Ten cholerny Księżyc - Algis Budrys - ebook
Opis

Klasyczna powieść science fiction opowiadająca o człowieku jako istocie wiecznie szukającej i badającej z narażeniem życia coraz to nowe obszary.

Doktor Edward Hawks prowadzi na zlecenie amerykańskiej marynarki wojennej ściśle tajne badania nad tajemniczym obiektem znalezionym na Księżycu. Wszyscy ochotnicy, którzy mieli odwagę wejść do niego są zabijani za łamanie nieznanych obcych zasad panujących wewnątrz. Kolejnym śmiałkiem, który zostaje wysłany do eksploracji obiektu jest Al Barker – człowiek, który nieraz patrzył śmierci w twarz. Teraz również nie zawaha się wykonać kolejnego nadludzkiego zadania…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 205

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Algis Budrys Ten cholerny Księżyc Algis Budrys Rogue Moon ISBN Copyright © 1960 by Algis Budrys Copyright © for the Polish translation by Lech Jęczmyk, 2019 Copyright © for this edition by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., Poznań 2019All rights reserved Projekt graficzny okładki Grzegorz Kalisiak Wydanie 1 w tej edycji Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90sklep@zysk.com.plwww.zysk.com.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.
Zatrzymaj się, przechodniu! Byłem, czym ty jesteś. Ty będziesz, czym ja jestem. Gotuj się na śmierć i podążaj za mną.

Rozdział I

1.

Wieczorem pewnego dnia w roku 1959 w pokoju siedziało trzech mężczyzn. Edward ­Hawks, doktor nauk ścisłych, oparł swoją długą szczękę na wielkich dłoniach i siedział zgarbiony z kanciastymi łokciami na biurku. Był to ciemnowłosy, blady i chudy człowiek, rzadko wychodzący na słońce. W porównaniu ze swoimi opalonymi, młodymi asystentami przypominał stracha na wróble. Teraz przyglądał się młodemu człowiekowi, który siedział na wprost niego na krześle.

Młody człowiek patrzył przed siebie nie mrugającymi oczami. Jego krótko ostrzyżone włosy były mokre od potu i przyklejone do głowy. Miał regularne rysy i gładką skórę, ale po brodzie ściekała mu ślina.

— Ciemno — poskarżył się. — Ciemno, ani jednej gwiazdy… — Jego głos przeszedł w niezrozumiałe mamrotanie, ale nadal słychać w nim było skargę.

­Hawks zwrócił głowę w prawo.

W fotelu, który przyniósł sobie do pokoju ­Hawksa, siedział Weston, nowo zatrudniony psycholog. Podobnie jak ­Hawks przekroczył czterdziestkę, ale w przeciwieństwie do niego był raczej tęgi. Sprawiał wrażenie człowieka opanowanego, światowego i teraz nieco zniecierpliwionego. Odwzajemnił się ­Hawksowi spojrzeniem zza okularów w czarnej oprawie, unosząc jedną brew.

— On oszalał — powiedział ­Hawks tonem zdziwionego dziecka.

Weston skrzyżował nogi.

— Mówiłem to panu. Powiedziałem to, jak tylko wyciągnął go pan z tego swojego aparatu. To, co się z nim działo, okazało się ponad jego siły.

— Pamiętam, co pan mi mówił — zauważył spokojnie ­Hawks — ale ja za niego odpowiadam. Muszę się upewnić. — Zaczął się zwracać w stronę młodego człowieka, ale znów spojrzał na Westona. — Zapewniał mnie pan, że jest młody, zdrowy, wyjątkowo zrównoważony i odporny. Takie też sprawiał wrażenie… Był też wybitnie zdolny — dodał ­Hawks po chwili.

— Mówiłem, że jest zrównoważony — powiedział z przekonaniem Weston. — Nie twierdziłem, że jest nadludzko zrównoważony. Mówiłem panu, że jest wyjątkowo udanym okazem człowieka. Ale pan wysłał go w miejsce, od którego człowiek powinien się trzymać z daleka.

­Hawks skinął głową.

— Ma pan, oczywiście, rację. To moja wina.

— Właściwie — wtrącił pośpiesznie Weston — był ochotnikiem. Wiedział, że to będzie niebezpieczne. Wiedział, że musi się liczyć ze śmiercią.

­Hawks nie zwracał już na niego uwagi. Patrzył znów prosto ponad swoim biurkiem.

— Rogan? — odezwał się cicho — Rogan?

Czekał, wpatrzony w prawie bezgłośnie poruszające się wargi Rogana. Wreszcie westchnął i zwrócił się do Westona:

— Czy może pan mu jakoś pomóc?

— Mogę go wyleczyć — powiedział Weston z przekonaniem. — Kuracja elektrowstrząsowa. W ten sposób zapomni to, co się z nim tam działo. Będzie zdrów.

— Nie wiedziałem, że amnezja po elektrowstrząsach jest trwała.

Weston spojrzał zdziwiony na ­Hawksa.

— Oczywiście, może wystąpić potrzeba powtórzenia kuracji.

— W określonych odstępach czasu, aż do końca życia.

— Nie zawsze tak jest.

— Ale często.

— No tak…

— Rogan — prawie wyszeptał ­Hawks. — Rogan, przepraszam cię.

— Ciemno… Boli i strasznie zimno… i tak cicho, że słyszę samego siebie…

*

Doktor Edward ­Hawks szedł samotnie po betonowej podłodze głównego laboratorium. Nie patrząc wybierał drogę między generatorami i konsolami, aż zatrzymał się przed odbiornikiem przekaźnika materii.

Główne laboratorium zajmowało dziesiątki tysięcy stóp kwadratowych w podziemiach budynku Oddziału Badań Continental Electronics. Przed rokiem, kiedy ­Hawks zaprojektował przekaźnik, przebito stropy parteru i pierwszego piętra i obecnie przekaźnik wznosił się przy ścianie prawie do nowego sufitu. Oplatała go sieć mostków i galerii, dających dostęp do wskaźników, pokrywających ściany. Krążyły tam dziesiątki ludzi z zespołu ­Hawksa, dokonując ostatnich pomiarów przed wyłączeniem aparatury na noc. Ich cienie, przesłaniające co jakiś czas któreś z górnych świateł, tworzyły na podłodze ruchomą mozaikę.

­Hawks wpatrywał się w przekaźnik, jakby nie mógł czegoś zrozumieć.

— Ed! — powiedział ktoś nagle.

— Cześć, Sam. — Podszedł do niego Sam Latourette, jego pierwszy zastępca. Był to kościsty mężczyzna z bladym ciałem i zapadniętymi, podkrążonymi oczami. ­Hawks uśmiechnął się do niego bez przekonania.

— Obsługa przekaźnika kończy obdukcję, prawda?

— Rano znajdziesz na biurku sprawozdanie. Aparatura nie zawiodła. Nigdzie żadnego błędu. — Latourette czekał, aż ­Hawks okaże zainteresowanie, ale ten tylko kiwnął głową.

Oparł się jedną ręką o pionowy pręt i zaglądał do odbiornika.

— Ed! — prawie krzyknął Latourette.

— Słucham, Sam.

— Przestań się zadręczać. — Znów czekał na jakąś reakcję, ale ­Hawks tylko uśmiechał się do maszyny i Latourette wybuchnął. — Kogo ty chcesz oszukać? Od jak dawna z tobą pracuję? Od dziesięciu lat? Kto przyjął mnie do pracy? Kto mnie wyszkolił? Możesz udawać przed wszystkimi innymi, ale nie przede mną! — Latourette zacisnął pięść. — Ja cię znam! Do diabła, Ed, to, co się tam stało, to nie twoja wina! Czego się spodziewałeś, że obędzie się bez ofiar? Myślałeś, że żyjemy w świecie doskonałym?

Na twarzy ­Hawksa pojawił się ten sam uśmiech.

