The Killing. Tom 2. Odcinek 2 - David Hewson - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

The Killing. Tom 2. Odcinek 2 ebook i audiobook

David Hewson

0,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

Sarah Lund straciła wszystko. Skomplikowane śledztwo w sprawie brutalnego morderstwa kosztowało ją nie tylko karierę w wydziale zabójstw i spokój ducha, ale też wygodne życie u boku ukochanego i syna. Teraz, zesłana na prowincję, jako funkcjonariuszka straży granicznej tropi nielegalnych imigrantów i rozpamiętuje dawne błędy. Aż do nieoczekiwanej wizyty…

W Mindelunden, kopenhaskim Parku Pamięci, policja znajduje ciało bestialsko zamordowanej Anne Dragsholm, prawniczki i aktywistki. Lennart Brix, były szef Sary, wie, że odpowiedzi na coraz liczniej pojawiające pytania może odnaleźć tylko bezkompromisowa i przenikliwa komisarka. Tym bardziej że morderca nie powiedział jeszcze ostatniego słowa.

Czy był to mord rytualny, czy zbrodnia w afekcie? Co łączy zabitą prawniczkę z żołnierzem osadzonym w więzieniu dla psychopatycznych oprawców? I co wspólnego ze sprawą ma miejsce pamięci o ofiarach nazistów?

Śledztwo prowadzi Sarę wprost do koszar, na sam szczyt władzy, do więziennej celi, a nawet na front w Afganistanie. Czy i tym razem kobieta zaryzykuje wszystko, by rozwikłać sprawę?

„The Killing” to rewelacyjna powieść kryminalna, która już osiągnęła status kultowej, podobnie jak jej pierwowzór, duński serial „Forbrydelsen”, na podstawie scenariusza Sørena Sveistrupa, oraz jego amerykański remake. Zapraszamy do wysłuchania drugiego odcinka drugiego tomu!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 372

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 9 godz. 22 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Maciej Kowalik

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Frag­ment

Ty­tuł ory­gi­nału: The Kil­ling 2. Part 2

Prze­kład z ję­zyka an­giel­skiego: Ewa Penk­syk-Klucz­kow­ska

Co­py­ri­ght © Da­wid Hew­son, 2026

This edi­tion: © Gyl­den­dal Astra/Gyl­den­dal A/S, Co­pen­ha­gen 2026

Pro­jekt gra­ficzny okładki: Mar­cin Sło­ciń­ski

Re­dak­cja: Alek­san­dra Pie­trzyń­ska

Ko­rekta: Anna No­wak

ISBN 978-91-8098-575-8

Opra­co­wa­nie e-bo­oka:Mar­cin Sło­ciń­ski / www.mo­ni­ka­imar­cin.com

Wszel­kie po­do­bień­stwo do osób i zda­rzeń jest przy­pad­kowe.

Gyl­den­dal Astra /Gyl­den­dal A/SKla­re­bo­derne 3 | DK-1115 Co­pen­ha­gen K

www.gyl­den­dal.dk

www.gyl­den­da­la­stra.pl

7

So­bota, 19 li­sto­pada9.03

Erik König wy­glą­dał na czło­wieka pod­da­nego co­raz bar­dziej nie­zno­śnej pre­sji. A także – zda­niem Brixa – na ko­goś skry­wa­ją­cego ta­jem­nice.

– Ra­ben po­rzu­cił sa­mo­chód du­chow­nego dwa ki­lo­me­try od Ha­re­sko­ven. Nie­da­leko stam­tąd ukradł stare Vo­lvo. Zna­leź­li­śmy go około dru­giej w nocy. I ob­ser­wu­jemy.

– Ob­ser­wu­jemy? – spy­tał Brix.

– Mie­li­śmy szczę­ście, że go za­uwa­ży­li­śmy. Jest zmę­czony, zde­spe­ro­wany, prze­stał być czujny. Do­bry żoł­nierz Jæger­korp­set ni­gdy by so­bie…

– Ale on nie był jæge­rem, prawda? – spy­tał Brix ła­god­nie i roz­ko­szo­wał się zmie­sza­niem czło­wieka z PET.

König od po­czątku utrzy­my­wał ich w nie­wie­dzy. Brix chciał mu dać ja­sno do zro­zu­mie­nia, że ten etap nie­od­wra­cal­nie się skoń­czył.

– No ale pra­wie. Trzy go­dziny spał w za­toczce par­kin­go­wej. Te­raz znaj­duje się nie­opo­dal ko­szar Ry­van­gen, w bocz­nej uliczce na osie­dlu miesz­ka­nio­wym.

– Jak go zgar­nie­cie, przy­wieź­cie go tu­taj.

Ruth He­deby wpa­try­wała się w gład­kie szare biurko i mil­czała.

– Tylko Ra­ben zo­stał z tego od­działu – od­parł König. – Wiemy, gdzie jest. Mo­żemy go po­wstrzy­mać, gdyby chciał jesz­cze ko­muś zro­bić krzywdę.

– Przy­wieź­cie go! – po­wtó­rzył Brix.

– Nie. – König zdjął swoje oku­lary bez opra­wek. – Je­śli is­la­mi­ści tro­pią żoł­nie­rzy z tego od­działu, Ra­ben jest ostat­nią po­ten­cjalną ofiarą. Po­zo­staje na wol­no­ści, pod ob­ser­wa­cją.

– Jako przy­nęta? – spy­tał Brix.

Czło­wiek z PET opadł na opar­cie i się skrzy­wił.

– Nie mo­żemy aresz­to­wać nie wia­domo ilu sza­leń­ców re­li­gij­nych. Prę­dzej czy póź­niej któ­ryś z nich się wy­chyli.

– Mo­żemy po­móc przy ob­ser­wa­cji – za­su­ge­ro­wała He­deby.

König od­po­wie­dział naj­zim­niej­szym i naj­ob­łud­niej­szym z uśmie­chów.

– My je­ste­śmy le­piej wy­po­sa­żeni do tej pracy. No i po tej far­sie z Lund…

– To już za­ła­twione – od­parła z we­rwą He­deby.

– Pan mi­ni­ster na pewno z ra­do­ścią przyj­mie tę in­for­ma­cję. Szu­kają ko­zła ofiar­nego. Chciał­bym, że­by­ście na to spoj­rzeli… – Wy­jął z ak­tówki plik fo­to­gra­fii oraz do­ku­men­tów toż­sa­mo­ści i rzu­cił je na stół. – To są uchodźcy z Hel­mand miesz­ka­jący w Da­nii w ostat­nich kilku la­tach. Nie­wy­klu­czone, że szu­kają ze­msty.

He­deby po­dała plik Bri­xowi.

– Chcę, żeby ich ob­ser­wo­wano – do­dał König. – A kilku prze­słu­chano. – Iro­niczny śmiech. – Ni­kogo nie trzeba eks­hu­mo­wać.

Brix nie spoj­rzał na zdję­cia.

– Jak uchodźca z Hel­mand miałby się wła­mać do ko­szar Ry­van­gen i ukraść ma­te­riały wy­bu­chowe, ko­rzy­sta­jąc z ak­tu­al­nego kodu bez­pie­czeń­stwa? – spy­tał. – Ja­kim spo­so­bem zdo­byłby do­stęp do woj­sko­wej bazy da­nych?

– Len­nart. – W gło­sie czło­wieka z PET po­ja­wił się ostry, besz­ta­jący ton, który uci­szył szefa Wy­działu Za­bójstw.

– Zna­le­zie­nie od­po­wie­dzi na te py­ta­nia zo­sta­wiam wam – od­rzekł König. Zer­k­nął na ze­ga­rek. – Mam spo­tka­nie w mi­ni­ster­stwie. – I wy­szedł.

He­deby spoj­rzała na Brixa zza stołu.

– Nie mogę cię chro­nić przed sa­mym sobą – po­wie­działa ci­cho. – Ktoś musi za to za­pła­cić. Tak czy ina­czej.

– König miota się po omacku, usi­łu­jąc oca­lić wła­sną skórę.

– Bez po­wodu eks­hu­mo­wa­łeś ciało po­le­głego żoł­nie­rza. Wal­czę, żeby nikt poza Lund nie mu­siał za to od­po­wia­dać. Spró­buj mi po­móc, do­bra?

W są­sied­nim po­koju Strange prze­słu­chi­wał Gun­nara Tor­pego. Brix opie­rał się o szafkę z ak­tami i słu­chał. Lund ni­gdy nie po­wie­działa, że Strange jest sła­bym po­li­cjan­tem. Nie mu­siała. Brix wi­dział znie­cier­pli­wie­nie, które cza­sami po­ja­wiało się w jej oczach.

– Dla­czego Ra­ben wy­wiózł pana do lasu? – spy­tał Strange.

Torpe sie­dział na krze­śle blady i zmę­czony.

– Jak mam na to od­po­wie­dzieć? Może dla­tego, że jest chory. Tu… – Po­stu­kał się w czoło. – Sza­lony. Ma uro­je­nia.

– Mu­siał mieć ja­kiś po­wód.

– Wa­riaci nie po­trze­bują po­wo­dów. Pró­bo­wa­łem prze­mó­wić mu do roz­sądku. Prze­ko­nać, żeby po­my­ślał o żo­nie i synku.

– I co po­wie­dział?

– Ja­kieś… – Torpe wzru­szył ra­mio­nami. – Ja­kieś wa­riac­twa. Wojna robi z ludźmi dziwne rze­czy. Cza­sami już nie umieją od­róż­nić, co jest do­bre, a co złe. Co rze­czy­wi­ste, a co nie.

Strange po­ło­żył coś na stole.

– Zna­leź­li­śmy to w biu­rze pań­skiego ko­ścioła. Wi­zy­tówkę Anne Drag­sholm. Co ona tam ro­biła?

– Ra­ben mu­siał ją upu­ścić.

– Pan ją znał?

Ka­płan wier­cił się na krze­śle.

– Ra­ben też mnie o to py­tał – wy­pa­lił wresz­cie. – Nie zna­łem jej. Ni­gdy wcze­śniej nie wi­dzia­łem tej wi­zy­tówki. Mogę już iść? Mam spo­tka­nie rady pa­ra­fial­nej.

Brix wstrzy­mał od­dech. Wpa­try­wał się w szczu­płego ofi­cera sie­dzą­cego przed prze­słu­chi­wa­nym. Cze­kał.

– Do­bra – rzekł Strange. – Pew­nie bę­dziemy mu­sieli jesz­cze do tego wró­cić.

– PET na­mie­rzyło Ra­bena – po­wie­dział Brix po wyj­ściu du­chow­nego. – Ob­ser­wują go.

Strange po­dra­pał się po ostrzy­żo­nej gło­wie.

– Ob­ser­wują? Mu­szą go tu przy­wieźć.

– Ro­bimy, co nam każą. – Brix po­dał mu na­zwi­ska i zdję­cia, które König prze­ka­zał Ruth He­deby. – Chcę, żeby je wszyst­kie, co do jed­nego, spraw­dzono. Przy­wieź każ­dego, któ­rego na­zwi­sko ozna­czono. Nie­któ­rzy są spoza mia­sta. Weź ko­goś, żeby je­chał przed tobą.

– Lund uwa­żała, że mu­simy spraw­dzić pa­stora, więc…

– Lund już tu nie ma. – Brix po­stu­kał w pa­piery.

Strange się skrzy­wił.

– Co mamy mó­wić, je­śli ktoś za­dzwoni i bę­dzie chciał z nią roz­ma­wiać?

– Prawdę. Po­je­chała na ślub – od­rzekł Brix.

Męż­czyźni i po­jazdy. Po­le­ce­nia za­ła­dunku i roz­pi­ski. Tor­sten Jar­nvig miał po­czu­cie, że ogląda ten ry­tuał przez całe swoje do­ro­słe ży­cie. Wy­pra­wia­jąc lu­dzi na nie­pewny los do Bo­śni, na Bli­ski Wschód i te­raz w po­sępne i da­le­kie pro­win­cje Afga­ni­stanu.

Więk­szość wra­cała.

Cała i zdrowa.

Nie wszy­scy.

Chri­stian Søga­ard udał się z wi­zytą do matki Møl­lera. Z wła­snej ini­cja­tywy, Jar­nvig o to nie pro­sił.

– Jest wście­kła – po­wie­dział. – I trudno się dzi­wić. Mówi, że po­zwie po­li­cję za na­ru­sze­nie dóbr oso­bi­stych. Za ból i cier­pie­nie.

Szli z głów­nego bu­dynku na par­king. Gdy się zbli­żyli, pod­niósł się szla­ban, za­sa­lu­to­wali im męż­czyźni w mun­du­rach po­lo­wych.

– Roz­ma­wia­łem z Gun­na­rem Tor­pem – do­dał Søga­ard. – Jest bar­dzo zde­ner­wo­wany.

– Mia­łeś dużo za­jęć.

– Pan miał na gło­wie po­li­cję. Uzna­łem, że le­piej panu tego nie do­rzu­cać. To na­leży do mo­ich obo­wiąz­ków.

Jar­nvig uniósł brew.

– Na­prawdę?

– Co Ra­ben te­raz zrobi? – spy­tał Søga­ard, uni­ka­jąc od­po­wie­dzi na po­przed­nie py­ta­nie. – Chyba jest zde­spe­ro­wany. Mó­wi­łem wszyst­kim, żeby mieli oczy i uszy otwarte, gdy opusz­czają ko­szary. – Za­wa­hał się. – To do­ty­czy wszyst­kich – za­zna­czył. – Ile wie Lo­uise?

– Tyle, ile trzeba – od­parł Jar­nvig, pa­trząc na prze­jeż­dża­jący ciąg sa­mo­cho­dów. – Przed tymi wy­da­rze­niami my­śla­łem, że to je­den z naj­lep­szych żoł­nie­rzy, ja­kich mia­łem w ży­ciu. Od­ważny, in­te­li­gentny, zdolny. – Wci­snął pię­ści głę­boko w kie­sze­nie spodni. – Nie za bar­dzo go lu­bi­łem. Ale wszy­scy inni się pod­da­wali, a on ni­gdy.

– Szkoda, że nie zniósł pre­sji – po­wie­dział Søga­ard. – Za­wsze są­dzi­łem, że jest w nim coś kru­chego. Coś, co może pęk­nąć.

Jar­nvig za­trzy­mał się i spoj­rzał na Søga­arda.

– Bar­dzo to spo­strze­gaw­cze, te­raz, po fak­cie. Zba­da­li­śmy wni­kli­wie tę jego sprawę?

– Cho­ler­nie wni­kli­wie – od­rzekł Søga­ard bez wa­ha­nia.

– Je­steś pe­wien?

– Na sto pro­cent. Zmy­ślił to. Sta­rał się za­tu­szo­wać wła­sne błędy. Dla­czego?

Jar­nvig nie od­po­wie­dział.

– Kiedy ta­kie sprawy stają się oso­bi­ste, robi się trudno – do­dał młod­szy ofi­cer. – Ostat­nie dni nie były ła­twe. Mógł­bym pana od­cią­żyć. A pan mógłby z Lo­uise i Jo­na­sem…

– Co? Po­je­chać na wa­ka­cje? Nie wi­dzę ta­kiej ko­niecz­no­ści. – Jar­nvig ob­rzu­cił wzro­kiem ko­sza­rowe bu­dynki z czer­wo­nej ce­gły. – To miej­sce mi wy­star­cza. Lo­uise wy­cho­wała się z woj­skiem. Jej też wy­star­cza.

– Mia­łem na my­śli…

– Nie – prze­rwał mu Jar­nvig i od­szedł.

Sztuczna plaża na­le­żąca do Ama­ger Strand­park w li­sto­pa­dzie. Po­pla­miony be­ton lśniący od zi­mo­wego desz­czu. Kil­koro dzieci za­pa­ko­wa­nych w grube kurtki wal­czy z wia­trem, cho­wa­jąc twa­rze w na­cią­gnię­tych głę­boko kap­tu­rach.

