Totti. Kapitan. Autobiografia - Francesco Totti, Paolo Condò - ebook
Opis

Zadebiutował w Serie A, mając zaledwie 16 lat. Kiedy marcowego popołudnia 1993 roku wchodził na boisko w Brescii, kibice nie mogli wiedzieć, że oto oglądają przyszłą legendę włoskiej piłki. Jego kariera szybko nabrała rozpędu: pierwsze derby, pierwsza bramka, pierwsze trofea. A wszystko to mogło zakończyć się o wiele wcześniej, gdyby prezydent Franco Sensi nie odwołał w ostatniej chwili jego transferu do Sampdorii.

W tej książce Francesco Totti przedstawia historię swojego życia – od dzieciństwa upływającego pod znakiem nieśmiałości i lęku, po scudetto, dwa Superpuchary Włoch i mistrzostwo świata z reprezentacją swojego kraju. Il Capitano opowiada też o groźbach pod adresem sędziego po przegranym meczu z Koreą na mundialu w 2002 roku, Luciano Spallettim czającym się na niego w ciemnościach hotelowego korytarza, więźniu, który dobrowolnie został dłużej za kratkami, by mieć możliwość spotkania swojego idola, i o wielu innych wydarzeniach ze swojej wspaniałej kariery.

Szczera, prawdziwa, anegdotyczna. Wyjątkowa autobiografia, która udowadnia, że Totti to ktoś więcej niż piłkarz.

Totti znaczy kapitan.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 595

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Dla Ilary, Fiorelli, Chanel i Isabel,

moich kobiet.

Dla Enzo, Riccardo i Cristiana,

moich chłopaków.

Wstęp

Chłopak siedzący w drugim rzędzie jest bardzo poruszony. Nie sądzę, żeby usłyszał choć słowo z przemowy dyrektora więzienia ani żeby teraz słuchał mojego. Nie żeby to było coś niezapomnianego, ale jednak trochę się przygotowałem. Tymczasem on podskakuje niecierpliwie na krześle i jest oczywiste, że moment, na który czeka najbardziej, ma dopiero nadejść. Zdjęcie. To pewne. W rogu sali więzienia Rebibbia ustawiono standardowe stanowisko fotograficzne. Jak tylko skończy się wręczanie nagród w turnieju futsalowym, zapozuję tam do zdjęcia z każdym, kto będzie miał na to ochotę. I on czeka właśnie na ten moment.

„Ja jako pierwszy, hę?” – mówi, śmiejąc się z radości i ekscytacji tak przesadzonej, że zaczynam czuć zaciekawienie. Co „ja jako pierwszy”? Kończę swoje wystąpienie i znów patrzę, jak podskakuje nerwowo na swoim miejscu. Ma może 20, najwyżej 22 lata i ubrany jest nieco lepiej od pozostałych skazańców.

„Ja robię fotkę jako pierwszy” – powtarza i tym razem zwraca się do mnie, pokazując uniesione kciuki, jakby oznajmiał mi jakąś kwestię organizacyjną, o której powinienem wiedzieć.

Wręczenie nagród, uściski dłoni, typowe, chociaż trochę bardziej intensywne spojrzenia kibiców. Nie pierwszy raz przyjechałem do więzienia w Rebibbii, odwiedziłem także Regina Coeli. To poruszające doświadczenie. Będąc na zewnątrz, nie jesteś w stanie sobie wyobrazić, co naprawdę znaczy więzienie.

„Jestem, jestem. Ja pierwszy”.

Wszyscy przemieszczają się w stronę stanowiska fotograficznego. Strażnicy spokojnie, ale stanowczo kierują ruchem w moją stronę. Wszystkich wyprzedza o krok mój „przyjaciel”. Teraz jestem już naprawdę ciekawy. Jaką sprawi mu różnicę, czy zrobi sobie zdjęcie jako pierwszy, dziesiąty albo setny? Zostanę tu aż do ostatniego chętnego, już im to przecież powiedziałem. Chłopak jednak idzie szybciej od innych, omija kolejkę, prześlizgując się to tu, to tam, bez agresji, ale z determinacją. Piękne jest to, że mu na to pozwalają. Nie ma wyglądu, który by onieśmielał, jest bardzo chudy i drobny, a jednak traktują go z jakąś mieszaniną szacunku i rozbawienia. Podskakuje znowu, jak bokser, który chce wybadać rywala.

„Już jestem, moja kolej” – mówi, kiedy dzielą nas trzy metry, ale pomiędzy nami stoją jeszcze dwaj inni więźniowie. Patrzy na nich z nieco szczerbatym uśmiechem, a oni przesuwają się i dają mu przejść. Kim on jest? Czy to jakiś boss? Taki młody?

Pozornie szorstkim tonem zapraszam go, by stanął przy mnie: „No dawaj! Chodź tutaj! Tylko się uspokój!”. Wślizguje się tuż obok, obejmuje mnie w pasie, podczas gdy ja kładę mu rękę na ramieniu. Jeden, dwa, trzy, klik! Dumnie pozuje z uniesionym kciukiem. Ma rozgorączkowane spojrzenie tych kibiców, którzy kochają mnie z całego serca, a jego radość okazuje się zaraźliwa. Wystarczy rzut oka w jego kierunku i wszyscy zaczynają się śmiać. Zamierza właśnie odejść, ale przytrzymuję go za ramię. Jestem zbyt ciekawy, muszę wiedzieć. Dlaczego koniecznie jako pierwszy?

„Kapitanie, miałem stąd wyjść tydzień temu. Odsiedziałem swoje. Ale kiedy dowiedziałem się, że przyjedziesz, powiedziałem sobie: »Kiedy znowu będę miał okazję strzelić sobie fotkę z kapitanem? Nigdy, choćbym żył i sto lat…«. Poprosiłem więc o rozmowę z dyrektorem i błagałem go, żebym mógł zostać do dzisiaj. A ponieważ regulamin nie przewiduje czegoś takiego, wyciągnąłem asa z rękawa. »Pan posłucha. Jeśli każe mi Pan wyjść, zrobię coś głupiego, żeby tylko szybko tu wrócić. Chyba żadnemu z nas to się nie opłaca« – powiedziałem, a on zrozumiał. Ale teraz chcę się stąd zwijać. Moja panienka czeka na mnie już trzy lata...”.

Mam nadzieję, że dziewczynie wystarczyło cierpliwości jeszcze na dodatkowy tydzień, zwłaszcza jeśli ten gość opowiedział jej o swoim wyczynie. Siedem dni w więzieniu gratis tylko po to, żeby zrobić sobie ze mną zdjęcie…

Ta historyjka brzmi śmiesznie, wiem o tym. Kiedy pojawia się przy kolacji, przyjaciele najpierw szeroko otwierają oczy ze zdziwienia, potem uznają, że ją sobie wymyśliłem, a na koniec zaśmiewają się do łez. Ale kiedy już się pożegnamy i zamknę za nimi drzwi, to zanim pójdę spać, czasem wracam do niej myślami. Co muszę zrobić, żeby być godnym tak szalonej, tak absolutnej, tak obsesyjnej miłości? Nigdy o nią nie prosiłem i mówię wam to nie dlatego, że chcę się uchylić od odpowiedzialności, jaką ona ze sobą niesie, a od której nigdy nie uciekałem. Nie, nigdy o nią nie prosiłem, ponieważ jestem nieśmiały.

No dobra, powiedziałem to. Wiem, że na boisku tego nie widać, ale nie możecie opierać się tylko na tym. Boisko to dżungla – jeśli szybko nie urosną ci ostre zęby, nie masz szans. Na boisku liczy się przede wszystkim przetrwanie. Ja mówię o Francesco w życiu prywatnym, o dziecku, które kiedy mama wychodziła na zakupy, zostawiając je samo na pół godziny, chowało się pod kocem ze strachu i żeby nie słyszeć dziwnych hałasów, które w jego wyobraźni dochodziły z innych pokojów, nastawiało głośniej serial CHiPs o dwóch policjantach na motorach przemierzających ulice Kalifornii. To byli moi najlepsi przyjaciele z dzieciństwa. Byłem nieśmiały wtedy i nadal taki jestem. Zakłopotany wobec manifestacji uczuć, które pochlebiają mi ponad wszelką miarę, ale które także sporo mnie kosztują. To się dzieje nawet dziś: wchodzę razem z drużyną na stadion, na lotnisko, do hotelu i wszyscy biegną w moją stronę. W takich chwilach chciałbym schować się do mysiej nory. Ja już nie gram, teraz bohaterami są inni, idźcie do nich, otoczcie ich miłością, jak to robiliście ze mną przez 25 lat. Idźcie do Daniele, teraz to on jest naszym kapitanem. Ale nie… Staram się pocieszyć myślą, że w ten sposób zdejmuję presję z graczy, pozwalam im funkcjonować w spokoju i zachować siły psychiczne na mecz. Ale nie lubię tego, bardzo nie lubię.

Tak było zawsze, praktycznie od pierwszego dnia. Jako rzymianin i romanista jestem traktowany jak członek rodziny. Wszyscy kibice chcieliby mnie zaprosić na komunię swoich dzieci. To chyba różni mnie od innych. Mocny piłkarz, najlepszy w drużynie, jest zwykle idolem, wzorem, plakatem na ścianie pokoju. To urocze, ale jednak różni się od bycia członkiem rodziny. Ja jestem kimś więcej. Jestem synem i bratem. Wspaniałe, ale jednocześnie stresujące. Idole odchodzą, plakaty zdziera się ze ścian. Ale synowie i bracia nigdy nie zdradzają, albo przynajmniej nikt nie myśli, że coś takiego może się zdarzyć. To niezwykłe i powszechne uczucie sprawiło, że stałem się dla wielu symbolem rzymskości. Żebyśmy się dobrze zrozumieli – to wielki zaszczyt. Ale o to też nigdy nie prosiłem.

Pewnego razu postanowiłem obejrzeć nagrodzony Oscarem film Wielkie piękno. Wiedziałem, że jest dość wymagający. Minęło ledwie 60 sekund, może mniej, a ja już w nim byłem. Nie żartuję. Nikt się nie zorientował, a przynajmniej nikt mi o tym nie powiedział, ale ja zauważyłem to od razu. Pierwsza scena kręcona jest na rzymskim wzgórzu Janikulum obok pomnika Garibaldiego. Pierwszy napis, który można przeczytać w filmie, brzmi „Rzym albo śmierć”. Potem kamera przesuwa się do ogrodów, ukazuje kilka dziwnych twarzy pomiędzy popiersiami patriotów i zatrzymuje się na jakiejś kobiecie, niemłodej już, mocno umalowanej, z papierosem w ustach. Trzyma gazetę, czyta ją. To „La Gazzetta dello Sport”. Na otwartej stronie można odczytać tytuł, który jest drugim napisem pojawiającym się w filmie. Alarm dla Tottiego. To jak cios w brzuch. Pod tytułem widać zdjęcie, na którym leżę na ziemi i zwijam się z bólu. Domyślam się, że artykuł mówił o jakimś moim urazie, a alarm miał dotyczyć obecności na boisku w następnym meczu. To taka drobnostka, ale film, który cały świat obejrzał z miłości do tego miasta, zaczyna się właśnie od mojego nazwiska.

