Tekturowy Człowiek - Aleksander Błażejowski - ebook

Tekturowy Człowiek ebook

Aleksander Błażejowski

0,0
7,99 zł

lub
Opis

Po "Walizce P.Z." i "Tajemnicy doktora Hiwi" nadszedł czas na ostatnią część przedwojennej trylogii kryminalnej Błażejowskiego. Wdowa po baronie Teitelbergu wraz z księciem Strogowem przebywają w Warszawie. Gdy na jaw wychodzi prawdziwa tożsamość księcia, który naprawdę nazywa się Andrzej Raszczyc, Luiza znika bez śladu. Mężczyzna podejmuje desperacką próbę odnalezienia ukochanej. Trop prowadzi do Wiednia. Wkrótce Raszczyc odkrywa, że ktoś depcze mu po piętach. Tajemniczy "Tekturowy Człowiek" nie odstępuje go na krok. Okazuje się, że jego obecność może wiązać się ze zbrodnią, która przed laty miała miejsce w Berlinie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 200




Aleksander Błażejowski

Tekturowy Człowiek

SAGA Egmont

Tekturowy Człowiek

Copyright © 2018 i SAGA

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788711676950

1. Wydanie w formie e-booka, 2018

Format: EPUB 2.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA oraz autora.

SAGA Books, spółka wydawnictwa Egmont

W poprzednich tomach

Powieść Tekturowy Człowiek jest zakończeniem trylogii: Walizka P. Z. i Tajemnica doktora Hiwi. Przesuwa się w niej dalszy ciąg romansu księcia Strogowa z baronową Luizą Teitelberg.

A gdy toczy się barwna przędza miłości dwojga kochanków, „Trust P. Z.” czuwa, aby niespodzianie uderzyć w swego śmiertelnego wroga, w Polskę. Gwałtowna śmierć Geheimrata Adolfa Teitelberga, wprowadza jednak w truście zamieszanie. Zamordowany Geheimrat wziął bowiem do grobu tajemnicę zmagazynowania zabójczych bakcyli „cuibo”. Poszukiwania w tajnych składach Teitelberga nie odnoszą żadnego rezultatu. Konsternacja wśród „Trustu P. Z.” jest coraz większa.

I nagle, jak grom z jasnego nieba, pada na Berlin wiadomość, że w klinice chirurgicznej pojawiła się dziwna epidemia nie wiedzieć skąd zawleczona, która kończy się śmiercią chorego. Zarazki choroby przedostają się poza mury szpitala do miasta. Pisma codzienne wszczynają alarm i donoszą, że dziennie kilkaset osób pada w Berlinie pod tchnieniem zarazy. Lekarze berlińscy są bezradni. Państwa sąsiednie zaś odgraniczają się kordonem ochronnym przed pochodem zarażonych z Rzeszy niemieckiej.

W chwili największego nasilenia epidemii zjawia się nagle uczony bakteriolog japoński doktor Hiwi.

Z iście wschodnią cierpliwością i dokładnością zaczyna Japończyk badać krew zarażonych i dochodzi do wykrycia strasznego bakcyla „cuibo”.

Po żmudnych poszukiwaniach wśród bezsennych nocy, udaje się Japończykowi wykryć sposób zniszczenia śmiercionośnych bakcyli. Środek swój nazwał „Caisit”.

W czasie pracy, Japończyk ma jedynie miłe chwile wypoczynku w rozmowie z księciem Strogowem i jego kochanką. Ale mimo tego, iż towarzystwo obojga jest uczonemu tak miłe, radzi im jak najszybszy wyjazd z Berlina.

Dzięki wpływom księcia Strogowa, rząd Polski zgadza się na przyjazd jego i kochanki do Warszawy. Odbywają podróż automobilem.

Gdy są już bezpieczni w Warszawie, książę Strogow przyznaje się kochance, że występował jako książę rosyjski w Berlinie tylko w tym celu, aby zniszczyć „Trust P. Z.”. Z jego rozkazu zginął też Adolf Teitelberg. Prawdziwe jego nazwisko brzmi: Andrzej Raszczyc.

Niespodziewana wiadomość uderza jak grom w Luizę Teitelberg. Cicho bez porozumienia z kochankiem opuszcza Warszawę…

Tekturowy Człowiek jako zakończenie trylogii, opowiada o dalszych losach pułkownika Raszczyca i jego walce z wywiadem niemieckim.