Lo­uise Ra­ben pa­trzy, jak jej syn krąży na ma­łej hu­laj­no­dze po­mię­dzy po­nu­rymi pły­tami nad sza­rym mo­rzem, pod sza­rym nie­bem, bez śladu uśmie­chu, z ka­mienną twa­rzą.

Po­woli pod­je­chał do niej. Wpa­try­wali się w pu­stą plażę.

– Je­steś głodny? – spy­tała.

Za mało jadł. W ogóle wszyst­kiego ro­bił za mało, wciąż tylko ba­wił się swo­imi żoł­nie­rzy­kami, za­bi­ja­jąc wy­ima­gi­no­wa­nych wro­gów.

Zjadł ka­napkę, a po­tem pa­trzyła, jak pcha swoją małą hu­laj­nogę w stronę grupy dzieci, które wcze­śniej go igno­ro­wały i te­raz też na pewno to zro­bią.

Dzieci mają swoje za­sady, osobną wraż­li­wość. Każdy, kto się wy­róż­nia, jest dla nich po­dej­rzany. Jo­nas, w swo­jej sa­mot­no­ści i nie­szczę­ściu, na pewno.

Po­je­chał w stronę dep­taka, a ona ru­szyła po­woli jego śla­dem. W tym mo­men­cie z me­ta­lo­wej wiaty wy­ło­niła się ja­kaś po­stać i na nią ski­nęła.

Zie­lona kurtka, bla­do­szary kap­tur. Broda i czujne oczy.

Serce jej sta­nęło. Chciała uciec i ucie­kłaby, gdyby nie wie­działa do­sko­nale, że on ją do­goni.

– Mamy tylko kilka mi­nut – szep­nął Ra­ben, cią­gnąc ją pod wiatę.

– Jens…

– Po­słu­chaj mnie!

W jego gło­sie usły­szała sła­bość i roz­bi­cie. Tak sza­lo­nych oczu jesz­cze u niego nie wi­działa. Za­sta­na­wiała się, czy ma się bać. O sie­bie, o Jo­nasa.

– Mu­si­cie opu­ścić ko­szary – oświad­czył, ści­ska­jąc ją zim­nymi pal­cami.

– Śle­dzi­łeś mnie?

– To nie­ważne.

– Co z tobą? Dla­czego gro­zi­łeś bro­nią Tor­pemu?

– Nic mu nie zro­bi­łem! – Wy­soki za­ła­mu­jący się głos od­bił się echem w mroku wiaty. – Oni cię okła­mują.

– Ude­rzy­łeś go. Mój oj­ciec po­wie­dział…

– On też kła­mie.

Cof­nęła się o krok. Kap­tur mu się zsu­nął. Wy­glą­dał na ura­żo­nego i bez­bron­nego.

– Nie – od­parła Lo­uise. – Mó­wił mi, co się wy­da­rzyło w Hel­mand. Że mia­łeś wy­rzuty su­mie­nia.

Po­krę­cił głową.

– To nie tak.

– Więc jak?

– Oni kryją coś, co zro­bił pe­wien ofi­cer.

– Kto?

– Nie wiem. Nie pa­mię­tam. Nic nie pa­mię­tam. Może Søga­ard… Może inni. – Nie od­ry­wał od niej oczu; miały taki wy­raz, któ­rego już nie­na­wi­dziła. Wy­raz oczu żoł­nie­rza ści­ga­ją­cego swoją ofiarę. – Może twój oj­ciec.

– Mój oj­ciec jest po­rząd­nym czło­wie­kiem. Pró­bo­wał ci po­móc…

Do­biegł ich ostry dźwięk z ze­wnątrz. Ja­kieś dziecko prze­cho­dziło, ko­piąc puszkę. Ra­ben od­su­nął się, przy­lgnął do ściany, się­gnął ręką do pasa. Lo­uise zo­ba­czyła tam broń, doj­rzała strach i na­pię­cie w jego oczach. Stwier­dziła, że w tej chwili je­dy­nym uczu­ciem, ja­kie do niego żywi, jest po­garda.

– Nie wie­rzę w to – po­wie­działa, pa­trząc na niego groź­nie. – Cze­ka­łam dwa lata. Dwa lata trosz­czy­łam się o two­jego syna. I spójrz na sie­bie. Kry­jesz się jak zło­dziej…

Dziecko z puszką było da­lej na ze­wnątrz, ko­pało nią o ścianę, po­wo­du­jąc straszny ha­łas.

– Skon­tak­tuj się z tą ko­bietą z po­li­cji – po­le­cił. – Na­zywa się Sa­rah Lund. Dzwo­ni­łem do Po­li­ti­går­den. Ona jest na we­selu swo­jej matki. Mu­sisz tam pójść. Po­wiedz jej, żeby spraw­dziła…

– To prawda, że się zgło­si­łeś na ochot­nika na mi­sję? Kiedy Jo­nas się uro­dził?

Jego ob­li­cze zmie­niło się w jed­nej chwili. Z twar­dej, bez­dusz­nej twa­rzy wo­jow­nika na chło­pięco ła­godną, którą kie­dyś ko­chała.

– Kto ci o tym po­wie­dział?

Przy­su­nęła się do niego o krok, spoj­rzała w jego zbo­lałą bladą twarz. Mu­siała to usły­szeć.

– To prawda?

Mo­ment wa­ha­nia. Jego oczy pa­trzyły bła­gal­nie.

– Nie wi­dzisz, co oni chcą zro­bić? Chcą nas roz­dzie­lić. Chcą cię na za­wsze za­mknąć w tych ko­sza­rach.

Od­wró­ciła się od niego, pa­trzyła, jak dziecko z puszką po­woli się od­dala.

– To nie jest tak, jak my­ślisz – cią­gnął Jens, obej­mu­jąc ją.

Przy­szło jej do głowy, że świat zu­peł­nie stra­cił ko­lory. Przy­naj­mniej dla niej. I dla Jo­nasa. Za­słu­gi­wali na coś lep­szego. Każde po­świę­ce­nie ma swoje gra­nice.

– Je­stem żoł­nie­rzem, od­kąd skoń­czy­łem osiem­na­ście lat – pod­jął, wciąż tu­ląc się do jej ra­mion. – Nie znam in­nego ży­cia. To wszystko, co wi­dzia­łem, co ro­bi­łem.

– Mój oj­ciec jest żoł­nie­rzem. Po­rząd­nym czło­wie­kiem. Zwy­czaj­nym, jak cała reszta…

– Nie by­łem jak on. Nie­któ­rych rze­czy nie po­win­naś wie­dzieć. – Do­tknął rzad­kich, prze­tłusz­czo­nych wło­sów. – Tych rze­czy, tu­taj. Nie za­słu­ży­łem na Jo­nasa. Nie za­słu­ży­łem na cie­bie. On był taki czy­sty. Ja nie. My­śla­łem, że je­śli zo­stanę, za­truję was oboje…

– Puść mnie – po­wie­działa, ale on moc­niej chwy­cił jej kurtkę.

– Zmie­ni­łem się. – Jego palce da­lej ją trzy­mały. – Je­dyne, czego pra­gnę, to wró­cić do domu i być z wami. Na­uczyć się, jak być do­brym oj­cem. Do­brym mę­żem.

Krew w niej za­wrzała. On już jej nie obej­mo­wał. Ra­czej ją trzy­mał, jakby na­le­żała do niego. Jakby ją po­chwy­cił.

– Za dużo na­słu­cha­łam się tych bzdur. I na czym te­raz sto­imy? Ile nas czeka lat two­jego wię­zie­nia? Ile wi­zyt mam zło­żyć co ty­dzień, a i tak nie za­cią­gnę cię do łóżka w tym cuch­ną­cym po­ko­iku? Pier­dolę…

– Lo­uise…

Pół roz­kaz, pół prośba. Moc­niej za­ci­snął ob­ję­cia.

Przez wej­ście wpa­dła ma­leńka po­stać, mio­ta­jąc prze­kleń­stwa, któ­rych nie po­winna jesz­cze znać. Jo­nas do­padł ich i ma­łymi rę­koma ude­rzał nogi Ra­bena, ko­pał ma­leń­kimi sto­pami.

– Puść mamę! Puść mamę!

Ra­ben się cof­nął, padł na kra­tow­nicę i oło­wiane świa­tło na ze­wnątrz.

Przy­kuc­nął, spoj­rzał na dziecko, na młodą twarz prze­peł­nioną wście­kło­ścią, na oczy wy­peł­nione łzami.

– Je­steś już duży, Jo­nas – po­wie­dział. – To ja. Ta­tuś. – Uśmiech­nął się.

Jo­nas nie.

Ręka Ra­bena się­gnęła po żoł­nie­rzyka wy­sta­ją­cego z kie­szeni kurtki chłopca. Wy­jął go. Wo­jow­nik z tar­czą wzno­szący miecz nad głową.

– Jak się na­zywa?

– Ma­mu­siu – Jo­nas prze­su­nął hu­laj­nogę do Lo­uise – chcę iść.

Wzięła synka za rękę i po­pro­wa­dziła go do drzwi. Tam się za­trzy­mała. Ro­zej­rzała się. La­tem to miej­sce wy­peł­niały ra­do­sne głosy, dzieci ba­wiły się tu z ro­dzi­cami, bie­gały, śmiały się, czuły się żywe. Jo­nas ni­gdy tego nie za­znał. Ona też nie. Ra­ben uciekł od nich przez ja­kiś we­wnętrzny strach, któ­rego ona nie była w sta­nie z nim dzie­lić. I te­raz za to też go nie­na­wi­dziła.

– Na­wet nie pró­buj się z nami wię­cej spo­ty­kać – po­wie­działa, świa­doma, że jej głos prze­siąk­nięty jest mściwą wście­kło­ścią. – Nie żar­tuję…

– Lo­uise…?

Kiedy chciał, umiał użyć swo­jego uroku, jak dziecko przy­ła­pane na nie­po­słu­szeń­stwie. Ale ona już tyle razy zo­stała wy­sta­wiona na próbę.

– Ni­gdy wię­cej – po­wtó­rzyła i wy­szła na pierw­sze kro­ple zi­mo­wego desz­czu ze śnie­giem, który wła­śnie za­czął pa­dać z cięż­kiego nieba.

Jo­nas szarp­nął ją za rękę. Wska­zy­wał męż­czy­znę kry­ją­cego się w wej­ściu. W dłoni Ra­bena zo­stał żoł­nie­rzyk z unie­sioną tar­czą i mie­czem w go­to­wo­ści.

– Ku­pię ci no­wego – po­wie­działa syn­kowi i za­cią­gnęła go do sa­mo­chodu.

Trzeba było użyć wielu prze­ko­nu­ją­cych ar­gu­men­tów, żeby wy­wal­czyć ze­zwo­le­nie na od­wie­dziny w se­pa­ratce Mon­berga w Rig­sho­spi­ta­let. Ale Ka­rina osta­tecz­nie zwy­cię­żyła i oto je­chała z Bu­chem sa­mo­cho­dem służ­bo­wym.

Za­trzy­mali się na ko­ry­ta­rzu przed se­pa­ratką.

– Nie mu­sisz wcho­dzić, je­śli nie chcesz – po­wie­dział Buch. – Je­śli to dla cie­bie krę­pu­jące.

Ta uwaga wy­raź­nie ją zdu­miała.

– Krę­pu­jące? Dla­czego?

– No… – Bu­chowi za­bra­kło słów.

– Wcho­dzimy? – spy­tała i ru­szyła przo­dem.

Frode Mon­berg le­żał w łóżku pod oknem. Nie­ogo­lony. Zmę­czony i blady. Jako sze­re­gowy de­pu­to­wany Buch ni­gdy nie miał za dużo do czy­nie­nia z mi­ni­strami. Te­raz mógł zo­ba­czyć, że Mon­berg jest przy­stoj­nym męż­czy­zną, o wą­skiej, po­god­nej, mi­łej twa­rzy, ze strze­chą nie­sfor­nych brą­zo­wych wło­sów i o ży­wych, nie­spo­koj­nych oczach.

Buch pod­szedł do łóżka i po­ło­żył na nim pu­dełko dro­gich cze­ko­la­dek.

– Ka­rino – po­wie­dział Mon­berg ostroż­nie. – Mój na­stępca… Gra­tu­la­cje, Tho­ma­sie. Mam na­dzieję, że praca się panu po­doba.

– Cie­szę się, że pana wi­dzę. Jak się pan czuje?

Żad­nych kro­pló­wek ani prze­wo­dów. Mo­ni­tory przy łóżku były wy­łą­czone. Ten czło­wiek wra­cał do zdro­wia. W za­sa­dzie wcale nie był chory. Ale za po­godną fa­sadą kryło się coś mrocz­nego i roz­pacz­li­wego. Uśmiech znik­nął z jego twa­rzy zde­cy­do­wa­nie za szybko.

– Do­brze. – Jego me­lan­cho­lijne brą­zowe oczy prze­bie­gły po ogrom­nej syl­wetce Bu­cha. – Po­dobno nie­złe piwo się wa­rzy, od­kąd tu je­stem. – Spoj­rzał na Ka­rinę. – Co u cie­bie?

Kiw­nęła głową, nic nie mó­wiąc.

– Do­brze, że przy­jął pan tę funk­cję – do­dał Mon­berg, zwra­ca­jąc się do Bu­cha. – Pew­nie za­cho­dził pan w głowę, jak pre­mier wpadł na taki po­mysł. A ja… – po­kle­pał się po klatce pier­sio­wej – …mogę się te­raz za­trosz­czyć o swoje stare serce. – Prze­ło­żył cze­ko­ladki na szafkę przy łóżku. – Nie są­dzę, że­bym w naj­bliż­szym cza­sie mógł so­bie po­zwo­lić na ta­kie rze­czy. Le­ka­rze…

Ka­rina skrzy­żo­wała ra­miona. Buch mil­czał. Na twarz Mon­berga wró­ciła skwa­szona mina.

– No tak. Chyba się roz­nio­sło.

– Ob­ją­łem pań­ską funk­cję – wy­ja­śnił Buch. – Mu­sieli mi po­wie­dzieć. To nie jest wie­dza po­wszechna. I nie bę­dzie, pro­szę się nie mar­twić.

– Nie mar­twić? – Jego głos wy­da­wał się te­raz kru­chy i stary. – Ła­two panu mó­wić. Cho­ro­wa­łem od lat. Nikt tego nie za­uwa­żał. Ni­kogo to nie ob­cho­dziło. Czło­wiek tkwi w tym cho­ler­nym ga­bi­ne­cie, dzień po dniu. No­cami też. No i wła­śnie. – Zer­k­nął na ele­gancko ubraną blon­dynkę przy jego łóżku. – To wszystko po pew­nym cza­sie staje się nie­rze­czy­wi­ste. Na­gle się oka­zuje, że ro­bisz rze­czy, o któ­rych ni­gdy nie śni­łeś. Nie chcę, by moja ro­dzina da­lej cier­piała. Sły­szy pan?

– Oczy­wi­ście – od­rzekł Buch. – Gwa­ran­tuję to panu. Chcemy tylko po­roz­ma­wiać o sta­rej spra­wie woj­sko­wej. Tej, którą się pan za­jął. Za­nim… – kiw­nię­ciem głowy wska­zał łóżko – za­nim… no wie pan. O Anne Drag­sholm.

– Nie ma o czym mó­wić – rzu­cił Mon­berg za szybko. – Anne przy­szła do mnie z tą dziwną hi­sto­rią. Chciała, że­bym jej się przyj­rzał. To miała być taka przy­sługa po sta­rej zna­jo­mo­ści.

– I? – po­na­glił go Buch.