Rzym jest jak mama, wszyscy to wiemy. Bycie jej ukochanym synem to coś pięknego, ale czasem może przerażać. I właśnie wtedy wraca to pytanie: co muszę zrobić, żeby być godnym tak szalonej, tak absolutnej, tak obsesyjnej miłości?

1.Wybraniec

Mój kuzyn Angelo gestykuluje niecierpliwie. „Idź, idź!” – szepcze, ale jego twarz wygląda, jakby krzyczał. A ja jestem kompletnie sparaliżowany, pokryty gęsią skórką od stóp do głów, chciałbym zapaść się pod ziemię ze wstydu.

Przez głośnik właśnie wywołano moje nazwisko – zostałem królem strzelców turnieju. Jest piękny letni wieczór i wszyscy zgromadzeni na trybunie przy boisku Fortitudo zaczynają klaskać. To jakieś dwa tysiące osób. A ja mam zaledwie sześć lat.

– Totti. Francesco. – Kierownik milknie na chwilę. – Gdzie on się podział? Francesco?

Angelo klaszcze mi tuż przed twarzą, jakby chciał powiedzieć: „Ej, obudź się! Twoja kolej!”. Odpowiadam mu paskudną miną ze zmarszczonym czołem. Dla niego, mojego najlepszego przyjaciela z dzieciństwa, syna brata mojej mamy, to łatwe: zawsze miał niezły tupet, zwłaszcza w relacjach z dorosłymi, i to nie tylko dlatego, że jest o dziesięć miesięcy starszy ode mnie.

– Francesco! – Kierownik w końcu mnie zauważył i teraz woła głośno, przywołując mnie gestem wielkiej dłoni. – Chodź, chodź!

Wszyscy powtarzają słowa po dwa razy, jakbym był opóźniony, a ja tymczasem jestem tylko nieśmiały. Bardzo nieśmiały. Biorę się w garść. Głęboki oddech i wchodzę po schodkach prowadzących na szczyt trybuny, gdzie wręczane są nagrody.

Gram w Fortitudo od około roku. Boisko jest tuż pod domem, w samym sercu dzielnicy. Wszystkie dzieci z Porta Metronia zapisały się do zespołu i co roku w lecie organizowany jest turniej, w którym udział bierze 12 ośmioosobowych drużyn. My nazywamy się Botafogo i wygraliśmy w finale z Flamengo. Naszym kapitanem jest ktoś inny, więc tego wieczoru przyszedłem na turniej spokojny. Przecież to i tak on musiałby odebrać puchar. Nie wiedziałem jednak, że będą też wyróżnienia indywidualne. Kierownik wręcza mi nagrodę. Gdzieś tam są mama i tata, ale ich nie widzę. Tymczasem Angelo, który oczywiście jest ze mną w drużynie, uśmiecha się zadowolony, myśląc, że pokonałem nieśmiałość. Ależ skąd! Chciałbym zapaść się pod ziemię, ale kiedy już skierują się na ciebie oczy dwóch tysięcy osób, nie możesz udawać, że nic się nie stało. Zakłopotany myślę, że grzecznie byłoby podziękować, ale tego, że miałbym coś powiedzieć do mikrofonu, nie biorę nawet pod uwagę. Wbijam wzrok w ziemię i jak tylko czuję, że uścisk ręki kierownika trochę się rozluźnił, wymykam się z nadzieją, że ludzie skupili się już na kolejnym nagrodzonym. Schodzę szybko po schodkach, wracam na boisko i wpadam w opiekuńcze ramiona moich kolegów z drużyny. Pokazuję im nagrodę, kryjąc się dokładnie w środku grupki. Pisk sygnalizuje, że głośnik znów się włączył. Głos kierownika jest monotonny. Nie brzmi, jakby ogłaszał coś nowego. „Najlepszy zawodnik turnieju: Totti Francesco”. O nie!

Nieśmiały? Bez wątpienia. Cichy? Przede wszystkim. Mija sporo czasu, zanim zacznę poprawnie mówić. Prawie pięć lat. Z trudem składam sylaby, dlatego mama regularnie prowadza mnie do logopedy, żeby się dowiedzieć, czy nie mam jakiegoś poważnego problemu z krtanią. „Niech się pani nie martwi – zapewnia ją specjalista po przeprowadzeniu badań. – Francesco musi po prostu »wystartować«. Niech sobie pani wyobrazi samochód na hamulcu ręcznym. Tutaj jest tak samo. On musi go tylko zwolnić”. Ma rację. Jak to się dzieje u wszystkich dzieci, kiedy już zacznę, nie muszę o tym więcej myśleć.

Patrząc z perspektywy czasu, myślę, że ta moja niechęć do odzywania się mogła wynikać także ze smutku związanego z dziadkiem Costante, ojcem mojej mamy, który po amputacji nogi zamieszkał z nami i nie czuł się dobrze. Przez całe życie pracował jako konserwator chłodni i bez wątpienia to właśnie ciągłe przeskoki między zimnem a gorącem wywołały u niego gangrenę. Spaliśmy w tym samym pokoju i co wieczór, udając, że śpię, zafascynowany obserwowałem wysiłki mojej matki, żeby zdjąć mu protezę i odłożyć ją obok kaloryfera. Byłem przekonany, że odrywała mu nogę, i strasznie mnie to przerażało. Pewnej nocy, poczekawszy, aż dziadek zacznie chrapać, wstałem i zakradłem się, żeby dotknąć protezy. Odkryłem, że była z drewna. Biegiem wróciłem do łóżka, ryzykując, że go obudzę, i ukryłem głowę pod poduszką. Później, kiedy już chodziłem do szkoły, jego stan bardzo się pogorszył i mama poprosiła sąsiadkę, panią Schibba, żeby przyjęła mnie na jakiś czas. Tata wziął rozkładany fotel i zaniósł do jej domu. Chodziłem do szkoły z jej córkami, Flavią i Robertą, więc czułem się tam dobrze. Kiedy dziadek Costante zmarł, mama, porządkując jego rzeczy, pokazała mi legitymację dożywotniego członka Romy. Był z niej bardzo dumny.

Często zdarza się, że zostaję sam w domu. A jestem trochę tchórzliwy. O poranku tata wychodzi do banku do pracy, mój brat Riccardo – o sześć lat starszy – jest już w szkole, a mama musi pójść na zakupy. Przypomina mi więc zasady, a potem wychodzi. Leżę w łóżku. Dwie minuty po tym, jak słyszę zamykające się drzwi i jej kroki na schodach, zaczynam się bać. Czuję czyjąś obecność w drugim pokoju, słyszę dziwne hałasy, skrzypienie, szuranie po podłodze, jakiś stłumiony, może metaliczny dźwięk. Chowam się wtedy pod kocem, udając martwego, i myślę, że kiedy złodziej – ponieważ tam na pewno jest jakiś złodziej! – wejdzie sprawdzić pokój, zdziwi się i zasmuci, że leży w nim martwe dziecko. I sobie pójdzie. Taka strategia jest może trochę ponura, ale doskonale się sprawdza, ponieważ nikt nigdy nie wchodzi do pokoju. A przynajmniej nikt nigdy nie unosi koca. Kiedy widzę, że i tym razem udało mi się przetrwać, włączam telewizor – tata zrobił mi świetny prezent, kupił drugi odbiornik, mniejszy od tego z salonu, i postawił go w moim pokoju – szukam ChiPs, mojego ulubionego serialu, i ustawiam głośność na maksimum, żeby nie słyszeć niepokojących hałasów. Po kilku minutach do pokoju wpada zdyszana mama – nawet nie słyszałem, że wróciła – i gwałtownie ścisza. „Oszalałeś? Ogłuchniesz od tego!” Trochę się dąsam, ale tak naprawdę jestem szczęśliwy, że przetrwałem kolejną próbę samotności i przede wszystkim że wróciła. (Między nami mówiąc, ten strach nigdy całkiem nie minął. Nawet dziś, jeśli w nocy włączy się alarm w naszym domu, udaję, że śpię, żeby to Ilary wstała i sprawdziła, co się dzieje…)

SerialCHiPs podobał mi się, bo było w nim wszystko, o czym marzyliśmy w tamtych czasach: dwóch amerykańskich policjantów patrolujących na motocyklach autostrady Kalifornii. Czy można chcieć czegoś więcej niż harleya-davidsona? Po południu leciał z kolei najpierw serial Magnum, a potem – oczywiście – Kapitan Tsubasa. Nie znam ani jednego zawodnika mojego pokolenia, który w dzieciństwie nie pochłaniałby kreskówek o małych japońskich piłkarzach. Ale były to czasy, kiedy ulica naprawdę przyciągała, bo w dzielnicy wszyscy się znali, a mamy pozwalały nam wychodzić bez obaw, bo i tak kontrolowały nas dziesiątki oczu. Ci sklepikarze z via Vetulonia na przykład, którzy, inaczej niż dziś, nie spędzali całego dnia za ladą, ale ustawiali się w drzwiach, albo i na zewnątrz, na chodniku, rozmawiając między sobą, z przechodniami albo nawet z nami, dzieciakami. Wszystkie ich dzieci były moimi przyjaciółmi. Był Antonio, zwany Umarlakiem, bo zawsze był blady, był Dzieciak, było dwóch Giancarlów, Pantano i Ciccacci, oraz Marco i Sonia, których tata pracował w barze. No i oczywiście mój kuzyn Angelo, z którym byliśmy nierozłączni. W sumie niezła banda, ale złożona z samych fajnych dzieciaków. Nigdy nie nabroiliśmy naprawdę poważnie. No, prawie nigdy.