IŚmierć przyjaciela

Piękny wieczór czerwcowy zatrzymał w parku Łazienkowskim dłużej niż zwykle spacerujące tłumy.

Mimo iż zmrok ścielił się po ogrodzie i zaciemniał coraz silniej kontury ludzi i przedmiotów, nikt nie spieszył ku wyjściu. Było tu cicho i przytulnie. Zdawało się, że ze sklepienia nieba, posypanego jakby srebrnym żwirem, spływa do duszy ukojenie. Ludzie bali się nawet głośniej stąpać, by nie zmącić czaru tej nocy letniej.

Jedynie tylko ścieżka granicząca z inspektami ogrodu Belwederskiego była opustoszała. Bano się widocznie zapuszczać w ten odległy kąt.

Panowała tu niezmącona cisza, przerywana tylko od czasu do czasu chrzęstem czyichś nerwowych kroków na piasku.

Wzdłuż tej alei przechadzał się jakiś oficer. Zdjął czapkę z głowy, jakby za wielki wywierała ucisk na rozpalone czoło, jego smukłą postać przygniatał jakiś ciężar ku ziemi. Szedł głęboko zamyślony, nie zdając sobie nawet sprawy z tego, że oddalił się od ludzi i zmierza drogą, której koniec gubi się gdzieś w mgle nocy. Z zamyślenia zbudził go dopiero kilkakrotny głos trąbki strażnika, znak, że wkrótce straż ogrodowa zamyka bramy Łazienek. Wtedy szybko powrócił na główną drogę i przyłączył się do tłumu, który jak czarny potok spieszył ku wyjściu. W bramie tłok był już tak wielki, że musiał chwilę czekać na wolne przejście. Teraz lampy łukowe oświetliły wyraźnie całą jego postać: był to człowiek bliski lat czterdziestu, dobrze skrojony mundur obciskał zgrabną, muskularną postać. Na szczupłej, nerwowej twarzy odcinały się czarnym łukiem gęste brwi, pod którymi kryły się jasne, inteligentne oczy.

Srebrne szlify i akselbanty wskazywały, że mimo młodego wieku doszedł do rangi pułkownika sztabu generalnego.

Oficer dotarł już do wyjścia, gdy wyczuł nagle, iż ktoś bacznie obserwuje każde jego poruszenie. Uczucie to było tak nieznośne, że postanowił odwrócić głowę w kierunku natręta. I wtedy jego oczy skrzyżowały się ze wzrokiem jakiegoś młodego człowieka, którego mocno opalona twarz odbijała jak brąz od jasnego ubrania. Zaledwie spojrzeli na siebie, na twarzach obydwóch pojawił się radosny uśmiech, ręce ich mimo woli wyciągnęły się ku sobie.

– Pułkownik Raszczyc! – zawołał młody człowiek, ucieszony widokiem przyjaciela.

Oficer pochwycił skwapliwie wyciągniętą dłoń młodego człowieka, potem przyjacielsko ujął jego ramię i wyszli razem na ulicę.

– Skąd wziąłeś się, Karolu, o tej porze w Warszawie? – pytał ciekawie pułkownik. – Sądziłem, że pilnujesz stodół i żniwiarek w Chorodyszczach, a ty obijasz rozpalony bruk Warszawy…

– Na pewno lepiej spędzałbym czas w Chorodyszczach niż w waszym zaduchu warszawskim – tłumaczył młody człowiek. – Musiałem jednak sprzeniewierzyć się wsi, bo stryj Seweryn Błyszczyński zaniemógł. Wezwano mnie telegraficznie do Warszawy. Jakiś niebezpieczny nowotwór… Od kilku dni pilnuję go w lecznicy prywatnej. Ale ty, Andrzeju, nie masz jakoś ochoty zrzucić munduru, opuścić rozpalone bruki warszawskie i powrócić do nas na wieś. Wszyscy cieszyliśmy się, że po wyprawie berlińskiej, która narobiła tyle hałasu w gazetach, porzucisz wojsko i przeniesiesz się do rodzinnych Sołonek. Niestety, czekamy dotąd… A czas już, Andrzeju, wracać, bo skronie twoje mocno się wysrebrzyły.

– Nie wspominaj Sołonek, tęsknię do nich bardziej, niż przypuszczasz. Ale jeszcze nie czas na powrót… Za dużo tu jeszcze do załatwienia…

– Więc prawda, iż żenisz się i we dwójkę wracasz pod rodzinną strzechę. O ile wiem, kazałeś wiosną robić jakieś przebudówki we dworze…

Urwał, bo Raszczyc drgnął, jak człowiek urażony w bolesny nerw. Karol Błyszczyński z niepokojem zaczął się wpatrywać w twarz przyjaciela.

