Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Sarah Lund straciła wszystko. Skomplikowane śledztwo w sprawie brutalnego morderstwa kosztowało ją nie tylko karierę w wydziale zabójstw i spokój ducha, ale też wygodne życie u boku ukochanego i syna. Teraz, zesłana na prowincję, jako funkcjonariuszka straży granicznej tropi nielegalnych imigrantów i rozpamiętuje dawne błędy. Aż do nieoczekiwanej wizyty…
W Mindelunden, kopenhaskim Parku Pamięci, policja znajduje ciało bestialsko zamordowanej Anne Dragsholm, prawniczki i aktywistki. Lennart Brix, były szef Sary, wie, że odpowiedzi na coraz liczniej pojawiające pytania może odnaleźć tylko bezkompromisowa i przenikliwa komisarka. Tym bardziej że morderca nie powiedział jeszcze ostatniego słowa.
Czy był to mord rytualny, czy zbrodnia w afekcie? Co łączy zabitą prawniczkę z żołnierzem osadzonym w więzieniu dla psychopatycznych oprawców? I co wspólnego ze sprawą ma miejsce pamięci o ofiarach nazistów?
Śledztwo prowadzi Sarę wprost do koszar, na sam szczyt władzy, do więziennej celi, a nawet na front w Afganistanie. Czy i tym razem kobieta zaryzykuje wszystko, by rozwikłać sprawę?
„The Killing” to rewelacyjna powieść kryminalna, która już osiągnęła status kultowej, podobnie jak jej pierwowzór, duński serial „Forbrydelsen”, na podstawie scenariusza Sørena Sveistrupa, oraz jego amerykański remake. Zapraszamy do wysłuchania drugiego odcinka drugiego tomu!
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 372
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Fragment
Tytuł oryginału: The Killing 2. Part 2
Przekład z języka angielskiego: Ewa Penksyk-Kluczkowska
Copyright © Dawid Hewson, 2026
This edition: © Gyldendal Astra/Gyldendal A/S, Copenhagen 2026
Projekt graficzny okładki: Marcin Słociński
Redakcja: Aleksandra Pietrzyńska
Korekta: Anna Nowak
ISBN 978-91-8098-575-8
Opracowanie e-booka:Marcin Słociński / www.monikaimarcin.com
Wszelkie podobieństwo do osób i zdarzeń jest przypadkowe.
Gyldendal Astra /Gyldendal A/SKlareboderne 3 | DK-1115 Copenhagen K
www.gyldendal.dk
www.gyldendalastra.pl
7
Sobota, 19 listopada9.03
Erik König wyglądał na człowieka poddanego coraz bardziej nieznośnej presji. A także – zdaniem Brixa – na kogoś skrywającego tajemnice.
– Raben porzucił samochód duchownego dwa kilometry od Hareskoven. Niedaleko stamtąd ukradł stare Volvo. Znaleźliśmy go około drugiej w nocy. I obserwujemy.
– Obserwujemy? – spytał Brix.
– Mieliśmy szczęście, że go zauważyliśmy. Jest zmęczony, zdesperowany, przestał być czujny. Dobry żołnierz Jægerkorpset nigdy by sobie…
– Ale on nie był jægerem, prawda? – spytał Brix łagodnie i rozkoszował się zmieszaniem człowieka z PET.
König od początku utrzymywał ich w niewiedzy. Brix chciał mu dać jasno do zrozumienia, że ten etap nieodwracalnie się skończył.
– No ale prawie. Trzy godziny spał w zatoczce parkingowej. Teraz znajduje się nieopodal koszar Ryvangen, w bocznej uliczce na osiedlu mieszkaniowym.
– Jak go zgarniecie, przywieźcie go tutaj.
Ruth Hedeby wpatrywała się w gładkie szare biurko i milczała.
– Tylko Raben został z tego oddziału – odparł König. – Wiemy, gdzie jest. Możemy go powstrzymać, gdyby chciał jeszcze komuś zrobić krzywdę.
– Przywieźcie go! – powtórzył Brix.
– Nie. – König zdjął swoje okulary bez oprawek. – Jeśli islamiści tropią żołnierzy z tego oddziału, Raben jest ostatnią potencjalną ofiarą. Pozostaje na wolności, pod obserwacją.
– Jako przynęta? – spytał Brix.
Człowiek z PET opadł na oparcie i się skrzywił.
– Nie możemy aresztować nie wiadomo ilu szaleńców religijnych. Prędzej czy później któryś z nich się wychyli.
– Możemy pomóc przy obserwacji – zasugerowała Hedeby.
König odpowiedział najzimniejszym i najobłudniejszym z uśmiechów.
– My jesteśmy lepiej wyposażeni do tej pracy. No i po tej farsie z Lund…
– To już załatwione – odparła z werwą Hedeby.
– Pan minister na pewno z radością przyjmie tę informację. Szukają kozła ofiarnego. Chciałbym, żebyście na to spojrzeli… – Wyjął z aktówki plik fotografii oraz dokumentów tożsamości i rzucił je na stół. – To są uchodźcy z Helmand mieszkający w Danii w ostatnich kilku latach. Niewykluczone, że szukają zemsty.
Hedeby podała plik Brixowi.
– Chcę, żeby ich obserwowano – dodał König. – A kilku przesłuchano. – Ironiczny śmiech. – Nikogo nie trzeba ekshumować.
Brix nie spojrzał na zdjęcia.
– Jak uchodźca z Helmand miałby się włamać do koszar Ryvangen i ukraść materiały wybuchowe, korzystając z aktualnego kodu bezpieczeństwa? – spytał. – Jakim sposobem zdobyłby dostęp do wojskowej bazy danych?
– Lennart. – W głosie człowieka z PET pojawił się ostry, besztający ton, który uciszył szefa Wydziału Zabójstw.
– Znalezienie odpowiedzi na te pytania zostawiam wam – odrzekł König. Zerknął na zegarek. – Mam spotkanie w ministerstwie. – I wyszedł.
Hedeby spojrzała na Brixa zza stołu.
– Nie mogę cię chronić przed samym sobą – powiedziała cicho. – Ktoś musi za to zapłacić. Tak czy inaczej.
– König miota się po omacku, usiłując ocalić własną skórę.
– Bez powodu ekshumowałeś ciało poległego żołnierza. Walczę, żeby nikt poza Lund nie musiał za to odpowiadać. Spróbuj mi pomóc, dobra?
W sąsiednim pokoju Strange przesłuchiwał Gunnara Torpego. Brix opierał się o szafkę z aktami i słuchał. Lund nigdy nie powiedziała, że Strange jest słabym policjantem. Nie musiała. Brix widział zniecierpliwienie, które czasami pojawiało się w jej oczach.
– Dlaczego Raben wywiózł pana do lasu? – spytał Strange.
Torpe siedział na krześle blady i zmęczony.
– Jak mam na to odpowiedzieć? Może dlatego, że jest chory. Tu… – Postukał się w czoło. – Szalony. Ma urojenia.
– Musiał mieć jakiś powód.
– Wariaci nie potrzebują powodów. Próbowałem przemówić mu do rozsądku. Przekonać, żeby pomyślał o żonie i synku.
– I co powiedział?
– Jakieś… – Torpe wzruszył ramionami. – Jakieś wariactwa. Wojna robi z ludźmi dziwne rzeczy. Czasami już nie umieją odróżnić, co jest dobre, a co złe. Co rzeczywiste, a co nie.
Strange położył coś na stole.
– Znaleźliśmy to w biurze pańskiego kościoła. Wizytówkę Anne Dragsholm. Co ona tam robiła?
– Raben musiał ją upuścić.
– Pan ją znał?
Kapłan wiercił się na krześle.
– Raben też mnie o to pytał – wypalił wreszcie. – Nie znałem jej. Nigdy wcześniej nie widziałem tej wizytówki. Mogę już iść? Mam spotkanie rady parafialnej.
Brix wstrzymał oddech. Wpatrywał się w szczupłego oficera siedzącego przed przesłuchiwanym. Czekał.
– Dobra – rzekł Strange. – Pewnie będziemy musieli jeszcze do tego wrócić.
– PET namierzyło Rabena – powiedział Brix po wyjściu duchownego. – Obserwują go.
Strange podrapał się po ostrzyżonej głowie.
– Obserwują? Muszą go tu przywieźć.
– Robimy, co nam każą. – Brix podał mu nazwiska i zdjęcia, które König przekazał Ruth Hedeby. – Chcę, żeby je wszystkie, co do jednego, sprawdzono. Przywieź każdego, którego nazwisko oznaczono. Niektórzy są spoza miasta. Weź kogoś, żeby jechał przed tobą.
– Lund uważała, że musimy sprawdzić pastora, więc…
– Lund już tu nie ma. – Brix postukał w papiery.
Strange się skrzywił.
– Co mamy mówić, jeśli ktoś zadzwoni i będzie chciał z nią rozmawiać?
– Prawdę. Pojechała na ślub – odrzekł Brix.
Mężczyźni i pojazdy. Polecenia załadunku i rozpiski. Torsten Jarnvig miał poczucie, że ogląda ten rytuał przez całe swoje dorosłe życie. Wyprawiając ludzi na niepewny los do Bośni, na Bliski Wschód i teraz w posępne i dalekie prowincje Afganistanu.
Większość wracała.
Cała i zdrowa.
Nie wszyscy.
Christian Søgaard udał się z wizytą do matki Møllera. Z własnej inicjatywy, Jarnvig o to nie prosił.
– Jest wściekła – powiedział. – I trudno się dziwić. Mówi, że pozwie policję za naruszenie dóbr osobistych. Za ból i cierpienie.
Szli z głównego budynku na parking. Gdy się zbliżyli, podniósł się szlaban, zasalutowali im mężczyźni w mundurach polowych.
– Rozmawiałem z Gunnarem Torpem – dodał Søgaard. – Jest bardzo zdenerwowany.
– Miałeś dużo zajęć.
– Pan miał na głowie policję. Uznałem, że lepiej panu tego nie dorzucać. To należy do moich obowiązków.
Jarnvig uniósł brew.
– Naprawdę?
– Co Raben teraz zrobi? – spytał Søgaard, unikając odpowiedzi na poprzednie pytanie. – Chyba jest zdesperowany. Mówiłem wszystkim, żeby mieli oczy i uszy otwarte, gdy opuszczają koszary. – Zawahał się. – To dotyczy wszystkich – zaznaczył. – Ile wie Louise?
– Tyle, ile trzeba – odparł Jarnvig, patrząc na przejeżdżający ciąg samochodów. – Przed tymi wydarzeniami myślałem, że to jeden z najlepszych żołnierzy, jakich miałem w życiu. Odważny, inteligentny, zdolny. – Wcisnął pięści głęboko w kieszenie spodni. – Nie za bardzo go lubiłem. Ale wszyscy inni się poddawali, a on nigdy.
– Szkoda, że nie zniósł presji – powiedział Søgaard. – Zawsze sądziłem, że jest w nim coś kruchego. Coś, co może pęknąć.
Jarnvig zatrzymał się i spojrzał na Søgaarda.
– Bardzo to spostrzegawcze, teraz, po fakcie. Zbadaliśmy wnikliwie tę jego sprawę?
– Cholernie wnikliwie – odrzekł Søgaard bez wahania.
– Jesteś pewien?
– Na sto procent. Zmyślił to. Starał się zatuszować własne błędy. Dlaczego?
Jarnvig nie odpowiedział.
– Kiedy takie sprawy stają się osobiste, robi się trudno – dodał młodszy oficer. – Ostatnie dni nie były łatwe. Mógłbym pana odciążyć. A pan mógłby z Louise i Jonasem…
– Co? Pojechać na wakacje? Nie widzę takiej konieczności. – Jarnvig obrzucił wzrokiem koszarowe budynki z czerwonej cegły. – To miejsce mi wystarcza. Louise wychowała się z wojskiem. Jej też wystarcza.
– Miałem na myśli…
– Nie – przerwał mu Jarnvig i odszedł.