Pewnego razu, miałem może dwanaście lat, Angelo, Dzieciak i ja wyszliśmy na ulicę bez piłki i zobaczyliśmy, że na dziedzińcu szkoły dwóch braci wymienia podania. Nie należeli tak naprawdę do naszej ekipy, ponieważ pokazywali się tylko od czasu do czasu. Musieli mieć rodziców, którym bardzo zależało na nauce. Ale znaliśmy się, więc byliśmy pewni, że możemy do nich dołączyć. Wtedy brakowałoby już tylko jednej osoby, żeby zagrać fajny meczyk trzech na trzech. A tymczasem oni wcale do nas nie podają! Co za goście! Przedrzeźniają nas: „piłka jest nasza, a wy nie gracie, na, na, na, na, na”. Im bardziej my nalegamy, tym bardziej oni się oddalają, pilnując, żeby piłka nie znalazła się w naszym zasięgu. Dzieciak jest z nas najbardziej porywczy i to on w takich sytuacjach przejmuje inicjatywę. Bierze łańcuch, którym zwykle przywiązuje rower do słupka, i zaczyna jeździć nim po bramie do szkoły, co powoduje niepokojący hałas. Ale ci dwaj to prawdziwe uparciuchy. Nie zamierzają ustąpić po dobroci. W końcu zaczynamy się przepychać. Nie mają szans: w tym wieku liczy się to, jaki jesteś duży, ale też ile czasu spędziłeś na ulicy. Bracia uciekają, zostawiając piłkę do naszej dyspozycji. Zaczynamy grać szczęśliwi, że zwyciężyliśmy pojedynek, i szybko zapominamy o sprzeczce. Tylko my. Kiedy po południu wracamy do domu, mamy czekają już na nas przed wejściem. Wściekłe jak nigdy. Właśnie wróciły z komisariatu przy via Cilicia. Krótko mówiąc, rodzice antypatycznych chłopców zgłosili atak i kradzież piłki, a policjanci – którzy nas znają – wezwali nasze mamy, żeby rozwiązać sprawę bez dalszych kroków prawnych. W zamian za to, poza zwrotem kosztu piłki, one obiecały solidnie nas ukarać, więc przed kilka dni musimy zapomnieć o popołudniowym włóczeniu się po dzielnicy. Ale na tym nie koniec. Następnego dnia w szkole czeka nas ciąg dalszy. Jestem w klasie, kiedy słychać pukanie do drzwi. Pani profesor Paracallo – wielkie babsko, które uczy muzyki – wsuwa głowę do środka, przeprasza nauczyciela przy biurku, i zwraca się do mnie podejrzanie słodkim głosem: „Francesco, czy mógłbyś wyjść na chwileczkę?”. Nie mogę odmówić, chociaż czuję, że coś się święci. I mam rację. Jak tylko wychodzę, ta rzuca się na mnie jak błyskawica i łapie mnie za ucho. Drugą ręką w ten sam sposób trzyma Angelo, nie zważając na jego protesty. I tak, prowadząc nas dosłownie za uszy, zabiera nas na przechadzkę po całej szkole, nie opuszczając ani jednego piętra. W międzyczasie odzywa się dzwonek na przerwę i wszyscy uczniowie, którzy wychodzą z klas, widzą nas i się śmieją. Muszą być wśród tego cieszącego się tłumu także i ci dwaj przeklęci bracia. Obciach absolutny i totalny.

Naturalnie to nie przypadek, że najgorsza z moich „przygód” związana była właśnie z piłką. Tata opowiadał mi, że mając ledwo osiem miesięcy, na wakacjach w Porto Santo Stefano robiłem niezły show, popychając nogami po kamienistej plaży pomarańczową piłkę Super Santos, którą wcześniej podarował mi jako pierwszą z długiej serii. Nie chcę się tu popisywać, ale w wieku ośmiu miesięcy dzieci zwykle nawet nie chodzą, ja tymczasem prowadziłem piłkę, i to w dodatku po nierównej powierzchni. Zresztą, podobno nawet z nią spałem. Żadnych zabawek, żadnych modnych wtedy figurek Jeeg Robot, tylko moja piłka Super Santos. Widać, że od początku czułem, jaki wpływ będzie miała na moje życie.

Wychodziłem na ulicę codziennie. Wracałem ze szkoły – czyli przechodziłem przez ulicę, bo szkoła podstawowa im. A. Manzoniego znajdowała się dokładnie naprzeciwko mojego domu – jadłem coś i siadałem na balkonie, żeby się uczyć. Bynajmniej nie po to, żeby korzystać ze świeżego powietrza. Chciałem po prostu jak najszybciej zobaczyć twarz wracającej do domu mamy, żeby wychylić się i krzyknąć, że wszyscy na mnie czekają. „Uczyłeś się?” – to pytanie było wstępem do jej kapitulacji, ponieważ w odpowiedzi krzyczałem tylko „tak” i od razu byłem zbyt daleko, żeby usłyszeć jej ewentualną ripostę.

Nasza paczka składała się z trzydziestki dzieciaków i uważaliśmy, że nasza dzielnica jest najpiękniejsza w Rzymie. Robotnicza, ale nie biedna, pełna podwórek, na których można było grać w piłkę, a przede wszystkim tchnąca życiem, z ludźmi na ulicy o każdej porze dnia i nocy. Moja rodzina była bardzo rozrzucona po mieście. W niedzielę często odwiedzaliśmy krewnych na Zatybrzu albo w dzielnicy Testaccio. To były przyjemne wycieczki, ale ja naprawdę dobrze czułem się tylko w Porta Metronia. Tyle gry w piłkę, tyle wyścigów, tyle niewinnych żartów! Przez jakiś czas modna była zabawa w dzwonienie domofonem, w czasie której należało, zamiast po prostu uciec, przedstawić się jakimś sławnym nazwiskiem. Mnie przypadł w udziale Gerry Scotti*. „Kto tam?”, „Gerry Scotti!”. A potem zwiewałem gdzie pieprz rośnie. W piłkę graliśmy na podwórku, ale także na ulicy, ponieważ sklepy nie były wtedy otwarte przez cały dzień i o drugiej drzwi do nichzamykały się, zmieniając się aż do piątej w najlepsze bramki, o jakich moglibyśmy marzyć. Ludzie nie byli zadowoleni z tego powodu. Każda piłka kopnięta mocno o rolety robiła głośny hałas, po którym słyszeć się dało protestujące głosy, ale nikt z nas się tym nie przejmował. Graliśmy „w stylu niemieckim”, czyli krótkimi podaniami i w powietrzu. To taka typowa chodnikowa zabawa, w której chodzi o to, żeby piłka nie wyleciała na ulicę. W roku scudettostrzeliliśmy w ten sposób gola w Perugii. Wymieniliśmy wiele podań w strefie bramkowej, a piłka ani razu nie dotknęła murawy. Największy problem mieliśmy, kiedy piłka wpadała nam na zamknięty dziedziniec szkoły. Trzeba było zadzwonić domofonem do stróża, który był raczej gburowaty, mając nadzieję, że odbierze jego syn, Gigi, nasz rówieśnik. Był to chłopiec, który prawie nigdy nie wychodził z domu, raczej samotnik, ale dobry i miły w odróżnieniu od dwóch braci od tej afery z zawiadomieniem policji. Pomagał nam w kłopocie i oddawał piłkę raz, dwa, trzy razy w ciągu popołudnia. Bardzo go za to lubiłem.

Niełatwo jest wskazać precyzyjnie jeden moment w dzieciństwie, kiedy zdałem sobie sprawę ze swojego talentu, ponieważ zawsze tak było, już od czasów Porto San Stefano. Chcę po prostu powiedzieć, że to nie jest jakaś supermoc, która spłynęła na mnie zrządzeniem losu, jak to się dzieje w komiksach, ale cecha wrodzona. Może pierwszy przebłysk świadomości pojawił się w czasie gry w kaczuszki. To taka zabawa strzelecka, której uczysz się jako dziecko. Grupka dzieciaków ustawia się w rzędzie na szczycie schodów – my bawiliśmy się w ten sposób przed szkołą – i na hasło „start” porusza się zygzakiem: najpierw w bok, a potem w dół, schodząc stopień za stopniem aż do ich podstawy. W odległości około dziesięciu metrów stoi strzelec, który ma przed sobą kilka piłek. Musi nimi ustrzelić „kaczuszki”, zanim dojdą do końca ścieżki. Zabawa ta jest prosta tylko z pozoru, ponieważ musisz trafić całą serię poruszających się celów, zachowując spokój, w miarę jak zbliżają się one do mety, a czasu zaczyna coraz bardziej brakować. Poza tym piłki, które masz do dyspozycji, różnią się między sobą: jedna jest skórzana i porządnie napompowana, druga sflaczała, kolejna z plastiku, następna do siatkówki… Musisz kopnąć wszystkie z odpowiednią siłą, inną dla niemal każdej z nich. Cóż, gdy zagrałem po raz pierwszy – miałem wtedy jakieś pięć czy sześć lat – ustrzeliłem wszystkie cele.

Kiedy teraz o tym myślę, przypominam sobie wyraz niedowierzania na twarzy Angelo i pozostałych. „Zrób to jeszcze raz” – mówi ktoś, a ja powtarzam ćwiczenie, tym razem psując jeden ze strzałów. Czuję, jak narasta we mnie złość, bo bardzo angażuję się w rywalizację i niezbyt dobrze znoszę porażki. Obawiam się, że ten błąd, jeden na tle tuzina strzałów celnych łącznie w pierwszej i drugiej serii, może w jakiś sposób zepsuć mój występ. Dopiero wyraz twarzy Angelo (jak zawsze) upewnia mnie, że ich zdumienie nie osłabło ani odrobinę. I wtedy czuję coś pomiędzy radością i niedowierzaniem. Wydaje mi się, że to zbyt piękne, żeby było prawdziwe, ale mam wrażenie, że jestem coraz lepszy w tej grze, która każdego dnia bardziej mnie pasjonuje.