— Wybijamy drzwi tam, gdzie nigdy drzwi nie było — powiedział, wskazując głową aparaturę. — W ścianie, którą nie my zbudowaliśmy. To się nazywa badanie naukowe. Potem wysyłamy przez te drzwi ludzi. To jest przygoda ludzkości. I coś po tamtej stronie, coś, co nigdy ludziom nie zagrażało, coś, co nigdy nie wyrządziło nam najmniejszej krzywdy ani nie dręczyło nas wiedzą o swoim istnieniu, to coś ich zabija. Zabija ich w okropny sposób, którego nie rozumiemy. A ja posyłam następnych ludzi. Jak to nazwać, Sam?

— Ed, robimy postępy. A ta nowa metoda rozwiąże nasze problemy.

­Hawks spojrzał na niego z ciekawością.

— To znaczy, kiedy pozbędziemy się wszystkich niedoróbek — powiedział pośpiesznie Latourette. — Niewiele już trzeba. To się musi udać, Ed, jestem pewien.

­Hawks nie zmienił wyrazu twarzy ani nie odwrócił głowy. Stał, przyciskając końce palców do chropowato wykończonej powierzchni maszyny.

— Chcesz powiedzieć, że już ich tym nie zabijamy, tylko wpędzamy w szaleństwo?

— Pozostał nam do rozwiązania jeden problem — nie dawał za wygraną Latourette. — Musimy lepiej amortyzować wstrząs, jakiego człowiek doznaje w chwili śmierci. Silniejsze znieczulenie, coś w tym rodzaju.

— Rzecz w tym, że muszą tam wejść — powiedział ­Hawks. — Nie ma znaczenia, jak to zrobią. To coś nie toleruje ich obecności, bo nigdy nie było przewidziane do kontaktu z człowiekiem. To nie było robione na miarę ludzkiego umysłu. Musimy wymyślić nowy język, żeby to opisać i nowe myślenie, żeby to zrozumieć. Dopiero, kiedy w końcu rozłożymy to coś na części, kiedy obejrzymy, obmacamy i obwąchamy każdą jego część z osobna, dopiero wtedy będziemy mogli pokusić się o odpowiedź, co to może być. A to będzie możliwe dopiero, kiedy przez to przejdziemy, cóż więc przyjdzie z naszej wiedzy ludziom, którzy muszą umierać teraz? Niezależnie od tego, kto to tam pozostawił i po co, żadna istota ludzka nie będzie mogła w tym żyć, póki jakaś istota ludzka w tym nie przeżyje. Jak chcesz to wyrazić w sposób zrozumiały dla normalnego człowieka? Mamy do czynienia z czymś potwornym. Musimy albo zacząć myśleć jak potwory, albo dać temu spokój i niech sobie stoi na Księżycu, licho wie w jakim celu.

— Czy chcesz przerwać badania? — spytał Latourette, chwytając go za rękaw kitla.

­Hawks patrzył na niego bez słowa.

Latourette nie zwalniał uchwytu.

— Cobey. Czy to on każe ci przerwać prace?

— Cobey może tylko wyrażać życzenie, ale nie ma prawa wydawać mi rozkazów.

— Jest prezesem spółki i może cię zgnoić! Jest gotów na wszystko, żeby wyplątać Continental z tej sprawy.

­Hawks zdjął dłoń Latourette’a ze swojego ramienia i przeniósł ją na obudowę przekaźnika. Sam wsunął dłonie do tylnych kieszeni spodni, odsuwając poły kitla.

— Marynarka początkowo wyłożyła pieniądze na budowę przekaźnika tylko dlatego, że to był mój pomysł. Dla nikogo innego na świecie nie ryzykowaliby taką sumą. Nie na taki szalony pomysł. — Zapatrzył się na maszynę. — Nawet teraz, kiedy się okazało, że to, co znaleźliśmy, jest takie, a nie inne, nawet teraz nie pozwolą Cobeyowi wycofać się z własnej inicjatywy. Dopóki uważają, że mogę jeszcze coś zrobić. Dlatego nie muszę się przejmować Cobeyem. — Uśmiechnął się lekko i trochę z niedowierzaniem. — To Cobey musi się mną przejmować.

— W takim razie co z tobą? Jak długo możesz to pociągnąć?

­Hawks cofnął się o krok i przyjrzał się swojemu zastępcy z namysłem.

— Chodzi ci o projekty czy o mnie?

— No dobrze, Ed, przepraszam. Ale powiedz, co masz zamiar zrobić?

­Hawks zmierzył spojrzeniem ogrom przekaźnika. Za ich plecami technicy gasili światła w różnych sekcjach urządzeń kontrolnych. Ciemność zapadała prostokątami na galerii wskaźników, zbliżając się do pojedynczej, zielonej lampki, palącej się nad słowem „wyłączone” w czerwono-zielonym napisie „włączone — wyłączone”.

— Nie mamy wpływu na charakter tego miejsca, do którego ich wysyłamy — powiedział ­Hawks. — I nie możemy już ulepszyć sposobu, w jaki ich wysyłamy. Jedyne, co jeszcze możemy zrobić, to wysłać innego człowieka. Człowieka, który nie zwariuje, kiedy poczuje, że umiera. — Zajrzał pytająco do wnętrza maszyny.

— Na świecie są różni ludzie — dodał. — Może znajdziemy człowieka, który nie boi się śmierci, człowieka, który myśli o niej z sympatią.

— Jakiegoś wariata — powiedział Latourette z goryczą.

— Może i wariata. Ale myślę, że taki jest nam potrzebny. — W laboratorium zapadł mrok. — Rzecz w tym, że potrzebujemy człowieka, którego pociąga to, co innych doprowadza do szaleństwa. Im bardziej, tym lepiej. Człowieka, którego podnieca śmierć. — ­Hawks zapatrzył się przed siebie niewidzącym spojrzeniem. — Teraz wiadomo, kim ja jestem. Jestem alfonsem śmierci.

2.

Vincent Connington był dyrektorem personalnym Continental Electronics. Energicznie wkroczył do gabinetu ­Hawksa i z entuzjazmem potrząsnął jego dłonią. Miał na sobie jasnogranatowy garnitur z szantungu i czerwone, kowbojskie buty. Usiadł w gościnnym fotelu mrużąc oczy od popołudniowego słońca, przenikającego przez żaluzje i rozejrzał się po pokoju.

— Mam taki sam gabinet piętro wyżej — powiedział. — Ale z dywanem i paroma dobrymi obrazami na ścianach wygląda to całkiem inaczej. Z przyjemnością przychodzę tu do pana, doktorze — zwrócił się z uśmiechem do ­Hawksa. — Zawsze byłem pełen podziwu dla pana. Jest pan kierownikiem działu i nadal pracuje pan na dole ze swoimi ludźmi. Ja cały dzień siedzę za biurkiem i tylko pilnuję, żeby moi czegoś nie sknocili.

— Wychodzi to panu całkiem dobrze — powiedział ­Hawks bez wyrazu. Podświadomie podciągnął się w fotelu i ułożył twarz w pozbawioną emocji maskę. Zerknął raz na buty Conningtona i zaraz odwrócił wzrok. — W każdym razie pański dział przysyła mi znakomitych techników.

Connington uśmiechnął się.

— Nikt nie ma lepszych, ale to nic wielkiego. — Pochylił się i wyjął z kieszeni marynarki notatkę służbową ­Hawksa. — Ale to zamówienie załatwię osobiście.

— Mam nadzieję, że to się okaże możliwe — powiedział ­Hawks ostrożnie. — Podejrzewam, że znalezienie człowieka spełniającego te warunki będzie wymagało pewnego czasu. Jednocześnie, jak pan zapewne rozumie, czasu niestety nie mamy. Ja…

Connington przerwał mu gestem.

— Ja go już mam. Miałem go na uwadze od dawna.

— Naprawdę? — Uniósł brwi ­Hawks.

Connington uśmiechnął się chytrze po drugiej stronie metalowego biurka.