– Spo­tka­li­śmy się. Po­ga­da­li­śmy o prze­szło­ści. Ona się roz­wo­dziła. My­ślę, że tro­chę… że wpa­dła w ob­se­sję. Na od­chod­nym dała mi teczkę. Ta sprawa chyba wiele dla niej zna­czyła. Bóg ra­czy wie­dzieć dla­czego. Oczy­wi­ście ni­gdy się tym nie za­ją­łem.

Buch wziął głę­boki od­dech, skrzy­żo­wał ra­miona i mil­czał.

– Dla­czego za­daje mi pan te py­ta­nia, Tho­ma­sie?

– Pan znał tę sprawę, za­nim Anne Drag­sholm do pana przy­szła. Nie bez po­wodu wy­słał pan tę ko­pertę na nie­ist­nie­jący ad­res. Pro­szę, niech pan spró­buje to wy­ja­śnić. Mi­ni­ster obrony zwo­łał spo­tka­nie na te­mat żoł­nie­rza…

Ka­rina wy­jęła z torby do­ku­menty. Buch po­ka­zał je męż­czyź­nie w łóżku.

– …nie­ja­kiego Jensa Pe­tera Ra­bena.

Mon­berg wziął pa­piery i le­d­wie na nie zer­k­nął.

– O nie­któ­rych rze­czach mam mgli­ste po­ję­cie.

– Może by­śmy się obyli bez tych bzdur – znie­cier­pli­wił się Buch, świa­dom, że mówi co­raz gło­śniej. – Niech mi pan tylko po­wie, o czym roz­ma­wia­li­ście z Ros­sin­giem na tym spo­tka­niu. To ważne.

Mon­berg wzru­szył ra­mio­nami, wziął ze sto­lika oku­lary i przej­rzał do­ku­menty.

– To było wieki temu.

– Za­taił pan in­for­ma­cję o po­waż­nym do­cho­dze­niu woj­sko­wym! Mil­czał pan o niej przed po­li­cją, przed PET, przed wła­snym per­so­ne­lem. – Chwy­cił krze­sło i przy­su­nął się do łóżka. – Dla­czego? Co ukry­wa­cie z Ros­sin­giem?

Mon­berg od­wró­cił się do Ka­riny. Bła­gał o po­moc. Nie ode­zwała się ani sło­wem.

– Dla­czego spo­tka­li­ście się w spra­wie Ra­bena? – Buch nie ustę­po­wał. – Co po­wie­dział panu Ros­sing? Dla­czego spo­tka­nia nie pro­to­ko­ło­wano?

– O co cho­dzi, Buch? O czym pan mówi?

– Spo­tyka się pan z Ros­sin­giem. Po­tem Drag­sholm przed­sta­wia panu sprawę. Ale pan ni­komu o niej nie mówi. Ani po­li­cji ani PET, na­wet kiedy Drag­sholm za­mor­do­wano. Mu­szę wie­dzieć…

– Je­śli przy­szedł pan zwa­lać na mnie winę za swoje nie­po­wo­dze­nia – wark­nął Mon­berg – może się pan od razu wy­nieść.

– Co Ros­sing po­wie­dział na tym spo­tka­niu?

Ha­łas przy drzwiach. Ko­bieta w gra­na­to­wym ko­stiu­mie. Obok niej le­karz. Żona Mon­berga. Buch ski­nął jej głową.

– Znowu go­ście, Frode? – spy­tała, spie­sząc do boku cho­rego. Po­ca­ło­wała męża w czoło, a on skrzy­wił się jak małe dziecko. – Tak nie może być. – Spoj­rzała groź­nie na Bu­cha. – Do­ce­niam pań­ską tro­skę, ale le­ka­rze mu­szą zba­dać mo­jego męża.

Mon­berg pod­niósł z łóżka pa­piery. Ka­rina wzięła je i po­de­szła do okna, gdzie za­częła prze­glą­dać kartki z ży­cze­niami po­wrotu do zdro­wia.

– Ta­kie na­ci­ski mu nie służą – do­dała żona.

– Mam od­po­czy­wać – przy­znał Mon­berg.

Ka­rina trą­ciła Bu­cha. Jedna z kar­tek po­cho­dziła od Flem­minga Ros­singa. Na ob­razku wid­niał bu­kiet róż. W środku znaj­do­wały się dru­ko­wane ży­cze­nia i do­pi­sane od­ręcz­nie słowa: „Cie­szę się, że wi­dzę Cię w lep­szym zdro­wiu, Frode. Przy­ja­ciele do gro­bo­wej de­ski”.

Buch prze­czy­tał to i kiw­nął głową.

– Mi­ni­ster wła­śnie wy­cho­dzi – za­uwa­żył Mon­berg.

– Tak – po­twier­dził Buch. – Ży­czę panu szyb­kiego po­wrotu do zdro­wia. – Na po­ściel przy ko­la­nach Mon­berga rzu­cił kartkę Ros­singa. – Wszy­scy przy­ja­ciele na to cze­kają.

Na ko­ry­ta­rzu, wdy­cha­jąc szpi­talny za­pach, słu­cha­jąc pik­nięć i ter­kotu ma­szy­ne­rii w sa­lach do­koła, Buch cze­kał, aż Ka­rina do­goni go swoim wście­kłym kro­kiem.

– Ros­sing był tu przed nami, prawda? – wark­nął, gdy do niego do­tarła.

– Wie­dział, o co bę­dzie pan py­tał. I wie­dział, co po­wie­dzieć.

– Cho­lera – mruk­nął. Nie mógł ode­rwać od niej wzroku. – Jaki jest Mon­berg? Tak na­prawdę?

– Dow­cipny. Za­bawny. Uro­czy. – Na­my­ślała się chwilę. – Słaby.

– Po­trzebne nam inne moż­li­wo­ści – orzekł Buch i pró­bo­wał so­bie wy­obra­zić, jak mia­łyby one wy­glą­dać.

– Mam po­mysł – oznaj­miła Ka­rina, gdy sie­dli na tyl­nej ka­na­pie mi­ni­ste­rial­nej li­mu­zyny, która na­tych­miast utknęła w korku. – Może wy­sto­su­jemy prze­pro­siny za eks­hu­ma­cję żoł­nie­rza?

Buch burk­nął coś nie­ar­ty­ku­ło­wa­nego i spoj­rzał za okno na tłumy lu­dzi wę­dru­ją­cych od sklepu do sklepu. Zwy­czajni lu­dzie wio­dący zwy­czajne ży­cie. Za­zdro­ścił im.

– Tho­ma­sie… – Te­raz, gdy zo­sta­wali sami, Ka­rina co­raz czę­ściej mó­wiła do niego po imie­niu. Po­do­bało mu się to. – To roz­ła­duje tro­chę na­pię­cie. Krabbe się nie­cier­pliwi. Nęka Plo­ugh o pilne spo­tka­nie.

– Plo­ugh może po­wie­dzieć Krab­bemu, że je­śli chce, niech sią­dzie pod ga­bi­ne­tem pre­miera i prosi o au­dien­cję.

– Prze­pro­siny do­brze by zro­biły.

W ma­łej szafce w sa­mo­cho­dzie, tam gdzie inni trzy­mali al­ko­hole, Buch prze­cho­wy­wał kilka pa­czek cze­ko­la­do­wych cia­ste­czek. Otwo­rzył pierw­sze z brzegu, po­czę­sto­wał Ka­rinę i wziął dwa, gdy ona po­krę­ciła głową.

– Jak mam prze­pra­szać za coś, o czym w ogóle nie wie­dzia­łem?

– Jest pan mi­ni­strem. To nor­malne.

– To nie zna­czy, że mi się to po­doba. Swoją drogą kto wpadł na po­mysł, żeby wy­ko­pać tego bie­daka?

– Po­li­cjantka. Zo­stała zwol­niona.

– Szybka re­ak­cja.

– To nie był jej pierw­szy wy­bryk. Pa­mięta pan… Pa­mię­tasz sprawę Birk Lar­sen sprzed paru lat?

Buch się wzdry­gnął.

– To było straszne.

– Ona ją roz­wią­zała. I wtedy też zo­stała zwol­niona.

Buch spoj­rzał na Ka­rinę za­in­try­go­wany.

– Wtedy praw­do­po­dob­nie w sprawę było wplą­ta­nych kilku lo­kal­nych po­li­ty­ków – cią­gnęła Ka­rina. – Ona nie od­pu­ściła. Gdy­byś wy­dał oświad­cze­nie, mógł­byś wspo­mnieć, że ta po­li­cjantka nie po raz pierw­szy na­ru­szyła re­gu­la­min. Do­dać coś w ro­dzaju, że ocze­ku­jemy od wszyst­kich funk­cjo­na­riu­szy, że będą pod­trzy­my­wać świetne tra­dy­cje służby.

Buch wy­trzesz­czył oczy.

– Do­bra – ska­pi­tu­lo­wała Ka­rina. – To nie w twoim stylu. Do­bór słów zo­sta­wiam to­bie.

– Jak ona się na­zywa?

– Sa­rah Lund.

– Chcę z nią po­roz­ma­wiać.

Ka­rina wy­buch­nęła śmie­chem. Myśl, że zdo­łał uba­wić tę by­strą, in­te­li­gentną ko­bietę, go ucie­szyła.

– Nie mo­żesz z nią roz­ma­wiać! Ona wła­śnie zo­stała wy­lana z po­li­cji.

– Je­stem mi­ni­strem spra­wie­dli­wo­ści. Mogę roz­ma­wiać, z kim chcę. Je­śli ta Lund roz­wią­zała sprawę Birk Lar­sen, na pewno nie jest głu­pia. Może coś wie.

Znowu po­czę­sto­wał Ka­rinę cia­stecz­kami. Tym ra­zem sko­rzy­stała.

– Je­śli to zro­bisz, po­gor­szysz swoje re­la­cje z po­li­cją.

– A czy oni są roz­mowni? Nie. Je­śli Mon­berg nam nic nie po­wie, bę­dziemy mu­sieli zna­leźć ja­kieś inne wyj­ście. Znajdź mi Sarę Lund, pro­szę.

– Tho­ma­sie – przy­brała ton matki ła­ja­ją­cej dziecko. – Je­śli to wyj­dzie na jaw, bę­dziesz miał wiel­kie kło­poty.

– Och, na mi­łość bo­ską. Je­śli nie roz­gryzę tej sprawy, i tak wy­lecę na pysk. Nie uda­wajmy, że bę­dzie ina­czej, do­bra? – Po­stu­kał jej torbę. – Świet­nie so­bie ra­dzisz z te­le­fo­nem. Znajdź mi Sarę Lund, pro­szę. Od razu do niej po­je­dziemy.

Ślub przed­sta­wi­cieli duń­skiej klasy ro­bot­ni­czej. Sala ban­kie­towa w ho­telu pełna przy­ja­ciół i krew­nych. Szczę­śliwa para. Ci­cha mu­zyka. Urzęd­nik wy­po­wia­da­jący zna­jomy re­fren: „Ogła­szam was mę­żem i żoną. Może pan po­ca­ło­wać pannę młodą”.

Bjørn, roz­bry­kany nie­duży męż­czy­zna, we­soły i fi­glarny, uśmiech­nął się jak psotny skrzat i ro­bił, co mu ka­zano.

Lund cie­szyła się, że jej cia­sto nie za­truło go za bar­dzo. Był miły, a jej matka, po tylu la­tach gorz­kiej sa­mot­no­ści, wresz­cie wy­glą­dała na szczę­śliwą.

Sa­rah Lund stała więc te­raz w swo­jej naj­lep­szej su­kience z fio­le­to­wego je­dwa­biu, kla­skała im obojgu i uśmie­chała się do Marka u jej boku, wy­so­kiego i przy­stoj­nego.

Cały świat szedł na­przód. Wszystko się zmie­niało. Tylko nie ona. Ona znaj­do­wała się w tym sa­mym miej­scu, co dwa lata temu po czar­nej nocy, gdy Meyer zo­stał po­strze­lony, a w jej ży­cie le­gło w gru­zach. Dla­tego wła­śnie czer­pała tyle nie­zręcz­nego, peł­nego skru­chy po­cie­sze­nia z wi­doku matki po­chło­nię­tej przez dła­wiącą szczę­śli­wość, przez za­do­wo­le­nie, które można po­czuć tylko wtedy, gdy bez­in­te­re­sow­nie daje się ko­muś swoje ży­cie, po­święca się in­dy­wi­du­al­ność w imię wza­jem­nej mi­ło­ści, która wy­szep­cze wie­czy­ste kłam­stwo: „Te­raz je­steś bez­pieczny na wieki”.

Na ta­kie po­świę­ce­nie Lund ni­gdy nie by­łaby go­towa i ci, któ­rzy ją znali, świet­nie to ro­zu­mieli. Mark nie był już opry­skli­wym na­sto­lat­kiem, który wark­nął kie­dyś: „Cie­bie in­te­re­sują tylko mar­twi lu­dzie”.

Do­my­ślała się, że syn na­dal tak uważa. Tylko jest za grzeczny, by to po­wie­dzieć.

Ele­gancka hala ban­kie­towa w Øster­bro. Mar­mu­rowe ściany i za­pach zbyt wielu bu­kie­tów. Kiedy okla­ski przy­ga­sły, Bjørn sam kla­snął w dło­nie i za­de­kla­ro­wał:

– A te­raz może coś zjemy i się na­pi­jemy. A po­tem znowu się na­pi­jemy! I znowu!

Jej matka miała na so­bie zie­loną je­dwabną suk­nię, którą sama uszyła. Wy­glą­dała tak do­sko­nale, że Lund po­czuła, jak łzy zbie­rają jej się pod po­wie­kami.

– Wi­dać, że Bjørn był kie­dyś w obro­nie te­ry­to­rial­nej – za­chi­cho­tał Mark u jej boku.

– O tak – po­wie­działa, pa­trząc, jak kilku męż­czyzn w blu­zach mun­du­ro­wych zbliża się, by uści­skać kom­pana i po­kle­pać go po ple­cach.

Vi­beke po­de­szła do nich, przy­tu­liła, uca­ło­wała w po­li­czek, wzięła jedno pod prawe, dru­gie pod lewe ra­mię.

– Ten po­mysł, że­bym ja wznio­sła to­ast… – za­częła Lund.

– Nie ma o czym mó­wić – od­parła szybko Vi­beke. – Parę słów z oka­zji ślubu two­jej matki. Bę­dziesz miała mnie z głowy nie­wiel­kim kosz­tem.

– Ni­gdy nie ra­dzi­łam so­bie z prze­ma­wia­niem.

– To ko­lejny po­wód, by mó­wić krótko. Musi być czas na tańce. Za­raz mi po­wiesz, że z tań­cze­niem też so­bie nie ra­dzisz. A ja wiem, że to nie­prawda. – Na chwilę ra­do­sna twarz Vi­beke spo­waż­niała. – Pa­mię­tam, jak by­łaś w wieku Marka. Wiem, że umiesz tań­czyć, Saro.

– Gdzie moja żona?! – Pi­skliwy głos Bjørna wzniósł się po­nad wrzawę. – Czas na zdję­cia.

Na­dal się nie ru­szała. Stały w miej­scu, matka i córka. Mark od­da­lił się, jakby coś zo­ba­czył.

– Ale nie zmu­szę cię – po­wie­działa ci­cho Vi­beke. – Ca­łymi la­tami tak bar­dzo się sta­ra­łam zmu­sić cię do tego, byś była kimś, kim nie je­steś. Prze­pra­szam. Chcia­łam tylko…

Lund ob­jęła matkę ra­mio­nami, mu­snęła ustami jej cie­pły upu­dro­wany po­li­czek.

– Je­steś, kim je­steś, i taką cię ko­cham – wy­szep­tała jej matka do ucha, po czym ucie­kła w tłum, jakby prze­ra­żona tym na­głym wy­bu­chem szcze­ro­ści.