Tymczasem wydostali się już z Alei Ujazdowskiej. Rozbawiony i roześmiany tłum pochłonął ich jak morze. Nie opierali się fali, która niosła ich w kierunku miasta.

Gdy znaleźli się na placu Trzech Krzyży, Błyszczyński przystanął i z radością obserwował ruch uliczny. Przez obydwa chodniki płynęły ku miastu strojne tłumy, a nad nimi górowały błyszczące limuzyny, torując sobie drogę głosem klaksonu.

– A jednak, Warszawa to piękne miasto… Te szerokie, jasno oświetlone ulice, to jakby otwarte ramiona kobiety, które zapraszają do pieszczot i pocałunków – mówił radośnie Błyszczyński.

Raszczyc spojrzał zdziwiony tym wybuchem radości przyjaciela.

– Uważaj, bo piękne ramiona mogą cię zadusić jak wielu innych – wtrącił z goryczą.

– Nie bój się, poznałem już Warszawę i zapłaciłem swoje frycowe, ale ty zrobiłeś się gorzki jak nigdy.

– Trudno, wlano mi dość żółci w serce.

Błyszczyński chciał jeszcze coś dopowiedzieć, gdy uwagę jego zwrócił gwar ludzki, który wkrótce przemienił się w jakiś groźny szum.

Na Nowym Świecie ludzie skupiali się w grupki, potem szybko rozchodzili się, unosząc z sobą jakieś wielkie kartki zadrukowanego papieru. Automobile starały się przepruć gęstniejącą masę ludzką, wkrótce jednak stanęły bezradnie. Tłum rósł z sekundy na sekundę.

Z kamiennych tuneli ulic dochodziły coraz wyraźniej nawoływania chłopców gazeciarskich: „Dodatek nadzwyczajny!! Dodatek nadzwyczajny! Tajemnicze morderstwo w gmachu Ministerstwa Spraw Zagranicznych!!”.

Krzyki chłopców miały w sobie coś niesamowitego. Zdawało się, iż niosą w sobie coś ważniejszego, niż wiadomość o pospolitym morderstwie.

Raszczyc i Błyszczyński przyspieszyli kroku. Zdołali wreszcie dotrzeć do kolporterów. Kupili nadzwyczajny dodatek „Kuriera”. Pułkownik szybko rozwinął zadrukowany papier i wyczytał następującą wiadomość:

Warszawa, dnia trzydziestego czerwca. Dziś o godzinie dziewiątej wieczorem w Ministerstwie Spraw Zagranicznych oczekiwano przyjazdu z Paryża znakomitego lekarza japońskiego doktora Hiwi, który jak wiadomo odegrał wybitną rolę w sprawie berlińskiego „Trustu P. Z.”. Znakomity gość przybył nieoficjalnie i dlatego na dworcu kolejowym oczekiwał go tylko delegat Ministerstwa Spraw Zagranicznych, radca Laun.

Po przywitaniu, doktor Hiwi wsiadł do automobilu i odjechał w kierunku ulicy Wierzbowej. Zaledwie samochód zatrzymał się przed gmachem Ministerstwa i doktor Hiwi wszedł do bramy, nagle jakiś człowiek, który czaił się w westybulu, strzelił trzykrotnie do uczonego japońskiego. Zbrodniarz wyrwał następnie doktorowi Hiwi tekę i zanim woźni spostrzegli się, wydostał się na ulicę i znikł w tłumie.

Ciężko rannego doktora Hiwi przewieziono do szpitala Dzieciątka Jezus w celu dokonania operacji. Policja wszczęła energiczną akcję w celu ujęcia zbrodniarza.

Zamach wykonany był z wielką precyzją.

Ministerstwo Spraw Zagranicznych odmawia na razie wszelkich informacji, prawdopodobnie jednak dziś lub jutro rano wydany zostanie oficjalny komunikat urzędowy.

Raszczyc skończył czytać. Płat zadrukowanego papieru wysunął mu się z drżących palców. Stał chwilę jakby oszołomiony jakimś niewidzialnym uderzeniem, potem odruchowo usunął ramię przyjaciela i zaczął szybko biec w kierunku wolnej taksówki. Błyszczyński podążył za nim.