— Trudno w to uwierzyć, co? — Odchylił się na oparcie fotela. — Przypuśćmy, że ktoś przychodzi do pana i zamawia u pana… powiedzmy elektroniczny podzespół do określonych zadań. A pan otwiera szufladę, wyjmuje z niej arkusz papieru i mówi „Proszę bardzo”. A potem, kiedy ten gość przestałby już kręcić z podziwu głową i powtarzać, jakie to nieprawdopodobne, pan by mu wytłumaczył, że elektronika to jest coś, o czym pan myśli bez przerwy. I że jak pan nie myśli o jakimś określonym zadaniu, to myśli pan o elektronice w ogóle. I że interesując się elektroniką i śledząc jej rozwój, wie pan mniej więcej, w jakim kierunku ona zmierza. I że rozmyślając o niektórych przyszłych problemach czasami znajduje pan odpowiedzi z taką łatwością, że właściwie trudno to nazwać pracą. I że odkłada pan te pomysły do szuflady, gdzie czekają, aż przyjdzie na nie czas. Proste, prawda? Żadnych cudów, po prostu utalentowany człowiek, który wykonuje swoją pracę.

Connington znowu wyszczerzył zęby w uśmiechu.

— Tak więc mam człowieka jakby stworzonego do pracy z tą pańską maszyną. Znam go na wylot. I wiem też trochę o panu. Dużo jeszcze muszę się o panu dowiedzieć, ale nie sądzę, żeby czekały mnie jakieś niespodzianki. Ważne, że mam dla pana tego człowieka. Jest zdrowy, jest wolny i sprawdzałem go pod względem bezpieczeństwa co pół roku przez ostatnie dwa lata. Jest do pańskiej dyspozycji, doktorze, to nie żarty.

— Widzi pan, doktorze… — Connington splótł dłonie i odwrócił je na drugą stronę, aż trzasnęło mu w stawach — nie jest pan jedynym manipulantem na tym świecie.

— Manipulantem? — ­Hawks uniósł nieco brwi.

Connington zaśmiał się cicho z jakiegoś sobie tylko znanego dowcipu.

— Na świecie żyją różni ludzie, ale z grubsza można ich podzielić na dwie nierówne grupy. Są ludzie, których się usuwa z drogi albo ustawia w szeregu i są tacy, którzy tamtych przesuwają. Znacznie bezpieczniej i wygodniej jest iść tam, gdzie cię popchną. Nie ponosi się żadnej odpowiedzialności i jeżeli się wykonuje polecenia, co jakiś czas dostaje się rybę.

Być tym, który porusza innych, nie jest ani bezpiecznie, bo można się wpakować w kłopoty, ani wygodnie, bo człowiek musi się nabiegać i, co więcej, musi sam sobie złapać rybę. Ale za to jest to tysiąc razy ciekawsze. — Spojrzał ­Hawksowi w oczy. — Czy nie tak?

— Panie Connington — powiedział ­Hawks odwzajemniając spojrzenie. — Nie jestem przekonany. Człowiek, którego poszukuję, musiałby mieć bardzo rzadkie cechy. Czy jest pan pewien, że może mi go pan dostarczyć natychmiast? Czy mówiąc, że ma go pan w pogotowiu, aby nie przesadza pan trochę? Podejrzewam, że może pan mieć jakieś swoje cele i korzysta pan ze szczęśliwego zbiegu okoliczności.

Connington odchylił się na oparcie, znów zaśmiał się do siebie i ze skórzanego pudełka ręcznej roboty wyjął zielone cygaro. Odciął koniec złotymi szczypczykami przymocowanymi do pudełka złotym łańcuszkiem i skorzystał ze złotej zapalniczki z rubinem. Zaciągnął się i pozwolił dymowi przesączać się między dużymi, zdrowymi zębami. Oczy błyszczały mu zza kłębu dymu utrzymującego się przed jego twarzą.

— Zachowujmy maniery, doktorze ­Hawks — powiedział. — Spójrzmy na to logicznie. Continental Electronics płaci panu za kierowanie badaniami, bo jest pan najlepszy w swojej specjalności. — Connington nieco się pochylił, zmienił nieco układ cygara w palcach i nieco inaczej się uśmiechnął. — Mnie Continental Electronics płaci za prowadzenie spraw personalnych.

­Hawks zastanowił się przez chwilę.

— Dobrze. Kiedy będę mógł zobaczyć tego człowieka?

Connington odchylił się i z satysfakcją wciągnął porcję dymu.

— Choćby zaraz. Mieszka tu blisko, nad urwiskiem nad brzegiem oceanu.

— Mniej więcej wiem, gdzie to jest.

— To dobrze. Jeżeli ma pan czas na godzinę, to może byśmy się tam wybrali?

— Jeżeli się okaże, że on się nie nadaje, to w ogóle nie będę miał nic do roboty.

Connington wstał i przeciągnął się. Spodnie zsunęły mu się przy tym z wydatnego brzucha i musiał je poprawić.

— Skorzystam z pańskiego telefonu — mruknął niedbale z cygarem w zębach i sięgnął przez biurko ­Hawksa. Zadzwonił do miasta i rozmawiał z kimś krótko, a przez chwilę kwaśno, informując, że przyjadą. Potem połączył się z garażem firmy i kazał podstawić swój samochód pod główne wejście. Odłożywszy słuchawkę znów zaśmiał się pod nosem. — No, to idziemy, samochód będzie czekać — powiedział.

­Hawks kiwnął głową i wstał.

Connington wyszczerzył zęby w uśmiechu.

— Lubię, kiedy mi się daje wolną rękę. Lubię też ludzi, którzy pozostają nieufni, kiedy im daję to, czego chcą. — Nadal śmiał się sam do siebie. — Im więcej swobody, tym więcej możliwości działania. Pan tak nie rozumuje. Widząc, że ktoś może panu narobić kłopotów, zamyka się pan w sobie. Chowa się pan w skorupie i siedzi tam, bojąc się konfrontacji. Większość ludzi tak robi. Dlatego pewnego dnia ja zostanę prezesem tej korporacji, a pan wciąż będzie kierować Wydziałem Badań.

­Hawks odpowiedział uśmiechem.

— Jak będzie się pan czuł informując zarząd, że moja pensja musi być wyższa od pańskiej?

— Tak — powiedział w zadumie Connington — to możliwe. — Zerknął na ­Hawksa. — Widzę, że pan nie żartuje. — Strząsnął popiół z cygara na środek biurka. — Czasem musi się pan dusić w tej skorupie.

­Hawks z kamiennym wyrazem twarzy spojrzał na kupkę popiołu, a potem na Conningtona. Sięgnął do szuflady i wyjął z niej kopertę, którą włożył do kieszeni marynarki.

— Myślę, że samochód czeka — powiedział, zatrzaskując szufladę.

*

Jechali nowym cadillakiem Conningtona nadbrzeżną autostradą aż do miejsca, gdzie oddalała się od urwistego brzegu w głąb lądu. Przy małej stacji benzynowej Connington skręcił w wąską polną drogę, wijącą się między kępami karłowatych palm i sosnowymi zagajnikami. Stąd samochód zjechał na żwirową alejkę biegnącą nad urwiskiem, tuż ponad poziomem wody w czasie przypływu.

Stromy brzeg składał się z szorstkiej, kruchej skały, która pękała pionowo, gromadząc w dole ten sam żwir, który stanowił nawierzchnię alejki. Posuwali się wolno, z jednym błotnikiem wystającym za skraj drogi i drugim prawie ocierającym się o skały. Jechali w ten sposób przez kilka minut, Connington nucił coś pod nosem, ­Hawks siedział wyprostowany z rękami na kolanach.

Alejka przeszła w pochyłość wyżłobioną wybuchem w pełnym niebezpiecznych nawisów urwisku i prowadziła przez wąski, drewniany mostek nad szerszą od innych szczeliną. Ocean sięgał bezpośrednio do niej i nawet teraz, w porze odpływu, fale wpadały w szczeliny rozbryzgując się wysoko. Woda zalała przednią szybę.

Droga prowadziła dalej, ale Connington zatrzymał wóz, skręcając koła w stronę umocowanej na słupie metalowej skrzynki na listy. Stała ona u wylotu jeszcze węższej dróżki, która wspinała się stromo po ścianie urwiska i znikała za ostrym występem skały.

