadzić w samym środku kręgu sklepik zielarski. Większość wiedźm mieszkała na Zmiennych Wyspach, ale Sascha albo została wygnana z kowenu, albo postanowiła stamtąd odejść z powodów, którymi się nie podzieliła.
Tak jak wszyscy Książęta Grzechu potrafiłem wykryć kłamstwa, dlatego wiedziałem, że mówiła szczerze, kiedy poprosiła o możliwość zatrzymania się w moim kręgu i przysięgła, że nie planuje żadnej zemsty. Od wielu dekad miałem do czynienia z tą konkretną wiedźmą i wiedziałem już, jak się z nią drażnić, nie rozpętując przy tym wojny.
Obdarowałem ją leniwym uśmiechem, od którego zacisnęła zęby.
– Val? Przekaż pani pierwszą sakiewkę.
Gdy monety zmieniały właściciela, zerknąłem na linię drzew, gdzie czekał skulony smok. Zgodnie ze wskazówkami Silvanus przeleciał nisko, a resztę drogi do punktu spotkania przebył na nogach, aby uniknąć dostrzeżenia go przez kogokolwiek.
Czasami urządzałem tutaj polowania, więc smoki nie były niczym niezwykłym na moich terenach, jednakże biorąc pod uwagę krążące plotki, wolałem uniknąć niepotrzebnych obserwacji. Stajnie znajdowały się wystarczająco daleko od samego zamku i na tyle wysoko na wzgórzu, że byliśmy osłonięci przed pijanymi dworzanami, którzy mogliby się wymknąć z przyjęcia do ogrodów lub na taras, by tam oddać się potajemnym schadzkom.
– Gotowy? – zapytała wiedźma, zawiązując sakiewkę.
Pokiwałem głową.
– Sil, dołączysz do nas?
Smok parsknął na mój ton, ale wkroczył na polanę, roztaczając wokół chłód. Val i czarownica zadrżały od bliskości stworzenia.
Sascha schowała woreczek w staniku, następnie wyszeptała zdanie po łacinie, wymachując dziko rękami, więc mógłbym przyrzec, że po prostu rzucała barwnymi przekleństwami w rodzimym języku.
Powtarzając gesty dłoni, podeszła dziarsko do miejsca, z którego Silvanus obserwował ją spod przymrużonych powiek, i przyspieszyła, gdy zaczęła szczękać zębami. Lodowe smoki budziły grozę, nawet jeśli w danej chwili nie robiły tego celowo. Sama ich obecność była dla śmiertelników trudna do zniesienia.
Po wypowiedzeniu inkantacji Sascha podpaliła wiązankę ziół i pomachała nią od głowy aż do palców stóp. Skórę nad brwiami zrosiły jej kropelki potu.
– Skończyłaś? – spytałem, dłubiąc sztyletem pod paznokciami.
Wyciągnęła ku mnie dłoń, po której nie dałoby się określić wieku. Zauważyłem, że ręka wiedźmy się trzęsie, choć nie potrafiłem określić, czy ze strachu, czy po prostu z zimna.
– Masz kwadrans.
– Za zaklęcie i twoje milczenie – przypomniałem, upuszczając trzos na znów wyciągnięte rozczapierzone palce.
Val odeskortowała ją do powozu, a mnie i Silvanusa zostawiła samych, żebyśmy mogli odbyć spotkanie. Wpatrywałem się w smoka przez chwilę, szukając oznak agresji. Parsknął z irytacją.
Jeśliś zamierzał obdarzać moją wspaniałość spojrzeniem, zapłaciłeś tej magicznej pijawce za dużo monet. Cóż jednak się dziwić, bacząc na twój grzech.
– To wiedźma. I nie pyskuj. Wiesz, czemu tu jesteś.
Atak.
– Nie, maskarada, na którą cię zaprosiłem. Oczywiście, że ściągnąłem cię tutaj z powodu ataku. Gniew nadal wraca do sił, a ty lepiej módl się do swoich łuskowatych bogów, żeby nie chciał wam za to odpłacić.
Porywczość twego brata mnie nie obchodzi.
Wygiąłem usta w nikczemnym uśmiechu, ukazując przy tym zęby. Smoki tego nie lubiły – pokazanie zębów równało się wyciągnięciu miecza.