Sztuczna plaża należąca do Amager Strandpark w listopadzie. Poplamiony beton lśniący od zimowego deszczu. Kilkoro dzieci zapakowanych w grube kurtki walczy z wiatrem, chowając twarze w naciągniętych głęboko kapturach.
Louise Raben patrzy, jak jej syn krąży na małej hulajnodze pomiędzy ponurymi płytami nad szarym morzem, pod szarym niebem, bez śladu uśmiechu, z kamienną twarzą.
Powoli podjechał do niej. Wpatrywali się w pustą plażę.
– Jesteś głodny? – spytała.
Za mało jadł. W ogóle wszystkiego robił za mało, wciąż tylko bawił się swoimi żołnierzykami, zabijając wyimaginowanych wrogów.
Zjadł kanapkę, a potem patrzyła, jak pcha swoją małą hulajnogę w stronę grupy dzieci, które wcześniej go ignorowały i teraz też na pewno to zrobią.
Dzieci mają swoje zasady, osobną wrażliwość. Każdy, kto się wyróżnia, jest dla nich podejrzany. Jonas, w swojej samotności i nieszczęściu, na pewno.
Pojechał w stronę deptaka, a ona ruszyła powoli jego śladem. W tym momencie z metalowej wiaty wyłoniła się jakaś postać i na nią skinęła.
Zielona kurtka, bladoszary kaptur. Broda i czujne oczy.
Serce jej stanęło. Chciała uciec i uciekłaby, gdyby nie wiedziała doskonale, że on ją dogoni.
– Mamy tylko kilka minut – szepnął Raben, ciągnąc ją pod wiatę.
– Jens…
– Posłuchaj mnie!
W jego głosie usłyszała słabość i rozbicie. Tak szalonych oczu jeszcze u niego nie widziała. Zastanawiała się, czy ma się bać. O siebie, o Jonasa.
– Musicie opuścić koszary – oświadczył, ściskając ją zimnymi palcami.
– Śledziłeś mnie?
– To nieważne.
– Co z tobą? Dlaczego groziłeś bronią Torpemu?
– Nic mu nie zrobiłem! – Wysoki załamujący się głos odbił się echem w mroku wiaty. – Oni cię okłamują.
– Uderzyłeś go. Mój ojciec powiedział…
– On też kłamie.
Cofnęła się o krok. Kaptur mu się zsunął. Wyglądał na urażonego i bezbronnego.
– Nie – odparła Louise. – Mówił mi, co się wydarzyło w Helmand. Że miałeś wyrzuty sumienia.
Pokręcił głową.
– To nie tak.
– Więc jak?
– Oni kryją coś, co zrobił pewien oficer.
– Kto?
– Nie wiem. Nie pamiętam. Nic nie pamiętam. Może Søgaard… Może inni. – Nie odrywał od niej oczu; miały taki wyraz, którego już nienawidziła. Wyraz oczu żołnierza ścigającego swoją ofiarę. – Może twój ojciec.
– Mój ojciec jest porządnym człowiekiem. Próbował ci pomóc…
Dobiegł ich ostry dźwięk z zewnątrz. Jakieś dziecko przechodziło, kopiąc puszkę. Raben odsunął się, przylgnął do ściany, sięgnął ręką do pasa. Louise zobaczyła tam broń, dojrzała strach i napięcie w jego oczach. Stwierdziła, że w tej chwili jedynym uczuciem, jakie do niego żywi, jest pogarda.
– Nie wierzę w to – powiedziała, patrząc na niego groźnie. – Czekałam dwa lata. Dwa lata troszczyłam się o twojego syna. I spójrz na siebie. Kryjesz się jak złodziej…
Dziecko z puszką było dalej na zewnątrz, kopało nią o ścianę, powodując straszny hałas.
– Skontaktuj się z tą kobietą z policji – polecił. – Nazywa się Sarah Lund. Dzwoniłem do Politigården. Ona jest na weselu swojej matki. Musisz tam pójść. Powiedz jej, żeby sprawdziła…
– To prawda, że się zgłosiłeś na ochotnika na misję? Kiedy Jonas się urodził?
Jego oblicze zmieniło się w jednej chwili. Z twardej, bezdusznej twarzy wojownika na chłopięco łagodną, którą kiedyś kochała.
– Kto ci o tym powiedział?
Przysunęła się do niego o krok, spojrzała w jego zbolałą bladą twarz. Musiała to usłyszeć.
– To prawda?
Moment wahania. Jego oczy patrzyły błagalnie.
– Nie widzisz, co oni chcą zrobić? Chcą nas rozdzielić. Chcą cię na zawsze zamknąć w tych koszarach.
Odwróciła się od niego, patrzyła, jak dziecko z puszką powoli się oddala.
– To nie jest tak, jak myślisz – ciągnął Jens, obejmując ją.
Przyszło jej do głowy, że świat zupełnie stracił kolory. Przynajmniej dla niej. I dla Jonasa. Zasługiwali na coś lepszego. Każde poświęcenie ma swoje granice.
– Jestem żołnierzem, odkąd skończyłem osiemnaście lat – podjął, wciąż tuląc się do jej ramion. – Nie znam innego życia. To wszystko, co widziałem, co robiłem.
– Mój ojciec jest żołnierzem. Porządnym człowiekiem. Zwyczajnym, jak cała reszta…
– Nie byłem jak on. Niektórych rzeczy nie powinnaś wiedzieć. – Dotknął rzadkich, przetłuszczonych włosów. – Tych rzeczy, tutaj. Nie zasłużyłem na Jonasa. Nie zasłużyłem na ciebie. On był taki czysty. Ja nie. Myślałem, że jeśli zostanę, zatruję was oboje…
– Puść mnie – powiedziała, ale on mocniej chwycił jej kurtkę.
– Zmieniłem się. – Jego palce dalej ją trzymały. – Jedyne, czego pragnę, to wrócić do domu i być z wami. Nauczyć się, jak być dobrym ojcem. Dobrym mężem.
Krew w niej zawrzała. On już jej nie obejmował. Raczej ją trzymał, jakby należała do niego. Jakby ją pochwycił.
– Za dużo nasłuchałam się tych bzdur. I na czym teraz stoimy? Ile nas czeka lat twojego więzienia? Ile wizyt mam złożyć co tydzień, a i tak nie zaciągnę cię do łóżka w tym cuchnącym pokoiku? Pierdolę…
– Louise…
Pół rozkaz, pół prośba. Mocniej zacisnął objęcia.
Przez wejście wpadła maleńka postać, miotając przekleństwa, których nie powinna jeszcze znać. Jonas dopadł ich i małymi rękoma uderzał nogi Rabena, kopał maleńkimi stopami.
– Puść mamę! Puść mamę!
Raben się cofnął, padł na kratownicę i ołowiane światło na zewnątrz.
Przykucnął, spojrzał na dziecko, na młodą twarz przepełnioną wściekłością, na oczy wypełnione łzami.
– Jesteś już duży, Jonas – powiedział. – To ja. Tatuś. – Uśmiechnął się.
Jonas nie.
Ręka Rabena sięgnęła po żołnierzyka wystającego z kieszeni kurtki chłopca. Wyjął go. Wojownik z tarczą wznoszący miecz nad głową.
– Jak się nazywa?
– Mamusiu – Jonas przesunął hulajnogę do Louise – chcę iść.
Wzięła synka za rękę i poprowadziła go do drzwi. Tam się zatrzymała. Rozejrzała się. Latem to miejsce wypełniały radosne głosy, dzieci bawiły się tu z rodzicami, biegały, śmiały się, czuły się żywe. Jonas nigdy tego nie zaznał. Ona też nie. Raben uciekł od nich przez jakiś wewnętrzny strach, którego ona nie była w stanie z nim dzielić. I teraz za to też go nienawidziła.
– Nawet nie próbuj się z nami więcej spotykać – powiedziała, świadoma, że jej głos przesiąknięty jest mściwą wściekłością. – Nie żartuję…
– Louise…?
Kiedy chciał, umiał użyć swojego uroku, jak dziecko przyłapane na nieposłuszeństwie. Ale ona już tyle razy została wystawiona na próbę.
– Nigdy więcej – powtórzyła i wyszła na pierwsze krople zimowego deszczu ze śniegiem, który właśnie zaczął padać z ciężkiego nieba.
Jonas szarpnął ją za rękę. Wskazywał mężczyznę kryjącego się w wejściu. W dłoni Rabena został żołnierzyk z uniesioną tarczą i mieczem w gotowości.
– Kupię ci nowego – powiedziała synkowi i zaciągnęła go do samochodu.
Trzeba było użyć wielu przekonujących argumentów, żeby wywalczyć zezwolenie na odwiedziny w separatce Monberga w Rigshospitalet. Ale Karina ostatecznie zwyciężyła i oto jechała z Buchem samochodem służbowym.
Zatrzymali się na korytarzu przed separatką.
– Nie musisz wchodzić, jeśli nie chcesz – powiedział Buch. – Jeśli to dla ciebie krępujące.
Ta uwaga wyraźnie ją zdumiała.
– Krępujące? Dlaczego?
– No… – Buchowi zabrakło słów.
– Wchodzimy? – spytała i ruszyła przodem.
Frode Monberg leżał w łóżku pod oknem. Nieogolony. Zmęczony i blady. Jako szeregowy deputowany Buch nigdy nie miał za dużo do czynienia z ministrami. Teraz mógł zobaczyć, że Monberg jest przystojnym mężczyzną, o wąskiej, pogodnej, miłej twarzy, ze strzechą niesfornych brązowych włosów i o żywych, niespokojnych oczach.
Buch podszedł do łóżka i położył na nim pudełko drogich czekoladek.
– Karino – powiedział Monberg ostrożnie. – Mój następca… Gratulacje, Thomasie. Mam nadzieję, że praca się panu podoba.
– Cieszę się, że pana widzę. Jak się pan czuje?
Żadnych kroplówek ani przewodów. Monitory przy łóżku były wyłączone. Ten człowiek wracał do zdrowia. W zasadzie wcale nie był chory. Ale za pogodną fasadą kryło się coś mrocznego i rozpaczliwego. Uśmiech zniknął z jego twarzy zdecydowanie za szybko.
– Dobrze. – Jego melancholijne brązowe oczy przebiegły po ogromnej sylwetce Bucha. – Podobno niezłe piwo się warzy, odkąd tu jestem. – Spojrzał na Karinę. – Co u ciebie?
Kiwnęła głową, nic nie mówiąc.
– Dobrze, że przyjął pan tę funkcję – dodał Monberg, zwracając się do Bucha. – Pewnie zachodził pan w głowę, jak premier wpadł na taki pomysł. A ja… – poklepał się po klatce piersiowej – …mogę się teraz zatroszczyć o swoje stare serce. – Przełożył czekoladki na szafkę przy łóżku. – Nie sądzę, żebym w najbliższym czasie mógł sobie pozwolić na takie rzeczy. Lekarze…
Karina skrzyżowała ramiona. Buch milczał. Na twarz Monberga wróciła skwaszona mina.
– No tak. Chyba się rozniosło.
– Objąłem pańską funkcję – wyjaśnił Buch. – Musieli mi powiedzieć. To nie jest wiedza powszechna. I nie będzie, proszę się nie martwić.
– Nie martwić? – Jego głos wydawał się teraz kruchy i stary. – Łatwo panu mówić. Chorowałem od lat. Nikt tego nie zauważał. Nikogo to nie obchodziło. Człowiek tkwi w tym cholernym gabinecie, dzień po dniu. Nocami też. No i właśnie. – Zerknął na elegancko ubraną blondynkę przy jego łóżku. – To wszystko po pewnym czasie staje się nierzeczywiste. Nagle się okazuje, że robisz rzeczy, o których nigdy nie śniłeś. Nie chcę, by moja rodzina dalej cierpiała. Słyszy pan?
– Oczywiście – odrzekł Buch. – Gwarantuję to panu. Chcemy tylko porozmawiać o starej sprawie wojskowej. Tej, którą się pan zajął. Zanim… – kiwnięciem głowy wskazał łóżko – zanim… no wie pan. O Anne Dragsholm.