Gdy wsiedli do automobilu, pułkownik kazał się zawieźć do szpitala Dzieciątka Jezus. W drodze obydwaj milczeli, tylko z zaciśniętych ust Raszczyca wypadał od czasu do czasu tłumiony okrzyk:

– Łotry! Tu go zdołały oporządzić!

Błyszczyński ani słowem nie przerywał milczenia. Czuł, że jakieś wielkie nieszczęście zwaliło się na przyjaciela, obawiał się więc zbędnym pytaniem pogorszyć jeszcze zdenerwowanie Raszczyca.

Gdy automobil skręcił na Nowogrodzką i zatrzymał się przed bramą szpitala, Błyszczyński zamierzał pożegnać przyjaciela, ale Raszczyc przemocą wciągnął go do bramy.

– Nie odchodź, Karolu – prosił – chcę, abyś w tej chwili był przy mnie. Nerwy moje napięte do ostatnich granic…

Błyszczyński nie oponował dłużej. Weszli do bramy szpitalnej. Portier przeprowadził ich do kancelarii i wezwał lekarza dyżurnego.

– Doktorze – prosił pułkownik – dowiedziałem się, że przywieziono w tej chwili mojego przyjaciela doktora Hiwi na oddział chirurgiczny. Pragnę choćby kilka słów zamienić z rannym.

Lekarz był zakłopotany prośbą. Widocznie otrzymał rozkaz by nikogo nie wpuszczać do rannego. Widząc jednak zdenerwowanie oficera, starał się w jakiś sposób przyjść mu z pomocą.

– Zapytam profesora Wieckiego, który niedawno dokonał operacji – tłumaczył lekarz łagodnie. – Rozumie pan pułkownik, że Ministerstwo Spraw Zagranicznych specjalnie prosiło nas o izolowanie chorego od ciekawości ludzi. W tym wypadku może jednak profesor zrobi wyjątek jeśli chodzi o pana. Z góry jednak ostrzegam, że dłuższa rozmowa z rannym mogłaby pogorszyć stan jego zdrowia.

Raszczyc skłonił głowę na znak, że podda się każdemu zarządzeniu szpitala byleby tylko zobaczyć Japończyka. Ten niemy gest rezygnacji rozbroił do reszty młodego lekarza, skierował się więc ku wyjściu obiecując, że za chwilę powróci z odpowiedzią profesora.

Raszczycowi każda sekunda oczekiwania na lekarza wydawała się teraz wiecznością. Zaciskał nerwowo palce, jakby chciał przez to dać ujście stłoczonym myślom. Czuł przede wszystkim gwałtowną potrzebę ruchu. Zerwał się z fotela i zaczął szybko przechadzać się po wąskim pokoju, jakby gonił przed sobą jakąś wizję.

Po upływie kwadransa przybył lekarz dyżurny i zawiadomił krótko:

– Profesor pozwolił odwiedzić chorego, zakazał jednak rozmawiać z rannym, aby nie forsować jego płuc. Doktor Hiwi pragnie również zobaczyć pana pułkownika.

Raszczyc szedł milcząco przez labirynt białych korytarzy. Dopiero na odległym skrzydle gmachu szpitalnego, lekarz wskazał mu drzwi, na których widniała czarnym lakierem wypisana cyfra. Raszczyc chciał zapukać, lekarz powstrzymał jego rękę:

– Proszę nie pukać, tylko cicho wejść…

Raszczyc położył rękę na klamce. Chwilę czekał, jakby chciał opanować zbyt silną pulsację krwi w całym organizmie. Potem cicho popchnął drzwi.

Na łóżku szpitalnym leżał doktor Hiwi. Obok na krześle siedział profesor Wiecki i trzymał rannego za puls. Żółta twarz Japończyka wyglądała na białej poduszce szpitalnej tak drobna, jak twarz dziecka. Zęby rannego przyciskały kurczowo wargę. Japończyk musiał bardzo cierpieć.

Raszczyc bez szmeru zbliżył się do łóżka, ale doktor Hiwi musiał wyczuć obecność przyjaciela, bo nagle otworzył oczy. Błyszczały one niezdrowym ogniem gorączki i niedawnej narkozy. Doktor Hiwi uśmiechnął się lekko. Wreszcie z jego ust wydobył się z trudem szept:

– Przyjacielu, dobrze, że przyszedłeś… przykro umierać wśród obcych…

Potem starał się jeszcze kilka słów powiedzieć, ale przeszły one już tylko w chrapliwy szept. W piersiach Japończyka grało coś niespokojnie.