W ciągu mojej kariery powtarzano mi wiele razy, że dostałem od losu pocałunek na szczęście. Moja mama, kiedy pozna kogoś bliżej, opowiada jednak o innym pocałunku, i muszę powiedzieć, że nawet mi byłoby trudno w to uwierzyć, gdyby jej słów nie potwierdzała pewna fotografia. Historia sięga czasów mojej pierwszej klasy, kiedy cała szkoła została przyjęta na papieskiej audiencji w Watykanie w słynnej Auli Pawła VI. Przepychając się i torując sobie drogę łokciami, mama zajmuje miejsce przy barierkach, gdzie może być pewna, że znajdzie się o krok od Jana Pawła II. Kiedy papież pojawia się na początku drogi, która doprowadzi go prosto do niej, mama bierze mnie na ręce. Jestem ubrany w dres tak żółty, że wygląda jak koszulka reprezentacji Watykanu, a do tego jestem blondynkiem. Wyglądam jak prawdziwy, mały aniołek. Przechodząc, papież głaszcze dzieci ukryte w ramionach mam i dotyka delikatnie także moich włosów. To dla mnie naprawdę coś! Odchodzi kawałek, a potem niespodziewanie się zatrzymuje. Zamiera także mama, która miała mnie właśnie postawić na ziemię. Jan Paweł II odwraca się, cofa o dwa kroki, pochyla i całuje mnie w czoło. Nie wiem, jak jej się to udaje, ale mama na szczęście nie mdleje z wrażenia, a ja nie ląduję na posadzce. Przyjaciółka, która jej towarzyszy, zaczyna krzyczeć: „Fiorella! Papież wybrał Francesco! Wrócił, żeby go pocałować!”, a gdy wśród mam dzieciaków z mojej klasy wybucha zamieszanie, ktoś zwija jej portfel z torebki. Uwaga wszystkich skupia się natychmiast na kradzieży, która zostaje błyskawicznie odkryta. I bardzo dobrze, ponieważ ten pocałunek w czoło od papieża był dla mamy prawdziwym szokiem. Nawet dziś, kiedy wracamy do tego tematu, ona podtrzymuje tezę, że w tym dniu stałem się w jakiś sposób Wybrańcem, jak w Ameryce mówi się na LeBrona Jamesa. Moja kariera miałaby tego dowodzić. To rzeczywiście sugestywna historia, a potwierdza ją zdjęcie zrobione właśnie w tamtej chwili, ale Pan ma ważniejsze rzeczy do roboty niż rozdzielanie piłkarskiego talentu. Jan Paweł II pocałował mnie w czoło, bo byłem blondynem i miałem piękny, żółty dres. Koniec historii.

W kaczuszki szybko staję się niepokonany. Prawie nigdy nie psuję strzału. Żeby zabawa miała sens, musimy dzielić się na drużyny tak, by w mojej było coraz mniej osób. Żebym musiał nie tylko myśleć o trafianiu w cele, ale też o poprawianiu błędów kolegów. Nadal jednak wygrywam, eliminując moich, zanim dojdą do połowy drogi, a potem zajmując się pozostałymi. Tajemnicą sukcesu są dwa czynniki. Pierwszy to ostry strzał: piłka styka się z podbiciem stopy ledwie przez ułamek sekundy, a potem szybko porusza się po prostym torze. Cel nie ma czasu na unik, choćby nawet bardzo się starał. Strzeliłem taką bramkę Interowi kilka lat temu na San Siro po podaniu Gervinho: szybki, prosty strzał tuż przy słupku z linii pola karnego. Jeden z ostatnich tak pięknych goli i pierwszy w meczu zakończonym wynikiem 3:0. Drugi czynnik to umiejętność opanowania w ułamku sekundy piłek, które trafiają do ciebie od tych, którzy powinni je zbierać, a którzy wybijają je na oślep w strefę strzału. Prawie wszyscy tracą czas, bo muszą gonić piłkę, która odskoczyła po złym przyjęciu. Mnie to się nie zdarza właśnie dzięki świetnej technice, a w czasie rywalizacji drużynowej zyskane w ten sposób sekundy mają decydujące znaczenie.

Wygrywanie jest wspaniałe, ale ja najbardziej lubię poczucie, że koledzy mają do mnie zaufanie i są pewni wyniku, jeśli trafiają do drużyny razem ze mną. Już od czasu kaczuszek odpowiedzialność nigdy nie była dla mnie stresująca, a przy okazji niektórych rzutów karnych w ważnych meczach zdarzało mi się, jeszcze przed strzałem, uciekać myślami do tamtego szkolnego podwórka. Ale o tym opowiem wam później. Mogę tylko przyrzec, że także w czasach via Vetulonia w grę wchodziły prawdziwe emocje. No i perspektywa zarobku: tata codziennie dawał mi tysiąc lirów na przekąskę, a ja odkładałem je, bo i tak zawsze wygrywałem lody. Byłem takim pewniakiem, że kiedy pewnego razu zdarzyło mi się przegrać, wydałem fortunę, bo wszyscy to wykorzystali. Żadne tam drobiażdżki za grosze, ale twistery, śmietanka i czekolada. Smakołyki dla bogaczy. Ale takie okazje nie zdarzały się im zbyt często…

Myślę, że pierwszą osobą, która zdała sobie sprawę z rozmiaru mojego talentu, był mój tata Enzo. To zdrobnienie od Lorenzo, ale najczęściej nazywają go Szeryfem, bo lubi mieć wszystko pod kontrolą i czegokolwiek byś potrzebował, może ci to załatwić w pół godziny. Upierał się, żeby zabierać mnie na targ przy piazza Epiro, gdzie grali w piłkę duzi chłopcy, żebym miał możliwość się sprawdzić. Odprowadzał mnie na plac i wiedząc o mojej nieśmiałości, sam pytał, czy mogę dołączyć do gry. Na początku reagowali z powściągliwością, widzieli, że jestem mały, i bali się, że zrobią mi krzywdę, ale trudno jest odmówić dorosłemu. Dołączałem więc do jednej z drużyn i szybko, pod przebiegłym i zadowolonym spojrzeniem taty, okazywało się, że mecz trzeba przerwać, bo moje wejście zaburzyło równowagę sił. „Podzielmy się na drużyny od nowa” – padało hasło i nieuchronnie jako pierwszy wybierany byłem właśnie ja. A raczej Gnom, bo taka była moja ksywka w tamtych czasach. Jako że o rośnięciu nie chciałem nawet słyszeć, mama, zaprowadziwszy mnie do lekarza i zapytawszy ostro – niemal jakby to była jego wina – dlaczego do diaska jestem ciągle taki malutki, zaczęła mi podawać mleczko pszczele. W tamtych czasach było ono bardzo modne, jak jakiś magiczny napój druida z Asterixa, ale smak miało naprawdę paskudny. Już lepsza była karnityna, kolejny środek wspomagający wzrost, który przynajmniej miał tę zaletę, że smakował jak wiśnie. Kiedy przeczytałem o problemach, jakie miał Messi jako dziecko w Argentynie, poczułem ducha solidarności. Ja „wystartowałem” w wieku dwunastu lat. I Gnom szybko trafił do kufra z zapomnianymi ksywkami.

Kiedy spędzasz tak dużo czasu na ulicy, stajesz się nieuchronnie dzieckiem całej dzielnicy. Wszyscy cię znają, wybaczają ci wygłupy (jak wodne ataki na kierowców, którzy nie mieli klimatyzacji i w lecie jeździli z otwartymi oknami), pilnują, żebyś nie wpakował się w kłopoty, i traktują cię z sympatią. Na przykład tapicer, który miał sklepik obok mojej klatki, pan Corazza, kiedy wszyscy trochę podrośliśmy, zaczął przerywać nam mecze, żeby zaproponować drobne, ale całkiem nieźle płatne prace – pięćset lirów za wniesienie fotela na parter, tysiąc za kanapę na drugie piętro – a robił to tak, żeby wystarczyło dla wszystkich, bo naprawdę je sobie wyrywaliśmy. Posiadanie pieniędzy zaczynało być wygodne. Ja wydawałem je głównie na grę na automatach, a w barze pana Lustri byłem liderem na wszystkich maszynach. Długa seria FRA wypełniała tabelę rekordów i kiedy ktoś odważył się w nią wepchnąć – pamiętam niejakiego PAO często pojawiającego się w klasyfikacji – musiałem go wykasować, choćby kosztem gry do wieczora. Wydawałem w ten sposób moje pierwsze zarobki, podczas gdy inni wychodzili z dziewczętami albo kupowali papierosy. W sumie była to manna z nieba dla nas wszystkich. A ponieważ jako jeden z pierwszych otrzymałem motocykl, często dostawałem grupowe zlecenie, żeby kupić lukrecjowe cukierki na straganie przed kinem Maestoso. Albo żeby pojechać po wodę do źródła Egeria, ponieważ ta z supermarketu smakowała plastikiem.

Dzisiejszym młodym piłkarzom bardzo brakuje ulicy i już to stwierdzenie wystarczy, żeby zrozumieć, dlaczego poprzednie pokolenia obfitowały w talenty, podczas gdy dziś znalezienie jednego wydaje się takie trudne. My spędzaliśmy pięć, a w lecie nawet dziesięć godzin dziennie na podaniach, strzałach lub meczach, co – choć wielu uzna, być może słusznie, że za bardzo generalizuję – jest ciągle najlepszym sposobem, żeby rozwijać technikę, instynkt i boiskową sztukę przetrwania. Dzisiaj gra w piłkę jest zabroniona wszędzie poza ośrodkami sportowymi, gdzie od razu trafiasz do klubu, a zabawa staje się treningiem. Czasem miałbym ochotę powiedzieć do słuchu tym trenerom, którzy zalecają dziecięcym drużynom trening powtórzeniowy, ale rozumiem, że teraz tak to funkcjonuje. Przygotowanie fizyczne jest jednym z głównych celów. Inne podejście byłoby dziwne. Mój syn Cristian jest uprzywilejowany, ponieważ ma boisko piłkarskie w ogrodzie, i kiedy nie musi się uczyć, zachęcam go do zapraszania przyjaciół, żeby robili to, co robiliśmy my: pół godziny podań i strzałów na rozgrzewkę, a potem mecz. To jest właśnie piłka nożna, w której się zakochujesz. Cała reszta to praca niezbędna, kiedy zbliżasz się do wieku ewentualnego zawodowstwa, a nie kiedy masz dziesięć lat. Bo kiedy masz dziesięć lat, musisz kombinować, jak dzięki technice, na przykład dryblingiem, pokonać przeciwnika cięższego i brutalniejszego niż ty. To proste: zawodnicy tacy jak ja, Del Piero, Baggio czy Mancini jako dzieci spędzali godziny na ćwiczeniu się w swobodnej grze w nogę, na obijaniu piłką bram garaży, na zwiewaniu, kiedy przez przypadek rozbiło się okno zakrystii, przed księdzem, który nawet jeśli cię złapał, to i tak nic ci nie zrobił. Via Vetulonia była dla mnie właśnie tym: moim cudownym placem zabaw. Cennym i opiekuńczym. Mieszkaliśmy tam do sezonu poprzedzającego zdobycie scudetto. Skończyłem wtedy 24 lata, a wyjście z domu bez kamuflażu stało się niemożliwe, bo ulice mojej dzielnicy, zwłaszcza po pięknej wygranej, wypełniały się kibicami, którzy chcieli mnie zobaczyć, dotknąć, uściskać. Na początku mojej popularności Porta Metronia zamykała się na cztery spusty, żeby zapewnić mi sekretne ścieżki, którymi mogłem uciec, jeśli pojawiła się taka potrzeba. Byłem już kapitanem Romy, a jednak spędzałem czas wolny w garażu, grając w karty ze starymi kolegami. Kiedy potem musiałem wyjść, a tłumek dziewczyn czekał na mojego mercedesa, blacharz Catalani pożyczał mi jakiś poobijany samochód, żeby nie rzucał się w oczy. I rzeczywiście, żadna nie zaszczyciła nawet jednym spojrzeniem odrapanego cinquecento albo golfa z wgniecionym bokiem, kiedy powoli wjeżdżały po podjeździe do garażu.