– Nie ma o czym mówić – rzucił Monberg za szybko. – Anne przyszła do mnie z tą dziwną historią. Chciała, żebym jej się przyjrzał. To miała być taka przysługa po starej znajomości.
– I? – ponaglił go Buch.
– Spotkaliśmy się. Pogadaliśmy o przeszłości. Ona się rozwodziła. Myślę, że trochę… że wpadła w obsesję. Na odchodnym dała mi teczkę. Ta sprawa chyba wiele dla niej znaczyła. Bóg raczy wiedzieć dlaczego. Oczywiście nigdy się tym nie zająłem.
Buch wziął głęboki oddech, skrzyżował ramiona i milczał.
– Dlaczego zadaje mi pan te pytania, Thomasie?
– Pan znał tę sprawę, zanim Anne Dragsholm do pana przyszła. Nie bez powodu wysłał pan tę kopertę na nieistniejący adres. Proszę, niech pan spróbuje to wyjaśnić. Minister obrony zwołał spotkanie na temat żołnierza…
Karina wyjęła z torby dokumenty. Buch pokazał je mężczyźnie w łóżku.
– …niejakiego Jensa Petera Rabena.
Monberg wziął papiery i ledwie na nie zerknął.
– O niektórych rzeczach mam mgliste pojęcie.
– Może byśmy się obyli bez tych bzdur – zniecierpliwił się Buch, świadom, że mówi coraz głośniej. – Niech mi pan tylko powie, o czym rozmawialiście z Rossingiem na tym spotkaniu. To ważne.
Monberg wzruszył ramionami, wziął ze stolika okulary i przejrzał dokumenty.
– To było wieki temu.
– Zataił pan informację o poważnym dochodzeniu wojskowym! Milczał pan o niej przed policją, przed PET, przed własnym personelem. – Chwycił krzesło i przysunął się do łóżka. – Dlaczego? Co ukrywacie z Rossingiem?
Monberg odwrócił się do Kariny. Błagał o pomoc. Nie odezwała się ani słowem.
– Dlaczego spotkaliście się w sprawie Rabena? – Buch nie ustępował. – Co powiedział panu Rossing? Dlaczego spotkania nie protokołowano?
– O co chodzi, Buch? O czym pan mówi?
– Spotyka się pan z Rossingiem. Potem Dragsholm przedstawia panu sprawę. Ale pan nikomu o niej nie mówi. Ani policji ani PET, nawet kiedy Dragsholm zamordowano. Muszę wiedzieć…
– Jeśli przyszedł pan zwalać na mnie winę za swoje niepowodzenia – warknął Monberg – może się pan od razu wynieść.
– Co Rossing powiedział na tym spotkaniu?
Hałas przy drzwiach. Kobieta w granatowym kostiumie. Obok niej lekarz. Żona Monberga. Buch skinął jej głową.
– Znowu goście, Frode? – spytała, spiesząc do boku chorego. Pocałowała męża w czoło, a on skrzywił się jak małe dziecko. – Tak nie może być. – Spojrzała groźnie na Bucha. – Doceniam pańską troskę, ale lekarze muszą zbadać mojego męża.
Monberg podniósł z łóżka papiery. Karina wzięła je i podeszła do okna, gdzie zaczęła przeglądać kartki z życzeniami powrotu do zdrowia.
– Takie naciski mu nie służą – dodała żona.
– Mam odpoczywać – przyznał Monberg.
Karina trąciła Bucha. Jedna z kartek pochodziła od Flemminga Rossinga. Na obrazku widniał bukiet róż. W środku znajdowały się drukowane życzenia i dopisane odręcznie słowa: „Cieszę się, że widzę Cię w lepszym zdrowiu, Frode. Przyjaciele do grobowej deski”.
Buch przeczytał to i kiwnął głową.
– Minister właśnie wychodzi – zauważył Monberg.
– Tak – potwierdził Buch. – Życzę panu szybkiego powrotu do zdrowia. – Na pościel przy kolanach Monberga rzucił kartkę Rossinga. – Wszyscy przyjaciele na to czekają.
Na korytarzu, wdychając szpitalny zapach, słuchając piknięć i terkotu maszynerii w salach dokoła, Buch czekał, aż Karina dogoni go swoim wściekłym krokiem.
– Rossing był tu przed nami, prawda? – warknął, gdy do niego dotarła.
– Wiedział, o co będzie pan pytał. I wiedział, co powiedzieć.
– Cholera – mruknął. Nie mógł oderwać od niej wzroku. – Jaki jest Monberg? Tak naprawdę?
– Dowcipny. Zabawny. Uroczy. – Namyślała się chwilę. – Słaby.
– Potrzebne nam inne możliwości – orzekł Buch i próbował sobie wyobrazić, jak miałyby one wyglądać.
– Mam pomysł – oznajmiła Karina, gdy siedli na tylnej kanapie ministerialnej limuzyny, która natychmiast utknęła w korku. – Może wystosujemy przeprosiny za ekshumację żołnierza?
Buch burknął coś nieartykułowanego i spojrzał za okno na tłumy ludzi wędrujących od sklepu do sklepu. Zwyczajni ludzie wiodący zwyczajne życie. Zazdrościł im.
– Thomasie… – Teraz, gdy zostawali sami, Karina coraz częściej mówiła do niego po imieniu. Podobało mu się to. – To rozładuje trochę napięcie. Krabbe się niecierpliwi. Nęka Plough o pilne spotkanie.
– Plough może powiedzieć Krabbemu, że jeśli chce, niech siądzie pod gabinetem premiera i prosi o audiencję.
– Przeprosiny dobrze by zrobiły.
W małej szafce w samochodzie, tam gdzie inni trzymali alkohole, Buch przechowywał kilka paczek czekoladowych ciasteczek. Otworzył pierwsze z brzegu, poczęstował Karinę i wziął dwa, gdy ona pokręciła głową.
– Jak mam przepraszać za coś, o czym w ogóle nie wiedziałem?
– Jest pan ministrem. To normalne.
– To nie znaczy, że mi się to podoba. Swoją drogą kto wpadł na pomysł, żeby wykopać tego biedaka?
– Policjantka. Została zwolniona.
– Szybka reakcja.
– To nie był jej pierwszy wybryk. Pamięta pan… Pamiętasz sprawę Birk Larsen sprzed paru lat?
Buch się wzdrygnął.
– To było straszne.
– Ona ją rozwiązała. I wtedy też została zwolniona.
Buch spojrzał na Karinę zaintrygowany.
– Wtedy prawdopodobnie w sprawę było wplątanych kilku lokalnych polityków – ciągnęła Karina. – Ona nie odpuściła. Gdybyś wydał oświadczenie, mógłbyś wspomnieć, że ta policjantka nie po raz pierwszy naruszyła regulamin. Dodać coś w rodzaju, że oczekujemy od wszystkich funkcjonariuszy, że będą podtrzymywać świetne tradycje służby.
Buch wytrzeszczył oczy.
– Dobra – skapitulowała Karina. – To nie w twoim stylu. Dobór słów zostawiam tobie.
– Jak ona się nazywa?
– Sarah Lund.
– Chcę z nią porozmawiać.
Karina wybuchnęła śmiechem. Myśl, że zdołał ubawić tę bystrą, inteligentną kobietę, go ucieszyła.
– Nie możesz z nią rozmawiać! Ona właśnie została wylana z policji.
– Jestem ministrem sprawiedliwości. Mogę rozmawiać, z kim chcę. Jeśli ta Lund rozwiązała sprawę Birk Larsen, na pewno nie jest głupia. Może coś wie.
Znowu poczęstował Karinę ciasteczkami. Tym razem skorzystała.
– Jeśli to zrobisz, pogorszysz swoje relacje z policją.
– A czy oni są rozmowni? Nie. Jeśli Monberg nam nic nie powie, będziemy musieli znaleźć jakieś inne wyjście. Znajdź mi Sarę Lund, proszę.
– Thomasie – przybrała ton matki łajającej dziecko. – Jeśli to wyjdzie na jaw, będziesz miał wielkie kłopoty.
– Och, na miłość boską. Jeśli nie rozgryzę tej sprawy, i tak wylecę na pysk. Nie udawajmy, że będzie inaczej, dobra? – Postukał jej torbę. – Świetnie sobie radzisz z telefonem. Znajdź mi Sarę Lund, proszę. Od razu do niej pojedziemy.
Ślub przedstawicieli duńskiej klasy robotniczej. Sala bankietowa w hotelu pełna przyjaciół i krewnych. Szczęśliwa para. Cicha muzyka. Urzędnik wypowiadający znajomy refren: „Ogłaszam was mężem i żoną. Może pan pocałować pannę młodą”.
Bjørn, rozbrykany nieduży mężczyzna, wesoły i figlarny, uśmiechnął się jak psotny skrzat i robił, co mu kazano.
Lund cieszyła się, że jej ciasto nie zatruło go za bardzo. Był miły, a jej matka, po tylu latach gorzkiej samotności, wreszcie wyglądała na szczęśliwą.
Sarah Lund stała więc teraz w swojej najlepszej sukience z fioletowego jedwabiu, klaskała im obojgu i uśmiechała się do Marka u jej boku, wysokiego i przystojnego.
Cały świat szedł naprzód. Wszystko się zmieniało. Tylko nie ona. Ona znajdowała się w tym samym miejscu, co dwa lata temu po czarnej nocy, gdy Meyer został postrzelony, a w jej życie legło w gruzach. Dlatego właśnie czerpała tyle niezręcznego, pełnego skruchy pocieszenia z widoku matki pochłoniętej przez dławiącą szczęśliwość, przez zadowolenie, które można poczuć tylko wtedy, gdy bezinteresownie daje się komuś swoje życie, poświęca się indywidualność w imię wzajemnej miłości, która wyszepcze wieczyste kłamstwo: „Teraz jesteś bezpieczny na wieki”.
Na takie poświęcenie Lund nigdy nie byłaby gotowa i ci, którzy ją znali, świetnie to rozumieli. Mark nie był już opryskliwym nastolatkiem, który warknął kiedyś: „Ciebie interesują tylko martwi ludzie”.
Domyślała się, że syn nadal tak uważa. Tylko jest za grzeczny, by to powiedzieć.
Elegancka hala bankietowa w Østerbro. Marmurowe ściany i zapach zbyt wielu bukietów. Kiedy oklaski przygasły, Bjørn sam klasnął w dłonie i zadeklarował:
– A teraz może coś zjemy i się napijemy. A potem znowu się napijemy! I znowu!
Jej matka miała na sobie zieloną jedwabną suknię, którą sama uszyła. Wyglądała tak doskonale, że Lund poczuła, jak łzy zbierają jej się pod powiekami.
– Widać, że Bjørn był kiedyś w obronie terytorialnej – zachichotał Mark u jej boku.
– O tak – powiedziała, patrząc, jak kilku mężczyzn w bluzach mundurowych zbliża się, by uściskać kompana i poklepać go po plecach.
Vibeke podeszła do nich, przytuliła, ucałowała w policzek, wzięła jedno pod prawe, drugie pod lewe ramię.
– Ten pomysł, żebym ja wzniosła toast… – zaczęła Lund.
– Nie ma o czym mówić – odparła szybko Vibeke. – Parę słów z okazji ślubu twojej matki. Będziesz miała mnie z głowy niewielkim kosztem.
– Nigdy nie radziłam sobie z przemawianiem.
– To kolejny powód, by mówić krótko. Musi być czas na tańce. Zaraz mi powiesz, że z tańczeniem też sobie nie radzisz. A ja wiem, że to nieprawda. – Na chwilę radosna twarz Vibeke spoważniała. – Pamiętam, jak byłaś w wieku Marka. Wiem, że umiesz tańczyć, Saro.
– Gdzie moja żona?! – Piskliwy głos Bjørna wzniósł się ponad wrzawę. – Czas na zdjęcia.
Nadal się nie ruszała. Stały w miejscu, matka i córka. Mark oddalił się, jakby coś zobaczył.
– Ale nie zmuszę cię – powiedziała cicho Vibeke. – Całymi latami tak bardzo się starałam zmusić cię do tego, byś była kimś, kim nie jesteś. Przepraszam. Chciałam tylko…
Lund objęła matkę ramionami, musnęła ustami jej ciepły upudrowany policzek.