Lekarz ruchem ręki prosił rannego, aby umilkł. Japończyk zrozumiał i wzrokiem przepraszał, że złamał zakaz. Wreszcie odwrócił głowę i uporczywie patrzył w ciemny kąt pokoju. Nagle na jego ustach zakwitł uśmiech szczęścia. Możliwe, że przed rozgorączkowanymi oczyma doktora Hiwi przesuwały się jakieś radosne wizje, może majaczył mu się skalisty kraj rodzinny, a może widział barwny korowód „święta wiosny” w swoim Kioto.

Straszliwy żal ścisnął serce Raszczyca.

Nagle chory odwrócił głowę i poszukał oczyma przyjaciela. Potem ruchem ręki prosił Raszczyca, by się nad nim pochylił. Pułkownik spełnił polecenie i ukląkł przy łóżku, wtedy w skośnych oczach Japończyka zaczęły grać jakieś błyski, zerwał się i usiadł na łóżku, potem chwycił spazmatycznie rękaw munduru, a z piersi wyrwał mu się chrapliwy krzyk.

– Tekę!! Tekę zabrał! – krzyczał Japończyk wijąc się na łóżku. – A wiesz kto? Tektu… Tektu…

Nie dokończył, tylko ruchem ręki czynił jakiś gest koło swej twarzy. Raszczyc pił wzrokiem każde poruszenie ręki rannego. Widocznie zrozumiał, co Japończyk chciał powiedzieć, bo jednym tchem wyrzucił:

– Tekturowy człowiek!

Wtedy Japończyk puścił rękaw munduru i padł na łóżko. Paroksyzm kaszlu wstrząsnął kilkakrotnie jego drobnym ciałem. Z wąskich ust buchnął strumień krwi i rozlał się błyszczącą strugą po szerokim kocu szpitalnym.

Raszczyc z rozpaczą objął ciało przyjaciela, jakby własnymi ramionami chciał zatrzymać uciekające życie. Czuł jednak, że ciało doktora Hiwi wiotczeje w jego objęciach, a mięśnie rannego rozprężają się pod wpływem uścisku śmierci. Wreszcie lekko i ostrożnie położył przyjaciela na poduszkę, potem z niemą prośbą patrzył w jego skośne oczy, które powoli zaczęły się powlekać bielmem śmierci.

Doktor Wiecki wstał. Palcami przymknął powieki nieszczęśliwego pacjenta.

– Niepotrzebny był ten zabieg chirurgiczny – stwierdził chłodno profesor. – Polecili mi jednak robić wszystko możliwe, by Japończyka utrzymać przy życiu, niestety, nie udało się…

Raszczyc nie słyszał już słów lekarza. Milcząc otulał kocem ciało przyjaciela. Potem wstał z klęczek i długo jeszcze patrzył na małą chudą sylwetkę zmarłego, która w życiu jego odegrała tak poważną rolę. Trudno mu widocznie było pogodzić się z myślą, że dusza doktora Hiwi opuściła na zawsze drobne ciało.

Gdy Raszczyc ocknął się, doktora Wieckiego już nie było w pokoju. Wtedy cicho podszedł do zwłok i na czole zmarłego złożył długi, serdeczny pocałunek. Potem skierował się ku wyjściu. Gdy był w korytarzu, zastąpił mu drogę jeden z urzędników Ministerstwa.

– Czy mógłby mi pan pułkownik wytłumaczyć – spytał uprzejmie – co znaczyły ostatnie słowa zmarłego?

– Mój przyjaciel po prostu oskarżył panów o lekkomyślność – mówił twardo oficer. – Wiedząc, że doktor wiezie niezwykle ważne papiery do Warszawy, mogli panowie wystarać się o lepszą ochronę życia dla tego wielkiego i bezinteresownego przyjaciela Polski.

Błyszczyński oczekiwał niecierpliwie na przyjaciela. Po bladej twarzy Raszczyca poznał natychmiast, że w pokoju szpitalnym musiał rozegrać się przed chwilą ostatni akt jakiejś tragedii. Uważał, że moment jest nieodpowiedni, by stawiać jakiekolwiek pytania, ujął więc tylko Andrzeja za ramię i wyprowadził go na ulicę.

Ciepłe tchnienie nocy i spokój, jaki bił z opustoszałych ulic, zaczęły ubezwładniać wolę Raszczyca. Zdawało się, że napięte przedtem nerwy rozluźniły się nagle i teraz idzie człowiek bez uczuć.