Ale cud via Vetulonia tutaj właśnie się kończy. Nie da się wskazać jednego dnia, w którym zdaliśmy sobie sprawę, że czas odejść. A może tak? Pamiętam rozłożone szeroko ręce mojej mamy, jakby chciała powiedzieć: „Co ja mogę zrobić?”, kiedy sąsiadka zauważyła, że trzeci raz w ciągu tygodnia ukradziono wycieraczkę sprzed drzwi wejściowych do budynku. Fetyszyzm kibiców może ich doprowadzić bardzo daleko, ale wtedy tego jeszcze nie wiedziałem. Trzy „wycieraczki Tottiego” w ciągu tygodnia były jak milczący wyrok eksmisji, nawet jeśli była to eksmisja przeprowadzona z ciężkim sercem, bo wszyscy nas kochali. Ale na spotkaniach lokatorskich temat napisów malowanych sprejem na ścianach kamienicy (w większości miłych i wspierających, choć nie brakowało i pierwszych ataków kibiców Lazio) był już stałym punktem programu. Zanim więc dzielnicowe poczucie wspólnoty zdążyło zmienić się we wrogość, zdecydowaliśmy się na przeprowadzkę do spokojnego domu w dzielnicy Casal Palocco, niedaleko Trigorii, przy via del Mare. Choć zrodzona z miłości, presja kibiców stała się nieznośna.

2.Poza skalą

Jako chłopiec zdobywam lawinę bramek: potrafię umieścić piłkę mniej więcej tam, gdzie chcę, a w dodatku robię to w przebiegły sposób. Bramkarze są niscy, często nawet z wyskoku nie potrafią dosięgnąć poprzeczki, wystarczy wycelować tuż pod nią i sprawa załatwiona. W Fortitudo zostaję przez dwa lata i uczę się podstaw, czy raczej zaczynam szlifować coś, co bez wątpienia mam w środku. Praca ciałem na przykład: w zależności od tego, co robisz z piłką – biegniesz, podajesz, strzelasz – ciało musi jej towarzyszyć, osłaniać ją lub popychać. Wystarczy mi raz udzielona instrukcja, żeby dobrze wykonywać ćwiczenia, a nauczycieli od pierwszego dnia uderza łatwość, z jaką przychodzi mi kontrola nad piłką. Mówią, że gwarantuje mi ona więcej spokoju przy wyborze właściwego rozwiązania. W języku nowoczesnej piłki nazwano by to „zyskiwaniem czasu na boisku”. Mój sekretny sposób jest stary jak świat i nieustannie go wszystkim doradzam, choć obawiam się, że zniknął już z dzisiejszych szkółek piłkarskich: ściana. Ściana to najuczciwsza towarzyszka, jaką możesz znaleźć. Jeśli podajesz jej dobrze, ona dobrze ci oddaje. Ale jeśli podajesz jej źle, ona także oddaje ci źle. Talent i dużo kopania o ścianę – od dziecka, o ścianę szkolnego budynku – najlepiej uczą kontroli. A kontrola to drzwi wejściowe do prawdziwej piłki.

Dyrektor techniczny Fortitudo nazywa się Armando Trillò i pewnego dnia prosi mnie o podpisanie karteczki, która potwierdza moją przynależność do klubu. Kiedy wracam do domu i opowiadam o tym mamie, ona zaczyna się niepokoić. „Co podpisałeś?!? Przecież masz sześć lat!” I drze kartkę na kawałki. W rzeczywistości nie ma się czego obawiać. Z prawnego punktu widzenia mój podpis jest bezwartościowy, to jedynie praktyka, która ma emocjonalnie przywiązać młodych graczy do klubu, w którym dorastają. Ale pan Trillò nie chce mnie zatrzymywać i kiedy moja mama idzie do niego z pretensjami, mówi jej cicho konspiracyjnym tonem: „Pani Totti, pani syn ma coś szczególnego. Kiedy gra w piłkę, nie jest dzieckiem jak inne. I nie chodzi o to, że jest lepszy. To coś zupełnie innego”. Doradza, żeby przenieść mnie do klubu bardziej zorientowanego na współzawodnictwo. Fortitudo działa tylko w obrębie dzielnicy.

Okazja nadarza się, kiedy drużyna Smit (to skrót od Santa Maria In Trastevere) organizuje testy dla chłopców w moim wieku. Jest październik 1985 roku, a ja właśnie skończyłem dziewięć lat i gram na poziomie Esordienti**. Zostaję zaproszony razem z Angelo, który także gra w Fortitudo. W pierwszej połowie siedzimy na ławce rezerwowych, a ja zadaję sobie pytanie, po co przyjechaliśmy. W drugiej połowie wchodzimy i zaczynam popisy ze świadomością, że czas jest ograniczony. Dobrze radzi sobie także Angelo, który gra na środku ataku. Po zakończeniu meczu osoba odpowiedzialna za testy podbiega do nas: „Bierzemy was. Obu”. Jestem w siódmym niebie. Angelo mniej. Idziemy pod prysznic, pokazuję mu, że szafki i wieszaki są metalowe, a nie drewniane jak w Fortitudo. Szukam czegoś, co mogłoby go przekonać do powiedzenia „tak”, ale koniec końców on jednak rezygnuje. Drużyna Smit trenuje na boisku 65 San Tarcisio, pod mostem Marconi. To rzeczywiście daleko od naszego domu, ale mi wystarczył ten jeden testowy mecz, żeby zrozumieć, że czas zrobić krok do przodu. Angelo nie chce się przenieść, więc musimy się rozdzielić. Oczywiście tylko jeśli chodzi o drużynę, bo poza nią będziemy dalej trzymać się razem, ale warto zauważyć, że magia piłki po raz pierwszy sprawia, że pokonuję nieśmiałość. Pewna siebie twarz Angela u mojego boku daje mi poczucie bezpieczeństwa, ale pojawiająca się szansa rozwinięcia mojej pasji jest ważniejsza. W wieku dziewięciu lat jestem nadal dzieckiem, ale po raz pierwszy rozumiem, że marzenie o byciu piłkarzem ma szansę się spełnić. Albo przynajmniej że wiele zależy ode mnie.

Zostaję w Smit niecały rok, ale to cenne doświadczenie, które wprowadza mnie w świat rywalizacji. Pamiętam wszystko. Pierwszy mecz, przeciw zespołowi Spes Omi, wynik 0:0. Pierwsza wygrana, przeciw Tre Fontane. Pierwszy gol, przeciw Ina Casa: ulewny deszcz, strzał Scano, mojego kolegi z drużyny, obroniony przez bramkarza i ja, najszybciej ze wszystkich dochodzący do odbitej piłki. Pierwsze gratulacje przeciwników po golu strzelonym Agip Petroli (trzech ogranych obrońców i bramkarz złapany na wyjściu). Po prostu – rozwijam się szybko i z impetem. A moje nazwisko zaczyna przechodzić z ust do ust.

W tym roku po raz pierwszy trafiam także do Trigorii, a dla małego romanisty wizyta w kwaterze głównej Romy to wielkie przeżycie. Drużyna Smit zostaje zaproszona na dziecięcy turniej Primi Calci, wygrywamy dwa mecze i przegrywamy finał, ale ja korzystam przede wszystkim z okazji, żeby zajrzeć do każdego kąta otwartego dla gości. Warto też wspomnieć o turnieju w Maccarese, ponieważ wygrywamy go, a ja zostaję uznany za najlepszego zawodnika. To mój ostatni sukces w Smit, bo swoje zainteresowanie wyraża już ekipa Lodigiani, ale pamiętam świętowanie z naszym trenerem Carlo Barigellim, który jest przyjacielem taty. To on właśnie zorganizował testy do Smit.

Lodigiani to trzecia, po dwóch wielkich, drużyna Rzymu. Lista piłkarzy, którzy z jej młodzieżówek trafili do Serie A, jest bardzo długa. Wszyscy mówią mi, że to najlepsza droga, żeby się wybić. Na meczu próbnym nie gram nawet minuty. Nie ma potrzeby. Każą mi pożonglować piłką w ramach rozgrzewki, obserwują przez chwilę, a potem zatrzymują: „Bardzo dobrze, Francesco. Jesteś taki, jak nam mówili. Bierzemy cię”.

Głównym kierownikiem jest Rinaldo Sagramola. Jako dorosły spotkam go w roli dyrektora wielu klubów Serie A. Powierza mnie pod opiekę dwóm trenerom. To Emidio Neroni i Fernando Mastropietro. Gram najpierw w drużynie Esordienti, a potem Giovanissimi. W oczekiwaniu na to, aż osiągnę przyzwoity wzrost – nadal jestem Gnomem – Neroni ustawia mnie przed obroną. Reżyseruję grę na środku boiska, czyli w praktyce jestem takim małym Pirlo. Ta pozycja bardzo mi się podoba, potrafię podawać długie, precyzyjne piłki, w każdym meczu stwarzając kolegom dziesięć świetnych okazji do zdobycia bramki. Ale kiedy w końcu zaczynam rosnąć, Mastropietro przesuwa mnie do przodu z miną mówiącą, że czas brać się do roboty. Trafiam na środek ataku. Strzelam czterdzieści bramek w sezonie (a tutaj bramkarze już potrafią dosięgnąć poprzeczki…) i przeczuwam, że również z Lodigiani przyjdzie mi się szybko rozstać. Także tutaj jestem poza skalą. Nieprzypadkowo ani Neroni, ani Mastropietro nie dają mi nigdy koszulki z numerem 10, choć wiedzą, że bardzo bym tego chciał. Zawsze i tylko ósemka. Jak się później okaże, uważają oni, że wywierana na mnie presja rośnie w tak zawrotnym tempie, że istnieje ryzyko, iż woda sodowa uderzy mi do głowy. Numer dziesięć mógłby być kroplą przepełniającą czarę. Ponadto Neroni bardzo nalega na ćwiczenie umiejętności przyjmowania fauli, ponieważ – jego zdaniem – jest mi przeznaczone wiele ich znosić. Nie było chyba nigdy bardziej trafnej przepowiedni. Czasem spieramy się z tego powodu, bo zaczynam padać ofiarą coraz bardziej wyrachowanych ataków, ale to on ma rację: w ten sposób szlifuję swoje boiskowe zachowanie, ćwiczę się w cierpliwości. Mówiąc wprost, uczę się żyć z moim talentem.

W tym wieku presja wynika głównie z oczekiwań otoczenia, ale ja nauczyłem się, jak sobie z nią radzić już w czasach szkolnych turniejów, kiedy motto nauczycieli-selekcjonerów brzmiało „piłka do Tottiego i wszyscy do przodu”. Po kilku meczach zaczynam zauważać zarówno szczególne krycie, jakie rezerwują dla mnie przeciwnicy – zawsze miałem na plecach dwóch rywali, a w tamtych czasach grało się jeszcze z libero gotowym do akcji, w razie gdybym uciekł tamtej dwójce – jak i, przede wszystkim, dziwne spojrzenia ich rodziców: mieszanka satysfakcji wynikającej z oglądania zagrań na wysokim poziomie w meczu własnego dziecka i złości, że te zagrania nie są dziełem jego ani nawet jego kolegów z drużyny, a przeciwnika. No i byli jeszcze nasi rodzice, którzy potrafili narobić hałasu. Nie tyle moi, bo oni byli raczej cisi i wycofani, ile inni. Ojciec Davida Giubilato, kolegi z tamtych czasów, który potem został zawodowcem, naprawdę oszalał na punkcie moich trików. Słychać było tylko jego i to przynosiło prawdziwą radość!

Małe wtrącenie: w styczniu 1988 roku, na boisku Ruggeri należącym do klubu Montesacro, Lodigiani zdobywa puchar Lenzini, pokonując Lazio 2:0. Gram dobrze. Kapitan biancocelestich nazywa się Alessandro Nesta, a jego nazwisko pojawi się jeszcze nie raz w tej opowieści.

W tym okresie zaczynam także chodzić na Stadio Olimpico. Kiedy po raz pierwszy dołączam do grupy krewnych, która zasiada na trybunie Tevere, mam dziewięć lat. Razem z ciotkami, kuzynami i moim ojcem będzie nas może dziesięcioro. Jedziemy dwoma samochodami i chociaż jest ciasno, jestem szczęśliwym dzieckiem. Plecaki można wnosić na stadion bez problemu. I tak o dziesiątej rano, bo trzeba przecież ulokować się wygodnie na trybunie już na trzy godziny przed pierwszym gwizdkiem – choć nigdy nie zrozumiałem dlaczego – mama wypełnia mi go zapasami: kanapka z omletem, coca-cola, która nieuchronnie robi się ciepła, banan, karty do gry w scopai tressette oraz radyjko do słuchania transmisji z innych meczów. Kiedy piłkarze wychodzą na boisko na rozgrzewkę, jestem w siódmym niebie. A gdy Nela i Conti zaczynają przebieżki pod naszą trybuną, tak blisko, że mógłbym ich niemal dotknąć, czuję się dumny, że jestem właśnie tam, żeby kibicować Romie. Bruno to mistrz świata. Wydaje mi się niewiarygodne, że mogę oglądać z bliska tak ważną osobistość.

Kolejna rzecz, która niesamowicie mi się podoba na stadionie, to kontakt z osobami, których nie znasz, a które siedzą obok ciebie i mówią o drużynie oraz o samym życiu mnóstwo zaskakujących rzeczy. Czasem pytam tatę, co mają na myśli, czasem wcale ich nie słucham, zwłaszcza gdy mówią źle o zawodnikach. Kilka lat później, kiedy legitymacja Lodigiani daje mi darmowy wstęp, idę po raz pierwszy na Curva Sud z moim bratem Riccardo i dwoma kuzynami. To doświadczenie jest zupełnie inne: doping jest bardziej agresywny, nie ma rodzin, a tylko twardzi faceci. Patrzę na ich liderów z mieszaniną podziwu i strachu. Dzisiaj ci ludzie mają już zakazy stadionowe, siedzą w więzieniu albo nawet nie żyją, bo nie mówimy tu o bezproblemowym środowisku. Ale pamiętam jedną rzecz charakterystyczną dla tamtego pokolenia: w odróżnieniu od tego, co można czasem zaobserwować dzisiaj, nie obchodziła ich zupełnie polityka. Oni chodzili na stadion tylko kibicować.

Moja przygoda z Curva Sud kończy się kilka lat później, kiedy gram już dla Romy, w dniu meczu z Napoli. Jadę na Olimpico z Riccardo, obaj mamy motory i parkujemy je tam, gdzie zawsze, w okolicy Curva Nord. Tego dnia dochodzi jednak do starć i po wyjściu ze stadionu trafiamy nagle w sam środek zamieszania, gdzieś pomiędzy ultrasów z Neapolu a oddziały policji. Nie jest dobrze. Koktajle Mołotowa z jednej strony, gaz łzawiący z drugiej. Brak drogi ucieczki. Czuję, że tym razem może być naprawdę źle. Potem partyzantka jakoś się rozpierzcha, ale kiedy docieramy do naszych motorów, okazuje się, że są całkiem zniszczone. Do domu wracamy w ponurych nastrojach z trzygodzinnym opóźnieniem. Błędem okazuje się opowiedzenie rodzicom o jego przyczynach. Od tej pory mam zakaz stadionowy, chyba że zostanę wybrany do ekipy chłopców do podawania piłek.

W czasie mojej kariery były trzy momenty, w których możliwość wyprowadzki z Rzymu była realna. Opowiem wam o nich wszystkich, zaczynając od pierwszego, który następuje pewnego letniego dnia 1988 roku, kiedy Ariedo Braida puka do drzwi przy via Vetulonia.

Wizyta, zapowiedziana telefonicznie ledwie kilka godzin wcześniej, stawia na nogi całą rodzinę. Braida jest dyrektorem generalnym mistrzowskiego Milanu i prawą ręką Gallianiego. To prawdziwy ekspert piłkarski, kierujący genialną machiną organizacyjną zbudowaną dwa lata wcześniej przez Silvio Berlusconiego w celu przywrócenia świetności klubu rossonerich. Sam fakt, że chce się z nami spotkać, świadczy oczywiście o jego zainteresowaniu moją osobą. Zostaje przyjęty w salonie, miejsca naprzeciw niego zajmują mama i tata z Riccardo u boku, ja zaś siedzę w rogu pokoju, jakby cała sprawa mnie nie dotyczyła. I rzeczywiście, szybko orientuję się, że nie mam prawa głosu. W wieku dwunastu lat jest na to zbyt wcześnie.

„Drodzy państwo Totti – tak można by podsumować wypowiedź Braidy, który nie przestaje sobie poprawiać węzła krawata. – Prezes Berlusconi rozpoczął szeroko zakrojone inwestycje, żeby przywrócić Milan do grona najlepszych drużyn na świecie. Przez pierwsze dwa lata zatrudniliśmy wielu piłkarzy klasy mistrzowskiej, zarówno z Włoch, jak i z zagranicy. Ale naszą tradycją jest także troska o własnych wychowanków, gdyż chcemy szkolić u siebie podpory drużyny na przyszłość. Pomyślcie o Paolo Maldinim, symbolu naszej polityki. Milan ma w Rzymie wielu skautów i wszyscy sygnalizują nam wielkie umiejętności waszego syna Francesco. Bylibyśmy szczęśliwi, gdyby dołączył do nas w Mediolanie. Jest bardzo młody, to prawda, ale mogę wam osobiście zagwarantować, że zapewnimy mu najlepsze możliwości rozwoju, zarówno pod względem piłkarskim, jak i pozapiłkarskim, poczynając od osób, które będą się nim opiekować, przez szkoły, które razem wybierzemy, aż po ośrodek treningowy Milanello, który będzie jego nowym domem. Nie pojawiłbym się tutaj z tą propozycją, gdybym miał choć najmniejsze wątpliwości. Francesco ma ogromne możliwości. Żaden klub nie pomoże mu się rozwinąć lepiej niż Milan”.

Kiedy kończy swoją wypowiedź, przychodzi czas, by zagrać na emocjach. Braida wyciąga z teczki czerwono-czarną koszulkę w moim rozmiarze i zachęca mnie do jej przyjęcia. Czekam, aż rodzice dadzą mi znak, że się zgadzają, a potem podnoszę się i przyjmuję ją z jego rąk. Braida daje do zrozumienia także, że nie musiałbym koniecznie przeprowadzać się od razu. Jeśli rodzina uważa, że jestem na razie zbyt mały – a na pewno tak właśnie jest – Milan bez problemu zostawi mnie jeszcze rok czy dwa w Lodigiani. Najważniejsze, żeby podpisać umowę; będzie ona trzymać z daleka inne wielkie kluby, które – to jego słowa – „nieuchronnie zapukają do waszych drzwi. My z Milanu zgłosiliśmy się pierwsi dzięki naszej organizacji, ale jeśli Francesco dalej będzie się tak rozwijał, szybko stanie tutaj długa kolejka”. Braida pokazuje klasę. Nie stara się mnie zdobyć, strasząc, że Milan to moja jedyna szansa. Mówi za to, że to szansa najlepsza. Delikatnie tylko napomyka, że gotowy jest już czek na pokrycie kosztów podróży rodziny, jeśli chciałaby mnie odwiedzić. Kwota robi wrażenie – 150 milionów lirów. A jak się potem dowiedziałem, tyle samo zaoferował za mnie drużynie Lodigiani. Kiedy podaję mu rękę na pożegnanie, każe mi podnieść wzrok, który utkwiłem w podłodze. „Pewnego dnia twoje oczy mogą zdominować San Siro. Podnoś je wysoko, chłopcze”.

Tamten Milan to, poza Romą, jedyna włoska drużyna, do której czułem sentyment. I nie mówię tak dlatego, że ich dyrektor generalny zechciał przyjechać osobiście, żeby ze mną porozmawiać. Wyjaśnię to dokładniej. Kibicuję Romie od pierwszego dnia, który mogę sobie przypomnieć. Nigdy nie było innej opcji, a fakt, że stałem się jej symbolem, to dla mnie największy powód do dumy. To powiedziawszy, chciałbym jednak dodać, że Braida odwiedził nas tuż po tym, jak Sacchi zdobył scudetto, a w tamtych czasach mój piłkarski gust był już wystarczająco wyrobiony, żeby docenić jakość gry. Możecie więc zrozumieć, co mam na myśli, kiedy mówię, że Milan Sacchiego był najbardziej ekscytującą drużyną, jaką widziałem. Jedyną, w której grę sobie wyobrażałem. Mówimy tu, oczywiście, o pociągu natury technicznej, a nie sentymentalnej, jak w przypadku Romy, ale jednak czuję go, a perspektywa pójścia do ich szkółki porusza we mnie jakąś ukrytą strunę. Po wyjściu pana Braidy patrzę na twarze rodziców, żeby sprawdzić, jak przyjęli jego słowa, i sam nie potrafiłbym powiedzieć, co chciałbym naprawdę zobaczyć.

Ich odpowiedź brzmi jednak „nie” i zostaje dostarczona kilka dni później. „Jesteśmy bardzo zżytą rodziną, rozstanie nie mieści się w naszych planach. A przynajmniej nie tak wcześnie”. Jestem zbyt mały i tak samo będzie dwa lata później, a taki jest ostateczny termin, kiedy Milan oczekuje mojej przeprowadzki na północ Włoch. „Zagraj jeszcze jeden sezon w Lodigiani bez podejmowania żadnych zobowiązań, a potem zobaczymy” – mówi tata. Sprawa jest prosta: jeśli Braida ma rację, w ciągu tego roku mogą się pojawić inne oferty, a wśród nich także ta jedna, na którą wszyscy czekamy. Dowiem się o tym dopiero później, ale moi rodzice poprosili wtedy o radę Stefano Cairę, działacza sportowego, który pracuje we Włoskim Związku Piłki Nożnej i jest, co może ważniejsze, synem serdecznej przyjaciółki mamy. Kiedy słyszy, o jakich kwotach mowa – a zrozumiałe jest, że poruszyły one moich rodziców – odpowiada z dużą pewnością siebie: „Enzo, Fiorella… To dużo pieniędzy, ale wierzcie mi, dla Francesco to bardzo szybko będą tylko drobniaki. Nie wysyłajcie go i dajcie mi wypróbować jedną ścieżkę”. Ta ścieżka nazywa się Raffaele Ranucci, wiceprezes Romy i człowiek odpowiedzialny ze cały sektor młodzieżowy giallorossich.

To rok zmian. Skończyłem właśnie szkołę podstawową, a nauka w szkole średniej im. Giovanniego Pascolego zaczyna być coraz bardziej absorbująca. Każdego dnia mama przyjeżdża po mnie naszym fiatem 126, wręcza mi pojemnik z zimnym makaronem, kanapkę z szynką oraz świeży sok, i ruszamy w drogę na boisko Francesca Gianni w San Basilio, gdzie trenuje Lodigiani. O tej porze dnia to 45 minut jazdy samochodem. Przyjeżdżam i wpadam do szatni. Kończę o 17.30. Problem polega na tym, że droga powrotna, z uwagi na godziny szczytu, jest o wiele gorsza. Dwie godziny jazdy, które spędzam, odrabiając zadania i powtarzając materiał z historii i geografii, którego mama nauczyła się, czekając na mnie, i który mi przekazuje, żeby przyśpieszyć moją naukę. Zjadam kolejną kanapkę, nierzadko w połowie drogi zasypiam ze zmęczenia. Wracam do domu wyczerpany i jedyną rozrywką, na jaką sobie pozwalam, jest gierka na automacie w barze, gdzie coraz więcej jest rekordowych wyników niepodpisanych skrótem FRA.

W szkole średniej najłatwiej przychodzi mi nawiązanie kontaktu z nauczycielem wychowania fizycznego. Profesor Scala jest bardzo młody, tuż po studiach. Ma 24 lata i tak naprawdę spotkaliśmy się już wcześniej, ponieważ dba on o przygotowanie motoryczne graczy Romulea, jednego z najważniejszych amatorskich klubów miasta, w którym występuje jeden z moich przyjaciół – Giancarlo Pantano. Pewnego razu idę go odwiedzić i to on przedstawia mi Scalę. Jego nazwisko będzie wracać często w mojej historii. No tak, zapomniałbym. Profesor Scala ma na imię Vito.

Pewnego wiosennego dnia Sagramola wzywa moich rodziców i Riccardo do siedziby klubu. Nadszedł ten moment, ale tym razem nie biorę w nim udziału. Drużyna Lodigiani dostała oferty od Lazio i Romy, a – w razie gdybyśmy zmienili zdanie od ubiegłego lata – zainteresowanie podtrzymuje także Milan. „To wy musicie wybrać” – mówi Sagramola, dając do zrozumienia, że sam klub najchętniej przyjąłby ofertę Lazio. Łatwo zrozumieć dlaczego: to oferta w gotówce, podczas gdy Roma z zasady nie płaci za młodzieżowców, więc Ranucci zaproponował wymianę za kilku chłopców z Primavery, którzy w Lodigiani mogą być bardzo użyteczni.

Powiem wam teraz coś, co nie jest tajemnicą, ale wywołuje śmiech za każdym razem, gdy o tym wspominam. W młodości moja mama była za Lazio. I chociaż jasne jest, że ja wolę Romę – przed spotkaniem w siedzibie klubu rozmawialiśmy na ten temat, choć w sumie nie było potrzeby – Riccardo nagle ogarnia strach, że mama zdecyduje inaczej. Patrząc jej głęboko w oczy, jakby próbował zmusić ją do milczenia, znacząco kopie ją pod stołem. Niezbyt mocno wprawdzie, ale na tyle, żeby został ślad. To musiała być scena jak z dobrej komedii, szkoda, że mnie ominęła. „Panie Sagramola, Francesco chce iść do Romy, a my jesteśmy tutaj, żeby spełnić jego życzenie”. Riccardo słyszy słowa mamy i cofa nogi pod swoje krzesło.

W czerwcu wszystko jest już ustalone: zabieram swoje rzeczy i żegnam kolegów z Lodigiani, ponieważ pod koniec sierpnia, kiedy planowane jest wznowienie treningów, mam się zgłosić na stadion Tre Fontane przy via Cristoforo Colombo, gdzie trenują młodzieżowe drużyny Romy.

Zatrzymajmy się tutaj na chwilę, ponieważ w wieku niemal trzynastu lat, kiedy stoję na decydującym rozdrożu mojego życia, niektóre cechy mojego charakteru zaczynają się już kształtować równocześnie z rozwojem piłkarskim. Co więcej: myślę, że te dwa aspekty łączą się ze sobą. Nie jestem już naiwnym dzieckiem, które marzy o byciu pracownikiem stacji benzynowej, żeby nosić w kieszeniach grube zwitki banknotów i czuć się jak bogacz. Nie, zrozumiałem już nazbyt dobrze, że tutaj rozstrzyga się moja przyszłość na piłkarskich boiskach, a coraz większa pewność własnego talentu dzień po dniu kształtuje mój charakter, dodając do niego kolejne cechy lidera. To proste – koledzy zaczynają patrzeć na mnie pytająco w momentach, kiedy nie wiedzą, co robić, a ja zupełnie naturalnie mówię jednemu, żeby został z tyłu, innemu, żeby grał blisko mnie i wystawiał piłkę, trzeciemu, żeby szybko wystartował do przodu, kiedy pozna po moim ruchu, że będę zagrywał długą piłkę. To są wskazówki, jakich udzielają trenerzy w czasie przygotowania do meczu, jasne, ale na boisku punktem odniesienia staje się najmocniejszy zawodnik. I nigdy nim nie będziesz, jeśli nie weźmiesz na siebie odpowiedzialności, jaka się z tym wiąże.

Moja przemiana, jak mówiłem, dokonuje się na boisku, ale też poza nim. Dalej jestem nieśmiały w kontaktach z dorosłymi, nad tym muszę jeszcze popracować, ale relacje z kolegami ewoluują. Moich słów się słucha, moja osobowość się rozwija. Lato 1989 roku jest szczególne, ponieważ fakt, że podpisałem kontrakt z Romą, dodaje mi pewności siebie. Nie chodzi o zarozumiałość, bo tej nigdy we mnie nie było, ale o pewność własnych możliwości. W ciągu tego lata dochodzi do jeszcze jednego ważnego zdarzenia. Poza tradycyjnymi wakacjami w Torvaianice wyjeżdżamy do Tropei na kemping z grupą krewnych. To piękna i bezpieczna okolica, a nasza paczka kuzynów jest bardzo liczna. Rodzice bez obaw pozwalają nam włóczyć się do późna. W gronie nowo poznanych przyjaciół jest jedna piękna dziewczyna. Nazywa się Giulia i ma szesnaście lat. Ona też jest tam na wakacjach i cieszy się taką samą wolnością. Riccardo i pozostali krążą wokół niej, a ja zerkam tylko ukradkiem, bo jest naprawdę piękna. Szkoda, że jest o trzy lata starsza ode mnie… Pewnego wieczoru przychodzę na plac przed innymi i spotykam ją samą. Uśmiecha się, jakby tylko czekała na taką okazję. „Cześć, Francesco! Przespacerujemy się po plaży?” No pewnie! Bierze mnie za rękę, mijamy pierwsze parasole, te oświetlone reflektorami, i wchodzimy w ciemność. Z okolicy leżaka ustawionego jak parawan dają się słyszeć jęki. Zanim zdążę się zorientować, Giulia mnie całuje. Siadamy i całujemy się dalej. Wyciągamy się na piasku i już się nie powstrzymujemy. Zaskoczenie ustępuje delikatności. Giulia prowadzi moje ręce i pomaga mi poradzić sobie z zakłopotaniem, które przeradza się w pragnienie. Odpowiada na moje ruchy, głaszcze mnie po włosach, kiedy jest już po wszystkim, kiedy pierwszy raz za mną, a burza hormonów cichnie, stając się ponownie zakłopotaniem i zaskoczeniem. Wracamy na plac, trzymając się za ręce, bez słowa, witani najpierw zaciekawionymi, a potem oszołomionymi spojrzeniami pozostałych. Kiedy już w nocy wracamy na kemping, Riccardo mówi za wszystkich: „Przez tydzień w dziesiątkę uganiamy się za nią, a ona wybiera ciebie! Dziecko! Nie wiem, czy mam się śmiać, czy płakać”. Przykro mi. Nie, to nieprawda. Wcale nie jest mi przykro.

Mój pierwszy trener w Romie to Franco Superchi. Jako bramkarz zdobył dwukrotnie mistrzostwo Włoch – w pierwszym składzie Fiorentiny oraz jako rezerwowy w Romie. Ma wielką charyzmę. Jest trenerem Giovanissimi provincialii ma konkretny pomysł na moją pozycję i numer koszulki. Ustawia mnie jako trequartistę za dwoma wysuniętymi napastnikami i daje koszulkę z numerem 10. Wiem, że w klubie widzieliby mnie raczej w roli klasycznego napastnika, ale Superchi broni swojej intuicji. Według niego nie ma sensu kazać mi czekać, aż piłka trafi do przodu, muszę być zawsze w samym sercu gry. Kierownictwo go słucha i nawet kiedy zmieniam grupę wiekową i gram w Giovanissimi regionali, moja pozycja i numer pozostają takie same. Rozwijam się dalej pod skrzydłami trenera Mario Carnevale i wszystko układa się doskonale, ponieważ czuwa nade mną także Gildo Giannini, tata mojego idola – Giuseppe, odpowiedzialny wraz z Giuseppe Lupim za młodzieżowy sektor Romy. Giannini ma mnie na oku od lat. Jako pierwszy powiedział mu o moich umiejętnościach pan Trillò jeszcze w czasach Fortitudo. „Dopóki piłka nie wpadnie do bramki, nic nie zrobiłeś” – to jego motto, które najlepiej oddaje, jak konkretnym jest człowiekiem. Przepada za mną, ponieważ przypominam mu jego syna Giuseppe. Księcia. Kapitana Romy.

W niedzielę robię za chłopca do podawania piłek w Serie A. Trwa sezon, którego ukoronowaniem będzie mundial. Stadio Olimpico jest zamknięty ze względu na coraz bardziej gorączkowe prace, a Roma mecze u siebie rozgrywa na stadionie Flaminio, gdzie kibice siedzą bardzo blisko boiska, ponieważ nie ma bieżni lekkoatletycznej. To czasy, w których mam wiele powodów do zadowolenia. Włoska liga w tym okresie nie ma sobie równych, a ja zza bocznej linii boiska mam okazję podziwiać wielkich mistrzów i uczyć się od nich. Spośród graczy Romy szaleję na punkcie tego, jak kopie piłkę Häßler: całym podbiciem, zapewniając prostą trajektorię lotu piłki. Ktoś inny zaryłby nogą w ziemię, gdyby spróbował to powtórzyć, ale Thomas uderza idealnie czysto. Wspominałem o wielu powodach do zadowolenia. Jako że drużyna w tym sezonie nie gra jakoś wybitnie, kibice denerwują się i rzucają monetami, które sprytni podawacze piłek szybko zbierają. I pakują do kieszeni. Mecz zakończony kiepskim wynikiem może być warty od dziesięciu do piętnastu tysięcy lirów na głowę. Wszyscy kibicujemy Romie, ale kiedy gra źle i przegrywa, jest to niewielkie (choć wcale nie takie niewielkie) pocieszenie. Doświadczenie w podawaniu piłek otwiera mi także drzwi do mundialu. Wybierają 30 chłopców, 15 z Romy i 15 z Lazio. Przy okazji finału między Niemcami i Argentyną puchar przewożony jest wózkiem golfowym jak jakaś relikwia. Kiedy zatrzymuje się obok mojego stanowiska, nie mogę się oprzeć. Zbieram się na odwagę, wyciągam rękę i dotykam go. Kontakt jest niemal elektryzujący. Jestem rozemocjonowany na samą myśl, że udało mi się go musnąć. A razem ze mną inni chłopcy, wśród który jest także Davide Lippi. Gdybym tylko wiedział, że 16 lat później jego ojciec i ja uniesiemy go razem ku berlińskiemu niebu…

Mama zawozi mnie codziennie do Tre Fontane i trzyma się swojego zwyczaju uczenia się w samochodzie moich lekcji z danego dnia, żeby potem streścić mi je w drodze powrotnej. Jej zaangażowanie jest wzruszające i właśnie dlatego wściekam się, kiedy w trzeciej klasie zostaję absolutnie niesłusznie oblany. A oto cała historia. W maju moja drużyna musi wyjechać na kilka dni na turniej na Sardynię. Problem polega na tym, że nie jestem jedynym piłkarzem w klasie. Jest jeszcze czterech innych, grają dla Romulea, Almas i innych drużyn, a to jest właśnie sezon turniejowy. Z powodu planowanej nieobecności nas pięciu uczniów okazuje się zbyt mało, żeby mogła się odbyć zaplanowana wycieczka szkolna do Neapolu. Wyjazd zostaje więc odwołany i rozpętuje się piekło. Wychowawca wzywa rodziców piłkarzy, żeby powiedzieć im bez ogródek, że szkoła musi być ważniejsza od piłki nożnej. Nauczycielki muzyki, angielskiego i matematyki planują zemstę. Choć ustaliliśmy wcześniej zagadnienia do przygotowania na egzaminy, kiedy przychodzimy na ustny, odkrywamy, że pytania dotyczą czegoś zupełnie innego. Zero. Cisza. Nauczyciele włoskiego i wychowania fizycznego (nie ma już Vito) stają w naszej obronie, ale wynik się nie zmienia. Zostaję oblany za nadmiar piłki.

Prezesem Romy jest senator Dino Viola, człowiek odpowiedzialny za scudetto z 1983 roku, prawdziwa legenda. Kolana trochę mi drżą, kiedy na Boże Narodzenie 1990 roku robi przegląd drużyn i przez cały czas nie spuszcza mnie z oka. Senator to bardzo chudy, schorowany mężczyzna. U jego boku stoją zawsze dwie osoby gotowe go wesprzeć. Ściskając mu dłoń, staram się być bardzo delikatny, żeby nie zrobić mu krzywdy. Mówi do mnie cichym, ale bardzo wyraźnym głosem: „Ty jesteś Francesco. Wszyscy mi o tobie mówią. Brawo, brawo! Ile masz lat, chłopcze?”. „Czternaście, panie prezesie”. „No tak, czternaście. Jeśli będziesz tak trzymał, powiem trenerowi, żeby dał ci zadebiutować w Serie A w wieku szesnastu lat, jak tylko regulamin na to pozwoli”. Chciałbym uwolnić swoją dłoń z jego uścisku, ale on jeszcze mi na to nie pozwala. „Francesco... Totti, prawda? Brawo, brawo. Roma będzie cię potrzebować”.

Puszcza moją dłoń, ale nadal na mnie patrzy. Nawet wtedy, kiedy stoi już przed nim kolejny zawodnik. Jestem pod wielkim wrażeniem, kiedy niecały miesiąc później Gildo Giannini zbiera nas wszystkich, żeby powiedzieć nam o śmierci prezesa Violi. Myślę o jego słowach i o tym, ile wysiłku kosztowało go wypowiedzenie ich wszystkich. Trochę jakby powierzał mi przyszłość Romy. Zgłaszam się na ochotnika do niesienia trumny na pogrzebie. Przynajmniej tyle mogę zrobić.

Przeskakuję z jednej drużyny do drugiej i gram zawsze ze starszymi ode mnie. Vito Scala, który w międzyczasie trafił do Romy i z którym jestem w coraz bardziej zażyłych stosunkach, mówi, że trenerzy przenoszą mnie to tu, to tam, ponieważ wszyscy chcieliby mieć mnie u siebie. Są zakochani w mojej grze z podniesioną głową i uważają mnie za fenomen. Przechodzę praktycznie bezpośrednio z Giovanissimido Primavery, omijając – poza jednym występem – poziom Allievi. Ten mecz to finał rozgrywek krajowych z Milanem, który wygrywamy 2:0 w Città di Castello. Trenerem jest Ezio Sella. Pierwszą bramkę, po mojej asyście, strzela Daniele Rossi, który naprawdę zasłużył na to, żeby zrobić większą karierę. W jego przypadku wszystko przekreśliła kontuzja kolana.

Marsz przybliżający mnie do pierwszej drużyny postępuje sprawnie także dlatego, że szybko przyswajam sobie pewne obowiązki. Jeśli chcesz zostać zawodowcem, od razu żyjesz jak zawodowiec. Kodeks postępowania wyklucza mnóstwo rzeczy, które chłopcy w moim wieku zaczynają doceniać, od alkoholu po dyskoteki, od papierosów po motory. Ale ja nie odbieram tego wszystkiego jako wyrzeczenia. Zbaczam z drogi tylko jeden raz i warto o tym wspomnieć, bo to pokazuje, jak pogłębiła się moja świadomość w efekcie pewnych doświadczeń. Cóż, wszystko to zaczyna się pewnego pięknego wieczoru w Tropei…

Najpiękniejsza dziewczyna z mojej szkoły średniej nazywa się Sara i chodzi do równoległej klasy trzeciej. Moja koleżanka, pochodząca z Danii Hangie, jest jej najlepszą przyjaciółką. Pewnego wiosennego poranka wszystkie klasy trzecie jadą na wspólną wycieczkę do fabryki Coca-Coli, a ja, korzystając z faktu, że Sara oddzieliła się od swoich kolegów, żeby być z Hangie, wpycham się pomiędzy nie i jakby od niechcenia biorę ją za rękę. Patrzy na mnie zaskoczona, uśmiecham się do niej, a ona nie zabiera ręki. Oglądamy w ten sposób całą taśmę montażową fabryki, mało na siebie patrząc, ale nigdy nie tracąc kontaktu fizycznego. Ponieważ wycieczka ma się skończyć o dwunastej, we dwójkę czy trójkę uzgadniamy z Hangie, która mieszka blisko szkoły, że poczekamy na naszych rodziców u niej w domu. Sara idzie razem ze mną i w okamgnieniu lądujemy w pokoju koleżanki, gdzie zaczynamy się całować, podczas gdy pozostali – jak sobie wyobrażam – czekają w salonie i rumienią się ze wstydu. Mama ma przyjechać o pierwszej, żeby zawieźć mnie na trening, ale atmosfera w pokoju jest tak przyjemna, że zapominam o upływie czasu. Kiedy rzucam okiem na zegarek, jest 14.20. Panikuję. Pod zaskoczonym spojrzeniem Sary („Gdzie idziesz?!?”) błyskawicznie się zbieram, zapewniam ją, że się odezwę, i zbiegam na dół, przeskakując po cztery stopnie naraz. Mama czeka przy samochodzie, mówi, że dzwoniła mnóstwo razy bez żadnej odpowiedzi. Domyślam się, że moi przyjaciele nie wiedzieli, co mają jej powiedzieć. „Przepraszam, przepraszam, przepraszam! Pędźmy teraz!” Mama robi mi wyrzuty, a trener zmywa głowę. Jeśli nie liczyć całowania, bilans tego dnia jest prawdziwą katastrofą. I przyrzekam sam sobie, że od tej pory będę nieskazitelnym profesjonalistą.

Także dlatego, że Sara – choć staram się odnowić z nią kontakty za pośrednictwem Hangie – nie chce słyszeć o mnie ani słowa.