Pod­szedł do nich pra­cow­nik ho­telu z dzwo­necz­kiem w dłoni.

– Tego się używa, żeby przy­cią­gnąć uwagę – po­wie­dział, jakby Sa­rah ni­gdy wcze­śniej nie była na we­selu. – Aha, i przy­słano dla pani bu­kiet.

– Kto mi przy­słał bu­kiet?

– Skąd mam wie­dzieć? – od­rzekł, wska­zu­jąc wy­róż­nia­jącą się wią­zankę.

Trzy czer­wone różne w ce­lo­fa­nie po­śród sto­sów jar­marcz­nych pu­deł.

– Uwaga, wszy­scy! – za­wo­łał fo­to­graf. – Pro­szę za­jąć swoje miej­sca.

Bjørn po­środku, Vi­beke i Lund po bo­kach. Sa­rah Lund przy­po­mniała so­bie wła­sny ślub, na­wet przy po­zo­wa­niu do zdjęć nie da­wało jej spo­koju py­ta­nie: „Czy ten zwią­zek ma szanse prze­trwać?”.

Tym­cza­sem zwią­zek jej matki ta­kie szanse miał. Ob­wiesz­czono po­kój. Dłu­gie i smutne lata sa­mot­no­ści Vi­beke, jakby wojna, do­bie­gły końca.

Przed nimi przy­kuc­nął Mark. Lund stwier­dziła na­gle, że trzyma dłoń na jego mięk­kich wło­sach, głasz­cze je, cie­szy się, że on się uśmie­cha, a nie wy­kręca się jak kie­dyś.

Po dzie­się­ciu mi­nu­tach wszy­scy sie­dzieli przy stole, pa­trzyli, jak z kuchni przy­bywa pierw­sze da­nie. Za­częły się śpiewy. We­selne pie­śni o śmiesz­nych tek­stach, pół nu­cone, pół wy­krzy­ki­wane z ar­ku­szy z tek­stami, które uło­żono obok menu. Ser­wo­wano białe wino, cie­pławe. Roz­myśl­nie usa­dzono ją obok ku­zyna Bjørna, ka­wa­lera, księ­go­wego z Ro­skilde. Głów­nym te­ma­tem pro­wa­dzo­nych przez niego roz­mów, po­mię­dzy przy­śpiew­kami, była przy­szłość po­dwój­nej księ­go­wo­ści.

Lund nie tknęła al­ko­holu. Już i tak miała wra­że­nie, że zbyt wiele ude­rzyło jej do głowy.

Są­siad oka­zał się na tyle przy­tomny, że za­uwa­żył, iż te­mat ją nu­dzi.

– Je­steś po­li­cjantką? – spy­tał.

– Tak jakby.

– Sły­sza­łem, że eks­hu­mo­wali po­le­głego żoł­nie­rza. Ga­zety o tym pi­sały.

Lund zmie­niła zda­nie – łyk­nęła haust za słod­kiego bia­łego wina.

– Na­prawdę? – zdzi­wiła się.

Na­gle, za­nim są­siad zdo­łał wy­po­wie­dzieć ko­lejne słowo, ode­zwał się dzwo­ne­czek.

Vi­beke wstała ze swo­jego miej­sca. Czło­wiek z ob­sługi znowu po­ja­wił się przy Lund.

– Prze­pra­szam – po­wie­dział. – Ktoś chce się z pa­nią zo­ba­czyć. Mówi, że to ważne.

Za­raz za drzwiami stała blon­dynka w ele­ganc­kiej gar­sonce. Gdy Lund na nią spoj­rzała, kiw­nęła głową.

– Nie mo­głam się do­cze­kać tej prze­mowy – oznaj­miła Vi­beke. – Więc…

Lund od­su­nęła krze­sło i wstała od stołu.

Ko­bieta przy drzwiach przed­sta­wiła się jako Ka­rina Jør­gen­sen z Mi­ni­ster­stwa Spra­wie­dli­wo­ści.

– To­ast! – im­pro­wi­zo­wała Vi­beke za Lund. – Na zdro­wie!

Lund prze­szła z blon­dynką do baru.

– Do tej roz­mowy do­szło przy­pad­kowo – mó­wiła ko­bieta. – Nie zo­sta­nie ni­g­dzie od­no­to­wana. Nie po­wia­domi pani o niej ni­kogo w Po­li­ti­går­den.

Ze­szły na dół. Ko­ry­ta­rze wy­ło­żone bia­łymi płyt­kami. Za­pa­chy i od­głosy po­bli­skiej kuchni.

Na końcu stał wielki męż­czy­zna, tuż obok ko­biety skła­da­ją­cej ob­rusy. W jed­nej ręce trzy­mał te­le­fon, w dru­giej nóżkę kur­czaka. Gdy Lund się zbli­żyła, nie­do­koń­czona nóżka tra­fiła do śmiet­nika. A te­le­fon do kie­szeni.

Wy­tarł dło­nie ser­wetką le­żącą w po­bliżu, po czym prawą rękę po­dał Lund.

– Tho­mas Buch, mi­ni­ster spra­wie­dli­wo­ści. W każ­dym ra­zie w tej chwili.

Lund nic nie po­wie­działa.

– Ka­rina mówi, że spo­tka­li­śmy się tu­taj przy­pad­kiem. – Miał przy­ja­zną twarz i po­tar­ganą brą­zową brodę. – A to ci przy­pa­dek, co?

– Na gó­rze wła­śnie od­bywa się we­sele mo­jej mamy.

– Wiem. Prawda wy­gląda tak, że bar­dzo po­trze­buję paru od­po­wie­dzi. I my­ślę…

– Pro­szę po­słu­chać. Je­śli cho­dzi o eks­hu­ma­cję, to na­prawdę strasz­nie mi przy­kro. To mój błąd. Pro­szę nie wi­nić Brixa ani Stran­gego…

Za­cze­kał, aż kel­nerka się od­dali.

– Wie pani o za­rzu­tach cią­żą­cych na duń­skich żoł­nier­zach w Hel­mand?

– Tro­chę.

– Za­uwa­żyła pani, by coś wska­zy­wało, że nasi żoł­nie­rze mo­gli za­mor­do­wać cy­wi­lów? Co­kol­wiek…

– Po­wi­nien pan się skon­tak­to­wać z Len­nar­tem Bri­xem albo Ruth He­deby. Oni te­raz pro­wa­dzą…

– Wła­śnie nie je­stem pe­wien. A je­stem mi­ni­strem spra­wie­dli­wo­ści. Po­ja­wiła się su­ge­stia, że w zbrod­nię był wplą­tany ja­kiś ofi­cer. Pani o tym wie? Czy ze­tknęła się pani z ja­ki­miś do­wo­dami, które pró­bo­wano ukryć?

Lund po­krę­ciła głową.

– Tę hi­sto­rię opo­wia­dał żoł­nierz, który ma za­bu­rze­nia psy­chiczne. Praw­do­po­dob­nie nie było żad­nego ofi­cera.

Wielki męż­czy­zna we­pchnął pię­ści do kie­szeni spodni i stał nie­po­ru­sze­nie.

– Dla­czego więc chciała pani eks­hu­mo­wać tego żoł­nie­rza?

– Bo skre­wi­łam. Nic nie wiem. Mu­szę wró­cić na we­sele, prze­pra­szam.

– A co z do­wódcą od­działu, Jen­sem Pe­te­rem Ra­be­nem?

– My­śla­łam, że on coś wie o… Ale on jest chory psy­chicz­nie. Miał po­wód do ucieczki. Wła­śnie od­rzu­cono jego wnio­sek o zwol­nie­nie wa­run­kowe.

– Kto od­rzu­cił?

– Służba Wię­zienna. Jego le­karz orzekł, że Ra­ben jest zdrowy, ale…

Buch zer­k­nął na blon­dynkę.

– Her­ste­dve­ster orze­kło, że może wyjść? – spy­tał. – A Służba Wię­zienna od­rzu­ciła jego wnio­sek?

– Zga­dza się. A on bar­dzo chciał wyjść, był wręcz zde­spe­ro­wany. Roz­pada się jego mał­żeń­stwo. Praw­do­po­dob­nie już się roz­pa­dło.

Buch przy­ło­żył pa­lec do ust i my­ślał.

– Niech pani okaże mi jesz­cze tro­chę cier­pli­wo­ści. – Od­wró­cił się do blon­dynki. – Mon­berg pra­co­wał nad ustawą o służ­bie wię­zien­nej, prawda? Kiedy za­rzu­cił te prace?

Za­sta­na­wiała się chwilę.

– Za­raz po spo­tka­niu z mi­ni­strem obrony.

– Wła­śnie. Za­dzwoń do Plo­ugh.

Sze­roki uśmiech i znowu wielka dłoń. Lund od­po­wie­działa uści­skiem.

– Dzię­kuję – rzekł mi­ni­ster. – I pro­szę prze­ka­zać ma­mie gra­tu­la­cje.

– A o co wła­ści­wie cho­dzi?

Pa­lec znowu po­wę­dro­wał do bro­da­tej twa­rzy. I znowu po­ja­wił się na niej krzywy uśmiech. Po czym mi­ni­ster mru­gnął okiem.

– Mi­łego dnia, Saro Lund – rzekł i po­ma­chał jej ręką na po­że­gna­nie.

Gdy wró­ciła na we­sele, prze­ma­wiał wła­śnie Bjørn.

– Vi­beke – po­wie­dział, sto­jąc obok żony. Czy­tał z no­ta­tek. – Uszczę­śli­wi­łaś mnie. Cały czas chcę tylko śpie­wać, tań­czyć i wy­gła­szać mowy.

Lund po­de­szła do swo­jego miej­sca, mo­dląc się w du­chu, by do tego nie do­szło.

Po­my­ślała o męż­czyź­nie, z któ­rym wła­śnie roz­ma­wiała. Tho­mas Buch był mi­ni­strem spra­wie­dli­wo­ści. I po­dob­nie jak ona po­ru­szał się po omacku.

– Cza­sami – cią­gnął Bjørn – ża­łuję, że los nie ze­tknął nas wcze­śniej. Ale wtedy nie by­li­by­śmy na sie­bie go­towi. Cie­szę się więc, że w tam­ten ma­jowy wto­rek wsze­dłem do se­cond-handu. Wy­sze­dłem z niego z ko­bietą, która zo­stała moją żoną.

Lund zi­gno­ro­wała wąt­pliwe żarty są­siada, a wpa­try­wała się w pre­zenty i trzy czer­wone róże.

Nikt nie przy­syła kwia­tów sa­mot­nej ko­bie­cie na we­sele jej matki.

Go­ście wsta­wali. Dło­nie wzno­siły kie­liszki. Bjørn wy­gła­szał to­ast.

– Sto lat dla panny mło­dej!

Gdy Bjørn po­chy­lił się, by po­ca­ło­wać Vi­beke, Lund prze­szła przez salę, zna­la­zła swoją wią­zankę i wy­jęła przy­cze­pioną do niego białą ko­pertę.

Wie­działa, że za­pa­dła ci­sza, że wszy­scy na nią pa­trzą.

Mi­nął ją czło­wiek z ob­sługi nio­sący nową bu­telkę wina.

– Kto przy­niósł te kwiaty? – spy­tała.

– Po­sła­niec – od­rzekł tym sa­mym apa­tycz­nym to­nem co wcze­śniej.

W środku zna­la­zła wia­do­mość. „Tjek hun­de­te­gnet – Ra­ben”. Sprawdź nie­śmier­tel­nik.

Vi­beke ob­ser­wo­wała córkę z uśmie­chem, ale spięta. Po­stu­kała no­żem w kie­li­szek i wstała.

– Skoro się tu wszy­scy ze­bra­li­śmy, chcia­ła­bym wy­gło­sić swoją kwe­stię. Za­nim Sa­rah…

Lund się­gnęła po dzwo­ne­czek mi­strza ce­re­mo­nii.

– Ko­chany Bjør­nie – za­częła Vi­beke i urwała, pa­trząc na zbli­ża­jącą się córkę.

Lund za­trzy­mała się przed nią. Miały za sobą tyle lat kon­flik­tów. Tyle kłótni i zło­ści. A te­raz miała za­wieść matkę po raz ko­lejny, na jej wła­snym ślu­bie.

Twarz Vi­beke na­gle się zmie­niła. Uśmiech­nęła się. Lund po­sta­wiła dzwo­ne­czek przy jej ta­le­rzu, ob­jęła ją, uca­ło­wała w oba po­liczki, a matka zro­biła to samo.

– O co cho­dzi? – spy­tał Bjørn z lekką nutą gniewu w gło­sie. – Nie mo­żesz wyjść w trak­cie prze­mowy matki! Go­ście nie wy­cho­dzą, za­nim we­sele się za­cznie!

Lund otarła oczy.

– A moja córka wła­śnie wy­cho­dzi, Bjørn – od­parła Vi­beke to­nem nie­malże na­gany. – I w po­rządku.

– W po­rządku? – spy­tał, sze­roko otwie­ra­jąc oczy.

Lund nic nie po­wie­działa, tylko ru­szyła do wyj­ścia.

– Tak! – do­dała Vi­beke bar­dzo lekko. – Jak naj­bar­dziej w po­rządku. Ko­biety w tej ro­dzi­nie są pra­co­wite i mają swoje sprawy. – Po­kle­pała go po ple­cach. – Przy­zwy­cza­jaj się, chło­pie. I sta­raj się na­dą­żać.

Lund dziar­skim kro­kiem opu­ściła salę. Za sobą usły­szała śmiech. Może ner­wowy. Ale śmiech.

I głos matki, silny i prze­ko­nu­jący:

– No, ko­chany Bjør­nie. Na czym to sta­nę­li­śmy?

Już nie słu­chała. Ze­szła ze scho­dów, wie­dząc do­kład­nie, do­kąd iść.

Hanne Møl­ler sprzą­tała ga­raż. W rę­kach trzy­mała fo­to­gra­fię, pa­trzyła na nią smutno.

We­szła Lund. Na fio­le­tową su­kienkę miała na­ło­żoną znisz­czoną gra­na­tową kurtkę.

– Przy­szłam pa­nią prze­pro­sić. Wiem, że po­li­cja też pa­nią prze­pra­szała. To za mało. Chcia­łam, żeby usły­szała to pani ode mnie.

Spoj­rzała na zdję­cie. Przy­stojny młody męż­czy­zna w woj­sko­wym be­re­cie, uśmie­cha­jący się do stan­dar­do­wego por­tretu. Hanne Møl­ler odło­żyła fo­to­gra­fię do kar­tonu.

– Zdaję so­bie sprawę, że nie mogę tego na­pra­wić – cią­gnęła Lund.

– Nie – od­parła ko­bieta ci­cho i z go­ry­czą. – Nie może pani.

– Chcę, żeby pani zro­zu­miała. – Je­den krok do przodu. Nie wyj­dzie, do­póki to nie zo­sta­nie po­wie­dziane. – Mu­sia­łam mieć pew­ność.

– A ma pani?

Pod­nio­sła ja­kieś ubra­nia syna i wsa­dziła je do czar­nego worka na śmieci.

– Je­stem pewna, że on nie żyje. Przy­kro mi. Ale jesz­cze cze­goś nie wiemy…

– Niech pani so­bie idzie.

Lund ro­zej­rzała się po ga­rażu. Za­sta­na­wiała się.

– Musi mnie pani wy­słu­chać.

– Dla­czego pani ni­gdy nie od­cho­dzi, kiedy o to pro­szę? – Głos Hanne Møl­ler wzniósł się, pe­łen bólu i gniewu. – I dla­czego pani cią­gle wraca? Prze­śla­duje mnie pani?

– Bo dzieje się coś złego. My­ślę, że pani też o tym wie.