Raszczyc bezwolnie dał się prowadzić przyjacielowi. Szedł cicho, tylko od czasu do czasu z jego krtani wydobywał się nerwowy szloch. Milcząco doszli do Marszałkowskiej. Wreszcie Raszczyc przystanął, rozejrzał się z bezradnością w oczach, jakby nie wiedział dokąd się udać.

– Może odwieźć cię, Andrzeju, do domu? – spytał troskliwie Błyszczyński.

– Za żadną cenę. Boję się jak dziecko – szeptał wpijając rozpaczliwie palce w ramię przyjaciela.

Błyszczyński zrozumiał ten niemy gest. Prowadził przyjaciela dalej, aż w kierunku dworca. W miarę oddalania się od miejsca tragedii, Raszczyc wolno przychodził do siebie. Głos jego zaczął nawet nabierać metalicznego dźwięku, gdy mówił:

– Wspólnego miałem ze zmarłym wroga… Jedna i ta sama mściwa ręka obydwu nas ściga… Hiwi legł, ale ja zostałem… Może wszystko da się jeszcze odrobić. Ta teka…

Błyszczyński czekał, aż przyjaciel skończy swój tragiczny dialog, potem zaproponował nieśmiało:

– Wiesz dobrze, że trudno o bardziej przywiązanego ode mnie człowieka do ciebie. Jeśli chcesz mi zwierzyć swoją tajemnicę, to wstąp do mnie na chwilę. Mieszkam w Bristolu. Każemy podać czarną kawę do pokoju, uspokoi cię to znacznie. Tam, w czterech ścianach opowiesz mi wszystko. Zobaczysz, że przyniesie ci to ulgę. Najgorzej człowiekowi, który sam w sobie zdławić musi wszystko.

Raszczyc skwapliwie przyjął propozycję. Na rogu ulicy Złotej zobaczyli dorożkę. Kazali się zawieźć do hotelu.

Błyszczyński zajmował zaciszny pokój na trzecim piętrze. Jasne obicia ścian i mebli tworzyły miłą dla oka harmonię.

– Miły pokój – zauważył Raszczyc.

Błyszczyński otworzył okno, chłodne powietrze nocy wdarło się do pokoju. Andrzej oparł się o ramę i patrzył w głąb ulicy Karowej, pokrytej czarnym welonem nocy. Na czarnym tle jaśniały rzęsiście oświetlone okna redakcji „Kuriera”.

Raszczyc stał długo, nie mogąc oderwać oczu od jasnych punktów. Tymczasem kelner przyniósł maszynkę i podpalił spirytus. Za chwilę aromat mocnej kawy przedostał się przez kryształową pokrywę i wypełnił pokój.

– Nie przypuszczasz nawet, Karolu – mówił wolno Raszczyc – jak bardzo obawiałem się murów tego hotelu. Nieraz długo kołowałem bocznymi ulicami, aby tylko ominąć ten gmach. Tu przeżyłem kilka dni szczęścia, które przepłaciłem później łańcuchem bolesnych chwil…

– Mówisz o pani Luizie?

Andrzej cofnął się zdumiony.

– Skąd wiesz? – spytał zduszonym głosem.

– Słyszałem… Czy sądzisz, że odkąd wyjechałeś z Sołonek, przestaliśmy się tobą opiekować? Stryj Seweryn, dopóki nie zachorował, donosił nam zawsze o tobie. Przed kilku miesiącami pisał, że wróciłeś z Berlina w towarzystwie jakiejś pięknej, wytwornej kobiety, że na krok jej nie odstępowałeś. Podobno była to cudzoziemka. Stryj dowiedział się nawet, jak się ta pani nazywa. Musiałeś ją kochać, bo pisał, że wyglądasz szczęśliwy… Potem dowiedzieliśmy się, że piękna pani znikła z Warszawy, ty podobno snułeś się po ulicach jak cień, postarzałeś się, zaniedbałeś, opowiadano mi nawet, że pijesz. Wtedy matka moja i Łobieccy namawiali mnie, abym pojechał do Warszawy i przywiózł cię do nas. Sprzeciwiłem się tym projektom. Rozumiałem, że każdy człowiek musi swój ból donieść sam do wyznaczonej mety… Nikt nikogo w tym wyręczyć nie może. Zresztą nie uważałem za wskazane wkradać, się do twoich tajemnic, jeśli sam nie czułeś potrzeby pisania do mnie. Potem czytałem w pismach, że spełniłeś w Berlinie trudną i pożyteczną misję dla kraju. Wprawdzie gazety pisały o tym niewyraźnie, ale domyśliłem się wiele. Wreszcie dziś spotkałem cię w Łazienkach i byłem świadkiem jakichś nowych tragicznych zdarzeń w twoim życiu. Widzisz więc, Andrzeju, że ciągle jesteś bliski naszemu sercu… Zresztą co tu mówić, my kresowcy uważamy się za jedną rodzinę. Jeśli nawet wspólna krew w naszych żyłach nie krąży, to jednoczy nas to powietrze, którym razem oddychamy i ten szmat smutnej ziemi, który jest nam droższy ponad wszystko…