– Jesteś, kim jesteś, i taką cię kocham – wyszeptała jej matka do ucha, po czym uciekła w tłum, jakby przerażona tym nagłym wybuchem szczerości.
Podszedł do nich pracownik hotelu z dzwoneczkiem w dłoni.
– Tego się używa, żeby przyciągnąć uwagę – powiedział, jakby Sarah nigdy wcześniej nie była na weselu. – Aha, i przysłano dla pani bukiet.
– Kto mi przysłał bukiet?
– Skąd mam wiedzieć? – odrzekł, wskazując wyróżniającą się wiązankę.
Trzy czerwone różne w celofanie pośród stosów jarmarcznych pudeł.
– Uwaga, wszyscy! – zawołał fotograf. – Proszę zająć swoje miejsca.
Bjørn pośrodku, Vibeke i Lund po bokach. Sarah Lund przypomniała sobie własny ślub, nawet przy pozowaniu do zdjęć nie dawało jej spokoju pytanie: „Czy ten związek ma szanse przetrwać?”.
Tymczasem związek jej matki takie szanse miał. Obwieszczono pokój. Długie i smutne lata samotności Vibeke, jakby wojna, dobiegły końca.
Przed nimi przykucnął Mark. Lund stwierdziła nagle, że trzyma dłoń na jego miękkich włosach, głaszcze je, cieszy się, że on się uśmiecha, a nie wykręca się jak kiedyś.
Po dziesięciu minutach wszyscy siedzieli przy stole, patrzyli, jak z kuchni przybywa pierwsze danie. Zaczęły się śpiewy. Weselne pieśni o śmiesznych tekstach, pół nucone, pół wykrzykiwane z arkuszy z tekstami, które ułożono obok menu. Serwowano białe wino, ciepławe. Rozmyślnie usadzono ją obok kuzyna Bjørna, kawalera, księgowego z Roskilde. Głównym tematem prowadzonych przez niego rozmów, pomiędzy przyśpiewkami, była przyszłość podwójnej księgowości.
Lund nie tknęła alkoholu. Już i tak miała wrażenie, że zbyt wiele uderzyło jej do głowy.
Sąsiad okazał się na tyle przytomny, że zauważył, iż temat ją nudzi.
– Jesteś policjantką? – spytał.
– Tak jakby.
– Słyszałem, że ekshumowali poległego żołnierza. Gazety o tym pisały.
Lund zmieniła zdanie – łyknęła haust za słodkiego białego wina.
– Naprawdę? – zdziwiła się.
Nagle, zanim sąsiad zdołał wypowiedzieć kolejne słowo, odezwał się dzwoneczek.
Vibeke wstała ze swojego miejsca. Człowiek z obsługi znowu pojawił się przy Lund.
– Przepraszam – powiedział. – Ktoś chce się z panią zobaczyć. Mówi, że to ważne.
Zaraz za drzwiami stała blondynka w eleganckiej garsonce. Gdy Lund na nią spojrzała, kiwnęła głową.
– Nie mogłam się doczekać tej przemowy – oznajmiła Vibeke. – Więc…
Lund odsunęła krzesło i wstała od stołu.
Kobieta przy drzwiach przedstawiła się jako Karina Jørgensen z Ministerstwa Sprawiedliwości.
– Toast! – improwizowała Vibeke za Lund. – Na zdrowie!
Lund przeszła z blondynką do baru.
– Do tej rozmowy doszło przypadkowo – mówiła kobieta. – Nie zostanie nigdzie odnotowana. Nie powiadomi pani o niej nikogo w Politigården.
Zeszły na dół. Korytarze wyłożone białymi płytkami. Zapachy i odgłosy pobliskiej kuchni.
Na końcu stał wielki mężczyzna, tuż obok kobiety składającej obrusy. W jednej ręce trzymał telefon, w drugiej nóżkę kurczaka. Gdy Lund się zbliżyła, niedokończona nóżka trafiła do śmietnika. A telefon do kieszeni.
Wytarł dłonie serwetką leżącą w pobliżu, po czym prawą rękę podał Lund.
– Thomas Buch, minister sprawiedliwości. W każdym razie w tej chwili.
Lund nic nie powiedziała.
– Karina mówi, że spotkaliśmy się tutaj przypadkiem. – Miał przyjazną twarz i potarganą brązową brodę. – A to ci przypadek, co?
– Na górze właśnie odbywa się wesele mojej mamy.
– Wiem. Prawda wygląda tak, że bardzo potrzebuję paru odpowiedzi. I myślę…
– Proszę posłuchać. Jeśli chodzi o ekshumację, to naprawdę strasznie mi przykro. To mój błąd. Proszę nie winić Brixa ani Strangego…
Zaczekał, aż kelnerka się oddali.
– Wie pani o zarzutach ciążących na duńskich żołnierzach w Helmand?
– Trochę.
– Zauważyła pani, by coś wskazywało, że nasi żołnierze mogli zamordować cywilów? Cokolwiek…
– Powinien pan się skontaktować z Lennartem Brixem albo Ruth Hedeby. Oni teraz prowadzą…
– Właśnie nie jestem pewien. A jestem ministrem sprawiedliwości. Pojawiła się sugestia, że w zbrodnię był wplątany jakiś oficer. Pani o tym wie? Czy zetknęła się pani z jakimiś dowodami, które próbowano ukryć?
Lund pokręciła głową.
– Tę historię opowiadał żołnierz, który ma zaburzenia psychiczne. Prawdopodobnie nie było żadnego oficera.
Wielki mężczyzna wepchnął pięści do kieszeni spodni i stał nieporuszenie.
– Dlaczego więc chciała pani ekshumować tego żołnierza?
– Bo skrewiłam. Nic nie wiem. Muszę wrócić na wesele, przepraszam.
– A co z dowódcą oddziału, Jensem Peterem Rabenem?
– Myślałam, że on coś wie o… Ale on jest chory psychicznie. Miał powód do ucieczki. Właśnie odrzucono jego wniosek o zwolnienie warunkowe.
– Kto odrzucił?
– Służba Więzienna. Jego lekarz orzekł, że Raben jest zdrowy, ale…
Buch zerknął na blondynkę.
– Herstedvester orzekło, że może wyjść? – spytał. – A Służba Więzienna odrzuciła jego wniosek?
– Zgadza się. A on bardzo chciał wyjść, był wręcz zdesperowany. Rozpada się jego małżeństwo. Prawdopodobnie już się rozpadło.
Buch przyłożył palec do ust i myślał.
– Niech pani okaże mi jeszcze trochę cierpliwości. – Odwrócił się do blondynki. – Monberg pracował nad ustawą o służbie więziennej, prawda? Kiedy zarzucił te prace?
Zastanawiała się chwilę.
– Zaraz po spotkaniu z ministrem obrony.
– Właśnie. Zadzwoń do Plough.
Szeroki uśmiech i znowu wielka dłoń. Lund odpowiedziała uściskiem.
– Dziękuję – rzekł minister. – I proszę przekazać mamie gratulacje.
– A o co właściwie chodzi?
Palec znowu powędrował do brodatej twarzy. I znowu pojawił się na niej krzywy uśmiech. Po czym minister mrugnął okiem.
– Miłego dnia, Saro Lund – rzekł i pomachał jej ręką na pożegnanie.
Gdy wróciła na wesele, przemawiał właśnie Bjørn.
– Vibeke – powiedział, stojąc obok żony. Czytał z notatek. – Uszczęśliwiłaś mnie. Cały czas chcę tylko śpiewać, tańczyć i wygłaszać mowy.
Lund podeszła do swojego miejsca, modląc się w duchu, by do tego nie doszło.
Pomyślała o mężczyźnie, z którym właśnie rozmawiała. Thomas Buch był ministrem sprawiedliwości. I podobnie jak ona poruszał się po omacku.
– Czasami – ciągnął Bjørn – żałuję, że los nie zetknął nas wcześniej. Ale wtedy nie bylibyśmy na siebie gotowi. Cieszę się więc, że w tamten majowy wtorek wszedłem do second-handu. Wyszedłem z niego z kobietą, która została moją żoną.
Lund zignorowała wątpliwe żarty sąsiada, a wpatrywała się w prezenty i trzy czerwone róże.
Nikt nie przysyła kwiatów samotnej kobiecie na wesele jej matki.
Goście wstawali. Dłonie wznosiły kieliszki. Bjørn wygłaszał toast.
– Sto lat dla panny młodej!
Gdy Bjørn pochylił się, by pocałować Vibeke, Lund przeszła przez salę, znalazła swoją wiązankę i wyjęła przyczepioną do niego białą kopertę.
Wiedziała, że zapadła cisza, że wszyscy na nią patrzą.
Minął ją człowiek z obsługi niosący nową butelkę wina.
– Kto przyniósł te kwiaty? – spytała.
– Posłaniec – odrzekł tym samym apatycznym tonem co wcześniej.
W środku znalazła wiadomość. „Tjek hundetegnet – Raben”. Sprawdź nieśmiertelnik.
Vibeke obserwowała córkę z uśmiechem, ale spięta. Postukała nożem w kieliszek i wstała.
– Skoro się tu wszyscy zebraliśmy, chciałabym wygłosić swoją kwestię. Zanim Sarah…
Lund sięgnęła po dzwoneczek mistrza ceremonii.
– Kochany Bjørnie – zaczęła Vibeke i urwała, patrząc na zbliżającą się córkę.
Lund zatrzymała się przed nią. Miały za sobą tyle lat konfliktów. Tyle kłótni i złości. A teraz miała zawieść matkę po raz kolejny, na jej własnym ślubie.
Twarz Vibeke nagle się zmieniła. Uśmiechnęła się. Lund postawiła dzwoneczek przy jej talerzu, objęła ją, ucałowała w oba policzki, a matka zrobiła to samo.
– O co chodzi? – spytał Bjørn z lekką nutą gniewu w głosie. – Nie możesz wyjść w trakcie przemowy matki! Goście nie wychodzą, zanim wesele się zacznie!
Lund otarła oczy.
– A moja córka właśnie wychodzi, Bjørn – odparła Vibeke tonem niemalże nagany. – I w porządku.
– W porządku? – spytał, szeroko otwierając oczy.
Lund nic nie powiedziała, tylko ruszyła do wyjścia.
– Tak! – dodała Vibeke bardzo lekko. – Jak najbardziej w porządku. Kobiety w tej rodzinie są pracowite i mają swoje sprawy. – Poklepała go po plecach. – Przyzwyczajaj się, chłopie. I staraj się nadążać.
Lund dziarskim krokiem opuściła salę. Za sobą usłyszała śmiech. Może nerwowy. Ale śmiech.
I głos matki, silny i przekonujący:
– No, kochany Bjørnie. Na czym to stanęliśmy?
Już nie słuchała. Zeszła ze schodów, wiedząc dokładnie, dokąd iść.
Hanne Møller sprzątała garaż. W rękach trzymała fotografię, patrzyła na nią smutno.
Weszła Lund. Na fioletową sukienkę miała nałożoną zniszczoną granatową kurtkę.
– Przyszłam panią przeprosić. Wiem, że policja też panią przepraszała. To za mało. Chciałam, żeby usłyszała to pani ode mnie.
Spojrzała na zdjęcie. Przystojny młody mężczyzna w wojskowym berecie, uśmiechający się do standardowego portretu. Hanne Møller odłożyła fotografię do kartonu.
– Zdaję sobie sprawę, że nie mogę tego naprawić – ciągnęła Lund.
– Nie – odparła kobieta cicho i z goryczą. – Nie może pani.
– Chcę, żeby pani zrozumiała. – Jeden krok do przodu. Nie wyjdzie, dopóki to nie zostanie powiedziane. – Musiałam mieć pewność.
– A ma pani?
Podniosła jakieś ubrania syna i wsadziła je do czarnego worka na śmieci.
– Jestem pewna, że on nie żyje. Przykro mi. Ale jeszcze czegoś nie wiemy…
– Niech pani sobie idzie.