– Kiedy obedrze cię żywcem i uszyje z twojej skóry śliczne buty dla swojej małżonki, zmienisz podejście.
Przynajmniej uważasz, że będą śliczne.
– Niezły masz dziś humorek, co?
Znowu parsknął, wysyłając w powietrze odłamki lodu, ale się nie odezwał. Cóż za uparta, przeklęta przez bogów kreatura. Jeszcze za pisklaka lubił wbijać w ten sposób pazury. Minęło sto lat, a niewiele się zmieniło.
– Wyjaśnij mi, dlaczego Hectaurus zaatakował, albo będę zmuszony wydać cię Dworowi Gniewu.
Tak jakbym miał na to pozwolić, demonie. Alfa uważa, że został zainfekowany przez inne stworzenie, z którym walczył kilka księżyców wcześniej. Przez jedną z abominacji, co to włóczą się po północnych lasach. Działanie reszty stada było instynktowne.
Wiele bestii oraz pomniejszych demonów stawiało czoła brutalnemu otoczeniu. Otrzymanie od smoka dobrego opisu stworzenia, z którym chciał walczyć lub które pragnął zabić, często okazywało się bezowocnym przedsięwzięciem, bo ten niemal całkowicie skupiał się na jego usunięciu, ale warto było spróbować.
– Z czym walczył? Demonem? Piekielną bestią? Zmiennokształtnym? Elfem?
Silvanus zamiótł ogonem po śniegu.
Miało pazury i zęby.
– Tak, to zawęża możliwości.
Lodowy smok zignorował sarkazm.
To nie ma znaczenia. Stworzenie zostało unicestwione w bitwie.
To mnie nie zdziwiło, bo większość istot nie przeżywała prawdziwej walki ze smokiem. My mieliśmy szczęście. Krótko po tym, jak Gniew został powalony, stado wzbiło się w niebo. Moi łowcy odeszli poranieni, ale nic więcej nie zaszło.
– Czy wasz alfa sądzi, że to jednorazowy incydent, czy coś, czym musimy się zająć? – Wróciłem myślami do walki. – Twoje źrenice dziwnie się rozszerzyły. Aloysius też był dość agresywny.
Smok zatrzepotał teatralnie rzęsami.
A co myślisz teraz o moich oczach, wspaniały książę? Czy nadal cię przerażają?
Popatrzyłem na niego bez emocji ani śladu rozbawienia, co skomentował jedynie prychnięciem. Miał dzisiaj przedziwny nastrój.
Aloysius jest dość porywczy. Jeśli chodzi o Hectaurusa, to się nim zajęliśmy.
Spojrzałem spod przymrużonych powiek.
– Wygnaliście go?
Silvanus ostro pokręcił spiczastą głową, a na śniegu zatańczyły tęczowe refleksy światła rzucane przez przypominające diamenty łuski.
Poprzez działanie wbrew traktatowi Hectaurus zagroził bezpieczeństwu całego stada. Nasz alfa rozdarł mu gardło i karmił się, aż pozostały tylko kości.
Nie dopuściłem, by emocje ukazały się na mojej twarzy, gdy dotarła do mnie brutalność tego aktu. Natura ma swoje prawa, napominałem się. Drapieżnik i ofiara. Zabić lub zostać zabitym. Jedno słabe ogniwo zagrażało wszystkim. Litość nie stanowiła dla nich punktu odniesienia, ponieważ sam jej koncept zagrażał ich przeżyciu.
– Co, jeśli alfa został zainfekowany lub wystawiony na to, co trawiło Hectaurusa?
Smok wypuścił z pyska mroźny oddech.
Alfa się nie zmienił, ponieważ jest chroniony leczniczą magią alfy, a jego czyn był uzasadniony. To było ostrzeżenie dla wszystkich. Prawo zostało złamane, a kara nastąpiła szybko. Alfa nie może okazywać słabości. Ani litości. Wysłał to.
Silvanus machnął pokrytymi piórami skrzydłami i zrobił krok na bok, aby ukazać to, co ukrywał.
Na miłość wszystkiego, co plugawe i przeklęte, pomyślałem, kryjąc odrazę. Ze śniegu wystawała ogromna smocza czaszka; na srebrzystej kości dało się dostrzec ślady zębów.