— To on — burknął Connington, wskazując cygarem w stronę skrzynki pocztowej. — Barker. Al Barker — powiedział, zerkając w bok. — Słyszał pan kiedyś to nazwisko?

— Nie — przyznał ­Hawks, zmarszczywszy czoło.

— Nie czyta pan wiadomości sportowych? Nie, chyba nie. — Connington cofnął nieco wóz, żeby móc skierować koła na dróżkę, wrzucił pierwszy bieg i pochylił się nad kierownicą, ostrożnie dodając gazu. Samochód zaczął powoli wspinać się po dróżce z lewym błotnikiem tuż przy skale i prawym zalewanym bryzgami wody.

— Barker to ciekawy gość — mruczał pod nosem Connington, obracając w zębach mokry koniec cygara. — Spadochroniarz w drugiej wojnie światowej. Przeniesiony do służby specjalnej w 1944. Specjalizował się w zabójstwach. Olimpijski skoczek narciarski. Członek załogi bobslejowej. Mistrz kraju w strzelectwie w roku 1950. Rekordzista w płetwonurkowaniu. Uprawiał wspinaczkę wysokogórską. Kilka lat temu rozbił się hydroplanem nad jeziorem Mead i wtedy go poznałem podczas wakacji. Teraz zbudował wóz wyścigowy i wystawił go do zawodów o Grand Prix. Chce sam startować.

­Hawks ściągnął brwi i znów przybrał obojętny wyraz twarzy.

Connington uśmiechnął się krzywo, nie spuszczając wzroku z drogi.

— Czy już teraz mi pan wierzy, że wiedziałem, co mówię?

3.

Na szczycie pochyłości ścieżka skręcała i przechodziła w asfaltową alejkę, biegnącą wzdłuż zadbanego, ciemnozielonego trawnika. Automatyczne spryskiwacze nieustannie skrapiały trawę wodą. Na nienagannych rabatach rosły kaktusy i karłowate palmy, ocienione wyższymi cyprysami. Niski dom z cedrowych desek zwrócony był frontem do szerokiego trawnika, a tylna, przeszklona ściana tuż nad skrajem urwiska wychodziła na bezmiar błękitnego oceanu. Lekka bryza poruszała cyprysami.

Pośrodku trawnika mieścił się basen pływacki. Na plażowym ręczniku, twarzą w dół, w żółtym, dwuczęściowym kostiumie leżała opalona, szczupła blondynka z niezwykle długimi nogami i słuchała przenośnego radia. Obok stał termos i szklanka z topniejącą kostką lodu na dnie. Kobieta uniosła głowę, spojrzała na samochód i wróciła do poprzedniej pozy.

Connington opuścił rękę na wpół uniesioną w geście powitania.

— To Claire Pack — powiedział do ­Hawksa kierując auto ku bocznej ścianie i zatrzymując się na betonowym placyku przed drzwiami podziemnego garażu.

— Mieszka tutaj? — spytał ­Hawks.

Z oblicza Conningtona zniknął wszelki ślad zadowolenia.

— Tak. Chodźmy.

Ścieżką z płaskich kamieni doszli do trawnika i przez trawnik do basenu. W błękitnozielonej wodzie pływał mężczyzna, który z rzadka wychylał głowę, żeby wziąć szybki oddech i natychmiast znów się zanurzał. Pod rozfalowaną, cętkowaną rozbłyskami słońca powierzchnią był nieco tylko przypominającym człowieka, przemykającym z jednego końca basenu na drugi stworem. Między Claire Pack a brzegiem, obok chromowanej drabinki, leżała zawinięta w przezroczysty plastyk proteza nogi. Z radia rozlegała się muzyka Glenna Millera.

— Claire? — odezwał się Connington.

Nie zareagowała na odgłos zbliżających się kroków. Nuciła melodię i wybijała rytm na ręczniku polakierowanymi końcami dwóch długich palców. Przekręciła się powoli na plecy i spojrzała z dołu na Conningtona.

— O - powiedziała bez wyrazu. Jej spojrzenie przeniosło się na twarz ­Hawksa. Oczy miała jasnozielone z żółtobrązowymi plamkami, źrenice zwężone od słońca.

— Claire, to jest doktor ­Hawks — powiedział Connington cierpliwie. — Jest wiceprezesem do spraw naukowych w głównych zakładach. Telefonowałem i zapowiedziałem nas. Po co te sztuczki? Chcemy porozmawiać z Alem.

Zrobiła gest ręką.

— Siadajcie. Zaraz wyjdzie z wody.

Connington niezgrabnie opuścił się na trawę. ­Hawks po chwili precyzyjnie usiadł po turecku na skraju ręcznika. Claire też usiadła, podciągnęła kolana pod brodę i przyjrzała się ­Hawksowi.

— Jaką pracę chce pan zaproponować Alowi? — spytała.

— Taką, jaką lubi — wtrącił Connington. Kiedy Claire się uśmiechnęła, spojrzał na ­Hawksa i powiedział:

— Wie pan, stale zapominam. Przyjeżdżam tu z radością, a potem widzę ją i przypominam sobie, jaka ona jest.

Claire Pack nie zwracała na niego uwagi. Patrzyła na ­Hawksa z rozchylonymi wargami, wyraźnie zaintrygowana.

— Taką, jaką Al lubi? Nie wygląda pan na człowieka związanego z awanturnictwem. Jak pan ma na imię? — Spojrzała przez ramię na Conningtona. — Daj mi papierosa.

— Edward — odpowiedział cicho ­Hawks. Patrzył, jak Connington sięga do wewnętrznej kieszeni marynarki, wyjmuje nie napoczętą paczkę papierosów, otwiera ją, wytrząsa jednego papierosa i częstuje Claire.

— Zapal — powiedziała, nie patrząc na Conningtona. — Będę do pana mówić Ed — uśmiechnęła się do ­Hawksa. Jej oczy pozostały spokojne, nieruchome.

Connington za jej plecami otarł usta wierzchem dłoni, zacisnął je na filtrze papierosa i zapalił swoją wysadzaną rubinami zapalniczką. Filtr był w czerwonym papierze, żeby maskować ślady szminki. Pociągnął raz, wsunął papierosa w uniesione palce Claire i schował paczkę do kieszeni.

— Bardzo proszę — powiedział ­Hawks z lekkim uśmiechem. — A ja będę do pani mówił Claire.

Uniosła jedną brew, zaciągając się papierosem.

— Zgoda.

Connington wychylił się zza ramienia Claire. Jego oczy wyrażały bolesną urazę, ale było w nich coś jeszcze. Coś jakby rozbawienie, kiedy powiedział:

— Dziś sami manipulanci, doktorze. I każdy ciągnie w swoją stronę. Ostre towarzystwo. Radzę uważać.

— Postaram się — powiedział ­Hawks.

— Nie wydaje mi się, żeby Ed był łatwym kąskiem — powiedziała Claire, mierząc ­Hawksa spojrzeniem.

­Hawks nie odezwał się. Mężczyzna w basenie przestał pływać i szedł, rozgarniając wodę rękami. Krótkie, płowe włosy spływały mu z czubka małej, okrągłej głowy. Miał wydatne kości policzkowe, wąski nos i przystrzyżone wąsy. Jego oczy były nieczytelne z tej odległości, przy odblaskach słońca igrających na mokrej twarzy.

— Takie jest życie — mówił Connington ze złośliwą satysfakcją do Claire Pack, nie zauważając wzroku Barkera. — Piękne i naukowe. Wszystko się równoważy. Nic się nie marnuje. Nikt nie wygrywa z doktorem ­Hawksem.

— Poznaliśmy się z panem Conningtonem dziś po południu — powiedział ­Hawks.

Claire Pack roześmiała się z metalicznym podźwiękiem.

— Czy jest pan człowiekiem, któremu można zaproponować drinka?

— Myślę, że to też nie pomoże — warknął Connington.