Andrzej słuchał wzruszony. Śpiewny akcent Błyszczyńskiego przypomniał mu wieś rodzinną, wyprawy o świcie z ojcem i braćmi Karola na tokujące koguty. Żywo stanęły mu w pamięci stawy i szuwary, w których wiatr wygrywał tak piękne melodie, że zapominało się o strzelbie, kaczkach i nurkach. Karol obudził w przyjacielu kresowca-marzyciela. Raszczyc zapomniał nawet o Warszawie i swych przeżyciach, a zdawało mu się, że to dwór w Chorodyszczach, który pod ciężarem lat głęboko osiadł w ziemię, a stuletnie drzewa wyciągają nad nim gałęzie, jakby błogosławiąc domowi.

– Napijesz się jeszcze kawy? – spytał Błyszczyński.

Raszczyc zbudził się z marzeń. Spojrzał w opaloną twarz Karola, w jego jasne oczy i wyciągnął rękę na znak serdecznej podzięki.

– Dzięki ci. Dałeś mi kilka chwil szczęścia. Przez kilka sekund byłem u ciebie w Chorodyszczach… Zapomniałem o swoim nieszczęściu.

– Aż nieszczęściu?

– Nieszczęściu. Nie wiesz, co przeżyłem. Morderstwo przyjaciela, który przed godziną umarł w szpitalu, to był tylko bardzo bolesny fragment. Widzisz wybielały mi skronie. Jeśli chcesz posłuchaj…

Błyszczyński nalał przyjacielowi kawy. Raszczyc zapalił papierosa i wpatrywał się w smugi dymu, które szybko biegły ku otwartemu oknu. Widocznie starał się uporządkować historię ostatnich miesięcy. Potem mówił cicho:

– Jeszcze dziś nie mogę ocenić, czy dobrze zrobiłem, iż po zakończeniu wojny zostałem w wojsku zamiast wrócić na ojczysty zagon. Coś trzymało mnie jednak podświadomie w wojsku jakby jakiś niespełniony jeszcze obowiązek Przydzielono mnie do wojskowej służby dyplomatycznej. Objechałem Bukareszt, Paryż, Londyn, a wreszcie na dłuższy czas wysłano mnie do Berlina. Tam osłaniając się nazwiskiem księcia Dymitra Strogowa, wpadłem na ślad zbrodniczej akcji wymierzonej przeciwko Polsce. W tydzień po moim wyjeździe dowiedziano się już w Berlinie o roli, jaką ja i doktor Hiwi odegraliśmy. Byliśmy jednak już poza granicami państwa, rzekomej „bojaźni B ż j”. Będąc wraz z ukochaną w Warszawie, uważałem misję swoją za skończoną. Odwróciłem nieszczęście od kraju i chciałem już wycofać się ze służby wojskowej, aby wraz z Luizą przenieść się do Sołonek. Byłem tak pewny swego szczęścia, że kazałem nawet przebudować dwór, by pomieścił godnie nas dwoje. Niestety, budowałem dom na piasku… Szczęście moje prysło jednej nocy. Było to tu w tym hotelu…

Na twarzy Raszczyca malował się grymas głębokiego bólu. Widocznie po raz pierwszy zwierzał się komuś ze swoich smutnych przeżyć. Błyszczyński patrzył ze współczuciem na zmęczoną twarz przyjaciela.