Po moich plecach spłynął dreszcz.
Cóż za makabryczny widok. Hectaurus był jeszcze jednym pisklakiem, któremu pomagałem się zaadaptować. Nienawidziłem tego, że zwrócił się przeciw mojemu bratu, ale ujrzenie jego ogołoconych szczątków…
Przeniosłem uwagę z powrotem na Silvanusa, ten bacznie mi się przyglądał.
– Przyjmuję ofertę pokoju. Najbliższe polowanie zostaje przesunięte do kolejnej pełni. Oczekuję, że od teraz stado będzie się trzymać wszystkich zasad paktu.
Trochę by mnie to osłabiło, ale to tylko miesiąc. Mogłem nakarmić grzech gdzie indziej.
Przekażę alfie, iż jesteś zadowolony. Nie możemy się doczekać starcia podczas kolejnej pełni.
Odesłałem lodowego smoka i gapiąc się na przerażający podarek, który przekazał mi jego alfa, przetwarzałem uzyskaną informację. Wedle wszelkich wskazówek wyglądało to na jednorazowy incydent.
Ulga nie była jednak główną emocją, jaką poczułem, biorąc pod uwagę rozsądne wyjaśnienie ataku. Jeżeli istniała bestia na tyle odważna – lub wystarczająco głupia – aby walczyć ze smokami, a została zainfekowana jakiegoś typu szaleństwem, trudno orzec, co lub kogo jeszcze zakaziła, nim spotkał ją kres. To, że stworzenie nie żyło, nie oznaczało, że zagrożenie zniknęło.
Uznałem, że muszę kazać Felixowi wysłać patrol do lasu, aby poszukali stworzeń wyglądających na chore.
Znów po plecach przebiegł mi dreszcz, ale zdecydowałem, że częściowo wywołała go wpatrująca się we mnie pustymi oczodołami brutalnie potraktowana czaszka. Po powrocie do zamku zamierzałem rozkazać, by umieszczono ją w królewskim mauzoleum, w krypcie, żeby uczcić smoka.
Niepokój nie ustąpił pomimo planu złożenia kości na spoczynek. Coś mi mówiło, że ma to związek z małym problemem pod postacią panny Adriany Saint Lucent, którym w dalszym ciągu musiałem się zająć.
Na początek najważniejsza kwestia: gdy Felix będzie przeszukiwał północ, miałem wyznaczyć grupę uczonych, która poszukałaby informacji o chorobach czy dolegliwościach mogących wywierać wpływ na lodowe smoki, aby móc potwierdzić, iż właśnie to było przyczyną ataku. Później powinienem się upewnić, że mój krąg pozostaje w błogiej nieświadomości incydentu, abym zdołał uniknąć niepotrzebnej paniki.
Bezpośrednie zagrożenie prawdopodobnie zostało zażegnane, ale wystarczyłby jeden artykuł, aby odrzeć nas z poczucia bezpieczeństwa, na które tak ciężko pracowałem. Nie zakorzeniłem go w swym kręgu tylko po to, by zostało zastąpione histerią.
W drodze do zamku myślałem o tym, co Jackson powiedział o wścibskiej dziennikarce, i w mojej głowie zaczął się powoli tworzyć plan. Potrzebowałem kilku dni, aby go doprecyzować, ale wiedziałem dokładnie, w jaki sposób powstrzymać Adrianę przed rozsiewaniem plotek o smokach lub przed węszeniem w tej historii.
A co w tym najlepsze?
Byłem absolutnie pewien, że jej się to nie spodoba.
– Czy wie pani, co to jest, panno Saint Lucent?
Bardzo czerwony na twarzy pan Gray – prawie łysy i zupełnie pozbawiony poczucia humoru redaktor „Nikczennika” – plasnął kopertą tak głośno, że aż podskoczyłam znad szkicu najnowszego, wyjątkowo zjadliwego raportu o skandalach dotyczących księcia – mojej ulubionej nemezis. W zasadzie był moją jedyną nemezis, ale po co wchodzić w szczegóły. Nie ma mowy, żeby nie znienawidził artykułu, co wypełniało mnie rozkoszną, promieniującą radością, która ocieplała wietrzne popołudnie.