— Zamknij się — powiedziała Claire. — Więc jak? — Uniosła nieco termos, który sprawiał wrażenie prawie pustego. — Szkocka z wodą?

— Dziękuję, chętnie. Czy pan Barker wolałby, żebym się odwrócił, kiedy będzie wychodził z basenu i zakładał protezę?

— Niech pan na nią uważa — powiedział Connington. — Kiedy już zrobi pierwsze wrażenie, potem się tak nie narzuca.

Claire roześmiała się, odrzucając głowę do tyłu.

— Jak będzie chciał wyjść, to wyjdzie. Może nawet chciałby, żebym sprzedawała bilety na to przedstawienie. Niech się pan o niego nie martwi, Ed. — Odkręciła przykrywkę termosu, wyjęła korek i nalała whisky do plastykowej nakrętki. — Nie mam tu drugiej szklanki ani lodu, Ed, ale jest jeszcze zimna. Może być?

— Ależ tak, Claire. — ­Hawks wziął kubeczek i pociągnął mały łyk. — Bardzo dobra. — Trzymając naczynie czekał, aż Claire naleje sobie.

— A ja? — odezwał się Connington.

Patrzył, jak falują włosy na karku Claire, jego oczy były ukryte w cieniu.

— Przynieś sobie szklankę z domu — powiedziała i pochyliwszy się trąciła swoją szklanką kubek ­Hawksa. — Za dobrze zrównoważone życie.

­Hawks lekko się uśmiechnął i wypił. Claire położyła mu rękę na kostce.

— Czy mieszka pan gdzieś w pobliżu, Ed?

— Ona będzie się z panem drażnić, zaczepiać pana, a potem pana przeżuje i wypluje. Wystarczy dać jej najmniejszą szansę. To największa diablica obu Ameryk. Ale, oczywiście, Barker musi mieć kogoś takiego koło siebie.

Claire odwróciła głowę i ramiona, po raz pierwszy patrząc wprost na Conningtona.

— Czyżbyś chciał mnie do czegoś zachęcić, Connie? — spytała słodkim głosem.

Jakiś cień przebiegł przez twarz Conningtona.

— Doktor ­Hawks przyszedł tutaj w interesach — powiedział.

— Każdy zawsze załatwia jakiś interes — odcięła się Claire. — Każdy, kto jest coś wart. Każdy czegoś chce. Czegoś, co jest ważniejsze od wszystkiego innego. Czyż nie tak, Connie? A teraz ty pilnuj swoich interesów, a ja zajmę się swoimi. — Wróciła wzrokiem do ­Hawksa w chwili, gdy się tego nie spodziewał. Przez chwilę patrzyli sobie w oczy. — Jestem pewna, że Ed da sobie radę sam — powiedziała.

Connington zaczerwienił się, poruszył ustami, jakby chciał coś powiedzieć, odwrócił się na pięcie i odszedł. Claire Pack uśmiechnęła się zagadkowo do siebie.

­Hawks pociągnął whisky.

— On już nie patrzy. Może pani zdjąć rękę z mojej nogi.

Uśmiechnęła się leniwie.

— Connie? Pastwię się nad nim, żeby mu sprawić przyjemność. Przyjeżdża tu stale, odkąd poznał Ala i mnie. Rzecz w tym, że nie może tu przyjeżdżać sam. Z powodu zakrętu na ścieżce. Mógłby, gdyby zrezygnował z tego wielkiego samochodu, albo gdyby przyjechał z kobietą, która by mu pomogła. Ale on nigdy nie zabiera kobiety i nie chce zrezygnować ani z tego samochodu, ani z butów. Dlatego za każdym razem przyjeżdża z innym mężczyzną. — Uśmiechnęła się. — Sam się o to prosi, rozumie pan? On to lubi.

— A ci mężczyźni, z którymi przyjeżdża? Czy rzeczywiście przeżuwa ich pani i wypluwa?

Claire odrzuciła głowę do tyłu i wybuchnęła śmiechem.

— Są różni mężczyźni. Jedyni, którzy są warci, żeby się nimi zajmować, to ci, którzy nie dają się załatwić za pierwszym razem.

— Ale po pierwszym razie są następne, prawda? Poza tym, nie chodziło mi o to, że to Connington na nas patrzy. Miałem na myśli Barkera. Właśnie wychodzi z basenu. Czy specjalnie położyła pani jego protezę w takim miejscu, żeby nie mógł po nią sięgnąć? Czy tylko dlatego, żeby wykazać się przed kolejnym nowym mężczyzną swoim okrucieństwem? Czy żeby sprowokować Barkera?

Przez chwilę skóra wokół jej ust jakby zwiotczała.

— Czy chce pan sprawdzić, ile w tym jest prawdy, a ile pozy? — Znów całkowicie panowała nad sobą.

— Nie podejrzewam, że to poza. Ale za mało panią znam, żeby mieć pewność — odpowiedział spokojnie ­Hawks.

— Ja też za mało pana znam, Ed.

­Hawks milczał przez chwilę.

— Czy jest pani przyjaciółką Barkera od dawna? — spytał wreszcie.

Claire Pack uśmiechnęła się wyzywająco i skinęła głową.

­Hawks też kiwnął głową, jakby uzyskał potwierdzenie jakiejś teorii.

— Connington miał rację — powiedział.

*

Barker miał długie ręce, płaski owłosiony brzuch i ubrany był w granatowe kąpielówki. Był szczupłym, żylastym mężczyzną.

— Dzień dobry — powiedział krótko, szybkim krokiem przemierzając trawnik. Podniósł termos i napił się prosto z niego odrzucając głowę do tyłu. Sapnął z zadowolenia, postawił termos obok Claire, otarł usta i usiadł. — O co więc chodzi? — spytał.

— Al, to jest doktor ­Hawks — wyjaśniła Claire obojętnym tonem. — Nie lekarz, tylko ktoś z Continental Electronics. Chce z tobą porozmawiać. Przywiózł go Connie.

— Miło mi pana poznać — powiedział Barker serdecznie wyciągając rękę. Na skórze miał blizny po oparzeniach. Połowa jego twarzy zdradzała subtelne ślady operacji plastycznej. — Znam pańską pozycję naukową. Jestem pełen podziwu.

­Hawks uścisnął mu dłoń.

— Nigdy nie spotkałem Anglika imieniem Al — powiedział.

Barker roześmiał się.

— Prawdę mówiąc, taki ze mnie Anglik, jak z koziej nogi telefon. Jestem Indianinem.

— Dziadkowie Ala byli Apaczami Mimbrenio — wtrąciła Claire z jakąś szczególną intonacją. — Jego dziadek był najbardziej niebezpiecznym człowiekiem na całym kontynencie. A jego ojciec znalazł złoża srebra uznawane za największe na świecie. Czy nadal tak jest, kochanie? — I nie czekając na odpowiedź dodała: — A sam Al studiował na najlepszych uniwersytetach.

Twarz Barkera stężała, wyraźnie zaznaczone kości policzkowe zbielały. Sięgnął gwałtownie po termos. Claire uśmiechnęła się do ­Hawksa.

— Al ma szczęście, że nie mieszka w rezerwacie. Prawo federalne zabrania sprzedaży alkoholu Indianom.

Barker spojrzał na nią z rozbawieniem i wsunął dłoń w jej włosy.

— Niech się pan nie da zwieść, doktorze. Ona tylko tak żartuje. — Jakby przez nieuwagę jego palce zacisnęły się na kosmykach włosów. — Claire lubi sprawdzać ludzi. Czasem w ten sposób, że się na nich rzuca. To nic nie znaczy.

— Wiem — powiedział ­Hawks. — Ale ja tu przyjechałem do pana.

Barker jakby nie usłyszał i zmierzył ­Hawksa zimnym spojrzeniem.

— To ciekawe, jak się poznaliśmy z Claire. Siedem lat temu byłem na wspinaczce w Alpach. Trawersowałem pionową ścianę, wymagało to asekuracji lin i haków, i za występem spotkałem się z Claire. — Teraz jego dłoń pieściła jej włosy. — Siedziała z jedną nogą nad przepaścią, zapatrzona w dolinę i pogrążona w marzeniach. Ot, tak. Bez żadnego ostrzeżenia.