– Wiem? – Trzy­mała swe­ter. Woj­skowy, z gra­na­to­wej włóczki. Albo część mun­durka szkol­nego. Wy­glą­dały tak po­dob­nie.

– Cho­dzi o nie­śmier­tel­nik pani syna. Łań­cu­szek, który dało mu woj­sko, z taką przy­wieszką. – Lund stwier­dziła, że opi­su­jąc przed­miot, nie­zręcz­nie ma­cha rę­koma.

Są­dząc po wy­ra­zie twa­rzy Hanne Møl­ler, ta ge­sty­ku­la­cja nie była po­trzebna.

– Wie pani, gdzie on jest?

– Dla­czego ka­wa­łek me­talu jest taki ważny?

– Nie­śmier­tel­nik prze­ka­zuje się naj­bliż­szym krew­nym. Do­stała go pani?

– Py­ta­łam – od­parła ko­bieta, krę­cąc głową. – Nie zna­le­ziono go.

– Ale ma pani resztę jego rze­czy?

Ko­bieta wska­zała pu­dło.

– Nie. To wszystko zo­sta­wił w domu. Nie mamy nic. Tylko ciało, któ­rego nie po­zwo­lono nam zo­ba­czyć. Dla­czego za­daje pani te py­ta­nia?

Lund za­sta­na­wiała się, co po­wie­dzieć. Ale Hanne Møl­ler po ka­ta­stro­fie na cmen­ta­rzu na­le­żały się wy­ja­śnie­nia.

– My­ślę, że ktoś zna­lazł nie­śmier­tel­nik pani syna. My­ślę, że wy­ko­rzy­stał go, by użyć toż­sa­mo­ści Pera. I żeby póź­niej za­tu­szo­wać swoje zbrod­nie.

– Per był do­brym chłop­cem – po­wie­działa jego matka ła­god­nym, zbo­la­łym gło­sem. – Nie chcia­łam, żeby wstę­po­wał do woj­ska. Kiedy był mały, nie było wo­jen. My­śla­łam, że zo­sta­nie na­uczy­cie­lem. Albo le­ka­rzem. Ale po­tem do­rósł, a świat się zmie­nił. – Wpa­try­wała się w Lund. – Wy­da­wało się, że to po pro­stu taki inny wy­bór. Taki jak iść do pracy w szkole. Po­je­chać do in­nego kraju, o któ­rym czło­wiek nie­wiele sły­szał, i wal­czyć w woj­nie, któ­rej nikt z nas nie ro­zu­mie. Do­my­ślam się, że po­trze­bu­jemy żoł­nie­rzy. Ale nie Pera. On był na to za de­li­katny.

Lund mil­czała, w gło­wie ma­jąc Marka.

– Czło­wiek my­śli, że może swoje dzieci po­kie­ro­wać, by ro­biły coś do­brego – do­dała Hanne Møl­ler tym sa­mym ła­god­nym, zbo­la­łym szep­tem. – Ale ni­gdy nie wia­domo, co je czeka. Tak na­prawdę nie wia­domo.

– Przy­kro mi, że spra­wi­łam pani tyle bólu. Po­stą­pi­łam głu­pio. Nie będę już pani nie­po­koić. – Lund ru­szyła do drzwi.

– Pro­szę za­cze­kać – po­wie­działa ko­bieta. – Mu­szę pani coś po­ka­zać. – Po­szła do kąta i wy­cią­gnęła inne pu­dło. – My­śla­łam, że to po­myłka. Może tak jest. Ale i tak nie daje mi to spo­koju.

– Co ta­kiego?

– Od czasu do czasu coś się po­ja­wiało. Jakby Per cią­gle żył. Pro­szę… – Wy­cią­gnęła plik otwar­tych ko­pert. – Li­sty. Ostatni sprzed kilku ty­go­dni. Pro­szę po­pa­trzeć.

Lund wzięła pa­kiet.

– Kiedy się za­czę­łam nad tym za­sta­na­wiać… Wy­obra­ża­łam so­bie, że może on na­dal żyje – szep­tała Hanne Møl­ler. – Ale nie żyje, prawda? A po­tem po­ja­wiła się ta ko­bieta. I pani…

Głów­nie ra­chunki. Per K. Møl­ler zgi­nął w Hel­mand, w wy­niku eks­plo­zji czy sa­mo­bój­stwa, po­nad dwa lata temu. Wszyst­kie do­ku­menty miały daty póź­niej­sze.

– To po­myłka, prawda? – spy­tała ko­bieta.

– Praw­do­po­dob­nie – od­parła Lund. – Mogę to za­trzy­mać?

Tuż przed osiem­na­stą Buch wró­cił do Rig­sho­spi­ta­let, go­towy na dru­gie star­cie z Fro­dem Mon­ber­giem.

Ni­kogo nie wi­dział w re­cep­cji, więc wszedł do środka. Za­stał Mon­berga w bia­łej pi­ża­mie, sie­dzą­cego na skraju łóżka i po­chło­nię­tego lek­turą ga­zety.

– Je­śli już mu­siał pan przy­cho­dzić – ode­zwał się pa­cjent – na­le­żało spy­tać o po­zwo­le­nie i ro­bić to w go­dzi­nach od­wie­dzin. – Na­stęp­nie wstał, pod­szedł do okna, wło­żył szla­frok. Cią­gle był nie­ogo­lony. Wy­da­wał się wy­mi­ze­ro­wany i stro­skany. – Nie mam panu nic wię­cej do po­wie­dze­nia, Buch.

– Nie­wiele wię­cej mu­szę usły­szeć. Już to wiem.

Mon­berg od­wró­cił się i wy­szcze­rzył zęby w uśmie­chu. To nie był miły wi­dok.

– Do­prawdy?

– Pra­wie. Przy­go­to­wy­wał pan ustawę, obie­cał pan zre­du­ko­wać koszty służby wię­zien­nej. To się zna­la­zło w orę­dziu.

– Za­kłady karne były prze­peł­nione. A ja­kie to ma zna­cze­nie?

– Chciał pan też zmniej­szyć liczbę pa­cjen­tów w za­mknię­tych za­kła­dach psy­chia­trycz­nych, prawda?

Chudy męż­czy­zna pa­trzył groź­nie na Tho­masa Bu­cha i mil­czał.

– Wnio­sko­wał pan, by każdą sprawę po­now­nie prze­ana­li­zo­wano i by zwol­niono wszyst­kich, któ­rzy nie sta­no­wią za­gro­że­nia dla spo­łe­czeń­stwa.

– Prze­ko­py­wa­nie sta­rych akt to ro­bota dla urzęd­ni­ków, nie dla mi­ni­strów.

– Jed­nym z tych, któ­rzy mieli wyjść na wol­ność, był Jens Pe­ter Ra­ben. Żoł­nierz. Czło­wiek, który twier­dził, że na wła­sne oczy wi­dział zbrod­nię wo­jenną po­peł­nioną przez in­nego żoł­nie­rza na­szych wojsk w Afga­ni­sta­nie.

– Nie pa­mię­tam…

Buch po­sta­wił krok w jego stronę.

– Niech mnie pan nie okła­muje. Ros­sing oma­wiał z pa­nem sprawę Ra­bena. A po­tem, nie wia­domo z ja­kiego po­wodu, cał­ko­wi­cie zre­zy­gno­wał pan ze swo­jego pro­jektu. Nic z niego nie wy­szło.

Mon­berg kiw­nął głową.

– To prawda. Były po temu inne po­wody.

– Nie będę pana już nie­po­koił – oznaj­mił Buch i skie­ro­wał się do drzwi. – Te­raz to sprawa dla Plo­ugh i ze­społu praw­nego…

– Buch!

Mi­ni­ster sta­nął.

– Na mi­łość bo­ską, może mnie pan wy­słu­chać? – po­pro­sił Mon­berg.

Buch wró­cił i spoj­rzał na chu­dego, do­tknię­tego nie­szczę­ściem czło­wieka przy łóżku. Chciał po­czuć wy­rzuty su­mie­nia, że tak go nęka. Ale to było trudne.

– Co pan za­mie­rza? – spy­tał Mon­berg.

– To za­leży od pana. Nie chcę ni­kogo ka­rać, chcę tylko po­znać prawdę.

– Ros­sing upie­rał się, że Ra­ben nie po­wi­nien wy­cho­dzić na wol­ność. Wszyst­kie ra­porty ze szpi­tala mó­wiły, że ten męż­czy­zna jest zdrowy, ale Ros­sing po­strze­gał to jako kwe­stię bez­pie­czeń­stwa pań­stwo­wego. Po­wie­dział, że wy­pusz­cze­nie tego czło­wieka jest sprzeczne z in­te­re­sem na­ro­do­wym. Że musi zo­stać w Her­ste­dve­ster.

Buch pra­wie się ro­ze­śmiał.

– In­te­re­sem na­ro­do­wym? Co to zna­czy? Nie za­my­kamy swo­ich wro­gów, je­żeli nie da­dzą nam do tego po­wodu. Dla­czego mie­li­by­śmy to ro­bić wła­snym żoł­nie­rzom, któ­rzy wal­czą za nas, za nasz kraj?

– Ros­sing nie wda­wał się w szcze­góły, a ja nie py­ta­łem.

Buch pod­niósł pa­lec i wy­mie­rzył go w sła­bego męż­czy­znę przed sobą.

– Jens Pe­ter Ra­ben zda­wał so­bie sprawę, że w Afga­ni­sta­nie wy­da­rzyło się coś strasz­nego. Ros­sing chciał, by Ra­ben sie­dział pod klu­czem, bo oba­wiał się po­li­tycz­nych re­per­ku­sji, gdyby to wy­da­rze­nie prze­do­stało się do wia­do­mo­ści pu­blicz­nej. To nie jest in­te­res na­ro­dowy.

– Ja o ni­czym nie wiem! Ros­sing po­pro­sił mnie o po­moc. Po­wie­dział mi, co mam ro­bić.

– A po­tem Anne Drag­sholm chciała wzno­wie­nia sprawy.

Mon­berg skrzy­wił się nie­za­do­wo­lony, pod­szedł do łóżka, wpa­try­wał się w upo­rząd­ko­waną po­ściel, od­wró­cony ple­cami do wiel­kiego męż­czy­zny za­rzu­ca­ją­cego go py­ta­niami.

– Co po­wie­działa Drag­sholm? Co od­kryła?

– Nie mogę się wda­wać w szcze­góły… – burk­nął Mon­berg i za­czął po­pra­wiać po­duszki.

Buch stra­cił cier­pli­wość.

– Do dia­bła! – ryk­nął. – My­śli pan, że może się tu ukryć na za­wsze? – Gwał­tow­nym ru­chem wska­zał drzwi. – Tam umie­rają lu­dzie! A pan… – Wy­ce­lo­wał pa­lec w wy­mi­ze­ro­waną twarz Mon­berga. – To pana wy­brali na ko­zła ofiar­nego. Nie Ros­singa. Uznają pana za sza­leńca, tak jak zro­bili z Ra­be­nem. Nie ro­zu­mie pan tego?

Frode Mon­berg chwy­cił się skraju łóżka. Od­dy­chał z tru­dem. I z tru­dem mo­bi­li­zo­wał resztki od­wagi.

– Za­ją­łem się po­li­tyką, by coś zdzia­łać. By słu­żyć.

– Więc pro­szę mi po­wie­dzieć – bła­gał Buch.

Chudy męż­czy­zna za­wa­hał się, wziął głę­boki od­dech.

– Mó­wiła, że zna­la­zła do­wód, że żoł­nie­rze mó­wili prawdę. Tam do­szło do ma­sa­kry. Do­pu­ścił się jej duń­ski ofi­cer. To, że Ra­bena uwię­ziono, było jawną nie­spra­wie­dli­wo­ścią.

– Jak się tego do­wie­działa? – spy­tał Buch.

Mon­berg za­mknął oczy, wy­glą­dał jak czło­wiek na skraju wy­trzy­ma­ło­ści.

– Zna­la­zła go.

– Kogo?

– Tego, kto to zro­bił. Wie­działa, kim jest. Nie po­wie­działa mi. Za bar­dzo się bała. By­łem w rzą­dzie, prawda? Nie są­dzę, żeby do końca mi ufała.

Buch nie przy­znał tego, co wy­da­wało się oczy­wi­ste: Drag­sholm miała ra­cję.

– To wszystko, co wiem – do­dał Mon­berg. Sto­jąc ty­łem do Bu­cha, pa­trzył za okno. – Co ja mam, do cho­lery, zro­bić? Jest co­raz go­rzej.

– Musi pan po­wie­dzieć prawdę, Frode. I tyle. – Po­ło­żył dłoń na ra­mie­niu Mon­berga i prze­ra­żony stwier­dził, że składa się z resz­tek mię­śni i ko­ści. – Po­wie­dzieć prawdę, i wszystko bę­dzie do­brze. Obie­cuję. Pre­mier cały czas mnie wspiera. Pro­sił, bym wy­ja­śnił sprawę. Nie zo­sta­wimy pana, obie­cuję.

Frode Mon­berg od­wró­cił się i spoj­rzał groź­nie na Bu­cha, nic nie mó­wiąc.

Roz­le­gło się pu­ka­nie do drzwi. Ka­rina.

– Prze­pra­szam – po­wie­działa. – Mu­szę z pa­nem po­roz­ma­wiać. To ważne.

– Dwie mi­nuty – rzu­cił do Mon­berga Buch – i usta­limy, co ro­bić.

Słaby męż­czy­zna wpa­try­wał się w niego groź­nie.

– Jest pan dziec­kiem, Buch. Ros­sing nie po­wie ani słowa.

Ka­rina cią­gle bia­do­liła.

– Dwie mi­nuty – po­wtó­rzył Buch.

Na ko­ry­ta­rzu Ka­rina od­cią­gnęła Bu­cha od se­pa­ratki Mon­berga. Mi­ni­ster czuł, że w końcu osią­gnął ja­kiś prze­łom.

– Tho­ma­sie…

– Zmu­si­łem go do roz­mowy. Po­twier­dził na­sze do­my­sły. Mu­simy za­raz ścią­gnąć tu PET.

– Wy­słu­chasz mnie? – Za­pro­wa­dziła go do ja­kiejś wnęki. – Te­raz masz pro­blem nie z Mon­ber­giem, tylko z Krab­bem.

Buch głę­boko ode­tchnął.

– A czego znowu chce ten har­ce­rzyk?

– Do­maga się two­jej re­zy­gna­cji.

– No lu­dzie…

Wy­glą­dała ża­ło­śnie, a to było do niej nie­po­dobne.

– Krabbe sta­wia pre­mie­rowi ul­ti­ma­tum. Albo ty odej­dziesz, albo on wy­cofa swoje po­par­cie dla rządu. Chce two­jej głowy albo do­pro­wa­dzi do upadku ga­bi­netu.

– Nie, nie, nie. – Buch nie mógł prze­stać my­śleć o roz­mo­wie, którą wła­śnie od­był. – Po­słu­chaj. Mon­berg po­twier­dził, że roz­ma­wiał z Ros­sin­giem. Że za­trzy­mał duń­skiego żoł­nie­rza w Her­ste­dve­ster na prośbę Ros­singa. To jest te­raz ważne.

Skrzy­żo­wała ra­miona i wbiła w niego wzrok.

– Dojdźmy prawdy, a wtedy wszystko bę­dzie do­brze – upie­rał się Buch. – Zwy­kle tak jest. Chodź… – Po­pro­wa­dził ją z po­wro­tem ko­ry­ta­rzem.

– Sama mo­żesz tego po­słu­chać.

– To po­ważne – od­parła, po­dą­ża­jąc za nim.

– Wszystko jest po­ważne. To tylko kwe­stia skali.

Sta­now­czym kro­kiem wszedł do se­pa­ratki Mon­berga. Pie­lę­gniarka zmie­niała po­ściel. Łóżko było pu­ste.

Buch spoj­rzał na pie­lę­gniarkę.

– Po­wie­dział, że chce się przejść – wy­ja­śniła, wzru­sza­jąc ra­mio­nami.

– A pani go pu­ściła?

Żach­nęła się.

– To szpi­tal, nie wię­zie­nie.

Buch za­klął, wy­szedł na ko­ry­tarz. Mon­berg mu­siał skrę­cić w lewo. Gdyby udał się w drugą stronę, zo­ba­czy­liby go.

– Tho­ma­sie… – jęk­nęła Ka­rina.

– Nie te­raz.

Nie był czło­wie­kiem ner­wo­wym. Nie­po­kój nie le­żał w jego na­tu­rze.

– Tho­mas! Mu­sisz za­dzwo­nić do pre­miera.

– Nie! – krzyk­nął na nią i za­raz tego po­ża­ło­wał. – Mu­simy zna­leźć Mon­berga. Nie ro­zu­miesz?

– To mnie oświeć. – Skrzy­żo­wała ra­miona.

– Przy­ci­sną­łem go, Ka­rino – od­rzekł Buch ci­cho, jakby do sie­bie. – Przy­ci­sną­łem go, bar­dzo mocno.

Pa­trzyła, słu­chała, po czym ru­szyła przo­dem i za­glą­dała do po­miesz­czeń po pra­wej i le­wej.

– Frode? – krzyk­nęła.

Nikt nie od­po­wia­dał.

Dom Jar­nviga w ko­sza­rach Ry­van­gen. Su­te­rena była pra­wie go­towa. Po­ma­lo­wana przez Chri­stiana Søga­arda. Ściany no­wego po­koju Jo­nasa przy­kryła ja­sna ta­peta. Tap­cza­nik, żółte krze­sełko, sto­jąca lampa, biu­reczko. Po raz pierw­szy w ży­ciu miał wła­sny kąt. Lo­uise pa­trzyła, jak jej syn stoi przy dziadku, który wie­sza nad łóż­kiem pla­kat z ko­smicz­nymi wo­jow­ni­kami.

– Jest równo, Jo­na­sie? – spy­tał.

– Tak, dziadku. Po­doba mi się.

Jar­nvig od­wró­cił się i uśmiech­nął sze­roko do wnuka, po czym wy­jął z kie­szeni pi­nezki i przy­cze­pił pla­kat.

– No to do­brze – rzekł, po­kle­pu­jąc chłopca po gło­wie. – Wy­gląda fan­ta­stycz­nie, co? Te­raz masz cały po­kój dla sie­bie.

– Mu­sisz za­pu­kać, za­nim wej­dziesz – po­uczył go wnuk.

– Tak jest! – Puł­kow­nik za­sa­lu­to­wał i strze­lił ob­ca­sami.

Jo­nas zro­bił to samo. Obaj się ro­ze­śmiali. Lo­uise Ra­ben na ten wi­dok po­czuła za­ra­zem ra­dość i smu­tek. Po czym od­da­liła się do kuchni i za­częła sprzą­tać.

Oj­ciec przy­szedł w ślad za nią.

– Zo­sta­wiam cię z tym te­raz – stwier­dził. – Ład­nie tu wy­gląda. Wcze­śniej to za­wsze była taka ka­wa­lerka. A te­raz… – nie­mą­dry uśmiech – …te­raz wy­gląda tak, jak­bym znowu miał ro­dzinę.

– Dzięki za po­moc, tato.

– Coś jesz­cze mogę zro­bić? Wczo­raj po­wie­dzia­łem różne głu­pie rze­czy. Prze­pra­szam. Mnie też to oczy­wi­ście po­ru­sza. Nie mogę… nie mogę pa­trzeć na cie­bie w tym sta­nie.

Zdjęła rę­ka­wice gu­mowe, po­de­szła do ojca i do­tknęła jego po­liczka.

– W po­rządku. By­łam idiotką, co nie? Wy­da­wało mi się, że na za­wsze ozna­cza na za­wsze. A to tekst tylko dla dzieci, prawda?

– Cza­sami tak – przy­znał. – Chodź ze mną na bal ka­de­tów. Bę­dzie mi bar­dzo miło. Mo­gła­byś być moim go­ściem.

Przy­po­mniała so­bie bale ka­de­tów z cza­sów, gdy była na­sto­latką. Wszy­scy mło­dzi żoł­nie­rze go­rąco pra­gnęli za­tań­czyć z córką ofi­cera.

– Na bale ka­de­tów to ja je­stem za stara i za gruba.

– Bzdura. Jedno i dru­gie to bzdura. Do­brze by ci to zro­biło.

– Po­win­nam być z Jo­na­sem.

– Jo­na­sowi nic nie do­lega. Mogę za­ła­twić ko­goś do opieki. To o cie­bie się mar­twię. Daj spo­kój…

Prze­je­chała ście­reczką do­koła zlewu. Jej złota ob­rączka ślubna le­żała obok kranu ra­zem z ze­gar­kiem. Za­wsze zdej­mo­wała ją do zmy­wa­nia.

Na za­wsze.

Mrzonki dla dzieci. Wy­trzy­mała przy Jen­sie wię­cej, niż znio­słaby nie­jedna ko­bieta. A co do­stała w za­mian? Tchó­rza, który uciekł na Bli­ski Wschód, gdy tylko ona uro­dziła dziecko. Prze­stępcę ukry­wa­ją­cego się przed wszyst­kimi.

– Cho­ciaż na chwilkę – pro­sił oj­ciec. – Wró­cimy od razu, kiedy bę­dziesz chciała.

Nie mo­gła ode­rwać wzroku od ob­rączki. Kie­dyś wy­da­wała jej się taka ważna. Sta­no­wiła sym­bol cze­goś, co ich łą­czyło. Te­raz była re­lik­tem prze­szło­ści, gorz­kim przy­po­mnie­niem wszyst­kiego, co stra­ciła.

– Oczy­wi­ście – po­wie­dział Jar­nvig. – Ro­zu­miem. To za­leży od cie­bie. – Ro­ze­śmiał się. – Ale za­wsze uwiel­bia­łem pa­trzeć, jak tań­czysz. My­śla­łaś, że nie je­steś w tym do­bra. Nie mia­łaś po­ję­cia…

Lo­uise skrzy­żo­wała ra­miona.

– No to o któ­rej idziesz?

Jar­nvig kla­snął w dło­nie, a na jego twa­rzy po­ja­wiła się taka ra­dość, ja­kiej nie wi­działa w ostat­nich la­tach.

– Gdy tylko wy­bie­rzesz su­kienkę. Czyli dia­bli wie­dzą…

Go­dzinę póź­niej, za ogro­dze­niem ko­szar, Ra­ben sie­dział w dru­gim już ukra­dzio­nym tego dnia sa­mo­cho­dzie, scho­wany ni­sko za kie­row­nicą, z twa­rzą skrytą za kap­tu­rem. Drzwi miał otwarte, go­tów do ucieczki przy naj­mniej­szym za­gro­że­niu.

Do­bre miej­sce. Do­sko­nały wi­dok na dom Jar­nviga. Świa­tła włą­czone, w oknie na dole dało się do­strzec za­bawki. Spoj­rzał na nie i za­bo­lało go serce. Tyle stra­cił. Tyle mu­siał od­zy­skać.

Otwo­rzyły się drzwi wej­ściowe. Wy­szedł Tor­sten Jar­nvig w mun­du­rze ga­lo­wym. Czarna kurtka i złote epo­lety. Biała ko­szula i muszka. Na ze­wnątrz cze­kała długa li­mu­zyna.

Ra­ben znał ten ob­rzą­dek. Od­by­wał się bal dla no­wego na­boru ka­de­tów w wy­na­ję­tej sali nie­opo­dal Ka­stel­let. Ta­kim jak Ra­ben nie wolno było się zbli­żyć do tej im­prezy. Mu­sieli so­bie tylko wy­obra­żać mu­zykę, śmie­chy, oso­bliwe pi­jac­kie dow­cipy. Zgrzy­tać zę­bami i mieć na­dzieję, że ci su­rowi, nie­wy­szko­leni ka­deci nie prze­szko­dzą w walce, nie na­rażą ich na śmierć, gdy od­dział trafi na trudny te­ren Hel­mand.

Ofi­ce­ro­wie zaj­mo­wali wy­soką po­zy­cję. Ale to sze­re­gowcy, zwy­czajni żoł­nie­rze, po­bo­rowi, mi­zerni, je­śli cho­dzi o wy­kształ­ce­nie i po­cho­dze­nie spo­łeczne, de­cy­do­wali, czy bi­twa za­koń­czy się zwy­cię­stwem. Ich krew bar­dziej niż in­nych była roz­le­wana na su­chej ob­cej ziemi.

Pa­trzył, jak Jar­nvig do­cho­dzi do dłu­giej li­mu­zyny, wy­rzuca pa­pie­rosa, roz­gląda się. Za­sta­na­wiał się, co my­śli ten czło­wiek. Do­wódca. I oj­ciec Lo­uise. Ra­ben ni­gdy nie ro­zu­miał, czy jest dla niego ro­dziną, czy tylko ko­lej­nym żoł­nie­rzem cze­ka­ją­cym na jego roz­kazy. Nie­wy­klu­czone, że Jar­nvig sam tego nie poj­mo­wał.

Drzwi domu otwo­rzyły się po­now­nie i Ra­ben prze­stał od­dy­chać. Lo­uise. Fu­trzana etola, szkar­łatna je­dwabna suk­nia. Do­sko­nałe włosy. Blada twarz z ma­ki­ja­żem. Go­towa na bal ka­de­tów córka ofi­cera, o któ­rej ma­rzyli wszy­scy mło­dzieńcy.

Tym­cza­sem ona zi­gno­ro­wała wszyst­kich, a wy­brała jego.

Ze­szła po­woli po stop­niach. Ra­ben od­niósł wra­że­nie, że z wa­ha­niem. Jakby za­pa­dły ja­kieś de­cy­zje.

Jar­nvig cze­kał przy otwar­tych drzwiach li­mu­zyny. Za kie­row­nicą sie­dział sztywny jak struna żoł­nierz w mun­du­rze. Lo­uise wsia­dła, cały czas pa­trząc pro­sto przed sie­bie. Wró­ciła nie­po­strze­że­nie do tam­tego świata. A on nie, ni­gdy tego nie zrobi.

Ra­ben pa­trzył, jak li­mu­zyna nie­śpiesz­nie su­nie w stronę war­towni, jak war­tow­nicy sa­lu­tują, a Jar­nvig i jego córka opusz­czają Ry­van­gen.

Po­tem po­woli, ostroż­nie wy­je­chał kra­dzio­nym Peu­ge­otem na drogę za nimi, za­cho­wu­jąc bez­pieczną od­le­głość i za­sta­na­wia­jąc się, co zro­bić, gdy do­trą na miej­sce.

Z tak­sówki, którą je­chała do mia­sta z domu pani Møl­ler, Lund za­dzwo­niła do Stran­gego.

– Coś mi się nie wy­daje, że­byś była na we­selu – po­wie­dział.

– Mu­sisz coś spraw­dzić.

– Zo­sta­łaś od­su­nięta od sprawy.

– Mu­sisz coś spraw­dzić – po­wtó­rzyła, te­raz już nie­cier­pli­wie.

– Je­stem w Hel­sin­gør.

Czter­dzie­ści mi­nut sa­mo­cho­dem na pół­noc od Ko­pen­hagi.

– A co tam ro­bisz?

– PET chce, że­by­śmy zna­leźli każ­dego Afgań­czyka w Da­nii. Wła­śnie je­stem z tłu­ma­czem w ośrodku dla uchodź­ców. Strata czasu. Cze­kaj, wyjdę na ze­wnątrz…

Za­cze­kała. Tak­sówka zwol­niła w du­żym ru­chu. W ta­kich wa­run­kach do miesz­ka­nia matki zo­stało jej z pół go­dziny.

– No to co się dzieje? – spy­tał po chwili Strange.

– Ktoś sko­rzy­stał z toż­sa­mo­ści Pera K. Møl­lera. Jego nie­śmier­tel­nik za­gi­nął.

– Oni tam pro­wa­dzą wojnę, Lund. Różne rze­czy giną.

– To nie tak. Ktoś ro­bił za­kupy na jego na­zwi­sko. W ciągu ostat­nich kilku mie­sięcy. Matka do­sta­wała fak­tury.

– Ach.

– Mu­sisz jesz­cze raz po­roz­ma­wiać z Ka­pe­la­nem. I z Søga­ar­dem. Wrzu­cić na­zwi­sko Møl­lera do sys­temu biura in­for­ma­cji go­spo­dar­czej, może coś się znaj­dzie.

– Je­stem w Hel­sin­gør, pa­mię­tasz? Roz­ma­wiam z ludźmi, któ­rzy mnie nie­na­wi­dzą.

– Świet­nie. Wsia­daj do auta i wra­caj. Jak do­ci­śniesz gaz, mo­żesz tu być za pół go­dziny.

– Mam ro­botę! To po­trwa jesz­cze parę go­dzin. – Za­milkł na chwilę. – Mó­wi­łaś już o tym Bri­xowi?

– Jesz­cze nie – przy­znała. – Po­wiem. Słowo ho­noru.

Znowu ta długa ci­sza.

– Pro­szę, obie­caj mi, że nie zro­bisz nic głu­piego.

– Na przy­kład?

– Na przy­kład… sam nie wiem. Ni­g­dzie nie po­je­dziesz sama. To ni­gdy nie koń­czy się do­brze, prawda?

A co cię to ob­cho­dzi?, po­my­ślała. Je­steś tylko jesz­cze jed­nym gli­nia­rzem, któ­rego mi przy­dzie­lono. Nie­zbyt do­brym w swoim fa­chu. Pod wie­loma wzglę­dami zbyt mi­łym.

– Nie zro­bię nic głu­piego – po­wie­działa i zdała so­bie sprawę, że nie chce zra­nić jego uczuć. – Ale i tak dzię­kuję.

I tyle. Te­raz pa­dał deszcz. Sa­mo­chody przed nimi po­ru­szały się po­woli.

– Chcę po­je­chać w inne miej­sce – ode­zwała się do tak­sów­ka­rza. – Do Ve­ster­bro. Ile to zaj­mie?

Ro­ze­śmiał się i wzru­szył ra­mio­nami.

– Skąd mam wie­dzieć? – od­rzekł, chi­cho­cząc. – Jest pani pewna?

– Tak, je­stem pewna.

Prze­ciąw­szy In­dre By, cen­trum mia­sta, tak­sówka skrę­ciła w wą­ską uliczkę i po­trą­ciła ro­we­rzy­stę. Wy­wią­zała się nie­unik­niona kłót­nia. Ro­we­rzy­sta, wielki fa­cet wy­peł­niony pi­wem, się­gnął do wnę­trza tak­sówki i za­brał klu­czyki.

Lund od­cze­kała kilka mi­nut, pa­trząc, jak męż­czyźni ska­czą so­bie do oczu. Po­tem zo­sta­wiła na de­sce roz­dziel­czej swoją wi­zy­tówkę i po­wie­działa kie­rowcy, że może ze­zna­wać, gdyby na­prawdę chciał, by ktoś po­świad­czył, jak fa­tal­nie jeź­dzi.

Od dworca Nør­re­port dzie­lił ją krótki spa­cer. Stam­tąd od­jeż­dżały po­ciągi we wszyst­kich kie­run­kach. W ciągu kilku mi­nut mo­gła do­trzeć do miesz­ka­nia Vi­beke, skąd za­dzwo­ni­łaby do matki i choć tro­chę wy­na­gro­dziła jej wyj­ście z we­sela. Albo mo­gła się udać do Ve­ster­bro i od­szu­kać Gun­nara Tor­pego.