Lund rozejrzała się po garażu. Zastanawiała się.
– Musi mnie pani wysłuchać.
– Dlaczego pani nigdy nie odchodzi, kiedy o to proszę? – Głos Hanne Møller wzniósł się, pełen bólu i gniewu. – I dlaczego pani ciągle wraca? Prześladuje mnie pani?
– Bo dzieje się coś złego. Myślę, że pani też o tym wie.
– Wiem? – Trzymała sweter. Wojskowy, z granatowej włóczki. Albo część mundurka szkolnego. Wyglądały tak podobnie.
– Chodzi o nieśmiertelnik pani syna. Łańcuszek, który dało mu wojsko, z taką przywieszką. – Lund stwierdziła, że opisując przedmiot, niezręcznie macha rękoma.
Sądząc po wyrazie twarzy Hanne Møller, ta gestykulacja nie była potrzebna.
– Wie pani, gdzie on jest?
– Dlaczego kawałek metalu jest taki ważny?
– Nieśmiertelnik przekazuje się najbliższym krewnym. Dostała go pani?
– Pytałam – odparła kobieta, kręcąc głową. – Nie znaleziono go.
– Ale ma pani resztę jego rzeczy?
Kobieta wskazała pudło.
– Nie. To wszystko zostawił w domu. Nie mamy nic. Tylko ciało, którego nie pozwolono nam zobaczyć. Dlaczego zadaje pani te pytania?
Lund zastanawiała się, co powiedzieć. Ale Hanne Møller po katastrofie na cmentarzu należały się wyjaśnienia.
– Myślę, że ktoś znalazł nieśmiertelnik pani syna. Myślę, że wykorzystał go, by użyć tożsamości Pera. I żeby później zatuszować swoje zbrodnie.
– Per był dobrym chłopcem – powiedziała jego matka łagodnym, zbolałym głosem. – Nie chciałam, żeby wstępował do wojska. Kiedy był mały, nie było wojen. Myślałam, że zostanie nauczycielem. Albo lekarzem. Ale potem dorósł, a świat się zmienił. – Wpatrywała się w Lund. – Wydawało się, że to po prostu taki inny wybór. Taki jak iść do pracy w szkole. Pojechać do innego kraju, o którym człowiek niewiele słyszał, i walczyć w wojnie, której nikt z nas nie rozumie. Domyślam się, że potrzebujemy żołnierzy. Ale nie Pera. On był na to za delikatny.
Lund milczała, w głowie mając Marka.
– Człowiek myśli, że może swoje dzieci pokierować, by robiły coś dobrego – dodała Hanne Møller tym samym łagodnym, zbolałym szeptem. – Ale nigdy nie wiadomo, co je czeka. Tak naprawdę nie wiadomo.
– Przykro mi, że sprawiłam pani tyle bólu. Postąpiłam głupio. Nie będę już pani niepokoić. – Lund ruszyła do drzwi.
– Proszę zaczekać – powiedziała kobieta. – Muszę pani coś pokazać. – Poszła do kąta i wyciągnęła inne pudło. – Myślałam, że to pomyłka. Może tak jest. Ale i tak nie daje mi to spokoju.
– Co takiego?
– Od czasu do czasu coś się pojawiało. Jakby Per ciągle żył. Proszę… – Wyciągnęła plik otwartych kopert. – Listy. Ostatni sprzed kilku tygodni. Proszę popatrzeć.
Lund wzięła pakiet.
– Kiedy się zaczęłam nad tym zastanawiać… Wyobrażałam sobie, że może on nadal żyje – szeptała Hanne Møller. – Ale nie żyje, prawda? A potem pojawiła się ta kobieta. I pani…
Głównie rachunki. Per K. Møller zginął w Helmand, w wyniku eksplozji czy samobójstwa, ponad dwa lata temu. Wszystkie dokumenty miały daty późniejsze.
– To pomyłka, prawda? – spytała kobieta.
– Prawdopodobnie – odparła Lund. – Mogę to zatrzymać?
Tuż przed osiemnastą Buch wrócił do Rigshospitalet, gotowy na drugie starcie z Frodem Monbergiem.
Nikogo nie widział w recepcji, więc wszedł do środka. Zastał Monberga w białej piżamie, siedzącego na skraju łóżka i pochłoniętego lekturą gazety.
– Jeśli już musiał pan przychodzić – odezwał się pacjent – należało spytać o pozwolenie i robić to w godzinach odwiedzin. – Następnie wstał, podszedł do okna, włożył szlafrok. Ciągle był nieogolony. Wydawał się wymizerowany i stroskany. – Nie mam panu nic więcej do powiedzenia, Buch.
– Niewiele więcej muszę usłyszeć. Już to wiem.
Monberg odwrócił się i wyszczerzył zęby w uśmiechu. To nie był miły widok.
– Doprawdy?
– Prawie. Przygotowywał pan ustawę, obiecał pan zredukować koszty służby więziennej. To się znalazło w orędziu.
– Zakłady karne były przepełnione. A jakie to ma znaczenie?
– Chciał pan też zmniejszyć liczbę pacjentów w zamkniętych zakładach psychiatrycznych, prawda?
Chudy mężczyzna patrzył groźnie na Thomasa Bucha i milczał.
– Wnioskował pan, by każdą sprawę ponownie przeanalizowano i by zwolniono wszystkich, którzy nie stanowią zagrożenia dla społeczeństwa.
– Przekopywanie starych akt to robota dla urzędników, nie dla ministrów.
– Jednym z tych, którzy mieli wyjść na wolność, był Jens Peter Raben. Żołnierz. Człowiek, który twierdził, że na własne oczy widział zbrodnię wojenną popełnioną przez innego żołnierza naszych wojsk w Afganistanie.
– Nie pamiętam…
Buch postawił krok w jego stronę.
– Niech mnie pan nie okłamuje. Rossing omawiał z panem sprawę Rabena. A potem, nie wiadomo z jakiego powodu, całkowicie zrezygnował pan ze swojego projektu. Nic z niego nie wyszło.
Monberg kiwnął głową.
– To prawda. Były po temu inne powody.
– Nie będę pana już niepokoił – oznajmił Buch i skierował się do drzwi. – Teraz to sprawa dla Plough i zespołu prawnego…
– Buch!
Minister stanął.
– Na miłość boską, może mnie pan wysłuchać? – poprosił Monberg.
Buch wrócił i spojrzał na chudego, dotkniętego nieszczęściem człowieka przy łóżku. Chciał poczuć wyrzuty sumienia, że tak go nęka. Ale to było trudne.
– Co pan zamierza? – spytał Monberg.
– To zależy od pana. Nie chcę nikogo karać, chcę tylko poznać prawdę.
– Rossing upierał się, że Raben nie powinien wychodzić na wolność. Wszystkie raporty ze szpitala mówiły, że ten mężczyzna jest zdrowy, ale Rossing postrzegał to jako kwestię bezpieczeństwa państwowego. Powiedział, że wypuszczenie tego człowieka jest sprzeczne z interesem narodowym. Że musi zostać w Herstedvester.
Buch prawie się roześmiał.
– Interesem narodowym? Co to znaczy? Nie zamykamy swoich wrogów, jeżeli nie dadzą nam do tego powodu. Dlaczego mielibyśmy to robić własnym żołnierzom, którzy walczą za nas, za nasz kraj?
– Rossing nie wdawał się w szczegóły, a ja nie pytałem.
Buch podniósł palec i wymierzył go w słabego mężczyznę przed sobą.
– Jens Peter Raben zdawał sobie sprawę, że w Afganistanie wydarzyło się coś strasznego. Rossing chciał, by Raben siedział pod kluczem, bo obawiał się politycznych reperkusji, gdyby to wydarzenie przedostało się do wiadomości publicznej. To nie jest interes narodowy.
– Ja o niczym nie wiem! Rossing poprosił mnie o pomoc. Powiedział mi, co mam robić.
– A potem Anne Dragsholm chciała wznowienia sprawy.
Monberg skrzywił się niezadowolony, podszedł do łóżka, wpatrywał się w uporządkowaną pościel, odwrócony plecami do wielkiego mężczyzny zarzucającego go pytaniami.
– Co powiedziała Dragsholm? Co odkryła?
– Nie mogę się wdawać w szczegóły… – burknął Monberg i zaczął poprawiać poduszki.
Buch stracił cierpliwość.
– Do diabła! – ryknął. – Myśli pan, że może się tu ukryć na zawsze? – Gwałtownym ruchem wskazał drzwi. – Tam umierają ludzie! A pan… – Wycelował palec w wymizerowaną twarz Monberga. – To pana wybrali na kozła ofiarnego. Nie Rossinga. Uznają pana za szaleńca, tak jak zrobili z Rabenem. Nie rozumie pan tego?
Frode Monberg chwycił się skraju łóżka. Oddychał z trudem. I z trudem mobilizował resztki odwagi.
– Zająłem się polityką, by coś zdziałać. By służyć.
– Więc proszę mi powiedzieć – błagał Buch.
Chudy mężczyzna zawahał się, wziął głęboki oddech.
– Mówiła, że znalazła dowód, że żołnierze mówili prawdę. Tam doszło do masakry. Dopuścił się jej duński oficer. To, że Rabena uwięziono, było jawną niesprawiedliwością.
– Jak się tego dowiedziała? – spytał Buch.
Monberg zamknął oczy, wyglądał jak człowiek na skraju wytrzymałości.
– Znalazła go.
– Kogo?
– Tego, kto to zrobił. Wiedziała, kim jest. Nie powiedziała mi. Za bardzo się bała. Byłem w rządzie, prawda? Nie sądzę, żeby do końca mi ufała.
Buch nie przyznał tego, co wydawało się oczywiste: Dragsholm miała rację.
– To wszystko, co wiem – dodał Monberg. Stojąc tyłem do Bucha, patrzył za okno. – Co ja mam, do cholery, zrobić? Jest coraz gorzej.
– Musi pan powiedzieć prawdę, Frode. I tyle. – Położył dłoń na ramieniu Monberga i przerażony stwierdził, że składa się z resztek mięśni i kości. – Powiedzieć prawdę, i wszystko będzie dobrze. Obiecuję. Premier cały czas mnie wspiera. Prosił, bym wyjaśnił sprawę. Nie zostawimy pana, obiecuję.
Frode Monberg odwrócił się i spojrzał groźnie na Bucha, nic nie mówiąc.
Rozległo się pukanie do drzwi. Karina.
– Przepraszam – powiedziała. – Muszę z panem porozmawiać. To ważne.
– Dwie minuty – rzucił do Monberga Buch – i ustalimy, co robić.
Słaby mężczyzna wpatrywał się w niego groźnie.
– Jest pan dzieckiem, Buch. Rossing nie powie ani słowa.
Karina ciągle biadoliła.
– Dwie minuty – powtórzył Buch.
Na korytarzu Karina odciągnęła Bucha od separatki Monberga. Minister czuł, że w końcu osiągnął jakiś przełom.
– Thomasie…
– Zmusiłem go do rozmowy. Potwierdził nasze domysły. Musimy zaraz ściągnąć tu PET.
– Wysłuchasz mnie? – Zaprowadziła go do jakiejś wnęki. – Teraz masz problem nie z Monbergiem, tylko z Krabbem.
Buch głęboko odetchnął.
– A czego znowu chce ten harcerzyk?
– Domaga się twojej rezygnacji.
– No ludzie…
Wyglądała żałośnie, a to było do niej niepodobne.
– Krabbe stawia premierowi ultimatum. Albo ty odejdziesz, albo on wycofa swoje poparcie dla rządu. Chce twojej głowy albo doprowadzi do upadku gabinetu.
– Nie, nie, nie. – Buch nie mógł przestać myśleć o rozmowie, którą właśnie odbył. – Posłuchaj. Monberg potwierdził, że rozmawiał z Rossingiem. Że zatrzymał duńskiego żołnierza w Herstedvester na prośbę Rossinga. To jest teraz ważne.
Skrzyżowała ramiona i wbiła w niego wzrok.
– Dojdźmy prawdy, a wtedy wszystko będzie dobrze – upierał się Buch. – Zwykle tak jest. Chodź… – Poprowadził ją z powrotem korytarzem.
– Sama możesz tego posłuchać.
– To poważne – odparła, podążając za nim.
– Wszystko jest poważne. To tylko kwestia skali.
Stanowczym krokiem wszedł do separatki Monberga. Pielęgniarka zmieniała pościel. Łóżko było puste.
Buch spojrzał na pielęgniarkę.
– Powiedział, że chce się przejść – wyjaśniła, wzruszając ramionami.
– A pani go puściła?
Żachnęła się.
– To szpital, nie więzienie.
Buch zaklął, wyszedł na korytarz. Monberg musiał skręcić w lewo. Gdyby udał się w drugą stronę, zobaczyliby go.
– Thomasie… – jęknęła Karina.
– Nie teraz.
Nie był człowiekiem nerwowym. Niepokój nie leżał w jego naturze.
– Thomas! Musisz zadzwonić do premiera.
– Nie! – krzyknął na nią i zaraz tego pożałował. – Musimy znaleźć Monberga. Nie rozumiesz?
– To mnie oświeć. – Skrzyżowała ramiona.
– Przycisnąłem go, Karino – odrzekł Buch cicho, jakby do siebie. – Przycisnąłem go, bardzo mocno.
Patrzyła, słuchała, po czym ruszyła przodem i zaglądała do pomieszczeń po prawej i lewej.
– Frode? – krzyknęła.
Nikt nie odpowiadał.
Dom Jarnviga w koszarach Ryvangen. Suterena była prawie gotowa. Pomalowana przez Christiana Søgaarda. Ściany nowego pokoju Jonasa przykryła jasna tapeta. Tapczanik, żółte krzesełko, stojąca lampa, biureczko. Po raz pierwszy w życiu miał własny kąt. Louise patrzyła, jak jej syn stoi przy dziadku, który wiesza nad łóżkiem plakat z kosmicznymi wojownikami.
– Jest równo, Jonasie? – spytał.
– Tak, dziadku. Podoba mi się.
Jarnvig odwrócił się i uśmiechnął szeroko do wnuka, po czym wyjął z kieszeni pinezki i przyczepił plakat.
– No to dobrze – rzekł, poklepując chłopca po głowie. – Wygląda fantastycznie, co? Teraz masz cały pokój dla siebie.
– Musisz zapukać, zanim wejdziesz – pouczył go wnuk.
– Tak jest! – Pułkownik zasalutował i strzelił obcasami.
Jonas zrobił to samo. Obaj się roześmiali. Louise Raben na ten widok poczuła zarazem radość i smutek. Po czym oddaliła się do kuchni i zaczęła sprzątać.
Ojciec przyszedł w ślad za nią.
– Zostawiam cię z tym teraz – stwierdził. – Ładnie tu wygląda. Wcześniej to zawsze była taka kawalerka. A teraz… – niemądry uśmiech – …teraz wygląda tak, jakbym znowu miał rodzinę.
– Dzięki za pomoc, tato.
– Coś jeszcze mogę zrobić? Wczoraj powiedziałem różne głupie rzeczy. Przepraszam. Mnie też to oczywiście porusza. Nie mogę… nie mogę patrzeć na ciebie w tym stanie.
Zdjęła rękawice gumowe, podeszła do ojca i dotknęła jego policzka.
– W porządku. Byłam idiotką, co nie? Wydawało mi się, że na zawsze oznacza na zawsze. A to tekst tylko dla dzieci, prawda?
– Czasami tak – przyznał. – Chodź ze mną na bal kadetów. Będzie mi bardzo miło. Mogłabyś być moim gościem.
Przypomniała sobie bale kadetów z czasów, gdy była nastolatką. Wszyscy młodzi żołnierze gorąco pragnęli zatańczyć z córką oficera.
– Na bale kadetów to ja jestem za stara i za gruba.
– Bzdura. Jedno i drugie to bzdura. Dobrze by ci to zrobiło.
– Powinnam być z Jonasem.
– Jonasowi nic nie dolega. Mogę załatwić kogoś do opieki. To o ciebie się martwię. Daj spokój…
Przejechała ściereczką dokoła zlewu. Jej złota obrączka ślubna leżała obok kranu razem z zegarkiem. Zawsze zdejmowała ją do zmywania.
Na zawsze.
Mrzonki dla dzieci. Wytrzymała przy Jensie więcej, niż zniosłaby niejedna kobieta. A co dostała w zamian? Tchórza, który uciekł na Bliski Wschód, gdy tylko ona urodziła dziecko. Przestępcę ukrywającego się przed wszystkimi.
– Chociaż na chwilkę – prosił ojciec. – Wrócimy od razu, kiedy będziesz chciała.
Nie mogła oderwać wzroku od obrączki. Kiedyś wydawała jej się taka ważna. Stanowiła symbol czegoś, co ich łączyło. Teraz była reliktem przeszłości, gorzkim przypomnieniem wszystkiego, co straciła.
– Oczywiście – powiedział Jarnvig. – Rozumiem. To zależy od ciebie. – Roześmiał się. – Ale zawsze uwielbiałem patrzeć, jak tańczysz. Myślałaś, że nie jesteś w tym dobra. Nie miałaś pojęcia…
Louise skrzyżowała ramiona.
– No to o której idziesz?
Jarnvig klasnął w dłonie, a na jego twarzy pojawiła się taka radość, jakiej nie widziała w ostatnich latach.
– Gdy tylko wybierzesz sukienkę. Czyli diabli wiedzą…
Godzinę później, za ogrodzeniem koszar, Raben siedział w drugim już ukradzionym tego dnia samochodzie, schowany nisko za kierownicą, z twarzą skrytą za kapturem. Drzwi miał otwarte, gotów do ucieczki przy najmniejszym zagrożeniu.
Dobre miejsce. Doskonały widok na dom Jarnviga. Światła włączone, w oknie na dole dało się dostrzec zabawki. Spojrzał na nie i zabolało go serce. Tyle stracił. Tyle musiał odzyskać.
Otworzyły się drzwi wejściowe. Wyszedł Torsten Jarnvig w mundurze galowym. Czarna kurtka i złote epolety. Biała koszula i muszka. Na zewnątrz czekała długa limuzyna.
Raben znał ten obrządek. Odbywał się bal dla nowego naboru kadetów w wynajętej sali nieopodal Kastellet. Takim jak Raben nie wolno było się zbliżyć do tej imprezy. Musieli sobie tylko wyobrażać muzykę, śmiechy, osobliwe pijackie dowcipy. Zgrzytać zębami i mieć nadzieję, że ci surowi, niewyszkoleni kadeci nie przeszkodzą w walce, nie narażą ich na śmierć, gdy oddział trafi na trudny teren Helmand.
Oficerowie zajmowali wysoką pozycję. Ale to szeregowcy, zwyczajni żołnierze, poborowi, mizerni, jeśli chodzi o wykształcenie i pochodzenie społeczne, decydowali, czy bitwa zakończy się zwycięstwem. Ich krew bardziej niż innych była rozlewana na suchej obcej ziemi.
Patrzył, jak Jarnvig dochodzi do długiej limuzyny, wyrzuca papierosa, rozgląda się. Zastanawiał się, co myśli ten człowiek. Dowódca. I ojciec Louise. Raben nigdy nie rozumiał, czy jest dla niego rodziną, czy tylko kolejnym żołnierzem czekającym na jego rozkazy. Niewykluczone, że Jarnvig sam tego nie pojmował.
Drzwi domu otworzyły się ponownie i Raben przestał oddychać. Louise. Futrzana etola, szkarłatna jedwabna suknia. Doskonałe włosy. Blada twarz z makijażem. Gotowa na bal kadetów córka oficera, o której marzyli wszyscy młodzieńcy.
Tymczasem ona zignorowała wszystkich, a wybrała jego.
Zeszła powoli po stopniach. Raben odniósł wrażenie, że z wahaniem. Jakby zapadły jakieś decyzje.
Jarnvig czekał przy otwartych drzwiach limuzyny. Za kierownicą siedział sztywny jak struna żołnierz w mundurze. Louise wsiadła, cały czas patrząc prosto przed siebie. Wróciła niepostrzeżenie do tamtego świata. A on nie, nigdy tego nie zrobi.
Raben patrzył, jak limuzyna nieśpiesznie sunie w stronę wartowni, jak wartownicy salutują, a Jarnvig i jego córka opuszczają Ryvangen.
Potem powoli, ostrożnie wyjechał kradzionym Peugeotem na drogę za nimi, zachowując bezpieczną odległość i zastanawiając się, co zrobić, gdy dotrą na miejsce.
Z taksówki, którą jechała do miasta z domu pani Møller, Lund zadzwoniła do Strangego.
– Coś mi się nie wydaje, żebyś była na weselu – powiedział.
– Musisz coś sprawdzić.
– Zostałaś odsunięta od sprawy.
– Musisz coś sprawdzić – powtórzyła, teraz już niecierpliwie.
– Jestem w Helsingør.
Czterdzieści minut samochodem na północ od Kopenhagi.
– A co tam robisz?
– PET chce, żebyśmy znaleźli każdego Afgańczyka w Danii. Właśnie jestem z tłumaczem w ośrodku dla uchodźców. Strata czasu. Czekaj, wyjdę na zewnątrz…
Zaczekała. Taksówka zwolniła w dużym ruchu. W takich warunkach do mieszkania matki zostało jej z pół godziny.
– No to co się dzieje? – spytał po chwili Strange.
– Ktoś skorzystał z tożsamości Pera K. Møllera. Jego nieśmiertelnik zaginął.
– Oni tam prowadzą wojnę, Lund. Różne rzeczy giną.
– To nie tak. Ktoś robił zakupy na jego nazwisko. W ciągu ostatnich kilku miesięcy. Matka dostawała faktury.
– Ach.
– Musisz jeszcze raz porozmawiać z Kapelanem. I z Søgaardem. Wrzucić nazwisko Møllera do systemu biura informacji gospodarczej, może coś się znajdzie.
– Jestem w Helsingør, pamiętasz? Rozmawiam z ludźmi, którzy mnie nienawidzą.
– Świetnie. Wsiadaj do auta i wracaj. Jak dociśniesz gaz, możesz tu być za pół godziny.
– Mam robotę! To potrwa jeszcze parę godzin. – Zamilkł na chwilę. – Mówiłaś już o tym Brixowi?
– Jeszcze nie – przyznała. – Powiem. Słowo honoru.
Znowu ta długa cisza.
– Proszę, obiecaj mi, że nie zrobisz nic głupiego.
– Na przykład?
– Na przykład… sam nie wiem. Nigdzie nie pojedziesz sama. To nigdy nie kończy się dobrze, prawda?
A co cię to obchodzi?, pomyślała. Jesteś tylko jeszcze jednym gliniarzem, którego mi przydzielono. Niezbyt dobrym w swoim fachu. Pod wieloma względami zbyt miłym.
– Nie zrobię nic głupiego – powiedziała i zdała sobie sprawę, że nie chce zranić jego uczuć. – Ale i tak dziękuję.
I tyle. Teraz padał deszcz. Samochody przed nimi poruszały się powoli.
– Chcę pojechać w inne miejsce – odezwała się do taksówkarza. – Do Vesterbro. Ile to zajmie?
Roześmiał się i wzruszył ramionami.
– Skąd mam wiedzieć? – odrzekł, chichocząc. – Jest pani pewna?
– Tak, jestem pewna.
Przeciąwszy Indre By, centrum miasta, taksówka skręciła w wąską uliczkę i potrąciła rowerzystę. Wywiązała się nieunikniona kłótnia. Rowerzysta, wielki facet wypełniony piwem, sięgnął do wnętrza taksówki i zabrał kluczyki.
Lund odczekała kilka minut, patrząc, jak mężczyźni skaczą sobie do oczu. Potem zostawiła na desce rozdzielczej swoją wizytówkę i powiedziała kierowcy, że może zeznawać, gdyby naprawdę chciał, by ktoś poświadczył, jak fatalnie jeździ.
Od dworca Nørreport dzielił ją krótki spacer. Stamtąd odjeżdżały pociągi we wszystkich kierunkach. W ciągu kilku minut mogła dotrzeć do mieszkania Vibeke, skąd zadzwoniłaby do matki i choć trochę wynagrodziła jej wyjście z wesela. Albo mogła się udać do Vesterbro i odszukać Gunnara Torpego.
Normalnie byłby to łatwy wybór. Ale ostatnie słowa Strangego nie dawały jej spokoju. Gonitwa za rzeczami, których nie rozumiała, nie była głupia. Ona tak po prostu robiła. Takim była człowiekiem. A poza tym… co on o tym wiedział? Porządny, średnio kompetentny funkcjonariusz, który, zdaje się, do policji trafił przypadkiem, bo miał już dość służby wojskowej. Ulrik Strange nie wyglądał za bardzo na człowieka, któremu jest pisana kariera zawodowa. Robił, co mu kazano, a w jej przypadku to nie wchodziło w rachubę.
Lund weszła do kawiarni naprzeciwko dworca, kupiła cappuccino i kanapkę.
Strange w niczym nie przypominał Jana Meyera, człowieka, który był zabawny i jednocześnie doprowadzał ją do szału. W nim była jakaś powaga. Poczucie poświęcenia i obowiązku, a do tego znakomita samoświadomość. Wiedział, że ta sprawa go przerasta. Dlatego się jej trzymał, słuchał jej, robił, co kazała, chociaż byli sobie równi rangą, dopóki Brix znowu jej nie wywalił.
Powoli popijała kawę, nie spieszyła się z kanapką. Zerknęła na zegarek. Dochodziła dwudziesta. Jeśli Strange zrobił, o co prosiła, to wrócił już do Politigården i szukał śladów, które podsunęła. Mogła zadzwonić. Ale to oznaczałoby sprawdzanie. Zirytowałaby go, a tego nie chciała.
Dopiła więc kawę, ruszyła do metra, zeszła po schodach, spojrzała na perony – jeden prowadził do domu, drugi do Vesterbro i Gunnara Torpego.
Właściwie nie był to żaden wybór.
Pół godziny później weszła do kościoła. Wyglądało na to, że w środku nikogo nie ma. Jedyne światła paliły się na ołtarzu. Trzy złote lichtarze na białym obrusie przed obrazem przedstawiającym Marię płaczącą nad Jezusem.
Lund przeszła między ławkami, rozejrzała się. Zza otwartych drzwi po prawej dobiegł ją jakiś dźwięk. I dochodziło stamtąd blade światło.
– Halo?! – zawołała i nagle odniosła wrażenie, że słyszy nie wiadomo skąd głos Jana Meyera. Tamten chropawy, przepalony papierosami, znajomy głos: „Nie wejdziesz tam znowu sama, co, Lund? I to bez broni?”.
Czasami rozum płatał różne figle. Podeszła do drzwi.
– Jest tam kto? – krzyknęła.
Nikt nie odpowiedział. Pchnęła drzwi.
– Halo?
Odbity od pustych ścian pomieszczenia głos Lund zabrzmiał jak muzyka. W środku było ciemno. Znalazła kontakt, włączyła światło – samotną żarówkę. Odskoczyła wstrząśnięta, bo pierwsze, co zobaczyła, to wyłożony płytkami zlew opryskany krwią.
Sięgnęła do kieszeni. Ale miała w niej tylko telefon.
– Cholera – szepnęła i zrobiła to, co było według niej naturalne. Poszła dalej.
Drugie pomieszczenie. Tym razem w półmroku, bo było tu okno, przez które wpadało blade światło latarni.
Na środku zobaczyła znajomy kształt, ohydny i święty jednocześnie. Postać z ramionami rozciągniętymi na boki jak u ukrzyżowanego, przywiązana do żelaznej belki przymocowanej do dwóch wysokich drewnianych lichtarzy.
Gunnar Torpe, z zakrwawioną twarzą, w kurtce wojskowej, z czarną taśmą na ustach.
Lund podeszła do niego, oderwała taśmę. Z ust duchownego buchnęła krew. Głowa mu opadła. Oczy się zamknęły.
Doskoczyła do niego, jedną ręką odwiązała pęta, drugą podtrzymała ciało. Najpierw prawe ramię, potem lewe. Ciężki człowiek. Z wielkim wysiłkiem, powoli opuściła jego ciało na twardą betonową posadzkę.
Oddychał. Słabo.
Telefon.
Zadzwoniła na centralę.
– Sarah Lund. Wyślijcie karetkę do kościoła Świętego Szymona w Vesterbro. Zawiadomcie Brixa. Właśnie znalazłam pastora. Jeszcze oddycha, ale…
Coś błysnęło przy ciele Torpego. Spojrzała. Nieśmiertelnik przecięty na pół, krew na ostrej, poszarpanej stronie.
– Musicie się spieszyć. Powiedzcie…
Dźwięk w pobliżu. Kroki w głębi pomieszczenia.
Lund zerknęła na Torpego. Na krew. Świeżą. Na rany. Tak liczne, tak żywe.
Postać. Mężczyzna w kapturze, z pochyloną głową przemknął na tle okna i pędem ruszył w głąb świątyni.
– Przekażcie Brixowi, że ścigam sprawcę – dodała, po czym zostawiła krwawiącego kapłana i pognała do drzwi.
Szukali godzinę. Zmarnowali godzinę. Towarzyszyła im administratorka szpitala, bardzo zirytowana.
– Jak mogliście zgubić pacjenta? – pytał Buch.
– Jak pan może tu wchodzić i go nękać? – pytała administratorka. – To oburzające. Nie obchodzi mnie, kim pan jest. To nieważne…
Zadzwonił jej telefon.
Byli na trzecim piętrze. Intensywna opieka medyczna. Ani śladu Monberga. Nikt go nigdzie nie widział.
Buch patrzył, jak twarz administratorki się zmienia. Nauczył się już rozpoznawać, kiedy nadchodzą złe wiadomości. Tyle ich było ostatnio.
– Co się dzieje? – spytał, gdy wsunęła telefon do kieszeni.
– Chyba musimy wezwać policję
– Jestem ministrem sprawiedliwości! – wrzasnął Buch. – Policja mi podlega.
– Świetnie – burknęła i poprowadziła ich na koniec korytarza, przez okolicę, która wyglądała na przestrzeń magazynową. Żadnych pokojów. Żadnych sal. Tylko sprzęt i kartony.
– Pacjenci nie mają tu wstępu – powiedziała. – W żadnych okolicznościach…
Wsiedli do windy technicznej. Przy cielsku Bucha i z nimi dwiema, Kariną i administratorką, prawie wypełnili limit. Administratorka wdusiła guzik parteru. I już się nie odezwała.
Po chwili drzwi się otworzyły. Trzech mężczyzn w szarych kombinezonach pochylało się nad czymś.
Buch przepchnął się między nimi.
Monberg leżał na podłodze, twarzą w dół. Spod jego wynędzniałej twarzy wypływała kałuża szkarłatnej krwi. Obok roztrzaskane okulary. Czerwień poplamiła białą piżamę. Jego otwarte oczy patrzyły zdumione. Pod pewnym okrutnym względem były bardziej czujne niż za życia.
– Przed chwilą skoczył z trzeciego piętra – powiedział jeden z mężczyzn.
– Pacjentom nie wolno… – zaczęła administratorka.
Karina odwróciła się do ściany i zaczęła szlochać.
– Przeprowadzimy postępowanie – dodała kobieta.
– Jesteście pewni, że skoczył? – spytał Buch.
Nikt nie odpowiedział.
Wstał, chwycił za ramiona jednego z mężczyzn. Tamten tylko spojrzał paskudnie.
– Jesteście pewni, że skoczył? – powtórzył Buch.
– Ja zamiatałem tu na dole – odwarknął mężczyzna. – Widziałem, jak tam stał. Palił papierosa. I nagle mnie zobaczył. Wszedł na poręcz. – Wskazał krętą klatkę schodową. – Słyszałem, jak krzyczał, cały czas aż na dół.
– Jest pan pewien? – spytał Buch znowu, ale już ciszej.
– Chyba nigdy tego nie zapomnę. A pan by zapomniał?
Dwudziesta pierwsza dziesięć. Kødbyen budziło się do życia. W tutejszych masarniach, przetwórniach ryb, hurtowniach i piekarniach rozrzuconych po rozległym rejonie wciśniętym pomiędzy tory kolejowe a Vesterbro zaopatrywała się w żywność większość Kopenhagi. Teraz, wieczorem, dzielnica odsłaniała swoje inne oblicze. Lokale na piętrach, niektóre na parterze, chłonące nocny tłum, bary i restauracyjki, gdzie tłoczyli się kolorowi imprezowicze, by zjeść i wypić w pobliżu rzędów tuszy bydlęcych i tac świeżo wypatroszonego łososia.
Lund goniła zakapturzoną postać od kościoła Gunnara Torpego. Zobaczyła, jak uskakuje w lewo pod szyldem Bosch nad modną knajpką organiczną.
Policjantka biegła i biegła, pracując miarowo rękoma, z oddechem skróconym do rytmicznych sapnięć. Brix mógł się zająć pastorem. Lund miała zbiega w zasięgu wzroku i nic innego się nie liczyło.
Skręciła przy szyldzie Bosch, obejrzała plac przed sobą. Magazyny i sklepiki. Załadowywane ciężarówki. Taksówki nadciągające z kobietami w tandetnych sukniach, wyruszającymi na podbój nocy.
Zakapturzona postać zniknęła w budynku w dalekim prawym rogu. Lund przebiegła w ślad za nim przez uchylone drzwi.
Pusta hala załadunkowa. Podnośniki zaparkowane na noc. Para unosząca się z kratek w szarej betonowej podłodze. Żelazne schodki wspinające się spiralnie pod drewniany sufit.
Nagły hałas. Lund podskoczyła. To był grzmot z systemu nagłaśniającego piętro wyżej. Głośna, rytmiczna muzyka disco. Śmiech, piski uciechy.
Przed Lund jedne otwarte drzwi. Pognała dalej. Trafiła znowu na zewnątrz, w zimną noc. Podwórko pełne czarnych worków na śmieci i gołębi skubiących odpadki.
Ani żywej duszy.
Zadzwoniła do Brixa. Odebrał z ciężkim westchnieniem.
– Lund. Jestem zajęty. Oddzwonię.
– Pastor…
– Co z nim?
– Nie dostałeś wiadomości?
– Mówiłem już, jestem zajęty.
– Znalazłam go półżywego w kościele. Dzwoniłam na centralę. Powiedziałam, żeby wezwali tam karetkę. Żeby ci przekazali…
– Co ty wyrabiasz, na miłość boską? – wrzasnął. – Powinnaś być na weselu.
– Kiedy dotarłam do kościoła, ktoś stamtąd uciekł. Próbuję go dopaść. Jest w Kødbyen.
Rozejrzała się. Tyle budynków. Ale pomiędzy nimi wielka otwarta przestrzeń. Gdyby miała szczęście…
– Nie może być daleko. Przyślij mi tyle wsparcia, ile możesz. Możemy otoczyć teren…
– Zostań na miejscu – rozkazał Brix.
Słyszała, jak strzela palcami, pewnie na jakiegoś funkcjonariusza. Wręcz widziała, jak to robi.
– Jedziemy. Jesteś nieuzbrojona. Nie chcę, żebyś się zbliża…
– Porozmawiaj z pastorem. Dowiedz się, kto to był. On go widział.
– Lund?! – Brix znowu wrzasnął. – Ile razy muszę ci to powtarzać? Zostałaś odsunięta od sprawy. Nie chcę, żebyś tam była.
– Ale tu jestem. A ciebie tu nie ma.
Kątem oka dostrzegła niewyraźny kształt. Zakapturzona postać wypadła z pustej zatoki załadunkowej w stronę budynku naprzeciwko.
– Rusz się, dobra? – powiedziała i wsadziła telefon do kieszeni.
Zobaczyła, jak ten ktoś przechodzi przez zasłonę z plastikowych pasków, takich jakich używa się przy rampach załadunkowych. Lund poszła w tamtą stronę, poczuła surowy, ostry zapach świeżej krwi i ziąb chłodni.
Przeszła dalej. W następnym pomieszczeniu panował mrok. Jej palce błądziły po ceglanej ścianie, w końcu znalazła włączniki. Rozjaśniły się jaskrawe świetlówki, strzelając, błyskając dokoła niebieskawobiałym światłem.
Przeszła przez następną zasłonę z pasków. Po prawej na hakach wisiały połcie krwistoczerwonej wołowiny. Po lewej – ogolone martwe świnie, nagie i różowe jak gigantyczne niemowlęta, ryjami do sufitu, z zamkniętymi oczami.
Rząd za rzędem martwych zwierząt rozwieszonych na tle wyłożonych białymi kaflami ścian. Lund dostrzegła swoje odbicie w lśniących stalowych drzwiach. Czarna kufajka, fioletowa sukienka. Na klatce piersiowej krew Gunnara Torpego.
Szła dalej.
Teraz przechodziła przez pomieszczenie, w którym cięto półtusze. Stoły jak w kostnicy, czyste i lśniące. Piły i noże elektryczne. Odór krwi i innych tkanek.
Szła powoli, odsuwając z drogi stoły rzeźnickie na kółkach.
Patrzyła. Słuchała.
Przed nią następne pomieszczenie. Obracający się uchwyt. Lund dotarła do kolejnej plastikowej zasłony i wtedy go zobaczyła. Pełen worków na śmieci i kartonów wózek mknął przez szary plastik prosto na nią.
Chwyciła stalową ramę, zanim ta w nią uderzyła, przyjęła uderzenie, potoczyła się z wózkiem, przewróciła do tyłu, prawie wpadła do krwistego kanału odpływowego cuchnącego środkami dezynfekującymi, obróciła się, by sprawdzić, czy ścigany idzie na nią.
Tylko wózek.
Wstała i ruszyła biegiem. Korytarz. Na tyle długi, że go zobaczyła. Mężczyzna. Ani duży, ani mały. Ani gruby, ani chudy.
Przeciętny. Niewyróżniający się.
Czyli jak zwykle.
Uskoczył w prawo, rozrzucając pojemniki i palety, pchając w jej stronę kratownice na kółkach.
Biegła za szybko, pośliznęła się na brudnej podłodze, wpadła na śmietnik, uderzyła głową o metalową ścianę. Zatoczyła się, odzyskała równowagę i pobiegła dalej.
Klatka schodowa prowadziła w stronę światła i odgłosów ludzi.
Noc w Kødbyen, dzielnicy mięsa. Nikt tu nie przychodził, by kupić martwą krowę czy świeżą rybę. Przyszli na imprezę, a Lund z trudem przedzierała się między nimi, rozglądając się gorączkowo.
Młodzież i jej durna muzyka. Nieustępliwy kretyński rytm. Krzyczeli, gdy Lund rozlewała ich warte setki koron koktajle, milkli na widok zakrwawionej wściekłej kobiety, która, przepychając się, chwytała ich za eleganckie sukienki i dizajnerskie dżinsy.
Jest.
Postać daleko przed nią. Jedyna osoba w kapturze.
Lund pognała przez psychodeliczne fioletowe światło, oślepła na chwilę, odzyskała wzrok i zobaczyła, jak mężczyzna ucieka przez drzwi w głębi lokalu.
Nagi, wąski korytarz. Pusty i słabo oświetlony. Może biura. Zamknięte na noc.
Musiał być wyczerpany. Ona była.
Na końcu jedne drzwi. Otworzyła je i zimna wilgotna noc dmuchnęła jej w twarz.
Dach. Piętro wyżej. Gdzieś niedaleko zawodzenie syren.
I nic.
Nic.
Lund już miała się obrócić. Zobaczyła cień szybujący w powietrzu. Poczuła, że coś twardego boleśnie runęło jej na kark, a ona zatacza się w stronę krawędzi dachu i przelatuje przez nią, stopy skręcają, gdy wpada w pustą przestrzeń, leci jak kamień na jakiś plastikowy daszek.
Głowa jej szybuje w powietrzu, a myśli szaleją. Nie spadła na sam dół. Na pewno nie. Żyła, była przytomna, mogła myśleć. To musiała być inna część tej konstrukcji. Zepchnął ją tutaj, nie na ziemię, bo wtedy z pewnością by zginęła.
Leżała na daszku, z obróconą głową, krew ściekała jej do oczu. Nie mogła się ruszyć. Ledwie mogła oddychać.
Dźwięk. Kroki na stalowych stopniach. Powolne i rozważne. Coraz bliższe.
– Jeszcze nie – wyszeptała, pragnąc, by jej nieruchome członki się ocknęły.
Szalone wspomnienie. Jej matka na weselu. Głupie piosenki. Mark się śmieje, zachowuje się jak odpowiedzialny, uważny dorosły, którym ona nigdy nie była i nie będzie.
I tak cicho, że tylko ona to słyszała, szepnęła:
– Nie teraz.
Był tam i ona o tym wiedziała. Wiedziała też, że gdyby miała siłę, odwróciłaby się i spojrzała mu w twarz.
Kolejny dźwięk, zbyt znajomy. Zamek pistoletu samopowtarzalnego wsuwający pierwszy pocisk do komory.
Jedno ostatnie zdanie w jej głowie.
Chcę cię zobaczyć.
Ale nie miała siły, by to zrobić. Ani nie miała jak.
W tej chwili poruszać się mogły tylko jej oczy. Nie zamykała ich więc i patrzyła przed siebie. Na czarną kopenhaską noc, na jaskrawoczerwony neon Bosch restauracji na rogu.
Czekała.
Biura na Slotsholmen, w telewizji wieczorne wiadomości. Gumowa piłeczka raz za razem odbijająca się od ściany.
Mówili tylko o śmierci Monberga, o niczym więcej. Plough chodził po pokoju, z rozwiązanym krawatem wyglądał jak obłąkany. Karina snuła się z kąta w kąt z nieszczęśliwą miną, jakby też ponosiła odpowiedzialność za to, co się wydarzyło.
Buch znowu rzucił piłeczką, błędnie ocenił jej tor i patrzył, jak znika za kanapą.
Wyprowadził Karinę z błędu dość szybko. To on zasypał Monberga pytaniami. Nikt inny. A teraz wiadomości też o tym wiedziały. Donosiły, że niedługo przed samobójczą śmiercią odwiedził Monberga jego następca i doszło do konfrontacji.
Karina z podkasanymi rękawami i spoconym czołem podeszła do telewizora i go ściszyła.
– Premier zwołał spotkanie z Krabbem i Rossingiem. Pana nie zaproszono.
Buch podszedł do swojego biurka, wyciągnął drugą piłeczkę, odbił ją od ściany. W telewizji pokazywali zdjęcie Monberga. Kiedy jeszcze był ministrem. Przystojny, pewny siebie polityk. Ani trochę niepodobny do swojego następcy. Frode Monberg lubił wszystkim opowiadać, jak to jadał w najlepszych lokalach, w Nomie po drugiej stronie portu, w Sørenie K, w Bibliotece Black Diamond, która stała nad wodami Slotsholmen. Thomas Buch najbardziej lubił usiąść niedaleko Sørena K, w ogrodzie przy Muzeum Żydowskim, blisko posągu Kierkegaarda, duńskiego filozofa, od którego restauracja wzięła swoją nazwę. Żadnych kosztownych potraw. Kanapka. Hot dog. Wtedy był szczęśliwy. Naprawdę byłby zadowolony, gdyby do wczesnej emerytury pozostał szeregowym politykiem.
Nagle jednak zadzwonił Grue Eriksen, w poprzedni poniedziałek, tak niedawno. I wszystko się zmieniło.
– Thomas! – zganiła go Karina tonem godnym matrony. – Mógłbyś przestać? Gdybyś nie przycisnął Monberga, on by się w życiu do niczego nie przyznał.
– Gdybym go nie przycisnął, ciągle by żył.
– Tego nie wiesz. Już raz próbował się zabić. Przed tobą był tam Flemming Rossing. Skąd wiesz, że to on czegoś nie powiedział?
Buch milczał.
– Jak mocno go pan przycisnął? – spytał Plough.
– Zrobił, co było konieczne – odparła Karina.
– Tego nie wiesz. – Plough nie ustępował. – Co się stało? Dokładnie?
Piłka poszybowała do ściany i wróciła. Gruby mężczyzna o twarzy morsa milczał.
– Ten bajzel to wina Monberga – upierała się Karina.
Plough ściągnął krawat i rzucił go na biurko. W jego wypadku był to akt buntu.
– Ty nie rozumiesz tej polityki. Tego, jak wszystko się ze sobą łączy.
– Rozumiem, że musimy się skupić na spotkaniu z Gruem Eriksenem!
Buch dalej rzucał piłeczką. Teraz równie gorąco jak oni nie cierpiał tego durnego nawyku. Ale trudno mu było przestać.
Zadzwonił telefon. Plough odebrał.
Karina podeszła do Bucha i stanęła obok niego.
– Z tego, co zrozumiałam, Krabbe i minister obrony przejmą odpowiedzialność za pakiet antyterrorystyczny. Całkowicie nas odsuną. Nigdy nie rozwiążemy tej sprawy. Będziesz zablokowany. Albo zwolniony. Thomas, do cholery! Możesz chociaż coś powiedzieć?!
Na komórkę zadzwoniła jego żona Marie. Nie miał serca odebrać.
– Zaczęło się spotkanie – przekazał Plough, rozłączając się. – Powinniśmy zaczekać i dowiedzieć się, co mają do powiedzenia.
Karina zgromiła go wzrokiem.
– Musimy to przerwać! Premier nie ma pojęcia o gierkach, które prowadzi Rossing.
W kącie szemrał telewizor. Znajomy głos. Buch zostawił piłeczkę i podkręcił głośność. To Rossing w eleganckim garniturze, w białej koszuli udzielał wywiadu na tle Ministerstwa Obrony przed spotkaniem z Gruem Eriksenem.
– Śmierć bliskiego kolegi bardzo mną wstrząsnęła – mówił z kamienną twarzą do kamery. – Frode był politykiem wielkiego formatu. Człowiekiem, który złożył Danii wielką osobistą ofiarę. A przede wszystkim był wspaniałym przyjacielem.
Buch zrobił głośniej, by znowu nie doszło do kłótni między Kariną a Plough.
– To wielka strata – ciągnął Rossing. – Zwłaszcza w takiej chwili, gdy nasz kraj stoi wobec poważnych problemów.
Fortel nie poskutkował. Plough znowu natarł na Karinę.
– Nie broń Monberga! – krzyknęła na niego. – On na to nie zasługuje.
– Chcę wiedzieć, co się stało – warknął tamten. – Powinniście byli to przewidzieć. Gdybyście wzięli pod uwagę…
– Co się stało?! – Walnęła pięścią w stół. – Stało się to, że ten cholerny tchórz się zabił, bo nie był w stanie ponieść konsekwencji swoich czynów. Dymisji. Wstydu. Nie zwalaj winy na mnie. Ani się waż zwalać ją na Bucha. Winę ponosi wyłącznie Monberg. – Wskazała telewizor. – I jeszcze Rossing. Jego odciski palców są wszędzie. Na miłość boską, Plough. Przepraszam, że uraziłam twoją purytańską wrażliwość, idąc do łóżka z tym człowiekiem. Teraz jest mi z tego powodu w dwójnasób przykro. Ale nie nadawaj temu większego znaczenia, niż miało dla mnie i dla niego. To się stało i już. Tak się czasami dzieje między ludźmi. Między takimi robotami jak ty może nie.
Blady urzędnik oniemiał. Zabrakło mu słów. W ogóle nie zareagował.
Buch odrzucił piłeczkę, wyłączył telewizor i powiedział do współpracowników:
– Zwołajcie konferencję prasową. Natychmiast.
– Konferencję prasową? – wykrztusił Plough. – Proszę powiedzieć, że to żart.