Zupełnie jakby siedziała tam od początku świata.

Claire roześmiała się cicho, oparła o Barkera i dopiero wtedy spojrzała na ­Hawksa.

— Prawdę mówiąc — powiedziała — weszłam tam łatwiejszą drogą w towarzystwie dwóch francuskich oficerów. Chciałam zejść drogą, którą Al podchodził, ale oni twierdzili, że to zbyt niebezpieczne i nie poszli. — Wzruszyła ramionami. — Wróciłam więc z Alem. W gruncie rzeczy nie jestem wcale skomplikowana.

— Zanim to się stało, musiałem trochę poturbować tych Francuzów. Jednego z nich zabrał helikopter. I odtąd zawsze pamiętam, jak jej należy pilnować.

— Jestem kobietą wojownika — uśmiechnęła się Claire. Poruszyła się nagle i Barker opuścił rękę. — W każdym razie oboje chcemy w to wierzyć. Minęło siedem lat i nikt mnie jeszcze nie porwał. — Uśmiechnęła się czule do Barkera, żeby zaraz znów przybrać wyzywający wyraz twarzy. — Może pan coś powie Alowi na temat tej proponowanej pracy?

— Pracy? — uśmiechnął się Barker. — Chcesz powiedzieć, że Connie rzeczywiście przyjechał tu służbowo?

­Hawks przyglądał się przez chwilę badawczo Claire i Barkerowi, potem podjął decyzję.

— Dobrze. Rozumiem, panie Barker, że jest pan człowiekiem sprawdzonym przez odpowiednie władze.

Barker skinął głową.

— Tak. Czasem wykonuję jakieś zadania dla władz — uśmiechnął się do jakichś swoich wspomnień.

— W takim razie chciałbym z panem porozmawiać w cztery oczy.

Claire podniosła się leniwie, obciągając kostium kąpielowy na biodrach.

— Pójdę poleżeć trochę na trampolinie. Naturalnie, gdybym była wytrawnym, sowieckim szpiegiem, miałabym ukryte w trawie mikrofony.

­Hawks potrząsnął głową.

— Wcale nie. Gdyby pani była wytrawnym szpiegiem, miałaby pani jeden mikrofon kierunkowy, na przykład na trampolinie. To by całkowicie wystarczyło. Jeśli to panią ciekawi, chętnie kiedyś pokażę, jak się tym posługiwać.

Claire roześmiała się.

— Doktor ­Hawks zawsze wie lepiej. Będę musiała się tego nauczyć. — Odeszła leniwie kołysząc biodrami.

Barker odprowadzał ją wzrokiem, póki nie doszła na drugi koniec basenu i nie ułożyła się na trampolinie. Dopiero wtedy odwrócił się do ­Hawksa.

— Idzie piękna jak noc, nawet w blasku dnia — powiedział.

— Zdaje się, że pan to lubi.

— O, tak. Mówiłem poważnie. Cokolwiek ona robi lub mówi, musi pan pamiętać jedno. Ona jest moja. Nie dlatego, że jestem bogaty, dobrze wychowany czy uroczy. Jestem bogaty, ale ona jest moja prawem zdobywcy.

­Hawks westchnęął.

— Panie Barker, jest mi pan potrzebny, żeby dokonać czegoś, czego może dokonać bardzo niewielu ludzi na świecie. A może pan jest jedyny. Tak czy owak, nie mam czasu, żeby szukać tych innych. Czy zechciałby pan spojrzeć na te fotografie?

­Hawks sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki i wyjął kopertę. W środku było kilka fotografii. Przejrzał je z uwagą w taki sposób, że tylko on widział, co przedstawiają, wybrał jedną i podał Barkerowi.

Ten obejrzał ją z zainteresowaniem marszcząc czoło i po chwili oddał ­Hawksowi, który dołączył fotografię do pozostałych. Zdjęcie przedstawiało krajobraz na pierwszy rzut oka składający się z czarnych, bazaltowych bloków i srebrzystych obłoków. W tle widniały dalsze chmury pyłu i asymetryczne cienie. Stopniowo ujawniały się dalsze szczegóły, w których oko gubiło się i musiało zaczynać od początku.

— To piękne — powiedział Barker. — Co to jest?

— To jest miejsce — odparł ­Hawks. — A może nie. Może to budowla albo coś żywego. Ale znajduje się to w określonym miejscu, do którego mamy łatwy dostęp. Co do piękności, to proszę zauważyć, że jest to zdjęcie zrobione w jedną pięćsetną sekundy i to osiem dni temu. — Podał Barkerowi kilka następnych fotografii. — Chciałbym, żeby pan obejrzał i te zdjęcia. To ludzie, którzy tam byli.

Barker przyglądał mu się z dziwnym wyrazem twarzy. ­Hawks ciągnął dalej.

— To pierwszy człowiek, który tam poszedł. Wówczas nie przedsiębraliśmy większych środków ostrożności niż przy każdej innej ryzykownej wyprawie. To znaczy, daliśmy mu najlepsze wyposażenie specjalne, jakim rozporządzaliśmy.

Barker wpatrywał się teraz w zdjęcie zafascynowany. Palce mu drgnęły i omal nie wypuścił fotografii. W kurczowym uścisku wygiął brzeg papieru i kiedy oddawał zdjęcie, widoczny był na jego skraju wilgotny odcisk palców.

­Hawks podał mu następne.

— Tu są dwaj ludzie. Sądziliśmy, że zespół będzie miał większe szanse. — Zabrał zdjęcie i pokazał następne. — Tu jest czwórka. — Schował fotografię i milczał przez chwilę. — Potem zmieniliśmy całkowicie metodę. Skonstruowaliśmy specjalne urządzenie i odtąd nikt już nie zginął. To jest ostatni. — Podał Barkerowi zdjęcie. — Nazywa się Rogan.

Barker uniósł wzrok znad fotografii.

— Czy ktoś go pilnuje, żeby nie popełnił samobójstwa?

­Hawks zaprzeczył ruchem głowy, wpatrując się w Barkera.

— Zrobi wszystko, żeby nie umierać po raz drugi. — Zebrał fotografie i schował je do kieszeni. — Przyszedłem tu, żeby zaproponować panu tę samą pracę.

Barker skinął głową.

— Jasne. — Zmarszczył czoło. — Nie wiem. A raczej wiem za mało. Gdzie to jest?

­Hawks namyślał się.

— To mogę panu powiedzieć, zanim się pan zdecyduje. Ale nic więcej. To jest na Księżycu.

— Księżyc? Mamy więc pojazdy kosmiczne i cała ta panika wokół sputników to zasłona dymna?

­Hawks milczał i Barker po chwili wzruszył ramionami.

— Ile mam czasu do namysłu?

— Ile pan chce. Ale jutro poproszę Conningtona, żeby skontaktował mnie z innym kandydatem.

— Zatem do jutra.

­Hawks potrząsnął głową.

— Nie sądzę, żeby znalazł kogoś tak szybko. On chce, żeby to był pan. Nie wiem dlaczego.

Barker uśmiechnął się.

— Connie zawsze planuje innym życie.

— Widzę, że nie traktuje go pan zbyt poważnie.

— A pan? Są na tym świecie ludzie, którzy działają i ludzie, którzy kombinują. Ci pierwsi wykonują robotę, ci drudzy usiłują zbierać laury. Zapewne wie pan o tym równie dobrze, jak ja. Nie zdobywa się pańskiego stanowiska, jeżeli nie uzyskuje się rezultatów. — Spojrzał na ­Hawksa ze zrozumieniem i przez chwilę z sympatią. — Nieprawda?

— Connington jest wiceprezesem Continental Electronics.

Barker splunął na trawę.

— Od spraw personalnych. Specjalista od podkupowania inżynierów z konkurencyjnych firm. Zajęcie w sam raz dla obiboka.

­Hawks wzruszył ramionami.