Nor­mal­nie byłby to ła­twy wy­bór. Ale ostat­nie słowa Stran­gego nie da­wały jej spo­koju. Go­ni­twa za rze­czami, któ­rych nie ro­zu­miała, nie była głu­pia. Ona tak po pro­stu ro­biła. Ta­kim była czło­wie­kiem. A poza tym… co on o tym wie­dział? Po­rządny, śred­nio kom­pe­tentny funk­cjo­na­riusz, który, zdaje się, do po­li­cji tra­fił przy­pad­kiem, bo miał już dość służby woj­sko­wej. Ulrik Strange nie wy­glą­dał za bar­dzo na czło­wieka, któ­remu jest pi­sana ka­riera za­wo­dowa. Ro­bił, co mu ka­zano, a w jej przy­padku to nie wcho­dziło w ra­chubę.

Lund we­szła do ka­wiarni na­prze­ciwko dworca, ku­piła cap­puc­cino i ka­napkę.

Strange w ni­czym nie przy­po­mi­nał Jana Mey­era, czło­wieka, który był za­bawny i jed­no­cze­śnie do­pro­wa­dzał ją do szału. W nim była ja­kaś po­waga. Po­czu­cie po­świę­ce­nia i obo­wiązku, a do tego zna­ko­mita sa­mo­świa­do­mość. Wie­dział, że ta sprawa go prze­ra­sta. Dla­tego się jej trzy­mał, słu­chał jej, ro­bił, co ka­zała, cho­ciaż byli so­bie równi rangą, do­póki Brix znowu jej nie wy­wa­lił.

Po­woli po­pi­jała kawę, nie spie­szyła się z ka­napką. Zer­k­nęła na ze­ga­rek. Do­cho­dziła dwu­dzie­sta. Je­śli Strange zro­bił, o co pro­siła, to wró­cił już do Po­li­ti­går­den i szu­kał śla­dów, które pod­su­nęła. Mo­gła za­dzwo­nić. Ale to ozna­cza­łoby spraw­dza­nie. Zi­ry­to­wa­łaby go, a tego nie chciała.

Do­piła więc kawę, ru­szyła do me­tra, ze­szła po scho­dach, spoj­rzała na pe­rony – je­den pro­wa­dził do domu, drugi do Ve­ster­bro i Gun­nara Tor­pego.

Wła­ści­wie nie był to ża­den wy­bór.

Pół go­dziny póź­niej we­szła do ko­ścioła. Wy­glą­dało na to, że w środku ni­kogo nie ma. Je­dyne świa­tła pa­liły się na oł­ta­rzu. Trzy złote lich­ta­rze na bia­łym ob­ru­sie przed ob­ra­zem przed­sta­wia­ją­cym Ma­rię pła­czącą nad Je­zu­sem.

Lund prze­szła mię­dzy ław­kami, ro­zej­rzała się. Zza otwar­tych drzwi po pra­wej do­biegł ją ja­kiś dźwięk. I do­cho­dziło stam­tąd blade świa­tło.

– Halo?! – za­wo­łała i na­gle od­nio­sła wra­że­nie, że sły­szy nie wia­domo skąd głos Jana Mey­era. Tam­ten chro­pawy, prze­pa­lony pa­pie­ro­sami, zna­jomy głos: „Nie wej­dziesz tam znowu sama, co, Lund? I to bez broni?”.

Cza­sami ro­zum pła­tał różne fi­gle. Po­de­szła do drzwi.

– Jest tam kto? – krzyk­nęła.

Nikt nie od­po­wie­dział. Pchnęła drzwi.

– Halo?

Od­bity od pu­stych ścian po­miesz­cze­nia głos Lund za­brzmiał jak mu­zyka. W środku było ciemno. Zna­la­zła kon­takt, włą­czyła świa­tło – sa­motną ża­rówkę. Od­sko­czyła wstrzą­śnięta, bo pierw­sze, co zo­ba­czyła, to wy­ło­żony płyt­kami zlew opry­skany krwią.

Się­gnęła do kie­szeni. Ale miała w niej tylko te­le­fon.

– Cho­lera – szep­nęła i zro­biła to, co było we­dług niej na­tu­ralne. Po­szła da­lej.

Dru­gie po­miesz­cze­nie. Tym ra­zem w pół­mroku, bo było tu okno, przez które wpa­dało blade świa­tło la­tarni.

Na środku zo­ba­czyła zna­jomy kształt, ohydny i święty jed­no­cze­śnie. Po­stać z ra­mio­nami roz­cią­gnię­tymi na boki jak u ukrzy­żo­wa­nego, przy­wią­zana do że­la­znej belki przy­mo­co­wa­nej do dwóch wy­so­kich drew­nia­nych lich­ta­rzy.

Gun­nar Torpe, z za­krwa­wioną twa­rzą, w kurtce woj­sko­wej, z czarną ta­śmą na ustach.

Lund po­de­szła do niego, ode­rwała ta­śmę. Z ust du­chow­nego buch­nęła krew. Głowa mu opa­dła. Oczy się za­mknęły.

Do­sko­czyła do niego, jedną ręką od­wią­zała pęta, drugą pod­trzy­mała ciało. Naj­pierw prawe ra­mię, po­tem lewe. Ciężki czło­wiek. Z wiel­kim wy­sił­kiem, po­woli opu­ściła jego ciało na twardą be­to­nową po­sadzkę.

Od­dy­chał. Słabo.

Te­le­fon.

Za­dzwo­niła na cen­tralę.

– Sa­rah Lund. Wy­ślij­cie ka­retkę do ko­ścioła Świę­tego Szy­mona w Ve­ster­bro. Za­wia­dom­cie Brixa. Wła­śnie zna­la­złam pa­stora. Jesz­cze od­dy­cha, ale…

Coś bły­snęło przy ciele Tor­pego. Spoj­rzała. Nie­śmier­tel­nik prze­cięty na pół, krew na ostrej, po­szar­pa­nej stro­nie.

– Mu­si­cie się spie­szyć. Po­wiedz­cie…

Dźwięk w po­bliżu. Kroki w głębi po­miesz­cze­nia.

Lund zer­k­nęła na Tor­pego. Na krew. Świeżą. Na rany. Tak liczne, tak żywe.

Po­stać. Męż­czy­zna w kap­tu­rze, z po­chy­loną głową prze­mknął na tle okna i pę­dem ru­szył w głąb świą­tyni.

– Prze­każ­cie Bri­xowi, że ści­gam sprawcę – do­dała, po czym zo­sta­wiła krwa­wią­cego ka­płana i po­gnała do drzwi.

Szu­kali go­dzinę. Zmar­no­wali go­dzinę. To­wa­rzy­szyła im ad­mi­ni­stra­torka szpi­tala, bar­dzo zi­ry­to­wana.

– Jak mo­gli­ście zgu­bić pa­cjenta? – py­tał Buch.

– Jak pan może tu wcho­dzić i go nę­kać? – py­tała ad­mi­ni­stra­torka. – To obu­rza­jące. Nie ob­cho­dzi mnie, kim pan jest. To nie­ważne…

Za­dzwo­nił jej te­le­fon.

Byli na trze­cim pię­trze. In­ten­sywna opieka me­dyczna. Ani śladu Mon­berga. Nikt go ni­g­dzie nie wi­dział.

Buch pa­trzył, jak twarz ad­mi­ni­stra­torki się zmie­nia. Na­uczył się już roz­po­zna­wać, kiedy nad­cho­dzą złe wia­do­mo­ści. Tyle ich było ostat­nio.

– Co się dzieje? – spy­tał, gdy wsu­nęła te­le­fon do kie­szeni.

– Chyba mu­simy we­zwać po­li­cję

– Je­stem mi­ni­strem spra­wie­dli­wo­ści! – wrza­snął Buch. – Po­li­cja mi pod­lega.

– Świet­nie – burk­nęła i po­pro­wa­dziła ich na ko­niec ko­ry­ta­rza, przez oko­licę, która wy­glą­dała na prze­strzeń ma­ga­zy­nową. Żad­nych po­ko­jów. Żad­nych sal. Tylko sprzęt i kar­tony.

– Pa­cjenci nie mają tu wstępu – po­wie­działa. – W żad­nych oko­licz­no­ściach…

Wsie­dli do windy tech­nicz­nej. Przy ciel­sku Bu­cha i z nimi dwiema, Ka­riną i ad­mi­ni­stra­torką, pra­wie wy­peł­nili li­mit. Ad­mi­ni­stra­torka wdu­siła gu­zik par­teru. I już się nie ode­zwała.

Po chwili drzwi się otwo­rzyły. Trzech męż­czyzn w sza­rych kom­bi­ne­zo­nach po­chy­lało się nad czymś.

Buch prze­pchnął się mię­dzy nimi.

Mon­berg le­żał na pod­ło­dze, twa­rzą w dół. Spod jego wy­nędz­nia­łej twa­rzy wy­pły­wała ka­łuża szkar­łat­nej krwi. Obok roz­trza­skane oku­lary. Czer­wień po­pla­miła białą pi­żamę. Jego otwarte oczy pa­trzyły zdu­mione. Pod pew­nym okrut­nym wzglę­dem były bar­dziej czujne niż za ży­cia.

– Przed chwilą sko­czył z trze­ciego pię­tra – po­wie­dział je­den z męż­czyzn.

– Pa­cjen­tom nie wolno… – za­częła ad­mi­ni­stra­torka.

Ka­rina od­wró­ciła się do ściany i za­częła szlo­chać.

– Prze­pro­wa­dzimy po­stę­po­wa­nie – do­dała ko­bieta.

– Je­ste­ście pewni, że sko­czył? – spy­tał Buch.

Nikt nie od­po­wie­dział.

Wstał, chwy­cił za ra­miona jed­nego z męż­czyzn. Tam­ten tylko spoj­rzał pa­skud­nie.

– Je­ste­ście pewni, że sko­czył? – po­wtó­rzył Buch.

– Ja za­mia­ta­łem tu na dole – od­wark­nął męż­czy­zna. – Wi­dzia­łem, jak tam stał. Pa­lił pa­pie­rosa. I na­gle mnie zo­ba­czył. Wszedł na po­ręcz. – Wska­zał krętą klatkę scho­dową. – Sły­sza­łem, jak krzy­czał, cały czas aż na dół.

– Jest pan pe­wien? – spy­tał Buch znowu, ale już ci­szej.

– Chyba ni­gdy tego nie za­po­mnę. A pan by za­po­mniał?

Dwu­dzie­sta pierw­sza dzie­sięć. Kød­byen bu­dziło się do ży­cia. W tu­tej­szych ma­sar­niach, prze­twór­niach ryb, hur­tow­niach i pie­kar­niach roz­rzu­co­nych po roz­le­głym re­jo­nie wci­śnię­tym po­mię­dzy tory ko­le­jowe a Ve­ster­bro za­opa­try­wała się w żyw­ność więk­szość Ko­pen­hagi. Te­raz, wie­czo­rem, dziel­nica od­sła­niała swoje inne ob­li­cze. Lo­kale na pię­trach, nie­które na par­te­rze, chło­nące nocny tłum, bary i re­stau­ra­cyjki, gdzie tło­czyli się ko­lo­rowi im­pre­zo­wi­cze, by zjeść i wy­pić w po­bliżu rzę­dów tu­szy by­dlę­cych i tac świeżo wy­pa­tro­szo­nego ło­so­sia.

Lund go­niła za­kap­tu­rzoną po­stać od ko­ścioła Gun­nara Tor­pego. Zo­ba­czyła, jak uska­kuje w lewo pod szyl­dem Bosch nad modną knajpką or­ga­niczną.

Po­li­cjantka bie­gła i bie­gła, pra­cu­jąc mia­rowo rę­koma, z od­de­chem skró­co­nym do ryt­micz­nych sap­nięć. Brix mógł się za­jąć pa­sto­rem. Lund miała zbiega w za­sięgu wzroku i nic in­nego się nie li­czyło.

Skrę­ciła przy szyl­dzie Bosch, obej­rzała plac przed sobą. Ma­ga­zyny i skle­piki. Za­ła­do­wy­wane cię­ża­rówki. Tak­sówki nad­cią­ga­jące z ko­bie­tami w tan­det­nych suk­niach, wy­ru­sza­ją­cymi na pod­bój nocy.

Za­kap­tu­rzona po­stać znik­nęła w bu­dynku w da­le­kim pra­wym rogu. Lund prze­bie­gła w ślad za nim przez uchy­lone drzwi.

Pu­sta hala za­ła­dun­kowa. Pod­no­śniki za­par­ko­wane na noc. Para uno­sząca się z kra­tek w sza­rej be­to­no­wej pod­ło­dze. Że­la­zne schodki wspi­na­jące się spi­ral­nie pod drew­niany su­fit.

Na­gły ha­łas. Lund pod­sko­czyła. To był grzmot z sys­temu na­gła­śnia­ją­cego pię­tro wy­żej. Gło­śna, ryt­miczna mu­zyka di­sco. Śmiech, pi­ski ucie­chy.

Przed Lund jedne otwarte drzwi. Po­gnała da­lej. Tra­fiła znowu na ze­wnątrz, w zimną noc. Po­dwórko pełne czar­nych wor­ków na śmieci i go­łębi sku­bią­cych od­padki.

Ani ży­wej du­szy.

Za­dzwo­niła do Brixa. Ode­brał z cięż­kim wes­tchnie­niem.

– Lund. Je­stem za­jęty. Od­dzwo­nię.

– Pa­stor…

– Co z nim?

– Nie do­sta­łeś wia­do­mo­ści?

– Mó­wi­łem już, je­stem za­jęty.

– Zna­la­złam go pół­ży­wego w ko­ściele. Dzwo­ni­łam na cen­tralę. Po­wie­dzia­łam, żeby we­zwali tam ka­retkę. Żeby ci prze­ka­zali…

– Co ty wy­ra­biasz, na mi­łość bo­ską? – wrza­snął. – Po­win­naś być na we­selu.

– Kiedy do­tar­łam do ko­ścioła, ktoś stam­tąd uciekł. Pró­buję go do­paść. Jest w Kød­byen.

Ro­zej­rzała się. Tyle bu­dyn­ków. Ale po­mię­dzy nimi wielka otwarta prze­strzeń. Gdyby miała szczę­ście…

– Nie może być da­leko. Przy­ślij mi tyle wspar­cia, ile mo­żesz. Mo­żemy oto­czyć te­ren…

– Zo­stań na miej­scu – roz­ka­zał Brix.

Sły­szała, jak strzela pal­cami, pew­nie na ja­kie­goś funk­cjo­na­riu­sza. Wręcz wi­działa, jak to robi.

– Je­dziemy. Je­steś nie­uzbro­jona. Nie chcę, że­byś się zbliża…

– Po­roz­ma­wiaj z pa­sto­rem. Do­wiedz się, kto to był. On go wi­dział.

– Lund?! – Brix znowu wrza­snął. – Ile razy mu­szę ci to po­wta­rzać? Zo­sta­łaś od­su­nięta od sprawy. Nie chcę, że­byś tam była.

– Ale tu je­stem. A cie­bie tu nie ma.

Ką­tem oka do­strze­gła nie­wy­raźny kształt. Za­kap­tu­rzona po­stać wy­pa­dła z pu­stej za­toki za­ła­dun­ko­wej w stronę bu­dynku na­prze­ciwko.

– Rusz się, do­bra? – po­wie­działa i wsa­dziła te­le­fon do kie­szeni.

Zo­ba­czyła, jak ten ktoś prze­cho­dzi przez za­słonę z pla­sti­ko­wych pa­sków, ta­kich ja­kich używa się przy ram­pach za­ła­dun­ko­wych. Lund po­szła w tamtą stronę, po­czuła su­rowy, ostry za­pach świe­żej krwi i ziąb chłodni.