Po chwili Raszczyc mówił dalej:

– Luiza wyjechała z Warszawy, nie mogąc pogodzić się z myślą, że jej kochanek był pośrednim sprawcą tragicznej śmierci męża. Pozostałem sam. Słusznie powiedziałeś, Karolu, snułem się jak cień. Starałem się zapomnieć… Niestety, nie było to łatwe. Nawet dziś, choć wiem, że wszystkie mosty spalone, łudzę się, że ją jeszcze w życiu zobaczę. Wśród bezsennych nocy układam nieraz słowa, które mają ją przekonać o mojej niewinności… Tak mija mój czas… Nie dość tego, od kilku miesięcy czuję, że jakaś niewidzialna ręka ściga mnie tu w Warszawie. Pętla zaciska się coraz szczelniej wokoło mej szyi. Lada dzień dojść musi do decydującej rozprawy. Na każdym kroku jestem szpiegowany. Nie przypuszczasz nawet, że w tej chwili, gdy siedzę tu, u ciebie, szpiedzy krążą koło hotelu. Moja prywatna korespondencja dostaje im się do rąk. Ta tajemnicza kontrola nie ustaje od chwili, gdy moja kochanka opuściła Warszawę. Twierdzę stanowczo, że ta sama ręka, która przegląda moje listy i papiery, usunęła dziś ze świata doktora Hiwi. Na łożu śmierci Japończyk powiedział dwa wyrazy, które tylko ja zrozumiałem: „Tekturowy człowiek!…”. Śmiejesz się Karolu? Otóż wiedz, że tekturowy człowiek istnieje, jest żywy, silny i dla mnie groźny. Nie opuszcza mnie ani na krok. Mogę ci opisać każdy rys jego twarzy, każdy szczegół jego sylwetki. „Tekturowy człowiek” to określenie, które usłyszałem dziś po raz pierwszy od doktora Hiwi, wyczerpuje wszystko. Widziałeś karnawałowe maski nicejskie? Olbrzymia głowa wycięta z tektury, a mimo iż fabrykant stara się takiej masce nadać wyraz śmieszności, to jednak ona straszy. Straszy martwotą. Wyobraź sobie taką maskę, ale bez grymasu śmieszności, umieszczoną na rozłożystych barach mężczyzny: to tekturowy człowiek. Wydęte czoło chroni jak dach hełmu małe oczodoły, gałki oczne osadzone tak głęboko, że źrenic tego człowieka nigdy nie widziałem, a co najstraszniejsze ta twarz jest jakby martwa… Nie widziałem nigdy ani drgnienia, ani skurczu jednego mięśnia. I ja nieraz myślałem, że ten człowiek to nie rzeczywistość, ale jakiś febryczny majak. A jednak ten człowiek istnieje.

Andrzej przerwał, jakby przerażony obrazem, który nakreślił. Odwrócił głowę, patrzył w otchłań nocy, która czarną plamą znaczyła się za otwartym oknem.

– Na pewno czeka na mnie – mówił dalej odzyskując spokój. – Gdy tylko zejdę na dół, będzie się wlókł za mną po pustych ulicach.

– Odprowadzę cię do domu – wtrącił Błyszczyński.

– Zbyteczne. Nie ulęknie się ciebie. Zrozum, że między mną a nim musi się wreszcie odbyć jakaś decydująca rozprawa i to w cztery oczy. Nie boję się, nie wiem tylko, co ten człowiek pod skorupą swej czaszki planuje. Gdy byłem dziś w Łazienkach, zdawało mi się, że on czai się na odległej ścieżce. Szedłem naprzeciw niego, chciałem mu ułatwić spotkanie. Niestety, nie było go tam. W tym czasie rozprawiał się z doktorem Hiwi…

– Ależ na miłość boską, Andrzeju, wytłumacz, co za cel ma ten dziwny człowiek?

– Jaki cel pytasz? Wykonać ma to, co mu nakazał sztab generalny niemiecki i Teitelberg z Augsburga. Przypuszczam, że on ma być narzędziem zemsty. Czytałeś, jak szybko sprawił się z Japończykiem i z jego teką, która bezcenne zawierała dla nas dokumenty. Jutro baron Teitelberg będzie miał w rękach wszystkie te papiery, które stanowią nieodparty dowód istnienia w Niemczech „Trustu P. Z”. Na mocy tych dokumentów miało nasze Ministerstwo Spraw Zagranicznych przeprowadzić wobec świata dowód zbrodniczych intencji Niemiec wobec Polski. Papiery te przepadły. Jedynym i ostatnim świadkiem zbrodni braci Teitelbergów jestem tylko ja. Jeśli uda się mnie usunąć, zbrodnia Niemiec nie ujrzy nigdy światła dziennego.