— A kimże on jest? — nalegał Barker. — Ktoś w rodzaju legalnego naciągacza. Specjalista od wciskania ludziom kitu z plikiem testów psychologicznych w zanadrzu. Różni eksperci próbowali mi wciskać kit i powiem panu, doktorze, że wszyscy są tacy sami. Nazywają nienormalnym wszystko, czego sami nie potrafią zrobić. Potępiają ludzi, którzy robią to, o czym oni nie mają odwagi pomyśleć. Wymachując swoimi ozdobnymi dyplomami z nauk społecznych i sypiąc okrągłymi frazesami udają, że robią coś pożytecznego. Ja też jestem wykształcony, a do tego znam świat. Wygram z Conningtonem w każdej sytuacji. Gdzie on był? Co on widział? Co on zrobił? On jest zerem, panie ­Hawks, w porównaniu z prawdziwym mężczyzną on jest zerem.

Barker obnażył w grymasie lśniące zęby. Napięte mięśnie szczęk naciągnęły skórę na jego twarzy.

— On myśli, że ma prawo robić za mnie plany. Myśli sobie, że to jeszcze jeden palant, którego może wykorzystać, kiedy mu będzie potrzebny i pozbyć się go, kiedy zrobi swoje. Ale to nie jest tak. Czy chciałby pan porozmawiać ze mną o sztuce? Zachodniej albo wschodniej. Albo o muzyce? Może pan wybrać dowolną dziedzinę kultury. Znam wszystkie. Jestem pełnym człowiekiem, panie ­Hawks… — Barker niezgrabnie wstał. — Jestem lepszym człowiekiem, niż wszyscy, których znam. A teraz chodźmy, dama czeka.

Ruszył przez trawnik. ­Hawks powoli wstał i ruszył w jego ślady.

Claire, która leżała na wznak na trampolinie, spojrzała na nich i leniwym ruchem usiadła.

— Jak wam poszło? — spytała.

— Nie martw się — odpowiedział Barker. — Będziesz pierwszą, która się dowie.

Claire uśmiechnęła się.

— Jeszcze się nie zdecydowałeś? Czy praca jest za mało atrakcyjna?

­Hawks patrzył, jak Barker krzywi się zniecierpliwiony.

Sapnął amortyzator drzwi od kuchni i za ich plecami rozległ się śmiech Conningtona. Żadne z nich nie słyszało, jak podszedł. Potrząsał opróżnioną szklanką w jednej ręce, w drugiej zachęcająco trzymał napoczętą butelkę. Twarz miał obrzmiałą, oczy czerwone na skutek dużej ilości alkoholu wypitego w krótkim czasie.

— No i jak? Zrobisz to, Al?

Barker natychmiast błysnął zębami w grymasie walki.

— Jasne! — krzyknął desperackim tonem. — Czyż mógłbym przepuścić taką okazję? Za nic w świecie!

Claire uśmiechnęła się słabo.

­Hawks obserwował całą trójkę.

— A co innego mógłbyś odpowiedzieć? — roześmiał się Connington i wyciągnął rękę z ironiczną przesadą. — Oto człowiek słynny z błyskawicznych decyzji. Zawsze takich samych. — Tajemnica się wydała. Pointa dowcipu została wypowiedziana. — Nie rozumiecie, prawda? — zwrócił się do trójki stojącej na brzegu basenu. — To dlatego, że nie patrzycie na świat moimi oczami. Pozwólcie, że wam wytłumaczę. Technik, taki jak pan, panie ­Hawks, widzi świat jako łańcuch przyczyn i skutków. Taki świat jest logiczny, po co więc szukać dalej? Ktoś taki jak Barker widzi świat poruszany czynami silnych ludzi. I twój sposób widzenia też znajduje potwierdzenie. Ale świat jest wielki i skomplikowany. Częściowa odpowiedź może wyglądać na odpowiedź całkowitą i przez długi czas może się sprawdzać. ­Hawks, na przykład, może sobie wyobrażać, że manipuluje przyczynami i uzyskuje pożądane skutki. Ty, Barker, możesz myśleć o sobie i o ­Hawksie jak o nadludziach. ­Hawks może myśleć o tobie jak o specyficznym czynniku, który on wprowadza do równania, żeby on mógł je rozwiązać. Ty możesz myśleć o sobie jak o niepokonanej postaci, biorącej się za bary z niewiadomym. I tak dalej, i tak dalej, ale kto ma rację? Wy obaj? Może. Może. Tylko czy wy dwaj jesteście w stanie ze sobą współpracować?

Connington znów się roześmiał, wysokie obcasy jego butów wbijały się w trawnik.

— Co do mnie, to jestem personalnym. Nie myślę w kategoriach przyczyn i skutków. Nie szukam bohaterów. Nie wyjaśniam świata. Ja znam się na ludziach. To wystarczy. Ja czuję ludzi. Tak jak chemik zna się na wartościach. Jak fizyk zna się na ładunkach cząstek. Pozytywny, negatywny. Ciężar atomowy, liczba atomowa. Przyciąga, odpycha. Ja je mieszam, ja je komponuję. Biorę ludzi i znajduję im pracę. Dobieram im współpracowników. Biorę grupę surowych ludzi i robię z nich rozpuszczalniki, izotopy, odczynniki, mogę z nich zrobić mieszankę wybuchową, jeżeli zechcę. To jest mój świat! Czasami zachowuję ludzi, zachowuję ich do właściwej pracy, dla odpowiednich ludzi, z którymi zareagują tak, jak trzeba. Barker i ­Hawks, wy będziecie moim majstersztykiem. Bo tak, jak Bóg stworzył jabłka, żeby je jeść, tak was stworzył, żebyście się spotkali… A ja, ja was znalazłem i zderzyłem… I teraz już się stało i nic już nie rozdzieli tej masy krytycznej, jaką tworzycie. Prędzej czy później ona wybuchnie i dokąd wtedy pójdziesz, Claire?

4.

Pierwszy odezwał się ­Hawks. Wyjął z ręki Conningtona butelkę i cisnął ją w stronę urwiska. Butelka zatoczyła łuk i znikła za krawędzią.

— Jest jeszcze parę spraw, które muszę panu wyjaśnić, zanim przyjmie pan tę pracę — powiedział cicho do Barkera.

Na twarzy Barkera widać było napięcie. Wpatrywał się w Conningtona. Teraz rzucił głową w stronę ­Hawksa.

— Powiedziałem już, że biorę tę cholerną robotę! — warknął.

Claire wzięła go za rękę i zmusiła, żeby usiadł przy niej. Uniosła się, żeby go pocałować w szyję.

— Oto prawdziwy wojownik. — Przejechała wargami po skórze z zaczątkami zarostu, zostawiając ślady szminki. — On to zrobi, Ed — mruczała. — Albo przynajmniej zrobi wszystko, co w ludzkiej mocy.

— Czy nic was nie obchodzi? — wtrącił się Connington, potrząsając głową. — Czy nie słyszeliście, co mówiłem?

— Słyszeliśmy — powiedział ­Hawks.

— No i co? — pytał z niedowierzaniem Connington.

— O co panu chodzi, panie Connington? — spytał ­Hawks. — Czy wygłosił pan swą mowę, żeby nas powstrzymać? Czy coś może nas zatrzymać, skoro sprawy potoczyły się zgodnie z pana życzeniami?

— Nie z życzeniami — sprzeciwił się Connington. — Z moim planem.

­Hawks skinął głową.

— Niech tak będzie — powiedział znudzonym tonem. — Tak myślałem. Chodziło panu tylko o to, żeby wygłosić swoją przemowę. Wolałbym, żeby wybrał pan sobie inną chwilę.

Claire zachichotała srebrzystą kaskadą.

— Biedny Connie. Byłeś taki pewien, że wszyscy padniemy na kolana, a tymczasem jest tak, jak zawsze. Nadal nie wiesz, gdzie nacisnąć.

Connington cofnął się, z niedowierzaniem rozkładając ramiona, jakby chciał ich zderzyć głowami.