Prze­szła da­lej. W na­stęp­nym po­miesz­cze­niu pa­no­wał mrok. Jej palce błą­dziły po ce­gla­nej ścia­nie, w końcu zna­la­zła włącz­niki. Roz­ja­śniły się ja­skrawe świe­tlówki, strze­la­jąc, bły­ska­jąc do­koła nie­bie­ska­wo­bia­łym świa­tłem.

Prze­szła przez na­stępną za­słonę z pa­sków. Po pra­wej na ha­kach wi­siały po­łcie krwi­sto­czer­wo­nej wo­ło­winy. Po le­wej – ogo­lone mar­twe świ­nie, na­gie i ró­żowe jak gi­gan­tyczne nie­mow­lęta, ry­jami do su­fitu, z za­mknię­tymi oczami.

Rząd za rzę­dem mar­twych zwie­rząt roz­wie­szo­nych na tle wy­ło­żo­nych bia­łymi ka­flami ścian. Lund do­strze­gła swoje od­bi­cie w lśnią­cych sta­lo­wych drzwiach. Czarna ku­fajka, fio­le­towa su­kienka. Na klatce pier­sio­wej krew Gun­nara Tor­pego.

Szła da­lej.

Te­raz prze­cho­dziła przez po­miesz­cze­nie, w któ­rym cięto pół­tu­sze. Stoły jak w kost­nicy, czy­ste i lśniące. Piły i noże elek­tryczne. Odór krwi i in­nych tka­nek.

Szła po­woli, od­su­wa­jąc z drogi stoły rzeź­nic­kie na kół­kach.

Pa­trzyła. Słu­chała.

Przed nią na­stępne po­miesz­cze­nie. Ob­ra­ca­jący się uchwyt. Lund do­tarła do ko­lej­nej pla­sti­ko­wej za­słony i wtedy go zo­ba­czyła. Pe­łen wor­ków na śmieci i kar­to­nów wó­zek mknął przez szary pla­stik pro­sto na nią.

Chwy­ciła sta­lową ramę, za­nim ta w nią ude­rzyła, przy­jęła ude­rze­nie, po­to­czyła się z wóz­kiem, prze­wró­ciła do tyłu, pra­wie wpa­dła do krwi­stego ka­nału od­pły­wo­wego cuch­ną­cego środ­kami de­zyn­fe­ku­ją­cymi, ob­ró­ciła się, by spraw­dzić, czy ści­gany idzie na nią.

Tylko wó­zek.

Wstała i ru­szyła bie­giem. Ko­ry­tarz. Na tyle długi, że go zo­ba­czyła. Męż­czy­zna. Ani duży, ani mały. Ani gruby, ani chudy.

Prze­ciętny. Nie­wy­róż­nia­jący się.

Czyli jak zwy­kle.

Usko­czył w prawo, roz­rzu­ca­jąc po­jem­niki i pa­lety, pcha­jąc w jej stronę kra­tow­nice na kół­kach.

Bie­gła za szybko, po­śli­znęła się na brud­nej pod­ło­dze, wpa­dła na śmiet­nik, ude­rzyła głową o me­ta­lową ścianę. Za­to­czyła się, od­zy­skała rów­no­wagę i po­bie­gła da­lej.

Klatka scho­dowa pro­wa­dziła w stronę świa­tła i od­gło­sów lu­dzi.

Noc w Kød­byen, dziel­nicy mięsa. Nikt tu nie przy­cho­dził, by ku­pić mar­twą krowę czy świeżą rybę. Przy­szli na im­prezę, a Lund z tru­dem prze­dzie­rała się mię­dzy nimi, roz­glą­da­jąc się go­rącz­kowo.

Mło­dzież i jej durna mu­zyka. Nie­ustę­pliwy kre­tyń­ski rytm. Krzy­czeli, gdy Lund roz­le­wała ich warte setki ko­ron kok­tajle, mil­kli na wi­dok za­krwa­wio­nej wście­kłej ko­biety, która, prze­py­cha­jąc się, chwy­tała ich za ele­ganc­kie su­kienki i di­zaj­ner­skie dżinsy.

Jest.

Po­stać da­leko przed nią. Je­dyna osoba w kap­tu­rze.

Lund po­gnała przez psy­cho­de­liczne fio­le­towe świa­tło, ośle­pła na chwilę, od­zy­skała wzrok i zo­ba­czyła, jak męż­czy­zna ucieka przez drzwi w głębi lo­kalu.

Nagi, wą­ski ko­ry­tarz. Pu­sty i słabo oświe­tlony. Może biura. Za­mknięte na noc.

Mu­siał być wy­czer­pany. Ona była.

Na końcu jedne drzwi. Otwo­rzyła je i zimna wil­gotna noc dmuch­nęła jej w twarz.

Dach. Pię­tro wy­żej. Gdzieś nie­da­leko za­wo­dze­nie sy­ren.

I nic.

Nic.

Lund już miała się ob­ró­cić. Zo­ba­czyła cień szy­bu­jący w po­wie­trzu. Po­czuła, że coś twar­dego bo­le­śnie ru­nęło jej na kark, a ona za­ta­cza się w stronę kra­wę­dzi da­chu i prze­la­tuje przez nią, stopy skrę­cają, gdy wpada w pu­stą prze­strzeń, leci jak ka­mień na ja­kiś pla­sti­kowy da­szek.

Głowa jej szy­buje w po­wie­trzu, a my­śli sza­leją. Nie spa­dła na sam dół. Na pewno nie. Żyła, była przy­tomna, mo­gła my­śleć. To mu­siała być inna część tej kon­struk­cji. Ze­pchnął ją tu­taj, nie na zie­mię, bo wtedy z pew­no­ścią by zgi­nęła.

Le­żała na daszku, z ob­ró­coną głową, krew ście­kała jej do oczu. Nie mo­gła się ru­szyć. Le­d­wie mo­gła od­dy­chać.

Dźwięk. Kroki na sta­lo­wych stop­niach. Po­wolne i roz­ważne. Co­raz bliż­sze.

– Jesz­cze nie – wy­szep­tała, pra­gnąc, by jej nie­ru­chome członki się ock­nęły.

Sza­lone wspo­mnie­nie. Jej matka na we­selu. Głu­pie pio­senki. Mark się śmieje, za­cho­wuje się jak od­po­wie­dzialny, uważny do­ro­sły, któ­rym ona ni­gdy nie była i nie bę­dzie.

I tak ci­cho, że tylko ona to sły­szała, szep­nęła:

– Nie te­raz.

Był tam i ona o tym wie­działa. Wie­działa też, że gdyby miała siłę, od­wró­ci­łaby się i spoj­rzała mu w twarz.

Ko­lejny dźwięk, zbyt zna­jomy. Za­mek pi­sto­letu sa­mo­pow­ta­rzal­nego wsu­wa­jący pierw­szy po­cisk do ko­mory.

Jedno ostat­nie zda­nie w jej gło­wie.

Chcę cię zo­ba­czyć.

Ale nie miała siły, by to zro­bić. Ani nie miała jak.

W tej chwili po­ru­szać się mo­gły tylko jej oczy. Nie za­my­kała ich więc i pa­trzyła przed sie­bie. Na czarną ko­pen­ha­ską noc, na ja­skra­wo­czer­wony neon Bosch re­stau­ra­cji na rogu.

Cze­kała.

Biura na Slot­shol­men, w te­le­wi­zji wie­czorne wia­do­mo­ści. Gu­mowa pi­łeczka raz za ra­zem od­bi­ja­jąca się od ściany.

Mó­wili tylko o śmierci Mon­berga, o ni­czym wię­cej. Plo­ugh cho­dził po po­koju, z roz­wią­za­nym kra­wa­tem wy­glą­dał jak obłą­kany. Ka­rina snuła się z kąta w kąt z nie­szczę­śliwą miną, jakby też po­no­siła od­po­wie­dzial­ność za to, co się wy­da­rzyło.

Buch znowu rzu­cił pi­łeczką, błęd­nie oce­nił jej tor i pa­trzył, jak znika za ka­napą.

Wy­pro­wa­dził Ka­rinę z błędu dość szybko. To on za­sy­pał Mon­berga py­ta­niami. Nikt inny. A te­raz wia­do­mo­ści też o tym wie­działy. Do­no­siły, że nie­długo przed sa­mo­bój­czą śmier­cią od­wie­dził Mon­berga jego na­stępca i do­szło do kon­fron­ta­cji.

Ka­rina z pod­ka­sa­nymi rę­ka­wami i spo­co­nym czo­łem po­de­szła do te­le­wi­zora i go ści­szyła.

– Pre­mier zwo­łał spo­tka­nie z Krab­bem i Ros­sin­giem. Pana nie za­pro­szono.

Buch pod­szedł do swo­jego biurka, wy­cią­gnął drugą pi­łeczkę, od­bił ją od ściany. W te­le­wi­zji po­ka­zy­wali zdję­cie Mon­berga. Kiedy jesz­cze był mi­ni­strem. Przy­stojny, pewny sie­bie po­li­tyk. Ani tro­chę nie­po­dobny do swo­jego na­stępcy. Frode Mon­berg lu­bił wszyst­kim opo­wia­dać, jak to ja­dał w naj­lep­szych lo­ka­lach, w No­mie po dru­giej stro­nie portu, w Søre­nie K, w Bi­blio­tece Black Dia­mond, która stała nad wo­dami Slot­shol­men. Tho­mas Buch naj­bar­dziej lu­bił usiąść nie­da­leko Sørena K, w ogro­dzie przy Mu­zeum Ży­dow­skim, bli­sko po­sągu Kier­ke­ga­arda, duń­skiego fi­lo­zofa, od któ­rego re­stau­ra­cja wzięła swoją na­zwę. Żad­nych kosz­tow­nych po­traw. Ka­napka. Hot dog. Wtedy był szczę­śliwy. Na­prawdę byłby za­do­wo­lony, gdyby do wcze­snej eme­ry­tury po­zo­stał sze­re­go­wym po­li­ty­kiem.

Na­gle jed­nak za­dzwo­nił Grue Erik­sen, w po­przedni po­nie­dzia­łek, tak nie­dawno. I wszystko się zmie­niło.

– Tho­mas! – zga­niła go Ka­rina to­nem god­nym ma­trony. – Mógł­byś prze­stać? Gdy­byś nie przy­ci­snął Mon­berga, on by się w ży­ciu do ni­czego nie przy­znał.

– Gdy­bym go nie przy­ci­snął, cią­gle by żył.

– Tego nie wiesz. Już raz pró­bo­wał się za­bić. Przed tobą był tam Flem­ming Ros­sing. Skąd wiesz, że to on cze­goś nie po­wie­dział?

Buch mil­czał.

– Jak mocno go pan przy­ci­snął? – spy­tał Plo­ugh.

– Zro­bił, co było ko­nieczne – od­parła Ka­rina.

– Tego nie wiesz. – Plo­ugh nie ustę­po­wał. – Co się stało? Do­kład­nie?

Piłka po­szy­bo­wała do ściany i wró­ciła. Gruby męż­czy­zna o twa­rzy morsa mil­czał.

– Ten baj­zel to wina Mon­berga – upie­rała się Ka­rina.

Plo­ugh ścią­gnął kra­wat i rzu­cił go na biurko. W jego wy­padku był to akt buntu.

– Ty nie ro­zu­miesz tej po­li­tyki. Tego, jak wszystko się ze sobą łą­czy.

– Ro­zu­miem, że mu­simy się sku­pić na spo­tka­niu z Gruem Erik­se­nem!

Buch da­lej rzu­cał pi­łeczką. Te­raz rów­nie go­rąco jak oni nie cier­piał tego dur­nego na­wyku. Ale trudno mu było prze­stać.

Za­dzwo­nił te­le­fon. Plo­ugh ode­brał.

Ka­rina po­de­szła do Bu­cha i sta­nęła obok niego.

– Z tego, co zro­zu­mia­łam, Krabbe i mi­ni­ster obrony przejmą od­po­wie­dzial­ność za pa­kiet an­ty­ter­ro­ry­styczny. Cał­ko­wi­cie nas od­suną. Ni­gdy nie roz­wią­żemy tej sprawy. Bę­dziesz za­blo­ko­wany. Albo zwol­niony. Tho­mas, do cho­lery! Mo­żesz cho­ciaż coś po­wie­dzieć?!

Na ko­mórkę za­dzwo­niła jego żona Ma­rie. Nie miał serca ode­brać.

– Za­częło się spo­tka­nie – prze­ka­zał Plo­ugh, roz­łą­cza­jąc się. – Po­win­ni­śmy za­cze­kać i do­wie­dzieć się, co mają do po­wie­dze­nia.

Ka­rina zgro­miła go wzro­kiem.

– Mu­simy to prze­rwać! Pre­mier nie ma po­ję­cia o gier­kach, które pro­wa­dzi Ros­sing.

W ką­cie szem­rał te­le­wi­zor. Zna­jomy głos. Buch zo­sta­wił pi­łeczkę i pod­krę­cił gło­śność. To Ros­sing w ele­ganc­kim gar­ni­tu­rze, w bia­łej ko­szuli udzie­lał wy­wiadu na tle Mi­ni­ster­stwa Obrony przed spo­tka­niem z Gruem Erik­se­nem.

– Śmierć bli­skiego ko­legi bar­dzo mną wstrzą­snęła – mó­wił z ka­mienną twa­rzą do ka­mery. – Frode był po­li­ty­kiem wiel­kiego for­matu. Czło­wie­kiem, który zło­żył Da­nii wielką oso­bi­stą ofiarę. A przede wszyst­kim był wspa­nia­łym przy­ja­cie­lem.

Buch zro­bił gło­śniej, by znowu nie do­szło do kłótni mię­dzy Ka­riną a Plo­ugh.

– To wielka strata – cią­gnął Ros­sing. – Zwłasz­cza w ta­kiej chwili, gdy nasz kraj stoi wo­bec po­waż­nych pro­ble­mów.

For­tel nie po­skut­ko­wał. Plo­ugh znowu na­tarł na Ka­rinę.

– Nie broń Mon­berga! – krzyk­nęła na niego. – On na to nie za­słu­guje.

– Chcę wie­dzieć, co się stało – wark­nął tam­ten. – Po­win­ni­ście byli to prze­wi­dzieć. Gdy­by­ście wzięli pod uwagę…

– Co się stało?! – Wal­nęła pię­ścią w stół. – Stało się to, że ten cho­lerny tchórz się za­bił, bo nie był w sta­nie po­nieść kon­se­kwen­cji swo­ich czy­nów. Dy­mi­sji. Wstydu. Nie zwa­laj winy na mnie. Ani się waż zwa­lać ją na Bu­cha. Winę po­nosi wy­łącz­nie Mon­berg. – Wska­zała te­le­wi­zor. – I jesz­cze Ros­sing. Jego od­ci­ski pal­ców są wszę­dzie. Na mi­łość bo­ską, Plo­ugh. Prze­pra­szam, że ura­zi­łam twoją pu­ry­tań­ską wraż­li­wość, idąc do łóżka z tym czło­wie­kiem. Te­raz jest mi z tego po­wodu w dwój­na­sób przy­kro. Ale nie nada­waj temu więk­szego zna­cze­nia, niż miało dla mnie i dla niego. To się stało i już. Tak się cza­sami dzieje mię­dzy ludźmi. Mię­dzy ta­kimi ro­bo­tami jak ty może nie.

Blady urzęd­nik onie­miał. Za­bra­kło mu słów. W ogóle nie za­re­ago­wał.

Buch od­rzu­cił pi­łeczkę, wy­łą­czył te­le­wi­zor i po­wie­dział do współ­pra­cow­ni­ków:

– Zwo­łaj­cie kon­fe­ren­cję pra­sową. Na­tych­miast.

– Kon­fe­ren­cję pra­sową? – wy­krztu­sił Plo­ugh. – Pro­szę po­wie­dzieć, że to żart.