— Czy wy wszyscy troje macie źle w głowie? Sądzicie, że ja to wszystko wymyśliłem? Posłuchajcie sami siebie, nawet wtedy, kiedy mówicie mi, że bredzę, każde z was mówi to po swojemu. Nie możecie się od siebie uwolnić ani na chwilę. Pójdziecie i tak tam, dokąd was zaprowadzą nogi, i to wy śmiejecie się ze mnie? Wy śmiejecie się ze mnie?

Nagle obrócił się na pięcie.

— Idźcie wszyscy do diabła! — krzyknął i pobiegł niezgrabnie w stronę auta.

— On nie może w takim stanie prowadzić — powiedział ­Hawks.

— Nie ma obawy — skrzywił się Barker. — Popłacze sobie w samochodzie i uśnie. Jak się obudzi, przyjdzie szukać pocieszenia u Claire. — Spojrzał na Claire i ruchem głowy przerwał serię pocałunków. — Czy nie tak? Zawsze tak robi, prawda?

Claire zacisnęła wargi.

— Nie mam wpływu na to, co on robi.

— Nie? — spytał Barker. — Może on się zaleca do mnie?

— Może miał ciebie, mnie nigdy — gniewnie, gardłowo warknęła Claire.

Dłoń Barkera strzeliła i Claire opadła na wznak, trzymając się za policzek. Po chwili uśmiechnęła się wyzywająco.

— Robiłeś to już lepiej. Dużo lepiej. Ale to też było niezłe.

— Panie Barker — powiedział ­Hawks. — Chcę panu powiedzieć, co pana czeka.

— Powie mi pan, kiedy już tam będę — uciął Barker. — I tak się nie wycofam.

— Może on chce to właśnie od ciebie usłyszeć — odezwała się Claire. — Kto powiedział, że tylko Connington jest tu manipulatorem — uśmiechnęła się do ­Hawksa.

— Jak mogę się stąd dostać do miasta? — spytał ­Hawks.

— Odwiozę pana — powiedział Barker chłodno, patrząc ­Hawksowi w oczy. — Jeżeli chce pan spróbować.

Claire zaśmiała się pod nosem i niespodziewanie otarła się policzkiem o udo Barkera. Zrobiła to całym ciałem, jakimś zupełnie wężowym ruchem. Spojrzała na ­Hawksa szerokimi, wilgotnymi oczami, obejmując Barkera w pasie.

— Czy on nie jest wspaniały? — powiedziała pełnym czułości głosem. — Prawdziwy mężczyzna.

5.

Barker sztywno pośpieszył do garażu i z trzaskiem otworzył drzwi, podczas gdy ­Hawks czekał na niego na kamiennej ścieżce.

— Niech pan spojrzy, jak on się rusza — mówiła cicho Claire za jego plecami. — On jest jak wspaniała maszyna, zrobiona z najtwardszego drewna i odwagi. Nie ma na świecie drugiego takiego mężczyzny.

Z garażu dobiegł odgłos rozgrzewanego silnika i wkrótce wyłonił się stamtąd z rykiem krótki, szeroki, prawie kwadratowy sportowy wóz.

— Mój nowy wóz! — krzyknął Barker zza kie­rownicy.

­Hawks podszedł, przekroczył pozbawioną drzwi ściankę i wcisnął się na miejsce obok kierowcy. Twarde, metalowe siedzenie było nieco skręcone, żeby dać więcej miejsca kierowcy. Cała maszyna miała nie więcej niż trzydzieści cali w najwyższym miejscu ostro wygiętej przedniej szyby.

— Nie jest jeszcze całkiem dotarty! — krzyknął Barker do ucha ­Hawksowi.

Claire przyglądała się im z błyszczącymi oczami. Connington, który leżał na kierownicy swojego cadillaka, uniósł nabrzmiałą twarz i wykrzywił wargi w smutnym grymasie.

— Gotów? — krzyknął Barker, dodając gazu i cofając stopę z pedału hamulca tak, że przytrzymywał go tylko skrajem gumowego pantofla kąpielowego. — Nie boi się pan, prawda? — spytał, mierząc wzrokiem ­Hawksa.

— Rozumiem — powiedział cicho ­Hawks i wyjął kluczyki ze stacyjki.

Barker chwycił go błyskawicznie za przegub.

— Ja nie jestem Connington, a to nie jest butelka, proszę mi oddać te kluczyki.

­Hawks rozluźnił palce, ledwo trzymając kluczyki. Drugą ręką zablokował niezręczną próbę przechwycenia ich przez Barkera.

— Niech pan je weźmie tą ręką, którą mnie pan trzyma — powiedział.

Barker powoli wziął kluczyki, ­Hawks wysiadł z samochodu.

— Jak chce się pan dostać do miasta? — spytała Claire, kiedy ją mijał.

— W młodości dużo chodziłem — powiedział ­Hawks. — Ale nie po to, żeby udowodnić swoją wytrzymałość.

— Nikomu nie pozwala pan sobą rządzić, prawda?

­Hawks odwrócił się i równym krokiem zaczął schodzić w dół.

Prawie jednocześnie Barker krzyknął coś niezrozumiałego, samochód znów zapalił i przemknął obok ­Hawksa. Barker, wpatrując się przed siebie znad krótkiej maski, rzucił wóz w poślizg. Wznosząc kłęby pyłu, z rykiem silnika ślizgał się przodem zwrócony do skalnej ściany. Z chwilą, gdy lewy przedni błotnik minął róg skały, Barker dodał gazu. Prawa strona wozu przez moment wisiała nad skrajem przepaści. Potem tylne koła załapały i samochód znikł za zakrętem pierwszego odcinka drogi. Zaraz rozległ się pisk hamulców i odgłos torturowanych opon.

­Hawks równym krokiem szedł po kolana w kłębach pyłu, który stopniowo osiadał w dwóch dymiących koleinach znaczących drogę. Barker z rękami zaciśniętymi na kierownicy wpatrywał się w ocean, jego spoconą twarz pokrywał żółty pył. Wóz też był zakurzony i wciąż jeszcze drżał lekko na amortyzatorach, stojąc przy skrzynce na listy, oddzielonej od wody tylko szerokością drogi.

— To był mój rekord — powiedział Barker nie poruszając głową, kiedy ­Hawks się z nim zrównał.

­Hawks skręcił i wszedł na drewniany mostek.

— Chce pan iść na piechotę całą drogę do miasta? — krzyknął za nim ochryple Barker. — Czy jest pan aż tak tchórzliwym śmierdzielem?

­Hawks zawrócił. Podszedł i stanął, opierając ręce na burcie samochodu od strony pasażera. Patrzył na Barkera z góry.

— Oczekuję pana jutro o dziewiątej rano przy głównej bramie. Punktualnie — powiedział.

— Skąd panu przyszło do głowy, że tam przyjdę? Skąd panu przyszło do głowy, że będę wykonywał polecenia faceta, który boi się wsiąść ze mną do samochodu?

— Pan i ja jesteśmy różnymi ludźmi.

— Co to ma znaczyć? — Barker zaczął uderzać dłonią w kierownicę. Zachęcający początkowo gest zmienił się w mechaniczne tłuczenie. — Nie rozumiem pana!

— Pan jest samobójcą — powiedział ­Hawks. — A ja mordercą. — ­Hawks zaczął się odwracać. — Będę zmuszony zabijać pana raz po raz na różne niewiarygodne sposoby. Mam nadzieję, że pan rzeczywiście tak to lubi, jak się panu wydaje. Punktualnie o dziewiątej rano, Barker. Proszę się powołać na moje nazwisko, puszczą pana.

Odszedł.

— Dobra — mruknął Barker. Wstał z siedzenia i krzyknął za odchodzącym: — On miał rację, wie pan? On miał rację! Tworzymy doskonałą parę!

Na jego twarzy igrały refleksy światła odbitego w stłuczonej butelce po whisky na skraju drogi. Wyraz jego twarzy zmienił się gwałtownie, wrzucił wsteczny bieg i z wyciem silnika pomknął z powrotem, znikając za zakrętem jak język w paszczy kameleona.

 Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki